1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak social media wpływają na Twoje samopoczucie?

Jak social media wpływają na Twoje samopoczucie?

fot. iStock
fot. iStock
Media elektroniczne to zjawisko tak rozpowszechnione, że nic dziwnego, iż ich analizą musiała się zająć również psychologia. Prowadzone są coraz bardziej zaawansowane badania, które w większości potwierdzają to, czego nietrudno się domyślić: to, w jaki sposób korzystamy z nowych technologii, wpływa na nasz nastrój oraz na sposób budowania relacji z innymi ludźmi.

Powstanie i rozpowszechnienie się mediów społecznościowych to prawdziwa rewolucja w dziedzinie budowania więzi społecznych i nawiązywania nowych relacji. Z biegiem czasu okazuje się bowiem, że tego typu portale mają olbrzymi wpływ na całość życia, nie tylko na czas spędzany w Internecie. Młodsze osoby nie pamiętają już wręcz świata bez “lajków" i komentarzy.

Social media w opinii psychologii

Specjaliści z uniwersytetu w Kopenhadze przebadali prawie półtora tysiąca osób, przede wszystkim kobiety, które regularnie korzystają z social media. Wniosek, który z badań wyniknął jest jeden – częste zaglądanie na portale typu Facebook czy Instagram pogarsza samopoczucie i obniża poziom zadowolenia z życia.

Codziennie publikujesz na swoim profilu nowe treści. Kiedy ktoś je polubi, czujesz się dobrze. Kiedy jednak liczba „like’ów” nie jest wystarczająca, Twoja samoocena potrafi poszybować gwałtownie w dół. Komentowanie i lubienie postów innych stanowi główny element obecności w Internecie. Szczególne znaczenie mają takie oznaki sympatii ze strony osób, na których naprawdę Ci zależy. Taki namacalny wręcz dowód działa jak psychiczne wsparcie od innych. A wsparcie jest podstawą pozytywnych emocji i dobrego samopoczucia. Wynika z tego, że osoby o niższym poczuciu własnej wartości nie liczą tylko na jakość kontaktów międzyludzkich, ale także na ich ilość. Każdy gest sympatii jest postrzegany w tym przypadku zdecydowanie bardziej intensywnie. Zwiększa się tym sposobem poczucie własnej wartości.

Social media to rodzaj podglądactwa, wnikania w czyjeś życie. Jednak ciągłe porównywanie się z innymi to olbrzymi problem z punktu widzenia psychologii. Od podziwiania jest bowiem tylko jeden krok do zazdrości, niemocy, frustracji. Często wypadamy w swoich oczach “blado” w porównaniu z wykreowanym życiem innych osób. Czujemy się gorsi, nie mając ku temu żadnych podstaw - jako że nie ma obiektywnych kryteriów dzielących ludzi na lepszych i gorszych, nie należy definiować siebie poprzez pryzmat swojego wykształcenia, wyglądu czy posiadanych dóbr.

Stosunek do mediów społecznościowych

Osoby, które obarczone są niską samooceną do mediów społecznościowych będą podchodziły zdecydowanie bardziej emocjonalnie. W takim przypadku każdy negatywny komentarz będzie przez nie odbierany bardzo personalnie. Osoby o niskiej samoocenie na tego typu portalach często poszukują również akceptacji, wsparcia, chcą dzięki nim budować swoje relacje z innymi ludźmi. Wówczas problemem jest nie sam negatywny komentarz, lecz zbyt mały odzew innych na zamieszczenie treści.

Aby określić prawdziwy wpływ mediów społecznościowych na Twoje samopoczucie, musisz zdefiniować Twój cel sięgania do nich. W badaniach psychologicznych znaleźć można odwołania do świadomego korzystania z Internetu. Jeśli zatem sposób i cel korzystania jesteś w stanie z góry określić (ze względu na zainteresowania, odnawianie starych znajomości, tworzenie kontaktów biznesowych), interakcje zachodzące na portalach nie wpływają na Ciebie aż tak intensywnie. Masz świadomość czego szukasz i do jakich celów ma Ci to służyć. Jeżeli jednak media społecznościowe są przez Ciebie wykorzystywane bezrefleksyjnie, a każda aktywność innych osób na Twoim profilu określa to, co myślisz na swój temat, wskazuje to na fakt kruchego, opartego na opiniach innych, niskiego poczucia własnej wartości.

Czy media społecznościowe są złe?

Wiele młodych osób traktuje media społecznościowe jako podstawową formę kontaktu ze światem i ze swoimi rówieśnikami. Tego typu elementy Internetu to już nie tylko powierzchowne wstawianie coraz większej liczby zdjęć, ale także rodzaj komunikacji. Media społecznościowe sprzyjają również nowym znajomościom, poprzez skupienie na przykład osób o podobnych zainteresowaniach w grupach tematycznych. Social media, dobrze wykorzystywane, mogą pobudzać ambicję, inspirować do działania. Najprostszy przykład to internetowe trenerki fitness, które pokazują swoje wyćwiczone ciała. Na niektóre kobiety zadziała to jak najlepsza inspiracja i motywacja do zmian w swoim sposobie myślenia, a co za tym idzie - działania. Dla innych z kolei będzie to demotywacja, która pogorszy nastrój i wywoła chandrę. Istotne jest, by być świadomym tego, że to, co pokazywane jest na portalach, to ta najlepsza, wyidealizowana strona czyjegoś życia. Czy warto zatem uzależniać swoje samopoczucie od tego typu ułud?

Co obecnie jest wysoko wartościowane?

Obecnie pozytywnie wartościowane są nieco inne rzeczy niż jeszcze kilka lat temu. Zainteresowanie ze strony postronnych obserwatorów bywa uznawane za oznakę wysokiej pozycji w społeczeństwie. Aby jednak na tę uwagę zasłużyć, wymagane jest publikowanie treści kontrowersyjnych, wyróżniających się w pewien sposób. Stąd wysyp zdjęć o podtekście erotycznym, prezentacja swojego majątku, dalekich podróży, markowych ubrań. Wszystko to jednak rozumiane jest przez pryzmat konsumowania. „Pochłanianie” wciąż nowych dóbr zmusza do coraz większej aktywności w mediach społecznościowych. To właśnie tam szuka się akceptacji. Jednocześnie tego typu portale wzbudzają negatywne uczucia. Wpływ na to ma głównie zazdrość. Dawniej wartość miało życie realne, czyli tzw. “tu i teraz”. Obecnie – to życie wykreowane na potrzeby internetowych obserwatorów jest pożądane, a co więcej najbardziej podziwiane.

Bezsprzecznie - social media obecnie wyznaczają trendy. Pokazują piękne życie, sukcesy, najlepsze strony wszystkich działań. Na niektórych wpływa to bardzo motywująco. Na innych – wręcz przeciwnie, wpędza w kompleksy, chandrę i powoduje kompletne niedocenianie tego, co się posiada. W zagłębianiu się w świat mediów elektronicznych zdecydowanie należy zachować umiar i dawkować je roztropnie, tak by wirtualne życie nie przysłoniło prawdziwych i najważniejszych wartości, które współtworzą naszą codzienność.

Tekst: dr Justyna Bukowska-Kania i mgr Aneta Kaluba

Dr Justyna Bukowska-Kania – certyfikowany coach osobisty i rodzinny, właścicielka firmy coachingowo-szkoleniowej , trener rozwoju osobistego. Od ponad 10 lat realizuje swoją życiową misję, jaką jest wspomaganie kobiet w ich rozwoju oraz łączeniu roli mamy i żony, ze swoimi pasjami, pracą czy własnym biznesem. Odkąd sama została mamą, aktywnie pomaga również rodzicom w ich zmaganiach wychowawczych do czego zainspirowały ją jej dwie córki oraz zamiłowanie do rozwoju intelektualnego dzieci i młodzieży. Mama rocznej Antosi i trzyletniej Celinki, pasjonatka fotografii i kuchni tajskiej.

Mgr Aneta Kaluba – psycholog, terapeuta Racjonalnej Terapii Zachowań. Pracuje z osobami mającymi niskie poczucie własnej wartości, przeżywającymi trudności w relacjach z bliskimi, z cierpiącymi na różnego rodzaju zaburzenia lękowe, depresyjne czy psychosomatyczne. Prowadzi warsztaty związane z samooceną, pewnością siebie oraz obniżające negatywne emocje i stres. Prywatnie mama 9-letniej Nairy, zafascynowana możliwościami ludzkiego umysłu. Uwielbia wieczory z dobrą książką.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego tak często mamy trudności z podjęciem decyzji?

Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu jakiejś decyzji mają odczucie: mogliśmy podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja była wystarczająco dobra – mówi dr Marlena Kossakowska, psycholożka, autorka książek.

Zgadza się pani z diagnozą, że dzisiaj trudniej ludziom wybierać niż kiedyś?
Myślę, że rzeczywiście coś jest na rzeczy.

Dlaczego?
Generalnie w związku z dostępem do informacji. Jesteśmy zewsząd nimi zalewani, więc trudniej wybrać spośród tego zalewu opcję dla nas właściwą. A ponadto – to także, a może przede wszystkim, kwestia życiowych wartości. Bo nawet jeśli jesteśmy zalewani dużą liczbą informacji, a mamy swoją hierarchię wartości i wiemy, czym się w życiu kierować, to wtedy łatwiej nam takich wyborów dokonywać.

Czy łatwość dokonywania wyborów to wyuczalna umiejętność, czy wrodzona zdolność?
Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Ale ta łatwość z całą pewnością wiąże się z umiejętnością poznania siebie i swoich  potrzeb, która kształtuje się już w dzieciństwie. Jeżeli nasi rodzice wychowywali nas zgodnie z jakimś systemem wartości, nawet go nam narzucali, ale dostaliśmy konkretny, spójny, w miarę stabilny i usystematyzowany obraz świata, to ułatwi nam to późniejsze wybory. I albo powielimy system wartości rodziców, albo go zakwestionujemy, ale przynajmniej mamy jakiś punkt odniesienia. Najważniejsze jednak jest rozpoznanie własnych potrzeb.

Dlaczego to takie ważne?
Ponieważ dopiero kiedy poznamy, kim jesteśmy, i kiedy zaakceptujemy siebie takimi, jacy jesteśmy, to wówczas łatwiej nam nie tylko coś wybrać, lecz także odrzucić na pozór nęcące propozycje, które jednak są zupełnie nie dla nas.

No dobrze, wybieramy jakąś propozycję, ale szybko się rozczarowujemy. Co wtedy?
Nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności, że dokonaliśmy dobrego wyboru, ale przestrzegałabym przed „szybkim rozczarowaniem”. Jak już podejmiemy jakąś decyzję, to dobrze byłoby – jak to mówią terapeuci – rozsiąść się w tym miejscu, przyjrzeć, co ten wybór tak naprawdę oznacza. Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. Natychmiastowe dezerterowanie nie jest dobrym pomysłem. Dobrze jest dać sobie czas, wziąć odpowiedzialność za podjęte przez siebie kroki. Taka postawa to oznaka dojrzałości.

Badania mówią, że młodzi nie przywiązują się do pracy tak, jak ich rodzice, ciągle szukają tej wymarzonej.
Jeżeli po kilku latach czujemy pewien rodzaj wypalenia zawodowego, to nic w tym złego, że szukamy innej pracy. Ważne, aby podjąć świadomą decyzję o zmianie, ale też żeby wziąć za nią odpowiedzialność. Natomiast moim zdaniem największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu decyzji mają odczucie, że mogliby podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja, jak mówią psychoterapeuci, była wystarczająco dobra.

Wybory wiążą się często z rezygnacją z czegoś, nie jest łatwo się z tym pogodzić.
Konsekwencje niektórych wyborów nie są przyjemne, bo na przykład wymagają od nas poświęcania się (gdy zostajemy rodzicami) czy kierowania się nie tylko swoim dobrem, lecz także partnera (gdy wchodzimy w związek). Ale takie nieegocentryczne wybory tak naprawdę nadają smak naszemu życiu. I jeżeli są na wyjściu dobre, mogą takimi dalej pozostać, jeśli tylko będziemy nad nimi pracować. Ważne, żeby nie bać się podejmować kolejnych decyzji, czyli zatopić się w życiu, poczuć wszystkie jego przejawy, te fajne i te niefajne.

Słyszę od młodych: „Zanim coś wybiorę, chcę wszystkiego spróbować”.
Dobrze jest postawić sobie pytanie: „Co tak naprawdę jest sensem mojego życia?”. Jeżeli na pierwszym miejscu stawiam doświadczanie czegoś nowego, to podejmując się kolejnej pracy, wyjeżdżając w kolejną podróż, poznając nowych ludzi, żyję zgodnie ze swoimi potrzebami. I to jest okej. Niektórzy dopiero wtedy, gdy doświadczają tak zwanych trudności życiowych, kryzysów, rozpoznają swój system wartości. Prawdopodobnie ci wiecznie goniący za czymś młodzi ludzie, może mniej lub bardziej świadomie, szukają życiowej mądrości, chcą zobaczyć, jak się żyje w różnych wariantach, doświadczać różnych smaków życia. I nic w tym złego. W końcu trzeba jednak podjąć decyzję, może niosącą bardziej zrutynizowane, stabilne życie, ale dającą inne benefity, jak prokreacja, bliski związek. Bo wszyscy kiedyś odkrywamy, że jesteśmy jednak śmiertelni. Dobrze nie żałować czegoś, czego się nie zrobiło, ale też odważyć się to zrobić.

Wirtualny świat nie ułatwia wyborów.
Część ludzi żyje w iluzji, która przyszła do nas wraz ze światem digitalnym. Wtedy okazało się, że w tym samym czasie można zrobić kilka rzeczy naraz: być na Majorce, pracować na komputerze, podglądając, co dzieje się na świecie i co robi moja przyjaciółka. Młodzi ludzie myślą digitalnie. Gdybym mogła coś wnieść do wychowania, tobym apelowała, żeby najpierw nauczyć dzieci myśleć analogowo, nauczyć je być tu i teraz. Potrzebna jest mądra edukacja, bo nie wystarczy powiedzieć młodemu człowiekowi, że trzeba wyłączyć laptopy i komórki, żeby pożyć prawdziwym życiem. Zauważyłam, że część moich studentów jest smutna, oni ciągle są gdzie indziej. Mówię im: „Bądźcie tu i teraz, na zajęciach, zostawcie telefony, laptopy, zaraz jest przerwa, wtedy na nie zerkniecie”. Okazuje się, że to dla nich niesamowicie trudne.

Zadaniem rodziców, nauczycieli jest uczenie dzieci i młodzieży kierowania się tym, co w duszy gra, a nie tym, co podpowiada świat zewnętrzny?
Tak. Dlatego pokazuję studentom to, co mówi psychologia pozytywna – że dobrostan jest wartością ocenianą subiektywnie, co oznacza, że nie istnieje uniwersalne dobro dla wszystkich. To ty oceniasz, co jest dla ciebie dobre. Moja demokracja polega na tym, że wybieram te opcje, a nie inne. Bardzo ważne, żeby wybierać to, nad czym mamy kontrolę, a odpuścić to, na co nie mamy wpływu. Mieszkałam przez jakiś czas w Ameryce, tam ludzie łatwiej adaptują się do różnych warunków. My natomiast ciągle chcemy zmieniać coś, co na danym etapie jest niezmienialne, podchodzimy do życia – przepraszam, ale to cytat – ze „słowiańskim wkurwem”, czyli z wysokim poziomem negatywnych emocji, gdzie dominuje gniew, wrogość, agresja, złość.

Wybierajmy to, co służy nam, ale dzielmy się tym z innymi?
Zdecydowanie! To jedna z najważniejszych idei psychologii pozytywnej, czyli pełnego szczęścia, dobrostanu, o czym pisał Martin Seligman. Kiedy wiemy, kim jesteśmy, akceptujemy siebie, to jesteśmy autentyczni i mamy większe szanse na trafne życiowe wybory. A kiedy trafnie wybieramy, stajemy się radośni i chcemy dzielić się tą radością z innymi. Czyli najpierw kierujmy reflektor na siebie, a dopiero potem na świat, nigdy odwrotnie.

Marlena Kossakowska: doktor psychologii, członkini zarządu International Positive Psychology Association (IPPA). Doświadczenie: sopocki wydział Uniwersytetu SWPS; w latach 2013–2014 odbywała staż naukowy u dr. Martina Seligmana w Positive Psychology Center na University of Pennsylvania.

  1. Psychologia

Syndrom oszusta - częsty problem osób z niską samooceną

W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. (Ilustracja iStock)
W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. (Ilustracja iStock)
Boisz się, że świat za chwilę się dowie, ile tak naprawdę jesteś warta, a raczej jak niewiele wiesz, umiesz, potrafisz? Zapewne cierpisz na syndrom oszusta, który często dopada osoby, które mają problem z samooceną. Co zrobić, by ten strach nie zatruwał nam życia, radzi psychoterapeutka, Adriana Klos. 

Royal Festival Hall w Londynie. Sala wypełniona po brzegi. To spotkanie z żoną byłego prezydenta USA Michelle Obamą. Bilety wyprzedały się błyskawicznie. Kobiety jak zawsze chcą usłyszeć, co powie Obama, bo – jak mówią – motywuje je do działania. Silna, pewna siebie kobieta sukcesu, tak sądzą… Tymczasem Michelle wychodzi na scenę i po raz pierwszy zwierza się publicznie, że od wielu lat cierpi na syndrom oszusta.

Wszyscy wątpimy w siebie

Syndrom oszusta to zjawisko psychologiczne polegające na ciągłym wątpieniu w swoje możliwości, na umniejszaniu swoich sukcesów, niedocenianiu własnego potencjału. Aż w końcu na przeświadczeniu graniczącym z pewnością, że już za moment świat dowie się, ile tak naprawdę jesteśmy warci, a konkretnie – jak niewiele jesteśmy warci. Ludzie cierpiący na syndrom oszusta często uważają się za mniej utalentowanych i mniej inteligentnych, niż są w rzeczywistości. Nie wierzą, że mogą osiągnąć sukces, a gdy się im to udaje, mają poczucie, że to jedynie przypadek, łut szczęścia i że na to nie zasłużyli. 

To przekonanie, że nikt nie powinien brać mnie na poważnie. Bo co ja mogę wiedzieć? – mówiła Obama podczas londyńskiego spotkania. – Dzielę się z wami moją historią, bo wszyscy wątpimy w siebie i nasze możliwości, naszą siłę – dodała. 

Jak opowiadała, przez to, że jej mąż był prezydentem, miała wrażenie, że jej sytuacja zawodowa wynika wyłącznie z wysokiej pozycji partnera. Wspominała, że przed wejściem do gabinetu królowej Elżbiety II kompletnie spanikowała. Utknęła przed drzwiami, w nieskończoność przypominając sobie kolejne punkty protokołu dyplomatycznego. Aż rozległ się zniecierpliwiony głos królowej: „Po prostu wejdź!”. A ona – doświadczona już wtedy pierwsza dama – sparaliżowana strachem, że na pewno popełni niewybaczalną gafę, nie była w stanie zrobić ani kroku.

Syndrom oszusta objawia się ciągłym lękiem, który demoluje życie. Jak wynika z badań ta przypadłość jest bardzo powszechna, przynajmniej raz w życiu dotyka nawet 70 proc. ludzi. Ale nie u każdego przybiera tak ostrą postać.
– Tym, co z psychologicznego punktu widzenia wysuwa się na pierwszy plan w przypadku osób, które doświadczają tego syndromu, jest coś, co określiłabym niebraniem siebie na poważnie – mówi psychoterapeutka Adriana Klos ze Strefy Zmiany. – Nam bardzo zależy, by ludzie traktowali nas poważnie, liczyli się z nami. Tymczasem dość często to my sami nie traktujemy w ten sposób siebie. Nie traktujemy poważnie swoich wysiłków, swoich kompetencji. Nie wierząc w swój potencjał, pozwalamy czasem, by inni nas wykorzystywali – tłumaczy terapeutka.

– Przez kilka lat pracowałam w agencji PR – opowiada Dominika. – Szło mi całkiem nieźle, miałam wielu klientów, przynosiłam firmie całkiem spore zyski. Działałam jak robot, a szef dokładał mi wciąż nowe obowiązki. Nie zauważyłam nawet, że spędzam w pracy wieczory, że siedzę przy komputerze w weekendy. Wciąż uważałam, że muszę dawać z siebie więcej i więcej. Aż w końcu przyjaciółka zapytała mnie pewnego dnia, czy nie widzę, jak bardzo jestem zmęczona, sfrustrowana, czy nie dostrzegam, że mną „orają”? Nie dostrzegałam, sądziłam, że muszę się starać, bo przecież tak ciężko o pracę, i – kto jak kto – ale ja na pewno innej nie znajdę. Zupełnie nie zdawałam sobie wtedy sprawy, co stoi za moim przekonaniem, że wciąż muszę dawać z siebie więcej i więcej. Kiedy ta sama przyjaciółka powiedziała: „Zwolnij się i załóż swoją własną agencję”, pomyślałam: „Oszalała! Ja? Skąd, przecież nie będę miała ani jednego klienta, oni pracują nie ze mną, tylko z wypracowanym szyldem mojego szefa, jeśli odejdę – przepadnę, zginę na tym rynku”. Jeszcze półtora roku pracowałam ponad możliwości, aż w końcu zwyczajnie fizycznie nie miałam sił. Zwolnienie się było jedynym ratunkiem. Zrobiłam to, ale byłam przerażona, że właśnie kończy się moja droga zawodowa i wkrótce trafię na bezrobocie. Byłam zszokowana, kiedy kolejni klienci dzwonili do mnie i pytali, czy zakładam własną firmę, jeśli tak, to odchodzą z tamtej agencji, bo chcą pracować ze mną. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało – prawie wszyscy klienci przeszli do mnie. To było 12 lat temu. Z większością pracuję nadal – opowiada Dominika. I dodaje, że dziś już wie, że rzeczywiście ma… „pewien problem z wiarą we własne możliwości”.

W oczekiwaniu na katastrofę 

Dr Valerie Young, autorka książki „The Secret Thoughts of Successful Women...” [Sekretne myśli kobiety sukcesu], podzieliła kobiecy syndrom oszusta na pięć typów.
  1. perfekcjonistka – kobieta, która stawia sobie poprzeczkę tak wysoko, by niemal nie dało się do niej doskoczyć, wtedy ma „dowód”, że nie stać jej na osiągnięcie celu.
  2. superwoman – przeciąża się pracą, by zatuszować swoją niepewność.
  3. naturalny geniusz z kolei to typ kobiety, która ocenia swoje umiejętności jedynie w oparciu o łatwość i szybkość osiąganych celów, jeśli potrzebuje czasu, żeby opanować jakąś umiejętność, czuje wstyd.
  4. solistka – jest chora, kiedy musi poprosić kogoś o pomoc.
  5. ekspertka – kobieta, która obsesyjnie sprawdza swoją wiedzę, czuje się podle, kiedy nie potrafi odpowiedzieć na choćby jedno ze stu zadanych jej pytań. 
– Nie wiem, którym typem jestem – mówi Dominika. – Mam wrażenie, że każdym po trochu. Nie umiem prosić o pomoc, ciągle siebie sprawdzam, tak jakbym chciała przyłapać siebie na niewiedzy, pracuję po godzinach i wciąż uważam, że wiem za mało, że jeszcze rok, może dwa i będę bezużyteczna. Przyjdą „młodzi”, a ja ze swoimi ledwo przeciętnymi umiejętnościami wypadnę z obiegu. I wciąż się dziwię. Dziwię się ludziom, że chcą ze mną pracować. A najbardziej dziwię się, kiedy ktoś mnie komuś poleca – nie umiem uwierzyć, przyjąć, że to mogłoby oznaczać, że jestem dobra w tym, co robię. Czekam, aż mnie zdemaskują. Czekam na… katastrofę – opowiada Dominika. 

– Taki chroniczny brak oparcia w sobie jest bardzo obciążającym doświadczeniem – mówi Adriana Klos. – To wegetacja w ciągłym napięciu, w oczekiwaniu na to, że za chwilę wszystko się zawali. Dostrzegam to u swoich pacjentów i widzę, jak to demoluje ich życie. Bo nawet kiedy w zasadzie wszystko jest dobrze, im dobrze nie jest. Nigdy. To są ludzie, którzy nie umieją cieszyć się tym, co wychodzi, co się udaje, tym, co mają. To są osoby, które nie potrafią doświadczać radości. Bo wciąż towarzyszy im lęk: że to zaraz się skończy, że się nie należy, że są nie fair, że oszukują bliskich, współpracowników, że są kimś zupełnie innym, niż światu się wydaje. Wciąż czują, że już za chwilę opadnie ich maska – tłumaczy psychoterapeutka.

Demony przeszłości 

Podobnie jak zdecydowana większość naszych trudności ta także ma swoje źródło w dość odległej przeszłości, w naszym dorastaniu. – By w sposób naturalny, czyli bez żadnej pracy nad sobą w dorosłym życiu, mieć pełne oparcie w sobie, być siebie pewnym, trzeba by „dostać” dzieciństwo prawie idealne. A takich, jak wiadomo, nie ma – mówi Adriana Klos. – Syndrom oszusta często towarzyszy na przykład osobom DDA (dorosłym dzieciom alkoholików). To ludzie, którzy na starcie nie dostali bazy, poczucia bezpieczeństwa. Nie zaznali smaku dobrej, wspierającej relacji. Wychowywali się bez uwagi i czułości. System wartości był niejasny, ciągle działo się coś nieprzewidywalnego, dostawali sprzeczne komunikaty. Jednym słowem, syndrom oszusta towarzyszy często osobom, które dorastały w emocjonalnym chaosie. Nawet jeśli przez chwilę było dobrze, taki człowiek wiedział, że zaraz wszystko może się zmienić. Naturalny stan dla kogoś takiego to lęk i ciągła czujność, by przygotować się na kolejny cios. I poczucie, że cokolwiek zrobię – stanę na rzęsach – i tak nic tu nie zależy ode mnie. Taka baza to doskonały grunt, by wyrósł człowiek cierpiący na syndrom oszusta. Ale wcale nie trzeba tak mocnych doświadczeń w przeszłości, by ten syndrom nas dopadł. Mają go także osoby, które pozornie miały całkiem poprawne dzieciństwo – mówi terapeutka. – Bo czasem wystarczy – i to zdarza się bardzo często, słyszę to od moich pacjentek – by w dzieciństwie być poddawanym ciągłej, w podtekście krytycznej, ocenie. Gdy wciąż słyszymy: „Fajnie, ale można zrobić to inaczej”; „Ja ci pokażę, jak będzie lepiej” itd. To dość często robią matki: „Źle się ubrałaś, trzeba było założyć tamte spodnie”; „Co znowu zjadłaś, zostawiłam dla ciebie sałatkę”; „Po co tam jedziesz, tam nie ma nic ciekawego, szkoda pieniędzy”. Wyrastamy w poczuciu, że to ktoś inny wie, co jest dla nas najlepsze, że my zawsze dokonujemy nietrafnych wyborów, że nasze zdanie nie ma znaczenia. To wszystko powoduje, że w dorosłym życiu nie mamy w sobie żadnego oparcia, wciąż towarzyszy nam ta oceniająca mama, która wie lepiej, która musi nas „poprawiać”. Nie potrafimy więc uwierzyć, że ktoś nas – takimi, jakimi jesteśmy – akceptuje, docenia, traktuje poważnie. No i to na zewnątrz leży nasze poczucie sprawstwa, czyli: „To nie ja zasłużyłem/zasłużyłam swoją pracą, wiedzą, kompetencjami, ale to los, przypadek zdecydowały, że mi fuksem coś wyszło”. – Mam ponad 40 lat i wciąż uczę się, by komentarze mojej mamy dotyczące moich wyborów nie zmieniały moich decyzji, by jej „delikatne podpowiedzi dla mojego dobra” nie psuły mi humoru na dwa dni – mówi Dominika. – To trudne, ale nie jest niemożliwe. Dziś to już wiem. Uczę się ufać sobie. Mogę się pomylić, ale to jest błąd, który idzie na moje własne konto. Wolę swoją pomyłkę niż jej dobrą podpowiedź. Bo ta pomyłka jest moja! I jest częścią mojej autoterapii – dodaje Dominika.

Nikt nie jest doskonały 

Michelle Obama na spotkaniach organizowanych w żeńskich szkołach walkę z syndromem oszusta poleca zacząć od wyrzucenia z głowy demonów przeszłości.

„Pytanie, czy jestem wystarczająco dobra, nas prześladuje, ponieważ często towarzyszy nam od dzieciństwa” – tłumaczy Obama przede wszystkim młodym kobietom. Bo mówi się, że ten syndrom zdecydowanie częściej dotyczy właśnie kobiet.

– Nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że to kobiety częściej dopada ten syndrom – mówi Adriana Klos. – Powiedziałabym raczej, że kobiecie łatwiej się do tego przyznać. To wszystko, co składa się na tę przypadłość, tak dalece odbiega od wciąż jednak dominującego stereotypu męskości, że mężczyźnie strasznie trudno jest o tym nie tylko opowiedzieć, ale nawet przyznać się przed samym sobą. Jednak podczas pracy terapeutycznej dostrzegam, że mężczyźni równie często jak kobiety borykają się z takim brakiem pewności siebie, lękiem, że ktoś ich zdemaskuje. Ale przekonanie, że to  „niemęskie”, każe im nakładać kolejne maski – opowiada terapeutka. 

W walce z syndromem oszusta bardzo ważna jest wiedza o tym, że wielu osobom towarzyszy w życiu taki rodzaj lęku przed oceną, niepewność co do swojej wartości. Świadomość tego, że nie jest się dziwadłem, może stać się pomocna. Ale psychoterapeutka przestrzega przed przywiązywaniem zbyt dużej wagi do swojej przypadłości. – Określenie siebie jako osoby cierpiącej na syndrom oszusta, czyli powiedzenie sobie: „Jestem chora/chory”, automatycznie zdejmuje z nas odpowiedzialność za pracę nad sobą, za próbę zmierzenia się ze słabością. I tylko pogłębia nasze przeświadczenie o tym, że to nie w naszych rękach jest klucz do naszego życia, jego jakości – zwraca uwagę Adriana Klos.

Michelle Obama, by dodać otuchy wszystkim podobnym do siebie, dzieli się jeszcze jednym przemyśleniem: „Siedziałam prawdopodobnie przy każdym najpotężniejszym stole, jaki tylko możecie sobie wyobrazić, działałam w segmencie non profit, w fundacjach, pracowałam w korporacjach, zasiadałam w ich zarządach, uczestniczyłam w szczytach przywódców państw: oni wcale nie są tacy mądrzy” – zapewnia.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. 

  1. Seks

Bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć życie. Skąd się bierze wstyd w łóżku?

Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To nie sztuka wstydzić się, ważne, żeby robić to umiejętnie i kiedy trzeba. Wstyd bowiem bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć nam życie i doprowadzić do poważnych zaburzeń w sferze erotycznej – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Wstyd potrafi zepsuć każdą przyjemność życia. Najczęściej dotyczy on ciała i seksu.
Nadmierny wstyd może doprowadzić do depresji i innych zaburzeń psychicznych, jest przyczyną nieśmiałości, samotności, uzależnień. A też bywa jednym z głównych powodów zaburzeń seksualnych. Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, że jestem niewystarczający, że coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. Pierwotnie wywodzimy się ze stada, a niedopasowanie do stada jest groźne, kończy się często śmiercią. Wstyd zwykle pojawia się, gdy przekraczamy jakieś ustalone normy, robimy coś, czego robić nie wypada.

W języku japońskim nie ma przekleństw pochodzących od nazw narządów płciowych czy od czynności seksualnych. U nas nawet słowo „srom”, termin medyczny używany przez lekarzy i seksuologów, w języku staropolskim znaczył „wstyd”.
Są też inne powody tego, że przy całym współczesnym liberalizmie produkujemy rzesze ludzi zawstydzonych. Najważniejszym z nich jest Internet, gdzie internauci próbują siebie pokazać w postaci wyidealizowanej. W sieci odbywa się wielka giełda, kto jak wygląda. Niektórzy są za swój wygląd chwaleni, większość jednak dostaje tak zwane hejty. Wszystko dzieje się wirtualnie, ale emocje są prawdziwe. Z moich doświadczeń jako terapeuty wynika, że kobiety najczęściej wstydzą się, że są za grube, bo wszędzie widzą szczupłe modelki, aktorki. I potem przeciętna kobieta boi się rozebrać przed facetem, który też napatrzył się na idealne sylwetki. Obawia się, że będzie wyśmiana. Ciekawe, że zdarzają się tu skrajne zachowania. Niektórzy, radząc sobie ze wstydem, przekraczają wszelkie normy, inni próbują w normie się zmieścić. Zapytałem swoje koleżanki seksuolożki, czego wstydzą się ich pacjentki. Okazuje się, że można wstydzić się nawet gołych stóp, palców u dłoni, częstym motywem jest pępek.

Czego najbardziej wstydzą się mężczyźni?
Narządów płciowych. Że penis jest za mały albo za duży, generalnie nie taki jak powinien. W gabinetach pacjenci opowiadają o przeżywaniu wstydu związanego z obawą i lękiem przed wyrażeniem swoich pragnień w intymnej sytuacji. Ludzie wstydzą się nie tylko wyglądu, ale też zapachu swojego ciała, że będzie obrzydliwy dla partnera. Żyjemy w świecie, który eliminuje naturalne zapachy, królują środki czystości. Ale partner, który pachnie tylko środkami czystości, może okazać się odpychający.

Na basenie faceci nie zdejmują kąpielówek pod prysznicem. Wstydzą się. Jednak o naszych czasach mówi się, że są bezwstydne, w filmach pokazuje seks już praktycznie bez osłonek. Nic z tego nie rozumiem.
Ponieważ to jest niekonsekwentne. Film ośmiela się pokazywać już wszystko, ale kochają się tam pary doskonałe. Ludzie porównują swój wygląd z tym idealnym. I do terapeutów coraz częściej przychodzą osoby z problemem nadmiernego skrępowania i wstydu, który pojawia się w czasie współżycia. Boją się, że ich partnerzy napatrzyli się na reklamy i filmy, więc będą wymagać od nich doskonałości. Nie każdy rodzi się piękny, czas również robi swoje. Wstyd rodzi się też z porównywania. Kiedyś ludzie nie wiedzieli za bardzo, jak wygląda nagie ciało. W epoce wiktoriańskiej para przy zbliżeniu nie obnażała się, małżonkowie zakładali nocne koszule z otworami.

Młodzi walczą z niepokojem, niepewnością, ile są warci, i stosują dwie taktyki – albo próbują się dostosować, albo wyróżnić odmiennością. Golą więc głowy, robią tatuaże, dziwnie się ubierają.
Niby wszystko jest dzisiaj dozwolone, ale mamy dyktaturę kultu doskonałości ludzkiego ciała. I narcyzm. Przy okazji przegapia się, że seks mamy też w głowie. Jeśli ktoś ma do siebie narcystyczny czy neurotyczny stosunek, często trafia do gabinetu terapeuty. Wstyd możemy podzielić na zdrowy i toksyczny. Toksyczny to taki, który zniewala, a subiektywnie odczuwany jest jak wszechogarniające poczucie własnej niedoskonałości. Jeżeli ktoś odczuwa toksyczny wstyd, to czuje się bezwartościowy, przegrany, że nie stanął na wysokości zadania. Toksyczny wstyd powoduje rozszczepienie „ja”. Rodzi poczucie izolacji i całkowitego osamotnienia.

Ale ryzykiem jest też bezwstyd, który może być powodem szukania coraz mocniejszych bodźców w seksie. Wstyd ostrzega, że być może przekraczamy jakieś granice.
Za bezwstyd ciała i obyczajów kobiety były kiedyś surowo karane, nawet palone na stosie. Epoka stosów była podszyta sadystyczną seksualnością inkwizytorów. Leczenie urazów związanych z zawstydzeniem to wielki problem. Silne zawstydzenie w czasie gry miłosnej może na zawsze uszkodzić psychiczny aparat delikatnej męskiej hydrauliki. Kobiety powinny być delikatne dla partnera, zwykle nie zdają sobie sprawy z tego, na jak kruchej podstawie stoi męskość. Czasami wystarczy jedno niezręczne słowo, by zgasić jego erotyczne możliwości. To się utrwala i jest katastrofa. Bliskość narządów płciowych i wydalniczych też stwarza problemy. Zdarza się u kobiet popuszczanie moczu przy orgazmie. Kobiety wstydzą się na przykład dźwięku powietrza wypychanego z pochwy w czasie stosunku.

Jak leczy się seksualne urazy?
Często pojawia się paraliżujący lęk przy następnym kontakcie, jeśli poprzedni był zawstydzający. A leczenie trwa miesiącami. Najgorzej, kiedy pierwsze urazy są nabyte już w dzieciństwie. I nie zawsze jest to związane z nadużyciami seksualnymi. Dla mnie nadużycie seksualne to też brutalne zawstydzenie dziecka w sferze intymnej. Była to do niedawna powszechna metoda wychowawcza. Mała dziewczynka onanizuje się, przyłapuje ją matka, więc krzyczy na córkę i ją zawstydza. To może wywołać uraz na całe życie.

Co mają robić rodzice, kiedy widzą, że dziecko dotyka miejsc intymnych?
Mam kłopot z prostą odpowiedzią. Dzieci bardzo często dotykają się z ciekawości, ale też szukają przyjemności. Jeżeli dziecko nie stwarza swoimi zachowaniami wielkich problemów, jeśli rozwija się normalnie, a sprawia sobie przyjemność, ocierając się przed zaśnięciem o łóżko lub dotykając miejsc intymnych, to można udawać, że nic się nie dzieje albo upomnieć dziecko, ale tak delikatnie, jak to możliwe: „To nic złego, ale lepiej tego nie robić, na pewno nie w sytuacji publicznej”. Podniesiony głos, trzaskanie drzwiami, kary, zawstydzenie to reakcje o wiele bardziej niebezpieczne. Od tego, czy wywołam w dziecku uraz, zależy jego przyszłość, nawet to, czy stworzy dobrą rodzinę.

Wstyd bywa też pożyteczny, bez cienia wstydu nie ma dobrego seksu. Jeśli w erotyce jest jakaś tajemnica, to warto ją celebrować i dawkować.
Wstyd jest częścią seksualnej przyjemności, pokonywanie go, oswajanie, gra nim to ważna część zabawy w seks. Kobieta, która celebruje swoje zawstydzenie i stopniowo się go pozbywa, jest dojrzała i świadoma. Mężczyźni szukają teraz takich kobiet. Wiele z nich czuje intuicyjnie, że lepiej dawkować siebie i nie odsłaniać się za szybko. Pokonywanie małych wstydów jest częścią dobrej erotyki, ale przede wszystkim sposobem na znalezienie partnera na stałe. Kobiety, które na pierwszej randce prezentują dużą swobodę, budzą u niektórych mężczyzn wątpliwości, czy będą wierne w małżeństwie. Mawia się: chcesz mieć wierną żonę, to wybierz sobie wstydliwą i bogobojną. Tylko z pozoru jest to seksualny mit. Kobieta wstydliwa, czytaj zalękniona, zakompleksiona, ma kłopot z nawiązywaniem znajomości. Nic więc dziwnego, że jest wierna i milczy, gdy staje się ofiarą przemocy seksualnej. Wstyd nie pozwala mówić o tym, czego doświadcza w sypialni. Ale to chyba nie jest nasze marzenie. Najlepiej, kiedy jest się gdzieś pośrodku, między wstydem a bezwstydem. Dotyczy to obu płci.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog, właściciel Kliniki Piękna Wewnętrznego „Wellness Psychotherapy”.

  1. Psychologia

Jak pokonać strach? Trenuj odwagę

W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania i uwolnienia, wyzwala zaradność i optymizm. (Fot. iStock)
W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania i uwolnienia, wyzwala zaradność i optymizm. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Odwaga to "mięsień", który da się trenować. Oto 8 wskazówek i inspiracji, które pomogą ci: przezwyciężyć lęk, podjąć ryzyko, wyjść ze strefy komfortu, uodpornić się na odrzucenie, uwierzyć, że można, zrealizować marzenia.

1. Zrozum, że nie ma się czego bać

Zmarły kilka lat temu amerykański terapeuta dr Wayne W. Dyer w jednej ze swoich książek „Kieruj swoim życiem” pisał o odwadze tak:

„To gotowość do stawiania czoła lękom. To przyjmowanie krytyki, poleganie na sobie oraz akceptacja i ponoszenie odpowiedzialności za konsekwencje własnych wyborów. To wiara w siebie i swoje wybory tak silna, że jesteś gotowy przeciąć więzy nałożone przez innych”.

Jego zdaniem w budowaniu w sobie odwagi pomaga pytanie: „Co najgorszego może mnie spotkać, jeśli…?”. Gdy wysilimy bowiem wyobraźnię i głęboko się zastanowimy, okaże się, że najstraszniejsza rzecz, jaka może się przydarzyć, po prostu nie istnieje. Jako przykład Dyer przywoływał postać swojego przyjaciela Billa, który bał się pójść na przesłuchanie do roli w spektaklu na Broadwayu. Kiedy zadał sobie to pytanie, zrozumiał: „najgorsze, co może mnie spotkać to to, że nie dostanę roli, której i tak nie mam”. Dlatego jeśli się boisz, wiedz, że najskuteczniejszą metodą przełamania strachu jest działanie.

2 . Pamiętaj o tym, co jest dla ciebie ważne

Odwaga to nie jest brak strachu. To świadomość, że istnieje coś większego i ważniejszego, dla czego jesteś gotów spojrzeć mu w oczy. Dlatego David K. Hatch, konsultant specjalizujący się w dziedzinie przywództwa i efektywności przedsiębiorstw, radzi, aby w momentach zwątpienia pamiętać o swoich wartościach i celach. Jaki cel jest dla ciebie na tyle istotny, że nic nie mogłoby cię odwieść od jego zrealizowania? Jakie wartości chcesz realizować w życiu ponad wszystko? Świadomość tego, co naprawdę się dla ciebie liczy, pomoże przezwyciężyć obawy i wątpliwości.

3. Jak najczęściej porzucaj swoją strefę komfortu

„Wystarczy żyć, żeby ciągle ponosić ryzyko. Czeka na nas ryzyko klęski, ryzyko odrzucenia, zawodu samym sobą, rozczarowania innymi” – pisze w książce „Nie porzucaj marzeń” Augusto Cury, brazylijski pisarz i psychiatra. „Nie powinniśmy ryzykować nieodpowiedzialnie, ale nie należy obawiać się wkraczania na nieznane obszary, oddychania powietrzem, którym nigdy wcześniej nie oddychaliśmy”. Zbyt długie pozostawanie w sferze komfortu, w sztucznie podtrzymywanym kokonie bezpieczeństwa, nie tylko uniemożliwia rozwój, ale też daje złudne poczucie, że możemy uniknąć pomyłek, potknięć czy wypadków. Zwiększa się nasza frustracja, za to zmniejsza kreatywność. Niczego się nie uczymy, nie spełniamy swoich marzeń i nie dowiadujemy się nowych rzeczy o sobie i świecie. Dlatego warto od czasu do czasu robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiliśmy. Odwiedzać miejsca, w których nie byliśmy czy w podobnych sytuacjach postępować inaczej niż do tej pory.

4. Pogódź się z odrzuceniem

Jason Comely jest znany jako autor gry o nazwie „Terapia odrzucenia”. Uczestnicy są w niej zachęcani do tego, by angażować się w specyficzne eksperymenty społeczne. Chodzi o to, by każdego dnia poprosić kogoś o drobną rzecz i uzyskać negatywną odpowiedź. W ten sposób, narażając się na mniej dotkliwe odrzucenie, w dodatku od osób, na których nam nie zależy, powoli zmniejszamy swoją podatność na odrzucenie w ogóle. Jeśli uda ci się zyskać pozytywną odpowiedź, to świetnie, ale i tak musisz podjąć jeszcze jedną próbę, bo bez czyjegoś „nie” – nie pójdziesz dalej. Osoby, które brały udział w tej grze, relacjonowały, że z czasem nie tylko mniej przejmowały się odmową, ale też zauważyły, że o wiele częściej dostawały to, o co prosiły. Czy była to darmowa dokładka w restauracji czy prośba, by zagrać na gitarze muzyka w przerwie jego koncertu, czy też zaproszenie najatrakcyjniejszej dziewczyny w barze na randkę.

Jeden z bardziej ambitnych uczestników gry w odrzucenie  – Amerykanin Jia Jiang postanowił wynieść ją na wyższy poziom i podczas 100 dni stawiać naprawdę bardzo zuchwałe prośby, jak na przykład poproszenie policjanta, by mógł na chwilę usiąść w jego samochodzie. O tym, do jakich wniosków doszedł podczas tego eksperymentu, Jiang opowiedział podczas wystąpienia na konferencji TED. Najważniejszy był taki: odrzucenie daje podobną pewność siebie co zdobywane doświadczenie. Im więcej razy został odrzucony, tym więcej siły miał, by próbować dalej. Jak widać całe to odrzucenie nie jest wcale takie straszne.

5. Obejmij przygodę

Eksperymentuj – zachęca Chris Guillebeau, przedsiębiorca i podróżnik, który w książce „Szczęście w poszukiwaniach” pisze między innymi o inspirującej koncepcji eksperymentów życiowych. Zainicjował ją Allan Bacon – jak podsumowuje go Guillebeau: normalny facet, który miał przyjemne życie i świetną rodzinę, ale jednocześnie niejasne poczucie niezadowolenia. Nie chciał jednak porzucać wszystkiego i ruszać z plecakiem w świat czy biegać co niedzielę maratonów. Zamiast tego postanowił zmieniać swoje rutynowe przyzwyczajenia. Jego pierwsze eksperymenty życiowe były bardzo proste – pójście do muzeum w porze lunchu czy wzięcie udziału w warsztatach fotograficznych. Stopniowo odważał się robić coraz śmielsze kroki i zaobserwował, że wszystkie one dają mu ogromną satysfakcję, zmieniając jego zwykłe, nudne życie, wypełnione codziennymi obowiązkami w jedną wielką przygodą. Inspirując się Allanem, Guillebeau podsuwa pomysły na kilka innych eksperymentów, np.:

  • przez tydzień bierz tylko zimny prysznic,
  • zacznij rozmowę z nieznajomym,
  • zabierz do parku smakołyki dla psów i rozdaj je właścicielom czworonogów, których spotkasz na spacerze,
  • jeśli na zebraniach w pracy zwykle jesteś aktywny, tym razem więcej milcz; jeśli zwykle milczysz, odezwij się,
  • zaoferuj swój pokój lub dom do wynajęcia w serwisie Airbnb,
  • kompletnie zmień rozmieszczenie mebli w sypialni lub salonie,
  • na jakimś cyklicznym spotkaniu celowo siądź w innym miejscu.
6. Stwórz własną bucket list Amerykański film „Choć goni nas czas” w oryginale ma tytuł „The Bucket List” i odnosi się do listy dwóch podstarzałych bohaterów (granych przez Jacka Nicholsona i Morgana Freemana), którzy, po zdiagnozowaniu u nich śmiertelnej choroby, postanawiają spisać rzeczy, które chcą jeszcze zrobić przed śmiercią. Film cieszył się ogromną popularnością i zainspirował rzesze Amerykanów do tworzenia swoich własnych bucket lists i stopniowego realizowania zapisanych na nich marzeń.

Chris Guillebeau rozwija ten pomysł i proponuje, by potraktować taką listę jako życiową misję. Zapisać na niej większe i mniejsze marzenia i realizować kilka z nich co roku. Najważniejsze, by w momencie tworzenia listy nie zastanawiać się, czy plany są realne, kosztowne czy czasochłonne, tylko po prostu napisać o tym, na co zawsze mieliśmy ochotę, a potem znaleźć sposób na realizację tych celów. To mogą być postanowienia typu: pójść na plażę dla nudystów, wybrać się do kina samochodowego, zobaczyć na własne oczy Wielki Kanion, pojechać do Las Vegas i zagrać w ruletkę, zasadzić drzewo, zrobić sobie tatuaż, pójść do opery, wejść na Mount Blanc, odwiedzić każde miejsce wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO, polecieć helikopterem, opublikować krótkie opowiadanie, zrobić kurs instruktora jogi czy iść na studia podyplomowe. Najlepsze jest to, że realizując kolejno zadania z listy uruchamiamy w sobie odwagę do robienia tego, co zawsze chcieliśmy.

7. Uwierz, że potrafisz David R. Hawkins, psychiatra i nauczyciel duchowy, w swojej najsłynniejszej książce „Technika uwalniania” pisał, że oznaką odwagi jest przekonanie i poczucie „potrafię”.

„To pozytywny stan, w którym czujemy, że jesteśmy pewni siebie, mamy umiejętności, kompetencje, zdolność do działania, czujemy się żywi, kochający i obdarowujący” – tłumaczył.

„W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania, uwolnienia, bycia «gotowym do», spontanicznym, prężnym, zaradnym i pogodnym. W tym stanie potrafimy bardzo efektywnie działać w świecie”.

Do takiego stanu potrzebna jest jednak świadomość swoich umiejętności i talentów. Nie wiesz, do czego jesteś zdolny? Poświęć trochę czasu i spisz po kolei wszystkie rzeczy, które umiesz, sukcesy, jakie osiągnąłeś, oraz dziedziny, w których jesteś dobry. Odnotuj tam także swoje predyspozycje, np. jesteś zdrowy i silny, szybko przyswajasz wiedzę, masz słuch muzyczny, dobry wzrok – to wszystko pozwoli ci dojść do wniosku, że niezależnie od tego, jakie wyzwania życie przed tobą postawi – dasz sobie radę. A to skutecznie niweluje lęk przed nowym i nieznanym oraz dodaje pewności siebie.

8. Pielęgnuj w sobie wrażliwość Brené Brown, badaczka wstydu, odwagi, wrażliwości i poczucia własnej wartości, uważa, że nie ma odwagi bez gotowości, by odsłonić swoje najwrażliwsze miejsca.

„Zamiast siedzieć z boku, krytykować i udzielać rad, musimy odważyć się wyjść do ludzi i pozwolić się zobaczyć. To właśnie jest wrażliwość. To wykazywanie się wielką odwagą” – pisze we wstępie do książki „Z wielką odwagą”.

Wrażliwość w jej rozumieniu to niepewność, ryzyko i narażanie na zranienie własnych emocji. To budzenie się rano ze świadomością, że kochamy kogoś, kto może, choć nie musi, odwzajemnić nasze uczucie, kto może zostać z nami do śmierci, ale równie dobrze może bez uprzedzenia nagle odejść. To pokazanie światu naszego dzieła czy naszych pomysłów bez gwarancji, że zostaniemy zaakceptowani lub docenieni. To też proszenie o pomoc, stawanie we własnej obronie, dzielenie się niepopularną opinią, mówienie „nie” czy rozkręcenie własnego interesu. Jak widać z tych przykładów, wrażliwość zwiększa podatność na zranienia, ale też na odczuwanie szczęścia i spełnienia w życiu. Bez niej żyjemy zachowawczo, jednowymiarowo, biernie i marnie. Za to pielęgnując ją, otwieramy się na prawdziwe przeżywanie. Co więcej, inni to czują, szanują i zwykle odpowiadają tym samym.

Zatem, może rzeczywiście nie ma czego się bać?