1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Psychologia konfliktu – jak sprawić, by obie strony wygrały spór?

Psychologia konfliktu – jak sprawić, by obie strony wygrały spór?

Podłoża konfliktów wszędzie są te same. Można wyróżnić dwa główne. Pierwsze to potrzeba zwycięstwa i otrzymania tego, czego się chce. Drugie to potrzeba dowiedzenia komuś, że ma się rację. (fot. iStock)
Podłoża konfliktów wszędzie są te same. Można wyróżnić dwa główne. Pierwsze to potrzeba zwycięstwa i otrzymania tego, czego się chce. Drugie to potrzeba dowiedzenia komuś, że ma się rację. (fot. iStock)
Gdyby buntownicy z Majdanu i Putin znali zasady transformującej komunikacji, na Ukrainie nie doszłoby do przemocy. Podczas gdy w polityce, biznesie i we własnych domach wciąż jeszcze na różne sposoby do siebie strzelamy, powstają coraz doskonalsze strategie rozwiązywania konfliktów. Dzięki nim być może już za sto lat światu przestaną przydarzać się wojny, a małżeństwom kłótnie z rzucaniem porcelaną – mówi trener z Nowej Zelandii dr Richard Bolstad.

Podczas gdy w polityce, biznesie i we własnych domach wciąż jeszcze na różne sposoby do siebie strzelamy, powstają coraz doskonalsze strategie rozwiązywania konfliktów. Dzięki nim być może już za sto lat światu przestaną przydarzać się wojny, a małżeństwom kłótnie z rzucaniem porcelaną – mówi trener z Nowej Zelandii dr Richard Bolstad.

Uchodzisz za najskuteczniejszego na świecie instruktora wychodzenia z konfliktów. Pracowałeś w Sarajewie, a z twoich podręczników korzystali nie tylko działacze pokojowi w Czeczenii. Tysiące biznesmenów, ale i tysiące skłóconych par wyszło dzięki tobie na prostą. Jak to robisz? Stworzyłem model komunikacji pozwalający rozwiązywać spory tak, by obie strony były szczęśliwe. Ponad 20 lat temu napisałem o tym książkę, a dziś uczę swojej metody na wszystkich kontynentach. Wierzę, że gdybyśmy umieli się nią posługiwać, żylibyśmy w całkiem innym świecie.

W czym tkwi tajemnica metody? To zbiór zasad mówiących, jak się zachować i rozmawiać w sytuacji konfliktu niezależnie od jego skali. Jak skutecznie przerwać spiralę agresji i znaleźć satysfakcjonujące dla obu stron, trwałe wyjście ze sporu. Siłą tych instrukcji jest to, że nie opierają się na żadnej eksperymentalnej teorii czy filozofii, która mogłaby zadziałać bądź nie. Są za to wykreowane w oparciu o twarde wyniki wielu badań psychologicznych przeprowadzonych na związkach międzyludzkich, w tym głównie na parach.

To możliwe znaleźć lek o przyspieszonym działaniu, którym można uzdrowić zarówno konflikt w rodzinie, w pracy, jak i na arenie międzynarodowej? Tak. Bo podłoża konfliktów wszędzie są te same. Można wyróżnić dwa główne. Pierwsze to potrzeba zwycięstwa i otrzymania tego, czego się chce. Drugie to potrzeba dowiedzenia komuś, że ma się rację. Większość ludzi w trakcie zażartego sporu ma naturalną tendencję do dowodzenia słuszności swoich opinii. Czasem dążymy do tego kosztem innych i siebie, nie bacząc na to, jak wiele tracimy. Pierwszym krokiem, żeby sobie z takim konfliktem poradzić, jest przełączenie się z myślenia o racjach na myślenie o potrzebach. Bo nieważne, kto ma słuszność, ale kto czego pragnie i co chce osiągnąć.

A gdzie można znaleźć przełącznik? We własnej głowie. Na początek warto usłyszeć i uznać to, co mówi druga strona. I nie chodzi o to, by się z nią zgodzić. Raczej, by uświadomić sobie, czego potrzebuję ja, a czego przeciwnik w sporze. Warto artykułować potrzeby bez obrażania drugiej strony. Posłużę się przykładem ze świata. Przypominam sobie konflikt w Irlandii Północnej. Irlandczycy uskarżali się, że nazywa się ich mordercami. Świat nie chciał wtedy usłyszeć, jak bardzo ich to boli, a od tego należało zacząć zażegnywanie tamtego konfliktu. Dziś Rosja wysyła pod adresem Ukrainy wyzwiska: „faszyści, antysemici, ekstremiści”. To w niczym nie pomoże. Podobnie jak podczas domowych kłótni. Gdy mąż z żoną zaczynają rzucać w siebie przedmiotami, warto, by przerwali na chwilę, zrobili krok do tyłu i zapytali siebie: „Czego właściwie chcesz od życia w tej chwili? Co chciałbyś dokładnie osiągnąć? Czego całym sercem pragniesz?”.

Mało kogo stać na taki krok, kiedy już zawrzało… Warto się na niego zdobyć, bo z badań wiemy, że to, co wyartykułujesz w pierwszej fazie sporu, a czasem nawet już w pierwszym jego zdaniu, zdeterminuje wynik konfliktu. Reguła ta sprawdza się w 92 procentach.

On wścieka się na nią, że jest rozrzutna. Ona na niego, że ma węża w kieszeni. „Czego właściwie chcesz od życia w tej chwili?” „Żebyś przestała tyle wydawać”. „A ty czego całym sercem pragniesz?” „Żebyś przestał być taki skąpy”. I... I konflikt wartości gotowy. Trzeba nauczyć się odróżniać go od konfliktu potrzeb. Gdy on i ona mają różne potrzeby, wystarczy znaleźć takie rozwiązanie, dzięki któremu obie strony spełnią pragnienia. Ale ze sporem, w którym mamy do czynienia z dwoma systemami wartości, już nie jest tak łatwo. Wzajemne przekonywanie, że to właśnie oszczędność czy wręcz przeciwnie – spontaniczność w wydawaniu na przyjemności jest lepsza, to ślepa uliczka.

Ale to właśnie konflikty wartości są przyczyną tysięcy rozwodów. Jak je przekraczać? Po pierwsze, nie warto zaczynać rozmowy od roztrząsania różnic w wartościach. Znów zwracam uwagę na to, żeby spór pozytywnie zacząć. Bo jak go zaczniemy, tak zakończymy. Najpierw trzeba skupić się na tym, jakie wartości mamy wspólne czy podobne. Powiedzieć sobie o nich. „Wprawdzie z innym temperamentem wydajemy pieniądze, ale oboje cenimy zdrowe jedzenie i na nie oboje lubimy wydać”. Albo: „Wartością, która nas łączy, jest miłość do nowych technologii… natury… do zwierząt”. Dopiero gdy zbudujemy atmosferę wspólnoty, czas na kolejny krok. Uświadomienie sobie, jakie różnice w naszych systemach wartości są zarzewiem powtarzających się w naszym związku konfliktów. I… uznajmy wzajemnie nasze wartości.

Co to właściwie znaczy uznać? Ano właśnie. Po czym poznać, czy druga strona rzeczywiście przyswoiła fakt, że lojalność, wierność czy porządek są dla mnie istotne? Nie wystarczy, żeby ktoś przyjął te wartości do wiadomości. Żeby otworzyć się na prawdziwą zgodę, musi nam zademonstrować ich uznanie.

W jaki sposób? Wyobraźmy sobie parę zakochanych. Ona buddystka i on katolik. Katolik nie akceptuje do końca praktyk swojej wybranki, która jednak pragnie, by jej duchowa ścieżka była przez mężczyznę zaaprobowana. Co robi? Zamiast zaogniać sytuację, świeci przykładem, demonstrując swoją akceptację wobec jego religii. Jak? Czyta Pismo Święte albo co jakiś czas wybiera się z nim do kościoła. Pokazuje ukochanemu, że to OK mieć różne wyznania. I że jest otwarta na zgłębianie jego religii, mimo że wciąż praktykuje swoją. To właśnie przykład przejawiania wartości w działaniu. Prawie pewne, że on odpowie narzeczonej tym samym – akceptacją. Podsumowując, jeśli chciałbyś, by druga osoba przyjęła twoje wartości, musisz być jej modelem. Zrobić w jej kierunku to, czego sam od niej oczekujesz.

Podobno obserwując parę, potrafisz przewidzieć, jak długo przetrwa? Nie tylko ja to potrafię. Badania słynnego psychologa prof. Johna Gottmana z Uniwersytetu Stanowego Washington pokazały, że wystarczy posłuchać przez pięć minut, jak ona i on rozmawiają ze sobą, by z 96-procentową pewnością stwierdzić, czy przeżyją razem następne 12 lat i z 80-procentową dokładnością przewidzieć rok rozstania.

Nie wierzę. To wróżenie z fusów… Przeciwnie. Całkiem wiarygodna diagnoza trwałości pożycia. Możemy jej dokonać przez obserwację poziomu werbalnej i niewerbalnej synchronizacji dwójki partnerów. Werbalna to niekontrolowane upodabnianie tonu głosu i szybkości mówienia do tonu głosu i tempa wypowiedzi osoby, z którą rozmawiasz. Z kolei niewerbalna to nieświadome przyjmowanie takiej samej pozycji ciała co partner w dyskusji. Jeśli przyjrzeć się dokładniej np. małżeństwu o dobrym rokowaniu, możemy zauważyć zrównane oddechy, a gdyby podłączyć ją i jego pod aparaturę, ich fale mózgowe miałyby podobną częstotliwość. Im bardziej zsynchronizowani są partnerzy, tym dłuższe wspólne życie przed nimi. To jedna z zasad transformującej komunikacji, tzw. idea raportu.

Czego przejawem jest synchronizacja? Czego właściwie dowodzi? To jest podświadoma próba zrozumienia, jak czuje się druga osoba. Żeby obniżyć poziom napięcia sporu, możemy stosować synchronizację, świadomie dopasowując się do przeciwnika w dyskusji. Jeśli mówimy w różnym tempie i z różnym natężeniem głosu, znaczy, że żadna ze stron nie czuje się uznana i rozumiana przez drugą. A ludzie nie mają ochoty pozostawać w relacji, w której nie czują się uznani.

Rozumiem, że gdy już wybuchnie kłótnia, na synchronizację za późno? Stan umysłu uczestników sporu jest ważny. Z badań wiemy, że jeżeli puls człowieka przekracza 95 uderzeń na minutę, nie ma szans na pojednanie. Bo jest pod wpływem zbyt dużego stresu. Istnieją techniki obniżania adrenaliny podczas dyskusji. Można w ciągu minuty zrelaksować się, zmniejszając częstość uderzeń serca. Ale wcześniej trzeba to wytrenować. Nauka obejmuje m.in. fizyczny trening, np. oddechowy. Z drugiej strony – doświadczenie podczas ćwiczeń takiego konfliktu, który kończy się porozumieniem, staje się matrycą pod nasze kolejne zachowania w podobnych sytuacjach.

Ale konflikt to nie zawsze kłótnia na noże angażująca równie mocno obie strony. W bliskich relacjach zdarzają się konflikty w jakimś sensie jednostronne – jedna osoba jest niezadowolona, a drugiej jakby to nie obchodziło… Dużym błędem popełnianym w związku jest wychodzenie z założenia, że jeśli mi jest dobrze, a jemu źle, to nie jest to mój problem. Niech druga strona coś ze sobą w końcu zrobi… Pójdzie na terapię, ogarnie się… Ale tak naprawdę to również nasza sprawa. Przecież to, co zrobi nieusatysfakcjonowany partner, wpłynie na relację i nasze samopoczucie. Jeśli jakaś osoba zgłasza kłopot, warto dać jej przestrzeń do tego, by zaistniała z nim w naszej obecności. Dać jej poczucie, że przyjmujemy to, o czym mówi. Nie odwracamy się od tego. Taka postawa w perspektywie buduje zgodę. Warto pomóc partnerowi znaleźć takie rozwiązanie, które dla niego będzie satysfakcjonujące, co nie znaczy, że mamy powiedzieć mu, co ma zrobić.

Mówiłeś już, jak przekroczyć konflikt wartości, nie powiedziałeś wiele o drodze wyjścia z konfliktu potrzeb… On potrzebuje dziś wieczorem samochodu i ona też. Dokładnie o tej samej porze. Mają jedno auto. Co jest rozwiązaniem?

Kompromis? W żadnym wypadku! W potocznym myśleniu kompromis to złoty środek dla zwaśnionych stron. Tymczasem nie jest wcale najlepszy. Często sprawia, że dwie osoby nie są do końca usatysfakcjonowane, a nawet bywają rozdrażnione. Bo coś tracą. Kompromis zakłada poświęcenie jakiejś części swoich potrzeb w imię bycia razem. Uważam, że to paskudnie unieszczęśliwia. Wróćmy do rodziny, która ma jedno auto na dwoje dorosłych kierowców. Wieczorem każde chce coś załatwić. Kompromisem byłaby sytuacja, w której każdy jedzie autem, ale tylko na pół swojego spotkania.

Fatalnie. No właśnie. Rozwiązanie, do jakiego trzeba dążyć, to win – win, czyli sytuacja wygrana – wygrana. Szukamy kreatywnie takiego wyjścia, które zapewni obu stronom możliwość pełnego zaspokojenia swoich potrzeb. Ona podwozi go na jego spotkanie, a potem jedzie autem na swoje. Następnie odbiera go ze spotkania, gdy już oba się zakończą. Ewentualnie para może zaangażować przyjaciela, który podwiezie ją lub jego. Nie ma sensu wyszarpywać sobie auta, warto skupić się na tym, jakie mamy potrzeby i w jaki sposób możliwe będzie ich spełnienie.

Rozumiem, że takie pary żyją długo i szczęśliwie. Nie tylko pary. Izrael z Egiptem prowadził w XX wieku kilka wojen, ale w latach 80. państwa zawarły pokój. To było po zdobyciu przez Izraelczyków półwyspu Synaj, który był im potrzebny do celów obronnych. Egipt postawił wtedy weto. Nie oddamy półwyspu. Przecież tam żyją Egipcjanie! Strony znalazły jednak rozwiązanie win – win. Egipt wciąż miał administracyjną kontrolę nad Synajem, a Izrael mógł wprowadzać tu swoje wojska, by patrolowały stąd okolice Kanału Sueskiego. Wygrana – wygrana. I na Bliskim Wschodzie to jest najdłuższy w historii rozejm i akt pokoju, który trwa. Trwa dlatego, że jest podwójną wygraną, a nie kompromisem.

Synchronizacja z partnerem w kłótni, demonstrowanie uznania dla jego odmiennych wartości, wspólne dbanie o zaspokojenie potrzeb obu stron na 100 procent. Transformująca komunikacja daje narzędzia do wychodzenia z konfliktów. Paradoksalnie jednak konflikty przynoszą też czasem spore profity. Np. napędzają zmianę… Każdy konflikt czegoś nas uczy. Wzrasta nasza wiedza o sobie nawzajem, a przez to – w perspektywie – jakość relacji. Dzięki sporom dane jest nam odkryć, że nie mamy wszystkich odpowiedzi w sobie. Że świat może nas jeszcze zaskoczyć swoją innością czy różnorodnością. Z badań wynika, że liczba sporów nie wpływa wcale na trwałość relacji. Raczej sposób, w jaki przechodzimy przez sytuacje konfliktowe. I to, czy potrafimy zachować wobec siebie szacunek, życzliwość.

Skoro nadmiar sprzeczek nie osłabia związku, to jak jest z odwrotną sytuacją? Znam pary, które żyły w zgodzie przez dziesięć lat i po pierwszej kłótni natychmiast się rozstały. Z jednej strony mógłbym się zgodzić, że brak konfliktów świadczy o pewnej martwocie związku. Z drugiej jednak – wykładam w Japonii, której kultura uważa konflikt właśnie za coś infantylnego. Za dziecinadę. Japończycy nie wchodzą w konflikty. Ba! Powiem więcej, oni ich zwyczajnie nie mają. Jednak ich małżeństwom niczego nie brakuje. Są szczęśliwe i trwałe. Harmonia jest tam wartością cenioną ponad wszystko, dlatego pary dochodzą do różnych rzeczy całkiem inną ścieżką niż znana ludziom Zachodu ścieżka konfliktowa. Dla Europejczyków to bardzo dziwny koncept. Znajdować sposoby na unikanie różnicy zdań, a jednak być świadomym, czego pragnie druga strona.

To prawda. Ciężko sobie wyobrazić małżeństwo wiecznej zgody. Jak oni to robią? Są inaczej skonstruowani, a ich system wartości wynosi dobro wspólnoty ponad dobro osobiste. Konflikty przestają być ważne. Japończycy, nawet gdy mają różne opinie, nie angażują w nie swoich emocji. Spośród narodów, które szkoliłem, Japończycy są nacją najmniej konfliktową. Polacy są na drugim biegunie, czyli kłócą się całkiem sporo.

A czy ktoś w tej dyscyplinie nas bije? Czy jednak jesteśmy mistrzami? [Śmiech]. Byłoby z mojej strony niedyplomatyczne, gdybym odpowiedział. Europa Północna, kraje germańskie czy Skandynawia dużo lepiej tolerują konflikt niż reszta świata. Do spięć dochodzi tu częściej.

Czy twoim zdaniem w podejściu do konfliktów my, Polacy, przejawiamy coś charakterystycznego? Badania na całym świecie pokazują, że znalezienie odrobiny poczucia humoru, które ułatwia przejście przez spór, jest na wagę złota. Dla mnie Polska jest krajem, który się pod tym względem wyróżnia. Potraficie zażartować w środku najcięższej kłótni, pokazać dystans i lekkość. Polska ma 500 lat historii bycia atakowaną ze wszystkich stron i myślę, że sposoby, jakie Polacy zbudowali, by zachować odporność na sytuacje konfliktowe, to z jednej trony – stawianie sobie wyzwań, a z drugiej – szczere obśmiewanie tego, co trudne.

A czego moglibyśmy uczyć się od innych w kwestii wychodzenia ze sporów? Umiejętności wyciszania się i wysłuchania drugiej osoby.

Skoro po pięciu minutach rozmowy pary potrafisz przewidzieć, kiedy się rozstanie, to czy obserwując wydarzenia na Ukrainie, znasz jej przyszłość? W tej sprawie nie ma dobrych znaków.

Tak pesymistycznie skończyć nie możemy. I nie ma powodu. Rozwiązywanie konfliktów wychodzi ludzkości coraz lepiej. Dowodem jest znacznie mniejsza liczba wojen na planecie niż dawniej. Około 1990 roku przekroczyliśmy masę krytyczną, jeśli chodzi o nowoczesną komunikację. Przed tą datą częściej rozwiązywaliśmy konflikty zbrojnie, po jej przekroczeniu częściej i skuteczniej robimy to dyplomatycznie. Mimo rosnącej populacji maleje liczba przestępstw na świecie i po wieloletnim wzroście zaczyna też spadać liczba rozwodów. Trudno o wieści bardziej optymistyczne.

Richard Bolstad – doktor, nowozelandzki trener i nauczyciel qi gong, twórca metody komunikacji i szybkiego rozwiązywania konfliktów pod nazwą: transformująca komunikacja. Autor światowego bestsellera „Transforming Communication” i warsztatu pod tą nazwą. Prowadzi treningi w Australii, Azji, Ameryce i Europie. Polskę odwiedził kilkakrotnie.

[newsletterbox]

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaka piękna awantura!

Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Świat bez konfliktów, społeczeństwa w zgodzie, rodziny bez kłótni, my sami w harmonii ze sobą. Komu nie marzy się taka rzeczywistość? Czy jednak jest możliwa? Pewnie tylko w bajkach. Bo konflikty są nieuchronną częścią naszego życia. Co więcej, może na nich skorzystać każda ze stron. Wszystko zależy od tego, jak je traktujemy. I jak rozwiązujemy.

Ewa, 31 lat, właśnie wprowadziła się z mężem do pierwszego własnego mieszkania. Opowiada, że przy jego urządzaniu o mało się nie rozwiedli. I to był dla niej szok. Bo znają się pięć lat, przez ten czas wynajmowali sześć mieszkań i zawsze byli zgodni. W starej kamienicy? Super. Na piątym piętrze bez windy? A co to za problem! W ogóle się nie kłócili, nie tylko w sprawach mieszkań. A teraz? Awantura za awanturą. O wszystko. O kolor ścian, meble, łóżko. Czy kuchnia ma być zamknięta, czy otwarta, z wyspą czy bez. A przede wszystkim o styl mieszkania.

– Wymarzyłam sobie chłodny skandynawski, on uparł się przy rustykalnym, jak u mamy. Nie to, żeby głównie awanturował się Tomek. Bardziej walczyłam ja. Nie wyobrażałam sobie, że nasze pierwsze mieszkanie będzie tak staroświeckie. Czasem szło na noże.

Kto górą?

Przyjrzyjmy się na tym przykładzie naszemu bohaterowi, konfliktowi. Kiedy się rodzi? Wiadomo – gdy dochodzi do różnicy interesów lub opinii pomiędzy dwoma lub więcej stronami. Gdy każdy dąży do osiągnięcia swojego celu, wykluczając cel konkurenta. Ewa, forsując pomysł na skandynawski klimat mieszkania, przekreśla plany męża na ten bardziej przytulny.

William L. Ury, współtwórca programu negocjacji na Uniwersytecie Harvarda, w książce „Dochodząc do zgody” pisze, że konflikt ma tym lepszą pożywkę, im podmioty są od siebie bardziej zależne. A Ewa i Tomasz mieszkają pod jednym dachem, są małżeństwem, mają więc wiele pretekstów do waśni. Ury zwraca uwagę na trzy różne, często mylone interpretacje konfliktu. Pierwszy odnosi się do rzeczywistego konfliktu interesów – pragnień i potrzeb ludzi. Ewa czuje się dobrze w surowych wnętrzach, Tomek – w tych przypominających rodzinny dom. Drugi poziom dotyczy różnicy stanowisk, ujawnionych w formie żądań. Ci młodzi, a właściwie bardziej ona, takie żądania wyrazili. Trzeci poziom konfliktu to już walka sił. Ta para była o krok od tego etapu. Choć nie musiała, bo – jak uważa Ury – to, że ludzie mają różne interesy, nie musi oznaczać, że skończy się walką. Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. To niemożliwe.

Tymczasem od lat słyszymy, że konfliktów należy unikać. A co widzimy? Że sami jesteśmy nimi targani na co dzień. Choćby wtedy, gdy mamy ochotę na słodycze, ale wiemy, że są niezdrowe. Gdy złościmy się na szefa, ale tego nie okazujemy, bo boimy się stracić pracę. Psychologowie nazywają takie konflikty intrapersonalnymi. Wyróżniają ponadto te między grupami ludzi (zawodowymi, społecznymi, państwami) oraz wewnątrz grup, na przykład facebookowych (tak zwane konflikty interpersonalne). Źródła konfliktów mogą obejmować idee, myśli, emocje, wartości, predyspozycje lub popędy.

Mimo że konflikty towarzyszą nam na każdym kroku (a może dlatego), mają wyjątkowo złą sławę. Według niektórych są konsekwencją błędów (najczęściej czyichś, nie naszych). Efektem działania złych ludzi, awanturników, pieniaczy. Czymś, co burzy spokój, ład i harmonię.

Karolina Dyduch-Hazar, psycholożka z Uniwersytetu SWPS: – To, że większość z nas ma negatywne skojarzenia z konfliktem, wynika z tendencyjnej prezentacji konfliktu w mediach, gdzie to słowo sklejone jest z epitetami „zbrojny”, „międzypartyjny”, „wielopokoleniowy”. To sprawia, że konflikt jawi nam się jako coś zagrażającego, czego należy unikać.

Liv Larsson, światowej sławy trenerka Porozumienia bez Przemocy, uważa, że rezultatem takiego podejścia do konfliktu, a zwłaszcza do oponentów, jest eskalacja sporu. Bo skoro druga strona jest złem wcielonym, to ta pierwsza okopuje się na swoim stanowisku, szuka mocniejszych argumentów, żeby być górą. Wystarczy zerknąć na internetowe fora. Ludzie nie przebierają w słowach, obrzucają się nawzajem błotem. Ileż na to potrzeba sił i energii! A to z kolei utwierdza niektórych w przekonaniu, że lepiej nie wdawać się w dyskusje, unikać wyrażania swojego zdania, jeśli wiadomo, że jest kontrowersyjne. Efekt? Kumulowanie problemów i frustracji. A zamiatane pod dywan wcześniej czy później wybuchną.

Karolina Dyduch-Hazar wyjaśnia, że konfliktom pomagają nasze mechanizmy poznawcze, takie jak na przykład upraszczanie sądów o rzeczywistości, kategoryzowanie (na przykład: my i oni). A upraszczamy i kategoryzujemy, ponieważ sprzyja temu życie w skomplikowanym świecie pełnym zależności.

– Większość z nas preferuje bardziej jednoznaczność niż wieloznaczność – mówi psycholożka. – Mamy też skłonność do kurczowego trzymania się jednej opinii. Taka postawa utrudnia przyjęcie perspektywy innej strony czy wzięcie pod rozwagę konkurencyjnej opinii. Ale daje poczucie kontroli nad otaczającą nas rzeczywistością. Nie bez znaczenia jest narcystyczna kultura, w jakiej żyjemy. Ludzie porównują się do innych. Gdy do kogoś w ich odczuciu lepszego– czują się źle, natomiast, gdy do tego stojącego niżej w hierarchii, biedniejszego, nieuprzywilejowanego – lepiej.

Dzięki ci, kłótnio!

Ewa opowiada, że kiedy doszli z mężem do ściany, wzięła urlop i wyjechała. Sama. Żeby wszystko przemyśleć.

– Przeczuwałam, że spór o urządzanie mieszkania kryje pod spodem głębszy problem w naszej relacji. Przeanalizowałam wszystkie nasze wcześniejsze decyzje. I eureka! Nagle zobaczyłam, że to on je podejmował, ja tylko mu przytakiwałam. Nie dlatego, że był despotą, nie. Zgadzałam się na wszystko, bo tak chyba było mi wygodnie. Bo chciałam, żeby było miło. A może po prostu poprzednie tematy nie były dla mnie aż tak ważne. Tak czy siak, unikałam konfrontacji. A tu nagle wyskoczyłam ze swoim zdaniem, którego broniłam jak lwica. Pokłóciliśmy się tak, że Tomek zgłupiał. Ale ja zmądrzałam. Więc powtarzam sobie w duchu: „Dzięki ci, kłótnio! Dopiero ty mi uświadomiłaś, w co brnę!”. Unikanie konfliktu za wszelką cenę o mały włos nie rozwaliło mi małżeństwa. Liv Larsson w książce „Porozumienie bez przemocy w mediacjach” pisze: „Konflikty są naturalną częścią naszego życia. Powstają tam, gdzie płynie życie i gdzie ludzie mają marzenia”. Kiedy to zaakceptujemy, łatwiej zauważyć ich pozytywne strony. A te są niezaprzeczalne.

Po pierwsze, konflikt sygnalizuje potrzebę zmiany. Ewie uzmysłowił, że dla swojego dobra i w interesie związku powinna mówić otwarcie, co myśli, być bardziej aktywna, przejmować inicjatywę. Po drugie, spór pozwala przyjrzeć się głębiej naszym potrzebom i nam samym w ogóle. Dzięki niemu poznajemy także innych. Czyli – dostajemy złożony, ale całościowy i prawdziwy obraz sytuacji.

– Po trzecie – dodaje psycholożka – konflikty są szansą na rozwój nie tylko osobisty, lecz także kulturowy, naukowy, społeczny. Konflikt pomiędzy biało- i czarnoskórymi Amerykanami w latach 60. doprowadził do poprawy sytuacji Afroamerykanów. Ten między Carlem Gustavem Jungiem a Zygmuntem Freudem skutkował rozwojem psychologii głębi. A toczący się obecnie konflikt na Białorusi być może doprowadzi do rozwoju demokratycznych rządów w tym regionie. Ale oczywiście lepiej byłoby, gdyby źródła tych sporów zidentyfikować wcześniej i próbować im zapobiec. Wtedy różnice pomiędzy stronami nie przerodziłyby się w długotrwałe spory, które są dla wszystkich wyniszczające. Przykład? Konflikt Izrael–Palestyna, w którym obie strony postrzegają się jako wrogów. Takie konflikty wiążą się z brakiem nadziei na zmianę, bezsilnością i wrogością – stanami, które nie motywują do podjęcia konstruktywnych działań. Bo „i tak nic się nie zmieni”, „nic to nie da”, „po co się starać”.

Propozycja i opozycja

Przykład konfliktu między Ewą i Tomaszem pokazuje, że najgorsze, co możemy zrobić, to udawać, że sporu nie ma. Bo kiedy wcześniej ona przymykała oko na dzielące ich różnice, to nie znaczy, że one nie istniały. Dopiero kiedy je zidentyfikowała i ujawniła, mogła je rozwiązać.

Jak ich szukać? Karolina Dyduch-Hazar wylicza pomocne umiejętności: patrzenie na problem z wielu stron (ja – on, młodsi – starsi), akceptacja wieloznaczności, różnorodności, skomplikowania.

– Jedną z technik przydatnych w rozwiązywaniu konfliktów jest reinterpretacja poznawcza, czyli zmiana znaczenia bodźca, który wywołał konflikt, bo wtedy możliwa jest zmiana reakcji emocjonalnej na ten bodziec. Krytykę na przykład możemy odebrać jako prowokację i zareagować agresją. Ale możemy też zmienić znaczenie prowokującego bodźca, zobaczyć w nim wartość i zareagować chęcią rozmowy. Istnieją techniki pomagające skoncentrować się na rozwijaniu pozytywnej emocjonalności, takiej jak pokorność (ang. humility), czyli stan, w którym zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy częścią większej całości, kiedy jesteśmy świadomi własnych ograniczeń, niedoskonałości, błędów. Jak uważność (ang. mindfulness) skierowana na pojawiające się doświadczenia w danym momencie w sposób intencjonalny, nieoceniający i akceptujący. Jak wdzięczność (ang. gratitude), czyli docenianie tego, co się już ma, zamiast narzekanie na to, czego się nie ma. Jak empatia. Takie cechy nie są oznaką słabości, a wręcz przeciwnie – samoświadomości, czyli naszej wewnętrznej siły.

Tymczasem w najlepsze się opluwamy, skaczemy sobie do oczu, niszczymy się. Bo nie umiemy dyskutować. Na świecie od lat w spornych sprawach wykorzystuje się tak zwane dyskusje oksfordzkie. To bardzo ciekawy rodzaj sformalizowanej dyskusji: prowadzi ją osoba nazywana marszałkiem, dyskutanci podzieleni są na dwie grupy – propozycja (obrońcy tezy) i opozycja (przeciwnicy). Nie wolno nawzajem się obrażać, sięgać po argumenty ad personam. Liczy się umiejętność formułowania własnej koherentnej opinii, ale też umiejętność merytorycznego odnoszenia się do opinii innych. Dyskusja ma doprowadzić do wyboru najlepszego rozwiązania konfliktu, problemu, sprawy. To są gotowe techniki do nauki rozwiązywania sporów. Dlaczego nie korzystają z tego narzędzia polskie szkoły?

– Dziecko uczy się zachowywania poprzez obserwację zachowań dorosłych. Jeśli dorasta w domu, w którym inny jest wrogiem, a konflikty nie są konstruktywnie rozwiązywane, to trudno oczekiwać, by umiało je w przyszłości rozwiązywać z korzyścią dla siebie i innych – mówi psycholożka.

Różnice między ludźmi nie znikną. Spory też. Dlatego musimy naprawdę poważnie zabrać się do uczenia dzieci w rodzinach i szkołach rozwiązywania konfliktów. Pięknie się różnić to jest to, na czym nam wszystkim powinno zależeć.

  1. Styl Życia

Jak pomóc Syrii? Rozmowa z lekarką, bohaterką filmu "The Cave. Szpital w ogniu"

Dr Amani Ballour w swoim domu w Gaziantepie, mieście w południowej Turcji, w pobliżu granicy z Syrią. (Fot. Forum)
Dr Amani Ballour w swoim domu w Gaziantepie, mieście w południowej Turcji, w pobliżu granicy z Syrią. (Fot. Forum)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wiedza na temat tego, co dzieje się w Syrii, jest bardzo ograniczona. „Wojna” to złe słowo. Według mnie na wojnie jest co najmniej dwóch w miarę równych sobie przeciwników. W naszym wypadku było inaczej – mówi Amani Ballour, lekarka, bohaterka „The Cave. Szpital w ogniu”, nominowanego do Oscara dokumentu, który opowiada o pracy podziemnego syryjskiego szpitala.

Wiedza na temat tego, co dzieje się w Syrii, jest bardzo ograniczona. „Wojna” to złe słowo. Według mnie na wojnie jest co najmniej dwóch w miarę równych sobie przeciwników. W naszym wypadku było inaczej – mówi Amani Ballour, lekarka, bohaterka „The Cave. Szpital w ogniu”, nominowanego do Oscara dokumentu, który opowiada o pracy podziemnego syryjskiego szpitala.

Jest pani lekarką, uciekinierką z Syrii. A w lutym była pani na uroczystości wręczenia Oscarów, później na festiwalu w Berlinie. Czym się pani teraz zajmuje? Zimą jeździłam po świecie z „The Cave”. Promocję filmu wykorzystujemy do zbierania pomocy dla Syrii. Tam teraz jest gorzej niż kiedykolwiek przedtem. W północno-zachodniej części kraju ponad milion uchodźców wewnętrznych desperacko potrzebuje wsparcia. W wielu miejscach cywile są bombardowani przez rosyjskie samoloty, ostrzeliwani przez wojska rządowe, w klinczu między siłami Al-Asada a zwalczającymi go ugrupowaniami. Sytuację dodatkowo utrudnia pandemia. Ze względu na koronawirusa musiałam też przerwać kampanię zbierania funduszy. Jeżdżenie po świecie i opowiadanie o sytuacji w mojej ojczyźnie stało się chwilowo niemożliwe, ale to nie znaczy, że Syryjczycy przestali potrzebować wsparcia.

Jak widzowie reagują na film? Często są zszokowani. Wiedza na temat tego, co dzieje się w Syrii, jest bardzo ograniczona. Wiadomo, że toczy się tam wojna i tyle. Mało kto zna szczegóły. To, co widać na filmie, że ofiarami bombardowań i ostrzałów są cywile, jest dla wielu wstrząsające. Uchodźcy wewnętrzni nie mają zapewnionych podstawowych warunków do życia. Brakuje schronienia, jedzenia, lekarstw. Wielu widzów przed projekcją nie zdawało sobie sprawy, jak bardzo ten konflikt dotyka ludność. Myśleli, że to starcie pomiędzy terrorystami a Al-Asadem, tymczasem oglądając „The Cave”, zobaczyli, że główną ofiarą wojny są bezbronni mieszkańcy. Wyjaśniam im, jak to wszystko wygląda w rzeczywistości. Wiedząc to, ludzie są bardziej skłonni pomagać.

Minęły już blisko dwa lata, odkąd wyjechała pani z Syrii. Próbowałam zostać, wcale nie chciałam wyjeżdżać. Ale byliśmy do tego zmuszeni. Teraz moje najważniejsze zadanie to zdobyć jak najwięcej pomocy dla tych, którzy tam zostali.

Co dzieje się we Wschodniej Ghucie, na przedmieściach Damaszku, gdzie był pani szpital? Z ludźmi, którzy tam żyją? Kiedy wyjeżdżałam, część ludzi, także pracowników szpitala, postanowiła zostać. Między innymi dwaj lekarze. Kiedy Ghuta została zajęta przez siły rządowe, obaj zostali aresztowani. Jeden zginął w więzieniu, drugi nadal siedzi za kratami. Podobny los spotkał wielu mieszkańców. Mężczyzn wcielono do armii rządowej. W rezultacie w Ghucie zostali prawie sami starcy, kobiety i dzieci. Wszyscy żyją w strachu. Mają utrudniony kontakt z rodzinami, z których część trafiła na północ Syrii, na przykład do Idlibu.

Chciałam porozmawiać trochę o pani życiu sprzed wojny. Szczególnie o tym, dlaczego została pani lekarką. W szkole nie marzyłam o zawodzie lekarza. Chciałam być inżynierem. Niestety, w moim środowisku pokutował określony stereotyp kobiety: powinna jak najszybciej wyjść za mąż, urodzić dzieci i zajmować się domem. Mój tata w ogóle był przeciwny, żebyśmy ja i moje siostry szły na studia. A już mój wymarzony zawód wydawał się zupełnie nie do przyjęcia dla mojego otoczenia. Nieraz słyszałam, że dziewczynki nie nadają się na inżynierów. Ale byłam wzorową uczennicą i mogłam studiować medycynę. Lekarze są w Syrii bardzo szanowani, dlatego moi bliscy się na to zgodzili. Po kilku latach na medycynie i ja się do niej przekonałam. Postanowiłam zrobić specjalizację z pediatrii. Lubię dzieci. To niesamowite uczucie, kiedy możesz pomóc jakiemuś dziecku.

Kiedy zaczęła pani pracować, trwała już wojna? „Wojna” to złe słowo. Według mnie na wojnie jest co najmniej dwóch w miarę równych sobie przeciwników. W naszym wypadku było inaczej. Wiosną 2011 roku ludzie zaczęli demonstrować, armia zaczęła do nich strzelać, a później ich bombardować. Zostaliśmy okrążeni, utrudniano nam dostęp do podstawowych dóbr. Jak można coś takiego nazywać wojną? Ludzie wojny nie chcieli. Zostałam z nimi, żeby im pomagać jak tylko umiałam. Zaczęły ginąć kobiety, dzieci. Każdy mógł stracić życie. Ofiar przybywało w zawrotnym tempie.

Już wtedy pracowała pani z tym samym zespołem lekarzy, który poznajemy na filmie „The Cave”? Tak. Zaczęły się bombardowania szpitali, więc znaleźliśmy miejsce w podziemiach budynków i tam urządziliśmy szpital. Od początku pracowałam z doktorem Salimem i kilkoma innymi lekarzami. Było z nami też wielu ochotników. Szpital stopniowo się rozrastał.

Przychodziliście tam tylko do pracy czy mieszkaliście na stałe? Teoretycznie wracaliśmy po pracy do domów. Ale jak był ostrzał, to zostawaliśmy. Także wtedy, kiedy mieliśmy więcej pacjentów. W czasie silnych bombardowań czy ataków gazem nie było mowy o opuszczaniu szpitala, pracowało się dzień i noc. W rezultacie chyba więcej czasu spędzaliśmy w szpitalu niż we własnych domach.

Był taki dzień, moment, który najbardziej pani zapamiętała? 21 sierpnia 2013 roku. To był dzień, kiedy reżim po raz pierwszy użył w Ghucie broni chemicznej przeciwko cywilom. Widziałam setki krztuszących się, umierających na moich oczach ludzi, większość to były dzieci. Było nas za mało, by wszystkim pomóc. Brakowało masek tlenowych i innego sprzętu. Musieliśmy wybierać, kogo będziemy ratować, bo wszystkich się nie dało. To, że musiałam wybierać, komu z setek duszących się wokół mnie osób będę mogła pomóc, było najgorsze. Tej nocy ponad tysiąc osób straciło życie.

Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe) Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe)

Jak pani dokonywała tego wyboru? Pamiętam, że ciągle szukałam leków. Kiedy wracałam, siadałam na ziemi i zaczynałam od tych dzieci, które były najbliżej mnie. Ludzie wiedzieli, że jestem pediatrką, gromadzili się wokół mnie, wciąż przynosząc kolejne poszkodowane dzieci. Wiele z nich umarło, nie doczekawszy pomocy.

Skąd brała pani siłę? Pomagała mi nadzieja, że to się kiedyś skończy. Choć muszę przyznać, że po tym pierwszym ataku długo nie mogłam się pozbierać. Byliśmy przekonani, że wszyscy umrzemy. Właśnie dlatego zgodziłam się na kręcenie filmu. Ekipa spędziła z nami blisko dwa lata, aż do momentu, kiedy zmuszeni byliśmy wyjechać. To był jedyny sposób, żeby świat się dowiedział, co w ogóle działo się na tej wojnie, żeby zostało jakieś świadectwo.

Na filmie widzimy atak chemiczny, ale to nie był ten, o którym właśnie mi pani opowiedziała. Nie, to był już kolejny, jeden z wielu. Mieszkańcy Ghuty przeżyli ich znacznie więcej. Tego pierwszego nikt nie nakręcił. Początkowo nawet nie wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z bronią chemiczną. Sarin, czyli gaz, którego użyto do przeprowadzenia tego ataku, jest bezwonny. Atak, który widziała pani na filmie, był przeprowadzony za pomocą chloru. On ma mocny, charakterystyczny zapach.

Część pacjentów i współpracowników szpitala miała za złe, że główny lekarz, doktor Salim, akurat panią mianował menedżerką szpitala. Ten sprzeciw był trudny dla pani? Pracowałam w szpitalu cztery lata, zanim zostałam menedżerką. Jako szeregowa lekarka byłam przez wszystkich akceptowana. Ludzie są przyzwyczajeni do pediatrek, ginekolożek, nikogo nie dziwi, że kobieta wykonuje taki zawód. Problemy zaczęły się, kiedy objęłam kierownicze stanowisko. Jedyną przyczyną niezadowolenia była moja płeć. Ten sprzeciw był dla mnie frustrujący. Wynikał z uwarunkowań kulturowych. Ale to tylko zwiększyło mój upór. Postanowiłam, że się nie poddam i będę starała się zmienić tę kulturę. Przecież pomiędzy mężczyznami a kobietami nie ma takich różnic, które by sprawiały, że miałybyśmy być gorszymi menedżerkami niż mężczyźni.

Czy Ghuta jest jakoś szczególnie konserwatywna na tle reszty Syrii? Niespecjalnie. Generalnie młodzi ludzie są bardziej liberalni, starsi – bardziej konserwatywni. W dużych miastach, jak Damaszek, do kobiet na kierowniczych stanowiskach ludzie już dawno przywykli. Ale na przedmieściach, takich jak Ghuta, a w szczególności na wsiach, to jest wciąż trudne do zaakceptowania.

Wojna ma jakiś wpływ na obyczajowość ludzi? Ten konserwatyzm, charakterystyczny dla części społeczeństwa, jeszcze się zaostrzył czy wręcz przeciwnie, osłabł? Wojna nie ma na to wpływu. Poczucie, że kobiety nie nadają się do pełnienia pewnych ról, jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Dziwiło mnie, że w czasie wojny, kiedy ludzie szczególnie nas potrzebowali, te patriarchalne stereotypy liczyły się bardziej niż pragmatyczna potrzeba pomocy. Dla niektórych to był prawdziwy problem.

W tym koszmarnym czasie zdarzały się też szczęśliwe chwile? A może przynajmniej wesołe? Staraliśmy się je wytworzyć. Chcieliśmy przeżyć, mimo wszystko, potrzebowaliśmy siły, by pomagać innym. Śmiech był nam do tego niezbędny. Żyliśmy w szpitalu jak wielka rodzina. Jedną z takich szczęśliwych chwil były moje urodziny. Wzruszyłam się, że moje koleżanki i moi koledzy pamiętali o tym dniu i zrobili wszystko, żebym poczuła się dobrze. To było takie miłe.

W „The Cave” widzimy,  jak opuszczacie szpital, w którym już nie da się pracować. Wsiadacie do autobusu i odjeżdżacie. Na tym kończy się film. Co działo się później? Przez trzy miesiące mieszkałam w Idlibie, na północy Syrii, potem przejechałam do Turcji. Niedługo później wyszłam za mąż. Mój mąż też jest Syryjczykiem, poznaliśmy się w Turcji.

Na ile pani życie zmieniło się po premierze filmu? Poczułam ogromną odpowiedzialność. Zrozumiałam, że muszę za wszelką cenę wykorzystać to, że stałam się rozpoznawalna. Ludzie poznają prawdę dzięki mojej historii. To mnie zobowiązuje, żeby przysłużyć się sprawie Syrii, namawiać do pomagania.

Już nie pracuje pani jako lekarka? Nie, od kiedy wyjechałam z Ghuty, nie pracowałam w zawodzie.

Nie brakuje pani tej pracy? Zdecydowałam, że nie będę już pediatrką. Praca w szpitalu mnie straumatyzowała. W Idlibie próbowałam znów pracować, ale nie byłam w stanie. Każde chore, cierpiące dziecko przypominało mi dzieci ze szpitala w Ghucie. To było zbyt trudne, nie byłam w stanie tego znieść. Przed oczami stawały mi ciała zmarłych dzieci, których nie zdołałam uratować. Teraz pracuję dla belgijskiej fundacji [King Baudouin Foundation – przyp. aut.] niosącej pomoc humanitarną. Utworzyliśmy fundusz pomocy kobietom i dzieciom z obszarów objętych konfliktem. Wiele młodych dziewcząt z Syrii, a także z innych krajów, nie może się uczyć. Część z powodu wojny, a część także ze względu na patriarchalną kulturę. Trzeba to zmienić i ja próbuję to zrobić.

Kiedy teraz myśli pani o Syrii, co pani widzi? Kraj sprzed wojny czy ruiny, które widziała pani, wyjeżdżając z Ghuty? Syria jest teraz bardzo zniszczona. Sytuacja jest gorsza niż kiedykolwiek w czasie tej trwającej już dziewięć lat wojny. Reżim rozpoczął nową batalię przeciwko cywilom na tak zwanych ziemiach wyzwolonych. Przez kilka ostatnich miesięcy domy straciło milion ludzi. Nie mają gdzie uciec. Obozy dla uchodźców na północy kraju, przy granicy tureckiej, są przepełnione. Kiedyś marzyliśmy, że w Syrii zapanuje wolność, że odzyskamy godność, że będziemy się cieszyć pełnią praw. Teraz już tylko chcę pomóc tym ludziom, żeby nie umarli. Dać im dach nad głową, choćby namiot, i coś do jedzenia.

Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe) Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe)

Co jest dla pani najtrudniejsze w życiu na wygnaniu? Nie czuję, że osiadłam. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że zostanę uchodźczynią, a tak się stało. Wciąż nie czuję się bezpieczna. Niepokój jest głęboko we mnie, prześladuje mnie wszędzie, gdzie jestem. Myślę, że zmieni się to dopiero, kiedy będę mogła wrócić do Syrii. Żyję wśród Syryjczyków, wszyscy mamy podobne wspomnienia i nachodzą  nas podobne myśli. Przedtem mieszkałam w Turcji, ale pandemia zastała mnie w Niemczech, gdzie byłam w związku z berlińskim festiwalem filmowym. Zastanawiam się, czy tu nie zostać. Nie sądzę, żeby w ciągu najbliższego czasu coś się zmieniło, ale wierzę, że nadejdzie chwila, gdy powrót do ojczyzny będzie możliwy.

Jak pomóc Syrii? Co może zrobić zwykły mieszkaniec Zachodu, który żyje bezpiecznie gdzieś w Europie czy USA? Każdy może pomóc. Możecie na przykład starać się wpływać na waszych polityków. Domagać się od nich, żeby oni wywierali presję na Rosję i na reżim Al-Asada. Tylko tak można powstrzymać bombardowania cywilów – szkół, szpitali, domów mieszkalnych – i skończyć tę wojnę. Presja jest potrzebna również po to, żeby do Syrii została wpuszczona pomoc humanitarna. No i każdy może też wpłacić datek, nawet najmniejsza suma ma znaczenie.

  1. Psychologia

Odporni na manipulacje. Jak nie dać się wykorzystywać?

Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Jak nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Czyli jak uodpornić się na komunikaty i sytuacje prowadzące do manipulacji?

Janina, która próbuje od dłuższego czasu poukładać relacje w rodzinie, jest przekonana, że jeżeli tylko uda się im przetrwać „bunt nastolatki” (córka skończyła właśnie 14 lat), to wszystko się dobrze ułoży. Mąż z pewnością się uspokoi i wreszcie doceni jej wysiłki, by zadowolić każdą ze stron. Starania o to, by w domu było miło i spokojnie. Ach, gdyby tylko Ada chciała się uczyć, zamiast słuchać tych piosenek z dziwnymi tekstami i ciągle prowokować ojca do kłótni swoim zachowaniem… Janinie chwilami ręce opadają, kiedy córka pokazuje rogi, a mąż zimnym głosem stwierdza po raz kolejny: „No, możesz być dumna z tego, jak ją wychowałaś”.

Między złością a bezradnością

Kiedy sytuacja staje się tak trudna, że stale miotamy się między bezradnością a złością, pierwszym krokiem do wyjścia z tego zaklętego kręgu jest zatrzymanie się na chwilę i obserwacja sytuacji z dystansu. To nas może uchronić przed całkowitym zatraceniem równowagi i obiektywizmu. Wszak już dawno zwrócono uwagę na fakt, że szaleństwo to działanie ciągle w ten sam sposób i oczekiwanie innych niż dotąd rezultatów. Może więc warto zacząć od przyjrzenia się chłodnym okiem własnemu działaniu i jego efektom. Na początek trzeba ustalić swoją pozycję w relacjach (z partnerem, dzieckiem, szefem, rodzicem, itp.), żeby jasno określić miejsce, w którym się właśnie znajdujemy, co z kolei pomoże wyznaczyć kierunek, w jakim chcielibyśmy podążać. Papierkiem lakmusowym może być sposób, w jaki się w danej relacji komunikujemy.

Maczuga czy drzewo?

Ludzie w sytuacji napięcia wywołanego strachem, wstydem lub poczuciem winy mają skłonność, by reagować agresją lub ucieczką. To scheda po czasach, w których ocalenie życia zależało od dobrze podjętej decyzji, co bardziej się opłaca: chwytać maczugę i atakować czy może raczej uciekać na drzewo?

Zwolennicy maczugi w słownych wojnach atakują: oskarżają, osądzają, wywołują w partnerach wstyd, strach lub poczucie winy, by skłonić ich do uległości i przeforsować swoje zdanie. Uważają, że źródłem problemów są inni i to inni powinni się zmienić, żeby sytuacja uległa poprawie. Zwolennicy ucieczki na drzewo raczej osądzają i oskarżają samych siebie – o to, że nie są wystarczająco dobrzy i że znów im się nie udało, chociaż tak się starali. Są skłonni przyznać, że to oni są źródłem problemów w relacji, chcieliby się zmienić, żeby sprawy uległy poprawie. Tylko nie bardzo wiedzą, co jeszcze mogliby robić lepiej, by wreszcie zadowolić swoich rozmówców.

Delikatnie czy po trupach?

Jeśli na miejscu Janiny odpowiedziałabyś na słowa męża kontratakiem typu: „Sam się zastanów, jaki z ciebie ojciec, tylko czepiać się potrafisz, a żeby dziecku matematykę wytłumaczyć, to już nie jesteś taki mocny w słowach!” – to znak, że raczej jesteś skłonna do chwytania maczugi i stawania do otwartej walki, w której tylko jedna osoba może zwyciężyć. Jeżeli natomiast zrobisz wszystko, by tylko uniknąć konfliktu i dla zachowania spokoju wolisz zrezygnować z dochodzenia swoich racji, prawdopodobnie wybierzesz tłumaczenie i usprawiedliwianie się w stylu: „Ja się staram, ale to taki głupi wiek. To przecież jeszcze dziecko, przejdzie jej z czasem to buntowanie się. Nie denerwuj się tak bardzo. Trzeba będzie dać jej korepetycje z matematyki, nawet już rozmawiałam z sąsiadką, ona zna kogoś dobrego”. Taki styl komunikowania się świadczy o skłonności do unikania konfrontacji i rozwiązywania konfliktów na drodze zadowalania innych.

Tacy sami?

Osoby, które skłonne są ulegać presji innych, by utrzymać poczucie bezpieczeństwa, często popełniają błąd, którego skutki mogą być odczuwalne długo i dotkliwie. Psychologowie Carl Rogers i Nina Brown zwracali uwagę na mechanizm, który powoduje, że możemy uwikłać się w relacje korzystne tylko dla jednej ze stron, w których – niestety –  nie jesteśmy stroną czerpiącą korzyści. Otóż okazuje się, że wiele osób ma skłonność do postrzegania innych przez swój pryzmat. Ma to miejsce zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z ludźmi, których uważamy za podobnych w jakimś stopniu do nas samych. Tworzymy wobec nich – często błędne – założenie, że skoro mają podobne do naszych cechy charakteru, to z pewnością nas rozumieją i są do nas podobni pod każdym względem. Skoro ja jestem miła i jednocześnie uważam siebie za osobę liczącą się z innymi i wrażliwą na czyjeś uczucia, to zakładam, że każdy, kto jest miły, zachowa się w określonych sytuacjach tak jak ja – w sposób delikatny i liczący się z uczuciami innych.

Takie utożsamianie się z osobami pozornie podobnymi do nas powoduje, że nie jesteśmy w stanie zauważyć, że nasz rozmówca bywa miły jedynie wtedy, gdy chce coś osiągnąć i gdy sprawy idą po jego myśli. Jeśli nawet doświadczamy sytuacji, które dobitnie pokazują, że ktoś, w związek z kim zainwestowaliśmy emocjonalnie, jest obojętny na nasze uczucia i nie liczy się z naszymi potrzebami (niedotrzymane umowy, wieczne stawianie na swoim, obojętność na nasze zmartwienia i niezauważanie sytuacji, gdy potrzebujemy wsparcia), nawet gdy fakty są oczywiste, to coś sprawia, że pozostajemy na nie ślepi. Trudność obiektywnej oceny sytuacji wynika z pewnego mechanizmu, którego ciężko się wyzbyć: z naszej podatności na poszukiwanie wzmocnień podnoszących nastrój. Wszyscy lubimy przeżywać pewne uczucia i ciągnie nas do ludzi, którzy powodują, że czujemy się podniesieni na duchu. Bardzo często wiąże się to jednak z przystaniem na fakt bycia wykorzystywanym przez osoby poprawiające nam nastrój. Gdy głębiej zastanowimy się nad charakterem takiej relacji, okazuje się, że za miłe chwile trzeba zapłacić wysoką cenę.

Kiedy ktoś mówi, że jesteś niesamowita pod jakimś względem, a potem ty na fali euforii podejmujesz się zrobić coś, co niekoniecznie leży w twoim interesie, to prawdopodobnie działasz w ramach mechanizmu poszukiwania pozytywnych wzmocnień podnoszących nastrój (gdzieś w głębi duszy być może dźwięczą ci wtedy słowa z dzieciństwa: „Mamusia będzie cię kochała, jeśli będziesz grzeczna”).

Niekomfortowe sytuacje

Innym sposobem, który powoduje, że zaczynamy działać stymulowani wzbudzonymi w nas uczuciami, jest stosowanie przez rozmówców komunikatów, które wywołują w nas strach, wstyd lub poczucie winy – są to z kolei uczucia, których nie chcemy doznawać, więc jesteśmy skłonni zrobić coś, co nie leży w naszym interesie, byle tylko przestać wstydzić się, bać lub czuć winnym. I tak  jak ciągnie nas do wzmocnień pozytywnych, tak samo staramy się unikać zdarzeń, gdy – jako dzieci –baliśmy się sytuacji zawstydzenia lub obarczenia odpowiedzialnością za czyjeś postępowanie („Jeśli tego nie zrobisz – pożałujesz”, „To wstyd tak się zachowywać”, „To przez ciebie mam zszargane nerwy”).

W przytoczonej historii mąż Janiny prawdopodobnie nieświadomie usiłuje wzbudzić w niej poczucie winy za zaistniałą sytuację. Sam czuje się niekomfortowo, próbuje więc „zarazić” swoimi uczuciami żonę, by ta pod wpływem poczucia winy „coś zrobiła z sytuacją”, czyli żeby załatwiła jego problem za niego. Janina może zareagować buntem i próbować siłą „zwrócić problem” jego właścicielowi, działając pod wpływem złości (gdy wybiera maczugę) lub „przyjąć problem” na siebie i starać się go rozwiązać (gdy wybiera ucieczkę na drzewo), co jest z góry skazane na klęskę. Nie jesteśmy w stanie rozwiązać problemów innych ludzi za nich, nic dziwnego, że uczucie, które nas ogarnia w czasie takich prób, to bezsilność. W obydwu przypadkach sytuacja przypomina przerzucanie się gorącym kartoflem i nie przynosi żadnych dobrych rozwiązań.

Złapać pion

Skoro miotanie się pomiędzy złością i bezradnością nie prowadzi do poprawy relacji i rozwiązania konfliktu, co innego można zrobić, by nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Przede wszystkim trzeba podnieść swoją odporność emocjonalną, by przestać „kupować” nie swoje uczucia i działać pod ich wpływem, niekoniecznie w swoim interesie.

Jako że osoby podatne na „łapanie” emocji są często zbyt otwarte na innych, dobrze jest zacząć od podjęcia działań, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacyjnym komunikatom). Jeżeli wszystkie lub niektóre z poniższych stwierdzeń dotyczą ciebie, możesz skorzystać z proponowanych środków zaradczych:

  • Poczucie uwikłania lub obezwładnienia ogarnia mnie szybko i niespodziewanie (często „wybieram maczugę”, by radzić sobie w takiej sytuacji).
  • Uświadamiam sobie swoje uwikłanie lub obezwładnienie stopniowo (w takiej relacji korzystam często z maczugi, nie gardzę również ratowaniem się ucieczką).
  • Dopiero kiedy mam dowody zdrady, naruszenia granic lub innych krzywdzących mnie działań, przyjmuję do wiadomości, że jestem uwikłana lub obezwładniona przez czyjeś emocje (moja podstawowa strategia obrony to ucieczka na drzewo i tłumaczenie się, proszenie o zrozumienie).
  • Zdarza mi się, że inni ostrzegają mnie, że pozwalam komuś manipulować sobą, a ja niczego takiego nie dostrzegam.
  • Zdarza mi się obudzić rano z dojmującym poczuciem uwikłania i obezwładnienia.
  • Chętnie pozwalam, żeby ludzie wypłakiwali mi się w rękaw.
  • Towarzyszy mi pewność, że wiem, jak pomóc drugiej osobie.
  • Tak bardzo chcę dostrzegać dobro w innych, że ignoruję lub nie zauważam zachowań, które temu przeczą.

Zdrowy dystans

Wyobraź sobie następującą sytuację. Masz przyjaciółkę (kuzyna, partnera, matkę), która opowiada ci wyczerpująco i ze szczegółami o swoich nieszczęściach, a ty zaczynasz czuć, że stają się one po trosze twoimi nieszczęściami – przygnębiają cię i chcesz coś zrobić, by to się wreszcie skończyło. Lubisz tę osobę, ale nie chcesz przejmować jej złego nastroju. Przypomnij sobie, jak wygląda twoja postawa fizyczna, gdy dochodzi do „zarażenia się emocjami”. Czy nie jest tak, że stoisz lub siedzisz blisko tej osoby, zwrócona do niej przodem, podtrzymujesz kontakt wzrokowy, a twoja twarz wyraża współczucie lub odzwierciedla emocje rozmówcy? Żeby przestać zarażać się emocjami, warto zacząć od zmiany fizycznej postawy. W zależności od tego, jak bardzo inwazyjna jest dana relacja, można stosować wszystkie lub niektóre zachowania, by stworzyć barierę ochronną przed niechcianymi wpływami. Kiedy więc czujesz, że zaczynasz się poddawać temu, co mówi twój rozmówca, zarządź samej sobie, co następuje:
  • Nie interesuję się drugą osobą.
  • Nie podtrzymuję kontaktu wzrokowego; patrzę na nos albo czoło rozmówcy.
  • Odsuwam się powoli, zwiększając dystans.
  • Ograniczam uśmiechanie się albo odzwierciedlanie wyrazu twarzy rozmówcy.
  • Zakładam nogę na nogę.
  • Rozglądam się po pomieszczeniu.
  • Wizualizuję sobie inne miejsce, na przykład jakieś zacisze.
  • Nie poprawiam stroju, nie wygładzam fałdek na ubraniu, nie bawię się biżuterią ani włosami.
Nie poświęcaj rozmówcy całej swojej uwagi ani nie zachowuj się tak, jakby interesowało cię wyłącznie to, co on ma do powiedzenia, z pominięciem wszystkich wokół. Takie przeniesienie własnej uwagi – wycofanie się ze świata drugiej osoby i większe skupienie się na sobie – pozwoli ochronić się przed niechcianymi i nieuświadamianymi wpływami z zewnątrz i ułatwi zarządzanie własnymi decyzjami i działaniami z pozycji osoby bardziej „spionizowanej”.

  1. Psychologia

Rozumienie zamiast zrozumienia

Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Porozumienie jest raczej cudem niż realnością. Dlatego proponuję inny cel: rozumienie. Jeśli ono zakiełkuje, pojawia się szansa na poprawę relacji – mówi filozof, profesor Leszek Koczanowicz z Uniwersytetu SWPS.   

Różnimy się, ale żyjemy razem, więc powinniśmy się jakoś dogadać. Dlaczego nie potrafimy? Chcę powiedzieć jasno, że nie za bardzo wierzę w pełne porozumienie. Ono jest raczej cudem niż realnością. Normalnym stanem, co potwierdza literatura, psychologia, socjologia, wydaje się raczej konflikt, ścieranie się interesów. Porozumienie jest niemożliwe z jednego powodu – dlatego że i tak wszystko odnosimy do siebie, że nie jesteśmy w stanie z siebie zrezygnować. Już Jezus w słynnym kazaniu na górze Synaj powiedział: kochaj bliźniego jak siebie samego, a nie: kochaj siebie samego jak bliźniego swego. Zakładał zatem, że każdy z nas jest w naturalny sposób egocentryczny.

Ale od czego mamy rozum? Politolodzy zauważają zgodnie, że przekonania polityczne nie są racjonalne. Ludzie mogą, oczywiście, przedstawiać takie czy inne argumenty, ale one tak naprawdę mało kogo przekonują. To znaczy: te argumenty są potwierdzeniem albo też radykalnym zaprzeczeniem tego, co ludzie już i tak z góry wiedzą, do czego są przekonani. Podobnie jest w życiu małżeńskim, co potwierdzają psychoterapeuci zajmujący się terapią par. Otóż okazuje się, że ludzie kierują się bardzo mocno schematami życiowymi, w psychologii nazywa się je skryptami albo utrwalonymi postawami. I w zasadzie bardzo trudno jest je przełamać, być może nawet to niemożliwe.

To brzmi strasznie pesymistycznie. Raczej realistycznie. Zaproponowałem politykom, ale ta propozycja może odnosić się do ludzi w ogóle, żeby przyjęli inny cel: rozumienie, a nie porozumienie. Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby spróbować zrozumieć drugą stronę mimo dzielących nas różnic, czasem bardzo głębokich.

Na czym to rozumienie ma polegać? Na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. My się nie musimy z tym zgadzać, powinniśmy jednak dopuścić to do siebie. Do takiej koncepcji zainspirowały mnie rozmowy z ludźmi, między innymi z moją żoną, która opowiedziała mi o tym, jak była zszokowana, kiedy jako młoda dziewczyna usłyszała od koleżanki:  „Rozumiem cię, ale tego nie akceptuję”. Mojej żonie wydawało się, że jak się kogoś rozumie, to znaczy, że trzeba to zaakceptować. Ale nie na tym polega rozumienie. Ważne jest, po pierwsze, samo otwarcie się, chęć wejścia w dialog, słuchanie drugiej osoby. To już jest wyraźne przełamanie, bo oznacza wyjście poza samego siebie, próbę umieszczenia w sobie kogoś innego. Po drugie, to nigdy nie jest proces bez konsekwencji. Przyjmując argumenty kogoś innego, otwierając się na inne racje, trochę także zmieniamy siebie. Ale na ogół nie jest to radykalna zmiana, choć, oczywiście, i takie się zdarzają, gdy na przykład ludzie nagle się na coś nawracają, co psychologowie nazywają konwersją. Generalnie jednak takie otwarcie się na drugą osobę, jeżeli ten proces jest niezakłócony, ma charakter spirali, to znaczy raz mówi interlokutor, a my słuchamy, a potem odwrotnie. No i jeżeli obydwie strony zaakceptują ten proces, to można go ciągnąć właściwie w nieskończoność.

Załóżmy nawet, że wzajemnie się rozumiemy, nikt jednak nie ma zamiaru ustąpić. Co dalej? Z punktu widzenia mojej koncepcji jedno rozwiązanie jest takie, że ktoś po prostu narzuci swoje zdanie, a inni się mu podporządkują. Jedni chętnie, inni niechętnie. W większości przypadków jest to wygodne. Drugie wyjście, bardziej optymistyczne, polega na tym, że wszyscy nawzajem zaczynają rozumieć swoje postawy, że się zastanawiają: „Dla niego to niesłychanie ważne, a czy dla mnie również?”. Mechanizm takiego rozumienia, które nazywam za rosyjskim filozofem Michaiłem Bachtinem refleksyjnym, wydaje mi się kluczowy w relacjach międzyludzkich.

Bać się różnorodności? Zdecydowanie nie, to cecha demokracji. Jedność natomiast jest cechą systemów totalitarnych. Demokracja to ciężki system do życia, bo nic nie jest z góry określone. Dlatego po jakimś czasie dochodzi do głosu mechanizm zmęczenia różnorodnością, tęsknota za porządkiem, twardą ręką. Jak wynika z badań socjologicznych, postawy niedemokratyczne wielu Polaków wynikają właśnie ze zmęczenia różnorodnością. Jedna z moich doktorantek trafnie określiła demokrację jako system neurotyczny, bo wymaga od nas akceptacji punktów widzenia absolutnie nam obcych. W systemie totalitarnym wszyscy mówią tym samym głosem, co najwyżej narzekają po kątach. No, ale wiemy, że systemy totalitarne się nie sprawdzają.

Także te domowe. Oczywiście. Do czego bowiem doprowadza narzucona jedność? Do unieszczęśliwienia rodziny albo do jej rozpadu. Poszanowanie różnorodności jest po prostu zdrowsze. I wzbogaca obie strony. Jeżeli kobieta ustępuje mężowi z miłości, bo na przykład rozumie, że on tak został wychowany, to on to doceni, a potem też będzie starał się ją zrozumieć, a wtedy z kolei ona to doceni. Tu nie chodzi o wymianę, ale o samo rozumienie drugiej strony. Jeśli ono zakiełkuje, to życie małżeńskie, społeczne, polityczne ma szansę rozkwitnąć.

Leszek Koczanowicz profesor doktor habilitowany, filozof z Wydziału Zamiejscowego Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Zajmuje się filozofią współczesną, teorią polityczną, filozofią polityczną, a także metodologią nauk społecznych. Wykładał na Uniwersytecie w Buffalo i na Columbia University w Nowym Jorku. Autor m.in. książki „Wspólnota i emancypacje: spór o społeczeństwo postkonwencjonalne”. Laureat konkursu „Mistrz” Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

 

  1. Psychologia

Zrozumieć siebie. Czy wiesz, czego chcesz?

Znajomość własnych wartości to, inaczej mówiąc, samoświadomość, umiejętność bycia autentycznym, bez względu na to, jak jest to odbierane przez otoczenie. (Ilustracja Getty Images)
Znajomość własnych wartości to, inaczej mówiąc, samoświadomość, umiejętność bycia autentycznym, bez względu na to, jak jest to odbierane przez otoczenie. (Ilustracja Getty Images)
Powiedz mi, co dla ciebie ważne, a powiem ci, kim jesteś. Znajomość własnego systemu wartości to klucz do szczęścia!

Kiedy po podjęciu ważnej decyzji odczuwasz satysfakcję i wewnętrzny spokój, oznacza to, że zrobiłaś to w zgodzie ze sobą. Jeśli bliżej ci do frustracji – zignorowałaś rzeczy dla siebie istotne. Pytanie: czy wiesz, co jest dla ciebie ważne? Czy może kierujesz się cudzym systemem wartości? Robisz coś, bo tak trzeba, bo tak wypada? Większość z nas nie myśli na co dzień o rzeczach naprawdę głębokich. Koncentrujemy się raczej na sprawach bieżących. Stąd zwykle podejmujemy decyzje, z których nie do końca jesteśmy zadowoleni, godzimy się na rzeczy, których potem żałujemy. Rada? Dotrzeć do własnego systemu wartości. I kierować się nim w życiu.

Poznaj swoje wartości

– Powodów, dla których dobrze znać swoje wartości, jest cały szereg – mówi coach Łukasz Wieczorek. – Po pierwsze, pomagają dokonywać wyborów. Na przykład kiedy chcesz zrobić krok do przodu w karierze, a obecna praca nie spełnia żadnego z punktów na liście twoich wartości, to mało prawdopodobne, abyś się w niej spełniała. Wybór okazuje się prosty – jeżeli chcesz się realizować, musisz zmienić miejsce zatrudnienia. Druga kwestia to umiejętność filtrowania. Jeśli nie jesteś pewna, jak zareagować na osobę, problem czy możliwość – po prostu zdajesz się na swoje wartości. Po trzecie i najważniejsze, znając swoje priorytety, zwiększasz poczucie szczęścia.

Gdy dostosujesz codzienne działania, decyzje i zachowania do swoich wartości, poczujesz, że wszystko przychodzi ci bez wysiłku, że jesteś w stanie „swobodnego przepływu”, tzw. flow. To stan, w którym zapominasz o świecie zewnętrznym, o upływającym czasie, nie wybiegasz myślami do przodu, nie analizujesz wciąż na nowo przeszłości – przeżywasz życie dokładnie w tym momencie, kiedy się ono wydarza. – W dużym skrócie, wartości umożliwiają pozbycie się z życia tego, co do niego nie pasuje, oraz włączenie do życia tego, co pasuje – mówi Łukasz Wieczorek.

Odwaga i autentyczność

Znajomość własnych wartości to, inaczej mówiąc, samoświadomość, umiejętność bycia autentycznym, bez względu na to, jak jest to odbierane przez otoczenie. Życie zgodnie ze swoją hierarchią wcale nie musi oznaczać stanu niekończącej się radości. Czasami wręcz przeciwnie. Dlatego bycie autentycznym wymaga odwagi i determinacji.

Każdy człowiek jest inny i prawdopodobnie każdy ma swój unikalny zestaw priorytetów. Całkiem możliwe też, że co innego dla każdego znaczą. Dla jednej osoby największą wartością jest na przykład wolność i rozumie to jako niezależność finansową, dla innej to też jest wolność, ale postrzega ją bardziej jako niechęć do stałych związków. Dlatego tak ważna jest głębsza analiza – co dana wartość oznacza dla ciebie.

Bywa również, że jedna z wartości jest w opozycji do systemu wartości bliskiej osoby. I jeśli dana relacja jest istotna, potrafimy zaprzeczać własnym priorytetom lub nawet je wypierać. Niektórzy są w stanie w ten sposób żyć latami. Ale czy czują się spełnieni? Zbyt długie czy zbyt częste trwanie w stanie nieautentyczności prędzej czy później doprowadza do napięć, do poczucia braku wewnętrznej równowagi, harmonii.

– Konflikt z ideałami powoduje stres i kosztuje dużo wysiłku – mówi Łukasz Wieczorek. – Energia, którą pochłania oddalanie się od własnych zasad, wyczerpuje, czyniąc życie walką.

Lista wartości

Ustalenie kompletnej listy wartości może na początku wydawać się trudne. Pomoże ci w tym poniższe ćwiczenie. Wymaga skupienia i wykonania go bez pośpiechu. Możesz skorzystać z gotowej listy wartości wskazanych przez psychologów, np.:  miłość, akceptacja, wolność, bezpieczeństwo. Wybierz z niej to, co wydaje się dla ciebie ważne, i na tej podstawie stwórz swoją listę. Owszem, jest szansa, że należysz do grona szczęściarzy, którzy nie mają problemu z określeniem, co jest dla nich ważne, jednak większość z nas ma. Działamy w wypracowanym schemacie, iluzorycznej strefie komfortu, realizujemy marzenia, nie wiedząc nawet, czy są naprawdę nasze, czy może zapożyczoną wizją z najnowszej reklamy.

Symptomem, że podążasz za niewłaściwymi celami, jest to, że czujesz się nie do końca szczęśliwa, chociaż teoretycznie nie masz ku temu powodów. Kiedy myślisz o własnym życiu, wszystko wydaje się w porządku, jednak ty wciąż odczuwasz wewnętrzne napięcie, frustrację, niewyjaśnioną tęsknotę. Być może początek roku to najlepszy czas, żeby przeanalizować, czego pragniesz? W którym kierunku zmierzasz?

Oczywiście, nie należy popadać w skrajność. To zrozumiałe, że niekiedy sami rezygnujemy z czegoś, co jest dla nas ważne, na rzecz kogoś bliskiego. Jest jednak różnica w tym, czy robimy to świadomie, czy też błądząc po omacku w życiowych meandrach. Poza tym ustalanie wartości nie jest jednorazowym zadaniem. Z biegiem lat hierarchia będzie się zmieniać. To, co było ważne dla dziecka (miłość, poczucie bezpieczeństwa), zmienia się, kiedy stajemy się nastolatkami (wolność, niezależność) i będzie się zmieniać z upływem czasu. Stąd warto do tego tematu powracać, aby „być ze sobą na bieżąco”.