1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Doceń siebie! Skąd się biorą nasze problemy z poczuciem własnej wartości?

Doceń siebie! Skąd się biorą nasze problemy z poczuciem własnej wartości?

Każdy z nas jest jednostką absolutnie wyjątkową, fot. iStock
Każdy z nas jest jednostką absolutnie wyjątkową, fot. iStock
Po prostu niektóre nasze cechy nie spodobały się rodzicom. A że byli więksi i od nich wszystko zależało – to my musieliśmy się na to zgodzić. Ale jako dorośli możemy i powinniśmy wreszcie uznać siebie za wyjątkową jednostkę. Zasługującą na szacunek i miłość – pisze psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Opowiem wam o pewnej kobiecie, mojej pacjentce, która sama jest terapeutką. Śliczna, zgrabna, zawsze ze smakiem ubrana, dowcipna, pełna wdzięku. Ogromnie ją lubię i uważam za osobę z wielkimi walorami. A jednak przy ukochanym zmienia się w kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto takim cichutkim, malutkim głosem pyta: „A czemu nie zadzwoniłeś? Miałeś się umówić ze mną na niedzielę, czekałam i nic. I co ja mam teraz z tą niedzielą robić?”. Są już długo razem, ale on od czasu do czasu wyjeżdża lub ma plany, które jej nie obejmują, przy czym powtarza: „Ja wcale się z tobą nie rozstaję, ja cię wcale nie chcę rzucać”. Zwyczajnie potrzebuje odpocząć od tej ciągłej podaży, bo ona cały czas się o niego stara. Każdy facet musi trochę powalczyć, pozdobywać, poczekać. Mówię jej, że w tej relacji zachowuje się nie jak partnerka, nie jak kochanka, ale jak dziecko. I ona tak słucha tego i słucha, taką ma minę smutną i w końcu mówi: „No tak, rzeczywiście było tak kiedyś, że przez parę dni mu mówiłam, że jestem zajęta i on miał gdzieś wyjechać, a normalnie jak wyjeżdża, to nie odzywa się przez kilka dni, a tym razem dzwonił codziennie i to nawet kilka razy. Aż zaczęło mnie to denerwować”.

„O, słyszysz? Ciebie zaczęło denerwować, że on dzwonił parę razy. A czy myślisz, że jego nie denerwuje, jak ty pytasz: i co z tą niedzielą?”. „Ja wiem, i jeszcze w dodatku robię to takim cichutkim, malutkim głosem jak mówisz”. „No i coś do ciebie dociera?”. „Bardzo powoli” – ona na to. Wszystkie dziewczyny to robią, no, prawie wszystkie, że gdy się pojawia w ich życiu facet, to one zaczynają się tylko nim zajmować. „A czy ja dobrze zrobiłam, że mu tak powiedziałam? Ale on zrobił to, a nie zrobił tamtego… Czy on mnie nie będzie chciał zostawić?”. Przestają się zajmować sobą, tylko zajmują się tym, jakie robią na NIM wrażenie. I jeżeli on jest zadowolony i mówi, że kocha – to wszystko jest w porządku, a jak tego nie mówi i nie jest zadowolony – to znaczy, że ona nie jest w porządku. Mówię więc tej mojej pacjentce: „Kochana, sama jesteś terapeutką i powinnaś wiedzieć, że to nie nim masz się zająć, tylko rodzicami”. W tym momencie spojrzała na mnie i zaczęła od razu opowiadać o tym, co ją spotykało od mamusi. No i, jak to się mówi, jesteśmy w domu. Natychmiast. I dotyczy to wszystkich dziewczyn, które są śliczne, wykształcone, mądre i jednocześnie kompletnie niepewne swojej wartości. Bo w dzieciństwie były mniej ważne – albo dlatego że miały brata, albo dlatego że nie miały i musiały to rodzicom wynagradzać. Albo dlatego że mama też była w domu mniej ważna lub co prawda mama była bardzo ważna, a wręcz była tyranem, ale swojej córki nie lubiła. Dlatego na pytanie, od czego zacząć pracę nad wzmacnianiem poczucia własnej wartości, odpowiadam: najpierw trzeba zdać sobie sprawę z tego, jak nam było i jest w domu rodzinnym.

Autentyczność to wartość!
Wiele dziewczyn orientuje się w jakimś momencie, że siebie nie lubią, są z siebie wiecznie niezadowolone i mają mocno zachwiane poczucie własnej wartości – niby osiągają sukcesy i zbierają pochwały, ale jednocześnie mają przekonanie, że niewiele są warte. Mówią nawet: „Mam zerowe poczucie wartości”, ale tak naprawdę powinny powiedzieć: „Mam obawę, że niewiele jestem warta”, bo wartość mają, jak każdy człowiek, tylko one na ten temat mają kompletnie pokręcone w głowie. Źle o sobie myślą, w związku z tym zabierają sobie poczucie własnej wartości, bo kiedyś już zostało im zabrane. Wtedy, kiedy powinno być gruntowane i wzmacniane. Bo małe dziecko co prawda nie wie, kim jest i jakie jest, ale ma poczucie autentyczności. Dlatego bez ogródek mówi: „A ta pani jest gruba!’’ albo: „Ja nie będę całował wujka, bo śmierdzi papierosami”. Dziecko po prostu nazywa rzeczy po imieniu, ale jeśli zaczyna się je przycinać, temperować, deptać, układać, wyciskać jak mokry ręcznik: „nie skacz, nie śmiej się, nie dogaduj, przestań się wygłupiać”, to ono zaczyna się gubić w tym, co wie, a czego nie wie – o świecie i o sobie. Co chwila słyszę od pacjentów, jakie straszne rzeczy potrafili im mówić rodzice. To zostaje w dziecku na lata.

Bo skąd się biorą te wszystkie problemy z poczuciem własnej wartości? Po prostu nasze cechy nie spodobały się rodzicom. A że byli więksi i od nich wszystko zależało – to my musieliśmy się na to zgodzić. Najgorsza sytuacja jest wtedy, kiedy dziecko czuje, że matka go nie kocha, a ojca nie ma. Bo na przykład moja matka nie potrafiła mnie kochać, ale ojciec kochał, wprawdzie tego nie mówił, ale ja to czułam. No i jeszcze miałam oddaną nianię. Miałam skąd czerpać. Jeśli dziewczyna miała pusto w swoim koszyczku, bo matka najpierw nie dała, a potem – ze strachu przed matką – nie dał też ojciec, to ona musi sama ten koszyczek zapełnić. Jak? Jest na to kilka sposobów:

Po pierwsze,
trzeba się uchwycić pierwszego dorosłego, który powie ci, że jesteś wartościowa i fajna. Który pokaże, że taka, jaka jesteś, jesteś OK. Uchwycić się i zachować sobie to jak największy skarb na dnie serca. Trzeba do tego śmiałości, a może po prostu silnego instynktu samozachowawczego. Pewna pacjentka opowiedziała mi, że ją uratowała pani od polskiego. Usłyszała od niej: „Widzę, jaką masz trudną sytuację w domu, i ja ci w tym nie mogę pomóc, bo nie zmuszę twoich rodziców, by przestali pić, ale widzę też, że się przykładasz do nauki, choć nie zawsze to widać w twoich stopniach. Dlatego pamiętaj, że u mnie będziesz miała zawsze co najmniej czwórkę. Bo jesteś zdolna, pracowita i mądra, tylko nie masz warunków, by na razie z tego skorzystać”. Wtedy po raz pierwszy i jedyny usłyszała od kogoś dorosłego, że ją nie tylko zauważa, ale że jest dla niego ważna i wartościowa, i uwierzyła w to. Wzięła do siebie, nie przeleciało jej to niczym przez dziurę w koszyczku. I wyszła na ludzi, a mogła nie wyjść, wychowana w alkoholowym domu, z bijatykami i wyzwiskami. Żeby mieć trudno, wystarczy też dom zimny i pusty. Dom, który daje nakazy i zakazy, a przede wszystkim dużo lęku. I my potem tym lękiem – niczym busolą – kierujemy się w życiu i tylko potwierdzamy w ten sposób to, czego najbardziej się boimy – że nic nie jesteśmy warci.

Po drugie,
trzeba wiedzieć i uwierzyć, że jeśli ktoś się chce z nami umówić, jeśli ktoś chce się z nami przyjaźnić – to nie dlatego że się chce poświęcić, tylko dlatego, że ma na to ochotę, bo mu się podobamy i nas lubi. Zbierajmy sobie, kolekcjonujmy dobre słowa innych, staną się naszym skarbczykiem, do którego będziemy mogli zajrzeć, kiedy dopadnie nas dół lub ktoś ważny znów powie coś, co nas zepchnie kilka pięter w dół. Nie nośmy koszyczka z dziurawym dnem, bo wtedy niezależnie od tego, ile osób nas pochwali, doceni, pokocha – w kółko będziemy powtarzać: „za mało, za mało”. Wierzmy w dobre słowa na nasz temat i je zapamiętujmy. Nie bójmy się, że to nas od nich uzależni, bo to właśnie ci, którzy ciągle noszą dziurę w koszyczku, są zależni od oceny innych. Kiedy człowiek się nasyci dobrem, nawet zbieranym po kawałku, nie będzie wiecznie głodny.

Po trzecie,
ćwiczmy wizualizacje i afirmacje. Dlaczego są takie ważne? Bo „przeuczają” nasze myślenie. My mamy po rodzicach głowy najeżone czarnymi przekazami, typu „jesteś do dupy”, „do niczego w życiu nie dojdziesz”, „jak ty wyglądasz?!”. Kiedy jednak te zdania z siebie wywalimy i zastąpimy je jasnymi, pozytywnymi – od razu poczujemy zmianę. Pamiętajmy, afirmację zawsze mówimy w czasie teraźniejszym, w  trybie dokonanym i nie używając zaprzeczeń. Czyli: „jestem dobra”, „jestem piękna”, nie „najlepsza”, nie „najpiękniejsza”, ale: „w porządku”, „OK”. Albo: „wszystko, co robię, jest całkowicie w porządku, cokolwiek i ktokolwiek o tym myśli”, „rozwijam się i zmierzam w dobrym kierunku”, „staję się coraz bardziej zadowolona z życia”, „mam prawo być dumna z siebie”. (W Internecie można znaleźć opis stosowania afirmacji).

Po czwarte,
trzeba wziąć sobie prawa i dać sobie jeden podstawowy obowiązek. Mamy prawo do szacunku, prawo do popełniania błędów, do bycia zadowolonym z siebie, do pragnień, do spełniania swoich potrzeb i przede wszystkim prawo do szczęścia, dobrostanu oraz prawo do życia. A wśród tych wszystkich praw mamy też obowiązek – dbania o siebie. Najtrudniej jest dziewczynom, które swoją krzywdę zamieniają w roszczenia, na zasadzie: „ponieważ byłam tak skrzywdzona, to mi się należy”. Tylko kto miałby im to wynagradzać, skoro tyle osób jest skrzywdzonych? Każdy z nas musi sam ogarnąć się z własną krzywdą. Powiedzieć sobie: „zostałam skrzywdzona/ zostałem skrzywdzony”, czyli przyznać, że to nie moja wina, że to nie ja chciałam sobie zepsuć życie, tylko tak się ułożyło, ale teraz już to widzę i biorę za siebie pełną odpowiedzialność.

Po piąte,
oddychać. Oddech – właściwy, głęboki, z przepony, a nie z piersi – jest podstawą naszego dobrostanu. Jeśli ktoś ma bardzo nikły kontakt ze sobą, to powinien zacząć od afirmacji i od oddechu. Bo oddech jest lekarzem, przyjacielem, opiekunem, energią. Jeżeli jest mi kiepsko, to oddycham bardzo płytko, słaniam się, poleguję. Kiedy zaczynam oddychać z brzucha – zyskuję mnóstwo przestrzeni i spokoju oraz świadomości swojego ciała, tego, co się we mnie dzieje. Można zacząć ćwiczyć, leżąc: położyć sobie rękę na brzuchu i starać się oddychać tak, by się unosiła przy wdechu. Za każdym razem, kiedy krzywdząca myśl powoduje, że się w sobie spinamy, połóżmy rękę na brzuchu i spróbujmy od środka się uspokoić. Bo jeżeli zaczynamy czuć siebie od środka, to organizm dostaje sygnał, że ma prawo żyć. W związku z tym zaczyna przysyłać to wszystko, co było poukrywane. I jeśli w dzieciństwie kochałaś tańczyć, to będziesz teraz tańczyła. Jeśli malowałeś, to będziesz malować. Co nie znaczy, że twoje obrazy będą wisiały w galeriach i będą cię oklaskiwać na wielkich scenach (choć może i tak się zdarzyć), chodzi po prostu o to, żeby tworzyć i czuć siebie w tym, co jest dla nas prawdziwe.

Po szóste,
szukajmy ludzi, z którymi czujemy się dobrze. Bardzo ważna zasada, bo zwykle osoby, które czują się mniej wartościowe, podłączają się pod kogoś ich zdaniem bardziej wartościowego i ważnego – i zaczynają mu służyć. To niezdrowe, relacje potrzebują wymiany. Trzeba mieć w sobie tę mądrość, by być z tymi, którzy cię chcą, a nie z tymi, których ty wprawdzie chcesz, ale którym jesteś obojętna. Osoby o obniżonym poczuciu własnej wartości żyją według tego słynnego zdania Groucho Marxa: „Nie chcę należeć do klubu, który mnie przyjął na członka”. Bo skoro ktoś mnie chce, a ja jestem kiepska, to on też nie może być fajny, prawda? Ano, nieprawda!

Po siódme,
pora zrozumieć, że wygląd ma znaczenie, ale nie absolutnie. I zwykle ma znaczenie tylko na początku. Wiele dziewczyn, niezadowolonych ze swojego wyglądu, tak się na nim skupia, że przekładają to niezadowolenie na siebie jako człowieka. Dlatego trzeba zdjąć uwagę z własnego wyglądu i przenieść ją na działanie. Warto być w stowarzyszeniach, wolontariatach, oazach, klubach, chodzić na gimnastykę, zapisać się do harcerstwa, na kurs językowy – robić różne rzeczy z różnymi ludźmi, po to, żeby poznali cię głębiej, nie tylko od tej zewnętrznej strony. By zobaczyli, że jesteś na przykład uczynna, dokładna, zwinna, zabawna, koleżeńska, oczytana… Z tego się biorą przyjaźnie, sympatie i miłości, bo wtedy sobie nie wyobrażamy człowieka, tylko go sprawdzamy. Inna sprawa, że świat wymaga od nas koncentracji na wyglądzie, po nim się nas głównie ocenia. A jakby dziewczyny wkładały tyle w rozwój, ile wkładają w swój wygląd, to, kochani, ale by było cudownie!

Po ósme,
łapmy kontakt z innymi, którzy są w podobnej sytuacji. Kółka wsparcia, kręgi, grupy terapeutyczne to bardzo cenne miejsca, w których często rozwija się czyjaś wyjątkowość i dostaje się wsparcie. Ale bardzo ważne jest, by choćby na początku takie koła czy kręgi miały profesjonalnego prowadzącego, który wniesie określone normy – żeby się nie pokłócić, niechcący nie nadużyć i nie przekroczyć pewnych zasad. Jeśli nie ma na to szansy, to można choćby poczytać o takich zasadach w Internecie. Jedną z najważniejszych jest, by nie przerywać i nie oceniać. Wspierać się, a nie krytykować.

Po dziewiąte, unikajmy miejsc i społeczności, które nas osłabiają. Jeśli osłabia cię twój rodzinny dom, który jest bardzo toksyczny, to oddal się od niego. I nie miej wyrzutów sumienia. A jeśli je masz, to je sobie pogłaszcz, powiedz: „No trudno, jest mi smutno z tego powodu, ale nie opłaca mi się tam być”. Czasem nie da się inaczej. Nawet gdy jedzie się do rodziny z nadzieją, że może teraz coś się zmieni, że może zaakceptują mnie taką, jaką jestem, to i tak dostaje się w łeb. Zatem jeśli już musisz i bardzo chcesz, to jedź na krótko albo jedź przygotowana na to, co cię spotka. I dzielnie znoś konsekwencje takiego wyboru. Powiedz na przykład: „A, dziękuję wam za te życzenia, żebym schudła, miała dziecko czy wreszcie normalnego narzeczonego. Dziękuję, tego właśnie się spodziewałam”. A w duszy wiedz swoje i trzymaj się tego.

Praca domowa

Nic tak nie podnosi na duchu, nie inspiruje i nie daje przykładów na to, że warto nad sobą pracować, jak książki. Niejedną osobę wartościowe, mądre lektury uratowały od trudnej rzeczywistości i wyprowadziły „na ludzi”. Dlatego czytaj, czytaj i jeszcze raz czytaj. Czytaj w bibliotekach, pożyczaj od znajomych albo wymieniaj się z przyjaciółmi. Czytaj powieści, wiersze, reportaże, poradniki. A jeśli jesteś dziewczyną lub kobietą na początku drogi budowania swojej wartości, przeczytaj koniecznie: „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą” Ute Ehrhardt, „Toksyczni rodzice” Susan Forward i Craiga Bucka, „Matki, które nie potrafią kochać” Susan Forward, „Nigdy dość dobra” Karyl McBride, „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” Sherry Argov i „Chcę być kochana tak jak chcę”, którą napisałam wspólnie z Ewą Konarowską.

Pomogą ci nie tylko ustalić, czemu czujesz się tak jak czujesz, ale też nauczą cię, jak masz postępować – czyli nie być miła, tylko cenna. Bo jesteś cenna.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Nawyk negatywnego nastawienia i wyćwiczenie mózgu w wyszukiwaniu dobra jest możliwe i może odmienić nasze życie.

Ludzki mózg jest zaprogramowany na szukanie problemów. Robi to już setki lat, więc opanował tę sztukę do perfekcji. Zresztą nie tylko stara się wyszukać problemy, lecz także skutecznie je znajduje i oddaje się ich analizowaniu. Psychologowie nazywają ten proces negatywnym nastawieniem (ang. negative bias). Na wczesnym etapie dziejów ludzkości był on pozytywnym zjawiskiem (i do pewnego stopnia nadal jest). Przeczuwanie zagrożenia zapewnia nam bezpieczeństwo i przetrwanie, ale przy zaburzeniach lękowych negatywne nastawienie staje się bardzo złym nawykiem. Możesz jednak wytrenować swój mózg tak, aby przerywał ten schemat.

Prawdopodobnie jesteś świadomy swoich lęków czy obaw, na przykład martwienia się tym, co swoim zdaniem zrobiłeś nie tak, przy jednoczesnym negowaniu sukcesów. Jest jednak możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy, jak silnie jesteś nastawiony na wyszukiwanie i analizowanie problemów. Pierwszym krokiem do przełamania tego nawyku jest zauważenie w sobie negatywnego nastawienia. Zastanów się, na czym koncentrujesz uwagę, o czym myślisz. Dostrzeż negatywne schematy myślowe.

Następnie poszukaj innych, bardziej pozytywnych i realistycznych rzeczy, na których będziesz mógł się skupić. W trenowaniu mózgu pomogą ci sprawdzone techniki: • Prowadź „dziennik wdzięczności”. Szukaj dużych i małych rzeczy, którymi możesz się cieszyć. Zapisuj je w dzienniku, który stanie się twoim podręcznym spisem pozytywnych myśli i zagadnień. Wykorzystasz je, aby nauczyć swój mózg przełamywania negatywnego nastawienia.

• Celebruj rzeczy, które cię cieszą. Każdego dnia, nawet kilka razy dziennie, staraj się znaleźć coś drobnego, co możesz zapamiętać i uczcić. Celebrowanie może mieć wiele form, prostych lub bardziej wyrafinowanych – wedle twojego upodobania. Wykonaj taniec radości. Puść swoją ulubioną piosenkę. Idź na szybki, krótki spacer. Zrób sobie dziesięciominutową przerwę, żeby przeczytać rozdział dobrej książki. Narysuj coś. Te rytuały wzmacniają pozytywne doświadczenia i są doskonałym narzędziem treningowym dla mózgu w walce z lękiem.

Wzmocnij poczucie własnej wartości

Możesz zmienić sposób, w jaki o sobie myślisz, analizując, czy twoje myśli są słuszne. Ta metoda może skutecznie zmienić nasz autowizerunek; czasem jednak lęk wywołuje tak silną niechęć do siebie, że potrzebujemy dodatkowych narzędzi, aby zaakceptować swoją osobę. Pomocnym narzędziem jest generowanie realistycznych myśli na swój temat, które pozwolą ci konsekwentnie umocnić poczucie własnej wartości w oparciu o obiektywne dowody.

Afirmacje to krótkie stwierdzenia oparte o autoobserwacje lub obserwacje innych na twój temat. Aby z nich korzystać, najpierw spisz jak najwięcej pozytywnych opinii o sobie. Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. Początkowo może ci się to wydawać dziwne i trudne. Nie szkodzi. To znak, że twoje lęki prześladują cię już od dłuższego czasu i afirmacja nie przychodzi ci naturalnie. Nie przejmuj się tym.

Spisując swoje afirmacje, możesz je łączyć ze swoimi najbardziej dokuczliwymi obawami. Jeśli często zdarza ci się martwić, że „nic ci się nie udaje i chyba niedługo wyrzucą cię z pracy”, zapisz afirmacje, które ukażą ab- surdalność tego stwierdzenia. Na przykład:

  • Nigdy się nie spóźniam, inni mogą na mnie polegać.
  • Jestem kreatywny i dobry w... (wymień przykłady obowiązków zawodowych).
  • Szef dziękuje mi za ciężką pracę.
Gotową listę afirmacji umieść w dobrze widocznym miejscu. Przyklej ją taśmą klejącą do lustra, osłony tele- fonu, lodówki albo włóż do szuflady. Jeśli nie chcesz, żeby widzieli ją inni, trzymaj ją schowaną, ale w łatwo dostępnym miejscu, tak żeby często móc po nią sięgać. Z czasem, dzięki codziennemu powtarzaniu, afirmacje staną się częścią twojego naturalnego toku myślenia. Poczujesz spadek lęku i większą pewność siebie i zastąpisz negatywne, nieprzyjemne myśli o samym sobie pozytywnymi, zgodnymi z prawdą stwierdzeniami.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Krytyka - broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Czy masz odwagę być sobą? - test na pewność siebie

Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Pewność siebie to stan umysłu, który wynika z poczucia własnej wartości, wyjątkowości, akceptacji i wiary w moc sprawczą. Przecież nie ma na świecie drugiej takiej osoby jak ty!

Brak pewności siebie powoduje, że stoimy na uboczu życia. Wolimy pozostać w bezpiecznej strefie komfortu. To dlatego nie podejmujemy ryzyka, nie inicjujemy kontaktów z ludźmi, nie walczymy o swoje prawa i nie umiemy odmawiać bez poczucia winy. Nieśmiałość, która jest przejawem braku pewności siebie, powoduje, że przed nosem mogą nam przechodzić ciekawe propozycje zawodowe czy nowe znajomości. Brak poczucia własnej wartości wynika z braku samoakceptacji. To zupełnie tak, jakbyśmy obawiały się własnego światła, rozwinięcia swoich skrzydeł. Tymczasem to właśnie korzystanie w pełni ze swojego potencjału jest sednem rozwoju.

Poniżej krótki test na pewność siebie. Wystarczy na każde z pytań odpowiedzieć "tak" lub "nie":

  • 1. Osiągasz cele z łatwością?
  • 2. Znasz swoje mocne strony i pokazujesz je światu?
  • 3. Bez problemu odmawiasz, jeśli nie możesz lub nie masz ochoty czegoś zrobić?
  • 4. Zazwyczaj to ty inicjujesz rozmowę?
  • 5. Masz poczucie, że każdą sprawę możesz załatwić?
  • 6. Udało ci się zrealizować kilka marzeń?
  • 7. Z łatwością podejmujesz decyzje i bierzesz za nie odpowiedzialność?
  • 8. Dobrze czujesz się na stanowisku osoby zarządzającej zespołem ludzi?
  • 9. Znajomi pytają cię często, jak coś załatwić?
  • 10. Podczas rozmowy patrzysz w oczy rozmówcy?
  • 11. Twój uścisk dłoni jest mocny?
  • 12. Podczas chodzenia nie garbisz się, twoje plecy są proste?
  • 13. Twój przekaz słowny jest konkretny i zrozumiały przez odbiorców?
  • 14. Uważasz się za kobietę atrakcyjną?
  • 15. Lubisz swoje ciało, a więc nie masz kompleksów z nim związanych?
  • 16. Lubisz wyzwania i często je podejmujesz?
  • 17. Potrafisz jasno zaznaczyć swoje granice w relacjach z ludźmi?
Większość odpowiedzi: „tak” oznacza, że jesteś kobietą, która osiąga swoje cele. Jeśli zgadzasz się tylko z kilkoma powyższymi stwierdzeniami – warto popracować nad wiarą w swój potencjał, który tylko czeka na przebudzenie.

Pomogą ci w tym następujące ćwiczenia:

Źródło: Dagmara Gmitrzak, „Trening Jaguara. Obudź swoją pewność siebie i osiągaj zamierzone cele”, Sensus 2014

Dagmara Gmitrzak trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl

  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach.
Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka?
Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać?
Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to...
To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości...
Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość?
Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia?
Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata.
„Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów?
Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów.
Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne?
Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami?
Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce?
Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

„Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna” – skąd czerpać zdrowe poczucie wartości?

Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Do poczucia własnej wartości pomaga dotrzeć głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jeden jedyny we wszechświecie – mówi trenerka i doradczyni rozwoju osobistego Barbara Wójcik.

Jaka jest pani definicja zdrowego poczucia własnej wartości?
To szczególny stosunek do siebie samego o podłożu emocjonalnym, na który składają się dwie jakości: poczucie godności i wysoka samoocena. Doświadczam szacunku do siebie jako osoby i uznaję swoje prawo do istnienia, a na tym fundamencie buduję drugi składnik – wysoką samoocenę. Pierwotne jest jednak poczucie, że jako istota ludzka jestem ważna tak jak każdy inny człowiek. Bo jeśli wiem, że mieszka we mnie cząstka, nazwę ją duchową, taka jak w każdym człowieku, to mogę dobrze się czuć, choćbym niczego nie dokonała. Mogę z szacunkiem patrzeć na innych niezależnie od tego, co robią, czy ich zachowanie jest godne uznania. Nowoczesne społeczeństwa wyrażają ten szacunek w swoim prawodawstwie – każdy z nas ma te same prawa!

Na tym poziomie wszyscy jesteśmy równi.
Otóż to. I jeżeli mieliśmy szczęście wychowywać się w środowisku, w którym szanuje się życie, to nie mamy kłopotu z poczuciem własnej wartości: fundamentalna godność jest tożsama z darem życia.

Ale mamy kłopot. Czy nie dlatego, że wychowanie i edukacja oparte są na porównywaniu?  
Porównywanie osób sugeruje, że ktoś jest mniej, a ktoś więcej wart. Oczywiście różniąc się pod każdym względem, zajmujemy różne pozycje w hierarchiach zawodowych i społecznych. Jeśli mam poczucie godności, niskie miejsce w rankingu nie robi mi żadnej szkody, bo nie muszę być pierwsza, żeby wiedzieć, że jestem coś warta. Fundament mam taki sam jak wszyscy, ale to, co na nim buduję, zależy od moich zasobów. Właściwa edukacja to umacnianie w dzieciach poczucia godności i pomoc w rozpoznawaniu ich indywidualnych zasobów.

Nasze poczucie wartości nadszarpuje także wieczne ocenianie.
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek. Cały rozwój osobisty opiera się na tym, co mam, a nie na tym, czego nie mam. Dlatego tak niesłychanie ważne jest rozpoznawanie swoich mocnych stron. Jeśli na rynku wymiany umiejętności zdecyduję się wystawić swoje, to one zawsze będą podlegać ocenie. Każdy może ocenić mnie jako trenerkę, lecz nie jako człowieka!

Jak odkryć głębokie poczucie własnej wartości?
Jeżeli staramy się siebie samych zrozumieć, to prędzej czy później mamy szansę zobaczyć, że poczucie naszej wartości nie jest zależne od innych ani od tego, w jakich warunkach dorastaliśmy. Na trudne przeżycia można spojrzeć w nowy sposób. Dotarciu do samego siebie służy poszerzanie samoświadomości, a także praca terapeutyczna. Jako dzieci byliśmy bezradni, teraz możemy sobie poradzić, korzystając z zasobów, które mamy jako dorośli.

Co nam jednak w tym przeszkadza? Przyjmowanie roli ofiary?
Nie można zaprzeczać, że krzywdy istnieją. Natomiast warto się z nimi zmierzyć. Można wtedy odkryć, że nie musimy żyć w poczuciu krzywdy. Bez zaakceptowania siebie taką, jaka jestem, się nie obejdzie. Nie zmienię tego, że pewnych cech nie mam. Natomiast może mi się wydawać, że brakuje mi czegoś, co tak naprawdę mam. Urealnione patrzenie na siebie naprawdę jest uzdrawiające. Dotrzeć do poczucia własnej wartości pomaga głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jedyny we wszechświecie.

Ale na samoocenę trzeba pracować?
Owszem, pracować w tym sensie, żeby rozwijać to, co się ma. Moja samoocena wzrasta, bo widzę, że sobie radzę, że potrafię robić coś coraz lepiej. Jeżeli mam oparcie w sobie, to żadna strata czy porażka nie wyrządzą mi szkody.

My szukamy potwierdzenia własnej wartości raczej na zewnątrz.
Zawsze będziemy chętnie słuchać o sobie dobrych rzeczy i smakować sukcesy, bo potwierdzają wysoką samoocenę. Czemu mielibyśmy się z tego nie cieszyć? Jednak jeżeli swoje poczucie wartości budujemy wyłącznie na tym – jest ono chwiejne. Umacnia je jedynie fundament własnej godności. Samoocena, owszem, ewoluuje, bo jedne zadania idą nam świetnie, a z innymi nie dajemy sobie rady. Coś mi nie wyszło, ale nie robię z tego powodu tragedii. Wycofuję się na jakiś czas, by potem wrócić lepiej przygotowana, lub szukam innej drogi.

Co zrobić, żeby nasze dzieci miały poczucie własnej wartości? Po pierwsze, zbadać, czy sami je mamy, bo tylko dorosły, który czuje się ważny jako człowiek, może to przekazać swojemu dziecku. Po drugie, cenić dziecko za to, że jest, a nie za to, jakie jest. Ważne jest przy tym poszanowanie jego uczuć i myśli.

Akcentuje pani mocno poczucie godności. Dlaczego?
Poczucie godności to jest taki rdzeń, który stanowi o naszym człowieczeństwie. Jeżeli uznamy go w sobie, to uznamy także w kimś i już tego rdzenia nie naruszymy. Jeżeli natomiast zabraknie nam tego fundamentu, zabraknie też zdrowej bazy do budowania wysokiej samooceny. Wtedy nasze poczucie własnej wartości będzie zależeć np. od tego, co osiągniemy. Tymczasem nie da się go zbudować poprzez zmianę zawodów, mężów, domów, gromadzenie dóbr. Bert Hellinger, niemiecki terapeuta i twórca słynnych już rodzinnych ustawień, odkrył, co musimy zrobić, abyśmy poczuli się ze sobą pogodzeni. Otóż jest to możliwe wtedy, gdy przestaniemy mieć pretensje do rodziców, a więc przyjmiemy ich takimi, jacy są. A co to tak naprawdę znaczy? Że przyjmiemy dar życia bez zastrzeżeń.

A jeśli rodzice wyrządzili nam krzywdę?
Może pomóc myślenie: życie kosztowało mnie więcej, miało wyższą cenę. Ale któż by się targował o życie. Przyjmuję je więc ze wszystkimi warunkami. To podstawa. Trzeba przyjąć do serca także członków naszego systemu rodzinnego: dziadków, rodziców i ich rodzeństwo, własnych braci i siostry, także przyrodnie i zmarłe. Jeżeli uporządkujemy system rodzinny, to możemy z niego czerpać siłę. Rzeka życia wyrzuciła nas na brzeg przy pomocy rodziców i przodków i jeśli czujemy, że stoją za nami, to dopiero wtedy niczego nam nie brakuje, czujemy się pełni i znamy własną wartość.