1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kłótnie w związku - zagrożenie czy szansa na rozwój?

Kłótnie w związku - zagrożenie czy szansa na rozwój?

Dobrze zarządzany konflikt to rozwój. (Fot. iStock)
Dobrze zarządzany konflikt to rozwój. (Fot. iStock)
„Gdyby między partnerami była pełna symbioza, związek musiałby zacząć zamierać. Zniknęłyby pasja, zaciekawienie. Brak konfliktu to stagnacja, a stagnacja to śmierć dla relacji”, mówi psychoterapeutka Iza Falkowska-Tyliszczak. Bo nie sam konflikt, ale to, jak go rozwiązujemy, może być zagrożeniem dla związku.

Czasem słyszymy, kiedy ktoś mówi: „Mam świetny związek, jesteśmy ze sobą trzy lata i ani razu nie było między nami poważnej kłótni”. Tylko zazdrościć? Raczej bym się martwiła, niż chciała naśladować... Po pierwsze, konflikt jest nieunikniony, po drugie – jeśli się z nim dobrze obchodzimy, staje się on źródłem rozwoju i dla jednostki, i dla relacji.

Mówisz, że konflikt jest nieunikniony, ale są ludzie o łagodnym usposobieniu, którzy z zasady nie wchodzą w konflikty. Niewchodzenie w konflikt jest jedną ze strategii radzenia sobie z konfliktem! Wszędzie, gdzie jest jakakolwiek interakcja, jest konflikt. Zawsze. Bo ludzie się od siebie różnią, to wystarczający powód i gwarant starcia. Więc każdy z nas go doświadcza, tylko różnie się z nim obchodzimy.

Dużo mamy tych strategii? Przynajmniej cztery. Konfliktowi można zaprzeczać, czyli długo uznawać, że nie ma żadnego problemu. Innym sposobem jest oddawanie pola, to znaczy zrezygnowanie ze swoich potrzeb i podporządkowanie się drugiej osobie. I może gdyby ta strategia nic nie kosztowała, byłaby niegłupia.

Przeczytałam zdanie, które wydało mi się ciekawe: Jeżeli sposobem na konflikt jest wycofanie, to ceną, którą trzeba za to zapłacić, jest samotność. I pomyślałam, że może wcale nie sam konflikt, czyli to, o co poszło, jest największym niebezpieczeństwem dla związku, ale jest nim to, w jaki sposób z konfliktem ludzie sobie radzą. Może to strategia rozwiązywania konfliktów jest dla relacji najbardziej zagrażająca? Jest w tym wiele prawdy. I właśnie tym kosztem w przypadku oddania pola może być poczucie samotności, o którym mówisz. Mogą nim być też wrzody żołądka! Albo inna forma ataku na siebie samego. Może to być także atak na otoczenie w postaci biernej agresji. Bo, owszem, po naszych zwierzęcych przodkach dziedziczymy skłonność do tego, by być istotą społeczną, integrować się, ale z drugiej strony – dziedziczymy także skłonność do konfrontacji i rywalizacji. Nasze uczucia nie parują, nie da się ich przetrawić w taki sposób, by bezboleśnie pozbyć się toksyn. Kolejną strategią radzenia sobie z konfliktem jest narzucanie komuś swojego zdania, strategia zwycięzcy – to zawsze ja jestem górą. I ta droga jest dobra, kiedy mowa o czymś, co jest jednorazowe. Na przykład konflikt interesów pomiędzy sprzedającym a kupującym samochód, czyli wiadomo – kupujący chce kupić jak najtaniej jak najlepszy produkt, a sprzedający chce jak najdrożej sprzedać coś, w co nie chce już w żaden sposób inwestować. Wtedy może mieć sens, pomijam tu wątek moralności, oczywiście, by odpicować z wierzchu auto i tak o nim opowiedzieć, żeby wziąć za nie sporą sumę.

I następnie zniknąć! Na tarczy! Natomiast, jeśli mowa o kimś, z kim mamy do czynienia częściej, a nawet na co dzień, jak w przypadku związku, to ta strategia nie ma żadnego sensu. Bo druga strona zawsze będzie szukała sposobu, mniej lub bardziej bezpośredniego, żeby nam za taki rodzaj wykorzystania oddać. Aż w końcu ostatnia strategia, optymalna, kiedy szukamy rozwiązania: wygrany – wygrany.

Teoretycznie doskonała, ale czy możliwa w praktyce? To zależy od tego, jak podejdziemy do rozwiązania konfliktu. Przede wszystkim chodzi o to, czy obie strony okopią się przy swoich zdaniach, czy też zdołają dojść do tego, jakie potrzeby stoją za dwoma różnymi stanowiskami. Posłużę się prostym, ale obrazowym przykładem: jedna osoba w czytelni chce, by okno było zamknięte, druga, by koniecznie było otwarte. I kiedy obie strony uparcie zostają przy swoim – „otwarte”, „zamknięte” – jest pat. A może wystarczy zapytać, dlaczego jedna z tych osób chce otwartego okna, a druga zamkniętego? Bo może się okazać, że jednej jest za gorąco, ale drugiej wcale, jak można by sądzić, nie jest za zimno. Jej po prostu przeszkadza, że wiatr przewraca kartki w książce. Wobec tego wystarczy otworzyć inne okno w tej sali i to pozwoli, by każdy wyszedł z tego konfliktu wygrany… Kiedy kobieta chce spędzić urlop nad morzem, a jej partner w górach, można w analogiczny sposób szukać rozwiązania. Być może, jeśli obie strony opowiedzą sobie wzajemnie o swoich potrzebach, a nie będą okopywać się na swoich stanowiskach, uda się znaleźć rozwiązanie, które zaspokoi pragnienia obojga. Jeżeli tego nie zrobią, prawdopodobnie wylądują na Mazurach i nikt nie będzie zadowolony. To jest zgniły kompromis. Każdy ustępuje i nikt nie dostaje tego, czego potrzebuje.

Czym różni się zatem zgniły kompromis od kompromisu niezgniłego, bo mam wrażenie, że w kompromis niejako wpisany jest ten posmak zgnilizny… Czasem rzeczywiście musisz odrobinę ustąpić, czyli na przykład można w tej sytuacji wybrać Chorwację – tam są i góry, i morze – tyle tylko, że każda ze stron będzie musiała dojeżdżać kawałek do swojej atrakcji, do swojego celu. Czyli niezgniły kompromis to taki, w którym ponosisz jakiś koszt, ale dostajesz to, na czym ci zależy. To jest rodzaj wysiłku czy ustępstwa, które nie wykluczają ostatecznie zaspokojenia potrzeby.

No tak, ale w życiu nie zawsze da się znaleźć „Chorwację”, czasem po prostu jedna strona musi zdecydowanie ustąpić. Ale zawsze warto tej „Chorwacji” szukać i to jest właśnie to, o czym wcześniej powiedziałaś – że to dobór strategii rozwiązywania konfliktu jest niebezpieczeństwem. Podstawową kwestią, zawsze trzeba to powtarzać, jest słuchanie drugiej strony. Takie słuchanie, że kiedy słuchasz, jesteś skupiona na tym, co ktoś do ciebie mówi, a nie na tym, co masz mu za chwilę odpowiedzieć. A to jest bardzo trudna sztuka. Bo to oznacza, że musisz sobie radzić z tym, co wywołują w tobie słowa tej drugiej osoby. Musisz to „wytrzymać”, nie szykując się w tym momencie do odwetu, ataku. To nie znaczy, że musisz się z kimś zgodzić, ale naprawdę, uczciwie dajesz mu przestrzeń. Czasem rzeczywiście mimo dobrej woli i prawdziwego wysłuchania nie da się znaleźć równie satysfakcjonującego obie strony rozwiązania. Co wtedy? To, co można zrobić, to „zamieniać się” w tym, kto komu ustępuje, po to, by nie tworzyć stałego schematu, kto wygrywa, a kto przegrywa.

Jak rozumiem, dobrze byłoby, gdyby tej zmienności pilnowały obie strony, by nikt nie musiał czuć się strażnikiem sprawiedliwości. To bardzo ważne, bo strażnik poczuje frustrację porównywalną z frustracją tego wciąż przegrywającego w konflikcie.

Powiedziałaś, że dobrze zarządzany konflikt to rozwój. Co to właściwie znaczy? Odpowiem tak: żebyś nie wiem jak bardzo starała się zaspokoić potrzeby swojej kilkuletniej córki i tak nigdy nie uda ci się to w stu procentach. I tak ma być! Bo gdybyś zdołała to zrobić, to ona nie znalazłaby powodu, by nauczyć się chodzić… Jeśli wszystkie nasze potrzeby są zaspokojone, nie mamy żadnej motywacji, żeby podejmować wysiłek. Także gdyby między partnerami była pełna symbioza, ten związek musiałby zacząć zamierać. Zniknęłyby pasja, zaciekawienie. Brak konfliktu to stagnacja, stagnacja to śmierć dla relacji. Ale, na szczęście, brak konfliktu na dłuższą metę jest niemożliwy. Bo ludzie bardzo się różnią. Mogą jedynie przez jakiś czas udawać, że nie różnią się wcale – czyli strategią rozwiązywania konfliktu jest tu zaprzeczenie.

Zaryzykowałabyś stwierdzenie, że to kobiety znacznie częściej wybierają właśnie taką strategię radzenia sobie z konfliktem? Zaryzykowałabym na pewno stwierdzenie, że przez wieki byłyśmy w tym ćwiczone, przeszłyśmy solidny trening submisywności, podporządkowania. Także sytuacja ekonomiczna kobiet przez wieki uczyła nas umiejętności rezygnowania na zawołanie ze swoich potrzeb.

Choć czasy się zmieniły, nadal widać efekty tego treningu? Wydaje się, że tak. Nawet wśród przedstawicielek młodego pokolenia. Podam przykład, który pokazuje pewne subtelności i moim zdaniem dokładnie to pokłosie obrazuje. 30-letnia córka mojej znajomej od blisko roku spotyka się z mężczyzną, który mieszka w innym mieście. Odwiedzają się w swoich domach. Dość szybko stało się tak, że ten pan bez żadnego pytania, kiedy przyjeżdża do dziewczyny, bierze sobie jej laptop i z niego korzysta. Jej nie przeszło nawet przez myśl, że w jego domu mogłaby zrobić to samo. Czyli jest jakaś naturalna męska skłonność do zagarniania przestrzeni. Niedawno przeczytałam wyniki pewnych badań: jest ogłoszenie o pracę, jeśli w 25 procentach zgadzają się wymagania wobec tego, czym dysponuje mężczyzna, to on się zgłosi. Jeśli chodzi o kobiety, proporcje są prawie dokładnie odwrotne – musi spełniać 
80 procent warunków, by odpowiedziała na to ogłoszenie.

Dobrze funkcjonująca para potrafi też na szczęście reperować niektóre szkody, ciosy, które padają podczas rozwiązywania konfliktu. (Fot. iStock) Dobrze funkcjonująca para potrafi też na szczęście reperować niektóre szkody, ciosy, które padają podczas rozwiązywania konfliktu. (Fot. iStock)

Rozumiem, że to wszystko przekłada się na naszą kobiecą postawę w konflikcie. Zdecydowanie tak, mamy takie wręcz wdrukowane przekonanie o tym, że musimy ustąpić. Więc wciąż powinnyśmy siebie pilnować, monitorować. Dokonywać wysiłku, by nie wchodzić w rolę tej, która podczas konfliktu oddaje pole. Oczywiście, jak powiedziałyśmy wcześniej, ważne jest, by jedna strona nie była strażnikiem sprawiedliwości w relacji, ale równie ważne, by dbać z przekonaniem o swój komfort, o swoje interesy, by nie powstrzymywać się od powiedzenia: „Halo, teraz ja!”.

Czy konflikt jest dla relacji ważny także dlatego, że to taki moment, kiedy mamy okazję być najbardziej sobą, bo emocje puszczają i mówimy to, co naprawdę czujemy, myślimy? Myślę, że tak. Sytuacja braku otwartego konfliktu związana jest z jakąś sztucznością. Konflikt zawsze podnosi poziom adrenaliny, to nieuchronne, ale już podczas jego rozwiązywania warto trzymać jednak emocje na wodzy. To znaczy potrzebny jest jakiś rodzaj energii, by się z konfliktem zmierzyć, ale to musi być kontrolowane, bo inaczej może stać się nie rozwojowe, ale niszczące dla relacji. Można zadać sobie rany, które nigdy się nie zagoją. To też jest podczas konfliktu, niestety, możliwe. Jest taki rysunek: trzy stworki – para i jeden solo. Na brzuchach mają drzwiczki. Para mówi do tego jednego: „Otwórz się”, on odpowiada: „Nie, raczej nie”. Oni ponawiają prośbę. W końcu stworek się otwiera i z tych drzwiczek wylewa się chlust pomyj. Z byciem prawdziwym trzeba więc też uważać. Bo być może alkoholik, który podnosi rękę na partnerkę, w jakimś wariancie jest prawdziwy, tylko to nie o tę prawdziwość nam chodzi… Gdzieś jest granica pomiędzy byciem sobą a uważnością i wrażliwością na drugiego człowieka. I podczas rozwiązywania konfliktu trzeba tej granicy pilnować. Jeśli z natury nosimy w sobie jakąś porcję agresji, to trzeba z nią coś zrobić. „Jestem, jaki jestem” – to nie najlepsza strategia.

A jak wyczuć, znaleźć tę swoją granicę pomiędzy niezbędną do rozwiązania konfliktu energią a trzymaniem swoich emocji pod kontrolą? Tylko trening i poznanie siebie mogą się tu sprawdzić. Dobrze funkcjonująca para potrafi też na szczęście reperować niektóre szkody, ciosy, które padają podczas rozwiązywania konfliktu. Choć trzeba pamiętać, że ciosy, które powtarzają się zbyt często, mogą przekształcić się w pewnym momencie w ranę, która się nie zabliźni. Jeśli wyobrazimy sobie związek jako kawałek tkaniny, to możesz ją przerwać i zacerować, przerwać i zacerować. Tyle że liczba tych operacji jest ograniczona, bo jeśli partner po raz kolejny atakuje cię podczas kłótni w bolesny sposób, w końcu pękniesz. Materiał jest na tyle osłabiony, że rozchodzi się w palcach.

Czy fakt, że ludzie dobrze się wzajemnie znają, pomaga rozwiązywać konflikty, czy może wręcz przeciwnie, bo bogaci w wiedzę, gdzie uderzyć, by bolało, nie potrafią czasem powstrzymać się przed wyciągnięciem tej ciężkiej broni... To zależy od tego, co robisz z wiedzą o drugim człowieku, jak jej używasz. Bo ta wiedza może być bardzo pomocna w szukaniu optymalnego rozwiązania dla obu stron, ale nadużywana (w sytuacji, kiedy mamy w sobie wielką chęć wygranej) może okazać się destrukcyjna dla relacji. Czyli kluczowe są intencje. W konfliktach bardzo ważne jest też używanie komunikatu „Ja...”. Więc nie mówimy: „Ty się zawsze spóźniasz”, tylko: „Ja się denerwuję, kiedy cię tak długo nie ma”.

Czy to nie jest już trochę przereklamowane? Psychologowie mówią o tym od tak dawna… Nie jest przereklamowane, mówi się o tym długo, bo ludzie wciąż tego nie stosują.

Właściwie dlaczego nie wolno mi wykrzyczeć, że ktoś ciągle się spóźnia, skoro to robi?! Możesz to wykrzyczeć, oczywiście. Tylko jest duże prawdopodobieństwo, że zupełnie nic z tego nie wyniknie. Człowiek oskarżany, atakowany zawsze będzie się bronił. To po prostu schemat działania, który z założenia oddala od porozumienia. Są też takie słowa, których zdecydowanie warto unikać podczas rozwiązywania konfliktów: „zawsze”, „na pewno”, „nigdy”. Słownik konfliktu nie powinien ich zawierać. Ta prosta wiedza bardzo ułatwia komunikację podczas starcia.

Co decyduje o tym, jaką strategię rozwiązywania konfliktu wybieramy? No, niestety, nasza historia, nasza przeszłość. Dom i uwarunkowania kulturowo-społeczne, w których wyrastaliśmy. Jak przez wieki wpaja się, że kobieta stworzona jest do uległości, a nie do walki, to ona w tej uległości czuje się bezpieczna.

Bardzo silnie jesteśmy zrośnięci z tym naszym sposobem rozwiązywania konfliktów? Silnie, bo silnie zrośnięci jesteśmy ze wszystkim, co nam wpajano. Odwołując się do przykładu z laptopem – oczywiście, ta dziewczyna może przymusić się do używania komputera partnera. Właśnie słowo „przymusić” jest tu na miejscu. Ona po prostu nie ma w sobie tej naturalnej potrzeby zagarnięcia czyjegoś terytorium. Pewnie, że inteligencja, myślenie są wehikułem zmiany, więc możemy jakoś sami na siebie wpływać. Może wpływać na nas także to, co powie drugi człowiek – ludzie w życzliwych związkach uczą się od siebie radzenia sobie z konfliktem. Przyjaciel może tu także odegrać dużą rolę. Warto zastanowić się chociaż, kiedy przyjaciółka szepnie: „On wszedł ci na głowę”.

Czy używamy konfliktu także do tego, by zmienić drugiego człowieka? To znaczy, czy konflikt bywa narzędziem do ulepienia kogoś na własną modłę? Kiedyś, dawno, dawno temu, nie pamiętam, czy dotyczyło to Aten, czy może Rzymu sprzed wieków, był taki zwyczaj, że konflikt wygrywał ten, kto głośniej krzyczał. Na pozór to wydaje się niedorzeczne, ale jak przyjrzeć się bliżej, to tak totalnie bez sensu nie jest. Bo może ten, kto głośniej krzyczy, to ten, któremu bardziej zależy? Może kiedy na kogoś „krzyczymy”, wciąż do jakiegoś tematu wracamy, to nie zawsze mamy do czynienia z przemocą werbalną? Może potrzeba, która stoi za tym „krzykiem”, jest na tyle paląca, że zagraża relacji? Czyli może konflikt jest narzędziem do tego, by komuś – nawet odrobinę nieporadnie – otworzyć na coś ważnego oczy? Może to nie próba wymuszenia, ale efekt troski o związek? Konflikt, mądry konflikt, jest bardzo ważny dla związku. Jest taka prawda dotycząca relacji: jeśli nie umiesz powiedzieć „nie” (czyli wejść w starcie z drugim człowiekiem), to nie umiesz także powiedzieć „tak”. Wtedy wszystko się rozmazuje, rozlewa, pozostajesz w pozycji niewolniczej. A bycie z kimś, kto jest niewolnikiem, nie przynosi tej samej satysfakcji co relacja z człowiekiem, który jest od ciebie niezależny. I to, co ci daje, daje ci ze swojej woli, a nie dlatego, że czuje się przymuszony, czymś zaszantażowany. Nie trzeba oddawać pola, nie trzeba go zagarniać, warto stosować strategię wygrany – wygrany. Warto szukać „Chorwacji”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Związek w wibracji 2 - na dwoje babka wróżyła

W tym układzie są dwie możliwości: albo ciepło, bezpieczeństwo i stabilizacja, albo ciągłe awantury (fot. iStock)
W tym układzie są dwie możliwości: albo ciepło, bezpieczeństwo i stabilizacja, albo ciągłe awantury (fot. iStock)
Partnerzy, których wspólna wibracja numerologiczna wynosi 2, stworzą związek, w którym ważne zawsze będą dzieci, dom, rodzina, praca. Czyli stabilizacja i bezpieczeństwo. Nic dziwnego - archetyp "dwójki", czyli tarotowa Arcykapłanka, to przecież bogini domowego ogniska. Energia żeńska, która zawsze szuka kogoś do pary. Dlatego ludzie tworzący taki związek są dla siebie wzajemnie ważni.

Pozytywna jakość tej wibracji daje dobroć, ciepło, dbałość, wierność, romantyzm. Są tu gorące wyznania miłosne, ale bez seksualnych ekscesów. Jest spokój i radość płynące z przeżywania codzienności. Panuje harmonia, współpraca, kompromis, strony doskonale się porozumiewają. Dzieje się tak, jeśli partnerzy dojrzale podejmą wyzwanie wibracji dwa, które mówi o nauce bycia razem, bycia blisko siebie. W takim związku ludzie realizują się bardziej prywatnie, ważniejsza dla nich będzie relacja, sprawy osobiste, intymne od na przykład zawodowych czy ambicjonalnych.

Ale jak to z "dwójką" bywa - na dwoje babka wróżyła. W tej wibracji może powstać związek pełen tarć, wewnętrznej niezgody i wyniszczających konfliktów. Ewentualnie - partnerzy będą popadać to w jeden, to w drugi biegun zgody i niezgody. Mogą walczyć o uczucia, ich okazywanie, bycie dla siebie ważnym.

Dwójka emocjonalnie szantażuje i mówi - zobacz jak ja się dla ciebie poświęciłam. To zdanie zwykle często się powtarza w związku o wibracji dwa. Wówczas trudno partnerowi zarzucić konkrety, wszystko jest płynne. Ludzie już nie wiedzą, o co mają do siebie pretensje, bowiem uczucia są trudne do zmierzenia, nie ma ich ustalonej skali. Pojawiają się wtedy między partnerami niedopowiedzenia, żale, fochy, kaprysy.

Dwójka może szkodliwie na ludzi wpływać w ten sposób, że rozwiązania problemów nie szukają w sobie, tylko w tej drugiej osobie. Może dojść do wzajemnego obwiniania. W bardziej nieprzyjemnych przypadkach - ludzie walczą ze sobą wet za wet, nie słuchają siebie wzajemnie. Każde może walczyć o swoją wygodę, mieć tendencje do tego żeby nie wysilać się, tylko punktować swoje „poświęcenie”. Może nawet dojść do przemocy, niewierności, chociaż na zewnątrz na wibracja pokazuje „porządną” rodzinę. A tak naprawdę partnerzy wzajemnie psychicznie się zamęczają.

Ta wibracja jest depresyjna i hamująca dla ludzi ambitnych, lubiących zmiany i ruchliwych. Mogą się w niej czuć jak w więzieniu.

  1. Psychologia

Jak opanować emocje i uratować związek przed rozpadem?

Związek najbardziej zatruwają negatywne cechy osobowości obojga partnerów. (fot. iStock)
Związek najbardziej zatruwają negatywne cechy osobowości obojga partnerów. (fot. iStock)
Jesteś może w związku, który na początku był doskonały, ale z czasem na jego powierzchni zaczęły pojawiać się rysy? Jeśli tak, to czytaj dalej – ten tekst przeznaczony jest właśnie dla osób, które nie kochają się już tak bardzo, jak wcześniej – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Wielu moich klientów znajduję obecnie w świecie korporacji, ale wcześniej sporo czasu poświęcałem pracy z parami. W tamtym właśnie okresie opracowałem podejście, które nazywam terapią ponownego połączenia, aby pomóc ludziom odzyskać wzajemną miłość i szacunek. Muszę przyznać, że sam byłem zaskoczony jej skutecznością.

Terapię ponownego połączenia opracowałem głównie dla rozwodników, którzy chcieli dać sobie drugą szansę, co wymaga od terapeuty dużego nakładu pracy. Jeżeli twój związek jest jednak dość silny, ale jest w nim znacznie więcej irracjonalności, niż uważasz za wskazane, przedstawiam także wersję do samodzielnej realizacji, która pomoże ci naprostować sytuację.

Skuteczność tej metody wynika stąd, że nie tylko zachęca was do traktowania się nawzajem lepiej, ale także motywuje, żebyście stali się lepszymi ludźmi.

Przede wszystkim zademonstruję, jak wykorzystywałem to podejście zawodowo, a następnie nauczę cię stosować wersję „amatorską”.

– Dzień dobry – powiedziałem do słuchawki. – Mówi doktor Goulston, dzwonił pan do mnie. W czym mogę pomóc?

– Nazywam się Jack. Moja żona Suzie i ja już od dłuższego czasu mamy trudności w naszym związku – zaczął Jack. – Byliśmy u kilku terapeutów, a w końcu zdecydowaliśmy się na separację. Wyprowadziłem się do wynajętego mieszkania. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że wcale nie chcę rozwodu, chciałbym spróbować jeszcze raz. Wiele osób mi mówiło, że może być pan w stanie nam pomóc. Suzie także zgodziła się wziąć udział w terapii.

Wyjaśniłem Jackowi, że moje podejście ma ściśle określoną strukturę, której przestrzegania wymagam bez żadnych odstępstw.

– Zanim zgodzę się z wami spotkać, muszę wiedzieć, że razem z Suzie zgadzacie się w stu procentach na to, jak będzie wyglądać pierwsze czterdzieści minut sesji – dodałem.

Jack i Suzie zgodzili się na moje warunki, zaplanowaliśmy więc sesję, podczas której dałem obojgu możliwość przedstawienia swoich zastrzeżeń wobec drugiej połówki. Z uznaniem przyznaję, że udało im się nie wpadać sobie w słowo – była to jedna z zasad, które ustaliłem. Zastosowali się także do mojej reguły, by wylewać z siebie frustrację przez część czasu, a przez resztę sugerować rozwiązania problemów.

Kiedy skończyli, spojrzeli na mnie pełni oczekiwania. W widoczny sposób zakładali, że nie mogę się doczekać omówienia ze szczegółami ich wzajemnych żalów.

I tu ich zaskoczyłem.

– Wszystko, co powiedzieliście do tej pory, od początku do końca, jest… nieistotne – oświadczyłem.

Od razu mogłem powiedzieć, że Jack i Suzie w końcu w jakiejś kwestii się zgodzili – oboje uważali, że mi odbiło.

Być może ty także tak uważasz. W końcu zacząłem od polecenia Jackowi i Suzie, by wymienili wszystkie problemy, które ich zdaniem ich rozdzielały – a potem skomentowałem, że obchodzą mnie one tyle, co zeszłoroczny śnieg. Mało kto oczekuje takiej odpowiedzi od psychiatry.

Ja jednak wiedziałem, co mówię. To nie ich czyny sprawiły, że związek stał się toksyczny, tylko ich osobowości.

– Powiem coś teraz i chciałbym, żebyście zdecydowali, czy się z tym zgadzacie, czy nie. Mogę zacząć? – popatrzyłem na nich uważnie.

– Yyyy, tak – odpowiedział Jack.

– Okej – dodała Suzie, która wydawała się jeszcze mniej przekonana do całego pomysłu.

Najpierw pokazałem im rysunek:

Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie

 

– Negatywne cechy osobowości w związku dzielą się na trzy kategorie, które przedstawiam jako trzy koncentryczne okręgi. Wewnętrzny okrąg to pamiętliwość. Uruchamia się ona, kiedy ktoś nas zdenerwuje lub sfrustruje. Każdy z nas ma tę cechę, miała ją nawet Matka Teresa. Jeżeli nie będziemy jej kontrolować, możemy stać się pamiętliwi w stu procentach. Właśnie tacy są ludzie zgorzkniali – są w stu procentach pamiętliwi. Znacie kogoś takiego?

Oboje skinęli głowami.

– Nie jest miło przebywać w ich towarzystwie, co?

Ponownie pokiwali głowami.

– Jeżeli pamiętliwość weźmie nad wami górę, przepływa do środkowego okręgu, który reprezentuje mściwość – kontynuowałem. – Kiedy tak się dzieje, koncentrujecie się na zemście na osobie, która, waszym zdaniem, was obraziła. Można to zrobić albo krzywdząc bezpośrednio tę osobę, albo siebie – na przykład pijąc na umór albo w niekontrolowany sposób wydając pieniądze. Jeżeli zaś żadne z was nie opanuje mściwości, wylewa się ona do zewnętrznego okręgu, czyli oziębienia. Na tym etapie patrzycie na siebie z wyrazem twarzy, który komunikuje: „Nie znam cię. Nie lubię cię. To koniec”. Czy rozumiecie, jakie ma to przełożenie na was związek? – zapytałem.

Potwierdzili z zamyślonym wyrazem twarzy. Przeszedłem więc do kolejnego etapu.

– Czy zgodzilibyście się ze mną, że w zasadzie każdy codziennie przeżywa różne denerwujące, rozczarowujące albo frustrujące doświadczenia?

Ponownie skinęli głowami.

– A czy zgodzilibyście się ze stwierdzeniem, że reakcje ludzi w  takich sytuacjach plasują się na skali? Na pozytywnym końcu są osoby, które nie lubią być w takiej sytuacji, ale przyjmą porażkę na klatę i nie dostaną z tego powodu szału, nie wyładowują się ani na innych, ani na sobie. Wykazują opanowanie pod presją. Podziwiamy je za to i chcemy być jak one. Prawda?

– Tak.

– Z kolei na negatywnym końcu skali są ludzie, którzy najmniejszą trudność czy przeszkodę traktują jak najgorszą katastrofę, wrzeszczą na innych lub bezlitośnie wyładowują się sami na sobie. To ludzie, których lubimy najmniej, nie chcemy przebywać w ich towarzystwie i nie chcemy być tacy jak oni. Dlaczego? Bo są dziecinni, a ich zachowanie wydaje się nam odpychające.

Pokiwali głowami.

– A oto, jak to się przekłada na wasz związek – zacząłem podsumowywać. – W kontekście waszej relacji zachowujecie się jak narkomani. Jesteście uzależnieni od reagowania na frustracje w sposób dziecinny i odpychający. Jesteście pamiętliwi. Mściwi. I właśnie dlatego doszło między wami do oziębienia, bo nie jesteście w stanie wytrzymać nawzajem swojego towarzystwa, więc się rozstaliście. Czy to w miarę jasne?

– Tak – odpowiedzieli.

Zrozumieli, na czym polega problem. Teraz musieli już tylko go rozwiązać – a ja wiedziałem, jak to zrobić.

– Od dziś chciałbym, żebyście byli dla siebie nawzajem sponsorami – powiedziałem.

Wyjaśniłem, że ich zadaniem na każdy dzień jest praca nad rozwojem odporności emocjonalnej i umiejętności radzenia sobie z irytacją, frustracją i rozczarowaniem bez wybuchania jak granat ręczny. Mieli ćwiczyć przyjmowanie przeciwności ze spokojem i dojrzalsze radzenie sobie z nimi. Przedstawiłem im strategie opanowania w obliczu trudności.

Potem przeszedłem do istoty tej metody.

– Chciałbym, żebyście zapisywali każdą sytuację, kiedy zatriumfujecie nad negatywnymi emocjami. Kiedy uda się wam nie wrzasnąć na jęczące podczas jazdy samochodem dzieciaki. Kiedy zachowacie spokój, gdy ktoś w pracy popełni głupi błąd, zamiast zmyć mu głowę. Albo kiedy będziecie bardzo cierpliwi w rozmowie z trudnym rodzicem. Na koniec każdego dnia podzielicie się tymi zwycięstwami ze sobą nawzajem. Dzielić się macie także porażkami – nie jesteście już dla siebie wrogami, tylko sponsorami.

Jack i Suzie zrobili, jak kazałem. Łatwo nie było, mieli lepsze i gorsze dni, ale w ciągu kolejnych paru miesięcy stało się coś niesamowitego – zamiast skarżyć się wzajemnie na swoje niedociągnięcia, zaczęli mi opowiadać, jak bardzo się nawzajem szanują. Zaczęli patrzeć na siebie z uśmiechem i dotykać się tak, jak dotykają się ludzie, którzy się kochają.

Rok później odnowili przysięgę małżeńską.

W początkowym okresie mojej pracy psychiatry wykorzystywałem to podejście w pracy z wieloma parami po rozwodzie lub w separacji, które chciały spróbować jeszcze raz. Oto, co stwierdziłem:

► Po 6 tygodniach wiele z nich stwierdziło, że ich związek jest lepszy niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 12 tygodniach wiele zauważyło, że są lepszymi ludźmi niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 18 tygodniach wiele z nich mówiło mi, że inni pytają, co takiego się zmieniło. W jednym przypadku moi podopieczni zachichotali i odpowiedzieli: „Postanowiliśmy dorosnąć”.

Dlaczego to podejście sprawdza się czasem tak dobrze? Ponieważ daje każdemu z partnerów cel, do którego można aspirować. Jeżeli ludzie podchodzą do związku jak do transakcji, skupiają się albo na tym, żeby ich było na wierzchu, albo na osiągnięciu kompromisu. W mojej metodzie jednak porzucają aspekt transakcyjny i stają się lepsi, niż którekolwiek z nich uważało za możliwe – stają się ludźmi, z których są dumni.

Co więcej, oboje pomagają sobie osiągnąć ten wyjątkowy cel. Dopingują się nawzajem. Klepią się po plecach i motywują, a w tym czasie, niezauważenie, zaczynają się na nowo kochać i szanować.

W związku, w którym dzieje się bardzo źle, cały proces może stanowić duże wyzwanie. Jeżeli więc twój związek przechodzi poważne problemy albo już jesteście rozwiedzeni bądź w separacji, powinniście zwrócić się o pomoc do profesjonalnego terapeuty. Jeżeli jednak darzycie się głęboką miłością, a wasza relacja jest zasadniczo silna, ale czujesz, że oboje osuwacie się w odmęty szaleństwa (albo już w nich tkwicie), możecie wykorzystać tę metodę samodzielnie. To uproszczone podejście nazywam zwykle żyli długo i szczęśliwie, bo to cel zupełnie możliwy do osiągnięcia, jeżeli tylko jesteś gotowy popracować, by go osiągnąć.

Kluczem do tej metody jest przyjęcie do wiadomości, że za problemy w związku odpowiedzialni jesteście oboje. Aby odnieść sukces, oboje musicie czuć skruchę za popełnione błędy, a nie tylko frustrację wobec siebie nawzajem. Jeżeli macie dzieci, musicie też przyjąć do wiadomości, że wasze złe zachowanie i egoizm szkodzą także im.

Jeżeli potrafisz się do tego przed sobą przyznać, a twój partner czy partnerka także jest w stanie przyjąć osobistą odpowiedzialność, to wypróbujcie moje podejście:

  1. Usiądź z partnerem i powiedz: „Chcę spróbować czegoś, co pozwoli jeszcze bardziej wzmocnić nasz związek. Myślę, że pomoże nam to wręcz stać się lepszymi ludźmi”.
  2. Opowiedz, w jaki sposób chcesz lepiej radzić sobie ze zdenerwowaniem, frustracją i rozczarowaniem tak, abyś nie stał się pamiętliwy lub mściwy i żeby wasza relacja nie oziębła.
  3. Zapytaj, czy twój partner jest skłonny być twoim sponsorem w tym procesie. Zapytaj także, czy możesz zostać jego sponsorem. Jeżeli się zgodzi, zobowiążcie się wobec siebie nawzajem, że będziecie starać się być lepszymi ludźmi.
Każdego dnia poświęćcie nieco czasu, by opowiedzieć sobie nawzajem o swoich triumfach i porażkach. W roli sponsora dawajcie sobie wsparcie moralne i chwalcie się za postępy.

Myślę, że zaskoczy cię, jak bardzo dojrzejesz na skutek tej metody, zarówno jako partner w związku, jak i jako człowiek. Założę się, że twoja druga połówka także dojrzeje. W głębi serca większość ludzi, którzy zachowują się niedojrzale, pragnie wznieść się ponad takie zachowanie i stać się lepszą wersją siebie. Dla chcącego nic trudnego.

A moja metoda na pewno nie jest trudna.

Przydatna wskazówka

Kiedy wraz z partnerem czy partnerką pomagacie sobie nawzajem stać się lepszą wersją siebie, przestajecie jednocześnie być gorszą wersją siebie.

Plan działania

  1. Wspólnie z partnerem przeanalizujcie swój związek. Czy wspieracie się nawzajem? Czy się szanujecie? Czy więcej czasu się razem śmiejecie, czy kłócicie? Czy cieszysz się na spotkanie z partnerem na koniec dnia, czy może coraz bardziej boisz się powrotu do domu? Jeżeli macie dzieci, jakich dobrych lub złych rzeczy uczą się z waszego związku?
  2. Jeżeli nie podobają ci się twoje odpowiedzi na te pytania, przyjmij odpowiedzialność za własne błędy w związku. Przyjmij też odpowiedzialność za ból, jaki sprawiły twojemu partnerowi i innym członkom rodziny.
  3. Zapytaj partnera, czy chciałby podjąć wspólnie z tobą wysiłek, abyście stali się bardziej racjonalnymi i lepszymi partnerami – a także ludźmi.

  1. Psychologia

Jak się kłócić w związku? Do czego potrzebne są nam kłótnie?

Kłótnie są ważne dla relacji. Trzeba tylko wiedziej, jak je przeprowadzać (fot. iStock)
Kłótnie są ważne dla relacji. Trzeba tylko wiedziej, jak je przeprowadzać (fot. iStock)
Pary często narzekają, że ciągle się kłócą. I że z tych kłótni nic dobrego nie wynika. „Gdybyśmy tylko mogli raz na zawsze skończyć z tymi konfliktami, to by było dobrze”. Ale czy na pewno?

Jak się kłócić, żeby wygrać?

Kłótnie i konflikty są ważne dla relacji, bo pokazują, że nam zależy, że jesteśmy zaangażowani, że chcemy zmian. Stanowią również cenne źródło informacji o nas i partnerze. Kłótnia, która jest „wygrana”, może naprawdę coś zmienić w związku.  Ale ważne jest to, jak rozumiemy słowo „wygrana”.

Długotrwałe związki opierają się na pewnej równowadze – zwycięstwo jednej strony staje się początkiem kolejnej „rozgrywki”, choć może na innym polu czy adresowanej mniej wprost. Wiele par tkwi w ten sposób w permanentnym konflikcie, nawet jeśli tematy kłótni wydają się zmieniać.

W tym sensie wygrana jednej ze stron konfliktu jest przegraną całej relacji. Jeśli rozwiązanie konfliktu ma przynieść więcej niż chwilową jednostronną satysfakcję, powinno odpowiadać na potrzeby obu stron, ale też związku jako całości. I chodzi tu zarówno o te potrzeby, które już znaliśmy, jak i te, które odkrywamy podczas kłótni. Jest to zatem okazja, żeby poszukać kierunku zmiany nie tylko dla siebie, ale i dla całej relacji.

Dobra kłótnia nie polega tylko na tłuczeniu talerzy

Pary, które unikają kłótni, zwykle wikłają się w konflikty zawoalowane i trudne do zaadresowania. Z drugiej strony samo ekspresyjne wyrażanie emocji może być zarówno niebezpieczne, jak i jałowe. Konstruktywne rozwiązanie konfliktu wymaga, żeby pozostać w kontakcie ze sobą i z drugą stroną. Oznacza to, że próbujemy rozumieć i siebie, i partnera/partnerkę.

Jeśli wiemy, co czujemy, to nie dajemy się ponieść emocjom bez opamiętania – widzimy drugą stronę, jej reakcje na nasze działania, dostrzegamy momenty, kiedy coś się zmienia w rozmowie i wnosi nową perspektywę. Dzięki temu dialog może się rozwijać, a nie wciąż zapętlać. W trakcie gorącej kłótni często obie osoby równocześnie czują się słabszą stroną. Niesie to ryzyko mocnych działań, które wykraczają poza ramy obrony. Jeśli zachowasz świadomość hierarchii rzeczy, które są dla ciebie ważne, będzie ci łatwiej brać odpowiedzialność za to, co w czasie kłótni mówisz i jak.

Jak i kiedy się kłócić?

Konflikty pojawiają się w każdej relacji. Są rzeczą normalną i zwykle nie odbywają się w idealnych warunkach. Ich długotrwałe powstrzymywanie, wyczekiwanie, łagodzenie do niczego nie prowadzi – konflikt i tak się rozgrywa, tyle że poza uwagą i świadomością pary. Warto pamiętać, że kłótnie mają charakter intymny – mówimy delikatne i trudne rzeczy o sobie i drugiej stronie – więc lepiej nie prowadzić ich przy świadkach.

Czego nie mówić w kłótni?

Szczerość pozwala budować głęboką relację. Nie znaczy to jednak, żeby podczas kłótni mówić wszystko, co nam przyjdzie do głowy. Jest szereg krzywdzących zachowań (poniżanie, porównywanie itp), mających długotrwałe konsekwencje, które nie ustają wraz z wyciszeniem konfliktu. Destrukcyjne jest też odnoszenie się do delikatnych tematów, które nie są związane z obszarem aktualnej kłótni. Kiedy jesteśmy z kimś blisko znamy jego/jej najbardziej bolesne miejsca i wykorzystywanie tego podczas kłótni bardzo obniża poczucie zaufania w relacji i wyrządza wam obojgu wiele krzywdy.

Czy powstrzymywać emocje czy nie?

Dobrze jest wiedzieć, co się czuje. Kiedy już to wiem, mogę decydować, w jaki sposób chcę to zakomunikować drugiej stronie. Im lepiej siebie znam, tym lepiej mogę tę wiedzę wykorzystać dla dobra związku. Warto poświęcić trochę czasu i uwagi, by zastanowić się, które emocje stanowią dla mnie szczególnie duże wyzwanie (lęk, złość, smutek, bezradność itp), i uczyć się tego, w jaki sposób je adresować podczas konfliktów.

Czy można planować kłótnie?

W przypadku tematów, które się powtarzają w kłótniach, można zaplanować rozmowę, stworzyć dla niej odpowiednie warunki i wyznaczyć jej ramy. Przygotowując się do niej, zastanów się, o co ci chodzi i o co może chodzić drugiej stronie? Jakie potrzeby za tym stoją? Pomocna jest też próba docenienia sytuacji: w jaki sposób rozwiązanie tego konfliktu może być rozwojowe dla waszej relacji? Co byłoby zwycięstwem dla was oboja i początkiem czegoś dobrego?

A jeśli naprawdę boisz się konfliktów...

Jeśli sama myśl o konfliktach wywołuje w tobie silne emocje, to warto zastanowić się, skąd bierze się taka postawa? Może nie chodzi o twój obecny związek, a wydarzenia z przeszłości. W takiej sytuacji warto najpierw zająć się sobą i swoją historią, aby wzmocnić siebie i uwierzyć, że konflikty - odpowiednio adresowane - mogą stanowić szansę na rozwój i bliskość dla obu stron.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par. 

  1. Seks

Zamiast się kłócić, przytul się

Spory w relacjach warto rozwiązywać w milczeniu i zamiast próbować tłumaczyć – zbliżyć się do siebie i pozwolić mówić swoim sercom. (Fot. iStock)
Spory w relacjach warto rozwiązywać w milczeniu i zamiast próbować tłumaczyć – zbliżyć się do siebie i pozwolić mówić swoim sercom. (Fot. iStock)
Podczas kłótni łatwo przekroczyć granicę i powiedzieć partnerowi słowa, których nie da się cofnąć. Psycholog i praktyk tantry Kuba Bania Izbicki proponuje, żeby spory w relacjach rozwiązywać… w milczeniu i zamiast próbować tłumaczyć – położyć się blisko siebie i pozwolić mówić swoim sercom.

Od kilkunastu lat razem z żoną praktykujecie tantrę. Jak to wpływa na wasz związek? Przede wszystkim tantra dodała naszemu związkowi soczystości. A poza tym zmusiła do konfrontacji z iluzorycznymi oczekiwaniami, które nosimy w sobie, a które potem wychodzą na światło dzienne w relacjach. Wcześniej próbowaliśmy wszystko załatwiać w obszarze umysłu, a mimo że teoretycznie byliśmy nieźle przygotowani do rozwiązywania kryzysów, bo żona skończyła studia z zarządzania kryzysem i jest mediatorem, ja zaś z wykształcenia jestem psychologiem – to coś nie grało. To był moment, gdy mieliśmy już poustawiane podstawowe sprawy, typu dzieci, dom, samochody, praca... – czyli to, przez co przechodzą wszystkie długoletnie związki. Używaliśmy narzędzi zachodnich, na przykład metody Porozumienie bez Przemocy, NLP i nie było otwartej walki czy cichych dni, ale tak często doświadczaliśmy z żoną nieskuteczności komunikacji na poziomie słów, że z frustracji zaczęliśmy szukać innych narzędzi. I wtedy, a było to właśnie kilkanaście lat temu, w naszym życiu pojawiła się tantra. Dzięki niej zrozumieliśmy, że możemy rozwiązywać problemy bezpośrednio z poziomu serca. Gdy wybraliśmy do tego ścieżkę non duality, to zaczęliśmy czuć swoją obecność. Aby ją pogłębić, stosowaliśmy odpowiednie ćwiczenia z pogłębionym, tantrycznym oddechem.

Na czym polega podejście non duality w kontekście relacji? Oznacza, że stanowisz kompletną całość – nie jesteś ani wybrakowany, ani uszkodzony, ucieleśniasz energię żeńską i męską. Zatem nie potrzebujesz partnerki czy partnera, żeby się uzupełniać, tylko oboje stanowicie pełnię (choć być może dopiero odkrywaną) i wchodzicie w relację z miejsca tej pełni, żeby ją wzajemnie odkrywać, pogłębiać, obdarzać się nią i cieszyć.

To nie ma nic wspólnego z mitem drugiej połówki jabłka. W naszym świecie dominuje popkulturowe podejście do miłości i relacji, jesteśmy karmieni cały czas informacjami w stylu: „jesteś niepełny, wybrakowany, potrzebujesz drugiej połowy, by znaleźć pełnię”. Za tą filozofią dwóch połówek jabłka, które mają się znaleźć i dopasować, stoi mnóstwo oczekiwań, więc gdy sobie z czymś nie radzimy, to chcemy, żeby partner nas uszczęśliwił. Po części szukamy w nim rodzica przeciwnej płci, oczekując, że to on zaopiekuje się tym niedojrzałym, skrzywdzonym Wewnętrznym Dzieckiem, z którym sami sobie nie radzimy, a często tkwimy w tak głębokim wyparciu, że nawet nie chcemy go w sobie dostrzec i uznać. Tak było również u nas, jednak stopniowo budziliśmy się z tego nieuświadomionego oczekiwania, które można wyrazić w słowach: „bądź dla mnie czułą mamusią” i „bądź dla mnie troskliwym tatusiem”.

Na dłuższą metę to się nie może udać, bo partner zostanie kompletnie wydrenowany z energii, a my pozostaniemy w deficycie, więc w końcu musi się pojawić komunikat: „Kochanie, jestem przy tobie jako partner czy partnerka, ale nie potrafię być przy tobie jako rodzic twojego Wewnętrznego Dziecka – to musisz już załatwić sama czy sam”.

I tantra pomaga się z tym uporać? W tantrze, patrząc na relację, zaczynamy od tego, co się dzieje w nas w środku. Na przykład ja wszedłem w relację z pozycji macho i gdy zacząłem podążać ścieżką tantry, uświadomiłem sobie, że moja wewnętrzna kobiecość jest zniszczona. Zacząłem poszukiwać sposobu, jak ją w sobie odrodzić. Druga ważna pod kątem związków kwestia to energia – w tantrze istnienie warstwy energetycznej jest tak samo oczywiste jak to, że mamy ciało fizyczne. Brak tej świadomości ujawnia się podczas kryzysów i kłótni, bo energia powinna iść w tym samym kierunku, co słowa, a tak się nie dzieje.

Czy możesz podać przykład? Wyobraźmy sobie, że deklaruję partnerce, że chcę wejść głębiej w relację, ale jednocześnie energetycznie przekazuję, że się tego boję. Kobiety mają lepszy kontakt ze swoim ciałem, więc dobrze to odczytują. W takiej sytuacji ludzie nieznający tantrycznych narzędzi będą używać jeszcze więcej słów, co tylko przynosi rezultaty odwrotne do oczekiwań, bo po jednej i drugiej stronie włącza się gadzi mózg i reaktywuje się program „walcz albo uciekaj”. Im głębiej z żoną wchodziliśmy w tantrę, tym bardziej uświadamialiśmy sobie, że wiele słów nie ma sensu, bo to zamyka serca. Wtedy trzeba wcisnąć pauzę.

Czyli co dokładnie zrobić? My mówimy: „Kochanie, proszę, zwolnijmy”. I zatrzymujemy rozmowę na dłuższą chwilę lub zaczynamy mówić o połowę wolniej, jednocześnie nadal pozostając w relacji na innych poziomach: wzrokowym, fizycznym, energetycznym. Następnie, używając tantrycznych narzędzi, na przykład pogłębiamy oddech, przywracamy obecność i kontakt ze swoim ciałem oraz otwieramy serce, które chciało się zamknąć. Świadomie spowalniamy interakcję i ograniczamy słowa, przesuwając akcent z ich ilości na ich jakość i źródło, z którego wychodzą. Chodzi o to, by świadomie tworzyć większą przestrzeń obecności, dzięki której na bieżąco „trawimy” doświadczenie trudnych emocji, jakie wywołują słowa partnera. Ważne jest, by nie przekroczyć granicy, za którą rusza lawina słów, emocji i bezprzytomnych mechanizmów obronnych.

Zatem w jaki sposób rozwiązujecie konflikt, jeśli nie w trakcie rozmowy? Przecież przemilczenie nie jest niczym dobrym. Rozwiązujemy konflikt z poziomu energetycznego – kładziemy się razem, by się zbliżyć i zharmonizować energetycznie. Wykonanie takiego ćwiczenia, gdy jesteśmy na siebie wściekli, nie jest łatwe, bo wymaga sporej intymności i zaufania, ale to znacznie lepszy pomysł niż dalsze ranienie siebie słowami. A rozwiązanie problemu dokonane na poziomie energetycznym zapewnia wielokrotnie lepszy efekt niż w wyniku rozmowy.

Jak jeszcze stosowanie narzędzi tantrycznych wpłynęło na wasze życie? Kiedyś byliśmy „zaciśnięci” w swoich ciałach. Stres kumulował się w napięciu fizycznym i psychicznym. Stopniowo tantra spowodowała, że poczuliśmy pragnienie większej bliskości w relacji, ale jednocześnie pojawiał się lęk przed… pogłębieniem tej bliskości. Po 27 latach w związku odkrywamy, że dzięki bliskiej relacji, najtrafniej – a jednocześnie często również najboleśniej – wskazujemy sobie wzajemnie te „zaciśnięte”, niedojrzałe części naszej psyche, których każde z nas bardzo nie chce w sobie zobaczyć. Jednak zamiast obrażać się na to, co nam to partnerskie lustro pokazuje, możemy przyjmować za to odpowiedzialność, by wspólnie wzrastać do jeszcze większej pełni.

Materiał zrealizowano podczas Międzynarodowego Festiwalu Tantry, Świadomości, Obecności i Relacji dla singli i par w Ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie k. Olsztyna.

Kuba Bania Izbicki, psycholog, praktyk i nauczyciel tantry, od ponad 20 lat prowadzi warsztaty rozwoju ciała, umysłu i ducha.

  1. Psychologia

Nie walka, a rozmowa, czyli jak się dobrze spierać i mądrze godzić w związku

Ludzie kłócą się, gdy nie są spełniane ich potrzeby albo nie ma w ich związku komunikacji. Kłótnia to często wyzwolenie komunikacji i emocji, jedyny wentyl bezpieczeństwa, aby znowu być blisko. (Fot. iStock)
Ludzie kłócą się, gdy nie są spełniane ich potrzeby albo nie ma w ich związku komunikacji. Kłótnia to często wyzwolenie komunikacji i emocji, jedyny wentyl bezpieczeństwa, aby znowu być blisko. (Fot. iStock)
Zdarza się, że tylko dzięki kłótni jesteśmy w stanie otwarcie o czymś sobie powiedzieć – mówi psychoterapeutka par Marlena Ewa Kazoń. Bywa też, że zamiast oczyścić atmosferę, awantura tylko utrwala niezgodę między partnerami. Jak zatem dobrze się spierać, ale i mądrze godzić?

Jaką funkcję pełni kłótnia w naszych miłosnych związkach? Jest pragnieniem kontaktu i nadzieją na lepsze, ku zmianom i bliskości. Jednak tak dzieje się tylko wtedy, gdy w kłótni chodzi o relację, a nie rację. Gdy jesteśmy nastawieni na dialog z drugą osobą i naprawdę chcemy się dogadać.

Jak kłócić się, by nie przekroczyć granicy, za którą kończy się miłość? Kłócić się dobrze, czyli z szacunkiem do drugiej osoby, to znaczy być w tej kłótni opanowanym. Ale też mieć w sobie odwagę, by mówić o swoich emocjach wprost. Najpierw sobie, a potem partnerowi. „Nie mogę jej tego powiedzieć, bo przestanie mnie kochać”, „Nie powiem o tym, bo to pogorszy sprawę”. To myślenie z pozycji lęku, w którym siedzi mnóstwo cierpienia, niezrozumienia i braku akceptacji. Zasada jest taka, że jeśli partnerowi, z którym żyjemy, coś nie odpowiada, zawsze na to reagujemy.

Jednak czasami nie chcemy, nie potrafimy lub nie możemy zmienić naszego zachowania. Jeśli partnerowi nie odpowiada coś, co jest naszym fundamentalnym „ja”, jak: nieuważność, bałaganiarstwo, odmienny styl życia – to powinien nas zaakceptować, a nie próbować na siłę zmieniać. Zawsze może też odejść. Myślę, że na tego typu konflikty w związku najczęściej mocno wpływa zaburzenie ról. To jednak nie dzieje się na świadomym poziomie. Rola to nasze głębokie, choć błędne przekonanie, że właśnie w ten sposób należy funkcjonować w związku. Spontanicznie i nieświadomie odtwarzamy zapisane w głowie, utrwalone schematy rodzinne. Wszyscy nosimy w sobie pewne treści, które ciągle nami rządzą. Kobiety uzdrowicielki i ratowani mężczyźni to najczęstsze zaburzenie ról, które obserwuję w swoim gabinecie. Dlatego niezwykle ważna jest świadomość, w czym tkwimy i w jaki typ relacji najczęściej wchodzimy. To jest nasze „emocjonalne DNA”, czyli model bycia w relacji. Gdy uświadomimy sobie, że partner to nie jest nasz ojciec i przykładowo nie musimy się go bać, a partnerka nie jest naszą matką i nie trzeba trzymać jej na dystans – wtedy stajemy się świadomi rzeczy, które przenosimy ze związku rodziców, możemy uwolnić się od tych wzorców.

Z jakich powodów pary najczęściej się kłócą? Ludzie kłócą się, gdy nie są spełniane ich potrzeby albo nie ma w ich związku komunikacji, tak że druga strona nieustannie musi domyślać się, o co chodzi. Bardzo często mam takich pacjentów – ona i on, wieloletni staż w związku, więź, bliskość, a jednak gdy pojawiają się choroby, kłopoty z dziećmi czy rodzicami, to on zajmuje się sobą, a ona sobą. Problemy ich rozdzielają, zamykają się na siebie. Kłótnia to często dla takich par wyzwolenie komunikacji i emocji, jedyny wentyl bezpieczeństwa, aby znowu być blisko. Przynajmniej na jakiś czas, do kolejnego trudnego wydarzenia. Czasem jednak zdarza się tak, że partnerzy kłócąc się, zaczynają walczyć i niszczyć siebie nawzajem. W ten sposób rodzi się związek dysproporcjonalny, w którym jedna strona dominuje, a druga jest zależna. W takiej relacji bardzo łatwo o zaburzenia więzi, a to prowadzi do kryzysów w związku.

Kłócąc się, stajemy się coraz mniej partnerskim związkiem czy właśnie dążymy do tego partnerstwa? Jak mówiłam, w kłótni wchodzimy w różne role, często powielając styl kłótni naszych rodziców – ktoś dominuje, ktoś inny jest uległy. Kiedy nie akceptujemy partnera takim, jaki jest, prosimy go o zmianę. A na nieświadomym poziomie atakujemy go energetycznie, co jest bardzo niebezpieczne, ponieważ ta energia wraca do nas w postaci awantur, przemocy słownej czy fizycznej. Atakowany partner odczuwa zagrożenie, dlatego ucieka z domu, unika rozmów, bliskości czy seksu. Pracując z klientami, zwracam na to uwagę, ponieważ bez akceptacji siebie samych i partnera nasz związek nie ma szans się udać. Zgoda, za którą idzie akceptacja, nie oznacza jednak, że mamy sobie pozwolić na poniżanie, przemoc czy brak szacunku. To pozwala nam po prostu wyjść z pewnych iluzji i podjąć świadomą decyzję o przemianie, ale nas samych. Partner to lustro, w którym odbija się nasze wnętrze. Jeśli jest coś, czego bardzo mocno nie akceptujemy, to powinniśmy najpierw przyjrzeć się sobie. Może gdzieś w głębi duszy nie akceptujemy siebie samych?

Dlaczego jedni z nas kłócą się nieustannie, inni wolą zamknąć się w sobie i nie mówią o problemie, a jeszcze inni po prostu się dogadują? Nie znam pary, która się nie kłóci. Tak bywa tylko wtedy, gdy ludzie nie dążą do rozwoju i zmiany w związku, akceptując w nim wszystko. Milczenie nie jest wtedy złotem, lecz tłumieniem siebie. Wzmacnia utrzymywanie relacji w stagnacji, a relacja musi żyć. Trzeba mieć odwagę wyrażać siebie, zawsze i wszędzie, przede wszystkim w związku.

Tyle że to wyrażanie siebie i mówienie prawdy często prowadzi do kłótni, a one wysysają z nas energię. Bo ile można? W serialu „After life” przyjaciółka głównego bohatera zwraca uwagę: „Nie mówiłeś swojej żonie, że nie smakuje ci obiad, bo bardzo ją kochałeś”. Może jednak czasem warto przemilczeć pewne sprawy i nie pokazywać siebie. To od nas zależy, czy wejdziemy w jakąś rolę, czy zdecydujemy się być sobą. W długofalowym związku warto jednak żyć w autentyczności, nawet jeśli nie jest przyjemna. I nawet jeśli to prowadzi do kłótni. Czy warto przemilczeć pewne sprawy w związku? Wiesz, mam takich pacjentów, którzy muszą zachować pewne tajemnice, żeby mieć poczucie wolności. Często zastanawiam się wtedy: po co? Może chodzi im o poczucie niezależności? Najczęściej taką potrzebę zgłaszają pacjenci, którzy mają kontrolujących partnerów, a wcześniej rodziców. Oni muszą mieć swój świat, żeby czuli, że żyją. Ich partner często czuje się nieważny i niepoważnie traktowany.

Co zrobić, jeśli powiedzieliśmy sobie zbyt wiele raniących słów? Powiedzieć szczerze: „Przepraszam, zagalopowałam się, przekroczyłam granicę”. I zrobić to jak najszybciej, nie zasypiać z negatywnymi emocjami. To ważne słowa budzące ponownie zaufanie i otwierające przestrzeń, która jest niezbędna do tego, żeby kłótnia nas zbudowała.

Ale jak zwalczyć w sobie ten wewnętrzny hamulec: niech on pierwszy przeprosi? Ten hamulec jest właśnie potrzebą władzy i dominacji w związku. Warto zapytać wtedy siebie o to, czy nie chcemy znowu czuć się ofiarą, bo zawsze się tak czujemy, gdy pierwsi przepraszamy? Może nie czujemy naszej odpowiedzialności w tym działaniu i tak naprawdę nie mamy potrzeby przepraszania? A może w domu rodzinnym musieliśmy za wszystko przepraszać? W partnerskim związku mówimy „przepraszam” wtedy, gdy czujemy się odpowiedzialni.

Tymczasem często mamy tendencję do związkowego ping-ponga: „a ty powiedziałaś to”, „a ty nie wyniosłeś śmieci"... To nic innego jak walka o to, aby nie być przegranym i nie zostać w roli ofiary. Czyli nie pozwolić się pokonać. Zawsze trzeba w kłótni widzieć drugiego człowieka. To ktoś, kogo wybraliśmy do wspólnego życia. To nie jest konkurent w wyścigu. Związek jest raczej biegiem na długi dystans, maratonem. Trzeba nauczyć się w nim biec obok siebie, tylko tak tworzy się bliskość.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Dajmy taki przykład: mąż mówi mi, że robi więcej dla naszego związku niż ja i że ciągle czuje nierównowagę. Rozumiem to i dostrzegam, jednak nic się nie zmienia. Najczęściej nasza sprawczość werbalna jest na wysokim poziomie, czyli „wiem, rozumiem, następnym razem tak zrobię”. Ale sprawczość w działaniu pozostaje lękowa. Dlatego pomagam moim pacjentom, żeby zobaczyli siebie w lustrze. Pokazuję im ich samych z pozycji siebie dorosłego, siebie dziecka i siebie rodzica, tak jak w analizie transakcyjnej Erica Berne‘a. To oznacza, że widzę siebie i partnera w trzech odsłonach osobowości: wewnętrznego Dorosłego, Dziecka i Rodzica. Jeśli twój mąż mówi ci, że robi więcej w waszym związku, to jak się z tym czujesz? Jak się czuje dorosła część twojej osobowości? „Tak nie jest, to nieprawda, ja robię te rzeczy, a on inne”. Racjonalnie pokazujesz to mężowi i on wtedy to zauważa. A jak się czuje dziecięca część twojej osobowości? „Jestem obrażona, zła, nie będę się do niego odzywać”. No i jak czuje się sprawcza część osobowości, czyli bycie rodzicem dla siebie? „Zrobiłam listę, kto ile robi i zaczęłam z nim o tym dyskutować i pokazywać, kto ma rację, a kto jej nie ma”. Z którą częścią czujesz się najbezpieczniej? A która pomoże ci zbudować bliższą więź z mężem?

Chyba nie do końca rozumiem, czym się różni w tym przykładzie Dorosły od Rodzica? Wielu moich pacjentów nie rozumie różnicy pomiędzy tymi dwiema wewnętrznymi postawami. To zwykle jest diagnostyczne i znaczy, że często wchodzimy w te role jednocześnie. W części dorosłej mamy strukturę działania wygrany–wygrany. Widzimy obowiązki nasze i cudze. Dostrzegamy w lustrze zarówno siebie, jak i partnera, co pomaga nam w budowaniu empatycznej więzi. W części rodzica mamy strukturę działania wygrany–przegrany. Wtedy kłócimy się dalej o to samo i nic się nie zmienia.

Jaka jest najlepsza dla związku reakcja na atak, który nas zabolał lub obraził? Atak partnera nie może uruchomić procesu „oko za oko”. Przemoc możemy zatrzymać, mówiąc o sobie i swoich uczuciach. To w empatycznym związku powinno rozpoczynać dialog i zdążanie w stronę bycia razem, a nie ku przemocy i złości. I nawet jeśli większość naszych związków nie jest empatyczna, to jednak kłótnie nas zbliżają. Dlatego, że wychodzimy ze swoich dziecięcych mechanizmów obronnych: odrzucenia czy obrażania się. Ważne jest to, co robimy po kłótni. Czy zamykamy się w sobie i mówimy: „znowu mnie skrzywdził, jestem zła, zemszczę się na nim”. Na tym dialogu czy wewnętrznym monologu, nic nie zbudujemy – bądźmy tego świadomi.

Jak się zatem mądrze godzić? W pogodzeniu zawiera się element odpuszczenia winy, a nie zawsze mamy na to ochotę. Odpuszczenie winy powinno być równoznaczne z zakończeniem psychicznej agresji wobec siebie. To podstawowy warunek wejścia na inny poziom związku, prawdziwej bliskości. Dlatego ważne, żeby po każdej kłótni przytulić się do siebie. To, jaki rodzaj godzenia wybierzemy, nie jest istotne, ważne, żeby to zrobić jak najszybciej. Zdarza się, że tylko dzięki kłótni ludzie są w stanie otwarcie o czymś powiedzieć drugiej osobie. Najczęściej wygląda to tak: on milczy, ona go prowokuje, on jeszcze mocniej zamyka się w sobie, zatem ona atakuje znowu, aż w końcu on mówi „dosyć”, a ona czuje, że żyje, bo nareszcie ma z nim kontakt... Do rozstania dochodzi, gdy kłótnia nie spełnia już swojej roli, czyli poprawy komunikacji w związku.

A co jeśli partner w odpowiedzi na nasze „przepraszam” mówi: „Tak tylko mówisz, a i tak się nie zmienisz, ty nic nie rozumiesz”. Co, jeśli druga strona nie wierzy w to, że szczerze przepraszamy? To znaczy, że dalej walczymy o to, aby nasz partner miał takie samo zdanie jak my. To nadal jest walka o władzę w związku. Dobra kłótnia zawsze prowadzi do pogodzenia się. W słowie „przepraszam" zawiera się: „Skrzywdziłam cię i już tak nie będę, ponieważ jesteś dla mnie ważny i bliski”. Walka o władzę jest tak naprawdę podszyta lękiem przed dominacją, tymczasem w dojrzałym związku raz my dominujemy, raz nasz partner – i to jest normalne. Niektórzy mają jednak silną potrzebę stawiania na swoim, ponieważ byli zdominowani w przeszłości przez rodziców. W związku nie musimy podporządkowywać się partnerce czy partnerowi. Nie musimy też się z nimi zgadzać. Jednak powinniśmy przede wszystkim siebie nawzajem wysłuchać.

Marlena Ewa Kazoń, psychoterapeutka par i małżeństw, terapeutka rodzinna. W swojej pracy integruje metody i techniki różnych szkół terapeutycznych, dobierając je pod względem specyfiki problemów pacjenta oraz jego potrzeb i możliwości.