1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sukcesy w pracy i porażki w miłości - dlaczego to tak często idzie w parze?

Sukcesy w pracy i porażki w miłości - dlaczego to tak często idzie w parze?

Dzisiejsze pracoholiczki, gdy były małe, usłyszały, że są do niczego. To smutne, ale jeśli chcemy żyć w szczęśliwym związku, trzeba wyjść z dawnych wzorców i skoncentrować się na tym, co dzisiaj chcę i mogę i jak jutro to sobie zdobędę. (Fot. iStock)
Dzisiejsze pracoholiczki, gdy były małe, usłyszały, że są do niczego. To smutne, ale jeśli chcemy żyć w szczęśliwym związku, trzeba wyjść z dawnych wzorców i skoncentrować się na tym, co dzisiaj chcę i mogę i jak jutro to sobie zdobędę. (Fot. iStock)
Iwona Firmanty, trenerka biznesu i psycholożka, krok po kroku towarzyszy kobietom w budowaniu szczęśliwego związku. W rozmowie z Aleksandrą Nowakowską przekonuje, że w miłości – tak jak we wszystkim – trzeba mieć dobry plan i motywację.

Co skłoniło panią, trenerkę biznesu, do pracy z kobietami, które poszukują miłości?
Podczas szkoleń biznesowych zauważyłam, że silne i sprawcze kobiety, które mają doskonale poukładane sprawy zawodowe, podczas przerw rozmawiają najczęściej o relacjach, o tym, że właśnie kończą związek albo że się boją kolejny raz otworzyć serce przed mężczyzną, bo życie dało im porządnego pstryczka w nos. A przecież nawet po najbardziej satysfakcjonującym dniu każdy chce wrócić do domu, w którym czeka na niego bliska osoba.

Dlaczego silnym kobietom jest tak trudno stworzyć zdrowy i długotrwały związek?
Z moich doświadczeń wynika, że w większości są zablokowane emocjonalnie i zbytnio zdystansowane. Z grubsza podzieliłabym je na dwie grupy. Pierwsza to bardzo zadbane kobiety, które starają się być doskonałe we wszystkim. Świetnie radzą sobie na wysokich stanowiskach, mają pieniądze i czas na inwestowanie w siebie, ale są sztywne w kontaktach i odcięte od swojego ciała – widać to zwłaszcza na poziomie miednicy. Drugi typ to dziewczyny zagonione, ze smutkiem w oczach i głęboko zakorzenionym przekonaniem, że już nic dobrego w życiu ich nie spotka. Wiele oddały mężczyznom, niewiele dostając w zamian. To niesłychanie wrażliwe kobiety, które mają tendencję do matkowania partnerom. I jedne, i drugie – nieszczęśliwe w miłości. Dziwią się, że mężczyźni widzą w nich tylko ich siłę i są skonfundowani, kiedy te się otwierają i miękną, bo przecież zainteresowali się kimś innym. I te kobiety mają potem pretensje do świata, że muszą dźwigać na sobie faceta. Ale wcale nie muszą!

Jakie błędy popełniają najczęściej?
Pierwsze bywają w domu zarządzającymi dyrektorkami, które mają roszczenia, kontrolują, naciskają, drugie są wyręczającymi i nadopiekuńczymi matkami. A tymczasem mężczyźni chcą być zdobywcami. Owszem, jeden będzie zdobywał je w żółwim tempie, inny – w tygrysim, ale trzeba im na to pozwolić. Nie zmienimy praw natury. Nawet jeśli inicjatywa wychodzi od kobiety, powinna ona tak poprowadzić rozmowę, żeby to on czuł się panem sytuacji. Kiedy mówię to na warsztatach, kobiety się buntują. Pytam je wtedy, czy chcą być szczęśliwe, czy mieć rację.

Mamy udawać, że jesteśmy głupsze?
To pytanie bardzo często słyszę od moich klientek. Tłumaczę im, że nie mają być głupie, a sprytne. Mówię: „W pracy używasz swojej siły i inteligencji, w domu bądź kobietą, którą on może się opiekować”. Mężczyzna czuje się męski, kiedy może kobietę chronić, rozpieszczać, dbać o nią.

Jeśli mężczyzna nie czuje się męski, odzwierciedla się to w sferze seksualnej?
Seks to ważny miernik tego, jak się nam układa w związku. Jeśli kobieta zaczyna zbyt dominować i traktować mężczyznę jak syna, jego sprawność seksualna szwankuje. Nie można też być zbyt słabą, odgrywając rolę dziecka, bo to wyklucza rolę seksualnej partnerki. Poza tym absolutnie nie warto mężczyzny zniewalać swoją siłą. Historycznie Polki musiały nauczyć się zaradności, bo mężczyźni szli na wojnę, a one zostawały same. Tak się zahartowały przez wieki, że w wielu sytuacjach są szybsze, a niekiedy bardziej kompetentne niż mężczyźni. I my, żyjące obecnie, nieświadomie powielamy wzorce naszych babek i matek. Nie wiemy, jakimi kobietami chcemy być.

Jak to zmienić?
Kobiety bardziej koncentrują się na tym, by ktoś je uzupełniał, niż na tym, co mogą zaoferować mężczyźnie i czego pragną w zamian. Z większością klientek zaczynam więc pracę od ustalenia, jaką kobietą chcą być w związku. Niektóre muszą najpierw nauczyć się, jak o siebie zadbać, jak czarować, uwodzić, jak podkreślać swoją kobiecość. Nie jesteśmy tego uczone, wpaja się nam jedynie pewne schematy miłości. Czasem są one na tyle toksyczne i krzywdzące, że odsyłam klientkę na przepracowanie tej sprawy z psychoterapeutą.

Dzisiejsze pracoholiczki, gdy były małe, usłyszały, że są do niczego. Gdy przynosiły czwórkę, rodzice mieli pretensje, że nie piątkę, i dzisiaj „przynoszą” stanowiska. Czasem doświadczały przemocy psychicznej, obojętności, braku bliskości. To smutne, ale jeśli chcemy żyć w szczęśliwym związku, trzeba wyjść z dawnych wzorców i skoncentrować się na tym, co dzisiaj chcę i mogę i jak jutro to sobie zdobędę. Nie mamy wpływu na przeszłość, ale decydujemy o przyszłości. Pierwszy etap coachingu miłości to budowanie samoświadomości i motywacji. Książka czy artykuł mogą być dobrym bodźcem do zmiany, ale już aby wprowadzić ją w życie – potrzebne są konkretne narzędzia. A ponieważ moje klientki świetnie radzą sobie w sferze zawodowej, proponuję im rozwiązania stamtąd zaczerpnięte. Nie uczę ich, jak stać się kimś innym, one krok po kroku stają się bardziej sobą.

Pojawia się autentyzm.
I spójność. Kobiety przyznają się, że dotąd, nieświadomie, wybierały partnerów pod kątem wymagań otoczenia. Zatem pora określić, jakiego mężczyzny ONE szukają. Na początku to wygląda jak wpisywanie danych do Excela. Jedna z moich klientek koniecznie chciała związać się z finansistą. Kiedy poznała kilku, bo pięknie ubrana i uśmiechnięta udała się w miejsce, gdzie bankowcy jadają lunche, stwierdziła, że są dla niej zbyt perfekcjonistycznie nastawieni. Ostatecznie wyszła za mąż za właściciela firmy budowlanej. Inna postawiła warunek, że wymarzony ukochany ma zarabiać określoną sumę, żeby stać go było na wycieczki trzy razy do roku. Zaczęłyśmy sprawdzać, co się za tym kryje. W rzeczywistości marzyła, żeby dzielić z ukochanym pasję do podróży.

Co się dzieje, kiedy kobieta spójna i atrakcyjna, wyposażona w tabelkę z danymi, wyrusza na randkę?
Nie chodzi o to, by trzymać się danych z tabelki, tylko by wiedzieć, kim się jest. Ostatecznie ten właściwy mężczyzna nie zawsze jest dokładnie tym z „zamówienia”, ale przeważnie ma cechy z tabelki. Na początku randkowania ustalamy sobie kilka zasad, np. że mężczyzna, z którym się spotykamy, musi być wolny i sprawy jego poprzednich związków mają być uporządkowane czy że przez pierwsze trzy miesiące nie decydujemy się na seks, bo biologia sprawi, że będzie nas do niego ciągnęło, a mamy poznać wielu mężczyzn, żeby poćwiczyć konwersatorium damsko-męskie. Ważną regułą jest, że on ma być trochę bardziej zaangażowany niż ona, bo potrzebuje być zdobywcą. Uważam natomiast, że jeśli kobieta chce znaleźć właściwego mężczyznę, powinna powziąć odpowiednie kroki, by zwiększyć szansę na jego spotkanie, na przykład iść tam, gdzie może spotkać kandydatów, jacy ją interesują.

Co się dzieje podczas procesu randkowania?
Zwykle na początku kobiety popełniają te same błędy, bo kiedy zobaczą faceta, który im się podoba, czują się jak sparaliżowane lub nalegają za bardzo, i on się odsuwa. Po takiej nieudanej randce rozmawiamy o tym, co poczuły w ciele, jak mają zachować się następnym razem. Kiedy na przykład kobieta więcej niż raz umawia się z chamskim arogantem, mówię jej, że widocznie potrzebuje adrenaliny, bo może nauczono ją, że miłość to zbliżanie się i oddalanie, i jej układ nerwowy jest do tego przyzwyczajony. Ważne, żeby miała świadomość, że zawsze będzie ją pociągał trochę niebezpieczny typ mężczyzny. Jeśli jakaś klientka mówi, że mężczyźni opowiadają jej o poprzednich związkach, pytam, dlaczego im na to pozwala. Kobiety mają też problem z tym, by pozwolić zapłacić za siebie na pierwszych randkach. A przecież pierwotny instynkt mężczyzny każe być mu głównym żywicielem. Kiedy wreszcie złapią dystans, zaczynają bawić się randkowaniem, i o to w tym wszystkim chodzi. Zwykle idą na kilka spotkań z mężczyznami, którzy są ciekawi, ale ostatecznie mało pociągający i wtedy… wydarza się cud – wreszcie spotykają tego wymarzonego, kiedy w dresach rano kupują marchewkę w warzywniaku.

I to już koniec historii?
Nie. Zaczyna się wspólne życie i tam też jest wiele pracy dla mnie. Uczę kobiety, żeby nadal dbały o siebie i nie biegały cały czas po domu w crocsach. Żeby nie starały się za bardzo, nie gotowały trzydaniowych kolacji, bo mężczyzna po takiej uczcie prędzej zaśnie na kanapie, niż będzie chciał starać się w sypialni. Jeśli partner nie zrobił zakupów, choć obiecał, to niech go nie wyręczają. Gdy nic nie znajdzie w lodówce, a będzie głodny, to ostatecznie jakoś skombinuje jedzenie. Jedna z klientek opowiedziała mi, że wtedy jej mąż złośliwie zamawia pizzę, bo ona nie je glutenu. Poradziłam jej, żeby następnym razem zjadła dodatki z góry i powiedziała, że pyszne. Po pewnym czasie mąż nie tylko zaczął robić zakupy, ale nawet gotować, a ona razem z nim, z tym że on był głównym dowodzącym. Nie było w tym żadnej gry, ale obopólna akceptacja ról płci.

Brzmi sensownie, ale mało romantycznie.
Romantyzm jest, ale na końcu! Najpierw jest logika, myślenie i działanie. Ogromnie mnie cieszy, kiedy klientki przysyłają mi swoje zdjęcia. Dziewczyna była smutna, nie wierzyła w siebie, a na zdjęciu uśmiecha się, a obok jest wielki facet i mały berbeć, który pojawił się dzięki jej pracy nad sobą. Jest szczęśliwa, bo nie udaje już kogoś innego i nauczyła się dawać mężczyźnie przestrzeń w swoim życiu. A ja jestem szczęśliwa, bo mogłam jej pomóc.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak kochać szczęśliwie?

Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy o miłości powiedziano już wszystko? Czy warto pisać kolejne poradniki psychologiczne i artykuły poruszające temat zakochania, budowania związku i dbania o relację? Czy rozmowy o tym nigdy nam się nie znudzą? Moim zdaniem odpowiedź brzmi : nie. Ani nie znudzą, ani nie wyczerpią wszystkich refleksji i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Bo miłość to najtrudniejsze z uczuć. Najpiękniejsze, najważniejsze, czyniące nasze życie wyjątkowym i barwnym, ale również najtrudniejsze.

Aby umieć kochać szczęśliwie, trzeba odrobić wiele niełatwych życiowych lekcji. Bo dojrzewanie do miłości to proces, który wymaga nie tylko naszej motywacji i wiary w możliwość bycia szczęśliwym, ale także wielu psychologicznych kompetencji, które musimy nadrabiać w życiu dorosłym, ponieważ w naszym dzieciństw nie mieliśmy okazji nauczyć się tego, co jest warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej. A są nim przede wszystkim miłość do siebie i wiara we własną wartość, odwaga w podejmowaniu ryzyka oraz otwartość na drugiego człowieka i zdolność do empatii.

Jako psycholog i terapeuta par wiem jedno: każdy z nas ma w tych obszarach coś do przepracowania. I każdy przynajmniej kilka razy w życiu zadawał sobie pytania: jaki popełniam błąd? Dlaczego nie znajduję spokoju i szczęścia? Co sprawia, że cierpię, że ranią mnie bliskie osoby? Czy znajdę miłość? Czy będę umiała o nią zadbać? Uważam, że każdy z nas potrzebuje czasem wsparcia i podpowiedzi, co robić, gdy zagubi się w meandrach miłości, zatraci w zakochaniu czy doświadczy bolesnej straty. Bo każdy czasem traci wiarę w miłość szczęśliwą.

Skąd te wątpliwości, rozterki, lęki i błędy, które popełniamy? Ano stąd, że nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa i każdy wchodzi w dorosłość z jakimś bagażem nieprzepracowanych, trudnych doświadczeń i emocji. Dlatego uważam, że każdy z nas czasem potrzebuję wsparcia, podpowiedzi, jak radzić sobie z uczuciowymi dylematami, a te odnajdzie w artykułach i poradnikach, w których o psychologi uczuć i mechanizmach budowania relacji piszą osoby, mogące swoją wiedzą i doświadczeniem służyć czytelnikom. I uważam, że każdy, kto po takie wsparcie sięgnie, odnajdzie coś dla siebie. Bo każdy z nas ma swój obszar do przepracowania, który sprawia, że trudno mu kochać szczęśliwe.

Część z nas to „niedokochane dzieci" spragnione akceptacji i bezwarunkowej miłości. Takie osoby są w stanie zgodzić się na wiele, zbyt wiele, aby ktoś, często ktokolwiek, je pokochał. Wikłają się w toksyczne, przemocowe relacje, wierząc, że krzywdy których doznają, to „ich wina". Dlatego ich lekcją jest uczenie się bycia asertywnymi i umiejącym szanować i kochać siebie. Cześć z nas to zranieni wrażliwcy, którzy zamykają się w bezpiecznej skorupce, nie ryzykując bycia porzuconymi. Boją się rozczarowania. Boją się miłości. Pytają: co zrobić, aby nigdy nie zostać zranionym? I znajdują odwiedź: można nigdy nie kochać. To prawda. Wtedy nikt nas nie zrani. Gdy się nie przywiążemy, gdy nie zaryzykujemy, nie zostaniemy zranieni. Ale czy warto zapłacić taką cenę? Czy warto zrezygnować z uczucia tylko dlatego, że się boimy? Dla takich osób wyzwaniem jest uczenie się odwagi pomimo lęku, który czują. Bo każdy się boi. Ci, którzy ranią, udają obojętność, gdy ktoś cierpi; ci, którzy uciekają przed odpowiedzialnością, i ci, którzy nie potrafią kochać dojrzale też się boją. Ich lękiem jest przywiązanie i zależności. Bo miłość to odpowiedzialność. A ona jest dla wielu osób trudna.

Miłość to również sztuka dbania o drugiego człowieka. Dlatego wymaga postawy empatycznej i uważnej na potrzeby innych. Miłość szczęśliwa to także szacunek do siebie samego i poczucia własnej wartości. To pogodzenie własnych potrzeb z dbaniem o szczęście tych, których kochamy. Nie każdy potrafi tę równowagę zachować. Dla wielu z nas bycie otwartym na drugiego człowieka w sposób, który pozwala chronić również własne granice i własną intymną przestrzeń, to nie lada wyzwanie. Uważam, że do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. Dlatego każdy kolejny artykuł, na temat tego jak przygotować się do zbudowania relacji, jak uczyć się kochać dojrzale i odpowiedzialnie, jak być w miłości szczęśliwym, jest tak cenny. I dlatego uważam, że warto o miłości rozmawiać, warto dzielić się swoimi doświadczeniami i szukać cały czas odpowiedzi na ważne i aktualne pytania. Bo warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej jest umiejętność dbania również o siebie.

Maria Rotkiel: psycholożka, terapeuta, autorka poradników psychologicznych.

  1. Psychologia

Skromność - cnota czy ograniczenie?

Ludzie skromni zamiast podziękować za pochwałę, na siłę próbują udowodnić komplementującemu, że się myli. (Fot. iStock)
Ludzie skromni zamiast podziękować za pochwałę, na siłę próbują udowodnić komplementującemu, że się myli. (Fot. iStock)
Dlaczego zamiast powiedzieć „dziękuję”, na siłę udowadniamy komplementującym, że się mylą, że jesteśmy przecież niezbyt ładne i niezbyt mądre, ot takie sobie?

„Ach, dziękuję, rzeczywiście dobrze się czuję w tej sukience”, „Tak, osiągnęłam sukces i liczę na uznanie i awans”, „Wiem, że dam radę, świat stoi przede mną otworem”. Jak często słyszycie mówiące tak o sobie kobiety? Reagujące na komplement lub słowa uznania potwierdzeniem lub przynajmniej samym „dziękuję” zamiast: „Oj przestań, to stara sukienka” lub „Nic takiego spektakularnego nie dokonałam, są lepsi…”? Moje doświadczenia pokazują, że zdarza się to bardzo rzadko. A jakie są tego konsekwencje? Stoimy w cieniu… a ludzi stojących w cieniu docenia się zwykle dopiero po śmierci. Tak przynajmniej sądzą niektórzy myśliciele. Zanim jednak zacznę przekonywać was do tego, byście porzuciły skromność, przyjrzyjmy się aspektom społecznym.

Tak, jestem dobra

Jedna z laureatek V edycji konkursu Sukces Pisany Szminką Bizneswoman Roku sprawdzała na swoim przykładzie, jak inni reagują na kobietę pewną siebie, przyznającą się publicznie do swoich osiągnięć. Przez tydzień, gdy tylko ktoś wyraził się pozytywnie o czymś, co zrobiła, mówiła z całkowitą powagą: „Masz rację, też tak uważam” lub: „Tak, to prawda, jestem w tym dobra”. Jak reagowali inni, w tym, niestety, w większości kobiety? Chichotem, znaczącym milczeniem z dezaprobatą, sarkastycznymi stwierdzeniami: „Masz chyba problem ze skromnością” lub: „Ty to chyba jesteś feministką…”. Naukę zatem powinnyśmy zacząć od tego, by pozwolić innym kobietom, a następnie sobie, na aprobowanie siebie, swoich dokonań. Znalezienie złotego środka pomiędzy tą nadskromnością a byciem zarozumiałą. Bo jeżeli nas chwalą, dlaczego mamy temu zaprzeczać? W świecie biznesu cichych przeciętniaków się nie docenia, nie zauważa. Nie dla nich propozycja awansu, podwyżka czy szansa na rozwój. Dla kogo zatem? Dla tych, którzy umieją mówić o sobie dobrze, traktują się jako markę, a każda Kowalska, Nowak czy Izdebska to marka. Taka sama jak Coca-Cola czy Apple, działająca tylko na nieco innym rynku i używająca innych narzędzi promocji i komunikacji.

Jakość się obroni?

Pamiętam, że kiedy pracowałam w korporacji, jej prezes co roku kazał mi zgłaszać go do jednego z prestiżowych konkursów dla biznesmenów. Nie miał z tym problemu, a i ja uważałam to za normalne, przecież tyle osiągnął. Co ciekawe, ani razu nie wygrał, ale to go nie zrażało, próbował dalej. W przeciwieństwie do jednej z pań dyrektor, którą postanowiłam, jako zaangażowana PR-ówka, zgłosić do innego ogólnopolskiego konkursu. Po pierwsze, namówienie jej zajęło mi tyle czasu, że prawie mi się odechciało. Po drugie, zdobycie przez panią dyrektor tylko wyróżnienia wywołało obrazę na konkurs, jury konkursu i niepodjęcie następnej próby w kolejnym roku. Wniosek? Prezes umiał oddzielać ludzi od problemu, miał dystans i pokorę, do tego nosił w sobie głębokie przeświadczenie o jakości własnych dokonań. Pani dyrektor wręcz przeciwnie. Choć zasłaniała się ową skromnością, jako wartością nadrzędną, mówiąc, że prawdziwa jakość obroni się sama i nie potrzebuje poklasku, sumarycznie straciła na rynku pracy… bo to bycie widocznym, rozpoznawalnym w branży przynosi nowe możliwości i propozycje.

Więcej ambikory

Pomimo że od tamtego czasu minęło już kilka lat, a na rynku polskiego biznesu widać, że kobiety coraz częściej sięgają po złoto, to nadal towarzyszy im ta przewrotna, torpedująca każdy sukces skromność, która nie pozwala docenić swych osiągnięć na tyle, by opowiedzieć o nich światu. A to właśnie te dzielne, złote bizneswoman są dla innych szansą, aby wizerunek kobiety w biznesie był równy wizerunkowi mężczyzny. Byśmy otwierając tygodniki opinii, widziały więcej przysłowiowych garsonek niż samych garniturów. Oglądając ekonomiczne programy, podziwiały ekspertki obok ciągle pojawiających się, tych samych zresztą, ekspertów. By tytuły wywiadów z bizneswoman nie brzmiały „Sukces na obcasach”, bo przecież wywiadów z biznesmenami nikt nie tytułuje „Sukces w mokasynach”.

Tak, szanowne kobiety sukcesu, uważam, że to wasz społeczny obowiązek zaistnieć w świetle reflektorów. Pożegnajmy zatem skromność, powitajmy ambikorę, czyli ambicję połączoną z pokorą. W ten sposób przynajmniej nikt nie posądzi nas o zadufanie i zarozumiałość.

Olga Kozierowska, twórczyni organizacji Sukces Pisany Szminką, wspierającej rozwój kobiecej przedsiębiorczości. 

  1. Psychologia

Uczucie miłości. Co sprawia, że się zakochujemy? - wyjaśnia prof. Bogdan Wojciszke

Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Według prof. Bogdana Wojciszke miłość się nam po prostu przydarza. Czy szukanie jej ma zatem jakiś sens? I czy to dobrze, że dzisiaj głównie na uczuciu opieramy nasze związki?

To my szukamy miłości czy miłość sama nas znajduje?
Powiedziałbym, że to drugie. W naszym szeroko pojętym kręgu kulturowym od 50 do 60 proc. ludzi wyznaje, że to się po prostu stało, zakochali się. Nie chodzimy po świecie z zamiarem i silnym postanowieniem zakochania się – to po prostu nas dopada.

Czy można zrobić coś, żeby zwiększyć swoje szanse w tej materii? Może być bardziej uważnym, otwartym?
Miłość to bardziej stan ducha tego, kto kocha, niż rezultat tego, jacy są ci, których kochamy. Czyli to nie cechy charakteru obiektu decydują o naszym zakochaniu. Jeśli miałbym sformułować tu jakieś zalecenie, to mogłoby ono brzmieć tak: Jeżeli chcesz się zakochać, to rób coś ekscytującego. Wtedy jest duża szansa, że dostrzeżesz kogoś, kto cię zauroczy. Jest jednak jeden warunek – ta osoba już na samym początku musi ci się spodobać. W stanie ekscytacji pierwsze wrażenie się potęguje i łatwiej może przerodzić się w zakochanie. Jesteśmy wtedy bardziej „podatni” na miłość. I są na to dowody w postaci wielu badań.

Ma pan na myśli eksperyment z mostkiem? To dosyć znane badanie, w którym mężczyźni przechodzili przez chwiejny mostek, na końcu którego czekała na nich piękna modelka. W nagrodę dawała im swój numer telefonu. Okazało się, że im mniej stabilny był mostek, tym uczestnicy częściej do niej dzwonili. Adrenalina, jaką odczuwali, zwiększała atrakcyjność dziewczyny.
Ten eksperyment, jak  wiele innych podobnych, pokazał, że ekscytacja biologiczna w konsekwencji wysiłku fizycznego powoduje u badanych podniesienie atrakcyjności już i tak atrakcyjnych kobiet, jakie spotykali podczas eksperymentów. Co ważne, jeśli przed badaniem uczestnicy uznali dane kobiety za ładne, to ich atrakcyjność pod wpływem adrenaliny się zwiększała, a jeśli uznali je za mało atrakcyjne, to po przejściu przez most bardziej się im nie podobały.

Czyli uprawiajmy sport, podróżujmy, podejmujmy różne aktywności – będziemy mieli więcej okazji, by spotkała nas miłość. Ale też nie rozglądajmy się za daleko. W książce „Alfabet miłości“ przywołuje pan inny eksperyment: okazało się, że ludzie, którzy siadali obok siebie na wykładach, częściej się później zaprzyjaźniali. Rozwojowi uczucia sprzyja bliskie sąsiedztwo?
Kiedyś ludzie byli znacznie mniej kochliwi niż teraz, bo występowało ograniczenie terytorialne. Poruszali się przede wszystkim pieszo lub na rowerach, o wiele rzadziej przemieszczali się zorganizowanym transportem i nieczęsto podróżowali w dalekie zakątki kraju czy świata. Dlatego też ponad połowa małżeństw w latach 60. była zawierana między osobami, które mieszkały mniej niż 10 kilometrów od siebie. Ta bariera geograficzna obecnie w ogóle zniknęła, głównie dzięki Internetowi.

Dzięki nowym technologiom mamy o wiele więcej szans na spotkanie tego jedynego czy tej jedynej, dlaczego więc coraz mniej osób uznaje, że im się to przydarzyło?
Owszem, obecnie straszliwie poszerzyła się pula osób, spośród których można wybierać, ale o wiele częściej okazuje się to problemem niż szansą. Badania konsumenckie wyraźnie pokazują, że jeśli liczba dostępnych opcji przekracza pewien próg, to wybór staje się dla nas trudniejszy, jeśli nie niemożliwy. Jeśli mam cztery smaki dżemów, to mniej więcej wiem, który bym chciał, ale jeśli mam do wyboru 40, to moja decyzyjność spada. Wybór partnera różni się oczywiście od wyboru dżemu, ale zasada jest taka sama. Kiedyś w jednej wsi były, powiedzmy, dwie panny na wydaniu, które ze względu na atrakcyjność i pochodzenie stanowiły najlepszą partię i tylko spośród nich dobrze sytuowani kawalerowie mogli wybierać. W jakimś stopniu było im łatwiej niż na dzisiejszym rynku matrymonialnym.

Dziś trudniej jest kobietom, zwłaszcza tym wykształconym, zdolnym i atrakcyjnym, bo jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią im dorównać. Wyzwanie, przed którym stoją, określa pan sam jako „współczesny mezalians“.
Kiedyś typowym zjawiskiem było coś, co się nazywało over-marriage – kobieta wychodziła za mąż trochę powyżej swojego statusu, wynikającego z urodzenia, coś na zasadzie związku Kopciuszka i Księcia. Kobieta wnosiła w związek coś, za co mężczyzna musiał zapłacić: pozycją społeczną lub dobrami materialnymi. Teraz na skutek emancypacji, jest coraz mniej mężczyzn, którzy są w lepszej od niej sytuacji. Zwykle kobieta musiała patrzeć trochę wyżej, a teraz musi patrzeć trochę niżej. Dużo wykształconych kobiet jest obecnie znacznie mniej zależnych od zasobów męskich, bo same mogą sobie je zgromadzić, i choć finansowo wychodzą na tym lepiej, to w kwestii związku już nie bardzo. To poważny społeczny problem.

Ale skoro nie musimy się wiązać, by mieć zapewnione finansowe czy jakiekolwiek inne bezpieczeństwo, i jesteśmy sobie równi, to może nas połączyć ze sobą wyłącznie miłość. To chyba dobrze?
Dobrze czy niedobrze, na pewno ma to swoje konsekwencje. Żyjemy w świecie, w którym – szczególnie dla ludzi w średnim wieku – wybory matrymonialne przestały być ostateczne. To znaczy są ostateczne, ale tylko na pewien okres. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że o związek trzeba dbać, ale z drugiej strony mamy poczucie, że jak się nie uda, to się rozstaniemy. Szacuje się, że połowa zawieranych dziś małżeństw za kilka lat się rozpadnie. Małżeństwo nie jest już – jak kiedyś – gwarantem stabilizacji finansowej czy posiadania i wychowania dzieci. To możemy mieć dziś poza nim.

Czy w tej kwestii potrzeby kobiet i mężczyzn się od siebie różnią?
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają potrzeby wspólnotowe, czyli doznawania i udzielania wsparcia, ale jednak się między sobą różnimy. Najlepiej widać to na przykładzie podejścia do seksu, choć przekłada się to także na różne sposoby zaspokajania potrzeby kontaktu.

Kobietom zależy na tym, żeby ich związki były głębsze, ale może ich być niewiele – podobnie z seksem. Natomiast mężczyźni są za bardziej licznymi związkami, ale za to płytszymi. Dlatego też nasze dążenia trochę się rozmijają. Wynika z tego, że kobiety bardziej szukają partnera, a mężczyźni partnerek.

A kompromisem okazuje się seryjna monogamia. Czyli będziemy mieli wiele związków, ale za to z jednym partnerem?
Wszystko na to wskazuje. Ale seryjna monogamia to wcale nie nowy koncept. Nasi przodkowie znali już taki model, tylko on inaczej się nazywał. Także mieli po kilka żon czy mężów, tylko o końcu związku decydowały raczej przyczyny naturalne niż potrzeba szczęścia bądź przyjemności – ich partnerzy życiowi po prostu umierali, dziś częściej umiera miłość.

Można powiedzieć, ze Henryk VIII też był seryjnym monogamistą.
(Śmiech). Zgadza się. I większość małżeństw zawierał z miłości.

Bogdan Wojciszke profesor psychologii, profesor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się badaniem dynamiki bliskich związków, autor kilkunastu książek.

  1. Styl Życia

Samotność z wyboru. Dlaczego ludzie decydują się na samotne życie?

Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Bycie razem, nie tylko od święta, wychodzi nam coraz gorzej. Coraz lepiej natomiast - życie w samotności, choć usilnie próbujemy budować związki. Koniec końców wielu z nas wybiera niezależność, wolność, możliwość samorealizacji. A człowiek ponoć jest istotą stadną. Dziwne, prawda?

Badania nie pozostawiają złudzeń – tradycyjna rodzina nie ma się już tak dobrze, jak miała, przynajmniej w deklaracjach Polaków. Dotychczas, od wielu zresztą lat, to ona plasowała się na pierwszym miejscu w hierarchii wartości. Od mniej więcej 2010 roku (o czym mówią badania CBOS) rodzina ustąpiła miejsca sferze zawodowej. I to głównie za sprawą młodych ludzi, między 18. a 34. rokiem życia. Okazuje się, że 66 procent z nich nad rodzinę przedkłada ambicje zawodowe, a tylko 20 procent wskazuje sferę bliskich relacji jako wartość najistotniejszą. Badania pokazują także, że blisko jedna czwarta Polaków żyje dzisiaj w pojedynkę. Samotne życie to nie jest tylko okresowa moda, ale zjawisko opisane przez socjologów i psychologów.

Życie samotnika: nie wiem, jak chcę, ale wiem, jak nie chcę

Psycholożka Anna Nowakowska zauważa, że przyczyny tego zjawiska są pochodną przemian kulturowych i obyczajowych.

– W Polsce, zwłaszcza w wielkich miastach, nie istnieje już presja społeczna wymuszająca określony styl życia, tym bardziej zawieranie małżeństw. Młodzi ludzie nie do końca wiedzą, jak chcą żyć, ale za to wiedzą, jak nie chcą, czyli tak jak ich rodzice, którzy latami trwali w nieudanych związkach. Życie w pojedynkę wybierają jednak nie na zawsze, tylko na krótką metę, do czasu, kiedy się dorobią, kupią mieszkanie, samochód. Ale ta lista wciąż jest aktualizowana, więc samotne życie się przedłuża.

Psychologowie podkreślają, że samotność dorosłych ma często źródło w ich dzieciństwie. A ściślej w tym, czy rodzice okazywali im uczucia. Jeśli nie okazywali, jeśli wychowywali w emocjonalnym chłodzie, to wielce prawdopodobne, że oni też tego nie potrafią i w dorosłości nie będą umieli zbudować bliskich relacji. Wybiorą życie samotnika.

Anna Nowakowska: – Ale często zamiast coś z tym zrobić, na przykład pójść do terapeuty, ludzie deprecjonują wartość bliskich relacji, odrzucają je, twierdząc, że związek to zamach na ich niezależność, wolność, rozwój, samorealizację. A bliskość nie wyklucza wolności i niezależności każdego z partnerów. Wszystko zależy od ustalenia granic. Bo jeśli te granice są sztywne, związkowi grozi rutyna. Jeśli z kolei granice są zbyt słabe i każdy dryfuje w swoim kierunku, jedność pary jest zagrożona. Czasem, paradoksalnie, pomaga sformalizowanie związku. Daje partnerom poczucie, że nawet jeśli się oddalą, to trudniej niż w związku nieformalnym, ot, tak sobie, spakować walizki i odejść.

Życie w samotności to także konsekwencja różnych lęków. Między innymi przed tym, że w bliskim związku o wiele więcej stracę, niż zyskam. Będę zajęty domem, a w tym czasie coś ważnego może mnie ominąć! Ten lęk ma już nawet swoją nazwę, FOMO (fear of missing out), i jest widzialny gołym okiem. Ludzie nie podnoszą głów znad tabletów i smartfonów, bo tyle ciekawego tam się dzieje. A w realu? Nuda.

Kolejny lęk – że kiedy z kimś zamieszkam, a więc kiedy się otworzę, obnażę, to wyjdą na jaw wszystkie moje skrywane, często urojone, wady. Samotność to także efekt rozwodów, prawdziwej plagi ostatnich lat. W Polsce rozpada się już ponad jedna trzecia małżeństw z krótkim stażem. Po takich doświadczeniach ludzie nie chcą sparzyć się po raz drugi, wolą życie samotnika.

Samotny wilk w opałach - jakie konsekwencje może mieć życie w samotności?

Zanim powiesz: „Wybieram samotność”, zastanów się, czy to ci się opłaca. Po pierwsze, grozi ci depresja. Amerykański psycholog, profesor Richard Booth, już w 2002 roku alarmował, że długotrwałe życie w samotności może prowadzić do depresji, i postulował zaklasyfikowanie jej do zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Po drugie, jesteś bardziej niż niesamotnicy narażona na stres. Badaczka wpływu samotności na nasze zdrowie, dr Lisa Jaremka z Uniwersytetu w Ohio, dowiodła, że życie w samotności przez długi czas działa jak silny stresor. Z jej badań wynika, że organizm samotnej osoby wytwarza o ponad dziesięć procent więcej hormonów stresu niż takiej, która przebywa w otoczeniu innych ludzi.

Po trzecie, wybierając życie samotnika, fundujesz sobie choroby, ponieważ stres osłabia nasz system odpornościowy. Organizm samotnika produkuje także więcej cytokiny – wydzielanego przez białe krwinki białka, które przyspiesza procesy nowotworowe. Osoby, które prowadzą samotne życie częściej chorują na alzheimera. Inne badania, przeprowadzone przez dr Uri Gouldborta z Tel Awiwu, pokazują, że życie w samotności szczególnie niebezpiecznie wpływa na mężczyzn. Ryzyko śmierci wskutek udaru mózgu jest o 64 procent większe u samotnych mężczyzn niż u pozostających w związkach.

Jak radzimy sobie z życiem w samotności? Badania nad samotnymi studentami, jakie przeprowadził psycholog Warren Jones, pokazały, że zupełnie nieskutecznie. Młodzi ludzie, którzy prowadzą samotne życie – zamiast zapraszać znajomych, wychodzić do miejsc, gdzie spotykają się rówieśnicy – oglądają telewizję, uciekają w jedzenie lub używki. Kiedy już znajdą się w towarzystwie, zachowują się tak, że zrażają do siebie ludzi: milczą albo za dużo mówią o sobie, nie interesują się interlokutorem. Dodatkowo pogarszają swoją sytuację tym, że mają nierealistycznie wysokie wymagania zarówno wobec siebie, jak i wobec innych.

Anna Nowakowska: – Ludzie, którzy twierdzą, że wybrali życie w samotnika, przychodzą do mnie po ratunek, bo cierpią. Przed światem udają, że życie w pojedynkę jest super, że mogą robić, co chcą, ale w gabinecie przyznają, że to ściema. Zachęcam ich do zainwestowania w relacje, póki jeszcze nie jest za późno. Bo wraz z upływem czasu coraz trudniej przestawić się na inny styl życia, ciężko zmienić codzienne nawyki samotnika, znaleźć przestrzeń – i tę dosłowną, i mentalną – dla innej osoby, podzielić się z nią swoim życiem. Mówi się, że ludzie samotni dziwaczeją, i jest w tym dużo prawdy. Z moich obserwacji wynika, że łatwiej otworzyć się na związek samotnym z konieczności, wdowom, porzuconym, rozwiedzionym. Ich motywacja do zmiany swojej sytuacji, potrzeba skontaktowania się z drugim człowiekiem jest dużo większa niż tych, którzy deklarują samotność z wyboru. Ale zanim wejdzie się w nowe, dobrze zamknąć stare, przeżyć żałobę, rozstanie. Pobyć tylko ze sobą, ze swoimi myślami, w ciszy. Takie praktykowanie bycia samemu ze sobą działa jak lekarstwo. Bo samotność nie jest tylko zła, czasem okazuje się zbawienna. Chociaż na dłuższą metę nie da się jej obronić.

  1. Psychologia

„Czy to właśnie ta?” – gdy mężczyzna wiecznie szuka idealnej partnerki

Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Mężczyźni często zastanawiają się, czy jest szansa, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. I bardzo dobrze – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„On nie może się zdecydować, nieustannie szuka, rozgląda się, odchodzi i wraca” – mówią mi młode kobiety. Jakby ciągle pytał: „Czy ta dziewczyna jest tą właściwą, z którą chcę się związać?”. Jak to sprawdzić? Ta czy nie ta?
Wątpliwości są zrozumiałe i naturalne. Mogą świadczyć o tym, że mężczyzna poważnie traktuje zobowiązania. To bardzo dobrze, ponieważ związek pociąga za sobą daleko idące skutki szczególnie wtedy, gdy rodzą się dzieci. Pary, które się rozstają, w dalszym ciągu utrzymują ze sobą kontakt, bo wspólnie te dzieci muszą wychować. Decyzja o związaniu się z kimś określa więc sporą część życia.

Któż z nas zresztą nie miał wątpliwości? Kobiety i mężczyźni w długoletnich dobrych związkach mówią, że milion razy zadawali sobie pytanie, czy właściwie wybrali. Jeden z mężczyzn, patrząc na swoją piękną żonę, pół żartem, pół serio powiedział mi: „Codziennie dziękuję i codziennie żałuję!”. Może więc uznajmy, że te wątpliwości są wpisane w ludzką kondycję?
Co innego, gdy wybraliśmy sercem, a potem w chwilach kryzysów rodzą się wątpliwości. Jest tu inna sprawa: mężczyźni na ogół nie ufają swojemu sercu. Bardzo dużo główkują, analizują, porównują, co sprawia, że wpadają w pętlę, z której nie ma wyjścia; nie mogą dokonać wyboru. Tak zwany zdrowy rozsądek podpowiada im, żeby jeszcze poczekali, bo to jednak jeszcze nie ta. A ten zdrowy rozsądek jest najczęściej kształtowany przez innych. Gdy nie ufamy wewnętrznej wiedzy, czyli temu, co czujemy, sercu, wtedy bardzo łatwo przejąć się tym, co mówią koledzy, mama, tata, różnymi radami, sugestiami, opiniami, ocenami. To tak jak we wschodniej przypowieści o ojcu i synu, którzy wędrowali z osiołkiem. Najpierw ojciec jechał na osiołku, a syn szedł obok. Przechodzący ludzie wyrzekali: „Jaka bezduszność! Chłopak ledwo nogami powłóczy, a ojciec sobie jedzie!”. Więc zamienili się miejscami – syn jechał na osiołku, a ojciec szedł obok. Ludzie nie mogli się nadziwić: „Jaka bezduszność! Siedzi sobie jak na latającym dywanie, a zmęczony ojciec idzie obok!”. Usiedli na osiołku obaj. „Jak można w ten sposób męczyć zwierzę!”. Zsiedli z osiołka i szli obok niego. „Po co wam ten osioł, skoro go nie używacie!”.

Ktoś z zewnątrz patrzy przez własne doświadczenia, przeszłość, potrzeby, własną mapę świata, swoje filtry, przekonania, ograniczenia, zranienia, przeniesienia. Bardzo ważne więc, abyśmy wspierając się informacjami od innych ludzi, ostatecznie podejmowali decyzję w oparciu o to, jak my się czujemy, bo ta wewnętrzna wiedza nigdy nas nie zawiedzie.

Jak to sprawdzić, że właśnie teraz kieruję się sercem, ufam sobie?
Co czuję do tej kobiety? Co czuję, gdy jej nie ma? Czy mi jej brakuje? Co czuję na myśl o tym, że będziemy razem? A co, gdy sobie wyobrażam, że moglibyśmy się rozstać? Odpowiadając na te pytania, zwracam uwagę, co dzieje się w moim wnętrzu. To jest nieracjonalne, dlatego dla wielu mężczyzn może stanowić wyzwanie. Dla naszych przodków kierowanie się sercem było czymś naturalnym.

Co się stało, że serce straciło w męskich notowaniach?
Jesteśmy wychowywani, kształtowani i edukowani w sposób, który ma rozwijać racjonalne myślenie, intelekt. Tyle tylko, że intelekt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania, które dotyczą głębokich uczuć. To jedna przyczyna. Druga: mamy bardzo dużą podaż wszystkiego. Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który miał problem z zakupem żelazka; nie mógł się zdecydować, które wybrać. Gdy już – po długim czasie sprawdzania dziesiątków modeli – wybrał to najlepsze, doszedł do wniosku, że przydałaby się promocja. Gdy doczekał do promocji, na rynku pojawiły się nowe modele. I znów wątpliwości! Jesteśmy trenowani do tego, żeby kupić najlepsze, idealne.

I w promocji. Dziewczyna też ma być najwyższej jakości?
Tak, idealna. Piękna urodą z okładek kolorowych czasopism. Seks z nią jak z baśni z tysiąca i jednej nocy. Zdrowa pod każdym względem, odporna. Gotuje. Rokuje na dobrą matkę. Zarabia, ambitna, stabilna. Idealni rodzice; teściowa do rany przyłóż, z teściem zawsze się można dogadać.

A promocja?
Są bonusowe dodatki – wnosi do związku dom albo samochód, albo jedno i drugie. I wyobraźmy sobie, że on już „nabył”, zdecydował się. A po roku, dwóch przychodzą wątpliwości: „I na co mi to było! Na rynku taki wybór!”.

Gdzie ogień namiętności?
Mężczyzna może potem do końca życia żałować, że coś ważnego przeoczył. Bo namiętność bywa groźna. Ogień ogrzewa, ale może też spalić, zniszczyć. Traci się kontrolę, racjonalność. Tutaj ważny jest element decyzji, wyboru: „Tak, otwieram się na ten żywioł”. Jeśli jednak się otwieram, to za nim podążam i nie wiem, dokąd mnie doprowadzi.

Wszystko może się zdarzyć. Nigdy nie ma sto procent pewności, jak potoczy się relacja. Życie bywa nieobliczalne. Najzdrowsza kobieta może poważnie zachorować, może się nam urodzić niepełnosprawne dziecko. Mimo najlepszych chęci możemy nie odnieść sukcesu. To przecież całkowita katastrofa dla racjonalnego męskiego umysłu, który kocha planować, kontrolować, wytyczać i osiągać cele.
Jeśli już myślimy w kategoriach sukcesu o związkach, o miłości, musimy przyjąć zupełnie inne kryteria niż te powszechnie obowiązujące; że sukces jest wtedy, gdy wszystko świetnie się układa. Co może być tym nowym kryterium? To, że podążyłem za sercem, a nie sugestiami i namową otoczenia. To prawdziwy sukces – mimo tylu różnych wpływów odważyłem się zaufać sobie. Podjąłem decyzję samodzielnie, czyli z akcentem na dzielność. Kolejnym kryterium sukcesu jest wspólne przechodzenie przez różne kryzysy, radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. To, że potrafimy sobie wybaczać. Że potrafimy przechodzić przez rozczarowanie, które w istocie jest przemijaniem idealistycznej fazy miłości. Ani kobieta, którą pokochaliśmy, nie jest taka, jak myśleliśmy, ani my nie jesteśmy tacy, jak mogłoby się wydawać. A wtedy odkrywamy jeszcze większe bogactwo rzeczywistości. Kolejne kryterium sukcesu – gdy wzajemnie uczymy się siebie wciąż od nowa, poznajemy sposoby na to, jak mimo tych różnic, rozczarowań budować związek w oparciu o nowe możliwości.

Jedno jest pewne, jeśli decydujemy się być razem jedynie dla przyjemności, z góry skazujemy siebie i związek na nieszczęście.

Ale przecież trudy życia, konflikty, kryzysy pojawiają się także dlatego, że oboje jesteśmy indywidualistami, którzy czasem ścierają się ze sobą. To dobrze, że związek jest dynamiczny. Dobrze mieć partnerkę, która jest indywidualnością. Mężczyźni, mimo że tego nie werbalizują, często zastanawiają się, czy jest szansa na to, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. Jesteśmy więc otwarci na radość, ekstazę, a jednocześnie na znoszenie trudów, które na pewno się pojawią.

Popatrz na rodzinę, zanim się zdecydujesz – radzą czasem mądrzy ludzie. To ma sens? Czy depresyjna matka niedobrze rokuje, jeśli chodzi o związek z jej córką?
Najważniejsze, co czujemy do siebie i jak czujemy się ze sobą. Na tym się opieramy. Aczkolwiek poznanie rodziny, oczywiście, ma sens. Mężczyzna ma okazję przyjrzeć się temu systemowi, jego mocnym i słabym stronom. Jeśli zdecyduje się na związek, wkrótce zacznie do tego systemu należeć. Lepiej, żeby wiedział, co to za ludzie, jak się komunikują, bo wtedy ma większą możliwość dostrojenia się do nich tam, gdzie to możliwe, i postawienia granic tam, gdzie to potrzebne. Znając system rodzinny kobiety, będzie też lepiej ją rozumiał.

A kwestia dzieci – powiedzmy, że ona bardzo chce je mieć, on absolutnie nie chce. Chociaż zdarza się też na odwrót. Co wtedy? Kochamy się, ale w tej sprawie jesteśmy na dwóch różnych biegunach.
Wtedy on może zadać sobie pytanie: „Czy zależy mi na tej kobiecie wystarczająco mocno, żeby zrezygnować z tego, czego chciałem? Być może nie chciałem dzieci, nie planowałem ich, jednak bardziej zależy mi, żebyśmy byli razem, więc decyduję się na nie”. Tym bardziej że często potem okazuje się, że tacy mężczyźni są bardzo dobrymi ojcami i po latach nie wyobrażają sobie, jak mogłoby wyglądać ich życie bez dzieci. Ważne, żeby mężczyzna od początku wiedział, miał jasność, czy jest gotów zaakceptować siebie jako ojca w rodzinie. Jeśli nie będzie miał takiej jasności i zgody, unieszczęśliwi kobietę, a związek wystawi na poważną próbę.

Co z miłością do kobiety z chorobą alkoholową albo uzależnionej od leków czy narkotyków? Jak w takiej sytuacji decydować o przyszłości?
Wtedy trzeba postawić warunek: kobieta musi się leczyć. I że to ma być poważne leczenie, a nie „no, to się powstrzymam”. Grupy wsparcia, intensywna indywidualna psychoterapia, przejście przez cały proces odwykowy. Ważne, aby kobieta robiła to z zaangażowaniem, żeby jej zależało. Podjęcie leczenia dotyczy wszelkiego rodzaju uzależnień, zaburzeń i chorób. Fatalnie, gdy mężczyzna zakłada, że to on będzie lekarstwem, że on ją uzdrowi. To nie jest jego rola.

Miłość góry przenosi, wybacza i uzdrawia.
To prawda i tego bym się trzymał. Miłość leczy, koi, wspiera i wybacza, jednak nie zastępuje profesjonalnej pomocy, terapii odwykowej czy jakiejkolwiek innej. Nie wchodzimy w rolę terapeutów dla swoich partnerów.

Ona nie je mięsa, on mięso pożera. Ona buddystka, on katolik.
To szansa dla obojga na rozwijanie większej otwartości, elastyczności, akceptacji; na poszerzanie świadomości. Na pierwszy rzut oka to są różnice, jednak wiele łączy tych dwoje, na przykład to, że pozostają wierni swoim wartościom. Że wzajemnie akceptują swoją inność. Przypuśćmy, że w takim związku rodzą się dzieci. Jak je wychowywać? Rdzeń wszystkich ścieżek religijnych i duchowych jest taki sam: mamy być współczujący, nie szkodzić innym, szanować życie itd. W tym duchu możemy wychowywać dzieci, ponieważ wartości są wspólne. Dobrze rozmawiać nie tylko o tym, co nas dzieli, ale także o tym, co nas łączy; co jest dla nas ważne i cenne. Wbrew pozorom wszystkich nas, kobiety i mężczyzn, łączy bardzo wiele. Pod powierzchnią różnic możemy odczuć odprężenie i ciepło.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.