1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jej wysokość nuda: Dlaczego nuda jest potrzebna?

Jej wysokość nuda: Dlaczego nuda jest potrzebna?

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Powiedz mi, jak się nudzisz, a powiem ci, kim jesteś – wynika z nowych badań naukowych. Ale to nie wszystko. Okazuje się, że prawdziwa natura nudy jest bardziej złożona i stymulująca do rozwoju, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka...

Kiedy siedziałam przy komputerze i pracowałam nad tym artykułem, w kolano trącała mnie łapka Juli – foksterierki, którą się opiekowałam. Pies ewidentnie nudził się i potrzebował rozrywki. Wiedziałam, że jeśli jej nie dostanie, zajmie się butami w korytarzu. To chleb powszedni dla posiadaczy czworonożnych ulubieńców. Co ciekawe, ich nieudomowieni kuzyni nie potrzebują ani zabawek, ani pantofli do gryzienia. Choć kojoty przez 90 procent czasu nic nie robią, to nawet leżąc godzinami bez ruchu, sprawiają wrażenie czujnych i uważnych na otoczenie.

Nuda nie pojawiła się na świecie wraz z narodzinami człowieka. Ssaki i ptaki, a nawet gady przejawiają jej objawy. Co z tego wynika? To, że nuda to wytwór ewolucji, więc odgrywa niemałą rolę w przetrwaniu jednostek i gatunków. Pytanie tylko, jak my mamy przetrwać nudę?

POTRZEBNA AKCEPTACJA

Profesor Françoise Wemelsfelder, zoopsycholożka ze Scotland’s Rural Collage w Edynburgu uważa, że dzikim zwierzętom nuda służy jako motywator do np. mniej lub bardziej leniwego eksplorowania otoczenia, rozpoznawania dróg ucieczki i niebezpieczeństw na danym terytorium. Dzięki temu są lepiej przygotowane do ataku drapieżnika lub zastawienia pułapki na ofiarę. Wszystkie zwierzęta (wliczając w to homo sapiens) mają potrzebę interakcji z otoczeniem, dlatego zamknięcie w klatce często kończy się zachowaniami autoagresywnymi, jak np. wyrywaniem piór czy chodzeniem w kółko do upadłego.

Choć nuda ludzka jest bardziej złożona i mało kto rwie sobie włosy z głowy z jej powodu, to stan znudzenia ogarnia nas głównie wtedy, kiedy czujemy się fizycznie lub psychicznie złapani w pułapkę, np. na obowiązkowym rodzinnym obiedzie czy zebraniu w pracy. Problem w tym, że takich sytuacji nie da się w życiu uniknąć. Co wtedy? Z badań wynika, że znacznie łatwiej znieść wizytę u teściów czy monotonny referat wtedy, kiedy uznamy, że uczestniczenie w tej sytuacji to nasz wybór. Zatem zamiast narzekać: „Znów muszę się tam męczyć i nudzić”, przedefiniujmy sytuację: „Robię to w imię mojego związku, kariery, pieniędzy itp.”. Oraz pogódźmy się z tym, że się nudzimy! Z badań prof. Thomasa Getza z Uniwersytetu w Konstancji wynika, że ci, którzy godzą się z tym, że tkwią w nudnej sytuacji, czują się lepiej niż ci, którzy próbują wtedy robić coś, co zabije nudę: zerkają na smartfona czy zjadają kolejne ciastko. Ale to nie jest jedyna rzecz, jaką dzięki nudzie możemy zyskać.

WSTĘP DO TWÓRCZOŚCI

Kreatywność to cecha szczególnie pożądana w naszych czasach. Problem w tym, że o nią niełatwo – między innymi dlatego, że żyjemy w kulturze przeładowanej informacjami i stymulacją. Smartfony, telefony, telewizory, komputery –  wydawałoby się, że w takim towarzystwie nie ma czasu na nudzenie się, a pomysły powinny wyskakiwać nam z głowy jeden po drugim. Tymczasem jest odwrotnie: jesteśmy coraz bardziej znudzeni. Wystarczy zerknąć w autobusie lub kawiarni na pochylone nad telefonami głowy, które zabijają czas grami lub czytaniem plotek.

Rozpowszechnienie nudy jest efektem nadmiaru stymulacji, która zabija w nas naturalną zdolność do snucia fantazji o niebieskich migdałach – twierdzi dr Sandi Mann, psycholożka z University of Central Lancashire w Preston i autorka niewydanej w Polsce książki „The Upside of Downtime: Why boredom is Good” (Pozytywna strona przestoju: dlaczego nuda jest dobra). Marzenia na jawie to znany od stuleci mechanizm radzenia sobie ze stanem wewnętrznej pustki lub brakiem bodźców. Używamy go jednak coraz mniej, zastępując zewnętrznymi „rozpraszaczami nudy”. W ten sposób rozleniwiamy mózg, który nie musi się wysilać, żeby wymyślić dla nas zajęcie.

W eksperymencie dotyczącym wytworzenia oryginalnych zastosowań kubka z polystynu dr Mann podzieliła badanych na trzy grupy. Pierwsza miała przez 15 minut przepisywać numery z książki telefonicznej, zanim przeszła do zadania z kubkiem, druga – tylko przeglądała książkę telefoniczną, a trzecia grupa od razu zajęła się problemem zastosowań kubka. Okazało się, że najwięcej twórczych pomysłów wygenerowali ci z grupy pierwszej. Jaki z tego wniosek? Bierna, nudna aktywność przed przystąpieniem do zadania wymagającego kreatywności pozwala naszemu umysłowi na odpoczynek, a w efekcie na znajdowanie nieoczekiwanych rozwiązań. Ba, psycholożka sugeruje, że zamiast unikać, powinniśmy nudy szukać i doświadczać jej częściej. Chodzi jednak o to, żeby robić to z głową.

PIĘĆ TWARZY NUDY

Kiedy się nudzisz, w twojej głowie pojawiają się emocje, a ciało wchodzi w stan pobudzenia. Od tego, gdzie na osi: „Emocje pozytywne/Emocje tzw. negatywne” i osi „Spokój/Zdenerwowanie” umieścisz swoje odczucia, zależy typ nudy, jakiego najczęściej doświadczasz – wynika z badań prof. Goetza, który wyodrębnił pięć typów nudy. Najbardziej pożyteczna jest nuda obojętna (emocje pozytywne i spokój) – nie robimy nic ciekawego, ale nie jesteśmy tym zdenerwowani. To ona prowadzi do twórczych rozwiązań i pomysłów. Nuda badawcza (znaczny poziom emocji określanych jako negatywne, średni poziom zdenerwowania) jest raczej nieprzyjemna. Na jej plus przemawia to, że wiąże się z aktywnym szukaniem sposobów wyjścia ze stanu znudzenia, więc np. wolimy posprzątać łazienkę, wyjść na spacer czy poczytać, niż tkwić w marazmie. Nuda regulacyjna (średni poziom tzw. emocji negatywnych, niski poziom zdenerwowania) polega na tym, że odczuwamy ją jako nieprzyjemną, jesteśmy niespokojni i trudno nam się skupić na czymkolwiek. Ale w zasadzie godzimy się z tym stanem i czekamy, aż przejdzie. Nuda apatyczna (wysoki poziom tzw. emocji negatywnych i spokój) jest znacznie bardziej nieprzyjemna, związana z poczuciem bezsilności, brakiem energii i przygnębieniem. Przypomina trochę depresję. Najbardziej destrukcyjny typ to „substrat reakcji” – nazwa odwołuje się do reakcji chemicznych i sugeruje, że nuda, której składnikiem są wysokie pobudzenie fizyczne i wysoki poziom tzw. negatywnych emocji, to mieszanka wybuchowa. Prowadzi do niepokoju, rozdrażnienia, uzależnień, nierzadko agresji lub autoagresji. Jeśli to jest twój typ nudy, rozważ konsultację z psychoterapeutą lub coachem. Albo przynajmniej zastanów się, jakie uczucia, myśli i przekonania za nią stoją.

Przyda się prowadzenie „dziennika nudy”. Przez tydzień/miesiąc zapisuj w nim, kiedy (w jakiej sytuacji), dlaczego i jak (jakie uczucia się wtedy pojawiają, jakie doznania w ciele) się nudziłeś. Zapisuj też, co się stało lub co zrobiłeś, że znudzenie minęło: zadzwonił przyjaciel, poszedłeś na spotkanie z klientem, otworzyłeś butelkę wina, umyłeś podłogę? Już po tygodniu będziesz miał jaśniejszy obraz tego, jaka nuda cię dopada i do czego prowadzi. Podejdź do niej z ciekawością, która skądinąd jest najlepszym antidotum na nudę. Co konkretnie czujesz, kiedy praca cię nudzi? Lęk przed oceną, osamotnienie wśród ludzi, z którymi trudno ci się dogadać, zdenerwowanie szefowej, które udziela się całemu zespołowi, utknięcie w martwym punkcie, brak poczucia wpływu – to częste uczucia maskowane słowem „nuda”. Podobnie znudzenie w małżeńskiej sypialni nieraz ukrywa emocjonalne niezaspokojenie, samotność, niewypowiedziane pretensje i rozczarowania. To mogą być trudne odkrycia, ale poznając prawdę o naturze swojej nudy, jesteśmy bliżej prawdy o sobie. Kiedy dowiesz się, kim jesteś i na czym ci zależy – destrukcyjna nuda nie znajdzie do ciebie dostępu.

CZY NUDNI LUDZIE NUDZĄ SIĘ CZĘŚCIEJ?

Odpowiedź brzmi: Niekoniecznie. Choć nie jest to do końca sprawiedliwe, niektórzy nudzą się jednak bardziej, bo podatność na nudę zależy w dużym stopniu od cech osobowości i temperamentu. Ekstrawertycy, osoby z osobowością narcystyczną, z osobowością lękową oraz ci, którzy mają słabe rozpoznanie swoich uczuć – odczuwają ją częściej. Podobnie jak ludzie rywalizujący, z wysokim zapotrzebowaniem na bodźce. Co ciekawe, kreatywni i ci z wysoką potrzebą mentalnej stymulacji wydają się na nudę uodpornieni, bo chroni ich… ciekawość. Łatwiej przychodzi im skupienie się nad tym, co się dzieje w ich otoczeniu lub w umyśle.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Katarzyna Miller: "Odkryj cud czytania"

fot. iStock
fot. iStock
Nie ma na świecie lepszych psychologów niż świetni pisarze.

François Mauriac, wizytując żeńską szkołę, został zapytany przez jedną z uczennic o najkrótszy przepis na dobrą książkę. Odpowiedział: „Trochę religii, trochę seksu, trochę życia z wyższych sfer, a wszystko podlane smakiem tajemnicy…”. Po chwili uczennica przekazała pisarzowi swoją gotową powieść: „Mój Boże, rzekła hrabina, zaszłam w ciążę i nawet nie wiem z kim!”.

W czwartej klasie mój tata przeniósł mnie do jednej z najlepszych łódzkich szkół, do „trójki”. Znalazłam się w raju. Odżyłam. Szkoła piękna: marmurowe schody, piękne rzeźby, wielka aula z wysokimi oknami, obok park świetny na wagary. Trafił mi się wtedy, niestety, tylko na jeden rok, najcudowniejszy wychowawca pan Jagoda, malarz i plastyk, który zabłądził na chwilę do zwyczajności. Szkoła i moja klasa pełne były inteligentnych dzieciaków. Ja miałam wejście smoka. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy byłam najlepszą uczennicą. Moim chłopakiem został najdowcipniejszy i najbardziej oczytany chłopak w klasie. Czytanie…. Czytaliśmy wszyscy. Ci, którzy się  chcieli liczyć. Kiedy się kogoś poznawało, pierwszym pytaniem było: „co czytasz?”. U mnie w domu było sporo książek i ja byłam już nieźle oczytana w literaturze anglosaskiej. Ale u rodziców mojego chłopaka była cała biblioteka i tam odkryłam Francuzów. Przede wszystkim Mauriaca. Napiszcie, proszę, kochani, czy ktoś dziś jeszcze czyta Mauriaca?

„Teresa Desqueyroux”, „Genitrix”, „Kłębowisko żmij”, „Pustynia miłości”, „Faryzeuszka”… Książki mroczne, głęboko psychologiczne karmiły mój głód i moje przypuszczenie, że ludzie to istoty niezwykle skomplikowane, cierpiące i ułomne. Uczyłam się życia na potęgę – czytając. Albert Camus, André Gide z „Fałszerzami” i „Lochami Watykanu”, Alain Robbe-Grillet z „Gumami”, Roger Martin du Gard z „Rodziną Thibault”, André Malraux z „Drogą do wolności”, Marcel Proust, Honoriusz Balzak, Jean-Paul Sartre, Georges Bernanos, Boris Vian, Colette, Romain Gary, Marguerite Duras, Nathalie Sarraute, Georges Duhamel, Maurice Druon, Henri Barbusse, Françoise Sagan, Simone de Beauvoir, André Maurois.

Nie czytałam tylko, by się ukryć, ale żeby mieć narzędzia i umiejętności w relacjach i odczytywaniu siebie, takiej niewiadomej i tych tajemniczych innych wokół... Nie ma lepszych psychologów niż świetni pisarze. Amerykanie uczyli odwagi, prostoty, otwartości, Anglicy – poczucia dystansu i finezji, Czesi – rozsądku i pogody ducha z przyzwoleniem na cudną zwykłość – niezwykłą. Rosjanie pokazywali duszę pooraną męką i ukochanie tej męki. Potem wybuchła proza iberoamerykańska, pamiętacie? Boże, co to był za szał! Wszyscy we wspólnocie czytających, pożyczających sobie, kupujących i kradnących te książki. Cortázar, Fuentes, Márquez, Vargas Llosa…

Namiętni, kolorowi, napoili nas magią i gorącym oddechem. Książki stoją u mnie według nacji właśnie: Francuzi, Niemcy, Austriacy itd. Osobno poezja i osobno wszystkie kobiety. Gorzej, gdy ktoś jest np. belgijskim Francuzem… Ale Belgów mam mało i stawiam ich przy Francuzach.

Kiedyś czytałam, by żyć. Wydawało mi się też, że żyję po to, by czytać. Że nie ma nic ważniejszego, istotniejszego niż spotykanie się z wytworami ducha i umysłu ludzkiego w tej najszlachetniejszej formie. Dziś im bardziej żyję, tym mniej czytam, ale to (również) dzięki temu Wielkiemu Czytaniu niegdyś umiem teraz żyć.

  1. Styl Życia

Najlepsze gry planszowe na długie wieczory

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Co robić, co oglądać, co czytać? A może w co grać? Codziennie zadajemy sobie te pytania z nadzieją na odnalezienie kolejnej wciągającej, domowej rozrywki. Tym razem przyglądamy się najciekawszym planszówkom, w które z powodzeniem możecie zagrać w domu. Gry rozwijają wyobraźnię, uczą logicznego myślenia i pomagają wartościowo spędzić czas wolny. 

1. "Patchwork"

Gra przeznaczona jest dla dwójki graczy, więc te opcję mogą wybrać osoby, które spędzają domową kwarantanne przynajmniej w parze. "Patchwork" to gra logiczna (ale spokojnie, nie za trudna!), polegająca na tym, aby... stworzyć największą kołdrę z kawałków materiału. Wygra ten gracz, który zapełni kawałkami materiału największą część swojego pola i zbierze największą liczbę guzików, które są w tej grze walutą. Gracz, który uszyje największą kołderkę, zbierze dużą ilość guzików i odpowiednio dobrze przemyśli taktykę, zostanie zwycięzcą. Twórcą gry jest bardzo znany w planszówkowym świecie Uwe Rosenberg - projektant gier planszowych, autor bardzo popularnych tytułów, takich jak Fasolki, Agricola czy Le Havre.

fot. livro.pl fot. livro.pl

2. "Splendor"

Gra roku 2015, która potrafi niewyobrażalnie wciągnąć. W "Splendorze" podejmujesz strategiczne decyzje dotyczące inwestycji w konkretne surowce, po to, aby zdobywać kolejne karty rozwoju, które jeszcze bardziej pozwolą rozbudować twoje imperium i pozwolą na jeszcze cenniejsze inwestycje. Choć gra na pierwszy rzut oka wygląda i brzmi skomplikowanie - nic bardziej mylnego! Celem gry jest zdobycie 15 punktów wynikających z posiadania kart oraz żetonów arystokratów. Aby to osiągnąć, gracze pozyskują klejnoty, które następnie wymieniają na karty zapewniające dopływ surowców. Zebrane karty umożliwiają następnie zakup coraz lepszych, droższych kart premiowanych wyższymi punktami. W to trzeba zagrać choć raz, żeby nie móc przestać przez najbliższe tygodnie!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

3. "Carcassonne"

Strategiczna gra planszowa, w którą można zagrać już w dwie osoby, choć najciekawiej jest, gdy jest nas nieco więcej (tę opcję zostawiamy na czasy pokwarantannowe). Carcassonne to już gra-legenda. Miliony sprzedanych egzemplarzy na całym świecie to jeden z dowodów na to, że budowanie swojego królestwa za pomocą podwładnych - zbójców, rycerzy, mnichów lub chłopów to rozrywka dla każdego, niezależnie od wieku. W tej grze gracze kolejno losują i wykładają na stół kwadratowe karty-kafelki z fragmentem terenu, dokładając je do już wyłożonych. Karty-kafelki przedstawiają różne elementy geograficzne - fragmenty łąk, dróg, rzek, miast, a w ich ramach także klasztorów. Zwycięzcą gry zostaje posiadacz największej liczby punktów, zdobywanych w chwili ukończenia fragmentów terenu. Do gry można dokupić wiele różnych dodatków, które urozmaicają rozgrywkę!

fot. empik.com fot. empik.com

4. "7 cudów świata. Pojedynek"

Oryginalna wersja gry "7 cudów świata" przeznaczona jest dla większej liczby graczy, natomiast w "Pojedynek" zagramy wyłącznie w parze. Gracze rywalizują ze sobą o karty rozmaitych budowli, próbując blokować ich dostępność przeciwnikowi i dobierając te, które zapewnią im największe korzyści. Gra korzysta z wielu założeń pierwotnej wersji, która uchodzi za jedną z najlepszych gier planszowych wszech czasów. W tym pojedynku ciekawe i rozwijające jest to, że trzeba obserwować drugiego gracza - jego ruchy, decyzje i odpowiednio je kontrować. Absolutny majstersztyk na wieczory długie i monotonne!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

5. "Dixit"

Chyba jedna z najpopularniejszych gier, której nie trzeba nikomu przedstawiać, ale warto przypomnieć. Uchodzi za jedną z lepszych gier karcianych, które rozwijają wyobraźnię i skojarzenia. Każdy gracz w swojej turze staje się osobą wymyślającą historię, i który wybiera spośród swoich 6 obrazków jeden wymyślając do niego skojarzenie. Zdanie może być pojedynczym słowem, dźwiękiem, cytatem - nie ma tu żadnych ograniczeń. W grę należy grać jednak w więcej osób, więc jak na razie mogą po nią sięgnąć tylko ci, którzy spędzają czas w domu w większym gronie.

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

6. "Pędzące żółwie"

Może na pierwszy rzut oka wygląda to na grę dla dzieci, ale wcale tak nie jest. Rodzinny bestseller, który rozluźnia nawet najbardziej spiętych graczy. Choć żółwie do najszybszych zwierząt nie należą, w tej grze poznacie zupełnie inne ich wcielenie. W czasie gry żaden z graczy nie wie, jakiego koloru żółwie należą do przeciwników, a zadaniem każdego gracza jest doprowadzenie swojego żółwia jako pierwszego do grządki z sałatą. Gracz decyduje, którą z pięciu trzymanych w ręku kart wyłoży na stół, a następnie wykonuje ruch żółwiem widocznym na karcie zgodnie ze znajdującymi się na niej oznaczeniami. Podczas gry, gracze poruszają się nie tylko swoimi żółwiami, ale także żółwiami w innych kolorach. To naprawdę świetny sposób na szybką, poprawiającą humor rozgrywkę!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

7. "Scrabble", "Monopoly", "Jenga"

Nie zapominajmy o klasykach. Te planszówki na pewno każdy z was zna, ale warto przypomnieć sobie radość z zakupu Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia albo ułożenia wysoko punktowanego słowa na potrójnej premii słownej. Warto dodać, że zarówno "Scrabble" jak i "Monopoly" doczekały się wielu reedycji, a "Monopoly" to obecnie nie tylko gra polegająca na zakupie największych ulic w Warszawie. Do wyboru mamy chociażby takie opcje jak: "Bing Bang Theory", "Friends", "Rick i Morty", czy ulubiony zespół piłkarski.

  1. Psychologia

Pochwała nudy. Nicnierobienie jest ważne w rozwoju dziecka

Stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju dziecka. (Fot. iStock)
Stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju dziecka. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nuda daje szanse na zdobycie ważnych informacji o sobie samym, dlatego, jak mówi  mówi psycholożka dziecięca z Uniwersytetu SWPS Magdalena Śniegulska - pozwólmy dzieciom się ponudzić.

Nuda nie ma dobrej sławy, o czym świadczy choćby powiedzenie: umrzeć z nudów. I nic dziwnego, nuda nie jest przyjemna. To prawda. To stan pewnego dyskomfortu związanego z brakiem aktywności czy raczej stymulacji, bo może być tak, że coś robimy, na przykład przekładamy rzeczy z jednego pojemnika do drugiego, ale ta czynność potwornie nas nudzi. Nie jesteśmy w stanie się skupić na danej czynności, bo nas nuży. Dlatego nudę można określić jako stan zapotrzebowania na bodźce, na doznania, na stymulację.

Dzisiaj dzieci mają raczej nadmiar stymulacji i bodźców niż ich brak. W dodatku rodzice są ambitni i chcą dać dzieciom jak najwięcej.
No właśnie, bo wielu rodzicom wydaje się, że ich zadanie polega na tym, żeby dzieci dostawały maksimum. Uważają, że prawidłowy rozwój dziecka przebiega w bogatym w możliwości i doznania środowisku.

A tak nie jest?
W pewnym sensie jest, więc nie czepiałabym się takiego sposobu myślenia. Tylko że zapotrzebowanie na rozmaite bodźce jest bardzo różne, po pierwsze, w zależności od wieku dziecka, po drugie, od jego układu nerwowego.

Im mniejsze dzieci, tym mniejsze zapotrzebowanie?
Tak z grubsza można powiedzieć, ale tylko z grubsza, bo dzieci różnią się pod tym względem między sobą. Maluchy regulują sobie same to zapotrzebowanie na przykład w ten sposób, że po prostu zapadają w sen, odcinając się od źródła stymulacji. Same mają jednak niewielki wpływ na jej natężenie i jakość. Mogą, oczywiście, sygnalizować, że są przestymulowane albo nie, w różny zresztą sposób: pobudzeniem, płaczem, rozdrażnieniem, czasami próbą odseparowania się od źródła tych bodźców.

Rodzice już noworodkowi instalują nad łóżeczkiem świecąco-grające gadżety, włączają muzykę, czasami ambitną, jak sonaty Bacha. Na pewno chcą dobrze, ale czy rze­czywiście robią dobrze?
Bardzo trudne pytanie. Bo, oczywiście, ważne jest to, żeby dziecko wychowywało się w takim środowisku, w którym cały czas mierzy się z różnego rodzaju zadaniami, żeby stawiać mu poprzeczkę trochę powyżej jego możliwości rozwojowych, bo w ten sposób zachęca się je do przekraczania kolejnych granic. Ale jeżeli poprzeczka postawiona jest zbyt wysoko, jeśli stymulacja jest ogromna, to dziecko nie rozwija się prawidłowo. Tak jak nie rozwija się dobrze również wtedy, gdy stymulacji mu nie dostarczamy.

Rodzice dzisiaj częściej chyba przesadzają ze stymulacją, niż popełniają grzech zaniechania. Jaki może być tego skutek? Dziecko przyzwyczajone do nieustannego bodźcowania będzie się domagało kolejnego?
Nie znam badań, które by potwierdzały, że dzieci mogą uzależnić się od liczby stymulacji i w związku z tym domagać się ich więcej i więcej. Zresztą na szczęście są mechanizmy chroniące – łatwiej radzą sobie z nadmierną stymulacją dzieci o wysokiej samokontroli, elastyczności umysłu i stabilnej samoocenie. Niemniej jednak nadmiarowo stymulując dziecko, nie nauczymy go odpoczynku, wyciszenia pobudzonego układu nerwowego. A to jest równie niebezpieczne dla dziecka, jak i dla opiekuna. Każdy z dorosłych, kto zajmował się takim przestymulowanym dzieckiem, wie, jakie to trudne zadanie i jaki trudny do zniesienia stan dla dziecka, które ma kłopot z odpoczynkiem. Dlatego trzeba regulować liczbę bodźców, uczyć dzieci odpoczywać. Wiadomo, że one potrzebują więcej stymulacji niż dorośli, ale potrzebują różnorodności tej stymulacji.

Stymulować można także do wyciszenia?
Oczywiście. Czasem rodzice zapominają, jak ważną funkcję pełni wzmacnianie w dziecku uważności, dostrzegania szczegółów, kontemplowania chwili.

W ten sposób przygotowuje się dziecko do radzenia sobie z nudą?
Nudzenie się może być dobrym wstępem do samodzielności, do odpowiedzenia na pytanie: Co zrobić, żeby zapewnić sobie taki rodzaj pobudzenia, którego naprawdę potrzebuję? I to w nudzie jest najfajniejsze.

Czytałam o pewnym badaniu z udziałem studentów, których poproszono o wypełnienie kwestionariusza na temat podatności na nudę. Okazało się, że ci, którzy opisywali siebie jako łatwo ulegających nudzie, byli zarazem bardziej skoncentrowani na świecie zewnętrznym i gorzej radzili sobie z rozpoznawaniem swoich emocji. Nuda uczy być samemu ze sobą, polubić własne towarzystwo, pokazuje, że nie zawsze potrzebuję kogoś ani czegoś na zewnątrz, żeby poczuć się dobrze, bo to, że jestem sam ze sobą, jest OK. Jeśli jednak nie nauczymy się tego w dzieciństwie, możemy stać się dorosłymi narażonymi na chroniczną nudę, a to już stan niebezpieczny dla zdrowia i życia.

Są badania, które pokazują, że osoby dorosłe cierpiące na chroniczną nudę są bardziej skłonne do zachowań ryzykownych, np. do szybkiej jazdy samochodem. Inne pokazują, że takie osoby żyją krócej.
Większość rodziców niepokoi to, że dzieci się nudzą.
Proszę zwrócić uwagę, że na ogół mówimy o nudzie w kontekście czasu wolnego, za który rodzice często przyjmują odpowiedzialność. Dlatego chcą zrobić wszystko, żeby dziecko się nie nudziło. Tymczasem dobrze, żeby się ponudziło.

Bo?
Bo taki stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju. Motywuje dziecko do poradzenia sobie z tą sytuacją samemu. Ono musi coś z tą nudą zrobić, zapewnić sobie jakieś atrakcje. Oczywiście, ważne, aby nie mylić nudy z samotnością.

Dzieci nudzą się także w szkole, zwłaszcza te zdolne. Szkoła to dobre miejsce na nudę?
Niekoniecznie. Ale nudzące się na lekcji dziecko może być ważnym papierkiem lakmusowym dla nauczyciela. Może dać mu dość bolesną, ale istotną informację na temat tego, jak prowadzi zajęcia. Jeżeli dziecko ma się czegoś nauczyć, to osiągnie to efektywniej, jeżeli nie będzie się nudzić. Jeśli się nudzi – traci koncentrację, motywację, uwagę. Tymczasem nie uczymy dzieci, żeby zgłaszały, że zaczynają się nudzić. To źle widziane.

Dlaczego rodzice tak bardzo walczą z nudą pociech?
Czasami dlatego, że potrzebują zająć czymś dziecko, żeby mieć czas dla siebie. A najprościej jest je zająć, włączając bajkę, grę. Tymczasem kształcąca byłaby konfrontacja z tym, co innego dziecko mogłoby wtedy zrobić. A mogłoby zainteresować się tym, co wokół, porysować, poczytać, pobawić  się z siostrą, porozmawiać z dziadkiem. Dzieci są różne, ale na ogół chętnie wchodzą w takie aktywności, są zainteresowane relacjami społecznymi. Dla nich obserwowanie dorosłego, śledzenie jego mimiki, słuchanie, co mówi, może okazać się zajmujące.

Uważamy, że dzieci z nudów wpadają na głupie pomysły. I dlatego nie zostawiamy im przestrzeni do samodzielności. Jesteśmy przekonani, że musimy cały czas zapewniać im atrakcje, wypełniać czas, decydować o nich, znać odpowiedzi na tysiące ich pytań. A dzieci mają olbrzymi potencjał, są bardzo kreatywne.

Stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju dziecka.
No właśnie tej wybujałej kreatywności najczęściej się obawiamy.
Czasami rzeczywiście dzieciom wpadają do głowy pomysły, od których włosy jeżą się na głowie. Ale ten wolny czas to dla nich ważne doświadczenie. Wtedy uczą się tego, że ich czyny mają swoje konsekwencje, czasami niebezpieczne albo nieprzyjemne dla innych, a to też ważny element socjalizacji. Większość przedszkoli reklamuje się lekcjami języków obcych, tańcem, teatrem, spotkaniami z weterynarzem, fizykiem kwantowym. Tymczasem przedszkole dobre, czyli takie, które stymuluje do rozwoju, przeznacza dużo czasu na swobodną zabawę, pozostawia dziecku przestrzeń do bycia ze sobą samym i ze sobą nawzajem.

Co to dzieciom daje?
Na przykład szansę uczenia się od siebie nawzajem, także własnego ciała. Dzieci wtedy eksperymentują, turlają się, podskakują, obserwują, jak ciało reaguje, jak reagują inne dzieci na ich zachowanie. Dorosły na ogół dostosowuje się do dziecka, natomiast rówieśnik powie mu wprost, czy mu się podoba to, co on robi, czy nie. To naprawdę ważny element procesu socjalizacyjnego. Często to powtarzam i mam wrażenie, że mówię w kółko to samo: współczesne badania nad tym, co decyduje o sukcesie życiowym, dowodzą, że coraz bardziej liczą się kompetencje społeczne. Bo kiedy dziecko rozumie innych ludzi, dobrze się z nimi czuje, to sobie w życiu poradzi. W trudnych sytuacjach istnieje większe prawdopodobieństwo, że uzyska od innych wsparcie. Kompetencji społecznych nabywa się wtedy, gdy umie się być ze sobą, gdy się siebie rozumie. A to jest możliwe wtedy, kiedy niczym się nie zajmuję, czyli kiedy się nudzę.

Nudzące się dzieci potrafią same wymyślić zabawę, trzeba tylko przestać je bezustannie czymś zajmować.
Badania pokazują, że bycie tzw. helikopterowym rodzicem, który cały czas reaguje i odpowiada na potrzeby dziecka, sprawdza się właściwie tylko do trzeciego roku życia. Jeżeli potem nadal mamy taki wzorzec wychowawczy, to robimy dziecku więcej krzywdy niż pożytku. Okazuje się bowiem, że samoocena takich dzieci jest dużo niższa, one nie wiedzą, co potrafią, nie wierzą w siebie, bo we wszystkim wyręczają je rodzice. Często moje koleżanki terapeutki opowiadają, że przychodzą do nich rodzice zaradni, obrotni, pełni energii, a potem okazuje się, że ich dziecko jest zupełnie bezradne.

Dlaczego?
Ponieważ są tak hop do przodu, że wyprzedzają dziecko we wszystkim. Nie pozostawiają mu obszarów, w których może doświadczyć, że sobie poradzi.

To podsumujmy: jakie pożytki przynosi nuda?
Dziecko może zastanowić się wtedy, czego potrzebuje. Może zobaczyć, czy potrzebuje innych ludzi, czy poczytania, poskakania, pogrania. I dowie się tego nie od rodziców, którzy powiedzą: „Pobiegaj, porysuj albo zjedz coś”, tylko od siebie. Nuda daje szanse na zdobycie ważnych informacji o sobie samym.

Jak można uczyć dziecko radzenia sobie z nudą?
Bardzo ważne jest modelowanie, czyli pokazanie tego w praktyce. Na przykład siedzimy z dzieckiem i obserwujemy świat, nazywamy to, co widzimy, bez konieczności działania. Dobry rodzic – co pokazują badania – to nie taki, który chroni dziecko przed doznawaniem przykrych stanów emocjonalnych, tylko taki, który w tych przykrych stanach mu towarzyszy, co nie znaczy, że wszystko za nie załatwia.

Co odpowiedzieć, gdy słyszymy: „Mamo, nudzę się”?
Można zapytać: „Co mógłbyś zrobić, żeby się nie nudzić?”.

Dziecko powtarza: „Pytam ciebie”.
Mama odpowiada: „To nie ja się nudzę, tylko ty. Zastanów się, kiedy czujesz się dobrze, co sprawia ci przyjemność”.

Na co dziecko: „Nie nudzę się, jak gram na komputerze”.
Zapytajmy: „A jak nie ma komputera? Przypomnij sobie, co robimy, gdy na przykład jedziemy razem autem na wakacje”.

Możemy wykorzystać ten czas, żeby uczyć uważności, na przykład rzucamy hasło: „Wygrywa ten, kto pierwszy zobaczy coś niebieskiego”. Albo: „Znajdźcie coś na literę »a«”. Można liczyć drzewa, samochody. Dobrze zapytać dziecko, jaką zabawę proponuje.

Nastolatki rzadko skarżą się na nudę. Częściej to rodzice mają im za złe, że nic nie robią, że marnują czas.
To prawda. Często słyszę: „Drażni mnie to, że on leży na kanapie i nic nie robi”. Pytanie, czy naprawdę nic nie robi, czy raczej odpoczywa. Rodzice nastolatków zupełnie nie biorą pod uwagę tego, że ich dzieci przeżywają zmiany w funkcjonowaniu fizycznym i psychicznym, że naprawdę potrzebują więcej snu i odpoczynku. Jeśli jednak wcześniej nie pokazaliśmy dziecku, jak ważna jest akceptacja takich stanów, nie rozmawialiśmy o tym i jeżeli chcemy zacząć tego uczyć w okresie nastoletnim, to prawdopodobnie poniesiemy porażkę. Myślę nawet, że lepiej się wstrzymać i wrócić do rozmowy na ten temat, jak dziecko będzie dorosłe. A najlepiej, oczywiście, od małego uczyć uważności na siebie samego, nazywania tego, co dziecko czuje, czego pragnie. Czyli pozwalać mu się ponudzić.

  1. Kultura

Książkowe i filmowe pozycje, które warto nadrobić w wolnym czasie

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Zatrzymajmy się choć na chwilę... Zostańmy w domu i oddajmy się ulubionej lekturze lub sięgnijmy po film, którego nie udało nam się obejrzeć w kinie. Co szczególnie polecamy w wolnym czasie? Oto lista, która na pewno się sprawdzi!

Olga Tokarczuk "Opowiadania bizarne", Wydawnictwo Literackie

Nie czytałaś jeszcze nic, co wyszło spod pióra naszej Noblistki? Nadrób ten czas sięgając po "Opowiadania bizarne" - dziesięć opowieści, z której każda toczy się w innej przestrzeni. Dokąd doprowadzi nas zagłębianie się w coraz dziwniejsze i niezwykłe, czasem wyimaginowane miejsca?

Olga Tokarczuk 'Opowiadania bizarne', Wydawnictwo Literackie Olga Tokarczuk "Opowiadania bizarne", Wydawnictwo Literackie

Lisa Taddero "Trzy kobiety", wydawnictwo Marginesy

"To najbardziej pogłębiony reporterski portret kobiecego pożądania, jaki napisano, i jedna z najbardziej wyczekiwanych publikacji roku" - zaraz po publikacji "Trzy kobiety" znalazły się na pierwszym miejscu bestsellerów według "New York Timesa". Debiutancki reportaż Lisy Taddero, w której oddaje głos kobietom, wciąga w ich życiorysy, marzenia i pragnienia.

Lisa Taddero 'Trzy kobiety', wydawnictwo Marginesy Lisa Taddero "Trzy kobiety", wydawnictwo Marginesy

Christine Mangan "Tangeryanka", wydawnictwo Marginesy

Debiut literacki Christine Mangan przenosi nas do egzotycznej scenerii Maroka lat 50. ubiegłego stulecia, gdzie dochodzi do przypadkowego spotkania dwóch Amerykanek – przyjaciółek z czasów studenckich. Gdy mąż jednej z nich ginie w tajemniczych okolicznościach, sprawy zaczynają się komplikować. Wciągająca i ekscytująca.

Christine Mangan 'Tangeryanka', wydawnictwo Marginesy Christine Mangan "Tangeryanka", wydawnictwo Marginesy

Louisa May-Alcott "Małe kobietki", wydawnictwo Mg

Dla tych, które jeszcze nie miały okazji sięgnąć po klasykę, jaką są "Małe kobietki" - polecamy nie tylko na dużym ekranie, ale także w oryginalnej wersji. Urocza, pełna optymistycznych zwrotów książka opowiadająca historię sióstr March, które starają się stawić czoła codziennemu życiu. W oczekiwaniu na walczącego w wojnie secesyjnej ojca stawiają pierwsze kroki jako prawdziwe "kobietki" - pełne marzeń, pasji, namiętności i buntu. W kinach wyświetlana jest obecnie najnowsza wersja "Małych kobietek" w reżyserii Grety Gerwig z Emmą Watson, Saoirse Ronan i Timothée Chalametem w rolach głównych.

Louisa May Alcott 'Małe kobietki', wydawnictwo Mg Louisa May Alcott "Małe kobietki", wydawnictwo Mg

Co obejrzeć?

"Breaking Bad", reż. Vince Gilligan

Dostępna w całości na Netflixie historia oddanego rodzinie, ułożonego i spokojnego nauczyciela chemii Waltera White’a, który w związku ze śmiertelną chorobą, wraz z dawnym uczniem Jessem Pinkmanem zdecydował się zająć produkcją narkotyków, wzbudziła zainteresowanie całego świata. Choć pierwsze odcinki miały premierę ponad 10 lat temu, dalej jest to jeden z najchętniej oglądanych seriali, które zalicza się do kultowych (niektóre sceny jak ta z pizzą na dachu też przeszły już do historii internetu).

"Ojciec chrzestny, reż. Francis Ford Coppola

Z reguły na cały maraton trzech części "Ojca chrzestnego" rzadko kiedy jest czas, więc warto wykorzystać moment i pójść za ciosem. Ten jeden z najlepszych dramatów gangsterskich wszech czasów to pozycja obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy lubują się w historiach o mafijnych rozgrywkach i porachunkach. "Ojciec chrzestny" to brutalny i niezwykle poruszający portret zarówno samych mafiosów, jak i ich rodzin, który niesamowicie obnaża obraz pełnej korupcji, oszustw i problemów powojennej Ameryki.

„Maiden”, reż. Alex Holmes

O tym filmie mówi się, że to kwintesencja kobiecej siły i determinacji na ekranie. „Maiden” to dokument opowiadający o grupie odważnych i bardzo upartych kobiet, które pod koniec lat 80. założyły pierwszą w historii kobiecą załogę startującą w prestiżowych, ale ekstremalnie niebezpiecznych regatach Whitbread Round the World Race. Pod dowództwem niejakiej Tracy Edwards walczyły nie tylko z żywiołem, ale także z lekceważeniem i pogardą, jakie spotkały je ze strony tych, którzy uważali, że miejscem kobiety na pewno nie jest żeglowanie i sport. To jeden z najlepszych filmów kobiecych tego roku.

"Seks z wielkim mieście", reż. Darren Star

Nawet jeśli nie mamy aż tyle czasu, by nadrobić wszystkie sezony opowiadające o czterech wyjątkowych kobietach: Carrie, Mirandzie, Charlotte i Samancie, z powodzeniem można sięgnąć po filmy, które ukazują tylko pewien wycinek z życia głównych bohaterek. Ich naprawdę nie trzeba nikomu przedstawiać... Warto dla polepszenia humoru i zwyczajnego rozluźnienia :)

  1. Psychologia

Zakazany romans – dlaczego kobiety pożądają żonatych mężczyzn?

Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Zakazany owoc jest słodki i chrupki. Ceną za posmakowanie była utrata raju! A jaka może być cena zakazanego romansu przyjaciółki?

Oscar Wilde mawiał, że najlepszym sposobem na zwalczenie pokusy jest jej ulec – bo kiedy się opieramy, dusza choruje z pożądania, a niedostępne nabiera na atrakcyjności. Justyna w pełni popiera opinię Wilde’a. Od lat podkochuje się w mężach i partnerach przyjaciółek.

– Czasem mam z nimi romanse, czasem nie, ale jeśli kogoś pragnę, podziwiam, uwodzę – to prawie zawsze jest to czyjś mąż. Wolni faceci mnie nie kręcą. Czemu? Nie wiem – wyznaje.

Dziwne? Z pozoru. Antropolog i badaczka ludzkich zachowań, Helen Fisher, w swojej książce „Anatomia miłości” opisała to zjawisko. Fakt, że „cudzy” mężczyźni wydają się kobietom ponętni, nie jest wcale rzadkością, a raczej… normą!

– Pociągają nas mężowie innych kobiet, ponieważ są „sprawdzeni” – mówi Joanna Twardo-Kamińska, seksuolog i psycholog. – Wiele kobiet, widząc, że mężczyzna jest pożądany przez inne, zaczyna uważać go za atrakcyjnego. To ewolucyjna część postrzegania: wydaje nam się, że fajne osoby są na rynku matrymonialnym najszybciej rozchwytywane i tworzą dobre związki.

Bo, paradoksalnie, im bardziej udany związek obserwujemy, tym bardziej pociągający wydaje się mężczyzna. To tak, jakby inna kobieta dawała mu certyfikat wysokiej jakości. Twardo-Kamińska: – Mamy tu do czynienia z mechanizmem projekcji: ponieważ przyjaciółka wybrała danego mężczyznę, to musi coś w nim być. Nie wiemy dokładnie, co to takiego, więc przypisujemy mu cechy pożądane. Idealizujemy.

To fajne, mieć romans z ideałem. A czy można skuteczniej nakarmić kompleksy i poczuć własną atrakcyjność? Zdaniem seksuologa Justynie romanse dają poczucie bezpieczeństwa. Żyje w świecie fantazji i to jej wystarcza. – To, że dziewczyna nie robi kroku dalej i nie myśli o stałym związku, wynika prawdopodobnie z lęku przed bliskością i odrzuceniem – mówi Twardo-Kamińska. Podobnie rasowe łowczynie – są zainteresowane mężczyzną, dopóki go nie podbiją. A żonaci faceci to idealny cel: można ich upolować, skonsumować i pójść dalej. Choć łowczynie wydają się drapieżnymi kocicami bez skrupułów, tak naprawdę są, podobnie jak Justyna, uciekającymi od bliskości, pełnymi lęku rozbitkami. Co można im poradzić?

Twardo-Kamińska: – Najlepiej terapię, dzięki której nauczą się wchodzić w prawdziwe relacje i odkryją, czemu od nich uciekają. Bo kiedy czterdziestka zastanie łowczynię w pustym mieszkaniu, satysfakcja z dotychczasowych trofeów nagle okaże się mniejsza niż poczucie pustki i samotności.

Wbrew wszystkim

Zośka zbliża się do czterdziestki. Przez kilka lat była sama, zraniona po nieudanym związku. Niedawno pojawił się Adam. Powoli i cierpliwie torował sobie drogę do jej serca i łóżka. – To wspaniały mężczyzna, dba o mnie i naprawdę mnie kocha – mówi Zośka. – W łóżku – ideał: czuły, namiętny otwarty na moje potrzeby. W dodatku kręci nas to samo.

Dobrze im razem. Zośka pierwszy raz jest szczęśliwa, a jednak ukrywa ten romans przed światem. A już najbardziej przed najbliższymi. Dlaczego? – Adam jest byłym mężem mojej starszej siostry. Wprawdzie rozwiedli się 15 lat temu, ich dziecko już jest dorosłe, a siostra jest od lat z kim innym, ale moja rodzina i tak wpadłaby w histerię na samą myśl, że sypiam z Adamem. Nikt, dosłownie nikt tego nie zaakceptuje – zwierza się Zośka. Dlatego to sekretny romans. Ale Zośka nie ma zamiaru rezygnować z Adama. Wprost przeciwnie! Desperacko pragnie z nim i sypiać, i żyć…

Zdaniem Twardo-Kamińskiej możemy mieć tu do czynienia z efektem Romea i Julii. – Zjawisko to polega na tym, że obiekt pożądania jest atrakcyjny właśnie dlatego, że stanowi tabu i nie wolno nam się z nim związać – wyjaśnia seksuolog. – Nie mogąc z nim być, pragniemy go z całych sił. Możemy go też idealizować. Nie widzimy jego wad, przypisujemy mu różne zalety, wiele interpretujemy na korzyść. Im bardziej świat staje między nami, tym bardziej pragnienie rośnie. Ono karmi się oporem rzeczywistości.

Zośka łamie swego rodzaju tabu. To może podniecać, dawać zastrzyk energii, nastrajać do walki o „swoje”. Ale czy kochankom się uda? Twardo-Kamińska uważa, że obiektywnie nic nie stoi na przeszkodzie: oboje są wolni, mają poukładane życie, pozamykane poprzednie związki. Nie ma nic złego w tym, że kobieta wiąże się z byłym mężem siostry, jeśli tamta relacja jest zakończona. Co więcej, to mógłby być bardzo udany związek, bo Zośka i Adam znają się od lat, wiedzą o sobie dużo, przyjaźnią się. Odpada więc element niepewności i zaskoczenia. – Ale to może się okazać za mało. Otóż efekt Romea i Julii ma też drugi komponent: kiedy już przełamiemy bariery i jesteśmy razem; gdy wreszcie dane jest nam funkcjonować w związku ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, Romeo… rozczarowuje. Dlaczego? Bo okazuje się tylko człowiekiem. Ale przede wszystkim dlatego, że znika przeżywanie tęsknoty i pragnienia – cała emocjonalna huśtawka, która towarzyszyła walce o miłość. A bez tej ekstazy nawet seks, choć udany, staje się równie codzienny jak reszta – podsumowuje seksuolog.

Krzyżowy ogień uczuć

Karina czuje, że się strasznie zaplątała. Ona i jej mąż, Jarek, co roku wyjeżdżali do Włoch wspólnie z zaprzyjaźnioną parą małżeńską. Tak było weselej i taniej. Podczas ostatnich wakacji między Kariną a mężczyzną z drugiej pary zaiskrzyło. I to jak! Nie opanowali tego, nawet nie próbowali – toskańskie wieczory uderzyły im do głów. Ukradkowy, wakacyjny romans przetrwał jesień i zimę. Kochali się coraz bardziej.

– A seks? Seks był naprawdę nieziemski! Pełen pasji i zatracenia w sobie nawzajem, że na samą myśl o nim kręciło mi się w głowie. Nigdy z nikim tak mi nie było, należałam tylko do niego – wspomina Karina. Postanowili być razem. Pierwsze miesiące: ekstaza. A potem… porażka. Pretensje, wyrzuty sumienia, kłótnie i awantury – a do tego obustronne poczucie, że spaprali sobie życie… Nie wytrzymali nawet roku.

– Zadziałała tu odwrócona teoria niedostępności i zasada reaktancji – tłumaczy seksuolog. – Pierwsza: kiedy już coś zdobędziemy, to nam powszednieje i przestaje przedstawiać wartość. Druga: ludzie mają tendencje do zawyżania wartości i podążania za tym, do czego mają utrudniony dostęp. Obie dotyczą nie tylko życia seksualnego, ale także dóbr materialnych... Potrzebujemy odmienności, ekscytacji. Wiele osób nie potrafi docenić tego, co ma i szuka czegoś, co zapewnia silne bodźce.

Bardzo łatwo wpaść w tę pułapkę. Dlatego lepiej się zatrzymać i pomyśleć: „Co z tego, że inny mężczyzna jest bardziej przystojny? Dobry seks to dobra relacja – a tę buduje się latami”.

– Zamiast gonić wrażenia, lepiej jest docenić fakt, że partner też ma wiele zalet, np. jest opiekuńczy, w łóżku uważny, wrażliwy – radzi Twardo-Kamińska.

Dojrzały kochanek

Młodość jest atrakcyjna? Nie dla każdego. Na pewno nie dla Krystyny. Jako 20-latka związała się z dwa razy starszym od siebie kochankiem. – Byliśmy niedopasowani życiowo, co innego nas interesowało, ale łóżko wszystko rekompensowało – opowiada Krystyna. – W sypialni dogadywaliśmy się idealnie. Wprowadzał mnie w świat seksu i dawał mi dokładnie to, czego potrzebowałam. Po prostu uwielbiałam się z nim kochać.

Dziś jest związana z Jackiem, swoim rówieśnikiem – też ma 26 lat. Kocha go, ale… jest zafascynowana jego 40-letnim ojcem! Ilekroć go spotyka, czerwieni się, jąka i spuszcza oczy – jak pensjonarka. To jego twarz i ciało sobie wyobraża, gdy zamyka oczy, kochając się z Jackiem.

Krystyna nie jest wyjątkiem. Kobiety, które pociągają nawet sporo starsi mężczyźni, wchodzą w relacje z młodszymi, bo tak chcą rodzice, tak wypada… Ale nie są szczęśliwe – podziemny strumyczek pożądania płynie w innym kierunku.

– Niektóre koncepcje psychologiczne wiążą fascynacje kobiet starszymi parterami z tzw. deficytem ojca – tłumaczy seksuolog. – Element seksualnej ekscytacji odgrywa tu rolę, ale nie jest pierwszorzędny. Takie dziewczyny uwielbiają towarzystwo starszych mężczyzn, lubią pławić się w ich cieple i opiekuńczości, podziwiać życiową mądrość i doświadczenie. Partner symbolizuje ojca, którego brakowało im całe życie.

– Należy jednak podkreślić, że to tylko jedna z teorii. Część kobiet preferuje starszych partnerów, bo są bardziej odpowiedzialni, dają poczucie bezpieczeństwa i w związku z tym są dla nich atrakcyjni – zaznacza seksuolog.

Co można poradzić kobiecie zapatrzonej w dojrzałych mężczyzn? – Niech wiąże się ze starszymi mężczyznami, jeśli jest z nimi szczęśliwa. Relacje, w których partner jest starszy, nawet dużo, są społecznie akceptowane – uważa Twardo-Kamińska.

Mniejsze zło

Anka ma swój mały sekret: podkochuje się w kuzynie. Niby to tylko krewny drugiego stopnia, ale jednak. – Nie odważyłabym się iść z nim do łóżka – wyznaje Anka. – Ale na samą myśl, że mogłabym się z nim kochać, dostaję gęsiej skórki.

To, czego nie wolno, kręci, ekscytuje i podnieca. Im bardziej zakazane, tym bardziej ekscytujące. Jedni oprą się chętce łamania tabu, ale inni nie. – Silniejszą potrzebę łamania barier mają… grzeczne dziewczynki – uważa seksuolog. – Te, od których przez całe życie wymagano, by były poukładane, miłe i potulne. Te, które zawsze wracały do domu przed 22.00. Mogą odczuwać impuls, by się wyrwać z tego ugrzecznionego świata. Instynkty nie zostają bowiem przez takie wychowanie usunięte, a jedynie wyparte – i pewnie kiedyś dojdą do głosu. Może się to objawiać właśnie pokusą łamania tabu.

Program dla grzecznych dziewczynek? Jeśli chcecie się uchronić przed pokusami robienia czegoś musicie być choć trochę niegrzeczne na co dzień. Bo choć zakazany owoc (a w tym wypadku seks) jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. Może nią być społeczne odrzucenie i samotność, na jaką nas skaże. Dlatego szukajmy wrażeń, łamiąc drobniejsze zakazy. Film tylko dla dorosłych? Dzika przejażdżka motocyklem? Taniec w klubie do rana? To zdrowe sposoby na to, by rozładować napięcie pomiędzy grzeczną a tą dzikszą częścią nas samych.