1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie fiksuj się na motylach, czyli czy rozniecanie żaru z okresu zakochania sprzyja związkowi?

Nie fiksuj się na motylach, czyli czy rozniecanie żaru z okresu zakochania sprzyja związkowi?

 Wskazaniem do terapii jest przewaga negatywnych emocji w parze, brak poczucia bliskości psychicznej i fizycznej, brak możliwości rozmowy o tym, co dla nas ważne, albo ogromne rozbieżności na tym polu. (fot. iStock)
Wskazaniem do terapii jest przewaga negatywnych emocji w parze, brak poczucia bliskości psychicznej i fizycznej, brak możliwości rozmowy o tym, co dla nas ważne, albo ogromne rozbieżności na tym polu. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Co zrobić z pragnieniem, by po tylu latach wspólnego życia on nadal patrzył w oczy jak dawniej? Albo ze złością na to, że bałagani? Poradniki radzą, by rozniecić żar z okresu zakochania. Bartosz Szymczyk, psycholog i terapeuta par, twierdzi jednak, że to nie zawsze działa, a nawet szkodzi.

Można ponownie zakochać się we własnym mężu? O ile po latach wspólnego życia można mówić o kochaniu, to czy można też o zakochaniu?

Cóż ja, słysząc hasło: "Jak zakochać się we własnym mężu?" zadaję sobie raczej pytanie: po co?

Myślę, że wielu z nas tęskni za tzw. motylami w brzuchu i tym, jak czuliśmy się na początku randkowania. Chce pan powiedzieć, że lepiej w ogóle nie zawracać sobie tym głowy i skupić się na pięknie nowego etapu, na którym jesteśmy jako para?

Decydując się na stały związek, robimy to często po to, aby w pewnym sensie zakonserwować niezwykłe, przyjemne chwile, które przeżywamy z drugą osobą. Pragniemy na dłużej, może nawet na zawsze, zatrzymać to, że ktoś słucha nas i poświęca nam swoją uwagę. To, że bywamy razem w pięknych miejscach, że jesteśmy razem w dobrym momencie życia. Prawda jest jednak taka, że chwili nie da się zatrzymać - na szczęście w miejsce tych wspaniałych momentów pojawiają się inne elementy: uczucie bliskości, wzajemna troska, zaufanie. Zadawanie sobie pytania, jak ponownie zakochać się w stałym partnerze czy też jak rozkochać go w sobie, może oznaczać, że - tak jak pani powiedziała - odczuwamy tęsknotę za minionym stanem i że nie zgadzamy się na naturalne przemijanie. Może też wynikać z silnego poczucia jakichś braków w relacji, na przykład właśnie braku bliskości.

Czyli motyle w brzuchu są w stałym, wieloletnim związku to czysta fantazja? Nie można ich poczuć na nowo?

Można, ale co najwyżej na chwilę: oddając się wspomnieniom czy uciekając na moment od codzienności, podczas wakacji, wyjazdu lub wspólnego wyjścia. Nie są to zresztą te same motyle, ale raczej ich wspomnienie, odwołanie się przez parę do dzielonego ze sobą "kapitału bliskościowego". Jeśli zafiksujemy się na szukaniu tych motyli sprzed lat, to stracimy z oczu inne, ważniejsze rzeczy, które dzieją się w naszej relacji.

Zatrzymajmy się nad kwestią bliskości. Seksuolog Michał Pozdał podkreślał, że dla relacji seksualnej szalenie ważne jest dbanie o codzienną bliskość fizyczną, o dotyk. Czy sprawa ma się podobnie z punktu widzenia psychiki?

Zacznijmy od tego, że nie istnieje jedna definicja bliskości. Ja zdefiniowałbym ją jako to, co wyróżnia bycie w parze, jest w niej względnie trwałe, wskazuje na wzajemne zaangażowanie partnerów w swoje życie i ma związek z pozytywnymi uczuciami. Bycie z drugim człowiekiem łączy się przecież z tak wieloma trudnościami, że musi istnieć coś pozytywnego i jednocześnie potencjalnie osiągalnego, co powoduje, że ludzie wiążą się ze sobą na dłużej. Moim zdaniem bliskość oznacza, że otwieramy się i pozostajemy otwarci na to, żeby towarzyszyć sobie w ciągu życia, być blisko ciałem i duchem, angażować się wzajemnie w swoje sprawy. Bliskość wiąże się też z życzliwością wobec drugiej osoby. Chcemy, żeby było jej po prostu dobrze.

Pamiętajmy, że dotyk to nie tylko sensualność, ale też coś, co dzięki zmysłom odbywa się na poziomie psychicznym - wspomniane już otwarcie się na kogoś, dopuszczenie, pozwolenie sobie, żeby kogoś dotykać i żeby być dotykanym. Mówimy o rodzaju intymności, który w naszym życiu, poza okresem niemowlęcym i wczesnodziecięcym, ma miejsce tylko w bliskiej relacji w parze - i tu może na dodatek mieć charakter seksualny. Z punktu widzenia terapii par bliskość to jednak coś więcej niż dotyk - to myślenie o drugiej osobie, podejmowanie wspólnych zobowiązań, branie odpowiedzialności za to, co nas łączy, dbanie o siebie nawzajem. Czasem symbolizuje ją drobny znak, porozumiewawcze spojrzenie, gdy jesteśmy gdzieś w szerszym gronie, mały gest, a więc wszystko to, co mówi: "nie jesteś sama, jestem tu z tobą".

Mówi pan "przyzwolenie", "otwarcie się". Czy oznacza to, że do budowania bliskości potrzebna jest nasza świadoma decyzja? Kochanie to przemyślany proces, dobrowolna zgoda na miłość?

Bliskość to coś, co buduje się w czasie, trochę jak oswajanie. Czy dzieje się to świadomie? Po części oczywiście tak - przecież decydujemy się spędzać razem czas, dbać o siebie, rozmawiać. Ale też w dużej mierze nie - bo bardzo ważną funkcję pełni tu wspólne przeżywanie wydarzeń, które podsuwa nam życie i na które nie mamy wpływu.

A jednak wszystkie poradniki głoszą, że jednym ze sposobów na odświeżenie uczuć do partnera jest przypomnienie sobie powodów, dla których zakochaliśmy się w nim przed laty, zanim pojawiły się między nami rutyna, zmęczenie. Może to o to chodzi w tej świadomej decyzji? By skupiać się na pozytywnych cechach drugiej osoby, choć po latach coraz bardziej denerwują nas wady partnera? Mój mąż doprowadza mnie na przykład do szału swoim bałaganiarstwem. Mogę oczywiście trzasnąć drzwiami, wyjść i poszukać kogoś, kto będzie takim samym pedantem, jak ja. Mogę też podjąć świadomą decyzję, że mimo wszystko chcę być z tym mężczyzną, i skupić się na tym, jak bardzo jest czuły, odpowiedzialny, pracowity, jak kiedyś ujął mnie swoim poczuciem humoru albo na tym, jak świetnym jest dziś ojcem dla naszych dzieci.

Jest jeszcze wyjście trzecie, ale najpierw przyjrzyjmy się dwóm pierwszym. Trzaśnięcie drzwiami to koniec relacji. Warto przy jego okazji pamiętać, że nie jest powiedziane, że w kolejnym związku też nie pojawią się jakieś brudne skarpetki lub coś innego, co również będzie doprowadzać mnie do szału.

Wyjście drugie, czyli skupienie się na pozytywach, to pewnego rodzaju mentalny i emocjonalny szpagat. Uczucia, które sprawiają mi kłopot, chowam wówczas do kieszeni, uznaję, że nie są ważne, odcinam się od nich, a koncentruję na czymś innym. Ważne jest oczywiście, żeby podejmować refleksję nad tym, co pozytywne, co doceniam, ale tego, co irytuje, nie da się schować do kieszeni i już.

I tu dochodzimy do drogi trzeciej, bardzo ważnej, a często dziś ignorowanej. Jest to droga dawania sobie prawa, czasu i przestrzeni, aby myśleć o wszystkich swoich uczuciach, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Dobrze zadać sobie pytanie: czemu ja się tak na te skarpetki złoszczę? Co się takiego stało, że zaczęły tak bardzo mnie irytować? Czy zawsze tak było? Poddajemy to refleksji. Może te denerwujące mnie skarpetki to wynik jakiegoś procesu toczącego się między nami? Może stało się coś jeszcze, co powoduje moją złość? A może i ja miałam swój udział w doprowadzeniu do bałaganiarstwa męża? Może nie podjęliśmy nigdy twórczej rozmowy, co z tym zrobić? Czy w ogóle można jeszcze taką rozmowę odbyć? Może gdy miałam dwadzieścia kilka lat, nonszalancja mojego obecnego partnera, objawiająca się m.in. skłonnością do bałaganiarstwa, wydawała mi się pociągająca, bo mnie samej brakowało luzu, bo byłam przyzwyczajona do ogromnego rygoru? Może rozrzucone skarpetki zaczęły przeszkadzać mi dopiero wtedy, gdy pojawiły się dzieci i wśród sterty brudnych ubrań nie byłam w stanie znaleźć pieluchy czy butelki? Dlaczego wtedy o tym nie rozmawialiśmy? Refleksja tego typu zabezpiecza nas zarówno przed podejmowaniem pochopnych decyzji, jak i przed próbą napięcia mięśnia samokontroli, który doprowadza potem do wybuchu, gdy sytuacja ma miejsce po raz kolejny.

Wracając do pani pytania o to, czy warto, jak radzą poradniki, rozpisywać sobie powody, dla których kiedyś związaliśmy się z tym, a nie innym mężczyzną - nostalgia wobec czegoś, co możemy nazywać kapitałem bliskościowym, jest miła i bywa wspierająca. Jest to bowiem pewna przestrzeń wspólna, w której możemy pomyśleć o nas jako parze. Przypomnieć sobie o tym, że mamy jakąś historię i że jest ona ważna...

... czekam na jakieś "ale".

Ten kapitał, te wspomnienia mogą pomóc w dalszym budowaniu bliskości, ale z drugiej strony także tutaj mamy do czynienia ze szpagatem. Nie próbujmy na siłę mieć znowu 20 lat! Ja co roku na rocznicę ślubu jeżdżę z żoną na łódkę, by spędzić trochę czasu jak dawniej. Wciskam się w młodzieżową koszulkę, rozpalamy razem ognisko. Jest to pewien rytuał, zabawa, nawiązanie do wspólnych wspomnień i próba ich podtrzymania. Potem jednak trzeba wrócić do codziennego, prawdziwego życia, gdzie nie ma łódki, jeziora i romantycznego ogniska. Nie możemy udawać, że jest inaczej. Powtarzam znowu: nie fiksujmy się na motylach. Na udawaniu nic jeszcze nie zbudowano.

Wskazaniem do terapii jest przewaga negatywnych emocji w parze, brak poczucia bliskości psychicznej i fizycznej, brak możliwości rozmowy o tym, co dla nas ważne, albo ogromne rozbieżności na tym polu. (fot. iStock) Wskazaniem do terapii jest przewaga negatywnych emocji w parze, brak poczucia bliskości psychicznej i fizycznej, brak możliwości rozmowy o tym, co dla nas ważne, albo ogromne rozbieżności na tym polu. (fot. iStock)

Autorefleksja nie jest łatwa. Może warto nauczyć się jej u specjalisty? Kiedy dobrze jest skorzystać z terapii par? Jak rozpoznać właściwy moment, jak go nie przeoczyć?

To przeoczenie, przegapienie, odbywa się raczej tak, że kryzys w parze trwa już dłuższy czas i u jednego z partnerów pojawia się myśl, żeby pójść na terapię. Werbalizuje to i nagle zaczyna się odraczanie decyzji. Kłótnie o to, kto ma znaleźć specjalistę, pytania, czy jest to absolutnie konieczne itp. Ja zresztą nie namawiam do zbyt szybkiego udawania się do terapeuty. Zachęcam raczej do podjęcia próby refleksji samodzielnie. Warto walczyć z przekonaniem, że trafiając do terapeuty, mamy już sukces w kieszeni - on wszystko za nas naprawi, wszystko załatwi. Muszę rozczarować - nie mamy w gabinecie żadnych magicznych fiolek z eliksirami, nie dysponujemy czarodziejskimi różdżkami. To, co oferujemy to przede wszystkim zachęta do ujrzenia swojego udziału w pewnych procesach, inny rodzaj rozmowy, przestrzeń na pomieszczenie i wyrażenie trudnych uczuć, przepracowanie zadanych sobie ran. Wskazaniem do terapii jest przewaga negatywnych emocji w parze, brak poczucia bliskości psychicznej i fizycznej, brak możliwości rozmowy o tym, co dla nas ważne, albo ogromne rozbieżności na tym polu. Brak możliwości dostrzeżenia czegoś wartościowego w drugiej osobie.

Trywializując, zapytam więc - brak zakochania w długotrwałym związku to nie jest temat na terapię?

Odpowiem inaczej: widoczna jest dziś zmiana w tym, z czym ludzie zgłaszają się do gabinetów terapeutów. Jeszcze kilka lat temu repertuar problemów był dość stały, a pary udawały się na terapię w łatwiejszych do zidentyfikowania momentach, często związanych z kolejnymi etapami rozwoju rodziny. Mam tu na myśli narodziny dziecka, problemy w pracy, czy jej utratę, mierzenie się z pustym gniazdem lub jego perspektywą, choroba czy śmierć rodziców. Dziś coraz częściej zgłaszają się do nas pary młodziutkie - i wiekiem i stażem. Bardziej przelęknione niż rozczarowane byciem razem, bo jeszcze tego bycia niewiele, a już czują się bezradne w obliczu nieprzystawalności do siebie wyobrażeń o tym, co to znaczy być ze sobą. A wyobrażenia te są bardzo różne. Często pojawia się także podejrzenie, że ich problemy są tak naprawdę problemami indywidualnymi, związanymi z tym, że nie są to jeszcze osoby w pełni dojrzałe. Pary starsze, także stażem, często przychodzą natomiast z dużymi pokładami rozczarowania, ale coraz częściej bez wcześniejszego sięgnięcia po zasoby własne, bez wiary, że same mogą próbować zmierzyć się z trudnościami.

Presja społeczna, szczególnie ta instagramowo-fejsbukowa, też podbija piłeczkę. Wzajemne oczekiwania partnerów przestają być realistyczne. Tracimy zdolność do znoszenia frustracji - a pojawia się ona zawsze, w każdym związku. Nie umiemy radzić sobie ze złością, smutkiem ani z tym, że sami kogoś zezłościliśmy czy zraniliśmy. Przecież power-couple na Instagramie zawsze idealnie się rozumie, jest w sobie po uszy zakochana, trzyma się za ręce przy zachodzie słońca i patrzy sobie głęboko w oczy. Utrwalanie tych złudzeń kończy się rozczarowaniem i zgorzknieniem.

Tym bardziej, że trudno jest zawsze w 100% rozumieć partnera.

Cóż, jeśli mamy takie przekonanie, że dobry związek polega na tym, że zawsze, w każdej sytuacji, będziemy idealnie się rozumieć, albo że druga osoba będzie myśleć tak samo jak my i tak samo patrzeć na świat - to czeka nas takie samo rozczarowanie, jak w wypadku braku codziennych spektakularnych zachodów słońca i głębokich spojrzeń w oczy. Każdy ma bowiem jakieś ograniczenia. Bycie razem - także.

Niełatwo jest je jednak zaakceptować, tym bardziej że żyjemy w czasach, w których nie tylko wszystko pięknie wygląda na zdjęciach, ale także wszystko mamy natychmiast. Podczas towarzyskich rozmów o związkach często słyszy się: "Po co się męczyć?".

Na szczęście chyba jednak większość z nas ma świadomość, że związek z drugą osobą wymaga pewnej pracy. Kiedy denerwują nas jej wady, kiedy kłócimy się, ale jesteśmy też dla siebie ważni, mamy dla siebie nawzajem ciepłe uczucia - jest dobrze. O problemie - a więc i nadmiernym wysiłku jednej ze stron, który może nie doprowadzić do pożądanych rezultatów - mówimy wtedy, gdy tracimy poczucie więzi z drugim człowiekiem, kiedy zastępuje ją obojętność lub wrogość. Cóż, nikt nie obiecywał, że wszystkie związki są na zawsze albo nawet na lata! Jeśli jednak jest między nami bliskość, to jest ona na ogół ważniejsza niż wszystkie piękne zdjęcia, wyprawy na łódkę, wspomnienia i motyle. Nie musi przy tym oznaczać, że ciągle do siebie dzwonimy, że co weekend organizujemy sobie romantyczne randki, oddając dzieci do dziadków, by leżeć nago na łące. Że z pracy co chwilę wysyłamy sobie SMSy i myślimy o sobie bez wytchnienia. Czasem większa bliskość bierze się nie z fantastycznego seksu czy niezwykłego porozumienia dusz, a z tego, że jedna zmęczona noga dotknie drugiej zmęczonej nogi gdzieś pod wspólną kołdrą.

 

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Brak miłości, nieudane związki - jakie korzyści może dać psychoterapia?

Wiele
Wiele "miłosnych" schematów trudno jest przepracować bez pomocy terapeuty, co pokazują zresztą poniższe historie. Nieraz wystarczy kilka spotkań, żeby "coś" w sobie otworzyć. Często jednak trzeba przygotować się na dłuższą pracę. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Dlaczego wciąż spotykam egoistów i maminsynków? Dwa lata temu takie pytania zadawali sobie Monika, Tomek i Ada. Dzisiaj kochają i są kochani. Cud? Szczęśliwy traf? Nie. Praca nad sobą pod okiem terapeuty. To dzięki temu otworzyli się na miłość.

Trzy lata temu Monika, 37-letnia wykładowczyni socjologii o urodzie Moniki Bellucci, wpatrywała się w telefon, czekając na wiadomość. Umówiła się z Markiem, że przyjedzie po nią i pojadą do kina. Nie odbierał telefonu. Po godzinie przysłał wiadomość, że jest u kolegi i da znać, jak wyjdzie. Odezwał się po dwóch dniach, jak gdyby nigdy nic. Była do tego przyzwyczajona. W końcu Marek nie po raz pierwszy wystawił ją do wiatru w ciągu ostatniego roku, czyli od momentu, w którym poznali się na portalu randkowym.

– Zawsze to ja rzucałam faceta, gdy czułam, że to nie jest związek dla mnie – opowiada Monika. – Marka nie udawało mi się zostawić, choć mówił mi wprost, że nic z tego nie będzie. Nawet jak zorientowałam się, że takich adoratorek jak ja ma kilka, też nie potrafiłam wybić go sobie z głowy. Jak ulał pasował do mnie żart z filmu braci Marx: „Ta kobieta zachowuje się jak idiotka i wygląda jak idiotka, ale niech to nikogo nie zmyli: ona jest idiotką!”.

Monika znała rozmaite teorie psychologiczne, miała świadomość, że całe jej życie miłosne przebiega pod znakiem lęku przed bliskością. Ba, wiedziała nawet, że źródło tkwi w relacji z ojcem.

– Od dziecka bałam się go i walczyłam z nim, prowokowałam i nienawidziłam, gdy mnie karał – opowiada. – Ojciec był też kochający i uroczy, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu tworzyłam związki typu „dwoje na huśtawce”. I wybierałam facetów, z którymi mogłam mieć na zmianę przyciąganie i odpychanie. A jak któryś chciał stabilizacji, to nieświadomie prowokowałam go, żeby mieć pretekst do odejścia.

Dlaczego więc Monika, mimo wiedzy na temat swoich miłosnych mechanizmów, nie potrafiła się od nich wyzwolić? Bo zmiana czegoś, co zapisało się w naszym umyśle w pierwszych latach życia i utrwalało przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, wymaga nie lada wysiłku. To tak, jakbyśmy chcieli, by na ścieżce, którą przez 30 lat chodzili ludzie, nagle wyrosły stokrotki. Musimy się napracować, żeby to osiągnąć. Często pierwszym krokiem jest zasięgniecie rady kogoś, kto zna się na trawnikach i hodowli kwiatów.

Czas pozwolić sobie na wszystkie odczucia

Monika trafiła do psychoanalityka poleconego przez koleżankę. – Przez pierwszy rok chodziłam na analizę pięć razy w tygodniu – opowiada. – Czasami jechałam przez całe miasto tylko po to, żeby opowiedzieć sen o wampirach i usłyszeć: „dziękuję” w momencie, gdy mówiłam, że jeden z nich miał twarz ojca z fotografii z młodości. Wychodziłam i przez resztę dnia zastanawiałam się, co to znaczy. Z boku wyglądało to na szaleństwo, ale ja byłam pewna: to musi zadziałać. Niezwykłe, choć może lepiej powiedzieć: niezwykle bolesne, było też to, jak przeżywałam historie, które opowiadałam wcześniej wiele razy i wydawało się, że nie robią już na mnie wrażenia. Na przykład o tym, że ojciec mnie uderzył, gdy nie posłuchałam go i nie zwolniłam rowerem na zakręcie i prawie wpadłam pod autobus. Miałam wtedy sześć lat. Na analizie wróciły do mnie wszystkie uczucia, które tłumiłam przez lata. Ryczałam jak bóbr, choć do tej pory płakałam tylko w samotności. Pozwalałam sobie na odczuwanie bezradności, strachu, przerażenia, nienawiści. Ale też czułości, zrozumienia, otwartości na ludzi, akceptacji siebie i innych, cierpliwości.

Na tym polega siła psychoanalizy: ponownie przeżywając traumy, pod okiem doświadczonego analityka i jako dorośli ludzie, mamy szansę się od nich uwolnić. Oczyścić naszą nieświadomość z tego, co nas unieszczęśliwia. Stworzyć przestrzeń do działań, które dają spełnienie i satysfakcję. U Moniki oznaką zmiany było to, że po pół roku analizy przestał ją obchodzić Marek.

– Wtedy zobaczyłam, że wokół mnie są fajni faceci – opowiada Monika. – Jednym z nich był mój przyjaciel. Nagle zaiskrzyło między nami i od dwóch lat jesteśmy razem. Za trzy miesiące bierzemy ślub. Owszem, to nie bułka z masłem, bo ja wciąż walczę ze swoimi lękami i chęcią prowokowania napięć. Ale to mężczyzna, którego naprawdę kocham. Jestem pewna: nie byłoby to możliwe bez psychoanalizy.

Złamanie schematów i zasad

Ada, 34-letnia montażystka, dwa lata temu miała krótką fryzurkę w stylu lat 20., pracę przy serialu, ambitne plany zawodowe i przekonanie, że najpierw musi wzmocnić swoją pozycję zawodową, a dopiero potem myśleć o związku. Bo tak się działo w jej życiu, że zakochiwała się wtedy, gdy odnosiła sukcesy. Jej mantrą było: „Najpierw stanąć na nogi, potem chodzić na randki”.

Rok później Ada wciąż miała krótkie czarne włosy, choć na fryzjera wydała ostatnie pieniądze. Nie miała już pracy w telewizji ani mieszkania w centrum. W ramach oszczędności wynajęła pokój na obrzeżach miasta. Miała kredyt do spłacenia i coraz większy lęk, że życie ją przerasta. Zazdrościła koleżankom w związkach, że nie muszą same zmagać się z rzeczywistością. Ona mogła liczyć tylko na siebie. W dobrych czasach, gdy było ją stać na taksówki, restauracje i wakacje w Maroku, samotność jej nie doskwierała. Teraz, wracając nocnym autobusem z imprezy, z zazdrością patrzyła na pary trzymające się za ręce.

Do terapeutki trafiła bynajmniej nie z powodu tęsknoty za męskim ramieniem. Wysiadło jej kolano. Nie był to żaden uraz ani choroba. Wiedziała, że to z napięcia, bo za kilka dni miała mieć poważną rozmowę o pracę i strasznie się bała, że się nie uda.

– Pomyślałam: to znak, że jest ze mną źle – tłumaczy Ada. – W desperacji pożyczyłam pieniądze od współlokatorki i poszłam do terapeutki, która bardzo pomogła mojej koleżance. Wiedziałam, czego chcę: wzmocnienia i tego, by życie ruszyło z miejsca.

Dwie sesje po trzy godziny zrobiły swoje. – Czułam się tak, jakbym przestawiła sobie zwrotnice w mózgu – śmieje się Ada. – Tak, by uwagę kierować na to, co pozytywne, wzmacniające i twórcze. Miałam jasność: to, jak się czuję, zależy ode mnie. Mogę sobie pozwolić na przygnębienie, biczowanie się, że jestem beznadziejna i wszyscy inni mają lepiej. A mogę też cieszyć się tym, co jest. Skoro i tak mam długi i nie stać mnie na fryzjera, to po co się dodatkowo tym zadręczać? Czy nie lepiej pójść na spacer i radować się widokiem zieleni? Lepiej. No to szłam na spacer.

Szła tym chętniej, że na przechadzki wyciągał ją Jacek, przystojny i uznany w środowisku reżyser. Kręcił się koło niej od dwóch miesięcy. Wcześniej ani myślała zajmować sobie głowę amorami. Przecież musiała skupiać się na szukaniu pracy. – A teraz pomyślałam: co mi szkodzi spotykać się z ciekawym facetem? – opowiada Ada. – Przecież nie muszę ani iść z nim do łóżka, ani do ołtarza. Trochę było w tym też przekory, bo nie dość, że koleżanki ostrzegały mnie przed nim: „to narcyz, który wyniszcza kobiety”, to jeszcze randkowanie w sytuacji, gdy nie mam pracy i pieniędzy, było wbrew moim zasadom.

Jak się okazało, w miłości dobrze jest wyjść poza schematy. Zwłaszcza te, które usztywniają nasze myślenie (jak: „najpierw muszę znaleźć pracę, a potem chodzić na randki”) i zakładają klapki na oczy. Wizyta u coacha pomogła Adzie popatrzeć na siebie i swoją sytuację świeżym okiem. Dostrzec nowe możliwości i zastosować inne metody działania. – Jestem pewna, że bez tego nie zdecydowałabym się na randki z trudnym facetem, jakim bez wątpienia jest Jacek – mówi Ada. – No i nie byłabym od sześciu miesięcy w fajnym związku. Bo wbrew ostrzeżeniom życzliwych, okazał się delikatnym i wrażliwym facetem. Nie wiem, czy to facet na całe życie, ale bycie z nim daje mi radość i siłę. A tego potrzebuję, zwłaszcza teraz, gdy moja sytuacja zawodowa wciąż jest chwiejna. Choć powoli się poprawia. Nie wiem, czy więcej zleceń to efekt sesji, czy tego, że jestem bardziej pewna siebie i zadowolona z życia. Jest jeszcze jeden plus sytuacji: Jackowi podoba się, że zapuszczam włosy i uwielbia mnie w kucyku. Więc przy okazji oszczędzam na fryzjerze.

Warto zawalczyć o siebie

– Nic nie mogę znaleźć, bo Mikołaj robił wczoraj porządki w kuchni – gdera Tomasz, 30-letni scenarzysta, szukając zielonej herbaty. Z 28-letnim anglistą, którego poznał 10 miesięcy wcześniej, miesiąc temu wynajęli mieszkanie i wciąż je urządzają. Tomasz narzeka, ale jest szczęśliwy. – Czasami trudno mi uwierzyć, że mam swój dom – mówi Tomasz. – A tak naprawdę kogoś, z kim tworzę ten dom. Bo choć to brzmi trochę pompatycznie, to ja traktuję Mikołaja jak najbliższą rodzinę.

Swoistym przygotowaniem do życia w tej rodzinie była dla Tomasza psychoterapia. Poszedł na nią dwa lata temu, bynajmniej nie z powodu miłosnych zawodów czy samotności. Odpowiadały mu przygody i romanse, które szybko się kończyły. Bez darcia szat i ran. – Uważałem, że nie nadaję się do związku i tak naprawdę go nie potrzebuję – mówi. – Nie lubiłem, jak ktoś mi się kręcił po mieszkaniu.

Poszedł do psychoterapeuty analitycznego, poleconego przez przyjaciółkę, bo czuł się zablokowany twórczo. – Rozmawialiśmy o moim pisaniu i apatii, ale „ojciec prowadzący” z uporem maniaka powtarzał: „Panie Tomaszu, panu przydałby się jakiś facet na żonę. Pan by pisał, a on by robił panu herbatę i podawał ciasteczka” – opowiada Tomasz. – Myślałem: „facet, co ty gadasz?!”, ale gdy poznałem Mikołaja, nie miałem oporów, żeby zaprosić go do siebie. Na moje wątpliwości, że to pewnie nie wyjdzie, psychoterapeuta odpowiadał: „Co panu szkodzi, najwyżej go pan rzuci”. To brzmiało cynicznie, ale może dlatego przekonująco dla takiego neurotyka jak ja. Mój psychoterapeuta zachęcał mnie też do tego, żebym powiedział matce, że jestem gejem i że związałem się z Mikołajem. Wcześniej myślałem: „to nie jej sprawa, z kim sypiam”. Ale jak w końcu jej powiedziałem, poczułem się tak, jakby odpadł mi obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Także udawania przed sobą, że fajnie jest być samemu.

– Dla mnie pójście na psychoterapię oznaczało, że się nie poddaję, że walczę o siebie – dodaje Tomasz. – Teraz nie tylko jestem bardziej pewny swoich możliwości, odblokowany twórczo i szczęśliwie zakochany, ale też mam świadomość, że jak się pracuje nad sobą, to ma się efekty. Czasami takie, których się nie spodziewasz, a które są tym, czego naprawdę pragniesz.

  1. Psychologia

Jak w korcu maku, czyli jak dobieramy się w pary okiem psychoanalityka

Szwajcarski psychiatra Jürg Willi opracował cztery typy związków opartych na komplementarności nerwic, które to są przyczyną dopierania się w pary. Termin „nerwica” oznacza tutaj nie chorobę, lecz nieświadome pragnienia i frustracje. (Fot. iStock)
Szwajcarski psychiatra Jürg Willi opracował cztery typy związków opartych na komplementarności nerwic, które to są przyczyną dopierania się w pary. Termin „nerwica” oznacza tutaj nie chorobę, lecz nieświadome pragnienia i frustracje. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Co sprawia, że atrakcyjną kobietę pociąga niezaradny mężczyzna, a inna pozwala mężowi sobą manipulować? Odpowiedzi na te pytania psychoanalitycy poszukują w dzieciństwie par, a konkretnie w komplementarności nerwic.

Cztery koleżanki siedzą w kawiarni i rozmawiają. Najwięcej mówi Andżelika. Jej mąż Konrad właśnie wydał książkę i Andżelika opowiada o niej z taką dumą, jakby sama była jej autorką. „Już zaprosili go na dwa wywiady” – krzyczy, żeby wszyscy przy sąsiednich stolikach ją słyszeli. Iwona w kusej spódniczce spogląda kokieteryjnie na wszystkich mężczyzn w lokalu i z zazdrością myśli, że jej własny mąż nie umiałby napisać nawet białego wiersza, co dopiero powieść. Beata czasem wtrąca słówko do rozmowy, jednak myślami jest gdzie indziej. Następnego dnia jej partner, Piotr, idzie na rozmowę kwalifikacyjną. Rano będzie musiała wyprasować mu koszulę i odebrać garnitur z pralni. Urszula prawie nic nie mówi. Od czasu do czasu sprawdza w telefonie, czy Darek jeszcze nie dzwonił. Może powinna już wrócić do domu? Jako jedyna z tej czwórki nie ma makijażu, bo jej mąż jest piekielnie zazdrosny. I tak dziwne, że zgodził się, aby wyszła sama na wieczór...

Wszystko za sprawą nerwic

Szwajcarski psychiatra Jürg Willi w swojej książce „Związek dwojga – psychoanaliza pary” opisuje cztery typy związków opartych na komplementarności nerwic. Termin „nerwica” oznacza tutaj nie chorobę, lecz nieświadome pragnienia i frustracje.

– Do nerwicy dochodzi, gdy ważne potrzeby dziecka nie są zaspokajane – tłumaczy psycholog Monika Brzezińska-Okoń. – Pojawia się wówczas lęk, a próby jego stłumienia wywołują kolejne obawy. Role, jakie odgrywamy w związkach, wynikają często nie z tego, jacy naprawdę jesteśmy, a z naszych relacji z ważnymi obiektami w dzieciństwie i z tego, w jaki sposób zaspokajano nasze potrzeby.

Zdaniem psychoanalityków, ludzie dobierają się w pary, szukając kogoś, kto ma taki sam typ nerwicy, lecz w przeciwstawny sposób próbuje sobie z nią radzić. W takim związku dwoje ludzi najlepiej zaspokaja swoje nieuświadomione potrzeby. I tak Narcyz szuka Narcyza Komplementarnego (nazwijmy go Echo), Przybrane Dziecko – Opiekuńczego Rodzica, Dominujący – Uległego, a Histeryczka – Współhisteryka. Nasze bohaterki funkcjonują właśnie w takich związkach.

Narcyz i Echo, czyli blask jest najważniejszy

Sześć lat temu, rok po ślubie z Andżeliką, Konrad zrezygnował z pracy, by zająć się tylko pisaniem książek. Od tej pory jest na utrzymaniu żony. Uwielbia drogie gadżety. Ostatnio sprawił sobie nowiutkiego iPhona, nie przejmuje się, że pralka się zepsuła i trzeba ją wymienić. Andżelika zastanawia się po nocach, skąd wziąć na tę pralkę i kolejny czynsz, ale nie chce obarczać męża przyziemnymi sprawami, by nie przeszkadzać mu w pisaniu. Może jej sytuacja nie wydaje się godna pozazdroszczenia, ale wszystko wynagradza jej myśl, że gdy Konrad napisze bestseller, jego chwała spadnie i na nią. W tej relacji Konrad jest Narcyzem, a Andżelika – Narcyzem Komplementarnym, czyli Echo.

– Narcyz to osoba, która w dzieciństwie była niezwykle ważna dla swoich rodziców, ale nie przez sam fakt swojego istnienia, lecz ze względu na funkcję, jaką spełniała, np. genialnego muzyka, sportowca. Rodzice mogli się nią pochwalić – mówi Monika Brzezińska-Okoń. – Dziecko bało się, iż zostanie odrzucone, jeśli nie spełni oczekiwań rodziców.

Dorosły Narcyz żyje pełnią życia, gdy otoczenie go podziwia, słucha, uważa za autorytet. Dlatego tak wielu Narcyzów można spotkać wśród artystów, naukowców i polityków. Na życiowego partnera zwykle wybierają sobie osobę, która będzie ich chwaliła i pomagała w ich dziele. Idealnie spełnia tę rolę partner Echo, który tak samo pragnie prestiżu, ale zapewnia go sobie nie własną pracą, talentem czy urodą, lecz znajomościami z wybitnymi ludźmi. Kto nie zna osób, które z rozkoszą mówią: „Mój mąż profesor...”, „Moja żona rzeźbiarka...”? Motto życiowe Narcyza brzmi „Błyszczę, więc jestem”, a motto Echa: „Błyszczysz, więc jestem”.

Rodzic i Dziecko, czyli zaopiekuj się mną

Relacja Beaty i Piotra przypomina raczej związek matki z synem niż układ partnerski. Ona pracuje jako psycholog i przez pięć lat pomagała mu wyjść z alkoholizmu. Teraz próbuje znaleźć mu pracę. Przegląda ogłoszenia, napisała za niego CV i list motywacyjny. Dba, aby się dobrze odżywiał, porządnie wyglądał, pielęgnuje, gdy Piotr ma katar. W zamian Beata może mówić z dumą: „Gdyby nie ja, stoczyłby się na dno”. W terminologii Jürga Williego jego powinniśmy nazwać Przybranym Dzieckiem, ją – Opiekuńczą Matką.

– Takie osoby w dzieciństwie nie były otaczane wystarczającą opieką. W dorosłym życiu albo wikłają się w różne zależności, by ktoś zaspokoił ich pragnienie bycia zaopiekowanym, albo też projektują tę potrzebę na partnera i przeobrażają się w nazbyt opiekuńcze – twierdzi Monika Brzezińska-Okoń.

Opiekuńczy Rodzic szuka na męża lub żonę kogoś, kto potrzebuje pomocy, a Dziecko – kogoś, kto będzie w stanie zająć się jego sprawami. Kobiety będące Przybranymi Dziećmi zwykle wiążą się z dużo starszymi, ustawionymi życiowo mężczyznami, którzy je utrzymują i służą im swą mądrością i doświadczeniem. Opiekuńcza Matka często odsuwa na drugi plan własną pracę, poświęcając się dbaniu o karierę zawodową męża, ale – inaczej niż Echo – nie pragnie pławić się w jego blasku, pozostaje w cieniu.

Dominujący i Uległa, czyli rządzić ktoś musi

Urszula na drugim roku studiów zaszła w ciążę z Darkiem i po urodzeniu dziecka przerwała naukę. Zakładała, że gdy syn podrośnie, ona wróci na uczelnię, jednak dziś Michałek chodzi już do szkoły, a Ula ani nie studiuje, ani nie pracuje. Darek późno wraca z firmy, a synka trzeba odebrać ze szkoły, ugotować mu obiad, pomóc w odrabianiu lekcji, zaprowadzić go na dodatkowe zajęcia, do tego Darek lubi, jak dom lśni... Za dużo, by jeszcze jeździć na wykłady. Jest całkowicie uzależniona od męża. To typowe dla Dominującego i Uległej. Dominujący w głębi duszy czuje się słaby, buntuje się przeciw temu i bardzo się boi, że ktoś „wejdzie mu na głowę”. Aby temu zapobiec, dąży do zdobycia władzy. Chce uzależnić partnera od siebie. Jeśli trafi na Uległego, jest znakomicie. Bo taki partner też czuje się słaby i godzi się z tym. Boi się nie tylko władzy, ale nawet odrobiny samodzielności. Chętnie ceduje wszystkie decyzje na Dominującego.

– W rodzinach osób tak Dominujących, jak i Uległych to nie miłość i wsparcie były nadrzędnymi wartościami, lecz władza i wpływ – uważa Monika Brzezińska-Okoń. – Dziecko z takiej rodziny identyfikuje się z obiektem słabszym i staje się uległe, lub z silniejszym i samo zaczyna dominować.

Histeryczka i Współhisteryk, czyli księżniczka i rycerz

Ulubionym zajęciem Iwony jest narzekanie na męża. Flirtuje na boku i ma pretensje, że Tomek o nią nie walczy. Skarży się, że musi pracować, bo on nie potrafi jej utrzymać. Zatrudnia sprzątaczkę, a gotowaniem zajmuje się mąż, bo ona po pracy jest zmęczona. Wprawdzie on też pracuje, no ale w końcu jest silniejszy. Gdy kupowali zmywarkę, było oczywiste, że Tomek musi ją wybrać, bo Iwona się na tym nie zna. Potem wytknęła mu, że sprzęt jest zbyt trudny w obsłudze. Iwona to przykład Histeryczki, jej pojęcie męskości i kobiecości wywodzi się z bajek o uwięzionych księżniczkach i rycerzach zbawcach.

– Taka kobieta w dzieciństwie była faworyzowana (głównie przez ojca) i czuła się wyjątkowa ze względu na swoją urodę czy łagodność – komentuje Monika Brzezińska-Okoń. – W okresie dojrzewania doświadczyła nagłego odsunięcia się ojca, zakłopotanego jej rozkwitem. Odebrała to jako odrzucenie jej dojrzałości, zapragnęła więc na zawsze pozostać małą, rozpieszczaną dziewczynką. Współhisteryk z kolei to mężczyzna, który doświadczył podobnej relacji z matką. Chciałby wciąż być ukochanym synkiem, ale wstydzi się tego i projektuje tę potrzebę na partnerkę.

W oczach Histeryczki kobieta ma być boginią, o którą mężczyzna walczy i za którą wszystko robi. Ma wygórowane wymagania w stosunku do partnera, a zarazem czeka na jego potknięcia, by mu je wytknąć. Współhisteryk natomiast w głębi serca czuje się niemęski i chce udowodnić wszystkim, a najbardziej sobie i swojej żonie, że – przeciwnie – jest silny i zaradny. Czytając opis Iwony, pewnie wiele osób się dziwi, że ktoś może z nią wytrzymać. A jednak dla takich właśnie kobiet stoczono najwięcej pojedynków.

Dwa scenariusze

Wiele związków opartych na komplementarności nerwic znakomicie funkcjonuje przez długie lata, niekiedy do końca życia. Fakt, że ich fundamentem nie jest prawdziwa miłość, lecz wzajemne uzależnienie, w niczym im nie przeszkadza (zwykle zresztą partnerzy nie zdają sobie z tego sprawy i są przekonani, że naprawdę się kochają). Problem pojawia się dopiero, gdy jedno z nich zaczyna się rozwijać emocjonalnie i dostrzega, że związek nie jest wcale taki idealny. Jeśli od razu się nie rozstaną, możliwe są dwa scenariusze. W pierwszym jedno z partnerów dąży do wyrwania się z zaklętego kręgu, lecz robi to w sposób nieudolny, ponieważ w głębi duszy boi się, że... mogłoby się mu udać, a to zmusiłoby go do opuszczenia bezpiecznej klatki. Robi zatem różne nierozsądne rzeczy i wplątuje się w kłopoty, by udowodnić sobie i partnerowi, że jednak bez siebie nawzajem skazani są na porażki. W końcu wracają na swoje stare pozycje i koło się zamyka.

Drugi scenariusz jest bardziej optymistyczny. Zakłada, że przynajmniej jedno z partnerów naprawdę dojrzało do autonomii i udaje mu się przekonać drugą stronę do wypracowania nowych zasad związku. Nigdy nie jest to łatwe, niekiedy konieczna jest terapia dla par. Bywa, że jej skutkiem jest rozwód. Ale niezależnie od tego, czy partnerzy się rozstaną, czy zdecydują się pozostać razem, mają szansę na doświadczenie prawdziwie głębokiego uczucia łączącego dwoje dojrzałych, autonomicznych ludzi, którzy nie MUSZĄ, lecz CHCĄ być ze sobą.

Monika Brzezińska-Okoń psychoterapeutka Gestalt, pracuje w Specjalistycznej Poradni MOP w Warszawie, prowadzi też własną praktykę terapeutyczną

Test pochodzi z archiwalnego numeru “Sens o miłośći”

  1. Materiał partnera

Jak powiedzieć „kocham Cię” bez słów - biżuteria z przesłaniem od W.KRUK

 Kolczyki złote serca z cyrkoniami W.KRUK, cena: 429 zł.
Kolczyki złote serca z cyrkoniami W.KRUK, cena: 429 zł.
Zobacz galerię 14 Zdjęć
Biżuteria to prezent doskonały. Szczególnie na walentynki, bo jest jednym z najbardziej intymnych symboli miłości, które można podarować ukochanej osobie. Oto nasze propozycje na walentynkowy prezent od marki W.KRUK. 

Biżuteria z motywem serca

Serce to jeden z najpiękniejszych i jednocześnie najbardziej dosłownych symboli miłości. A w dosłowności nie ma zupełnie nic przereklamowanego, zwłaszcza w walentynki. Serce jest uniwersalne i ponadczasowe - w formie biżuterii prezentuje się nadzwyczaj pięknie. Podwójny naszyjnik z dwoma delikatnymi sercami od W.KRUK zachwyci każdą minimalistkę. Jest niezwykle subtelny, a dzięki zawieszce wypełnionej blaskiem różowych drobinek, unikatowy i bardzo romantyczny. Z kolei złote kolczyki na ażurowym łańcuszku, z cyrkoniami w oprawie chaton, to subtelna klasyka w nowoczesnym wydaniu. Delikatny różowy kamień dodaje im blasku i niesie ze sobą przesłanie pełne miłości i piękna. Natomiast złota bransoletka to synonim francuskiego piękna ukrytego w prostej, ponadczasowej formie.

 

Naszyjnik różowe złoto z motywem serca W.KRUK, cena: 549 zł. Naszyjnik różowe złoto z motywem serca W.KRUK, cena: 549 zł.

Kolczyki złote serca z cyrkoniami W.KRUK, cena: 429 zł. Kolczyki złote serca z cyrkoniami W.KRUK, cena: 429 zł.

Bransoletka złota serce z cyrkonią W.KRUK, cena: 399 zł. Bransoletka złota serce z cyrkonią W.KRUK, cena: 399 zł.

Sekretniki

Coś w klimacie retro, z niezwykłym przesłaniem. Sekretniki to biżuteria nieco zapomniana, jednak tylko one potrafią w jedną chwilę przywołać w obdarowanej osobie najlepsze wspomnienia. W asortymencie marki W.KRUK znajdują się sekretniki zarówno dla miłośniczek złota, jak i srebra. Ten w kształcie serca to srebrny, klasyczny model. W zamykanym puzderku można ukryć zdjęcie bliskiej osoby lub schować liścik z wyznaniem, nosząc go blisko serca. Z kolei sekretnik w kształcie muszli, nieco bardziej oryginalny, został wykonany z pozłacanego srebra. Sekretnik może stać się osobistym talizmanem, piękną pamiątką i niebanalnym dodatkiem. Zawieszony na łańcuszku będzie też świetnie wyglądał z innymi naszyjnikami, noszonymi kaskadowo.

Srebrny sekretnik W.KRUK, cena: 209 zł. Srebrny sekretnik W.KRUK, cena: 209 zł.

Pozłacany srebrny sekretnik W.KRUK, cena: 279 zł. Pozłacany srebrny sekretnik W.KRUK, cena: 279 zł.

Biżuteria z motywem nieskończoności

Nieskończona - o takiej miłości marzy każdy z nas. Symbol nieskończoności w biżuterii pojawia się często, W.KRUK postanowił go natomiast pokazać w nieco inny sposób. W naszyjniku klasyczną odwróconą ósemkę zastąpiły piękne, przeplatające się wzajemnie obręcze. Naszyjnik wykonano ze złota, które jest uznawane za najcenniejszy metal szlachetny i utożsamiane z elegancją, szlachetnością i duchowością. Koło z kolei uważane jest za kształt idealny - symetryczny w każdej jego osi, przybierający wiele znaczeń symbol nieskończoności, wieczności, harmonii. Połączone ze sobą obręcze zdobiące ten złoty naszyjnik można interpretować jako symbol dwóch nierozerwalnie połączonych dusz. Symbolizuje życiowych partnerów dzielących najważniejsze uczucie towarzyszące człowiekowi - miłość. To perfekcyjny naszyjnik dla kobiet pewnych siebie, ceniących elegancję i prostotę. W komplecie z bransoletką zrobi jeszcze większe wrażenie.

Naszyjnik złoty obręcze W.KRUK, cena: 699 zł. Naszyjnik złoty obręcze W.KRUK, cena: 699 zł.

Bransoletka złote obręcze W.KRUK, cena: 549 zł. Bransoletka złote obręcze W.KRUK, cena: 549 zł.

Biżuteria z kamieniami miłości

Mniej dosłowne, ale nadzwyczaj piękne i unikatowe. Biżuteria z kamieniami doda blasku każdej kobiecie i sprawi, że poczuje się wyjątkowa. Kwarc różowy to kamień miłości, który emituje silną wibrację bezwarunkowego uczucia, radości, ciepła. W pierścionku z różowego złota doda elegancji i wytworności każdej kobiecie. Symetryczny szlif owalny w wyjątkowy sposób ukazuje cudowną głębie jego koloru. Z kolei szmaragd to kamień wyjątkowy ze względu na wyrazistą barwę i symbolikę. Nazywa się go klejnotem miłości i piękna oraz kojarzy z regeneracją, wewnętrzną harmonią oraz spełnieniem emocjonalnym. W złotych kolczykach, w towarzystwie diamentów, prezentuje się niepowtarzalnie. Kolczyki ze szmaragdem trafią w gust każdej kobiety ceniącej klasyczną elegancję oraz ponadczasowe wzornictwo. W kolekcji dostępny jest pierścionek do kompletu.

Pierścionek z różowego złota z kwarcem W.KRUK, cena: 799 zł. Pierścionek z różowego złota z kwarcem W.KRUK, cena: 799 zł.

Kolczyki złote ze szmaragdami i diamentami W.KRUK, cena: 3790 zł. Kolczyki złote ze szmaragdami i diamentami W.KRUK, cena: 3790 zł.

Pierścionek złoty ze szmaragdami i diamentami W.KRUK, cena: 1590 zł. Pierścionek złoty ze szmaragdami i diamentami W.KRUK, cena: 1590 zł.

Diament - kamień doskonały. Z białym złotem tworzy ponadczasowy duet, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Można śmiało stwierdzić, że o pierścionku z diamentem marzy każda kobieta. Ten od marki W.KRUK będzie wyborem idealnym, bo to synonim prostoty, elegancji i klasy. Świetny do codziennego noszenia, bo pasuje do każdej stylizacji i jednocześnie sprawia, że kobieta poczuje się wyjątkowo nie tylko od święta. Naszyjnik wykonany z dwóch rodzajów szlachetnego kruszcu – żółtego oraz białego złota - to z kolei propozycja na specjalne okazje. Klasyczny splot łańcuszka nadaje mu lekkości, a diamenty wnoszą niepowtarzalny, delikatny błysk.

Pierścionek białe złoto z diamentem W.KRUK, cena: 8290 zł. Pierścionek białe złoto z diamentem W.KRUK, cena: 8290 zł.

Naszyjnik złoty bicolor z diamentami W.KRUK, cena: 1090 zł. Naszyjnik złoty bicolor z diamentami W.KRUK, cena: 1090 zł.

Różowy ametyst kojarzy się z miłością, a biżuteria z nim jest romantyczna i niepowtarzalna. Delikatny pierścionek z różowego złota zdobiony ametystem to perfekcyjny wybór na walentynkowy prezent. Misterny szlif bagietkowy podkreśla cudowną pastelową barwę kamienia, a detale nadadzą charakter każdej stylizacji, uwodząc kunsztem i precyzją wykonania.

Pierścionek różowe złoto z ametystem W.KRUK, cena: 799 zł. Pierścionek różowe złoto z ametystem W.KRUK, cena: 799 zł.

  1. Psychologia

Gdy wraca dawna miłość... Dlaczego tęsknimy za przeszłością?

Powracający sen o dawnej miłości może być tak samo ważny jak wspomnienie. I jedno, i drugie jest sygnałem na coś ważnego, co dzieje się wewnątrz mnie. (fot. iStock)
Powracający sen o dawnej miłości może być tak samo ważny jak wspomnienie. I jedno, i drugie jest sygnałem na coś ważnego, co dzieje się wewnątrz mnie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Dawne miłości wracają, by służyć rozwojowi psychicznemu. - Z tamtą relacją mogą być związane jakieś niedokończone procesy. Coś się nie stało w tamtym związku. Coś, co potrzebuje dopełnienia. - tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta.

Dawne miłości wracają, by służyć rozwojowi psychicznemu. Może to być sen o dawnej miłości lub tylko wspomnienie. - Z tamtą relacją mogą być związane jakieś niedokończone procesy. Coś się nie stało w tamtym związku. Coś, co potrzebuje dopełnienia. - tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta.

Najpierw możemy mieć takie objawy jak sen o dawnej miłości, sny o byłym partnerze czy partnerce. Wspominamy, myślimy, w końcu zaczynamy szukać. Tak. Wchodzimy na "naszą klasę", wyciągamy stare dzienniki, oglądamy zdjęcia. To się może przydarzyć w każdej chwili.

Z czego to wynika? Zjawisko to rzadko jest związane z realną osobą. Najczęściej oznacza tylko tyle, że coś ważnego wewnątrz nas się uaktywnia. Chodzi o nasze wewnętrzne procesy.

Skoro tęsknimy za przeszłością, to w obecnym życiu czegoś nam brakuje, tak? Oczywiście. Myśli o dawnej miłości pojawiają się, kiedy satysfakcja z naszego życia jest niepełna. Jeżeli żyję całością siebie i wszystko, co robię, jest zgodne z moją ścieżką serca, to nawet jeśli przypomni mi się dawna miłość, będzie to miało inny charakter. Będzie miłym lub niemiłym wspomnieniem i tyle.

A jak jest to już coś więcej niż tylko wspomnienie? To sygnał, że dzieje się w nas coś takiego, że powinniśmy zwrócić na to uwagę.

Z czym może to być związane? Często mamy tu do czynienia ze zjawiskiem idealizacji. Wydaje nam się, że właśnie z nim czy z nią było najlepiej na świecie, tymczasem najczęściej chodzi o pewny próg w życiu. O przekonanie, że nasze aktualnie życie już nigdy nie będzie wspaniałe. Wydaje nam się, że już nic sensownego nie jesteśmy w stanie zrobić, więc idealizujemy przeszłość. Chcemy żyć tamtym w chwili obecnej. Tylko, że wydaje nam się, że to jest niemożliwe.

Za wizją romantyczną może się kryć realna pułapka. Możemy niepotrzebnie wejść w niedobry układ, w którym jesteśmy rządzeni jakimś naiwnym sentymentalizmem, uwiązujemy się do „tamtej” osoby. A wszystko przez to, że mamy nierozwiązany jakiś kryzys albo, że potrzebujemy wprowadzić istotne zmiany w swoim życiu.

Z jakich jeszcze powodów wracamy do dawnej miłości? Z tamtą relacją mogą być związane jakieś niedokończone procesy. Coś się nie stało w tamtym związku. Coś, co potrzebuje dopełnienia. Na przykład w tamtym związku nie stawałem za sobą, byłem niewrażliwy na swoje potrzeby, nie wykazywałem wystarczającej asertywności, ktoś mnie zdominował. I myśl o dawnej miłości wraca do mnie w formie złości. Z kolei przy powrotach z mocnymi pozytywnymi emocjami mówi się czasem o związkach karmicznych. Można to zjawisko, niezależnie od poglądów na ten temat, wyjaśnić psychologicznie. Jest to taki układ, w którym coś naprawdę istotnego dla mnie zaistniało. Albo tamta osoba coś mi otworzyła, coś pokazała po raz pierwszy - radość życia czy duchowe aspekty egzystencji. Kiedy w aktualnym życiu nie realizuję tego w wystarczającym stopniu, zwracam się w tamtym kierunku. Chociaż myśl wraca do tamtej osoby, najczęściej jest to tęsknota nie za nią, tylko za procesem, który ona wniosła w moje życie.

Często chcemy wracać do związków, bo tak naprawdę ich nie kończymy. Tak, związki przerywają się z różnych powodów, natomiast my cały czas jesteśmy „uwiązani”. Może to mieć dwie przyczyny. Po pierwsze możemy mieć małą tolerancję na zmianę. Jest wiele osób, które mają sztywny, konserwatywny sposób życia. Dla nich, jeżeli związek się kończy i nawet jak z jakichś powodów muszą to zaakceptować, to i tak ta zmiana jest dla nich nie do przyjęcia. Jest to związane z trudnością w elastycznym przechodzeniu do kolejnych etapów życia. Jeśli moją tożsamość buduję na tym, że do końca życia będę z tym mężczyzną, to jeśli on zakocha się w innej, będzie mi trudno to przyjąć, bo oznacza to dla mnie zmianę, a ja przecież nie chcę zmian.

Jeśli związku nie skończymy naprawdę, wróci? Tak, bo nigdy nie przestaje być. To miejsce jest we mnie cały czas zajęte. Uniemożliwia mi wejście w nowy związek, który może jest dużo lepszy.

Myślenie o dawnych miłościach często jest związane z niemożnością przyjęcia straty.
Strata to trudne słowo, trudna myśl. Człowiek kurczowo trzyma się wizji pewnej kobiety czy pewnego mężczyzny, bo nie jest w stanie oddać czegoś, co wydaje mu się, że kiedyś miał. Mówię „wydaje mu się”, bo co to znaczy „mieć kogoś”? Strata jest tu złudzeniem, bo nie możemy stracić kogoś, kogo nigdy nie posiadaliśmy. Nie możemy przyjąć też tego, że życie związane jest z traceniem jednych rzeczy a zyskiwaniem innych.

Nieprzeżyta żałoba po dawnym związku? Ona wiąże nas w przeszłości, a nie prowadzi do przyszłości. Kiedy związek się kończy, warto poświęcić trochę czasu na jego zamknięcie, rozliczenia, zobaczenie tego kawałka drogi, który razem przeszliśmy, ustosunkowania się do całej historii. Zastanowienie się, czego to mnie nauczyło, na jakich progach mnie postawiło. Takie domykanie związku, zanim rozpocznie się następny, to niezwykle ważna sprawa.

A czy może być tak, że ludzie są razem, ale się rozstają, i za jakiś czas się spotykają i wtedy mogą być już ze sobą? Takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Tu należałoby się zatrzymać nad myślą, czym w istocie są związki. Zazwyczaj wchodzimy w nie z osobami reprezentującymi te aspekty psychiczne, które są nam potrzebne. Po to, żeby się tak nie stało, musiałbym wewnętrznie sam być pełnią. Wtedy nie musiałbym szukać tej drugiej połówki na zewnątrz siebie. Bycie pełnią to poziom oświeconego Buddy. Jeżeli mam szczęście, mogę to osiągnąć w wieku lat 70 i być może wtedy stworzę taki związek. Ale wcześniej, w wieku lat 30 czy 40, kiedy mam parę rzeczy do przerobienia, to raczej niespecjalnie. Wtedy dawne miłości będą służyły temu, żeby wywołać to wewnętrzne zakręcenie, wewnętrzne poruszenie różnych rzeczy, które są potrzebne do mojego rozwoju psychicznego. To może być dokuczliwe głównie z tego powodu, że nie rozumiemy co się z nami dzieje.

Jak sobie pomóc? Odczytać, jaki jest przekaz tej całej historii. I jeżeli przypomina mi się partner, z którym miałam kolorowe życie i zaczynam myśleć, żeby go odnaleźć, to warto się zastanowić, w jaki sposób sprawić, żeby to kolorowe życie wieść teraz. Jak wprowadzić to do aktualnego związku. Dobrze jest potraktować to jako sygnał, że to, co myślę że jest tam, potrzebuję zrobić tu. Jeżeli da się, to super. Jeśli nie - czeka nas zmiana.

Tomasz Teodorczyk: współzałożyciel Akademii POP. Dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988 r.

  1. Seks

Seks bez miłości? Nie myl zakochania z pożądaniem

Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy naprawdę zawsze chodzi o miłość? A może pod tym grzecznym „ja – nim pójdę z kimś do łóżka – najpierw muszę się zakochać”, ukrywa się jakaś tajemnica? Może tak po prostu nie mamy odwagi przyznać, że lubimy seks? A jeśli tak jest, to co z tym zrobić – wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Często słyszę od singielek, które narzekają na brak seksu: „muszę się zakochać, zanim pójdę z kimś do łóżka”. Na początek podzielę się pewnym spostrzeżeniem z mojej praktyki, które dawniej mnie zdumiewało. Kiedy mówi się z kobietą, zazwyczaj jeszcze młodą, o szanowaniu siebie, to jej się to kojarzy wyłącznie z tym, żeby nie spać z byle kim. Czyli z porządnością seksualną, żeby być taką, jak mamusia sobie życzyła. Kobiety, zwłaszcza młode, myślą, że szanują siebie, gdy są grzecznymi dziewczynkami. Wiedzą, co jest właściwe. A że przy okazji są nieszczęśliwe, to zupełnie inna sprawa. Jakoś nie widzą związku między byciem nieszczęśliwą a tym, że się nie umieją „puścić”, a ja to słowo stosuję w szerokim kontekście. Opłaca się puścić wszystko, co ogranicza, co zabrania, co przeszkadza żyć w zgodzie ze sobą. Puścić się to przestać się bać, przestać się hamować w mówieniu „nie”, w okazywaniu złości, ale też w przeżywaniu radości, swobody. Puścić się to być sobą.

A w takim razie czym jest prawdziwy szacunek do siebie? Jeśli myślimy, że szanowana kobieta to taka poza seksualna, to trudno nam zrozumieć, że szacunek do siebie jest szacunkiem do osoby, dla mojego bytu, dla mojej wartości, dla mojej całości. Szacunek dla siebie jest niezwykle ważną postawą wobec siebie. Umiejętnością, którą wiele kobiet zdobywa dopiero w trakcie świadomej pracy nad sobą. A mówiąc najkrócej, szanuję siebie, czyli robię to, co mi jest potrzebne.

I tak znów wracamy do seksu, jeśli to on jest nam potrzebny? I do kolejnej rzeczy, która dziewczynkom przeszkadza robić to, czego pragną. Otóż nikt ich nie nauczył, że seks i miłość to co innego. I mamy dziewczynkę, która rozwija się i zaczyna mieć potrzeby, ale nie nazwie ich seksualnymi, chociaż je czuje. Ona pomyli pociąg fizyczny z miłością. No bo skoro myśli o kimś, chciałaby czuć go koło siebie, chciałaby, żeby ją dotykał, skoro nie chciałaby się z nim rozstawać, no to musi go kochać. A ona nawet jeszcze nie wie, co to znaczy kochać. To seksualność jest pierwsza. To chemia, feromony. Najpierw poznajemy swoje potrzeby fizyczne, które przecież także są ważne i także są duchowe, tyle że przeżywane na poziomie ciała. Ale żeby to wiedzieć, trzeba uznać, że poziom cielesny jest piekielnie ważny. Tak samo ważny jak psychiczny i społeczny. No bo jak tu żyć bez ciała? Wiemy już, że trzeba o ciało dbać, ale nadal nie szanujemy tej wiedzy, że trzeba o nie zadbać także seksualnie.

Czyli nasze zainteresowanie mężczyznami zaczyna się od pożądania? A my nazywamy je miłością, bo tak nas wychowano? Zaczyna się od pożądania. Oczywiście, może być też tak, że dziewczyna  interesuje się chłopakiem, bo on jest mądrzejszy od innych, potrafi zrobić coś jak żaden inny. No i tu zaczyna się pojawiać traktowanie kogoś jako osoby. Ale zdecydowanie bazą pierwszych niby-miłości jest to, że on się jej podoba, działa na nią, sprawia, że w niej buzują hormony. Mądra matka powinna córce powiedzieć: „kochanie, wielu mężczyzn może ci się podobać, mogą w tobie wywoływać roznamiętnienie, drżączkę, ale to nie znaczy, że ich będziesz kochać”. Ale matka tego nie mówi i dziewczyna myśli, że kocha tego chłopaka. Kiedy więc on mówi: „to daj mi dowód miłości”, ona mu daje, bo ma wizję, że kocha. A tak naprawdę pragnie i chce się sprawdzić, chce poczuć, że już weszła w życie, że coś się dzieje nowego, dorosłego, ekscytującego. A tu ma dać dowód miłości, bo inaczej on ją rzuci albo pójdzie z inną, albo ona okaże się dziecinna lub nieseksowna. I to jest jeden z powodów, dla których dziewczyny za wcześnie zaczynają współżycie. Kolejny bywa taki, że jak się chłopak do dziewczyny dobiera, to jej się na początku to podoba, bo ona chce się poprzytulać, popieścić, pocałować, więc jest zachwycona, podniecona, ale potem przestaje. Tylko nie wie, co zrobić? Bo jak mówi: „nie dotykaj mnie tam, na dole”, „boję się”, „przestańmy już”, to on się obraża albo straszy, że odejdzie, albo gwałci. No to ona myśli: „jak to tak ma być, to ja zamknę oczy i jakoś to wytrzymam”. I dzieje się coś, na co ona wcale nie ma ochoty i co wcale nie sprawia jej satysfakcji. No a potem jeszcze się tego wstydzi. Bo przecież nasze katolickie wychowanie wbija nam do głowy same zakazy. My je oczywiście przełamujemy, ale im bardziej, tym większy odczuwamy wstyd. Matka, pamiętająca własne przeżycia, mogłaby powiedzieć: „masz prawo zawsze powiedzieć stop”. A ojciec pouczyć syna: „Prawdziwy kochanek nie zmusza i nie gwałci. Słuchaj, kiedy ona mówi stop”.

Po takiej typowej inicjacji można stracić ochotę i na seks, i na miłość. Po takiej inicjacji można nie szanować seksu, ale też nie wiedzieć, gdzie jest ta miłość? Bo to wiedzieć mogę dopiero, kiedy popróbuję, czym jest jedno i drugie. Wszyscy ludzie są (mniej lub bardziej) wyposażeni w libido i pożądać można wielu, natomiast kocha się tylko poniektóre osoby.

No ale jak to rozpoznać? Miłość czy pożądanie? Rozpoznawać to można w ciele. Ale zazwyczaj to się wyjaśnia dopiero w praniu. Mija seksualne zauroczenie i jakże często mija związek. Jeśli to przeżyjesz świadomie, to zaczniesz widzieć różnicę. Ja na przykład nauczyłam się rozpoznawać, wiesz po czym? Przez długie lata młodości, zmarnowanej w pewnej części (bo mamusi udało się wcisnąć mi kit, że wszystko dopiero po maturze), wmówiłam sobie, że mnie interesują wyłącznie mężczyźni intelektualnie rozwinięci. I taki był mój pierwszy chłopak. Lubiłam, żeby mężczyzna miał okulary, bardzo mi się też brody podobały. Najważniejsze było, żeby pogadać, ponazywać coś mądrze i twórczo. Ale (po maturze oczywiście) do mnie dotarło, że mnie kręci zupełnie inny typ mężczyzn, typ drwala, że on nijak się ma do tych książek i do tych intelektualnych lotów. Że mnie bierze szelmostwo w oku, ruch ciała, męska, fizyczna siła. I zaczęłam widzieć, że inne części mojego ciała reagują na tych panów, a inne na intelektualistów. I wtedy pomyślałam: „Kurde, to jednak chodzi o ciało! To cudne!”.

No i inne z nimi możemy potrzeby zaspokoić, bo jak chcemy pogadać… Jak mi się zapala ochota na eksplorowanie przestrzeni artystyczno-duchowych, to wcale nie oznacza, że należy zejść także poniżej. A słowo „poniżej” wcale nie jest deprecjacją. Seks jest w środku naszego ciała. Tam w brzuchu jest też nasz mózg emocjonalny, o czym jestem przekonana, bo on się do mnie odzywa. I seksualność jest tam – więc mam słuchać, która część mojego ciała do mnie gada w sprawie tego pana. Kobiety mogą się tego nauczyć. Na taką naukę nigdy nie jest za późno.

Nie zawsze wymóg miłości działa jak ślub czystości. Znam kobietę, która co prawda mówi: „ja muszę się najpierw zakochać”, ale sądząc po ilości kochanków, zakochuje się co chwila. Musi się bidula zakochiwać, bo inaczej nie da sobie przyzwolenia na seks. I to jest ogromny temat. Żyjemy w ciągłym kłamstwie. Wiele kobiet i część mężczyzn ustawicznie manipuluje własnymi uczuciami. Oczywiście nieświadomie. Żąda od siebie i od innych: więcej, wyżej, ambitniej. A to najczęściej niemożliwe i stąd psujące radość życia pretensje. No bo gdybyśmy nie mieli obsesji na punkcie pseudomiłości, tobyśmy się po prostu pociupciali i wtedy zobaczyli, czy się polubimy, czy się pokochamy? Powolutku, ale też nie za wolno, żeby narosło coś fajnego, żeby nie zrywać zielonego jabłka i nie zjadać czegoś, co nie jest słodkie. No ale jak się zmuszamy do  miłości, to tak naprawdę nie mamy szans nikogo pokochać. Odwrotnie: manipulacja emocjami daje uzależnienie. Skoro muszę kochać, by zrobić to, czego naprawdę potrzebuję, czyli uprawiać seks, to uzależniam się od tej rzekomej miłości i pewnie już jestem uzależniona od seksu. A w takiej sytuacji, aby przeżyć prawdziwą miłość, musiałabym sobie zrobić długą abstynencję, żeby dotrzeć z powrotem do samej siebie, do swoich prawdziwych uczuć.

A tak zupełnie po ludzku, kiedy sobie wmówię, że to miłość, to będę cierpieć, marzyć, latać za tym facetem, bo ten jedyny, tylko on… A to był po prostu – świetna rzecz – udany seks. Ale my myślimy: „Ojejku, bzyk nam wyszedł! Jesteśmy dla siebie stworzeni!”. No, może, ale niekoniecznie. Mogę go kochać za to, że nam bzyk świetnie wyszedł, ale to wcale nie znaczy, że to miłość. Ja go tylko kocham za ten seks. I mogę siebie bardziej kochać za to, że potrafiłam znaleźć faceta, z którym tak fajnie się bzykać. Że się okazało, że moje ciało ma tyle cudnych możliwości, że się rozwija erotycznie. Że sama siebie nie zatrzymuję w pół kroku. Więc ten człowiek ma w moim sercu na całe życie wdzięczność. Ale to nie znaczy, że go kocham. Może, choć nie musi, okazać się, że i pod wieloma innymi względami pasujemy do siebie. Ale trzeba czasu na to, by sprawdzić, czy jesteśmy dla siebie stworzeni.

Można tak pięknie myśleć tylko dlatego, że jest nam superdobrze w seksie? No pewnie: jestem ekstra, skoro przeżywam takie fajne rzeczy. A może spotkaliśmy się właśnie po to, żeby przeżyć super-seks? To jest naprawdę wystarczający powód: poprawić swoją seksualność, rozwinąć ją, dać jej wyższe loty. Oczywiście, po takim doświadczeniu rosną oczekiwania. Chcemy, żeby następnym razem było tak samo świetnie, a nawet lepiej. Ale ja bym powiedziała: im mniej oczekiwań, tym więcej udanych relacji. Nie wszystko nam wyjdzie. Na przykład są związki, które trwają jakiś czas, a potem się kończą. My wtedy lamentujemy: „na co mi to było, skoro się skończyło”. No ale czy to znaczy, że ważne jest tylko to, co trwa? No to ile musi trwać, żeby było warte przeżycia? Dziesięć lat, może 30? Przecież większość rzeczy w życiu się kończy. Znika siła, a pojawia się wrażliwość. Kończy się poszukiwanie nowości, a pojawia szacunek dla trwałości. Kiedyś wartością była zabawa, a dziś grzanie się w słońcu. Przecież dla staruszków to taka sama wartość jak dla młodych taniec.

Może jednak coś jest w tej miłości, bo z badań wynika, że seks przywiązuje kobiety do mężczyzn, z którymi sypiają. Nie mamy wiarygodnych badań. Kobiety przez miliony lat były wyuczone, że mają chcieć mężczyzny na zawsze, bo inaczej brak im będzie szacunku społecznego, bezpieczeństwa, a ich dzieci nie będą się mieć tak dobrze, jak dzieci tych kobiet, które mają stałych partnerów. To wpłynęło na naszą mentalność. Przypomnijmy sobie jednak, jaką rewolucją dla świata były badania Kinseya, a potem Mastersa i Johnsona, które pokazały, że kobiety mają więcej potrzeb seksualnych, że są lepiej wyposażone erogennie, że przeżywają głębsze orgazmy niż mężczyźni. A więc może to przywiązywanie się jest też tylko mitem, tylko wyuczone?

Można się przed tym bronić. Znam kobietę, która miała zasadę: raz i do widzenia, po to, by się nie przywiązać. To też jest manipulowanie swoimi namiętnościami. Robimy tak, bo nikt nam nie radzi, nie wspiera. Uczymy się więc sami metodą prób i błędów. Z drugiej strony to nasze przekleństwo, że mamy wizję romantyczną, według której miłość to taki słodki ulepek, który ma wiecznie trwać. No nie. Na początku jest chęć, żebyśmy się splątali, a potem trzeba wziąć się do roboty i zbudować relację. Samo pożądanie to za mało. Ale czuć się zakochaną – to nam się podoba, więc dawaj – jedno zakochanie po drugim. Ale ile razy tak można? Za którym razem przestaje nas to rajcować? Powiedzenie: jeden mężczyzna to wszyscy mężczyźni, jest prawdą – więc ciekaw się kobieto, co się dzieje między tobą a twoim partnerem. Możecie się pokłócić, możecie się przymilić, możecie się podroczyć, zrobić tysiące niezwykle ciekawych rzeczy, pod warunkiem że sobie na nie pozwolicie i naprawdę będziecie ciekawi, co się między wami dzieje, jacy jesteście, a nie jacy macie być.

Moja znajoma udawała, że jej nie zależy, że to tylko seks, żeby być blisko pewnego mężczyzny. Więc on czasem z nią sypiał, a czasem czytał maile od innych kochanek. Aż w końcu nie wytrzymała, powiedziała mu, że to jednak miłość. Wtedy okazało się, że dla niego ona też jest ważna… „Musisz się szanować, nie wolno powiedzieć chłopu, że ci na nim zależy” – to mądrość naszych matek. I teraz powiem coś ważnego: my jesteśmy wyzwolone społecznie, ale niewyzwolone intymnie. I to się ludziom myli. To, że baba umie negocjować milionowe kontrakty, to nie  zawsze znaczy, że potrafi ze swoim facetem wynegocjować to, czego chce, a czego nie chce. Więc często woli być sama. I do mnie trafiają cudownie piękne kobiety, które nie wiedzieć czemu wciąż są same, które nie uprawiają seksu. Ja je uczę, że seks jest wszędzie. Jest w powietrzu, jest w trawie, jest w jabłku, które jedzą. Uczę je, że jeżeli jadą z taksówkarzem, który jest miły i atrakcyjny, to mogą z nim flirtować. Jeśli jedzą w restauracji, niech flirtują z kelnerem (jeśli jest fajny i seksowny).  Zacznijmy świat traktować zmysłowo. A znajdziemy i miłość, i seks, i radość spełnionego życia. I one znajdują!