1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kiedy on zdradza cię z pracą. Katarzyna Miller o tym, jak uciekamy przed bliskością

Kiedy on zdradza cię z pracą. Katarzyna Miller o tym, jak uciekamy przed bliskością

Nadmierne zaangażowanie partnera w pracę może oznaczać kryzys w związku. (Fot. iStock)
Nadmierne zaangażowanie partnera w pracę może oznaczać kryzys w związku. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Myśli o niej w domu i na wakacjach, ukradkowo wysyła SMS-y w kinie, zmienia dla niej wasze plany i denerwuje się, gdy każesz mu wybierać: ty albo ona... Czy nadmierne zaangażowanie partnera (lub partnerki) w pracę to oznaka kryzysu w związku – pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Myśli o niej w domu i na wakacjach, ukradkowo wysyła SMS-y w kinie, zmienia dla niej wasze plany i denerwuje się, gdy każesz mu wybierać: ty albo ona... Czy nadmierne zaangażowanie partnera (lub partnerki) w pracę to oznaka kryzysu w związku – pytamy Katarzynę Miller.

Można być zazdrosnym – nie o innego mężczyznę czy inną kobietę, ale o pracę? Można, zwłaszcza kobiety są bardzo często zazdrosne o pracę. I zwłaszcza kiedy ta praca jest dla ich mężczyzn pasją i misją – one mają wtedy poczucie, że przegrywają. Na przykład taki lekarz, który ciągle jest na jakimś dyżurze, czy to świt, czy środek nocy. Cokolwiek razem zaplanują, on to rzuci na jedno wezwanie. Są takie zawody. I są takie żony i takie dzieci, które z jednej strony mają w domu świętego człowieka, ale z drugiej poczucie, że chyba trzeba zachorować, by mąż czy tatuś poświęcił im uwagę.

Taka zazdrość jest zrozumiała, chcemy być istotne dla naszych partnerów. Tylko możemy być w tej zazdrości destrukcyjne, a możemy po prostu powiedzieć: „Tęsknię za tobą“, ale też ucieszyć się, kiedy on wraca. Zazdrość ma bardzo wiele różnych odcieni i znaczeń. Czasem pokazuje, czego nam brak, a czasem przybiera postać złośliwej zawiści, która niszczy, na zasadzie „ja nie mam, to tobie też zepsuję“.

Siedzę w domu i się nudzę, więc wolałabym, żebyś siedział tu i też się nudził, niż tam się bawił beze mnie... Jeśli ktoś się sam nie bawi, to miewa za złe drugiej osobie, że ona się bawić może i potrafi. Jest to w jakimś stopniu zrozumiałe, ale też może być zalążkiem problemu w związku. Gdy para spędza ze sobą coraz mniej czasu, to zawsze jest oznaka kryzysu. Ale po drugiej stronie też może być niezrozumienie. Chłop, który zostawia wychowanie dzieci żonie, chce mieć święty spokój i nie słyszeć o problemach z Frankiem. Żona czuje się zlekceważona, a on nie rozumie – czym są jakieś problemy wychowawcze w porównaniu z transakcjami za grube pieniądze, które on przeprowadza? Poza tym on może mieć w pracy koleżankę, która razem z nim te transakcje dopina i razem się nimi przejmują. Ludzi wiąże to, co razem robią, więc jeśli nas w domu nic nie wiąże, a w pracy owszem, do tego nas się tam docenia i wysłuchuje – to nie ma wątpliwości, gdzie nam będzie lepiej.

Czyli to może być równie dobrze praca z pasją, jak i pasja typu taternictwo czy skakanie ze spadochronem... Wszystko, co wywołuje emocje i co scala ze sobą tych, co razem je przeżywają. Kiedy ludzie mają na coś świra, to albo dzielą go ze swoją drugą połową, albo z innymi. Mnie się bardzo podobała taka para: Andrzej Kondratiuk i Iga Cembrzyńska, którzy robili razem filmy, bardzo zresztą dobre. Pasja wspólnie przeżywana zespala, możecie gadać o niej w kółko i nie macie poczucia, że jedno mówi o czymś, o czym drugie nie ma pojęcia. Często jednak bywa inaczej, żona prosi: „Opowiedz mi, co dziś robiłeś w pracy“, a mąż odpowiada: „A co ja ci będę opowiadał, ty się na tym nie znasz“. Albo ona jest malarką, znika w swojej pracowni na dnie i noce, i cóż zrobisz, ma wenę, to znika, a on nie ma do jej świata dostępu.

Kiedyś powiedziałaś, że ludzie bardzo często uciekają w pracę, na przykład od problemów w związku. Pary uciekają przed problemami w związku, a single przed samotnością. Praca jest naszym błogosławieństwem i przekleństwem. Ludzie pracę przeklinają, gdy jej nie lubią, gdy wykonują w niej jakieś bezmyślne i bezsensowne rzeczy albo gdy mają w niej do czynienia z ludźmi, którzy ich nie szanują, nie doceniają bądź celowo krzywdzą. Natomiast jeśli mają pracę, która im daje jakiś prestiż, dzięki której mogą się nazwać profesjonalistami, w której robią to, co lubią, i robią to dobrze, która daje im poczucie własnej wartości i sprawczości, przydatności do czegoś – to są z niej dumni. W takiej pracy mogą się bardzo głęboko zanurzyć. I im mniej mają poza nią bogatego ekwiwalentu własnego szczęścia, zadowolenia i przyjemności, to tym bardziej ta praca ich leczy i chowa. Jeden pan może znikać w pracy przed żoneczką, która go pomniejsza, powtarzając „Co z ciebie za facet?!“, a inna pani może uciekać do pracy z domu, w którym mąż powtarza: „Jak ty wyglądasz?! Zapuściłaś się jak świnia“ albo w ogóle się nią nie interesuje i siedzi tylko w swojej gazecie czy transmisjach meczów. A ona ma za to w pracy i pogaduszki, i kawkę, i życzliwość, i uznanie. Zobacz, ile ta praca w sobie niesie... I jeszcze ci organizują wyjazdy integracyjne bez partnerów, więc do tej puli dochodzi seks pozamałżeński, choć nie wszyscy z tej opcji korzystają...

Ale czy to może być też ucieczką dla samej ucieczki? Ciągle znajdujesz sobie coś do zrobienia, bo wolisz to, niż wrócić do domu i zmierzyć się z jakimś problemem. Oczywiście, takie wypadki się zdarzają. Słyszałam o panu, który wprawdzie nie znikał w pracy, tylko brał książkę lub gazetę, szedł do parku i w spokoju czytał. Znam też męża, który robił wszystko w domu, byle nie słuchać marudzenia żony. Kiedy zaczynała o coś suszyć mu głowę, to mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że nie może jej poświęcić teraz czasu, bo naprawia drzwi. Czyli też uciekał w pracę, która dawała mu poczucie zajętości i sprawczości. Choć ona i tego, że on te drzwi naprawił, nie potrafiła docenić, wiecznie chciała czegoś innego, a najbardziej, żeby się zmienił.

Czyli praca może być odskocznią, potrzebną, by zachować zdrowie psychiczne... Może.

Może być także ucieczką przed życiem. Może. Ale ta ucieczka też nas przed czymś ratuje. Ja zawsze powtarzam moim pacjentom: „Szanuj swoje dziecięce strategie, bo to, że one ci teraz przestały wystarczać, jest zrozumiałe, w końcu nie żyjesz już w domu rodzinnym, tylko w szerokim świecie, ale one cię wtedy uratowały – bez nich może byś sfiział lub umarł. Mało tego, nie martw się, że pracując nad zmianą siebie, je stracisz – one nigdy cię nie opuszczą, bo są w tobie mocno zakodowane“. Poza tym jeśli się człowiekowi w życiu zapętli, to zawsze włączają mu się te pierwsze strategie – i albo ucieknie w pracę, albo zachoruje, albo się wścieknie na wszystkich i zrobi taką aferę, że będzie większa od jego problemów.

Ale pewnie ucieczkę kiedyś trzeba będzie zakończyć... Jak wszystko, co przestaje działać i wystarczać. Ale można sobie starą strategię zachować, „mieć na podorędziu“, a do tego wypracować nowe, bardziej wspomagające.

Nie sądzisz, że współczesne udogodnienia, jakie mamy w pracy, ułatwiają nie tylko spędzanie w niej całych dni, ale też prowadzenie podwójnego życia? Jeżeli masz rodzinę, ułatwia ci to prowadzenie swojego indywidualnego życia. Jeżeli jesteś singlem, który nie ma przyjaciół, to możesz żyć całkowicie swoją pracą. Moja przyjaciółka została właśnie zwolniona przez szefową, która nie ma osobistego życia, siedzi całymi dniami w biurze i tego samego oczekuje od pracowników. I tu dochodzimy do jednego z najgorszych do wyleczenia uzależnień, czyli pracoholizmu. Dlaczego jest tak trudny do wyleczenia? Bo jest bardzo przez naszą kulturę premiowany. No i trudno odstawić pracę. Ale też jakby człowiek nie miał pracy, musiałby mieć coś innego, jakąś działalność. Gdy się czyta o arystokracji, to choć do pracy nie chodziła, to zajmowała się charytatywnością, polityką, mecenatem, albo przynajmniej pracowała w ogrodzie. Inaczej zdechłaby z nudów. Praca jest nam potrzebna, a raczej celowe działanie, czyli takie, które ma efekty, w dodatku takie, które można zobaczyć. Strasznym pomysłem na pracę stała się taka praca przy taśmie, w fabryce, gdzie jesteś tylko trybikiem w wielkiej machinie, oddzielony od końcowego etapu produkcji. Jednak w każdej pracy można odnaleźć sens, jeśli ma się go w sobie. Ale też praca może nadać ci sens, jeśli go nie masz.

Czy my w pracy i my poza pracą to jesteśmy ci sami my? Czy raczej są to dwie wersje tej samej osoby? To jest nasza inna, w gruncie rzeczy lepsza, wersja. Bardziej sprawcza, zadaniowa. Ludzie są w ogóle szalenie zadaniowi, dlatego że rodzice wzmacniają w nas tę cechę. Mają wtedy dzieci z głowy. No i kiedy z takim nastawieniem na zadaniowość, na osiąganie i na rywalizację idziemy do pracy i odnosimy pierwsze sukcesy, dostajemy masę dobrego feedbacku. „Ach, jaka ty jesteś szybka”, „Jak dobrze, że jesteś w naszej grupie, bez ciebie byśmy tego nie rozwiązali“. I człowiek wie, że jest dobry interpersonalnie albo że jest dobry merytorycznie. Ktoś przychodzi się go w czymś poradzić, ktoś się chce od niego uczyć – to są ogromne nagrody wewnętrzne. Człowiek wie wtedy, po co żyje. W Polsce bardzo często się podkreśla, że sens życiu nadaje rodzina, ale rodzina jest dużo trudniejsza do tego niż praca. Na przykład rodzi ci się dziecko, sama jesteś łagodna i powolna, a tu dziecko szalone, nie nadążasz za nim, nie rozumiesz, trudno je wsadzić do klatki, choć chętnie byś to zrobiła. W pracy też zdarzają się takie sytuacje, ale wtedy, jeśli jedna osoba nie pasuje do reszty zespołu, to albo się z nią nad tym pracuje, albo zwyczajnie – dla dobra zespołu – przenosi na inne stanowisko lub do innego działu.

Ale znasz pewnie też takie przypadki, że ktoś w pracy staje się kimś zupełnie innym. Dom nie pozwala mu na bycie prawdziwym sobą? A może w pracy jest mu po prostu łatwiej, a pewne wartości domowe są dla niego nieosiągalne, za trudne. Na przykład facet nie radzi sobie w domu z odpowiedzialnością, a za to w pracy jest firmowym błaznem, wszyscy go uwielbiają i śmieją się z jego dowcipów.

Nie dałoby się tych dwóch światów zintegrować? Przenieść coś z życia zawodowego do prywatnego? Bardzo trudno to zrobić, ludzie zwyczajnie sami tego nie potrafią. Znam wiele kobiet, które w pracy są świetnymi negocjatorkami, siedzą z wielkimi kontrahentami przy stole i potrafią owinąć ich wokół małego palca, a tu guzik odepną, tam nogę na drugą założą – i wygrywają. A potem idą na randkę i nic. Nie wiedzą, co zrobić, nie wiedzą, jak rozmawiać, jak flirtować. One w pracy się tego nauczyły, prywatnie nie – i nie potrafią tego połączyć. Do tego jest potrzebny terapeuta. Ludzie nawet nie wiedzą, że mają w sobie dwie strony: jedna, ta, która objawia się w pracy – jest zadaniowa i przynosi ogromną satysfakcję – zwykle gardzi tą drugą stroną, która nie radzi sobie w miłości, w wychowaniu dzieci czy w byciu kobietą. I to jest pierwszy krok do pracoholizmu, w który można wpaść nawet w pracy dalekiej od pasji, ale za to dającej nam inne profity.

Jak odróżnić, czy zostawanie po godzinach i zabieranie pracy do domu to już pracoholizm czy jeszcze ucieczka? Pracoholizm jest ucieczką. Człowiek w niego wpada, często samemu o tym nie wiedząc. Jak w każde uzależnienie. Na początku sprawia mu tylko przyjemność, potem nie może już tego odstawić. Każde uzależnienie zaczyna się od poczucia braku, jakiejś pustki wewnętrznej. I nagle okazuje się, że pewna substancja czy określony rodzaj działania tę pustkę wypełnia. Czyni ten stan znośnym lub nawet fajnym. Wtedy ma się poczucie, że się znalazło ratunek i tego ratunku zaczyna się używać i używać, aż wszystko inne zostaje tym wręcz zakryte, a w dodatku ta rzecz czy działanie przestają być przyjemne. Pracoholik już nie może się skupić na czymś innym. Siedząc z żoną w domu przed telewizorem, myśli o pracy, leżąc nad basenem, jednocześnie siedzi za biurkiem. I nie tylko swoją żonę zdradza z pracą, on zdradza wtedy samego siebie.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Odejść czy zostać? – Czy potrafimy przebaczyć kłamstwo w związku?

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Oto pytanie, które powraca od momentu, gdy kłamstwo zostaje odkryte. Czy mogę zostać z człowiekiem, który mnie okłamał? Czy uda mi się odzyskać zaufanie? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym wszystko musi toczyć się szybko. Im bardziej wtapiamy się w tę mentalność, tym mniejszą mamy tolerancję na frustrację. Już nie umiemy czekać na odpowiedź, na spotkanie, na to, że będzie lepiej…

Podczas pierwszej konsultacji pacjenci zaczynają od następujących pytań: Ile czasu to zajmie? Z iloma sesjami należy się liczyć? Jak długo to wszystko potrwa? Gdy wyjaśniam im, że nie mam kryształowej kuli i nie wiem, jak będą „reagować” na terapię, że to zależy także od nich i okaże się w trakcie sesji, są rozczarowani…

Chęć szybkiego załatwiania spraw przenosi się na związek. Dziś nie chce nam się walczyć o to, żeby go utrzymać. Kiedy coś idzie nie tak, rozstajemy się. Nie akceptujemy ograniczeń, wysiłku i energii, których wymaga związek i stała praca nad nim. Niektórzy pacjenci przychodzący na terapię par (czyli zainteresowani odbudową i wysiłkiem na rzecz uratowania relacji) buntują się w końcu przeciwko zadawanym ćwiczeniom, ponieważ – jak mówią: „nie mają odwagi” albo są „zbyt leniwi”.

Dodatkowo, dziś to wiele kobiet odchodzi. Jakby dzięki rewolucji feministycznej rekompensują sobie setki lat, gdy były uwięzione w małżeństwie, i nie wyobrażają sobie, że mają nadal poświęcać własny rozwój dla rodziny. W efekcie w ponad 50 proc. par w odpowiedzi na moje pytanie „odejść czy zostać” pada odpowiedź: „odchodzę” (75 proc. w Paryżu). Marie-Claude Gavard w swojej książce o związkach pisze: „słowa «na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozdzieli» można by zamienić na: «na dobre, unikając złego, dopóki rozwód nas być może nie rozdzieli»” (Gavard, 2011).

Po pierwsze, musisz sobie zadać pytanie o to, jak widzisz ciąg dalszy: na co chcesz poświęcić swoje zasoby i energię psychiczną – na odbudowę swojego związku czy na odbycie żałoby po nim?
To nie pytanie pułapka. Nie ma dobrej ani złej odpowiedzi, tylko wolny wybór. Być może jeszcze go nie dokonałaś. Nie martw się, czytaj dalej, a odpowiedź do ciebie przyjdzie.

Być może mówisz sobie też: „Chciałabym zostać z moim partnerem, gdyż mimo tego, co mi zrobił, nadal bardzo go kocham, ale wydaje mi się, że nigdy nie zdołam mu przebaczyć i na nowo zaufać”.

Choć można odbudować związek, to niekiedy trauma wywołana przez kłamstwo okazuje się tak niszcząca, że osoba oszukana nie czuje się zdolna – mimo że chciałaby – na nowo angażować się w daną relację. Jeśli czujesz, że chciałabyś, ale samodzielnie nie dasz rady, nie wahaj się poszukać pomocy w terapii indywidualnej albo terapii par.

Oto odpowiedzi 108 uczestników sondażu na pytanie: „Czy jesteś w stanie przebaczyć kłamstwa partnera?”:

  • Nie mam ochoty próbować – 8,30%
  • Nie zdołałabym – 25,90 %
  • Przebaczyłabym, ale nie zaufałabym na nowo – 13%
  • Po pewnym czasie przebaczyłabym i zaufała na nowo – 43,50%
  • Nie mam żadnych problemów z kłamstwem partnera – 9,30%
Na pytanie, co pomogłoby im odzyskać zaufanie, kobiety w większość wskazywały: komunikację, całkowitą przejrzystość, uważność, przeprosiny, poczucie szczerego żalu partnera, odbudowanie intymności i czas. Mężczyźni w większości wymieniali: czas, a niektórzy – komunikację.

Ważne jest to, żeby jeśli zdecydujesz się zostać, zrobić to w jak najlepszych okolicznościach, czyli pod warunkiem zaangażowania obu stron w odbudowę związku i zaufania. Oboje musicie uczestniczyć w tym procesie. Partner jest zobowiązany przyjąć odpowiedzialność za to, co zrobił, a ty musisz zrezygnować z chęci ukarania go za to. Zrezygnować oznacza więc przebaczyć.

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. Zatem czy zostajesz, czy nie – czytaj dalej.

Akceptacja krzywdy - jakie przynosi korzyści?

Akceptacja to pierwszy krok na drodze ku odbudowie – związku lub twojej własnej. Poświęćmy nieco czasu wyjaśnieniu istoty akceptacji.

Zaakceptować nie oznacza godzić się, przyzwalać na zło, które partner ci wyrządził, czy je usprawiedliwiać. Nie oznacza także podporządkowania, rezygnacji ani kapitulacji. Podporządkować się to zrobić coś, nie mając wyboru, poddać się, być pasywnym. Akceptacja jest natomiast aktywna: aktywnie przyjmujesz emocje, akceptujesz realność zachowania, ponieważ rozpatrujesz je w kontekście ogólnym.

Zaakceptować to przyjąć doświadczenie takie, jakim jest tu i teraz. Zaakceptować to pozwolić na to, co się dzieje w twoim wnętrzu. Czujesz bolesne emocje, nie ma co ich wyganiać, bo tylko wrócą jeszcze mocniejsze. Nie chodzi o to, żeby pławić się w swoim nieszczęściu ani robić z siebie ofiarę, a pozwalać sobie na odczuwanie.

Przeżywasz bardzo bolesne doświadczenie, masz prawo źle się czuć i potrzebować czasu, żeby poczuć się lepiej. Psycholog Ilios Kotsou słusznie zauważa: „Życie jest momentami nieprzyjemne, ale nie sposób uniknąć wewnętrznego dyskomfortu bez, w pewnej mierze, unikania życia” (Kotsou, 2014).

Zaakceptować to także wyrazić zgodę na konfrontację z rzeczywistością: partner cię okłamał, wasz związek przechodzi kryzys albo się skończył. Nie możesz zmienić tego, co się zdarzyło. Chodzi o to, żeby przyjąć fakty, a energię wkładaną w wyparcie, w powstrzymywanie bolesnych emocji i pragnienie zemsty przeznaczyć na wyleczenie ran.

Akceptacja jest początkiem wglądu. Pozwala działać zamiast reagować, przyjmować to, czego nie można zmienić, i działać wtedy, kiedy można (Kotsou, 2014). Pomaga wprowadzać zmiany niezbędne, żeby sytuacja się nie powtórzyła – zmiany w związku albo w drodze do rozstania.

Oczywiście nie sposób zaakceptować po prostu dlatego, że tak zdecydowaliśmy. Akceptacja wymaga czasu, zachodzi w sercu i w trzewiach, a nie w głowie. Zbyt szybka akceptacja w myśl „i tak nie mam wyboru, muszę zaakceptować, nie odejdę” jest czymś sztucznym. W ten sposób będziesz tylko gromadzić negatywne emocje, żal, gniew i ten ropiejący wrzód ukryty w głębi twojego jestestwa w końcu pęknie, a wtedy – zakażenie gwarantowane! Zatem trzeba go oczyścić, zoperować i zdezynfekować teraz. Teraz, nie za dziesięć lat.

Żeby wyleczyć się z tego doświadczenia, musisz uświadomić sobie, że przebaczasz dla siebie, nie dla partnera. Pielęgnując żal, gniew, nienawiść, karzesz samą siebie – nie kogoś innego. Te emocje powodują niepokój twojego serca i twojej duszy – nie jego. To siebie najbardziej krzywdzisz. Jak twierdzi Christophe André „szczęście odpornych polega na tym, że mają broń” (André, 2015).

Podkreślam te słowa, bo to podstawa: zaakceptować nie oznacza godzić się. Nie chodzi o to, że jeśli podczas lektury uświadamiasz sobie, że partner stosuje wobec ciebie przemoc emocjonalną lub fizyczną – masz usprawiedliwiać jego zachowanie albo powiedzieć sobie: „Biedak, miał trudne dzieciństwo, akceptuję to, że traktuje mnie przemocowo”. Możesz sobie powiedzieć: „Akceptuję fakt przeżytego doświadczenia, akceptuję moje negatywne emocje, przebaczam sobie, że pozwoliłam na takie traktowanie, a teraz akceptuję to, że odejście będzie dla mnie bolesne mimo tego wszystkiego, co mi zrobił”.

Jednym z pierwszych etapów pojednania jest to, że twój partner przejdzie swoją część drogi. Ważne, aby uzmysłowił sobie, że mimo wszystkich powodów, które skłoniły go do kłamstwa (historia rodzinna, kontekst związku itd.), dokonał wyboru: wyboru kłamstwa i zdrady twojego zaufania. Ważne jest i to, żeby uznał swój błąd i poprosił o wybaczenie. To etap istotny dla pojednania i niezbędny, żebyś mogła mu przebaczyć – te dwie sfery należy rozgraniczyć. Najpierw trzeba przebaczyć, potem zdecydować lub nie o pojednaniu, a następnie kontynuować lub zakończyć relację.

Olivier Clerc doskonale ilustruje ten koncept następującym przykładem. Wyobraź sobie, że w szemranej dzielnicy zostajesz zaatakowana białą bronią i tylko twój napastnik może ci zrobić opatrunek. Byłoby to dramatyczne i źle rokowało dla twojego przeżycia. Być może wykrwawiałabyś się, w desperacji czekając, aż przyjdzie zszyć ranę, którą właśnie ci zadał. Na szczęście możesz iść do lekarza, który ją zszyje, i sama ją odkazić oraz pielęgnować, aż się zabliźni (Clerc, 2015).

Fragment pochodzi z książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”. - Jej autorka, Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, szeroko rozpatruje problem kłamstwa i zdrady. Udziela także praktycznych porad (ćwiczenia, medytacje): jak poczuć przebaczenie? jak okazać sobie współczucie? jak ukoić emocje? w jaki sposób komunikować problemy dzieciom i innym osobom?

  1. Psychologia

Zespół Otella - do czego może prowadzić chorobliwa zazdrość?

Skrajna postać zazdrości, czyli Zespół Otella, rozpoznawany często u osób długotrwale uzależnionych od alkoholu, u których zazdrość nie syci się już niepewnością, lecz przekonaniem o niewierności partnerki. (Fot. iStock)
Skrajna postać zazdrości, czyli Zespół Otella, rozpoznawany często u osób długotrwale uzależnionych od alkoholu, u których zazdrość nie syci się już niepewnością, lecz przekonaniem o niewierności partnerki. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Bohater szekspirowski uległ podszeptom Jagona i owładnięty zazdrością zabił Desdemonę. Współczesny Otello nie potrzebuje Jagona, by niszczyć swój związek. Zazdrość nie wymaga dowodów, potrafi sama je wyprodukować

.

„Kto nie jest zazdrosny, nie kocha” – stwierdził już święty Augustyn i w tym akurat trudno nie przyznać mu racji. Większość z nas dobrze zna ukłucie zazdrości, gdy partner lub partnerka wydają się interesować kimś innym. Jeśli kochamy, to chcemy, by nasza miłość była odwzajemniona i trwała wiecznie. Zazdrość ostrzega, stoi na straży związku, służy jego trwałości. Ale nadmiar zazdrości potrafi zabić największą miłość, choć początki wydają się zwykle niegroźne.

Mini pod kluczem

Beata w niczym nie przypomina radosnej, młodej mężatki, jaką była dwa lata temu. Bez makijażu, jakaś szara, zgaszona, „kobieta po przejściach” – pomyślałam, zanim usłyszałam jej opowieść.

– Cieszyłam się, że Tomek jest o mnie zazdrosny. Dzięki temu czułam, jak bardzo mnie kocha, jak bardzo mu na mnie zależy – opowiada, niespokojnie rozglądając się na boki, jakby sprawdzała, czy nikt jej nie podsłuchuje. – Najpierw prosił, żebym nie chodziła w mini, bo jestem taka zgrabna, że faceci się za mną oglądają. Pochlebiało mi, że tak myśli. Nigdy nie czułam się specjalnie atrakcyjna, bez bólu przestałam więc nosić mini. Potem przyszła pora na dekolty – codzienne sprawdzał, jak się ubrałam, czy nic nie widać, gdy się pochylam. Kazał mi się przebierać, nawet kiedy spieszyłam się do pracy. W końcu zaczęło mnie to złościć. „Będę się ubierać, jak chcę” – powiedziałam. Dostałam w twarz. „Ty, dziwko!” – wykrzyczał. „Wiem, że chcesz się puszczać ze wszystkimi!”.

Z czasem Tomek zaczął ją kontrolować coraz bardziej: godzinę powrotu do domu, strój, zawartość torebki, telefon... Nieoczekiwanie wpadał do pracy, sprawdzał, czy nikt się przy niej nie kręci. Ograniczał jej wyjścia z domu. Bała się, żeby ktoś do niej nie zadzwonił – jakiś klient czy kolega z pracy, bo to byłaby świetna pożywka dla podejrzeń męża.

Najpierw próbowała przekonywać, że bardzo go kocha, że liczy się tylko on..., ale bez efektu. „Widziałem, jak gapiłaś się na tego faceta” – mówił znienacka, gdy szli razem ulicą. „Jakiego faceta?” – Beata nie miała pojęcia, o kim mówi. „Dobrze wiesz, nie wykręcaj się, pewnie wolałabyś iść z nim niż ze mną”.

Gdyby Beata zdradzała męża, a przynajmniej interesowała się innymi mężczyznami, jego zazdrość byłaby zrozumiała. Mamy tu jednak do czynienia z wcale nierzadkim przypadkiem zazdrości, która karmi się jedynie podejrzeniami, a te nie giną wraz z brakiem dowodów. Skoro Tomek kontroluje Beatę na każdym kroku, w swoim poczuciu uniemożliwia jej zdradę, ale czy to znaczy, że zapobiega jej pragnieniom? A co dzieje się wtedy, gdy on jest w pracy? Co, kiedy wyjeżdża w delegację?

Tomek męczy się podejrzeniami i zaostrza środki kontroli. Wraca do domu wcześniej niż zapowiedział, czatuje na Beatę pod pracą, szuka dowodu jej winy, jakby zdrada mogła przynieść mu ulgę. Tak jak Otello, który cierpi męki, nie mając pewności, że jest zdradzony, i nie mając pewności, że nie jest.

Zespół Otella, czyli licho nigdy nie śpi

Paweł nie może znieść poczucia niepewności, odkąd jego dziewczyna, Monika, wyjechała na studia do Madrytu. Najpierw cieszył się razem z nią, ale natychmiast po odprowadzeniu jej na lotnisko zaczął przeżywać katusze. Wydzwania do niej dziesięć razy dziennie, każe się jej rozliczać z każdej godziny. W przypływie szlachetności sam zachęca, żeby się z kimś spotkała, że nie może cały czas siedzieć w pokoju, przecież chciała doskonalić język w kontakcie z ludźmi, ale gdy nie ma jej na Skypie, oddaje się bolesnym fantazjom. Co teraz robi, gdzie jest, może kogoś poznała? Paweł cierpi, dzwoni do niej w nocy, każe sobie wszystko opowiedzieć, przesłuchuje ją kilkakrotnie, w końcu Monika rzuca słuchawkę, a on traktuje to jako dowód, że już się dla niej nie liczy. Rano idzie po rozum do głowy, znów dzwoni, przeprasza, ale później wszystko zaczyna się na nowo.

Paweł ma świadomość, że problem tkwi w nim, nie w Monice. Jego zazdrość zniszczyła już dwa związki, teraz niszczy trzeci.

– Co mam robić? – Paweł czuje się bezradny wobec swoich uczuć. – Wciąż porównuję się z innymi facetami, wydaję się sobie gorszy od nich wszystkich. Jestem pewien, że ona to w końcu odkryje. No bo czemu miałaby chcieć być ze mną?

Paweł płacze, choć wie, że to mężczyznom nie przystoi. Jego ojciec też był mazgajem, tak przynajmniej o nim mówi. Może właśnie dlatego porzuciła go żona? Ojciec nigdy się z tego nie podniósł. Paweł wie, że to nie ma nic wspólnego z Moniką, a jednak to ją wciąż podejrzewa o zdradę. W końcu postanawia z nią zerwać. – Najpierw muszę uporać się ze sobą – stwierdza z bólem.

Gdyby umieli to stwierdzić inni zazdrośnicy, nie zamienialiby życia swoich rodzin w piekło. Niestety, wielu z nich zamiast pracować nad sobą, woli zmniejszać niepokój, zwiększając kontrolę nad partnerką.

Gdy patrzymy przez pryzmat podejrzliwości, świat nabiera nowych znaczeń. Każde zachowanie partnerki podlega interpretacji: nie chce ze mną rozmawiać, bo myśli o innym. Chce rozmawiać, jest miła i czuła – próbuje ukryć to, że myśli o innym. I nie chodzi tu wcale o skrajną postać zazdrości, czyli o zespół Otella rozpoznawany często u osób długotrwale uzależnionych od alkoholu, u których zazdrość nie syci się już niepewnością, lecz przekonaniem o niewierności partnerki. Brak dowodów w niczym nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, sam w sobie jest dowodem na niezwykłą przebiegłość partnerki, której kochankiem jest każdy mężczyzna, z jakim się kontaktuje. Zespół Otella może prowadzić do morderstwa, ale także „zwykła”, choć nadmierna zazdrość łączy się często z przemocą.

Zielonooki potwór

„Czy ktokolwiek policzył kiedyś ofiary zazdrości? Każdego dnia ktoś pod jej wpływem naciska spust rewolweru, codziennie wbijany jest nóż w czyjeś ciepłe ciało, co dzień nieszczęśnicy zżerani przez zazdrość i znękani życiem skaczą w bezdenne głębiny wód. Czym są okrutne bitwy, o których opowiada historia, w porównaniu z tą przerażająca namiętnością, jaką jest zazdrość?” – pytał austriacki psychoanalityk Wilhelm Stekel kilkadziesiąt lat temu.

Od tego czasu nic się nie zmieniło. Ofiary zazdrości padają na polu bitwy, która z miłością ma niewiele wspólnego. Z badań prowadzonych na świecie wynika, że zazdrość jest główną przyczyną przemocy fizycznej w małżeństwie. Spośród 60 maltretowanych kobiet badanych w ośrodku dla ofiar przemocy w Północnej Karolinie, aż 57 stwierdziło, że ich partnerzy są tak zazdrośni, że każde ich wyjście z domu kończy się oskarżeniami o niewierność i przemoc fizyczną.

Szekspirowski zielonooki potwór doczekał się wielu definicji naukowych. Mowa w nich o tym, że zazdrość to reakcja na zagrożenie związku, który jest dla danej osoby wartością i w który wiele zainwestowała. Zazdrość motywuje do zachowań mających przeciwdziałać zagrożeniu, a więc pełni funkcję chroniącą związek i właśnie po to w procesie ewolucji powstała. Dlaczego zatem tak często go niszczy? David M. Buss, psycholog ewolucyjny, autor książki „Zazdrość – niebezpieczna namiętność”, wyjaśnia to za pomocą teorii mniejszego zła. Błąd polegający na niezauważeniu oznak zdrady pociągał za sobą większe koszty w postaci wydatkowania energii na opiekowanie się cudzymi dzieci, niż błąd polegający na niesłusznych podejrzeniach o zdradę. Ewolucyjnie uzasadniona skłonność do nadmiernej zazdrości nie pojawia się jednak bez powodu. Predestynuje do niej niskie poczucie własnej wartości, traumatyczne wydarzenia z przeszłości – zdrada czy porzucenie, wysoki poziom lęku, zaburzenia erekcji, różnica w atrakcyjności partnerów. Za to wierność czy niewierność partnerki nie ma tu większego znaczenia.

Kontrola seksualności kobiet jest wpisana w patriarchat od wieków. Do dziś zdrada kobiety w krajach islamskich to plama na honorze mężczyzny, którą zmazać może jedynie zamordowanie żony. Aż do 1974 roku zabójstwo niewiernej żony nie podlegało w stanie Teksas karze, jeśli zostało dokonane, zanim osoby dopuszczające się cudzołóstwa opuściły miejsce zbrodni. Zabicie kochanków w łóżku nie było przestępstwem również w prawie angielskim.

Jeśli chodzi o mężczyzn, nasza kultura ma inne standardy. Delikatnie wyraził to Yves Montand: „Myślę, że żonaty mężczyzna może mieć dwa, no, może trzy romanse. Więcej to już nieuczciwość”. Kobieta zazdrośnika nie musi mieć romansów, by podlegać totalitarnej kontroli. On stosuje ją prewencyjnie. Dręczony przez niepewność i poczucie zagrożenia, uzależnia kobietę od siebie, ogranicza jej wolność osobistą, grozi, czasem przeprasza, żeby znów stosować przemoc. A to wszystko w imię miłości!

  1. Seks

Mam wirtualnego kochanka. O tym, czym jest cyberseks opowiada Katarzyna Miller

- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Cyberseks. To słowo określa zarówno podbarwione erotyzmem rozmowy przez Internet, jak i wirtualny seks. Czy ten rodzaj rozkoszy zagraża ludzkości, czy wręcz przeciwnie – otwiera nowe drzwi do erotycznego nieba? – odpowiada Katarzyna Miller.

A gdyby tak sprawić sobie wirtualnego kochanka? Przyznaję, że do tej pory byłam raczej przestraszona apokaliptyczną wizją ludzkości zamkniętej w kapsułach. Aż tu nagle zaczęłam myśleć, że w tym wirtualnym seksie jest jednak coś rozkosznego. Wyobraziłam sobie, że zamawiam mężczyznę idealnego. Przystojnego cyberkochanka o upojnym głosie, który ma kilka par rąk. Jedna para rąk zajmuje się moimi stopami, druga pupą i plecami, trzecia piersiami, czwarta włosami... Ten kochanek ma dwa penisy (bo mogę sobie przecież zamówić, co chcę, bylebym miała za co) i mogę mu mówić: teraz wolniej, teraz mocniej... Spełnienie tego, co podczas seksu się myśli, a rzadko mówi. Co bardziej śmiałe kobiety, owszem, pokazują, proszą, ale starają się delikatnie, żeby go nie zranić, nie zniechęcić. A czasem miałoby się ochotę powiedzieć prosto z mostu: trochę w lewo, w prawo, a teraz tak trzy minuty. I co? Większość panów by się wściekła, że nie są tylko na usługi.

Ta wizja skłania mnie do zastanowienia się, co nam to mówi o nas samych i naszych relacjach. Dlaczego w ogóle wirtualny seks się pojawił? To kolejny erzac. Bo mamy problemy z relacjami, z komunikacją seksualną. I chcemy je rozwiązać na skróty. Przecież gdybyśmy mieli satysfakcjonujący seks w realu, nie szukalibyśmy zamienników. Niby oczywiste, ale co z tego? Wiemy to, ale niewiele robimy, by coś zmienić.

Ty ciągle tylko namawiasz, by nad czymś ciężko pracować. A człowiek chciałby się odprężyć i nie musieć wiecznie tak tyrać... Zauważ, że zaczęłam od wizji totalnego brania, a nie od zapracowywania! Nie widzę problemu w tym, by wirtualny seks jako opcja sobie istniał. Jak dobry drink od czasu do czasu urozmaicał życie. Kłopoty zaczynają się, gdy w zasadzie jest to opcja jedyna. A poza tym posucha i człowiek robi się samotny, więc w zasadzie w ten Internet ucieka, bo zwyczajny świat coraz mniej go interesuje. Łatwo się zatracić. Wspominam często doświadczenie ze szczurami, które mając dostęp do klapki drażniącej ich ośrodek rozkoszy w mózgu, przestawały jeść i zdychały z rozkoszy. Ale jakaż to piękna śmierć, powiedziałby niejeden.

Człowiek to nie szczur. Całe szczęście. Człowiek ma wielki potencjał, tylko pytanie, jaką jego część realizuje. Wielka szkoda, że nie poszliśmy drogą wiedzy seksualnej. Wciąż nie umiemy słuchać własnego ciała. Co dopiero mówić o wsłuchiwaniu się w ciała innych. A uczyć się nie chcemy. Panuje dość dziwaczny pogląd, że nie będziemy się tego uczyć, bo to niewłaściwe, ale umieć powinniśmy. Tylko skąd? Więc sobie konstruujemy przedłużki, żeby spełnić własne i cudze wizje na temat owego seksu. Boimy się, że on nami zawładnie. Tymczasem najprostsza droga do tego, by nami zawładnął, to właśnie unieważnienie go, usunięcie z życia. Najlepszy dowód: w kulturach plemiennych seks stanowił naturalną część życia, a przecież wcale nie było tak, że wszyscy nic, tylko go uprawiali. Jeśli to się dzieje w normalnym rytmie, nie ma groźby, że nagle zabijemy się, nawet klikając myszką bezpośrednio w swój ośrodek rozkoszy. I moim zdaniem całemu naszemu społeczeństwu coś takiego nie grozi.

A jednostkom? Jak najbardziej. Przecież osoby uzależnione od seksu tak właśnie się zabijają. Ludzie potrafią być tak niedowartościowani, że się degradują do podstawowych potrzeb. Z drugiej strony człowiek od zawsze marzył, by sobie móc robić dobrze, nie mieć granic. I nie musieć się wstydzić. To przecież podstawowa karma dla fantazji erotycznych. Stajemy przed możliwością zrealizowania tych wizji. Czy to nie pociągające? Wiesz, jak funkcjonują ludzie, którzy mają dużo dobrych orgazmów? Nie trzeba lekarzy. Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka.

Ale jaka niezwykła... Atrakcyjna, bo dająca nieustanne pobudzenie, które znieczula cierpienie, ten słynny ból istnienia. Człowiek, który ma intensywny internetowy związek oparty na seksie, potrafi być podobnie podniecony, otumaniony własną chemią mózgową, jak człowiek zakochany. To sytuacja dająca złudzenie związku i satysfakcję seksualną jednocześnie. I niewymagająca otwarcia się na prawdziwą bliskość, której dziś boimy się bardziej niż samotności. Przemawia więc szczególnie do ludzi, którzy cierpią z powodu braku miłości, nie umieją się odnaleźć w relacjach. Ucieczka w wirtualny świat jest więc jedynie objawem, a nie przyczyną trudności w relacjach. Oczywiście wtórnie owe trudności pogłębia. Coraz więcej ludzi łapie się na ten lep, bo coraz więcej w nas lęku przed kompromitacją, a coraz mniej prób nawiązania prawdziwych znajomości. Nie mówiąc o tym, że nie ma czasu, by je pielęgnować. A jak tu mieć dobry seks bez pielęgnowania bliskości?

Część ludzi wybiera więc po prostu przygodny seks, bez zobowiązań. Może to, co powiem, kogoś oburzy, ale skoro seks z założenia ma być przygodny, a więc przedmiotowy, to może lepiej jest to zrobić z cyberkochankiem? Nie za wiele się to różni, jeśli chodzi o poziom bliskości, za to doznania mogą być o wiele przyjemniejsze. No i nie zarazimy się HIV-em, nie zostaniemy sponiewierani... Mniejsze ryzyko.

Dość cyniczna wizja. Eee tam. Tak bywa. Oczywiście nie z każdym.

Dziwisz się? Żyjemy coraz szybciej, więc również w kwestii relacji i seksu idziemy na skróty. Gdy się oddasz we władanie cyberseksu, to czasu masz jeszcze mniej. Czatowanie, mejlowanie, komunikatory... To zżera każdą ilość czasu.

 
Czym wirtualny kochanek różni się od internetowego? Bo mam wrażenie, że to jednak inny rodzaj relacji. Cyberkochanka możesz sobie stworzyć na wzór i podobieństwo swoich marzeń. W Internecie znajdujesz po drugiej stronie rzeczywistego człowieka, więc nie możesz go sobie zaprogramować, by ci mówił słodkie słówka... To rodzaj fantomowej, nierzeczywistej relacji. W gruncie rzeczy nie wiadomo przecież, kto jest po tej drugiej stronie.

Nie wiadomo też, kto jest po tej... Człowiek śni sen o sobie samym, lepszym, odważniejszym, seksownym. Nieśmiały, pełen zahamowań człowiek w sieci może brylować. Stworzyć sobie inną tożsamość, która w każdej chwili może się znowu zmienić... Szczególnie trudno jest być szczerym i odważnym w stosunku do kogoś, na kim ci zależy. Paradoks tylko pozorny. Taka sytuacja jest zagrażająca – boimy się, co ta osoba sobie o nas pomyśli, jak zareaguje, boimy się odrzucenia. Szczególnie w seksie. Dlatego łatwiej przywdziać fałszywą tożsamość i wypisywać rzeczy, których byśmy w życiu naprawdę nie powiedzieli. Łatwiej też znieść odrzucenie – bo to przecież nie my.

Ale te rzeczy, które się wypisuje, bywają prawdziwe. I tak, i nie. Bywają to rzeczy, o których w skrytości ducha marzymy, ale się ich wstydzimy. W takim sensie cyberseksualne rozmowy potrafią człowieka ośmielić – gdy partner lub partnerka owych rozmów pozytywnie zareagują. Niestety, zwykle owa „śmiałość” pozostaje zdobyczą wyłącznie wirtualną, a w realu nic się nie zmienia. Bo rozdzielamy te sfery. Podobnie jak mężczyzna, który idzie do prostytutki, zwykle potem nie ćwiczy tego, co tam robił, z żoną.

Nieco inna sytuacja ma miejsce, gdy człowiek eksperymentuje w Internecie. Świadomie udaje kogoś innego, prowokuje, przekracza granice, prowadzi erotyczną grę. To jeszcze bardziej niebezpieczne, bo nie ma szansy, by normalne życie, normalne relacje były tak intensywne jak owa gra.

Czy nie jest tak, że nowe technologie wychodzą naprzeciw naszej pokusie przekraczania granic, norm? Wyciągają z człowieka, co w nim siedzi. Tak. I w tym sensie możemy powiedzieć, że dobrze, że owo „coś” znajdzie jakiekolwiek ujście. Bo jeśli go nie znajduje, rządzi nami z ukrycia. Ale nie jest to najlepsza forma ujścia. Choć nie chcielibyśmy tego tak widzieć, romansując w Internecie, prowadzimy podwójne życie. Z podwójną moralnością. To nie służy nikomu, nawet singlom. A już zwłaszcza komuś, kto żyje w parze. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że romans w Internecie ma ciężar emocjonalny podobny do zdrady. To nie jest takie niewinne, jak sobie lubimy wyobrażać, bo niszczy związek.

W jaki sposób? Z prostej przyczyny: energia seksualna, która dotąd była dla związku, jest kierowana gdzie indziej. A związek, w którym taka energia nie płynie, zamiera. Czy tego chcemy, czy nie. Tymczasem „tam” ciągnie coraz bardziej. Bo jest ten dreszczyk nowości, łatwiej się podniecić. A ze „starym” mężem czy żoną trzeba by się z powrotem postarać. I zanim się obejrzymy, następuje rozkład pożycia, jak to się mówi. Wiele małżeństw rozpada się z takiego powodu.

Znam kobietę, której małżeństwo się rozpadło przez ognisty związek, który nigdy nie wyszedł poza sieć. Aż jej cyberkochanek przestał się odzywać i z dnia na dzień zniknął. I ona się znalazła w totalnej depresji... Gdy taki związek się kończy, zostaje straszliwa pustka. Nakręcona dziewczyna żyła na takim haju, że pewnie nawet nie zauważyła, że małżeństwo się kończy. I raptem nic. Bardzo trudno jest w to uwierzyć, trochę tak, jakby się nagle zostało wygnanym z raju. Jakby ktoś umarł, choć przecież go nie było. A ona nawet nie wie, kim był ten facet po drugiej stronie, czy to, co pisali, było prawdą, czy nie? I w rzeczywistości tego mężczyzny, prawdę mówiąc, nie było. Ktoś pisał, ale na pewno nie ten, kogo ona czytała. Pisało jej marzenie. Pisał ktoś, kto był też dla siebie samego marzeniem. To nie znaczy, że go nie było w niej. To ważna lekcja, może wiele człowieka nauczyć, jeśli z niej skorzysta. Taki szok ma moc, by człowieka obudzić do prawdziwego życia, wyrwać go z internetowych szponów. Można sobie wtedy uświadomić, co sprawiło, że taki sztuczny związek w ogóle zaistniał. Dlaczego tak, a nie inaczej postąpiłam, kim był dla mnie ten kochanek, jakie moje potrzeby spełniał. I czego mam się uczyć, żeby spełniać je w realu. Żeby móc mieć kochanka prawdziwego. Albo przynajmniej – nie mogę sobie odmówić tej przyjemności – zafundować sobie jawne cyberzastępstwo, co do którego mamy pewność, że póki mamy baterie, na pewno nas nie zawiedzie...

  1. Styl Życia

Rodzina amiszów w Polsce - jak żyją polscy amisze?

 Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Bogactwo nie ma wielkiego sensu – mówi Jakub. – Przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. Bo w życiu, uważają, są potrzebne tylko trzy rzeczy: jedzenie, ubranie i dach nad głową. Przyjechali tu ze Stanów Zjednoczonych ponad ćwierć wieku temu. Mieli założyć wspólnotę. Nie udało się, ale oni zostali. Martinowie, jedyna rodzina amiszów w Polsce.

Krętą wąską drogą wijącą się przez pagórkowate tereny Roztocza docieram do podlubelskiej gminy Modliborzyce. Na progu domu stoi szczupła kobieta w długim, mocno przymarszczonym w talii fartuchu w kolorze chabrów. Wystają spod niego szarobura spódnica do ziemi i długie rękawy bluzki w zgaszonym kolorze. Ubranie określa tożsamość. Anita macha do mnie energicznie ręką na powitanie, uśmiecha się. Rozglądam się po surowych, skromnych zabudowaniach. Czuję się, jakbym przeniosła się do innej epoki.

Czy to żyd, czy nie żyd?

Niby zwykłe wiejskie gospodarstwo – piętrowy dom, zabudowania gospodarcze, stodoła, obora, na środku podwórka blaszana buda, przy której szczeka uwiązany na łańcuchu pies. W wielkim salonie stoją duży stół i krzesła, pod oknem – kanapy i fotel. Przy ścianie metalowy piec – Jakub dokłada do niego drzewo z lasu. – Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny – mówi. W salonie wita mnie rodzina Martinów. Dwie dorosłe córki – Zosia i Ilona – w długich spódnicach i białych chustkach na głowie. Chłopaki – Ruben, Joshua, Waldemar, Krzysztof i Stefan – w spodniach na szelkach, jak ojciec, Jakub. – Ubieramy się zgodnie z przekazem biblijnym – mówi Anita. – Gdy przed 27 laty przyjechaliśmy do Polski, nosiłam tradycyjny amiszowski biały czepek na głowie i długą suknię jak habit. Wszyscy myśleli, że jestem zakonnicą. – A mnie brali za Żyda – śmieje się Jakub. – Miałem brodę w szpic i nosiłem czarny kapelusz.

– Ubranie służy do zakrywania ciała – tłumaczy Anita. – Dziś kobiety zakładają krótkie sukienki z dekoltem i idą do biura, a po powrocie do domu zmieniają na dresy. Komu chcą się podobać? Bo przecież nie mężowi, myślę. U nas odwrotnie. Rozbieram się dopiero w sypialni, tam mogę być piękna dla męża. Perfum używam w niedzielę, nie farbuję włosów, zresztą amiszki i tak muszą przykryć włosy. Czepek lub chustkę nosimy całe życie, ma podkreślać skromność i czystość kobiety. Anita nie kupuje ubrań. – Szyjemy to, czego potrzebujemy – mówi. Spódnicę, bluzkę czy chabrowy fartuch, który ma na sobie. – W takim chodziliśmy w domu – wyjaśnia. – To tradycja. Podobnie jak to, że amiszki potrafią szyć, haftować, cerować. Anita nauczyła wszystkiego córki.

Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Miłość aż po grób

Martinowie pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach. Anita miała 26 lat, Jakub – 24. Spotykali się pięć miesięcy, zanim uznali, że do siebie pasują. – Trzeba wybierać rozumem, nie tylko sercem – tłumaczy Jakub. – Przecież mąż ma obowiązek miłować żonę do końca życia, podobnie jak ona do końca ma być mu uległa. Małżeństwo to decyzja na zawsze. Między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. – Nigdzie nie jest napisane, że nie mogę się ożenić z nieamiszką, ale po co? – pyta Jakub. – Z tego same problemy – dodaje Anita i wyjaśnia: – Jedno chodzi do kościoła, drugie do zboru, nie wiadomo, co robić z dziećmi, czego ich uczyć. Ludzi łączą podobieństwa, a nie różnice, szczególnie tak fundamentalne jak wiara, obyczajowość, zasady.

Anita i Jakub poznali się w zborze. – Pamiętam to spotkanie – wspomina Anita. – Miał chyba 15 czy 16 lat, nie myślałam, że będzie moim mężem. – Wiem, że w książkach i filmach miłość musi być romantyczna, ale ja uważam, że do małżeństwa potrzebna jest mądrość, a nie fajerwerki – mówi Jakub. Ślub też był bez blichtru. Anita miała długą kobaltową suknię, przypominającą habit, i biały czepek, a Jakub – kobaltową koszulę, spodnie i kamizelkę.

Gdybym umiał czynić cuda

Zaraz po ślubie, w 1993 roku, Martinowie przyjechali do Polski. Był ponury, zimny, dżdżysty listopad, kiedy wylądowali na warszawskim Okęciu. Wynajęli dom pod Mińskiem Mazowieckim. Nie znali języka, miasta, mieli tylko garść dolarów, które dostali od zboru. Dziś Jakub mówi czystą polszczyzną. – No, ale w Polsce jestem dłużej niż w Ameryce – wyjaśnia. Anita mówi z amerykańską melodią, ale swobodnie. Nauczyli się sami. Jakub uczył się z polskich książek – czytał Prusa, Sienkiewicza. Jest zafascynowany Trylogią. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Po co przyjechali do Polski?

– Byliśmy młodzi, mieliśmy ogromną wiarę w to, że założymy tu zbór amiszowski – mówi Jakub. – Były już dwie rodziny, którym mieliśmy pomóc krzewić naszą wiarę. Myślałem, że będę jak Chrystus chodził po kraju i opowiadał o Bogu. Ale Chrystus miał moc uzdrawiania i czynienia cudów. Ja takiej mocy nie mam. Co mogliśmy powiedzieć Polakom? Że nasza religia ma 400 lat tradycji? Przecież odpowiedzą: a nasza 2 tysiące! – tłumaczy Jakub.

Dwie rodziny amiszów poddały się i wyjechały z Polski. Martinowie zostali. Mieli już syna, bo Ruben urodził się dwa lata po ślubie. Potem kilka razy zbierali się do odlotu, ale zawsze coś krzyżowało plany. W końcu pomyśleli, że widocznie Bóg chce, żeby zostali. Przeprowadzili się na Roztocze, do Modliborzyc nieopodal Janowa Lubelskiego. – Ziemia tu tania – mówi Jakub. – Kupiliśmy 13 hektarów. Zbudowałem dom. Amisze są samowystarczalni. Jak rodzina potrzebuje domu, zbierają się wszyscy mężczyźni i wspólnie pracują. Jakubowi pomagają synowie, których wszystkiego nauczył. Bo amisze to nie tylko wiara, to tradycja. – Wiele rzeczy robię tak jak mój ojciec i nie zadaję pytań dlaczego – wyjaśnia Jakub.

W pogoni za luksusem

Życie wypełnia im praca na gospodarstwie. Od wiosny robota w polu jest nie do przerobienia – sianie, sadzenie, zbieranie, żniwa, wykopki. Do tego Martinowie mają bydło, trzeba nakarmić, oporządzić. Potem część sprzedają. Od grudnia jest lżej – można odpocząć. Wieczorami łuskają fasolę albo łupią orzechy, ale w tym roku orzech nie obrodził. Dzieci grają więc w planszówki. Starsi chłopcy remontują pokój na górze, cyklinują podłogi. Schody na górę robił Jakub – solidne, bukowe, pociągnięte dwiema warstwami lakieru. Wszystko w tym domu zrobił sam. Również podłogę, która wygląda na starą, dębową. – Pociągnęliśmy olejem słonecznikowym sosnowe deski, kurz zrobił resztę – śmieje się Anita. – Nie da się wyszorować. Ale kto przychodzi, pyta, skąd mamy taką ładną podłogę. Bo wygląda na rustykalną.
„Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny” – mówi głowa rodziny Martinów, czyli Jakub. W domu w Modliborzycach pod Janowem Lubelskim wszystko robili sami, amisze są samowystarczalni.
Nie mamy tu luksusów, ale nie są nam potrzebne. – Bogactwo nie ma wielkiego sensu – dodaje Jakub. – W tamtym roku kupiliśmy samochód, kosztował 3 tysiące, a jeździ tak samo jak ten za 300 tysięcy. – I nie muszę się bać, że ktoś mi zarysuje lakier. Tego nawet nikt ukraść nie chce – żartuje Anita. Martinowie nie rozumieją pogoni za bogactwem. – Ludzie gonią za luksusem, mylnie utożsamiają go ze szczęściem, a on daje szczęście na chwilę – mówi Martin. – Bogactwo przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. – Są trzy rzeczy potrzebne w życiu: jedzenie, ubranie i dach nad głową – mówi Jakub. – Święty Paweł pisał, że trzeba być zadowolonym, gdy ma się jedzenie i ubranie. Ale on żył w Grecji, tam jest ciepło. Gdyby żył tutaj, musiałby dodać jeszcze dom, który jest schronieniem przed wiatrem, deszczem, mrozem i śniegiem. – Jestem pewna, że Bóg nie ma nic przeciwko temu, że mamy ciepło – mówi Anita.

Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Bez prądu i telefonu

Opowiadam im zabawną historię: – A jak się z nimi skontaktowałaś? – zapytała mnie moja siostra Ewa, która mieszka w Stanach i często kupuje u amiszów organiczne jajka, warzywa czy kaszę. – Jak to jak? Zadzwoniłam na komórkę! – odpowiedziałam. – To co to za amisze, skoro mają komórkę i może jeszcze prąd. Anita i Jakub śmieją się. – I miała rację, bo większość amiszów w Stanach jest ortodoksyjna. Nie mają telefonu, prądu, samochodu – wyjaśnia Jakub. – Jeszcze mój dziadek jeździł bryczką konną, ale już ojciec kupił auto – mówi Anita. Ortodoksyjni amisze do dziś jeżdżą konnymi powozami. – Są różne zbory i niektóre mają bardziej liberalne zasady – wyjaśnia Jakub. – My należymy do tego postępowego nurtu. Jakub podchodzi do własnoręcznie robionej drewnianej etażerki, otwiera drzwiczki i pokazuje komputer. – Nie mamy telewizora i radia, bo to zło – mówi Anita. – A z komputera i telefonu korzystamy tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. – A po co nam smartfon? Jest drogi, będzie żal, gdy się zniszczy w pracy – powiedzieli. Mają laptop, kiedy chcą połączyć się z Internetem, przychodzą do salonu i podłączają kabel. Dzieci nie ciągnie do mediów społecznościowych. Nie grają też w gry komputerowe, jak rówieśnicy. – Mają przyjaciół? – pytam. – Niewielu. Bo i wspólnych tematów mało – odpowiada Anita. – Nie dogadują się, bo mają inny sposób myślenia – dodaje Jakub. Zresztą nie chodzą do szkoły. Amisze uczą się w domu. – Sama nauczyłam ich wszystkiego, co potrzebne do życia – mówi Anita. – Matematyka, historia, przyroda… Anita uważa, że większość rzeczy, których dzieci uczą się w szkole, i tak im potem do niczego się nie przyda. – Ile wykształcenia potrzeba, aby być matką i żoną? Albo ojcem i mężem? Większość zawodów nie przynosi pożytku człowiekowi – uważa Jakub. Jako Amerykanie nie podlegają obowiązkowi szkolnemu, więc edukację skończyli na podstawówce.

Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Najstarszy Ruben dziś ma 25 lat, pracuje na budowie. 23-letni Joshua najpierw pracował u stolarza, a teraz przy produkcji kaszy. Pozostałe dzieci pracują w domu. Żyją z rolnictwa i ogrodnictwa. – I to wam wystarczy? – pytam. – A ile potrzeba? – pyta Anita. – Wszystko mamy swoje: jaja, mięso, warzywa, ser, mleko, mąkę, kaszę, fasolę. W sklepie kupuję tylko cukier, sól, ocet spirytusowy, bo jabłkowy mam własny, olej i drożdże. Chleb wprawdzie piekę na zakwasie, ale drożdże mam na wszelki wypadek. Staramy się używać to, co mamy. Nawet opał mają swój, z lasu. – Za prąd muszę tylko zapłacić – dodaje Jakub. – Ale to 100 zł miesięcznie. Niedawno Martinowie zaczęli płacić składki na KRUS, wcześniej nie mieli ubezpieczenia. – Najlepszym ubezpieczeniem i naszą emeryturą są dzieci – śmieje się Jakub, pokazując palcem na kuchnię, w której dzieci przygotowują obiad. – A nie wyrwą się wam kiedyś w świat? – pytam. – W gruncie rzeczy to jest ich decyzja – mówi Jakub. – Sama musisz zapytać – śmieje się Anita. – Zaraz siadamy do obiadu, to porozmawiasz.

Czym chata bogata

Dzieci ustawiają talerze, układają sztućce. Po chwili na stole stoi parująca miska z kaszą gryczaną, obok druga, z fasolą w sosie, i wielka micha tarkowanej marchwi z brukwią. I dzban wody. Siadamy. Słychać głos Jakuba: – Ojcze Niebieski, dziękujemy ci za ten dzień, dziękujemy ci za wszystko, co nam dajesz, dziękujemy ci za to jedzenie, które jest przed nami… Słychać rytmiczne uderzanie widelców o talerze. Jedzenie szybko znika. – Nie kusi was, żeby wyrwać się w świat? – pytam. – Byliśmy w Ameryce – mówi Joshua. – Ale nie podobało się nam. Zosia i Ilona też wróciły, mówią, że ich dom jest w Polsce. – Ja przez trzy lata tam pracowałem – opowiada najstarszy, Ruben. – Zarobiłem trochę pieniędzy, chcę kupić ziemię i założyć gospodarstwo, jak rodzice. Najlepiej blisko nich. – Anita, a nie chciałabyś, żeby któreś dziecko zostało lekarzem albo adwokatem? – pytam. Amisze są przeciwnikami studiowania, ale nie oni. – To ich decyzja – śmieje się. – Jakby chcieli iść na studia, to pomogę. Dobrze byłoby mieć lekarza w domu. – Ale adwokata nie – dodaje stanowczo. – Jak nie jesteś oszustem, nie jesteś dobrym adwokatem. Dzieci jednak chcą zostać na gospodarce. Dziewczyny, zanim wyjdą za mąż, może pójdą sprzątać albo opiekować się dziećmi. – A nie marzyłyście nigdy o tym, żeby zostać nauczycielką albo… baletnicą? – pytam Zosię i Ilonę. – My chcemy zostać matkami – wyjaśnia Zosia. To największe marzenie amiszek.

(Fot. Radosłąw Kaźmierczak) (Fot. Radosłąw Kaźmierczak)

Amiszowskie dzieci są wychowywane przede wszystkim na żonę, męża i rodzica. – Tak chciał Bóg, to jest napisane w Piśmie Świętym – mówi Jakub. – Ale skoro pobieracie się w gronie wspólnoty, jak wasze dzieci założą rodziny? Nie ma tu, oprócz was, amiszów – pytam. – Dla mnie nie musi być amisz – mówi Zosia. Nie wie, gdzie pozna tego na całe życie. – Może w zborze – mówi. – To jedyne miejsce, gdzie chodzimy. Kiedyś, po filmie o nich na YouTubie, przyjechał kandydat do ręki Zosi. Gotów był nawet zostać amiszem. Ale dziewczynie się nie spodobał.

Życie zapisane w Piśmie Świętym

Jakub wyjaśnia, że życie amisza opiera się na fundamencie wiary: zostałem stworzony przez Boga, żeby mu służyć. A służyć może pobożnym, uczciwym życiem, dobrymi uczynkami. – Ludziom się dziś wszystko pomieszało – dobro ze złem, grzech z cnotą, prawda z fałszem – wyjaśnia Jakub. – Nie mówię, że jesteśmy bez grzechu. Każdego dnia podejmujemy walkę z naszą grzeszną naturą. Codziennie po śniadaniu całą rodziną czytają Pismo Święte. – Nie interpretujemy, wszystko bierzemy dosłownie – tłumaczy. W Polsce nie mają kościoła, w którym mogliby uczestniczyć w nabożeństwie. – Jedziemy do Zboru Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan w Lublinie – mówi Jakub. – Kierują się podobnymi zasadami. To otwarty zbór, każdy może przyjść. – Każdy, kto jest ochrzczony – dodaje Anita. – U nas trójka jeszcze nie ma chrztu, bo amisze przyjmują chrzest, gdy są dorośli i świadomie podejmują decyzje. – Do zboru chodzę, żeby nauczyć się więcej o Bogu. Bo im go bardziej znam, tym lepiej wiem, czego ode mnie oczekuje – mówi Martin. Dopytuję: Wiecie, czego chce od was Bóg? – Mamy być jak Chrystus, naśladować go – mówi Anita. – Na przykład trzeba być miłym. Nie tylko dla tych, których lubimy – to akurat proste, ale również dla tych, których nie lubimy. – Bóg nie wymaga od nas wielkich rzeczy – dodaje Jakub.

Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

– Jesteście szczęśliwi? – pytam. – A co to jest szczęście? – odpowiada pytaniem Jakub. – Dla mnie szczęście to bycie zadowolonym z tego, co masz – podaje swoją definicję Anita. – Jak to osiągnąć? – dopytuję. Jakub ma niezawodny sposób – słuchać Boga, bo jest najlepszym drogowskazem. Wszystko opisane jest w Księdze Kaznodziei Salomona [zwanej również Księgą Koheleta – przyp. red.]. – Ten mądry i bogaty człowiek napisał o przemijaniu i względnej wartości dóbr ziemskich – wyjaśnia Jakub. – Salomon miał w życiu wszystko, wciąż próbował nowych rzeczy i wciąż nie był szczęśliwy. W końcu powiedział, że to wszystko, co zdobył, to „marność nad marnościami, wszystko marność”. Słowo „marność” odnosi się do rzeczy tymczasowych, pochodzących z „tego świata”. Na koniec nawet nasze największe sukcesy życiowe przeminą. – Wielkich marzeń nie mam – wtóruje Anita. – Są rzeczy ważniejsze niż życie. Życie to przygotowanie do wieczności. 

Kim są Amisze? Amisze są odłamem anabaptystów, czyli protestanckiej wspólnoty chrześcijańskiej. Szwajcarski biskup menonicki Jacob Amman w 1963 roku uznał, że wyznawcy religii za daleko odeszli od swojej wiary i obyczajowości, i trzeba wrócić do korzeni. Stworzył nową wspólnotę, która od jego nazwiska została nazwami amiszami. Zapisane przez niego przepisy religijne regulowały wszelkie sfery życia społecznego – począwszy od życia rodzinnego, a skończywszy na: sposobie ubierania się, strzyżenia brody, rodzaju kapelusza czy guzików przy kapocie. Większość wyznawców żyje w Stanach Zjednoczonych, największe zwarte ich skupisko znajduje się w hrabstwie Lancaster w stanie Pensylwania.

  1. Psychologia

Zazdrość - rozgrywka z krytykiem wewnętrznym

Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. (Fot. iStock)
Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
To uczucie obudowane szeregiem różnorodnych emocji. Złością, irytacją, żalem. Bezradnością, poczuciem krzywdy i odrzucenia. Zazdrość wiązać się może wręcz z agresją. Jaką informację o nas niesie?

Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. Każde z nas w różnym stopniu potrzebuje takiego potwierdzenia. To się zmienia w trakcie trwania związku. Zazwyczaj na pierwszym etapie bycia razem, kiedy jesteśmy zakochani i zafascynowani sobą, dostajemy dużo uwagi. Jest nam dobrze, a nawet wspaniale, cudownie, euforycznie. Mamy poczucie, że partner zawsze staje po naszej stronie i to czyni nas nie tylko szczęśliwymi, ale też wewnętrznie zintegrowanymi. W jakimś momencie ten stan zaczyna się zmieniać. Uwaga, która była skierowana na relację, przesuwa się na inne obszary. I często nie dzieje się to równocześnie u obojga partnerów. Wówczas jedna strona może zacząć się zastanawiać - o co chodzi? Rano zawsze patrzył mi w oczy, obsypywał pocałunkami i robił kawę, a teraz wstaje, łapie za telefon komórkowy i sprawdza, czy nikt do niego nie dzwonił. We mnie zaczyna budzić się niepokój. Taki może być początek zazdrości w związku.

Gdy jesteśmy zazdrości to znak, że potrzebujemy zadbać o swoje poczucie wartości. Sygnał pokazujący, że bardzo potrzebujemy wewnętrznej siły i akceptacji w ogóle w życiu lub od partnera. Ważne jest pytanie kto o kogo i o co jest zazdrosny. Zazwyczaj tak czuje się zagrożone dziecko w nas. Ale uwaga - tu może kryć się postawa tyrana, wymagającego żeby ktoś postępował tak, jak ja chcę, po to żebym czuł się bezpiecznie. Warto się przyjrzeć, na co reagujemy. Bo partner zaczął patrzeć na kogoś z większym zainteresowaniem? Dłużej niż zwykle rozmawia przez telefon albo wieczorem dostaje sms-y? Zazdrość pokazuje, że model związku, który obowiązywał do tej pory, musi ulec zmianie. Pytanie - jakiej? To są zwykle pierwsze sygnały kryzysu. Nie warto ich lekceważyć, tylko odkrywać co się za nimi kryje. Może okazać się, że potrzebuję mieć tego mężczyznę bardzo blisko siebie, a on tak nie chce i w pewnym momencie zaczynam się tego bać. Albo że jestem kontrolująca, a ktoś zaczyna stawiać mi granice i z tego powodu pojawia się napięcie między nami. Dobrze, żeby najpierw rozeznać się w sobie - co ja o tym myślę, jak się z tym czuję. Zazdrość pojawia się u osoby, która ma silniejszego krytyka wewnętrznego. Ktoś taki szybciej reaguje na sytuacje zagrożeniowe.

Pierwszym etapem radzenia sobie z zazdrością jest rozgrywka z własnym krytykiem. Dlaczego uważam, że coś jest ze mną nie tak, jeśli partner nie przychodzi na każdą kolację do domu? Dlaczego nie wpadam na pomysł, że mogę sobie w tym czasie poczytać książkę albo dwa razy w tygodniu spędzać wieczór na kursie tanga argentyńskiego, tylko myślę, że nie umiem stworzyć doskonałej atmosfery ogniska domowego. I zaczynam rozmyślać - może powinnam zrobić na kolację kalmary, albo może on by wolał steki, albo zapalić świece, albo powinniśmy iść do restauracji. Stajemy na baczność, ponieważ słyszymy od krytyka - coś robisz źle, skoro nie jesteś w stanie przyciągnąć tego faceta do domu.

Trudno jest przyjąć, że w związku czasem potrzeba zwiększyć dystans. Co to oznacza? Zazwyczaj w relacji każdy z nas konfrontuje się z konfliktem na ile chce być razem, a na ile osobno. Na początku związku zazwyczaj decydujemy się na „my”. Po jakimś czasie, kiedy w sferze tej nie ma już nowości lub też potrzebujemy bardziej skupić się na sobie, zaczynamy wybierać siebie. I wtedy myślę sobie na przykład, że jak pojadę na weekend sama w góry, świat się nie zawali. Skoro mam go przez miesiąc namawiać, a potem on i tak będzie na tym wyjeździe niezadowolony, lepiej będzie, jeśli sama coś przeżyję i wrócę z poczuciem nowych doświadczeń. To jest zgoda na to, żeby w danym związku sfera „ja” każdego z nas też była realizowana.

Jest jeszcze sfera „ja” bardziej wewnętrzna, związana z tym w jakim wymiarze dzielić się sobą z partnerem. Kobiety często są wylewne, otwarte. Oczekują codziennej bliskości, zakładającej że nie mamy przed sobą tajemnic, dzielimy się wszystkimi emocjami. To jest tęsknota za symbiotycznym związkiem. Takim, w którym będziemy jednością, będziemy tworzyć pełnię, a z dwóch osób będzie jedna. I będzie nam tak bezpiecznie. Tego typu uczucie pojawia się w różnych momentach - pierwszego pocałunku, seksu, wspólnej pasji. Ale na dłuższą metę jest to nie do utrzymania i nie do wytrzymania. Mężczyźni w naszej kulturze są inaczej kształtowani, niż kobiety. One pragną zjednoczenia w związku, a dla nich zwykle dramatem jest, że są wypytywani, naciskani, że oczekuje się od nich całkowitego otwarcia. I na tym tle często pojawia się zazdrość. Czujemy niepokój, bo on ma swoje tajemnice, swoją strefę „ja”, a ja? Nie mam własnego życia, bo wszystko wrzuciłam do wspólnego worka. Te układy się jednak zmieniają - jest coraz więcej związków, w których mężczyźni są zaciekawieni światem, w jakim uczestniczą kobiety.

Przed zazdrością chroni zachowanie równowagi między strefami „my” a „ja”. Problem jest wtedy, kiedy wybieramy „my” ze strachu. Na przykład jadę z nim na zorganizowaną wycieczkę, chociaż nienawidzę imprez grupowych. Jest to kiepski pomysł. Na takiej wycieczce i tak będę miała zły humor i w pewnym momencie odbije się to rykoszetem. On też nie będzie szczęśliwy, bo wyczuje, że jestem z nim nie dla własnej przyjemności, ale w imię kontroli. Poza tym sama ze sobą będę się czuła źle, bo robię coś tylko po to, żeby mi facet nie uciekł. W konfrontacji z zazdrością ważne jest, żeby powiedzieć sobie - stop, wybieram siebie.

Warto zacząć od rozprawienia się z krytykiem, który mówi, że może już mu się znudziłaś, że może tam, na wycieczce, pozna jakąś inną, młodszą, ładniejszą. W tym momencie dobrze jest obronić się przed takim głosem i odpowiedzieć mu - trudno, jak mu się jakaś inna spodoba, niech się mu podoba, znajdzie się ktoś, komu ja się spodobam. Im bardziej czujemy się wartościowi, tym więcej przestrzeni jesteśmy w stanie dać partnerowi. A przy tym należy mieć świadomość, że każdy związek może w dowolnym momencie się zakończyć, może dojść na przykład do romansu. Jednak jeśli mam dobrze ugruntowane poczucie własnej wartości i dobrze zagospodarowaną strefę „ja”, zdrada nie sprawi, że mój świat legnie w gruzach.

Jeśli zazdrość pojawia się w związku, może to być sygnał na konieczność jego transformacji. Często jednak nie widzimy kierunku tej zmiany, bo czujemy się zagrożeni, wydaje nam się że dzieje się coś strasznego. Stawiamy się w roli ofiary albo postanawiamy wymusić coś na partnerze. Wydaje się nam, że on nie ma prawa się tak zachowywać, bo skoro jesteśmy w związku, to musi zrobić wszystko, żeby mnie było komfortowo. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć szerszej perspektywy i celu tej całej historii. Nie chcemy sami coś z tym zrobić, tylko oczekujemy, żeby ta druga strona się zmieniła. Czasem jest tak trudno, że warto iść po pomoc do psychoterapeuty, który może spojrzeć na to, co się dzieje, z zewnętrznej perspektywy. A także pomóc uporać się z odczuwaniem zazdrości, przejść przez różne uczucia, które w nas drzemią, może jeszcze z czasów dzieciństwa. Psychoterapeuta może trochę odczarować ten dramat.

Agnieszka Wróblewska, psychoterapeutka, Akademia Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie.