1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Bierna agresja u mężczyzn - jak się przejawia i jak z nią walczyć?

Bierna agresja u mężczyzn - jak się przejawia i jak z nią walczyć?

Dziś od mężczyzn oczekuje się stanowczości i siły, broń Boże, złości czy agresji. (fot. iStock)
Dziś od mężczyzn oczekuje się stanowczości i siły, broń Boże, złości czy agresji. (fot. iStock)
Dziś od mężczyzn oczekuje się stanowczości i siły, broń Boże złości czy agresji. Dlaczego więc tylu pozornie spokojnych facetów doprowadza swoje partnerki do szału? Na czym polega schemat porwania emocjonalnego i jak się z niego wyrwać –  opowiada terapeuta Jacek Masłowski.

Dawniej większość tzw. negatywnych emocji mężczyźni wyrażali poprzez złość, która była społecznie akceptowana. Dzisiaj agresja męska jest na cenzurowanym. Jak sobie więc radzą mężczyźni z trudnymi emocjami?
Emocja złości od zawsze była utożsamiana z męskością. Przez tysiąclecia mieliśmy do czynienia z etosem mężczyzny wojownika i myśliwego. Facet musiał być agresywny po to, by zabić zwierzę lub przeciwnika. W interesie społeczności było promowanie męskiej agresji. Jako użytecznej z punktu widzenia pełnionej przez nich roli. Dlatego złość i męskość stanowiły jedno.
Dzisiaj się to zmieniło. Męska agresja i złość stały się nowym tematem tabu. Ciekawie pisze o tym terapeuta Jesper Juul w książce „Agresja - nowe tabu”. Agresja wydaje się nam brudna, brzydka i do niczego niepotrzebna. Złoszczący się facet jest passé. To przemocowy, nieopanowany dzik. To kobiety, na zasadzie efektu wahadła, zrobiły się jawnie wkurzone. Ba, wkurzona kobieta wydaje się nam silna i niezależna. Uważamy, że poradzi sobie w życiu. Zauważ, że z jednej strony nie ma już kulturowego przyzwolenia na męską agresję, a z drugiej, od faceta wymaga się, żeby był silny. Tyle że wielu współczesnych mężczyzn jest wykastrowanych ze swojej agresji. Dlatego, że gdy byli chłopcami, nie mogli jej okazywać. W szkole czy w domu. A złości nie da się tak po prostu wymazać z życia. To emocja, a także energia, która nie znika, tylko zmienia swój stan.

Czyli mężczyźni wyrażają dzisiaj swoją złość według nowych wzorców?
Mężczyźni używają wzorców, które do tej pory należały do kobiet. Mówię o zawiści, złośliwości, mściwości. Wszelkiego rodzaju zaniedbaniach i zaniechaniach. To, że mają „wywalone” i zachowują pozorną obojętność. To wszystko są wymiary biernej agresji. Zachowania, które zamiast wyrażania złości wprost, mają na celu komuś dopiec. Przykład? Coraz częściej to kobiety nalegają na seks, a mężczyźni mają to w nosie. Z różnych powodów właśnie odmawiając seksu wymierzają karę swoim partnerkom. Albo taka bardzo częsta sytuacja, że to kobieta kolejny raz z rzędu prosi swojego partnera o to, żeby wwiercił kołek w ścianę. Ciekawe, że rzadko kiedy doprowadza to do wybuchu u mężczyzny, czyli znów mamy bierną agresję, z kolei do szału doprowadza to kobietę.

Bierna agresja to specyficzny rodzaj manipulacji.
I jest trudna do zauważenia, bo nie masz tu oczywistego sprawcy. Mężczyzna przecież nic takiego nie robi. On jedynie deklaruje, że coś zrobi, ale potem zapomina, gubi lub nagle sklepy są pozamykane. On bardzo chce, tylko okoliczności mu nie pozwalają. Co się wtedy dzieje? W momencie, gdy nie wytrzymuje narastającego napięcia, złość która jest w nim skumulowana, zaczyna się odtwarzać – tyle, że w partnerce. To ona zaczyna się złościć na niego. Dzieje się tak przez tak zwane porwanie emocjonalne. Zupełnie nieadekwatne do sytuacji, które ją wywołało. Dlatego to ofiara biernej agresji, w tym wypadku kobieta, kończy z poczuciem winy. W dodatku dostaje od mężczyzny komunikat: „ja się staram, a ty mnie nie doceniasz”. Czuje się wtedy trochę jak taka świnia na zakręcie. Po prostu nie wie, co ma zrobić. Kończy się tym, że przeprasza. Kiedyś było takie powiedzenie, że do mężczyzny zawsze należy ostatnie słowo: przepraszam. To zaczyna się zmieniać. Coraz częściej to ostatnie słowo należy do kobiet. Tyle, że kobiety nie zdążyły się jeszcze tego przepraszania nauczyć. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że mężczyźni, którzy „sprzedają” swoim partnerkom agresję, niekoniecznie są źli na nie.

To na kogo lub na co, są tak naprawdę źli?
Na nauczycielki, babki, ciotki… Cały ten kobiecy świat. Swoją złość kierują do partnerki, jako tego najbezpieczniejszego obiektu, bo najbardziej dostępnego. Wobec niej mogą wreszcie uruchomić wszystkie skumulowane latami emocje.

Czyli co, z jednej strony mężczyźni mówią: „kobiety, realizujcie się, równouprawnienie wam się należy”, a podświadomie tak nie myślą?
To, że mężczyźni mówią dzisiaj: „kobiety, realizujcie się”, wcale nie znaczy, że tak uważają. Często mówią tak dla świętego spokoju. Pamiętajmy, że największym patronem mężczyzn jest święty spokój. No naprawdę, nie znam większego! Wielu mężczyzn ma dzisiaj coś takiego, o czym oczywiście nie powiedzą ci wprost, rodzaj skrywanej pogardy wobec kobiet. Na zasadzie: „a właśnie, że ci nie dam”. Czyli: „Mógłbym ci pomóc, mógłbym pójść z tobą do łóżka, mógłbym się tym zająć, ale radź sobie sama. W końcu jesteś taka samowystarczalna”. Wy wszystkie jesteście takie wspaniałe i wszystko wam wolno. Ostatnio przeczytałem w jakiejś gazecie, że gdyby kobiety skolonizowały Marsa, to mężczyźni nie byliby im do niczego potrzebni. Czytasz takie gówno, za przeproszeniem i myślisz: „to lećcie sobie na tego Marsa i dajcie nam święty spokój!”. Ale ponieważ dzisiejsi mężczyźni nie chcą wchodzić w otwarty konflikt z partnerkami, bo boją się, że jak się rozwiodą, to one zabiorą im dzieci i pół majątku – to wielu wyrabia sobie strategię przetrwania na zasadzie: „Przewróciło się niech leży, chciałem podnieść, ale mi strzeliło w krzyżu. A w ogóle to teraz ty się mną zajmij”. Coraz częściej spotykam mężczyzn, którzy po prostu nie lubią kobiet. A nawet nie tyle kobiet, co ich wizerunku.

Przeszkadza im, że osiągają sukcesy i realizują się zawodowo?
Niekoniecznie. Kluczowy jest wzorzec ich relacji z matką i ojcem. Mężczyźni, którzy byli wychowywani w domach, w których ojciec był obecny, fizycznie i emocjonalnie, zdecydowanie lepiej radzą sobie z kobietami. Nie potrzebują zastanawiać się, czy mogą w swoim związku wyrażać złość lub zachowywać się agresywnie. Złość daje im energię i pomaga usunąć albo ominąć przeszkodę na drodze do zaspokojenia naszej potrzeby. Agresja oznacza, że biorę coś, co jest mi potrzebne, do zaspokojenia tej potrzeby. W biernej agresji brakuje tego ruchu do świata. A przemoc to uruchomienie złości i agresji w sytuacji, która doprowadza do skrzywdzenia drugiej osoby.

Terapeuta Jesper Jull twierdzi, że na agresywnych chłopców działa w szkołach „chwila ciszy“ lub codzienne siłowanie się z ojcem. Anglia wprowadziła w tym roku pilotażowy program do szkół, z przedmiotem „mindfullness”. Jak nauczyć młodego mężczyznę obsługiwania swojej złości i agresji, żeby nie prowadziły do przemocy?
Wszystkie rzeczy, o których mówisz, to ważne obszary samokontroli. Każdy chłopiec uwielbia siłować się z ojcem. Między innymi dlatego, że uczy się wtedy własnego ciała. Ojciec jest przewodnikiem, pokazuje mu, że męskie ciało jest silne i niebezpieczne. Takie ciało z łatwością może zabić. Chodzi o to, żeby nauczyć się je obsługiwać. Po to, by tobą nie rządziło. W siłowaniu dochodzi trochę do efektu piły tarczowej. Nakręcamy się, następuje wzrost energii, chłopak zaczyna wierzgać, kopać, rzucać się. Jest agresywny, ale w ramach zabawy. Ojciec mu na to pozwala, siłuje się z nim i podkręca energię. Ale potem uczy go, jak z tego wyjść. Mówi: „dobra, słuchaj, powoli będziemy kończyć”. Tu go przytrzyma, tam mu nie pozwoli i koniec. W ten sposób, uczy chłopca, jak zarządzać tą energią. Tak samo jest z mindfullness.

Czy taki bierno-agresywny facet zdaje sobie sprawę ze swojej podskórnej złości?
No właśnie o to chodzi, że nie. Taki mężczyzna w ogóle nie ma kontaktu ze złością. To nie jest żadna świadoma strategia. Bierna agresja to wszelkie działania „zamiast” wyrażania złości. Gdybym poprosił takiego mężczyznę, żeby się na mnie wykrzyczał, to nie byłby w stanie tego zrobić. Gdyby zaczął krzyczeć, pewnie pojawiłby się w nim strach.

Jak sobie poradzić ze skrywaną złością?
Mężczyźni „radzą” sobie z tym w ten sposób, że idą w unikanie. Alkohol. Gry. Pornografię. Internet. Natomiast ci, którzy faktycznie chcieliby sobie poradzić, muszą nauczyć się tego, że kontakt ze złością jest pożyteczny. A potem trzeba tą złość jeszcze konstruktywnie wyrazić. Dam ci prosty przykład. Mój 4,5-letni syn bawi się ze swoją 10-letnią siostrą, która nie robi czegoś, co on chciałby, żeby zrobiła. Przychodzi do mnie i mówi: „Tatuś, ale mnie ta Zośka denerwuje. Nie chce się ze mną bawić”. Dlaczego to jest konstruktywne? Bo adekwatne do sytuacji. Zupełnie inaczej wygląda wyrażenie złości, która nawarstwiała się w nas latami. Jeżeli mamy w sobie cały kontener złości, to musimy przebiec maraton.

Złość trzeba nie tylko rozładować, przede wszystkim trzeba ją opracować. Fitness czy bieganie nie wystarczą. Da się konstruktywnie wyrazić długo skrywaną złość?
No właśnie nie da się tego zrobić. Bo w jaki sposób 45-letni mężczyzna ma adekwatnie wyrazić swoją skumulowaną złość do matki? Jeżeli zaczniesz ćwiczyć boks, to będzie tylko suche odreagowanie energetyczne. To nie jest leczące. Jedyne co możesz tak naprawdę zrobić, to wyrazić złość przy kimś. Tak, żeby ta emocja złości została przyjęta. Zaakceptowana. Podam ci przykład z warsztatów, gdzie pracujemy nad aspektami relacji z ojcem. Mężczyzna wypowiada wtedy na głos różne pretensje, towarzyszą temu silne emocje. To, że mężczyzna robi to w grupie, jest tą leczącą częścią. Złość zostaje przyjęta, gdy mężczyzna słyszy od innych, że to co powiedział, w jakiś sposób ich poruszyło. Różne filmy czy seriale, jak „Breaking Bad” czy „Dzikie historie” dają nam szansę na wyrażenie swoich skumulowanych emocji czy postaw, za którymi tęsknimy. Jednak z różnych powodów tego co widzimy na ekranie, nie robimy. To działa trochę na zasadzie katharsis. Jednak, prawdziwe i pełne odreagowanie złości, musi odbyć się w towarzystwie drugiej osoby. Lubię obserwować, jak oczy rosną im wtedy jak pięciozłotówki: „A to tak można? Tak to się robi? Naprawdę?”.

Wyobrażam sobie, że gdy mężczyzna nagle zaczyna wylewać swoją długo skrywaną złość w związku, może być to trudne dla jego partnerki. Zwariować można.
Jest trochę tak, jak mówisz. A co z tym zrobić? Jest takie zdanie, które bardzo mi się podoba: „bądź sobą i pozwól innym sobie z tym poradzić”.

Ale przecież taki mężczyzna staje się chodzącą złością.
I to jest właśnie najciekawsze. Kobiety przysyłają do mnie mężczyzn z adnotacją: „niech mi go pan naprawi”. Nie zdają sobie sprawy z tego, że po zmianie to już nie będą ci sami mężczyźni. Nagle pojawiają się pretensje: „Co ten Masłowski mu powiedział, co on mu zrobił? Taki fajny ciapek z niego był, a teraz co? Motor sobie kupił. Z kumplami na piwo chodzi. Sam decyduje, jaką czapeczkę założyć Jasiowi na głowę. Co to w ogóle jest?”. Sorry, albo chcesz być z mężczyzną, albo z ciapkiem. Jeżeli faktycznie chcesz być w związku z mężczyzną, to musisz wykonać pewną pracę, droga pani.

Dobrze. To mamy tego bierno-agresywnego faceta, który jest po terapii z Jackiem Masłowskim. Przychodzi do domu i zaczyna się złościć. Jak to wygląda?
Na przykład mówi tak: „W tym tygodniu nie będę zajmował się Jaśkiem. Umówiłem się z kumplami na piwo. Do tej pory nie wychodziłem i chciałbym to zmienić”. Albo zaczyna się czepiać. To czepianie się jest ruchem do świata, który musi wykonać, żeby wyjść z tej biernej agresji.

No i zaczynają się kłótnie. To jak obsługiwać złość w związku, żeby się nie nakręcać? Psychologowie radzą umówić się jeszcze przed potencjalną kłótnią, że w sytuacji, gdy oboje przekraczamy granice, mówimy sobie: STOP i wracamy do rozmowy później. Ale to nie działa! Gdy wracamy, emocje znowu wybuchają. W dodatku nawarstwiają się kolejne sprawy.
Ale spójrz na to tak: co jest złego w tym, że ludzie się kłócą? Chodzi przecież o wyrażanie swojej złości, również w związku.

Ale jak nie przeoczyć punktu, skąd nie ma już odwrotu? Nie powiedzieć lub nie zrobić za dużo.
W związku nie można używać przemocy. Jeżeli w złości będę mówił ci, że jesteś ostatnią suką i na niczym się nie znasz, to jest już przemoc. Jednak, kiedy mówię ci, że przez piętnaście lat zabraniałaś mi wychodzić z kumplami i ja sobie tego nie życzę, to jest konstruktywne.

Wydaje mi się jednak, że wiele par przekracza tę cienką granicę...
Bo nie jesteśmy uczeni komunikacji bez przemocy. To wszystko wymaga od nas wysiłku. Nauki i treningu. Czy widziałaś kiedyś w szkole zajęcia pod tytułem „W jaki sposób budować konstruktywne relacje interpersonalne z innymi ludźmi"? Zdecydowanie łatwiej zastosować przemoc w białych rękawiczkach – agresję bierną. Albo po prostu walnąć kogoś ścierką w łeb. Złość ma krótki lont. Na zasadzie „zabić - nie zabić”. Jak go w takim razie wydłużyć? Złość ma dłuższy lont, jeśli jest na bieżąco wentylowana. Gdybym powiedział: „złości mnie to, że nie oddzwaniasz”, jawnie wyrażam swoją złość. Bynajmniej wcale nie w sposób, który wybija ci zęby. Jeżeli na bieżąco jestem w stanie obsługiwać złość w ten sposób, to nie mam paliwa do różnych porwań emocjonalnych. Chyba że mam taki pogląd, że powinienem być posłuszny kobietom i spełniać ich wszystkie oczekiwania. Wtedy złość zbiera się latami i w efekcie mamy Wezuwiusza.

Ale jeśli nagle zaczynasz dostawać od partnera tak wiele komunikatów pełnych złości lub agresji, których nie było wcześniej, to tylko nakręca twoją złość...
Trudno. Partnerka musi poradzić sobie ze swoją złością sama. Być może ma problem z feedbackiem? Bo skoro mówię jej o tym, co mi przeszkadza, a ona robi to dalej, to znaczy, że mnie ignoruje. Trudno, żebym w takiej sytuacji zajmował się jeszcze jej złością. Ostatnio pracowałem z kobietą, która dla swojego partnera zaczęła być kimś innym. Komunikował jej, co mu w niej nie pasuje i po paru latach takiego związku, doszła do ściany. Jej złość była tak wielka, że zaczęła prowokować go do zdrady. Po to, żeby mogła się później zemścić. Rozumiesz coś z tego? A właśnie tak wygląda dziewięćdziesiąt dziewięć procent naszych relacji! Nie jesteśmy w bliskości, tylko w manipulacjach. Oczekujemy, że druga strona ma coś zrobić, żeby było między nami lepiej. Tyle, że tak to nie działa. Dlatego jeżeli mężczyzna dokonuje zmiany, przestaje być ciapkiem i zaczyna jawnie wyrażać swoją złość czy agresję. A ty mówisz mi, że dla tych kobiet to strasznie wkurzające. Odpowiadam: to już problem tych kobiet.

Wielkie dzięki, drogi Jacku. Bardzo nam, kobietom, pomogłeś!
Trzeba się po prostu nauczyć nawzajem nowych zasad relacji. Bo jeśli ktoś w związku dokonuje zmiany, to zmienia się cały system. Bez względu na to, czy jest to mężczyzna, czy kobieta. Wiele kobiet zaczęło dzisiaj pracować nad sobą. Zmieniło swój sposób bycia w relacjach z mężczyznami. Wcześniej były dzieci, praca, dom. Teraz są biznes, wycieczki z koleżankami, wychodzenie w piątek na wino. Dla wielu facetów to strasznie irytujące. Ale co mają zrobić? Albo z powrotem wbić kobiety w tradycyjną rolę, co jest nie do zrobienia. Albo nauczyć się z tym żyć.

To jak być dzisiaj spokojnym facetem?
Mniej telewizji i radia. Wywalić Facebooka. Zamieszkać w lesie. Kupić sobie siekierę, żeby się poruszać i przy okazji porąbać drzewo. Mieć dojrzałą emocjonalnie partnerkę. Nie stawiać sobie zbyt dużych oczekiwań. Mieć bliskie relacje z mężczyznami. Właściwie, gdy to zrobisz, to jesteś spokojnym facetem. A nawet szczęśliwym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!

  1. Psychologia

Dlaczego przeklinamy? A raczej – dlaczego czasem nie da się inaczej?

Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Dlaczego przeklinamy? Nie umiemy inaczej? Emma Byrne, autorka książki „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania”, szuka odpowiedzi w nauce i sięga po argumenty zarówno medyczne, jak i psychologiczne czy lingwistyczne.  

Uwielbiam przeklinać. Zwykle zdarza mi się rzucić jakimś mocnym słowem, kiedy jestem podekscytowana lub czymś zaskoczona. No i oczywiście, kiedy prowadzę, co jest chyba cechą wspólną dla większości kierowców – mówi Emma Byrne i przyznaje, że na przekleństwach zbudowała swoją karierę naukową. W książce stawia tezę – popartą przykładami z wielu dziedzin naukowych – że nie stalibyśmy się najliczniejszym gatunkiem naczelnych, gdybyśmy wcześniej nie wynaleźli przekleństw. Używanie „słów uznanych za wulgarne z dziedzin uznanych za tabu” osłabia bowiem ból, wzmacnia więzy, rozwija kreatywność i efektywność, ale także pomaga znaleźć ujście dla naszego napięcia.

Po pierwsze, emocje

Neurobiologia oraz badania nad uszkodzonymi półkulami mózgu udowadniają, że przeklinanie jest nierozerwalnie związane z emocjami – naszymi i osoby, z którą rozmawiamy. Przekleństwa są zakorzenione w obu półkulach mózgu, a także w ciele migdałowatym – najbardziej pierwotnej części mózgu, która odpowiada za silne emocje. Wraz z rozwojem ewolucji stały się potężnym skrótem, który pozwala na błyskawiczne ich przekazywanie.

Byrne przypomina znany w jej środowisku Projekt Washoe. Małżeństwo naukowców z Uniwersytetu Nevada zaadoptowało w latach 70. kilkoro małych szympansów, które wychowywali jak dzieci. Nauczyli je jeść, pić z kubka, korzystać z toalety, a także posługiwać się językiem migowym. Bardzo szybko – w chwilach wzburzenia oraz złości – zwierzęta zaczęły używać znaków związanych np. z toaletą, wydalaniem i brudem, jako obraźliwych w stosunku do siebie lub naukowców. To pokazuje, jak ważne w komunikacji i wyrażaniu emocji jest przeklinanie, niezależnie od gatunku biologicznego. – Oczywiście trzeba pamiętać, że to nie jest język jak każdy inny, wywołuje raczej silne reakcje – zwykłe słowa rzadko mają taką siłę. Jeśli więc zależy nam na wyciszeniu sytuacji, napięcia, zwłaszcza podczas kłótni, sprzeczki czy nieporozumienia, to przekleństwa nie są najlepszym wyborem – ostrzega Byrne. Jeśli jednak chcemy poinformować innych o swoim wzburzeniu i ostrzec, że zaraz wybuchniemy – mogą nawet zapobiegać przemocy. – Bez nich bylibyśmy ograniczeni do gryzienia, skakania sobie do oczu i obrzucania się gównem, jak to robią nasi naczelni krewniacy – pisze.

Budowanie więzi

Przeklinanie bardzo pomaga, jeśli chcemy się z kimś podzielić emocjami, jakie w nas narastają. I to nie tylko tymi tzw. negatywnymi. – W społeczeństwach, gdzie zniechęca się mężczyzn do okazywania smutku czy współczucia, przeklinanie może stać się wartościowym zamiennikiem – zauważa Byrne.

Nic dziwnego też, też w zmaskulinizowanym środowisku pracy, gdzie aprobatę raczej wyraża się słowami „O, k...” lub „ja, p...”, niż „ale fajnie”, przeklinająca kobieta, która potrafi niewybrednie żartować, szybciej zyska sobie szacunek i pozycję niż gdy będzie zwracać uwagę, że nieelegancko jest przeklinać. Sama Byrne pracuje w męskim zespole naukowym, zajmującym się sztuczną inteligencją. – Gdy próbowałam zgrać się z zespołem, okazało się, że mój bogaty słownik przekleństw oraz znajomość futbolu są wystarczające, by przyjąć mnie do grupy – opowiada.

Niwelowanie bólu

Skoro bluzgi dają ujście wewnętrznemu napięciu, może mogą też przynosić ulgę w bólu fizycznym? Próbował to sprawdzić doktor Richard Stephens, autor książki „Czarna owca. Ukryte zalety okropnego zachowania”. W ramach eksperymentu skłonił 67 studentów, by zanurzyli rękę w lodowatej wodzie i wytrzymali tak długo, jak mogą. W trakcie katuszy mogli używać jednego wybranego przez siebie przekleństwa oraz jednego słowa neutralnego. Okazało się, że ci, którzy tylko przeklinali, wytrzymywali o połowę dłużej niż studenci, którzy używali słów neutralnych. Przekleństwa podnosiły ich tętno i obniżały poziom odczuwalnego bólu. Dokładniejsze badania wykazały, że kolejność jest następująca: przekleństwa wywołują silne emocje, to one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu.

Obniżenie frustracji

Jeśli przeklinanie pomaga podczas krótkotrwałego bólu, to jaki jest jego wpływ, gdy ktoś cierpi na przewlekłą chorobę albo długo dochodzi do siebie po bolesnej operacji? Byrne sprawdziła, że przeklinanie pomaga chorym mierzyć się z cierpieniem i związanymi z nim trudnymi emocjami, jak gniew, zniechęcenie oraz przygnębienie. Pisząca te słowa, która spędziła sześć tygodni z unieruchomioną w ortezie nogą, jest żywym na to przykładem. Niestety, Byrne zauważyła przy okazji smutną zależność. Przeklinanie przez cierpiących mężczyzn spotyka się ze społecznym przyzwoleniem, ale już bluzgające kobiety nie są równie mile słuchane. Gorzej, „rzucające mięsem” w chorobie kobiety częściej traciły przyjaciół i wsparcie znajomych z powodu używania wulgaryzmów. – To jest niepokojący przykład podwójnego standardu – ostrzega Byrne. I dodaje: – Jeśli obie płcie mają rozmawiać jak równy z równym, musimy dysponować takimi samymi narzędziami ekspresji. Pozwólmy facetom płakać, dajmy kobietom bluzgać: wszyscy potrzebujemy tych środków wyrazu.

Nauka języka

Wulgaryzmy trudno nam znieść także w ustach nastolatków i dzieci. – Przekleństwa są częścią naszego języka, nie możemy udawać, że jest inaczej. Naszym zadaniem jako rodziców nie jest zakazywać przeklinania, tylko pomóc w radzeniu sobie z emocjami, jakie temu towarzyszą – tłumaczy autorka. Dlatego nie należy karać za wulgarne słowa, tylko uczyć wyrażania emocji w sposób nieraniący innych. Jak przekonuje Byrne, zamiast wstydzić się, że przeklinamy, zacznijmy to robić swobodniej i adekwatnie do sytuacji.

  1. Psychologia

Jak pozbyć się poczucia winy, wstydu i niepewności - czyli uczuć, które zatruwają życie?

"Taki, jaki jestem, jestem w porządku" - to najtrudniejsza afirmacja na świecie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Poczucie winy, wstyd, żal, lęk, smutek, niepewność... Każde z nich coś nam mówi, ale czy każde buduje? O stanach, które - jeśli trwają zbyt długo - czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on  utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Jesteś zły – mam nad tobą przewagę

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę. Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie).

I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona. A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje.

Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo na to zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Niewidzialna dziewczynka

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat.

Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy  – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy.

Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock) Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock)

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii.

Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego? Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?!

Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić.

Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś niefajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy.

„Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.

  1. Psychologia

Nowy miesiąc - nowy start. Ćwiczenia, pomysły i inspiracje na wrzesień

Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. (Fot. Getty Images)
Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. (Fot. Getty Images)
Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. Trenerka Dagmara Gmitrzak podsuwa pomysły, ćwiczenia i wizualizacje. 

Ćwiczenie 1. Z perspektywy orła

Zabawne, jak wiele rzeczy, które przed urlopem wydawały się niezwykle istotne, po powrocie traci na znaczeniu. Jeśli potrzebujesz znaleźć konstruktywne rozwiązanie jakiejś sytuacji, to ćwiczenie dodatkowo pomoże spojrzeć ci na nią z dystansu i bez emocjonalnego zaangażowania. Zacznij od wybrania przedmiotu, który może reprezentować daną sprawę. Ustaw naprzeciwko niego krzesło, w dowolnej odległości. Teraz wejdź na krzesło i poczuj się przez chwilę jak orzeł, który obserwuje ziemię, lecąc nad szczytami gór. Zauważ, jakie myśli pojawiają się w Twojej głowie. Co widzisz teraz, a czego nie mogłeś zobaczyć wcześniej?

Ćwiczenie 2. Dobry nastrój jesienią

Wakacyjny luz nie musi się kończyć wraz z rozpakowaniem walizek. Jak sprawić, by dobry humor nie opuszczał Cię jeszcze długo po powrocie? Wywołaj najlepsze i najbardziej pozytywne zdjęcia z wakacji i postaw je w widocznym miejscu, tak aby codziennie przypominały ci przyjemne miejsca i dobrze spędzony czas. Noś kolorowe ubrania, w których przeważają roślinne, kwiatowe motywy. Jeśli zaś czujesz spadek nastroju, skorzystaj z balijskiego sposobu na poprawę samopoczucia. Zmieszaj trzy łyżki nierafinowanego oleju kokosowego w płynnej postaci z sześcioma kroplami olejku różanego. Rozsmaruj je na wewnętrznej części dłoni. Chwilę podelektuj się zapachem i zacznij wmasowywać olejek pośrodku klatki piersiowej. Według ajurwedy to miejsce jest związane z czakrą serca, która symbolizuje miłość do siebie i innych. Wykonując ten delikatny masaż, spróbuj wzbudzić czułość dla siebie. Następnie nałóż olejek na podbrzusze – to siedziba czakry krzyżowej, związanej z ekspresją uczuć i emocji, kreatywnością, zmysłowością i seksualnością. Podczas masowania pomyśl z miłością o swoim ciele. Na zakończenie połóż jedną dłoń na klatce piersiowej, a drugą na podbrzuszu. Oddychaj świadomie przez dwie minuty.

Ćwiczenie 3. Zatrzymać lato w sobie

Badania wykazały, że mózg nie odróżnia tego, co widzimy, od tego, co sobie wyobrażamy. Oznacza to, że reagujemy emocjonalnie zarówno na obrazy prawdziwe, jak i fikcyjne. Korzystając z tej wiedzy, możesz praktykować kreatywną wizualizację i odczuwać jej dobroczynne efekty. To ćwiczenie pomoże ci aktywować pozytywne emocje związane z latem. Usiądź wygodnie, z prostym kręgosłupem. Zrób dwa głębokie wdechy i długie wydechy. Przywołaj w myśli jakieś dobre wspomnienie związane z latem. Moment, kiedy czułeś radość, połączenie ze sobą, z przyrodą. Uaktywnij wszystkie zmysły. Poczuj w ciele te pozytywne emocje. Po dwóch–trzech minutach powróć do tu i teraz.

Ćwiczenie 4. Porządki w relacjach

Letni wypoczynek pomaga złapać dystans do codzienności, w tym do osób. Zanim spotkasz się z dawno niewidzianymi znajomymi, przemyśl, które znajomości służą twojej ścieżce rozwoju, które warto ulepszyć, a które już się wypaliły. Zacznij od zrobienia listy najbliższych przyjaciół oraz bliskich znajomych. Zadawaj pytania w odniesieniu do każdego z nich. Jak się czujesz podczas spotkania z tą osobą? Czy w dzieleniu się swoimi sprawami panuje równowaga? A może to zwykle Ty wysłuchujesz drugiej osoby lub przeciwnie – przejmujesz pałeczkę i zapominasz zapytać o jej życie? Czy czujesz się sobą przy tej osobie? Czy są tematy, których nie wyobrażasz sobie z nią poruszyć? Czy czujesz, że życzy ci wszystkiego najlepszego i jest z Tobą szczera? Czy często krytykuje Twoje zachowanie, sposób ekspresji albo Twój wygląd? Jak odnosi się do twoich sukcesów? Jak reaguje, kiedy jest Ci trudno, masz złe samopoczucie fizyczne lub psychiczne? Czy potrafi Cię wysłuchać i okazać troskę? Czy pokazujesz jej również swój cień – mniej miłą i sympatyczną część siebie?

Ćwiczenie 5. Porządki w domu

Indianie wierzą, że każda pora roku uczy nas, jak żyć. Jesień to nauczycielka cykliczności. Przekazuje wiedzę o tym, że nic w życiu nie jest nam dane na stałe. Jest okres letniej pełni i obfitości, ale po nim następuje czas transformacji. Ten proces symbolizują spadające z drzew liście. Aby połączyć się z energią jesieni i lepiej ją zrozumieć, po porządkach w relacjach skup uwagę na porządkowaniu swojego mieszkania i oddawaniu tego, z czego już nie korzystasz. Nienoszone przez dłuższy czas ubrania upierz i przekaż do pomocy społecznej. Przeczytane książki i magazyny możesz sprezentować znajomym, być może zawarte w nich informacje okażą się dla nich pomocne. Pamiętaj, że jeśli dzielisz się tym, czego masz w nadmiarze, robisz miejsce na pojawianie się czegoś nowego i inspirującego.

Ćwiczenie 6. Nowe umiejętności

Stary nawyk ze szkoły sprawia, że wrzesień to dobry czas na naukę. Zapisz się na weekendowe warsztaty, cykliczne zajęcia albo kurs językowy. Po wakacyjnym wypoczynku mózg garnie się do wiedzy, trenuj go zatem i ucz się nowych rzeczy. To poprawi nie tylko Twoją pamięć i koncentrację, ale też samopoczucie. Jeśli nie masz pomysłu na to, jaką nową umiejętność wprowadzić do swojego życia, postaw na prostą praktykę medytacji. Umów się ze sobą, że codziennie o tej samej porze usiądziesz prosto i przez dwie minuty skupisz się na procesie oddychania. Możesz skierować uwagę do nozdrzy i doświadczać, jak powietrze do nich wpływa, a po chwili wypływa. Ta praktyka pozwoli ci nauczyć się, jak być w pełni w chwili obecnej.

  1. Psychologia

Jak wybaczyć? Rozmowa z Katarzyną Miller

Wybaczenie jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem. (Fot. iStock)
Wybaczenie jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem. (Fot. iStock)
Małe i większe przewinienia, stare i nowe grzechy, wyrządzone – świadomie lub nie – krzywdy… To wszystko siedzi w nas i tworzy emocjonalne złogi. Dlatego wybaczenie jest jak generalne porządki - pracochłonne, ale przynoszące ład emocjonalny. Może warto przeprowadzić je właśnie dziś, w Międzynarodowy Dzień Przebaczania? Pomoże w tym psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Małe i większe przewinienia, stare i nowe grzechy, wyrządzone – świadomie lub nie – krzywdy… To wszystko siedzi w nas i tworzy emocjonalne złogi. Dlatego wybaczenie jest jak generalne porządki - pracochłonne, ale przynoszące ład emocjonalny. Pomoże w tym psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Trudniej jest wybaczyć sobie czy komuś? A może nie ma jednego bez drugiego?
To mądra myśl, że drugiego bez pierwszego nie ma, ale zdecydowanie trudniej jest wybaczyć sobie, bo to jest rzecz głęboka. Ludzie bardzo często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczają, w związku z tym też nie wiedzą, dlaczego nie wybaczają innym. Mają wtedy – można by powiedzieć – pewien automatyzm w niewybaczaniu. Trudniej jest wybaczyć sobie także dlatego, że jesteśmy takim puzderkiem na syfy, czyli mamy niestety wiele rzeczy, które nas dręczą i które jawią się nam jako rzeczy nie do wybaczenia albo nie do pogodzenia czy nie do przejścia, które są dla nas tak strasznie ważne, że szok…

Co na przykład?
Co o nas myślą inni, czy nas lubią… Niektóre uczucia, które demonizujemy, zwłaszcza lęk, złość i wstyd. Ale też bezsilność, bezradność…złe myślenie o sobie, a więc i złe myślenie o innych i związane z tym uczucia…

Masz na myśli to, że zabraniamy sobie je odczuwać?
Raczej to, że dajemy im nad sobą ogromną władzę. Poza tym rozgrzebujemy uczucia, nie pozwalamy im przez siebie przepływać. Weźmy wstyd – ponieważ od małego jesteśmy zawstydzani, to wszystkiego się wstydzimy. Puszczę bąka – zgroza! Nie powiem słowa takiego, jak powinnam – zgroza! Kręcę się w kółko i nie wiem, co zrobić – zgroza! I wiecznie do tego wracamy. „Jak ja się wtedy zachowałam! Nigdy tego nie zapomnę”… Oczywiście mówię o ludziach, którzy są bardzo urazowi, a jest ich dużo. U takich osób nawet drobiazgi urastają do rangi prawdziwych nieszczęść. Wracając do wybaczania, jeśli mam w sobie taki kocioł, który ciągle kipi i czego się nie dotknę, to rozlega się syk – wiesz, taki jak kładziesz na rozgrzaną płytę palec i słychać „psss” – to nigdy nie będzie w moim życiu ulgi ani przyzwolenia. Ani poczucia, że to, co jest, jest, jakie jest. Ja jestem, jaka jestem, ty jesteś, jaka jesteś. Poza tym jeśli coś nas dotknęło i było wyraziste w momencie, w którym się działo, to kiedy minęło, powinniśmy już włożyć to do pamiętnika, a nie ciągle oglądać pod lupą: „gdybym nie poszła, gdybym nie powiedziała, to byłoby inaczej…”. No, tego już się nie dowiemy, może by było, a może nie. A mimo to często nie potrafimy o tym zapomnieć i wybaczyć sobie. Że na przykład szłam kiedyś ulicą z oberwaną halką i tego nie zauważyłam…

Naprawdę?
Ty może byś się tym nie przejęła, ale wiele kobiet – jak najbardziej. I gwarantuję ci, że wiele takich, po których byś się tego nie spodziewała. Bo one tego nie okazują. Duszą to w sobie.

Powiedziałaś, że ludzie często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczyli.
Nie wiedzą, bo to jest bardzo bolesny stan mieć pretensje do siebie, nie cenić siebie, mieć sobie coś za złe, wiedzieć, że nie podoba mi się to, co we mnie jest, co robię czy co myślę – w związku z tym robimy nad tym pokryweczkę, żeby tego nie dotykać za mocno. I jak nagle ktoś robi dokładnie to samo, co ja kiedyś, to do kogo mam pretensje? Oczywiście do niego. Klasyczna projekcja.

Czyli jeśli czegoś komuś nie możemy wybaczyć, to mogłaby być to dla nas wskazówka, że tego samego nie wybaczamy sobie? O tak, to bardzo typowe. Np. wiele starszych osób, które nie pozwoliło sobie na pewne rzeczy, nie zaznało ich, ma pretensje do młodszych o to, że oni właśnie sobie na to pozwalają.. 

Tylko jeśli komuś czegoś nie wybaczamy, stawiamy siebie w roli wiecznej ofiary – ofiary tej osoby… Niekoniecznie. Możemy stawiać się w roli ofiary, ale możemy też w roli sędziego. Wtedy jesteśmy niczym bicz boży albo anioł z mieczem ognistym, no albo inna świetlista osoba. My z Panem Bogiem uważamy, że… (śmiech) 

Jeśli sobie nie wybaczamy, to jesteśmy jednocześnie ofiarą, katem i… sędzią?
Dokładnie tak. Takie sobie fundujemy potrójne męczarnie. To smutne i straszne, ale prawdziwe, że sami – z wyuczenia domowego i kulturowego – urządzamy sobie w życiu piekło.

Sądzisz, że trudniej nam sobie wybaczyć, że coś zrobiliśmy, czy że czegoś nie zrobiliśmy?
Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, pewnie zależy to od osoby i od uczynku. Ludzie mają różne systemy wartości i różne gradacje przewinień. Dla jednych flirt to nie zdrada, dla innych – już tak. Dla jednych to, że komuś się czegoś zazdrości, to grzech, dla innych – naturalny odruch.

Chyba najgorszą rzeczą jest nie móc sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy.
Tylko problem polega na tym, że ludzie nie wiedzą, jacy są. Dali sobie na przykład wmówić, że są podli, niedobrzy… Wstrząsnęła mną historia mojej pacjentki, która była bita przez matkę jako bardzo małe dziecko, a ojciec się za nią nie ujmował. Po latach już w trakcie terapii spytała go: „Dlaczego ty pozwoliłeś mamie na coś takiego?”. „Jak to, przecież ty byłaś okropna – mama mówiła”. Jak może być okropne dwuletnie dziecko? Ono może być jedynie inne niż rodzic sobie wyobrażał. Nie dość ładne jego zdaniem, za dużo płaczące albo zbyt wolno rozwijające się niż by on chciał. Ale okropne?! Jeśli więc nie możemy sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy, to najpewniej uwierzyliśmy w wielką zmyłę na swój temat. Przecież wiele ludzi nie idzie na terapię ze strachu, że teraz się wyda, jacy naprawdę są, a tak to jakoś się ciągnie.

Wybaczenie jest oczyszczeniem?
Jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem - tylko ono może pojawić się dopiero wtedy, kiedy będziemy mogli siebie uwolnić od tej ropy: nienawiści, żalu, pretensji, krzywdy. Kiedy przestaniemy się czuć ofiarą: albo oburzoną, albo zrezygnowaną albo zbuntowaną. Ale aby tak się stało, trzeba się najpierw pozbyć tych uczuć, wyrzucić je na zewnątrz. I to daje na przykład terapia. Dzięki niej, że tak się wyrażę, wyrzygujemy się na tych, co nas skrzywdzili, ale w bezpieczny sposób. Nie robimy tego na tych ludzi, bo by tego ani nie przyjęli, ani nie znieśli, a poza tym często nie byli świadomi, że krzywdzili. Wyrzucamy to z siebie w obecności terapeuty, często też grupy: skarżymy się , zwierzamy, krzyczymy, płaczemy, złorzeczymy, kwilimy… Ale też wyobrażamy sobie, rysujemy, tańczymy, piszemy listy, oglądamy zdjęcia, czytamy książki, oglądamy filmy i sztuki… Uczucia uwalniają się w bardzo różnorodny sposób.

Czyli najpierw trzeba odczuć wszystkie przykre uczucia, wywalić je z siebie…
I zrobić to w swoim tempie, w swoim czasie. Niczego nie przyspieszać i nie wybaczać wbrew sobie. Bo wtedy siebie strasznie niszczymy.

To ważne, że wybaczaniem też można siebie nadużyć.
I to jeszcze jak! Wybaczeniem – zbyt szybkim i niezgodnym z tym, co mamy w środku – możemy sobą i innymi nieźle manipulować.

Czyli mądre i zdrowe wybaczenie…
… odbywa się po procesie oczyszczenia. W dodatku procesie, który co jakiś czas trzeba powtarzać. Z wybaczaniem jest jak ze sprzątaniem. Nie możesz sobie raz wysprzątać i siedzieć na kanapie, spokojna, że już cała robota z głowy, bo po tygodniu znowu zbiera się kurz. Tak jak zbiera się brud między ludźmi. Wiele osób myśli, że jak już oczyściło pole w relacji z kimś, to nie będzie teraz znów wyciągać jakiś nowych spraw, bo po co psuć atmosferę. To wielki błąd, bo znów będą się tworzyć nowe urazy, w dodatku schowane pod wspomnianą przykryweczką. Najciekawsze jest to, że jeśli się zaczniemy oczyszczać, wybaczenie samo przyjdzie. Dlatego naszym celem nie powinno być wybaczenie, tylko wewnętrzna harmonia. Wtedy przestajemy mieć żale i pretensje, bo nie są one już nam do niczego potrzebne. Człowiek się robi spokojny, tolerancyjny, mądry. Nie dziwi się wiecznie: „Jak mnie to mogło spotkać?! Dlaczego?!”. A jak kogoś innego spotka, to będzie w porządku?

Poza tym nie można nikogo przymusić do wybaczenia, wbrew jego woli. Choć czasem tak próbują robić rodzice małych dzieci: „Podaj mu rękę na zgodę, no już”.
A próbują, i to bardzo często. A jak dziecko nie chce, to mówią mu: „jesteś złym chłopcem”. Wtedy taki maluch zwykle w obronie swojej godności wykrzykuje: „Nieprawda! Nie jestem zły”. I ma rację. Co więcej, moim zdaniem, jest w ludzkim życiu poziom rzeczy nie do wybaczenia. Nie jestem specjalnie odwetowa (jestem absolutnie przeciw karze śmierci) ale nie wolno zmiękczać ohydy pewnych ludzkich zachowań. Jest różnica pomiędzy tym, że naprawdę wybaczamy a tym, że jesteśmy ulegli. Rozumiesz? Mówię o tym czasem, że boję się dobrych ludzi. Takich, co nie powiedzą, że się na coś nie zgadzają, że coś jest dla nich niedobre, że coś jest według nich złe, bo się nie posuną do takich drastycznych kroków. I potem wszyscy przegrywamy z bandytami, którzy nie mają takich problemów, przeciwnie – im bardziej się ich boisz, tym lepiej. Oczywiście nie chodzi o to, by mieć ludzi za mierzwę i zakładać z góry, że ktoś jest niegodny, ale uczyć się i wyciągać wnioski.

Mieć odwagę powiedzieć na przykład komuś: „nie ufam ci, po tym, co zrobiłeś”.
O, to jest już bardzo dużo umieć to powiedzieć. Ja zresztą bardzo poważnie mówię, że ufać to nikomu nie można, nawet sobie do końca. Nie w tym sensie, że mamy być podejrzliwi, tylko że pewne rzeczy są do sprawdzenia, a inne nie – dopóki się nie staną. Nie bądźmy zatem świętojebliwi i nie nakładajmy na siebie obowiązku szybkiego kończenia rzeczy, które wymagają mądrego, długiego procesu dojrzewania. Wymagajmy od siebie mądrego, długiego procesu dojrzewania.

Ale skoro mówisz, że jest kategoria rzeczy, których nie można wybaczyć, to znaczy, że pewnych rzeczy nie można wybaczyć też sobie? Chodziło mi o to, że nie tyle mamy nie wybaczać pewnych rzeczy, co nie godzić się na nie. Podam przykład. Miałam kiedyś pacjenta, byłego alkoholika, który związał się z kobietą, też byłą alkoholiczką i tworzyli bardzo fajną parę. Ona miała dorastającą córkę i po jakimś czasie on próbował ją zgwałcić. Na szczęście matka zareagowała natychmiast, wyrzuciła  go z domu i opowiedziała o wszystkim ich znajomym. Znajomi się oburzyli i odwrócili od niego, a on znów zaczął pić i pił, aż umarł. Zanim to jednak się stało, widziałam się z nim, a ponieważ był dla mnie ważną osobą, powiedziałam mu: „Ja cię rozumiem, ale ja się na to co zrobiłeś nie godzę. Nie że ci tego nie wybaczam czy wybaczam. Po prostu jesteś dla mnie nadal ważną osobą, która zrobiła coś strasznego. Rozumiem, że miałeś swoje wewnętrzne powody, że byłeś jeszcze głupkiem i dupkiem, który powinien dalej się terapeutyzować, ale nie zmienia to faktu, że zepsułeś życie swoje i bliskich”. 

Chcesz w ten sposób powiedzieć…
Że można być obok wybaczenia. Można robić rzeczy niewybaczalne, ale nadal być dla kogoś ważnym. Od razu doniosłabym na niego na policję i go wsadziła do więzienia, a potem odwiedzała go z paczkami. Bo on musi ponieść karę, a ja nie muszę go wyrzucać z serca, chyba, że okazałby się bez skruchy i jeszcze urągał i się stawiał.

A można żyć w miarę spokojnie ze świadomością, że pewnych rzeczy sobie nie wybaczam?
Myślę, że ludzie bardzo często tak żyją. Czasem sobie przypominają swoje grzechy i robi im się trudniej, ale przez większość czasu o nich nie pamiętają i dają radę. Oczywiście mówimy cały czas o ludziach obdarzonych sumieniem. Człowiek powinien zdawać sobie sprawę ze swojej ułomności, ale nie może być dla siebie katem, bo i dla innych będzie.