1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Facet rzucił mnie po 3 latach, a ja wciąż tęsknię za nim, myślę o nim i jestem jego... Co robić?

Facet rzucił mnie po 3 latach, a ja wciąż tęsknię za nim, myślę o nim i jestem jego... Co robić?

Kiedy kończy się miłość, często brakuje nam odwagi, rozumu, miłości do siebie i pokory, żeby się na to zgodzić. Kieruje nami fałszywa duma, czyli pycha - lęk przed tym, że jeżeli przyznam, że ta miłość się skończyła, oznacza to, że nie jestem godna kochania.

Kiedy dzieje się tak, że naprawdę w głębi nie czuję się kochana oznacza to, że szukam ciągle nowych miłości lub trzymam się bez końca starej, żeby temu zaprzeczyć - mówi Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska.

  • "Już trzecia jesień park nasz wyzłaca, kasztany lecą z drzew trzeci raz, a twoja miłość do mnie nie wraca". To jedna z najpiękniejszych polskich piosenek, cudna melodia i ten straszny sens prognozujący neurozę! Ileż pięknych piosenek podtrzymuje w nas neurotyczne, masochistyczne podejście do związków?!
  • Przejrzyj sobie, ile romantycznych komedii, piosenek i mitów na temat romantycznej miłości nakarmiło cię w młodości i czym karmisz się nadal.
  • Zapytaj siebie: co ci daje to, że o nim myślisz, ze na niego czekasz? Może masz wrażenie, że daje ci tylko nieszczęście? Po co więc wybierasz nieszczęście? A może masz w tym jednak jakiś interes - ludzie trzymają się uporczywie pewnych postaw, bo coś z tego mają...
  • Np. masz złudzenie, że masz z kimś więź, że ktoś ważny jest w twoim życiu, bo ty go trzymasz; osłania cię to przed innymi facetami - nie musisz walczyć o kogoś innego, jesteś zasłonięta przed mężczyznami, jesteś bezpieczna. Nie musisz przeżywać kolejnych odrzuceń - czyli ryzykować prawdziwego życia. Możesz się sobą zachwycać, że jesteś taka romantyczna i wierna, że ta miłość była tak ogromna.
  • Możesz się taką właśnie przedstawiać innym.
  • Możesz mieć tendencję do uciekania od faktów, od rzeczywistości, od życia.
  • Może żyjesz bardziej w przeszłości niż w teraźniejszości?
  • Zobacz, ile masz interesów w tym, żeby nie zaryzykować prawdziwego życia.
  • Wolno ci w tym oczywiście zostać, to twój wybór, ale szykujesz sobie życie tylko z marzeniem.
  • Może spotkało cię dużo rozczarowań albo jedno wielkie i nie pozbierałaś się po tym psychicznie.
  • Może się nieświadomie umówiłaś z sobą, ze nie chcesz już ryzykować?
  • Może byłaś wychowana jak księżniczka, chroniona przez nadopiekuńczych rodziców lub jedno z nich i po pierwszym rozczarowaniu obraziłaś się na świat?
  • Tak czy siak, zabierz się za siebie, jeżeli chcesz mieć prawdziwe życie; przejdź do konkretów, do żywych ludzi - może sięgnij po terapię.
Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

Instrukcja obsługi faceta Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ludzie rozstają się, bo nie potrafią ze sobą rozmawiać

Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. Od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.(Fot. iStock)
Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. Od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.(Fot. iStock)
Większość ludzi rozstała się, bo nie potrafiła ze sobą rozmawiać. Ale nie w znaczeniu opowiadać różne historyjki, tylko pomagać sobie nawzajem zrozumieć, co myślą, czują – mówi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski

Kiedy warto jest walczyć o związek?
Warto walczyć, jeśli nie jest pasmem przemocy, nadużyć, zdrad, wykorzystywania, lekceważenia naszych uczuć i braku lojalności. Słowo „walczymy” co prawda niezbyt dobrze wpisuje się w codzienność, ale jednak dobrze oddaje sens naszych działań – bo o związek walczymy każdego dnia. Przedstawiając swoje zdanie, konfrontując się z partnerem, chwaląc go, dostrzegając jego wartość, tak naprawdę staramy się, żeby ten związek był coraz lepszy. Bo nigdy nie można osiąść na laurach.

Powiedział pan: konfrontując…
Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. I od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.

Ale ludzie od rozwiązywania konfliktów wolą innego partnera.
Pewna młoda aktorka powiedziała mi ostatnio, że w jej środowisku związki bardzo szybko się rozpadają. W najlepszym przypadku są związkami na dwa lata. Dotarło do mnie, że nastąpiła tu jakaś znacząca zmiana. W moim pokoleniu związek był dużą wartością. Zawierało się go na zawsze, mimo że rozum mówił, że czasem uczucia się kończą, a ludzie rozstają. Owa aktorka uprzytomniła mi fakt, że młodzi ludzie nie zastanawiają się, jaki ich związek będzie za ileś lat. Oni nie patrzą na relacje w dłuższej perspektywie, bo z góry zakładają, że w każdej chwili mogą się skończyć. Im rozstanie przychodzi bardzo łatwo. Większość związków jest nieformalna, można więc odejść z dnia na dzień, bez pokonywania prawnych czy organizacyjnych barier. Po prostu pakuje się walizkę i mówi „do widzenia”.

A normy, zasady?
Odgrywają coraz mniejszą rolę. Coraz więcej natomiast jest związków, w których ma być przyjemnie. Jeżeli partnerzy nie dostarczają sobie przyjemności w różnych obszarach – intelektualnych, seksualnych – to po prostu się rozstają. Dla mnie kiedyś był to przykład niedojrzałości.

Już nie jest?
W moich standardach to nadal niedojrzałość. Związek według mnie powinien być zawierany na zawsze. Powinien wiązać się z uczuciem, choć oczywiście mogą następować w jego trakcie różne perturbacje. Wiem jednak, że kłopoty potrafią wzmocnić związek. Ale coraz mniej ludzi w ten sposób myśli o budowaniu relacji.

Wiedza na ten temat pomaga?
Im robię się starszy, tym jestem bardziej przekonany, że to, co ludziom pomaga w relacjach, to nie jest wiedza każdego z nich, ale rozmowa. Coś, co się tworzy w trakcie, gdy partnerzy posiadający jakieś przekonania, uczucia zaczynają rozmawiać. Wtedy powstaje zupełnie nowa jakość, związek może odkryć zupełnie nowe obszary do penetrowania. Większość ludzi rozstała się, bo nie potrafiła ze sobą rozmawiać. Ale nie w znaczeniu opowiadać sobie różne historyjki, tylko w znaczeniu pomagać zrozumieć, co myślą, czują. Jak coś powiedziałem, to nie jestem już tym samym człowiekiem co wcześniej, a i ten, kto to usłyszał, też nie jest już tym samym człowiekiem. Rozmowa to naprawdę coś niezwykle istotnego w walce o związek.

Współczesne kobiety walczą też o siebie.
Asertywność kobiet jest dobra także dla mężczyzn. Mężczyźni cenią partnerki, które uczą ich rezygnować ze swoich narcystycznych pomysłów, które pokazują im, że nie mają monopolu na wiedzę, władzę, jakość związku. Nagle mężczyźni muszą znaleźć się w sytuacji osób, które nie tylko wygłaszają mowy, ale też słuchają. Namawiam kobiety, żeby stawiały granice swoim partnerom. To jeden z ważnych elementów relacji.

A tolerancja dla inności?
Inność jest fundamentem związku. Bo jeżeli dwie osoby są takie same, to po co być ze sobą, po co rozmawiać. Dlatego warto tę inność zauważyć i pielęgnować. To, że mój partner ma inne zdanie, wywodzi się z innej tradycji rodzinnej, jest czymś bardzo cennym. Ale ludzie mogą docenić różnice dopiero, gdy mają poczucie własnej wartości. I wtedy druga osoba nie stanowi zagrożenia. Nie potrzebują jej kontrolować, żeby z nią być. Dają tyle miłości, ile wolności. A partner też dostrzega w nich inność, bo oni dostrzegają to w nim. Taki związek ma szansę. Wielu ludzi boi się inności, gdyż nie bardzo wierzy, że samodzielni, niezależni partnerzy będą chcieli z nimi być. Więc rozwijają funkcje kontrolne, odmawiają informacji, ukrywają uczucia, manipulują seksem, obwiniają. Takie zachowania dają niezwykle kruche podstawy do związku, który wcześniej czy później się rozpada.

Nigdy nie ma się gwarancji, że następny będzie idealny.
Oczywiście. Bo to nierealistyczna tęsknota niedojrzałych ludzi myśleć, że na świecie jest ktoś, kto da im to wszystko, czego nie otrzymali w całym swoim dotychczasowym życiu. Każdy spotkany człowiek podlega wtedy potężnej idealizacji, wydaje się właśnie tą wymarzoną osobą. A kiedy jakiś czas potem okazuje się, że nie spełnia oczekiwań, dramat gotowy.

Pewien pan, który żenił się po raz siódmy, powiedział mi, że dobrze już wie, na czym polega problem między kobietami a mężczyznami. Mianowicie na tym, że kobiety dążą do zdominowania mężczyzn, a zadaniem mężczyzn jest się nie dać.

Ów pan wybierał partnerki nieśmiałe, niepewne, które potrafił nagiąć do swoich wymagań, ale tylko do pewnej granicy. Potem one się „odginały”, stawiały swoje wymagania, a on mówił: „no i już się zaczyna”. Proszę sobie wyobrazić reakcję tego pana, gdy partnerka mówi: „zrób mi herbatę”. Jego myślenie na temat kobiet to dobry przykład pokazujący, co się dzieje, gdy realizują się nasze pomysły na partnerów, które nosimy w głowie. Zawsze prowadzi to do katastrofy.

  1. Psychologia

"Ode mnie się nie odchodzi", czyli co czuje i myśli porzucony mężczyzna

Wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko pomyśleć o partnerce coś złego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. (Fot. iStock)
Wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko pomyśleć o partnerce coś złego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. (Fot. iStock)
Mężczyźnie łatwiej jest pogodzić się ze stratą kobiety w wyniku zdarzenia losowego czy śmierci niż z tym, że go porzuciła – mówi psycholog Paweł Droździak.

W jaki sposób mężczyzna przeżywa żal po stracie kobiety, związany z rozpadem związku?
U różnych typów ludzi różne elementy psychiki są newralgiczne. Dla niektórych kluczowe jest na przykład poczucie wartości własnej i w sytuacji kryzysu to ono ucierpi jako pierwsze. „Skoro ona odeszła, to co ze mnie za facet?”. Mężczyźni rzadziej niż kobiety upatrują włas­nej atrakcyjności w fizyczności, szukają jej raczej w pozycji zawodowej i różnych aspektach związanych z osobowością, w sprawczości. No, i jeśli to akurat jest u danego mężczyzny kluczowe, to możliwe, że będzie przeżywał utratę z takiego punktu widzenia. Jako fiasko pewnego projektu życiowego.

Mężczyzna o innej strukturze będzie to zdarzenie przeżywał jako zachwianie wyobrażenia o przewidywalności świata i ludzi. „Mówiła, że kocha, a teraz twierdzi, że nigdy nie kochała. Jak to możliwe, świat powinien przecież opierać się na jakichś zasadach?!”. To, co w tym przypadku zostaje zachwiane, to nie samoocena, ale przekonanie o własnej zdolności do rozumienia, co się wokół dzieje. Rozumienia innych ludzi, przewidywania, co się zdarzy. Poza tym jeśli ona mówi, że nigdy nie kochała, to czy to znaczy, że moje dobre wspomnienia z nią związane nie opisują trafnie rzeczywistości? A więc nie tylko nie wiem już, gdzie za chwilę będę, ale nawet nie wiem, gdzie byłem. Bardzo dezorientujące. I to uczucie dezorientacji jest u tego typu osób w tej sytuacji kluczowe. Inny mężczyzna z kolei może mieć silną skłonność do kontrolowania innych osób i całe zdarzenie przeżywa raczej poprzez specyficzny filtr. „Przecież ode mnie się nie odchodzi! Ja na to nie wyraziłem zgody”.

Czy wypieranie lub zapadanie się w smutek utrudnia mężczyźnie przeżycie żałoby po stracie?
Ujmę to tak: „Odeszła, ale czym dla mnie była?”. Czyli – co odeszło? Ktoś przekłada tę stratę na język władzy, inny na język rzeczy czy struktur, ktoś inny może robić z siebie ofiarę: „Jeśli odejdziesz, to się zabiję”. Chodzi o to, żeby zadać sobie pytanie, co tak naprawdę jest uderzone przez to uczucie żalu. Inne ciekawe pytanie: jak różni się przeżywanie rozstania u mężczyzn i u kobiet? Pierwsza różnica, na którą można by wskazać, jest czysto praktyczna i dość oczywista. Przy rozpadzie rodziny dzieci najczęściej zostają z matką. Z tej asymetrii wyniknie później mnóstwo innych różnic.

Czyli w sytuacji rozstania mężczyźnie dochodzi jeszcze żal po stracie kontaktu z dziećmi.
Powstaje zupełnie inny świat przeżyć psychicznych, ponieważ sytuacja zewnętrza jest odmienna: walka o kontakty z dziećmi, seria różnego rodzaju oskarżeń, rozgrywanie alimentami, ukrywanie swoich dochodów, konflikty interesów między dziećmi a nową partnerką. Cała masa problemów specyficznie męskich w tej sytuacji. Jeśli mowa o małżeństwie, i to jeszcze takim, które coś razem tworzyło, ma jakiś dorobek materialny, potomstwo, długi staż – to rzadko się zdarza, żeby udało się rozstać całkiem pokojowo. Zwykle dochodzi do walki. I w jej trakcie partnerzy często dewaluują się nawzajem. Po części po to, żeby sobie poradzić z bólem, ale jest i inny powód.

Dla wielu ludzi to nie do pomyślenia, że rozstają się z kimś po prostu dlatego, że nie spełniają się w związku. Czują, że to coś złego, bo ten powód jest jakby niewystarczający. Za mało konkretny. Czy można rozstać się z czystego pragnienia rozstania? Bez żadnej zbrodni, którą druga strona popełniła? Potrzebują jakiegoś mocniejszego powodu, szczególnie gdy ktoś ma tendencję do myślenia na poziomie konkretów. Dlatego się tego konkretu szuka, a jak go nie ma, to trzeba go sobie stworzyć. Wtedy idziemy w oskarżenia, często monstrualne. A prawda jest taka, że po prostu nie potrafimy poradzić sobie z...

Z żalem po stracie partnerki?
Albo z żalem po jej stracie, albo też z tym, żeby samemu powiedzieć sobie: „Nie chcę z nią być”. To jest dla nas za trudne. Bo jak można tęsknić za czymś, co jest dobre, przeżywać brak tego i jednocześ­nie wciąż widzieć to jako dobre? Zatem trzeba uczynić to złym, aby odzyskać spójność.

Czy chodzi o to, żeby potrafić rozstać się również z tym, co dobre? Na zasadzie: „Ja jestem dobry, ty jesteś dobra, ale to już nie działa”.
Dla niektórych ludzi taka operacja myślowa jest strukturalnie niewykonalna. Dlatego albo muszą tę osobę zdewaluować – jeśli jej wspomnienie jest źródłem bólu po stracie, albo zdewaluować siebie. Uzyskanie zdolności do takiego wewnętrznego przeżycia, w którym coś jest źródłem dyskomfortu (bo tego już nie mamy), a jednocześnie jest wciąż cenione – to jest poważne zadanie rozwojowe. Niektórzy nigdy tego nie osiągają. I podobnie, kiedy trzeba by złożyć razem dwie rzeczy: nie ma zbrodniarza, a mimo to chcemy rozwodu. Dlatego wiele osób raczej stara się stworzyć sobie jakiś „ważny powód”, no i zaczyna się masa oskarżeń po to, żeby nie czuć się tym, który jest niesolidny.

Dewaluacja jest obroną. Gdybyśmy tego nie robili, na pewno dopuścilibyśmy do siebie wszystkie te depresyjne uczucia, które pojawiają się po stracie. Dewaluacja jest bardziej pierwotna, instynktowna i łatwiejsza. To tak jak w sytuacji, gdy ugryzie nas komar, drapiemy się, mimo że to wcale nie pomaga. Myślę, że często może to działać tak, że jeśli nie dewaluowalibyśmy drugiej strony, to od razu dewaluowaliśmy siebie. Znów po to, żeby nie dopuścić do przeżywania żalu w czystej postaci.

Czyli dewaluacja partnerki daje mężczyźnie poczucie, że ma kontrolę nad sytuacją?
To pierwszy objaw tego, że mężczyzna próbuje przejąć kontrolę nad uczuciem żalu. Ale to nie jest specyficzne tylko dla mężczyzn. To uniwersalny mechanizm.

Kiedy zatem mężczyzna jest w stanie poczuć ten żal?
Żal znajduje się niedaleko bezradności. Zgoda na bezradność to nie taka prosta sprawa. Snucie fantazji o tym, co strasznego knuje kobieta, jest świetnym sposobem na to, żeby nie czuć, że się kogoś straciło. Bo żal jest niezwykle bolesny. Żal nas kompletnie rozwala.

Złość także rozwala.
Złość wiąże się z mobilizacją do działania, choćby destrukcyjnego, ale jednak. Tymczasem żal odwrotnie – demobilizuje. Mężczyźnie łatwiej jest czuć złość niż smutek, bo ten drugi jest wstępem do poczucia bezradności. Dlatego wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko raczej pomyśleć o partnerce coś złego lub obraźliwego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. Czasem jest to zdrowy mechanizm obronny. Szczególnie jeśli zdrada wiązała się z bardzo upokarzającą sytuacją.

A kiedy ten mechanizm przestaje być zdrowy?
Jeśli w ogóle nie przyjmuje się swojego żalu do wiadomości. Czyli kiedy istnieje tylko ten element złości i dewaluacji, a cała reszta jest zaprzeczona. Co miewa na przykład taką postać całkowicie zadaniowego skupienia się na konkretach, na przykład związanych z walką sądową po rozwodzie. Ktoś taki może godzinami rozprawiać o pismach, które napisał, ruchach formalnych, jakie wykonał, snuć plany ataków, obron, forteli, zbierania dowodów, mówić o zdjęciach, nagraniach, może opowiadać o okropieństwach, jakie była partnerka popełniła, i zupełnie nie dopuszczać tego, że pod tym wszystkim jest jakaś rzeczywistość złamanego serca i tęsknota. Był smutek, jest paranoja. Bywa też, że zamiast obsesji sądowej walki i całej paranoicznej wizji, która się często z tym wiąże – jest czysta przemoc. Trochę jak w piosence taty Kazika „Celina”: „Ziutek nie płakał, twardy jest, godzinę ze wściekłości wył jak pies”, i dalej: „tylko podniósł brew, błysnęło, na białą pierś trysnęła krew”. Pracując w więzieniach, często spotykałem mężczyzn, którzy mieli całkowitą niezgodę na dopuszczanie jakiejkolwiek bezradności w sobie. Umysł to nie ciało. W ciele wiadomo, co jest zdrowe, co chore. W umyśle dzieją się różne przedefiniowania tego, co czujemy. Możemy je po prostu opisywać, próbując rozumieć, do czego te przedefiniowania mogą człowiekowi służyć.

I do czego najczęściej mu służą?
Od mężczyzn często wymaga się, żeby byli zdolni do wykonania pewnych zadań wymagających mobilizacji i ogólnie funkcji „przełamania się”. Wytrzymania czegoś i działania pomimo pewnych przeszkód. Jeżeli podczas meczu ktoś kopnie piłkarza w kostkę, to nie oczekujemy, że piłkarz w tym momencie skontaktuje się ze swoimi uczuciami i bólem i zacznie ten ból wyrażać i celebrować, tylko chcemy, żeby szybko zebrał się w sobie i grał dalej. Jego organizm używa do tego adrenaliny. Zatem on nie jest trenowany do tego, by się uwrażliwić na subtelne sygnały, tylko do tego, żeby wytrzymać sygnały zgoła niesubtelne i działać mimo nich. Wychowanie mężczyzn i cały męski wzorzec mityczny zawiera ten element i dzięki temu mężczyzna osiąga pewne cele, co zresztą bywa przez kobiety cenione. Z drugiej strony staje się to dla tych kobiet udręką, kiedy z tak wychowanym mężczyzną, szczególnie jeśli weźmie sobie to zbyt mocno do serca, nie daje się w ogóle porozumieć. No i mamy konflikt, bo z jednej strony taka kobieta korzysta z efektów jego zaradności, a z drugiej – ma mu za złe, że on „nic nie rozumie”. W to miejsce wchodzi często poppsychologia z fałszywą obietnicą, że tego mężczyznę uwrażliwi bez utraty sprawczości.

Realna psychoterapia nie formułuje na szczęście takich obietnic. W terapii często szuka kontaktu z własnymi emocjami, bo po prostu szuka się prawdy o tym, co w człowieku siedzi pod wszystkimi warstwami zaprzeczeń czy przedefiniowań – i na przykład chodzi o to, żeby te uczucia powtórnie przeżyć, żeby zostały przez kogoś dobrze przyjęte. W prawdziwym życiu to nie jest tak, że cały czas możemy sobie pozwolić na celebrowanie „prawdy swego wnętrza”, bo świat nie zawsze jest tym zainteresowany. Warto to rozróżnić.

Czyli uważasz, że mężczyznom bardziej opłaca się ten żal po stracie jakoś przedefiniować, zakłamać i zmniejszyć niż naprawdę przeżyć?
W kulturze przedfreudowskiej do tego, by mężczyźni mogli się rozmontować i pokazać uczucie bezradności, służyła gospoda. Stąd popularność alkoholu. Dawał usprawiedliwienie dla pokazywania emocji, które u osoby trzeźwej musiałyby pozostać ukryte. Wciąż to zresztą działa. Co robią przyjaciele, kiedy jeden z nich odkryje zdradę partnerki? Idą na kawę? No nie. Idą na piwo. Przy zdradzie szczególnie poważnej – nawet na wódkę. W dynamice takich spotkań uczucia depresyjne często są odreagowywane prawdziwie, ale często też przetwarzane w działania agresywne bądź stany maniakalne. Można na to narzekać, ale prawda jest taka, że nie ma na świecie człowieka, który mógłby sobie pozwolić na to, że będzie przez cały czas i w każdych okolicznościach w zgodzie i kontakcie ze swoimi emocjami, i tylko tymi emocjami się będzie kierował i je tylko szczerze wyrażał. To nierealne.

Istnieje przestrzeń, w której musimy mobilizować się do działania mimo pewnych uczuć, i przestrzeń, w której sobie folgujemy. Zakłada się, że na przykład gabinet psychoterapeutyczny może być miejscem, gdzie może do tego dojść w bezpieczny sposób. Ale w codziennym życiu zwykle zbieramy się do kupy, dajemy sobie na wstrzymanie, wybieramy to, co dyktuje rozum, nie uczucia. Śmiem twierdzić, że czasem nawet kłamiemy, udajemy, gramy pewne role i nie ma żadnej możliwości, żeby to jakoś całkowicie zmienić. Taki po prostu jest dorosły świat. Ja sam teraz najchętniej położyłbym się spać, bo jestem potwornie zmęczony, ale nie ma cudów. Rozmawiamy, bośmy się umówili i się tu przecież na ławce teraz nie położę. Choć jako dziecko mógłbym. Narzędzie psychoterapeutyczne to nie to samo co całościowy sposób na życie.

Nie zachęcasz facetów, by wyżałobili tę żałobę do końca?
Nie wiem, czy w ogóle mogę powiedzieć, że ja jako psychoterapeuta kogoś do czegoś zachęcam. Na pewno część mojej roli polega na tym, żeby mówić o tym, że na przykład duża część procesu dewaluacji partnerki jest obroną. Badać, czy jest pod tym smutek, rozpacz, lęk, poczucie winy, żal do samego siebie. To w gabinecie. W praktyce życia jednak wygląda to tak, że ludzie przeżywają tragedie rozstań, rozpadów związków, rozpadów rodzin, a mimo to muszą pracować, uczyć się, wykonywać swoje życiowe zadania, także wykonywać pewne zadania rodzicielskie, nie czyniąc z dzieci ani sędziów, ani powierników tego, co przeżywają. Jeśli ktoś umie się skupiać tylko na własnych potrzebach i uczuciach, to kiedy jego związek się rozpada – biada jego dzieciom. Dlatego ważne, żebyśmy – kiedy coś takiego przeżywamy – znaleźli sobie miejsce czy osobę, przy której możemy pokazać, co się z nami dzieje, bez udawania i kręcenia.

Jak to zrobić? Zdanie sobie sprawy z tego procesu jest już w pewien sposób uzdrawiające?
Tak jest. Jednak jeżeli zdradziła mnie dziewczyna, a ja ciągle siedzę i myślę o tym, że nie jestem nic wart i moje życie nie ma sensu – jestem w kontakcie z uczuciem o charakterze depresyjnym. W pewnym momencie musi jednak nastąpić porzucenie obiektu przywiązania, czasem drogą jakiejś choćby częściowej dewaluacji, a w każdym razie odmitologizowania. Bo inaczej będzie się zawsze żyć w cieniu mitu.

Czyli dewaluacja partnerki musi jednak nastąpić...
A jak inaczej rozwiązać problem przywiązania do osoby, która już nas nie chce? I nie zdewaluować przy tym samego siebie? Wręcz karkołomne zadanie. Dlatego czasem łatwiej jest przeżyć żal, kiedy partnerka umiera czy odchodzi w wyniku zdarzenia losowego, niż kiedy porzuca.

Naprawdę?
Co innego, gdy ktoś nie przyszedł na spotkanie, bo nie mógł. A inaczej, gdy tego nie chciał.

A jeśli chcemy rozstać się lepiej, inaczej? Nie bez żalu.
Wtedy trzeba pomieścić w sobie całą serię skomplikowanych operacji. Bo wyobraźmy sobie, że kocham kobietę, która odeszła ode mnie z innym. Wtedy musiałbym zrozumieć, że ona nie może ze mną być, bo szuka czegoś innego. Są nawet ludzie, którzy proponują tak niewyobrażalne rzeczy jak to, żeby cieszyć się jej szczęściem...

Spróbujmy rzucić mężczyźnie jakieś łatwiejsze do złapania koło ratunkowe.
Jeśli kobieta, która odeszła, stanie się w pewnym momencie obojętna emocjonalnie, to wtedy może się uda. Albo kiedy nie będzie całkiem obojętna, tylko dobrze wspominana, ale już bez tego silnego przywiązania. Mówię o czymś takim jak sentyment. Wspomnienie czegoś pięknego, co już było. Jest w tym świadomość straty, ale już przeżytej. Kiedy mówię: „To były dobre czasy, ile nocy przepłakałem przez nią, ech, stare dzieje” – to oznacza, że przełożyłem sobie ten smutek na sentyment, w którym siedzi żal.

Jak możemy pomóc w tym mężczyznom?
W książce Edwarda Stachury „Siekierezada” widzimy mężczyznę wchodzącego do gospody z siekierą, rozwalającego stoły, bo jego kobieta notorycznie go zdradza. Pięknie pokazano tę scenę w filmie pod tym samym tytułem. Wejście z siekierą przez zamknięte drzwi i struchlały tłum robią duże wrażenie. Gdyby drwal w tym momencie znalazł tę kobietę, pewnie by ją zabił. Za to wyładował swoją złość, przez co mógł wejść w ten depresyjny stan smutku i rezygnacji. No i co wtedy usłyszał od mądrego, starego człowieka? „Kaziuk, baby były, są i będą”. Czyli perspektywa filozoficzna, ale wciąż ludzka, a nie boska. I to jest bardzo dobry wstęp do poczucia nostalgii.

Paweł Droździak, psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Prowadzi praktykę prywatną. Pracuje z osobami dorosłymi i parami. Współautor książek: „Zawsze bezpieczna” (2003), „Blisko, nie za blisko” (2012).

  1. Psychologia

Wchodzenie w związki bez miłości nie wyleczy złamanego serca - przestrzega Kasia Miller

Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mają być ulgą, plastrem na zranione serce. Słodyczą, bo myślimy, że tak smakuje zemsta. Złożeniem siebie na ołtarzu miłości. Wiążemy się więc z kimś, kogo nie kochamy, w celu innym niż miłość albo z kimś, kto nas nie kocha, licząc, że pokocha. Czy osiągamy to, co zamierzone – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Moja koleżanka, atrakcyjna kobieta, zobaczyła, jak jej były całuje się z inną, więc kopnęła w jego samochód. Tak mocno, że złamała palec.
Ludzie potrafią skrzywdzić sami siebie, żeby zemścić się na kimś, kto im złamał serce. Pewna moja znajoma miała romans z architektem. Wydawało się, że ich związek zmierza w stronę małżeństwa. On co prawda tego nie obiecywał, bo mężczyźni rzadko obiecują takie rzeczy, a jak na dzień dobry machają pierścionkiem, lepiej uważać! W każdym razie spotykali się przez kilka miesięcy, zabierał ją do swoich przyjaciół i znajomych z pracy, więc kobieta myślała, że związek się rozwija. Ale on myślał inaczej, o czym jej szczerze powiedział. No, to się wściekła i postanowiła się zemścić, uwieść jego szefa i podjudzić obu mężczyzn do rywalizacji. Wiedziała, że szef nie jest żonaty i że ona mu się podoba. Przy okazji wspomniała mu więc, że już się z tamtym nie spotyka, i zasygnalizowała, że gdyby on chciał, to ona owszem... No i kiedy chodziła już z szefem, przychodziła do niego do pracy i demonstracyjnie się do niego przytulała, pokazywała, że teraz jest dziewczyną lepszego samca. Przypomina mi się tu rozkoszna piosenka Violetty Villas: „Choć jeden raz, żebym była tak piękna, dziś, właśnie dziś, bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść, spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka!”.

Zemściła się na byłym, wiążąc się z jego szefem?
Chciała pokazać, że jej jest na wierzchu. No i przez chwilę w jej głowie tak było. Tamten widział, że sobie z jego szefem umościła gniazdko. Ale nie dał mu w twarz, nie padł u jej stóp i nie błagał, żeby wróciła. Szef też do zemsty się nie przyczynił, bo nie zaczął zachowywać się nie fair wobec poprzednika.

Marna zemsta… Może pokochała szefa i są razem?
Kiedy mężczyzna ma być „zemstą”, to niczego dobrego kobieta nie będzie z tego miała, oprócz chwilki satysfakcji, że intryga się powiodła. Jak się wchodzi w następną relację, natychmiast po rozstaniu z kimś, kto był dla nas ważny, to się nie ma wolnego serca. A ona szefa nie kochała i obojgu im coraz mniej się chciało chcieć siebie nawzajem. Ich bycie razem nie miało się czym żywić. Było sztucznie karmione celem innym niż miłość. Dlatego, kiedy cel został osiągnięty, związek zgasł. Mógłby trwać, gdyby mieli w byciu razem inny, np. materialny, interes, choćby dom z basenem. Strach przed zaangażowaniem w kolejny związek pcha nas ku komuś, kogo nie kochamy.

Może seks z szefem był lepszy?
Gdyby szef był superkochankiem, ta pani miałaby fun, ale to też wiele by zmieniło. Mądra kobieta wie, że seks to seks, a miłość to miłość. Może sobie „pójść w seks” z kimś, żeby się cieleśnie zresetować po poprzednim związku, jeśli ma taką potrzebę. Może się ratować w każdy sposób, byle było to prawdziwe. Bez udawania przed sobą, że czuje się coś, czego się nie czuje. A my często nie wiemy, co czujemy, bo się tego nie nauczyliśmy. Nie dostaliśmy od rodziców prawa do tego, żeby zajmować się swoimi uczuciami. Ani wzoru, jak to robić. Nie wiemy więc, że to się opłaca. Odwrotnie: myślimy, że będzie strasznie, gdy sobie na to uczucie pozwolimy. I chcąc pozbyć się rozpaczy, zmuszamy się do seksu z kimś, z kim nie mamy ochoty, i do seksu, na jaki nie mamy ochoty. Robienie tego w celu innym niż przyjemność czy bliskość to zawsze użycie siebie. Nadużycie! Ta opowieść jest o tym, że dziewczyna zrobiła ogromny wysiłek, by coś udowodnić facetowi, który ją rzucił – i by uciec przed prawdą o tym, co czuje. I zmarnowała to, co znacznie ważniejsze, czas po porzuceniu na to, by miłość odpłakać, stanąć na nogi i wybrać kogoś, kto naprawdę będzie jej pasował. A więc zrobiła sobie krzywdę.

Zagrała na nosie byłemu, zdobyła szefa, jaka tu krzywda?
Prawdziwe uczucia zepchnęła do kąta po to tylko, by się zemścić. Nie pogodziła się ze stratą. Była nieprawdziwa, używała siebie i dlatego nie zbudowała wewnętrznego spokoju ani związku. Weszła w tę relację po to, żeby nie czuć. Mało tego! Żeby tamten poczuł. Żeby go zabolało. Czyli odrzuciła siebie. No, ale kiedy nie udało jej się stworzyć domu z szefem, była na tyle świadoma, że na szczęście przyszła po pomoc. Powiedziała, że się zagalopowała. Że zrobiła coś, co się nie sprawdziło. A teraz po rozstaniu z tym, kogo nie kochała, jest jej gorzej niż po rozstaniu z ukochanym.

Chciała się dowiedzieć, czemu tamten jej nie chciał?
Nie chciała i nie zawsze jest to do czegokolwiek potrzebne, bo rozstanie często nie ma nic wspólnego z nami. Gdyby zapytała go, dlaczego już nie są razem, mógłby powiedzieć, że nie wie. Po prostu tak poczuł… stracił do niej uczucie. Coś się wypaliło. Kobiety często mówią: „Bo ja byłam niefajna, dlatego on powiedział, że jednak nie”. A niekoniecznie. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, który nie umie na dłużej się z kimś związać. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, którego coś niesłychanie ważnego zaabsorbowało: awans, choroba, poczucie bezsensu lub przeciwnie – odkrycie, że chce być wolontariuszem przy umierających, a nie żyć wygodnie z tobą. Nie wiemy, dlaczego mężczyzna mówi „nie”. Ważniejsze było to, że ona samą siebie, taką zamrożoną emocjonalnie, komuś zaniosła. Była znieczulona, więc łatwiej było jej udawać. Gdyby jej związek był oparty na prawdziwych uczuciach, to nie udawałaby, że chce być z kimś, skoro tego nie chciała. I czuła się pusta, bez uczuć, jak wyprana przez dwie pralki. Trochę trwało, nim odrobiłyśmy to, co konieczne. Najpierw musiała się przyznać do swoich prawdziwych motywacji, które nie były dla niej jasne. W bólu zadziałała instynktownie.

Czy to kobieca specyfika – mężczyzna jako plaster i słodycz zemsty?
Gdzie tam! Moja druga historia dotyczy mężczyzny. Ludzie w sytuacjach granicznych, a porzucenie taką jest, reagują na parę sposobów. Ten mężczyzna po związku, w którym był szczęśliwy i zakochany, a został porzucony dla kogoś innego, poczuł się tak boleśnie ugodzony w serce, że od razu ożenił się z dziewczyną, która mu się ofiarowywała od lat.

Kolejny z niebezpiecznych związków: „Kocham go i wierzę, że on mnie też pokocha”?
Wiedział, że z tej dziewczyny robi plaster na serce: „Tamta mnie rzuciła, już mnie nie kocha, ale jest ktoś, kto mnie kocha. Kto od lat na mnie czeka i teraz będzie mnie miał jako nagrodę. Jestem więc godzien miłości”. No i zgadnij, co było dalej.

Mężczyzna tęskniący za inną i kobieta oczekująca na jego miłość? Hm… też im nie wyszło?
Wyszło, ale na jakiś czas. Ona była dumna, że on tak szybko po rozstaniu z tamtą do niej przyszedł. Uznała to za plus. A powinna pomyśleć: „Dlaczego tak szybko? Dlaczego akurat do mnie? Bo wie, że go kocham i się mu ofiarowałam?”. Jeśli ktoś lubi być wzięty w ofierze, to mu może na dłużej wystarczy. Ale ta druga osoba może wcale długo nie zachwycać się takim obdarowaniem. Bo jak długo możesz być z kimś, kogo nie kochasz? Tak długo jak tęsknisz za tą utraconą miłością i potrzebujesz plastra. Nawet jeśli plaster ma zalety i podoba ci się, to i tak mało! W naszej historii mężczyzna, kiedy przestał kochać tamtą, pomyślał, że już nie chce być z kobietą, której pozwala się kochać, koić, dopieszczać. Brał od niej to wszystko, bo był pewien, że mu się to należy, bo daje jej to szczęście, jakim jest on sam. Ona była dawcą, a on biorcą, co już samo w sobie zapowiada kłopoty.

Dlaczego on, który brał, miał dość, a nie ona, dawca?
Bo nie musiał jej zdobywać. Dostał ją za darmo. Jak mężczyzna stara się o kobietę, to będzie ją cenił. I to pomaga później pokonać kryzysy w związku. Istotne jest, czy na początku związku on czuł radość, że ją zdobył. Zdobywanie to baza, która zostaje na zawsze, bogactwo, mocna podstawa stabilizacji, bo cenimy to, co wymagało wysiłku. I dlatego kryzys można pokonać, gdy się sobie o tym przypomni, bo to daje motywację. A tu on miał to, co mógł, a nie to, o co walczył. A że już się jej miłością napchał, ukoił, to mu się przejadła. Gdyby ona nie była tylko dawcą, gdyby zdała sobie sprawę, że on jej użył jako plastra, to ich bycie razem mogłoby przetrwać. Ale, niestety…

…on ją wziął z półki „zastępstwo”.
Powiem tak: im bardziej on był obolały, tym bardziej ona nie powinna mu się oddawać. Ale! Można też powiedzieć, że miała tego faceta, o którym marzyła, w taki sposób, w jaki było to możliwe. Gdyby mu się nie ofiarowała, to może on nigdy by jej nie wybrał. Skoro jednak ona nie dała się poznawać i zdobywać, ale dała mu się cała od razu do zjedzenia, to mogła się spodziewać, że usłyszy od niego: „Już dziękuję, nasyciłem się”. I on tak zrobił, ale też to mu się nie podobało, dlatego przyszedł na terapię i powiedział: „Przestałem kochać tamtą. Przestałem cierpieć. I zobaczyłem, że szczęśliwy z tą drugą nie będę. Ona nie jest tą, którą wybrałem i z którą coś zbudowaliśmy, więc od niej odszedłem”. Ustaliliśmy – co dla mężczyzn jest bardzo trudne – że przez jakiś czas z nikim nie będzie. Mężczyźni nie umieją żyć bez kobiety, choćby takiej do romansu. Ustaliliśmy też, że następnym razem będzie uczciwy, powie kobiecie, że nie ma bladego pojęcia, co ma jej do zaoferowania. Zapyta, czy ona jest gotowa na to, że na przykład będą tylko uprawiać seks. I że on jej nic nie obiecuje nie dlatego, że z nią jest „coś nie tak”. Ważne jest, żeby kobiecie powiedzieć: „Jesteś superlaska i dlatego chcę z tobą iść do łóżka, podobasz mi się i cię pragnę, ale na razie nie potrafię kochać, bo moja miłość się skończyła i jestem poobijany. Brałem od kobiety, która mnie kochała, coś, czego nie powinienem brać, zamiast opłakać stratę”.

To ludzkie szukać pocieszenia w ramionach, które są otwarte…
Pamiętam, jak mi kiedyś wymarzona miłość nie wyszła i poszłam do tego, o kim wiedziałam, że mnie kocha, żeby sobie zrobić smarowidełko na mój smutek, ambicje i samotność. Na wszystko to, co wiąże się z zawodem miłosnym. Wiem, że ludzie wtedy pędzą, do kogo mogą, jak tylko kogoś takiego mają. Natomiast nie jest to rozwiązanie, ale iluzja, że się sobie poradziło. A tak naprawdę robiąc to, porzucamy siebie, dlatego że rodzice nas zostawiali w dzieciństwie z naszymi uczuciami, zostawili nas z naszymi przerażeniami, z naszymi rozpaczami. Z tego powodu nie umiemy sobie z trudnymi uczuciami poradzić i biegniemy, do kogo tylko możemy, żeby nas wziął na ręce i poniósł, bo sami siebie nie poniesiemy...

Nie zostawiać siebie. Ale co to znaczy?
Przeżyć to, co mamy do przeżycia. Cierpisz? Weź urlop, zamknij się w domu i potnij na kawałki jego garnitury, wyrzuć zdjęcia albo wbij w te zdjęcia szpilki. Pisz listy do niego i je pal. Zakop się w łóżku i nie wychodź tydzień z domu. Wyj jak zwierzę z rozpaczy. Zwierzęta wiedzą, co robić, są prawdziwe – cielesne. A my jak i one ból mamy w ciele. Przecież każda komórka boli, każdy włos... Dlatego ten ból ma być wyrażony ciałem. Dobrze, jeśli ktoś nas co jakiś czas przytuli, ale musi to być ktoś, kto umie znieść to, że wyjemy, i nie powie: „Przestań, wszystko będzie dobrze”. Tylko: „Krzycz, drap, płacz”. A pojawiają się różne uczucia: i takie, że go nienawidzę, i zabiłabym, i błagam: „Wróć do mnie!”. Odreaguj je. Poznaj, nazwij. Zdaj sobie sprawę z tego, których masz najwięcej. Może odkryjesz na przykład, że to wcale nie była miłość, tylko zawłaszczenie.

Tabletki? Alkohol? Śpiew? Film „Janis” o Janis Joplin pokazuje, jak śpiewając, można przeżywać to, co bolesne…
Ani tabletki, ani alkohol. Śpiew tak. Ale prawdziwy. Joplin do tego, by wyrazić siebie, potrzebowała dragów i dlatego nie przeżyła prawdziwego oczyszczenia. Leczące jest dla nas wyrażenie siebie oparte na odwadze do otworzenia się, zaufaniu do świata i życia, a nie na chemii. Uzależniamy się od niej, jeśli dzięki niej możemy sobie poradzić z tym, co czujemy, możemy pozwolić sobie na to, co najtrudniejsze – na poczucie bezradności. Problem polega na tym, że jeśli nie doświadczymy ulgi, jaką daje wyrażanie prawdziwych uczuć i obecność kogoś, kto pozwala nam je okazać, to uciekamy przed sobą i tym, co czujemy, w ćpanie, chlanie, branie prochów lub znieczulamy się w niebezpiecznych związkach.

  1. Psychologia

Pozwól sobie na rozpacz po rozstaniu - to potrzebny proces do uzdrowienia

Rozstanie jest jedną z najbardziej bolesnych sytuacji jakich doświadczamy w życiu. Wszystko wywraca się do góry nogami. Świat, w którym żyliśmy, runął. Musimy na nowo budować rzeczywistość. Jak to zrobić? (Fot. iStock)
Rozstanie jest jedną z najbardziej bolesnych sytuacji jakich doświadczamy w życiu. Wszystko wywraca się do góry nogami. Świat, w którym żyliśmy, runął. Musimy na nowo budować rzeczywistość. Jak to zrobić? (Fot. iStock)
Sobota. Ranek. Otwieram powoli oczy, odganiając resztki snu ciążące na powiekach. Przeciągam się niezdarnie i biorę pierwszy świadomy oddech. Słońce dzielnie przedziera się przez szpary żaluzji. Zapowiada się przepiękny dzień. Leniwie przewracam się na drugi bok. Mogę sobie na to pozwolić. Mam czas. 2 dni. 48 wolnych godzin. 2880 minut tylko dla siebie. 172800 sekund do wykorzystania. Na rozpacz. Jego nie ma obok.

W świecie Islamu jednym ze sposobów uzyskania rozwodu jest tradycyjna procedura polegająca na tym, że mężczyzna trzykrotnie mówi do żony: „Rozwodzę się z Tobą” w chwili, kiedy kobieta nie ma okresu, a następnie wymagana jest trzymiesięczna abstynencja seksualna. Rozwód zostaje unieważniony, jeśli mężczyzna odwoła swoje słowa lub para podejmie współżycie. W judaizmie rozwód następuje po orzeczeniu sądu rabinackiego bejt din i jest przywilejem męża. Polega on na wręczeniu przez niego listu rozwodowego w języku aramejskim. Nawet jeżeli to żona występuje z powództwem, orzeczenie rozwodu jest ważne dopiero w chwili wydania listu rozwodowego przez męża. U Beduinów wystarczy, że mąż podejdzie do żony i powie: „Rozwodzę się z tobą”. Świecki rozwód regulują paragrafy prawne, a decyzję podejmują sądy, każda ze stron może o niego wystąpić.

Jednak niezależnie od sposobu, rozstanie z żoną czy mężem, partnerem lub partnerką jest jedną z najbardziej bolesnych sytuacji jakich doświadczamy w życiu. Wszystko wywraca się do góry nogami. Świat, w którym żyliśmy, runął. Musimy na nowo budować rzeczywistość.

Jeśli decyzja o zakończeniu związku nie jest obustronna, to trudniej radzi sobie z tym osoba, która została postawiona przed takim faktem. Pierwsze, co odczuwamy, to szok, zaskoczenie, poczucie nierealności sytuacji. Czujemy się oszukani. Nasza miłość i zaufanie zostały odrzucone, a nadzieje na wspólną przyszłość zburzone. Pytamy siebie, co takiego zrobiliśmy źle, nie tak, czym zawiniliśmy? Konfrontacja z samotnością, która jak intruz wkracza w nasze życie sprawia, że nie umiemy sami jeść, spać, robić zakupów. Wszystko nagle jest inaczej. Utrata partnera przez odrzucenie jest osobistym afrontem, inaczej niż w przypadku, gdy partner umiera. Siła i rodzaj przeżycia mogą być podobne jak w obliczu śmierci bliskiej osoby, ale wiedząc, że osoba, która nas nie chciała, żyje, będziemy kurczowo trzymać się nadziei, że jeszcze się między nami ułoży. Także gniew jest inny. Jeśli ta osoba żyje i świadomie wybiera życie bez nas, istnieje dużo większe ryzyko, że będziemy ją obwiniać i staniemy się złośliwi i zgorzkniali.

Amerykański psycholog Dwight Webb w swojej książce „Jak pogodzić się z rozstaniem” mówi o dziesięciu etapach rozpaczy po rozpadzie związku:

Początkowe:

  1. Szok i niedowierzanie
  2. Wyparcie
  3. Gniew i ukrywanie uczuć
  4. Próba zmiany
Środkowe:

5. Wznoszenie i opadanie 6. Zrozumienie

Końcowe:
  1. Akceptacja
  2. Przebaczenie
  3. Stworzenie planu
Uzdrowienie:
  1. Przejście do działania
Rozpacz jest naturalnym i jednocześnie potrzebnym procesem do uzdrowienia po stracie. Może trwać tygodniami, miesiącami a nawet latami, jednak nie trwa wiecznie. Nie da się też przeskoczyć jej poszczególnych etapów. Nie istnieje określony czas na przejście każdego z nich. Czasami odczuwamy, że utknęliśmy na pewnym etapie, a intuicja będzie nam podpowiadać, że już pora przejść dalej. Na początek ważne jest, aby znaleźć czas dla samego siebie, swoich odczuć i myśli. Często staramy się uciekać w pracę czy inne czynności, aby odsunąć od siebie rozpacz, ból, smutek. Jednak aby pokonać te emocje, musimy się z nimi skonfrontować. Kolejnym krokiem jest uwolnienie tych uczuć. Ciężar, który czujemy, wynika z zatrzymywania ich w sobie. Musimy poczuć ból i pozwolić sobie na łzy.

Pisanie dziennika może ułatwić wyrażanie myśli, a jednocześnie może pomóc je uporządkować. Jeśli mamy osobę, która wysłucha i zaakceptuje, której możemy zaufać i opowiedzieć o swoich przeżyciach, dobrze jest to zrobić. Po prostu wygadać się, zamiast słuchać rad i wskazówek, jak postąpili w podobnej sytuacji. Im bardziej jesteśmy otwarci na ludzi, tym mniejszy staje się ciężar, który dźwigamy. Mogą pojawić się opory na poświęcanie czasu sobie, czy rozmowom z innymi. Do głowy przychodzą myśli: Po co to rozpamiętywać? Muszę zająć się obowiązkami. Nie chcę tego przeżywać, chcę mieć to już za sobą! Faktem jest, że trzeba przejść przez swój ból i jest to ważna część procesu uzdrowienia. Lepiej zrozumiemy swoje emocje gdy zamiast je wypierać, przyjrzymy się im. Zamknięcie się jest w wymiarze psychologicznym czy duchowym podobne do śmierci, gdyż budujemy wokół siebie mur.

Zdarza się, że oszukujemy samych siebie, twierdząc, że łatwiej jest nic nie zmieniać. Czujemy się bezpiecznie sami w tej trudnej, ale dobrze znanej sytuacji. Jeśli nie zweryfikujemy swoich zachowań, to tak jakbyśmy ukrywali się za tym murem, który ma nas chronić i umacniać w tym, w co wierzymy i do czego przywykliśmy. A najczęściej jest tak, że chowamy się za nim ze strachu przed nowym. Aby to zmienić, wystarczy poczuć chęć patrzenia w przyszłość, zadecydować, jak chcielibyśmy, aby wyglądało nasze życie, a potem wykorzystywać możliwości, jakie się pojawią. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Zmiana wymaga wysiłku, koncentracji, dyscypliny i odwagi stawienia czoła nieznanemu, ufając że kryje się w tym szansa.

Ale może warto zaryzykować? Najwyżej stracimy przywilej posiadania łóżka tylko dla siebie..

  1. Psychologia

Budowanie na gruzach. Jak przeżyć rozstanie do końca?

Po to żeby móc wejść w kolejny związek, trzeba znaleźć miejsce w swoim myśleniu, sercu dla tego, co było w przeszłości, ale z drugiej strony – nie rozpamiętywać. (Fot. iStock)
Po to żeby móc wejść w kolejny związek, trzeba znaleźć miejsce w swoim myśleniu, sercu dla tego, co było w przeszłości, ale z drugiej strony – nie rozpamiętywać. (Fot. iStock)
Trzeba przeżyć rozstanie do końca, z całym smutkiem, rozpaczą i gniewem, bo tylko wtedy nie przeniesiemy emocji do następnego związku. Dać sobie czas na zastanowienie się, jaki mamy plan na życie, czego pragniemy, co lubimy, z jakimi ludźmi dobrze się czujemy. Warto ten czas wykorzystać, bo w życiu nie mamy zbyt wielu okazji bycia dla siebie – mówi psychoterapeutka Agnieszka Mościcka-Teske.

Jedni przeciągają decyzję o rozstaniu, inni przecinają nabrzmiałą sytuację chirurgicznym cięciem. Co lepsze?
Związek z partnerem to jedna z najważniejszych naszych relacji, warto więc przemyśleć decyzję o jej zakończeniu. Z całą pewnością nie powinno się decydować pochopnie, pod wpływem jakiegoś impulsu, kłótni, w emocjach. Może zabrzmieć to górnolotnie, ale warto przyjąć do wiadomości prostą prawdę: w każdym związku jest trudno. Małżeństwo nie służy do tego, żeby było nam milej, lepiej i wygodniej, tylko do tego, żebyśmy się rozwijali. A rozwijamy się zazwyczaj poprzez pokonywanie trudów życia, rozwiązywanie problemów. W każdym związku siłą rzeczy pojawiają się trudności, pytanie tylko, czy są one na tyle obciążające, destrukcyjne, żeby zakończyć związek. Bywają sytuacje, na przykład po treningach psychologicznych, kiedy człowiekowi wydaje się, że cały świat leży u jego stóp, że już wie wszystko, że życie mu się wyprostowało, że jest silny. Wraca do domu i mówi: „Rozwodzę się, nie chcę dalej wieść takiego życia”. Nawet specjaliści zalecają, żeby nie podejmować decyzji o rozstaniu w takich momentach, na takim hurraoptymizmie, tylko jakiś czas odczekać, ponieważ na to, że z kimś pozostajemy w związku, składają się nie tylko nasze uczucia i potrzeby, ale też mnóstwo innych względów: ekonomiczne, nawet te dotyczące zwykłej codziennej pomocy. Powtórzę: zawsze warto dać sobie czas na przemyślenie tej decyzji.

Przemyśleliśmy wszystkie za i przeciw, rozstanie jest nieuniknione. Jak to zakomunikować partnerowi?
Idealnego sposobu nie ma. Koszty zawsze są bolesne dla strony, która podejmuje decyzję, i tej, która ją słyszy. To, co pozwoli zminimalizować owe koszty, to przeprowadzenie rozmowy w miarę spokojnie, na pewno nie podczas kłótni, nie w trakcie wzajemnego oskarżania się, że ty byłaś taka, a ty taki, bo to powoduje bardzo silne reakcje emocjonalne, ludzie wtedy wyciągają ostrą broń, ranią się. A to nie pozwala na racjonalne rozwiązanie sytuacji, a przecież chodzi o to, aby ludzie wyszli z tego związku jak najmniej poranieni i ułożyli sobie wzajemne relacje. Uratować może nas tylko spokój.

Więcej należy chyba wymagać od tego, kto odchodzi. Może powinien podziękować za wspólne chwile, powiedzieć coś miłego?
To bardzo piękny i potrzebny gest. W momencie kiedy ktoś decyduje się na rozstanie, przeważnie żyje już innym życiem niż to wspólne i nie musi być ono związane z trzecią osobą, może natomiast z pracą, pasjami, poczuciem odzyskanej wolności. Na ogół nie ma już w tym nowym życiu miejsca dla pozostawionego partnera, dla którego rozstanie to prawdziwy dramat. Związek co prawda się zakończył, ale nadal istnieje wspólna przeszłość, także dobre chwile, razem zbudowany dom, dzieci. Dlatego tak ważne, aby odchodzący partner podkreślił, jak cenne było to wszystko, co razem przeżyli, aby oddał partnerowi należny szacunek, podziękował. Odwoływanie się do tego, co pozytywne, może pomóc pozostawionemu partnerowi lepiej poradzić sobie z nową sytuacją.

Miłe słowa łagodzą cierpienia, ale też mogą rodzić złudne nadzieje, że nie wszystko jeszcze stracone. Bywa, że odchodzący przeciąga decyzję, asekurując się, żeby w razie czego móc wrócić.
To prawda, ludzie mówią wtedy: „Muszę mieć czas na przemyślenie, wyprowadzę się na miesiąc i wtedy zobaczymy”. To strategia obliczona na przeciąganie całego procesu. Psychologia wyjaśnia, że ludzie tłumaczą racjonalnie swoje nawet dziwne, nierozsądne zachowania. Jeżeli mówią: „Rozstajemy się na jakiś czas, bo muszę pożyć swoim życiem, zobaczyć, jak to jest samemu”, to w większości przypadków rzeczywiście wierzą, że tak będzie. Osoba, która podejmuje decyzję, też przeżywa rozterki, ja bym nawet powiedziała, że czasem większe, bo to ona przejmuje odpowiedzialność za decyzję. Myślę, że – choć to porównanie może zabrzmieć drastycznie – rozterki rozstających się ludzi są podobne do tych: lepiej umrzeć nagle czy umierać przez długi czas i móc pozamykać wspólne sprawy.

No właśnie, co lepsze?
Nie ma dobrej odpowiedzi. W każdej sytuacji, w której pojawiają się konflikty interesów – a tutaj też jest konflikt interesów, bo jedna osoba chce zostać, a druga chce odejść – rodzą się silne emocje i trzeba pamiętać, żeby nie używać argumentów i epitetów, które są niszczące, które wywołują skutki niedające się odwrócić, wykorzystują wiedzę o czułych stronach partnera, nadużywają intymności, kiedyś ofiarowanej przez drugą osobę.

Przeprowadzenie rozstania w sposób radykalny pozwala „umierać krócej”?
Z jednej strony może pogorszyć dalszą relację, a z drugiej – paradoksalnie – dramatyczny przebieg rozstania może pozwolić drugiej stronie lepiej sobie z całą sytuacją poradzić, bo nagle spadają klapki z oczu i widzi partnera takim, jaki jest, do czego jest zdolny. Do tej pory nie słyszałam wulgaryzmów z jego ust? A tu okazuje się, że potrafi siarczyście przeklinać. Pozwala to trochę urealnić rozstanie, pokazać, że rzeczywiście w tej osobie, w tej relacji jest coś, co nam nie służy, więc lepiej się rozstać. Moje doświadczenie terapeutyczne pokazuje, że im bardziej ludzie szanują i doceniają partnera, wspólną historię życia, tym ich rozstanie przebiega łagodniej. Rozmawiamy o momencie rozstania, ale przecież przed też się coś dzieje, bywa, że dzieje się dużo złego, że pary są sobie wrogie, kłócą się przez długi czas. Im więcej narośnie konfliktów, wrogości, tym trudniej rozstać się pokojowo, bo ludzi wiąże nie tylko pozytywna relacja, ale także wroga. Czasami są po rozwodzie, nie spotykają się, ale nadal się nienawidzą, to jest im jakoś potrzebne. Obecność nienawiści między ludźmi, którzy się rozstali, świadczy o tym, że oni nadal są ze sobą związani, tylko in minus, czyli że relacja trwa nadal. A wtedy, kiedy pozostajemy w jednej relacji, nie jesteśmy w stanie rozpocząć nowej.

Czasem klapki spadają z oczu, wychodzi na jaw smutna prawda, a partner dalej żyje złudzeniami i nie chce się rozstać.
Terapeuci, szczególnie psychoanalityczni, na przykład Willi Jürg, mówią, że odpowiedzialna za ten stan jest koluzja, czyli podświadome dążenie do tego, żeby z partnerem rozgrywać własne wewnętrzne konflikty. Kiedy znajdujemy się w koluzji, to tak naprawdę nie widzimy człowieka takim, jaki jest. Bo można się zastanowić, dlaczego żona, wiedząc, że jej mąż pije, uprawia hazard, chce z nim być, mimo że jest nieszczęśliwa. Odpowiada za to właśnie koluzja, bardzo silne uwikłanie w relację. Doprowadza nas ona do życia złudzeniami, niedojrzałego, nieuwzględniającego prawdy o nas i o tym, jaki jest nasz partner, bo przecież człowiek, z którym jesteśmy, ma wady, zalety, a my go widzimy jako księcia z bajki albo potwora.

Co dalej po rozstaniu? Możliwa jest przyjaźń?
Możliwa, tylko zastanawiam się, czy rzeczywiście przyjaźniący się byli partnerzy zakończyli związek uczuciowy, który bazuje na miłości, z jakiego powodu chcą być nadal razem, bo przyjaźń to też chęć bycia razem, tylko w trochę innych aspektach życia. A może jest tak, że te osoby od zawsze były tylko przyjaciółmi, czyli że przyjaźń nigdy nie rozwinęła się w miłość i może dlatego łatwiej im teraz utrzymywać tę relację. Na pewno potrzebne jest zadbanie o pozytywne relacje.

Ale na początku to strasznie trudne.
Oczywiście, nie od razu, dlatego że rozstanie to strata, człowiek przeżywa wtedy taką samą żałobę jak po śmierci bliskiej osoby. A stan żałoby rządzi się swoimi prawami, przechodzi się przez kilka faz. Pierwsza to faza zaprzeczania temu, co się dzieje, kiedy partner mówi: „Rozstajemy się tylko na miesiąc, niech on odpocznie ode mnie”. Następna jest faza gniewu, kiedy człowiek zaczyna się złościć na partnera, na inne osoby, które uczestniczyły w ich życiu, ma pretensje do świata, losu. Potem przychodzi faza targowania się, że, ach, może jak schudnę, jak zadbam o siebie, to on do mnie wróci. Albo wróci, jak pójdę na studia, bo zawsze mówił, że jestem mało inteligentna. Kolejną fazą jest depresja. Krótko po rozstaniu ludzie usiłują brać się w garść, dokonują radykalnych zmian w swoim życiu, wyglądzie, zachowaniu, a później się poddają. Odpuszczają, no bo partner nie wróci, jestem sama, jest tragicznie, czuję się okropnie. Po fazie depresji następuje wreszcie faza akceptacji, takiego trochę podniesienia się z popiołu, kiedy przyjmujemy do wiadomości, że jest tragicznie, dramatycznie, nie ma szans, żeby sytuacja się zmieniła, ale jakoś trzeba żyć dalej. Zaczynamy wychodzić do ludzi, odkrywać swoje zainteresowania. I to jest dopiero ten moment, kiedy człowiek może zacząć nowe życie. U każdego przychodzi po innym czasie, ale tak jak w przypadku żałoby trwa mniej więcej rok. Pamiętajmy, że człowiek jest istotą rytualną, potrzebuje jak każde istnienie na Ziemi cykliczności, a cykl społecznego funkcjonowania człowieka zamyka się mniej więcej w roku: raz w roku są jedne i drugie święta, raz w roku mamy urodziny, imieniny, wakacje. Każde z tych wydarzeń musimy przeżyć w nowej sytuacji, bez partnera, każde z nich opłakać, „ozłościć” i zaakceptować. I dopiero po roku takiego zamknięcia jesteśmy gotowi do nowego życia. Ta gotowość może przyjść szybciej, ale jak się pojawia w ciągu miesiąca, to uważam, że człowiek nie pozwolił sobie przeżyć tego rozstania.

Dzisiaj ludzie muszą mieć wszystko natychmiast, także drugi związek.
To nie jest dobre, bo człowiek nie ma szansy na przemyślenia, naukę, na zmianę, która by pozwalała budować nowy związek już trochę inaczej. W psychologii są teorie (na przykład teoria dezintegracji pozytywnej Kazimierza Dąbrowskiego), które mówią, że czasem dramatyczne przeżycia, strata, zniszczenie mogą być pozytywnym przełomem, który pozwala budować wszystko od nowa. Ale pod warunkiem, że nauczymy się, jakich błędów już nie popełniać. Jeśli nie damy sobie czasu na refleksję i na przeżycie straty, to wówczas trudno zobaczyć, co chcielibyśmy zmienić. W dzisiejszym świecie człowiek nie chce odczuwać tego, co przykre, ma być przyjemnie. Tymczasem tak naprawdę dopiero wtedy w pełni przeżywamy życie i siebie, kiedy odczuwamy zarówno to, co przyjemne, jak i to, co nieprzyjemne.

Można wejść w nowy związek bez odniesień do poprzedniego, bez porównań?
Nie da się do końca zamknąć przeszłości. Poprzedni partner był w naszym życiu, coś nam dał, może mamy dzieci i całą gamę wartych zapamiętania przeżyć. Nie da się tego wszystkiego wymazać z pamięci, wykreślić z życia. Porównań też nie unikniemy. Kiedy spotykamy różnych ludzi, niezależnie od tego, czy są nam bliżsi, czy dalsi, to siłą rzeczy ich porównujemy: z tym fajniej się pośmiać, z tym pogadać. Przy czym ważne, żeby te porównania zostały w naszej głowie, żeby nie komunikować ich drugiej stronie. Bo w danym momencie najważniejszy jest dla nas aktualny związek. Nikt nie lubi porównań, każdy człowiek chce być traktowany indywidualnie, już nie mówiąc o tym, że przywoływanie przykładu byłego partnera może być odbierane przez aktualnego jako dowód na to, że tamten jest dla nas ważniejszy. Dlatego pozostawmy byłego partnera w dobrym miejscu w naszej pamięci, ale pamiętajmy, że to przeszłość, a teraźniejszość jest tu i teraz i jest najważniejsza.

Jak tę teraźniejszość budować na gruzach?
Ważne, aby po pierwsze, przeżyć rozstanie do końca, z całym smutkiem, rozpaczą i gniewem, bo tylko wtedy można zamknąć emocje, one nie będą się za nami ciągnąć, nie przeniesiemy ich do następnego związku. Po drugie, zastanowić się, jaki mam plan na życie, czego pragnę, co mnie cieszy, co lubię: jaką muzykę, filmy, książki, z jakimi ludźmi dobrze się czuję. To jest też czas na zastanowienie się nad sobą, na określenie swoich granic, poznanie siebie. Warto ten czas wykorzystać, bo w życiu nie mamy zbyt wielu okazji bycia dla siebie. Po to żeby móc wejść w kolejny związek, trzeba znaleźć miejsce w swoim myśleniu, sercu dla tego, co było w przeszłości, ale z drugiej strony – nie rozpamiętywać. Tamta relacja miała złe i dobre strony, a teraz jest nowa rzeczywistość. Ustalmy sposób kontaktowania się: osobisty, telefoniczny, a także częstotliwość, co ważne szczególnie wtedy, gdy są dzieci. Zanim wejdziemy w nowy związek, warto skonsultować się z psychoterapeutą, który pozwoli przyjrzeć się, jakie osoby wybieram, dlaczego takie, a nie inne, czy może jest w tym jakaś zasada. Dzięki psychoterapii można uniknąć powielania tych samych zachowań co z poprzednim partnerem.

Co zrobić, żeby rozstanie było jak najmniej obciążające dla dzieci?
Czasem rodzice mają pomysł, żeby mówić dziecku, że tata wyjechał, no, a to nieprawda. Dziecko wyczuwa, co się dzieje, więc trzeba mówić prawdę, ale bez szczegółów: że rodzice nie będą mieszkać razem, już nie będą razem jedli, spali, oglądali filmów. Ale mówić to wtedy, gdy już postanowiliśmy, że się rozstajemy, nie wcześniej, bo samo rozstanie to sprawa pomiędzy parą, dziecka nie wolno w to mieszać, to nie jest jego świat, jego światem są mama i tata, nawet kiedy nie są już partnerami.

Rodzice często rozgrywają konflikt dzieckiem.
To dla niego dramatycznie trudna sytuacja, może zaburzać jego funkcjonowanie. Dziecko musi mieć ciągłość relacji z mamą i tatą. Może zmieniać się czas trwania i miejsce kontaktów, ale jakość relacji powinna pozostać taka sama. I nawet kiedy jedna ze stron ma duży i uzasadniony żal do drugiej, to nie powinna tego okazywać przy dziecku, a już niedopuszczalne jest nastawianie dziecka w jakikolwiek sposób przeciwko jednemu z rodziców. To nie służy jego rozwojowi, ono przez resztę życia pozostanie w rozdarciu pomiędzy mamą a tatą, co później może przełożyć się na rozdarcie w innych sferach życia. Badania pokazują, że sam rozwód nie przyczynia się do problemów w późniejszym życiu dziecka, natomiast negatywny wpływ na jego rozwój mają wrogie relacje pomiędzy rodzicami, nawet kiedy są nierozwiedzeni.

Co dalej?
Warto wiedzieć, że po rozstaniu przyjdzie nam żyć zupełnie inaczej niż dotychczas. Podejście systemowe w psychologii wskazuje, że para należy do szerszego systemu, jednym z jego poziomów jest para i dziecko, następnym – rodzina, kolejnym – rodzina plus znajomi. Systemy tak działają, że kiedy zmienia się coś na jednym poziomie, zmieniają się też wszystkie inne. Rozstanie pary przekłada się na jej funkcjonowanie w szeroko rozumianej rodzinie, wśród znajomych, a nawet w życiu społecznym i pracy. To dodatkowa bolesna trudność, z którą trzeba się zmierzyć po rozstaniu.

Czasem dopiero po latach okazuje się, że wyszło nam to na dobre.
Także dlatego, że dzięki trudnościom przekraczamy samych siebie, uczymy się radzić sobie z silnymi emocjami, których być może nigdy nie przeżywaliśmy. Rozstanie zmusza nas do poznawania innych ludzi, środowisk, a to wszystko służy naszemu rozwojowi i temu, żebyśmy byli szczęśliwsi. Uważam, że jeśli już ludzie zakończą niedobry związek, to później czeka na nich tylko lepsze życie.

Agnieszka Mościcka-Teske
-  psycholożka, psychoterapeutka, trenerka umiejętności psychologicznych, biegła sądowa w sprawach o mobbing i molestowanie seksualne w pracy. Związana z Uniwersytetem SWPS Wydziałem Zamiejscowym w Poznaniu.