1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Poznać to zrozumieć - dlaczego warto być otwartym na drugiego człowieka?

Poznać to zrozumieć - dlaczego warto być otwartym na drugiego człowieka?

 Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica. (Fot. Albert Zawada)
Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica. (Fot. Albert Zawada)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czasem wystarczy prosty gest. Wyciągnięta ręka. Rozmowa. Wspólny posiłek. Bo im więcej o sobie wiemy, tym trudniej nam trwać w uprzedzeniach. Pozostawać w pozycji tego, który nie wie, nie zna, nigdy nie spotkał. Więc się boi.

Gej, muzułmanin, Żyd, uchodźczyni z Konga, uciekinier z Syrii – wszyscy oni wystąpili w reklamie chleba przygotowanej przez stowarzyszenia Chlebem i Solą oraz Otwarta Rzeczpospolita i piekarnię Putka. Pieką zwykły chleb. Nasz powszedni. A potem częstują nim zaproszonych na zaplecze sąsiadów. – Mam na imię Kamil, jestem gejem i przygotowałem dziś dla państwa chleb – mówi jeden z piekarzy. – Czy ten chleb smakuje tak samo jak chleb pieczony przez Polaka? – dopytuje Salam, muzułmanin z Syrii.

Normalnie, tak samo, nie widzę różnicy – odpowiadają klienci. Bo gdy weźmie się kromkę do ręki, ugryzie, posmakuje, trudniej jest zaatakować. Można pytać, dyskutować, kwestionować, ale nie atakować. Nie obrażać. Hejt karmi się anonimowością i strachem. Lęk – niewiedzą. Dlatego tak ważne jest, żeby jak najwięcej się o sobie dowiedzieć.

Są w Polsce ludzie, grupy oraz organizacje, którzy – niezależnie od mało optymistycznych sondaży, od lęku, presji, aktów agresji oraz wandalizmu, mnożących się nienawistnych napisów na murach – właśnie to robią. Dają wsparcie przedstawicielom dyskryminowanych środowisk, szukają dla nich mieszkań, pracy, uczą polskiego, ale i pomagają im poznać się ze swoimi sąsiadami. Do znudzenia powtarzają, że słowa takie, jak: „imigrant”, „uchodźca”, „muzułmanin”, powinny odzyskać swoje neutralne znaczenie. Zwłaszcza teraz, gdy coraz częściej używa się ich jako oręża w walce o polityczne poparcie.

Od czasu kryzysu migracyjnego, za którego początek uznaje się rok 2015, w Polsce wyraźnie wzrasta liczba przestępstw z nienawiści, znacząco więcej jest też przestępstw związanych z przemocą fizyczną albo werbalną w stosunku do osób o innej przynależności wyznaniowej albo etnicznej.

Imigranci z grupy Smile Warsaw, którzy regularnie karmią najuboższych, wykluczonych warszawiaków, poddali analizie grafologicznej rozproszone na terenie stolicy napisy. Okazało się, że wybazgrana na przystankach, słupach, ścianach fraza „Immigrants go home” najpewniej wyszła spod ręki tej samej osoby.  Tych, którzy swoim codziennym życiem symbolicznie zmazują tego typu napisy, wciąż jest dużo więcej.

Jasny sygnał

Można sobie nie radzić z coming outem dziecka. Można więc to dziecko terapeutycznie rysować: skuloną, samotną postać. Z czasem dziecko się na rysunku wyprostuje – mówią Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica.

Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica. (Fot. Albert Zawada) Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica. (Fot. Albert Zawada)

Coming out to komunikat. Zwykle pierwszymi odbiorcami tego komunikatu są najbliżsi: rodzice, rodzeństwo. Według danych Kampanii przeciw Homofobii to matki wiedzą częściej – ujawnia się przed nimi mniej więcej połowa osób LGBT. Jedna trzecia nie ujawnia się przed nikim z rodziny.

Reakcje są różne. Płacz. Wyparcie. Lęk. Złość. Akceptacja nie przychodzi od razu, czasem nie przychodzi wcale. Orientację dzieci LGBT w pełni akceptuje 25 procent matek i 12 procent ojców. Dla tych, którzy chcą zrozumieć i przepracować orientację swoich dzieci, Kampania przeciw Homofobii organizuje Akademię Zaangażowanego Rodzica, sześć weekendowych spotkań warsztatowych.

Grupa rodziców po Akademii postanowiła działać, zmieniać rzeczywistość. Założyli stowarzyszenie My, Rodzice i służą wsparciem potrzebującym rodzicom, ale i osobom LGBT.

– My jesteśmy tym młodym ludziom potrzebni, bo niektórzy mają dramatyczne relacje ze swoimi rodzicami – wyjaśnia Marek Błaszczyk, prezes stowarzyszenia.

Ewa Miastkowska dowiedziała się o orientacji swojego syna w 2005 roku, gdy miał 15 lat. Martwiło ją, że przy powszechnej homofobii będzie mu trudniej w życiu, ale nie od razu zaczęła działać na rzecz tolerancji.

– Takim wstrząsem, kiedy pomyślałam, że muszę coś zrobić, była śmierć Dominika z Bieżunia. Dwa lata przed śmiercią Kacpra z Gorczyna. Nie wiedziałam, że hejt może być tak potworny.

Stowarzyszenie My, Rodzice działa na rzecz zwiększania świadomości. Dlatego zwróciło się do minister edukacji z apelem o edukację już od przedszkola. Żeby te dzieci, które dowiadują się o swojej homoseksualności, nie przeżywały tragedii, nie cierpiały.

– Kiedy córka przekazała nam w liście, że jest lesbijką, płaczu, wyklinań nie było – zaznacza Marek Błaszczyk. – Ale trafiliśmy do bardzo ważnej osoby, Elżbiety Szczęsnej. Kiedy jej syna geja pobito, zamiast się schować, skontaktowała się z Lambdą, usiadła tam i raz na miesiąc od dziesięciu lat dyżuruje w Lambdzie gotowa do przyjęcia rodzica, który potrzebuje pomocy. My z żoną nie mieliśmy problemu z akceptacją, ale zaimponowała nam ta postawa. Ja zaangażowałem się w działania rodziców osób LGBTQiA, bo zrozumiałem, jak ważne jest wsparcie i dla rodziców, i dla osób LGBT.

Ważne są też Żywe Biblioteki, czyli otwarte spotkania z przedstawicielami grup postrzeganych stereotypowo. Członkowie stowarzyszenia regularnie biorą w nich udział i na kilka godzin stają się książkami. Można ich „wypożyczyć”, czyli zadawać pytania. Najczęściej do rodziców żywych książek przychodzą ludzie młodzi, którzy szukają definicji swojej orientacji. Łatwiej im się otworzyć przed kimś obcym.

Nie wszyscy rodzice po Akademii należą do stowarzyszenia. Wiele osób ma dobre kontakty z dziećmi, ale się nie ujawniło.

– Boją się reakcji otoczenia – tłumaczy Ewa Miastkowska. – Mówią, że nie są gotowi, ale to społeczeństwo nie czuje się gotowe, by przyjąć tę informację.

Dlatego tak ważne jest grupowe uczestnictwo w paradach równości. Bo to jasny sygnał: rodzice osób LGBT istnieją. Akceptują swoje dzieci.

– Rodzice to jedyna grupa osób heteroseksualnych, która stara się zrozumieć sytuację osób homoseksualnych nie dlatego, że je bada, pisze doktorat – podkreśla Marek Błaszczyk. – My bezwarunkowo stajemy za osobami nieheteronormatywnymi. Ja nigdy nie przestanę kochać mojej córki, choćby nie wiem co się stało.

Bądź zmianą

Trzeba się wstawiać za tymi, za którymi nikt się nie wstawia. To filozofia działania ludzi z fundacji „Ocalenie”. Pomagają obcokrajowcom znaleźć dach nad głową, pracę, poznać język, zacząć normalnie żyć.

Kalina Czwarnóg i Gagik Grigoryan z Fundacji 'Ocalenie'. (Fot. Albert Zawada) Kalina Czwarnóg i Gagik Grigoryan z Fundacji \"Ocalenie\". (Fot. Albert Zawada)

Od 8 rano do 19. Ciągle coś się dzieje. Ktoś przychodzi po pomoc prawną, ktoś na kurs języka, komuś potrzebny wózek, ktoś inny szuka mieszkania. Jeśli jest ciemnoskóry, nie znajdzie go tak szybko. Wolontariusze i pracownicy Fundacji „Ocalenie” dzwonią, dzwonią, dzwonią. Czasem przy telefonie siada Gagik Grigoryan. Mówi po polsku dobrze, ale z akcentem. Często się okazuje, że mieszkania do wynajęcia już nie ma. Gdy pod ten sam numer dzwoni Polak, mieszkanie wciąż jest do wynajęcia. Dla cudzoziemca? Nieaktualne.

Z myślą o tych trudnościach powstał program Refugees Welcome. Fundacja kontaktuje cudzoziemców – osoby samotne – z Polakami gotowymi wynająć pokój w niższej niż rynkowa cenie. Uchodźcy przez kilka miesięcy mają gdzie mieszkać, dostają też do pomocy tzw. kumpla, czyli wolontariusza, który im towarzyszy i pomaga się integrować. Stają na nogi.

Trudniej znaleźć dom dla rodzin z dziećmi. Uchodźcze rodziny często mieszkają w garażach, przybudówkach, bez wody. Kalina Czwarnóg podkreśla, że nie będzie się w stanie uczyć polskiego czy integrować ktoś, kto sypia w kurtce, w namiocie rozbitym na środku nieogrzewanego mieszkania. Dlatego w ramach programu „Witaj w domu” Fundacja „Ocalenie” szuka osób, które chcą wynająć mieszkanie lub dom na co najmniej dwa lata. To fundacja podpisuje umowę z właścicielem i umieszcza tam rodzinę uchodźczą.

Jak się pracuje z cudzoziemcami? Z trudem. Państwo finansowo nie pomaga, od kilku lat jest dużo trudniej o wsparcie. Wiele organizacji działających na rzecz migrantów musi ograniczać działania.

Gagik Grigoryan mówi, że praca w Fundacji „Ocalenie” to też trud emocjonalny. Codziennie słyszy się, w jak dramatycznych warunkach żyją ludzie, jak źle są traktowani, widzi się dzieci, które głodują, ludzi w traumie, którzy stracili bliskich, mężczyzn po torturach, po doświadczeniach wojny.

Kalina Czwarnóg, która rekrutuje wolontariuszy i koordynuje ich pracę, zauważyła, że po kryzysie migracyjnym zmieniły się motywacje zgłaszających się osób. Jeszcze kilka lat temu pisały w podaniach: „Chcę poznać ludzi z innych krajów, cenię wielokulturowość”. Dziś mówią: „Mam dość, jestem wkurzony, nie chcę już tylko komentować rzeczywistości na Facebooku, chcę pokazać cudzoziemcom, że Polacy to nie tylko rasiści. Chcę być tą zmianą”.

Seva znaczy pomoc

Pieczone ziemniaki i kiełbaski, pączki i herbata. Tak urodziny obchodziła organizacja Smile Warsaw. Warszawscy imigranci od roku karmią tych, którzy nie mają domu.

Działacze organizacji Smile Warsaw, od lewej: Piotr Podworski, Rajat Rana, Andy Eddles i Mo Khera. (Fot. Albert Zawada) Działacze organizacji Smile Warsaw, od lewej: Piotr Podworski, Rajat Rana, Andy Eddles i Mo Khera. (Fot. Albert Zawada)

Dbamy o ludzi, o których się na co dzień zapomina – mówi Mo Khera, jeden ze współzałożycieli Smile Warsaw. Brytyjczyk, właściciel warszawskiej szkoły językowej, zawiaduje grupą wolontariuszy. Ludzi z prawie dwudziestu krajów. – Każdy kolejny tydzień jest szansą na nowy początek.

Mo, który przyszedł na świat w Walsall w środkowej Anglii, pochodzi z rodziny hinduskich sikhów z Pendżabu. Jego rodzice poważnie podchodzili do powinności, które religia nakłada na każdego członka sikhijskiej społeczności. Jedną z nich jest seva. Określenie pochodzi z sanskrytu. Oznacza regularną, bezinteresowną posługę na rzecz najbiedniejszych. Najczęściej – żywnościową. Wolontariusze z kuchni społecznej w Złotej Świątyni w Amritsarze codziennie szykują blisko 200 tys. placków roti i 1,5 tony soczewicowego dhalu. Wszystko z myślą o tych, którzy nie mają dość pieniędzy, żeby samemu sobie kupić posiłek.

To, co robi Smile Warsaw, jest sevą w nadwiślańskim wydaniu. Jedzenie nie zawsze jest wegetariańskie i nie powstaje w kuchni społecznej. Jest szykowane przez stołecznych restauratorów (w przygotowywaniu posiłków pomagają m.in.: The Alchemist Gastropub, Indian Taste, Legends, Le Cedre, a od niedawna też Regeneracja z Mokotowa oraz wegańska restauracja Leonardo Verde) i rozdawane przez ochotników z: Indii, Wielkiej Brytanii, Polski, Dubaju, Szkocji, Danii, Holandii, Brazylii, Kenii, Kanady, Wietnamu i Ukrainy.

Ludzie w kryzysach, którzy korzystają z pomocy Smile Warsaw, to nie tylko Polacy. Są Ukraińcy, zdarzają się uchodźcy. Tacy jak Andrij z Krymu, lekarz radiolog, który uciekł przed politycznymi prześladowaniami. Od prawie trzech lat czeka na status uchodźcy, a ponieważ przyznane mu przez państwo polskie środki nie starczają na przeżycie, ubiera się i żywi na ulicy.

– Chcemy im pomóc na nowo odnaleźć się w społeczeństwie – mówi Mo Khera. Dlatego Smile Warsaw nie ogranicza się do wydawania jedzenia. Rozdaje też ubrania, buty, kosmetyki, materace, namioty. Jest pion odpowiedzialny za profilowanie – zbierają informacje o podopiecznych, ich potrzebach oraz umiejętnościach. Chcą pomagać im w szukaniu zatrudnienia.

Ostatnio z Londynu przyleciał fryzjer. Wpadła manikiurzystka. Regularnie działa punkt medyczny. Rajat Rana z Indii oraz Wed Najjar z Arabii Saudyjskiej opatrują rany tym, którzy tego potrzebują. Popatrz, mówią, ten człowiek, który tańczy na chodniku, jeszcze kilka tygodni temu przyjeżdżał na wózku. Miał rozbabraną ranę na stopie, wdało się zakażenie. Dziś wszystko się zagoiło. A po wizycie fryzjera jeden z bezdomnych zorganizował maszynkę i teraz sam strzyże kolegów.

Gdy kończy się seva, kolorowo ubrani członkowie Smile Warsaw idą do baru. To ważna część procesu – ludzie z różnych miejsc na Ziemi, którzy pomagają w Warszawie wykluczonym, też potrzebują integracji. – Najbardziej brakuje nam Polaków – mówi Piotr Podworski, urodzony w Londynie syn polskiego pilota i śpiewaczki, który jest w Smile Warsaw od samego początku. – Chodźcie, zapraszamy serdecznie.

Grupa daje wsparcie imigrantom też przez projekt No Hate. Ubrani w odblaskowe pomarańczowe kamizelki z hasłem „No hate” na plecach chodzą na demonstracje w obronie praw wykluczanych środowisk: kobiet, lesbijek i gejów, imigrantów. Gdy na początku 2017 roku drzwi i szyby śródmiejskiej kawiarni Brunet Kafe wymazano farbą, a jej właścicielowi, Irańczykowi, grożono śmiercią, grupa stawiła się w kawiarni w komplecie. Nie będą żadni rasiści terroryzować sąsiadów, powiedzieli.

– Koniec końców wszyscy jesteśmy imigrantami – mówi Andy Eddles, jeden ze współzałożycieli Smile Warsaw, Kornwalijczyk z Milanówka. – Pora odzyskać to słowo, wycisnąć z niego całą truciznę.

Chciałem coś powiedzieć

Michał „Dimon” Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. Wyszedł z szafy, by przerwać błędne koło stereotypów.

Michał 'Dimon' Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. (Fot. Albert Zawada) Michał \"Dimon\" Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. (Fot. Albert Zawada)

Kiedy to się stało, nie czułem lęku. On przyszedł później, już po coming oucie.  Nagraliśmy płytę „Powstanie warszawskie”, i to zestawienie – płyta plus coming out – było dla niektórych skandalem, rozpisały się o tym gazety, Internet, dziennikarze wydzwaniali, zapraszali mnie do telewizji, a nie taki był mój cel. Po prostu chciałem coś powiedzieć.

Na płycie „Dzieciom” nagraliśmy ten kawałek: „Zawyły chamy: Bij gejów, mścij braci!”.

A potem Kampania przeciw Homofobii zapytała, czy zespół weźmie udział w akcji „Ramię w ramię po równość”. Ja jako osoba homoseksualna nie chciałem namawiać, powiedziałem: „Róbcie, jak uważacie”. Moi koledzy z zespołu uznali, że w to wchodzimy, i dziękuję im, że stanęli za mną, za wszystkimi osobami LGBT. Ta ich postawa zadziałała na mnie.

Bo później w rozmowie z Kampanią przeciw Homofobii  przyznałem, że żyję w związku z mężczyzną, a oni zapytali, czy nie chciałbym o tym opowiedzieć. Często uprawiam czarnowidztwo, analizuję w nieskończoność. A wtedy stwierdziłem, że OK, powiem to publicznie. Wcześniej, gdy kogoś poznawałem, było oszukiwanie i kręcenie. Teraz mówię wprost. Pozbyłem się tego balastu. I już się nie zastanawiam, czy się to komuś spodoba. Jak się nie spodoba, trudno, najwyżej mnie nie polubi. Ludzie nie lubią się z różnych powodów.

Ale się bałem. Najbardziej o zespół. Po tej burzy zastanawiałem się, czy ktoś nie wparuje nam na koncert, ale właściwie tylko jeden fan oddał nam wszystkie płyty. Na stronie zespołu pojawiły się obelgi, ale to była chwila, a zespół jest, robimy muzykę, dalej gramy, ludzie przychodzą. Mieliśmy też dużo pozytywnych reakcji na żywo.

Nie wszyscy mają tyle szczęścia. Dzieciaki cierpią, popełniają samobójstwa, to są tragedie. I wielka lekcja dla nas wszystkich, tylko czy my rzeczywiście wyciągamy z tego wnioski?

Wiele osób ze środowiska LGBT żyje w strachu. Boją się o pracę, o rodzinę. Ale to jest błędne koło, bo jak nie zaczniemy wychodzić z szaf i pokazywać się mamie, tacie, wujkowi i szefowi, stereotypy będą się utrwalać.

Parom hetero nikt nie zagląda do sypialni, a pary homoseksualne są sprowadzane wyłącznie do spraw seksu. A to przecież kompletnie nie o to chodzi. Chodzi o normalne życie. O mieszkanie, psa, spacer w niedzielę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Związki homo- i heteroseksualne - czym się różnią? Komu łatwiej się dogadać?

Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Płeć przeciwna pociąga i fascynuje swą odmiennością, a czy ta sama ułatwia porozumienie? Czego moglibyśmy się nauczyć o komunikacji i ustalaniu zasad w związku od par homoseksualnych, według badań, bardziej zadowolonych ze swoich relacji niż pary heteroseksualne? Pytamy psycholożkę Katarzynę Miller.

Co jest lepsze dla związku: jak jesteśmy do siebie podobni czy jak się różnimy? Nie wiem. Wiem natomiast, że jeśli ludzie są zafascynowani tym, jak bardzo ich ukochana czy ukochany jest różna czy różny od nich, to potem to samo zaczyna ich niesamowicie wnerwiać. Z kolei jeśli zakochują się w sobie, bo tak wiele ich łączy, to po kilku latach ten fakt też zaczyna ich wnerwiać. Wychodzi na to, że po pewnym czasie w związku każdego zaczynają wkurzać pewne rzeczy, i to jest chyba taki etap, przez który po prostu trzeba przejść.

Czy ma znaczenie, czego dotyczą te różnice? Może niektóre wkurzają bardziej, a inne mniej? Problemem są na pewno różnice światopoglądowe. Bo to w żadnym temacie nie idzie się dogadać, zarówno jak wychowywać dzieci, na kogo głosować, ale też jak uprawiać seks… Jedno uważa, że nie należy sypiać ze sobą przed ślubem, a drugie, że należy. Albo po ślubie jedno uważa, że skoki w bok nie są niczym strasznym, pod warunkiem że się kochamy, a dla drugiego to jest koszmar.

Ja jestem przywiązana do wyników badań, które mówią o tym, że najlepiej dogadują się ze sobą ludzie pochodzący z podobnych środowisk: wykształceni z wykształconymi, majętni z majętnymi, robotnicy z robotnikami. Choć, co też podkreśla psychoterapia, podobne środowisko może oznaczać tyle, że w domu były podobne problemy, niezależnie od tego, czy był to dom bogaty czy biedny, wielkomiejski czy wiejski. Ludzie podświadomie dobierają się na podstawie swoich haków, czyli ciemnych stron. Na poziomie świadomym ludzi chyba najbardziej fascynuje odmienność – zobacz, że zwykle spokojny facet woli wariatkę, a furiat lubi odpocząć sobie przy łagodnej. Najlepiej jak te różnice są komplementarne, czyli się uzupełniają: on uwielbia nowinki techniczne, za to ona organizuje najlepsze przyjęcia.

A gdyby tak ta podstawowa różnica – różnica płci została zniesiona… Czy pary jednopłciowe lepiej się dogadują? Jest im łatwiej czy trudniej? Pary jednopłciowe już z gruntu mają trudniej. Po pierwsze, mają mniej osób do wyboru, bo orientację homoseksualną ma jedynie ułamek społeczeństwa. Po drugie, nadal często towarzyszy im odium społeczne, zwłaszcza w kręgach tradycyjno-fundamentalistycznych. Rzucają się w oczy, wystają z tłumu. Czasem więc, dla własnego bezpieczeństwa, ukrywają swoją miłość.

Ale to może też – paradoksalnie – bardziej scalać ich związek. Razem przeciwko światu. Może też dawać poczucie, że tym bardziej trzeba tę miłość ochraniać. Gdy przypominam sobie życiorysy wielkich artystów gejów, a bardzo wielu jest wśród gejów artystów, to od razu rzuca mi się w oczy fakt, że bardzo trudno im było dobrać sobie partnera, który by odpowiadał im zarówno seksualnie, jak i środowiskowo. Dlatego tak częste są przykłady związków synów lorda z synem portiera. Ale geje w ogóle lubią przekraczać różne granice. Są całkowicie niestereotypowi, a poza tym bardzo uczuciowi i nadmiarowi – to właśnie moim zdaniem odróżnia pary homoseksualne od heteroseksualnych. Tam więcej się przeżywa – także kłótni, konfliktów, rozczarowań. To zawsze są bardzo silne emocje. Poza tym ich podejście do seksu cechuje promiskuityzm, czyli częste zmiany partnerów i podejmowanie kontaktów seksualnych często bez więzi uczuciowych.

Jest takie społeczne przekonanie, że dlatego właśnie związki homoseksualne są nietrwałe. Ja znam bardzo wiele trwałych związków homoseksualnych. Powiedziałabym nawet, gdyby ktoś mnie spytał, czy znam szczęśliwe pary, że znam jedną i to jest właśnie para gejów. Przez całe życie miałam przyjaciół gejów i dużo wiedziałam o ich życiu. Przyznam, że ich skłonność do ryzyka zawsze trochę mnie przerażała. Ale być może na takich trafiałam, to też mogą być kwestie osobowościowe.

Wśród twoich pacjentów zdarzały się osoby homoseksualne? Pamiętam zwłaszcza jednego chłopaka, przychodził do mnie sam, ale potem poznałam także jego partnera i ich krąg towarzyski. Obaj byli niezwykle wrażliwi i bardzo przejęci swoim związkiem, ale też byli dosyć młodzi, więc może to brało się z wieku. Na pewno problemy mieli bardzo podobne do par heteroseksualnych – martwili się, czy im się uda, czy jemu zależy tak bardzo jak mnie. Utwierdzili mnie w przekonaniu, że geje są nadwrażliwi, ale nie wiem, czy to samo powiedziałabym o lesbijkach. Być może wpływ na to ma fakt, że wszystkie pary lesbijskie, jakie znam, są ze środowisk zaangażowanych społecznie i związanych z pozarządowymi organizacjami – te dziewczyny są silne, przedsiębiorcze i inteligentne. Bardzo duże tu uogólnienie zrobiłam, ale cóż, takie pary właśnie znałam.

Przygotowując się do naszej rozmowy, trafiłam na artykuł Joanny Fielding w brytyjskim „Psychologies”. Przez lata była w związkach z mężczyznami, a teraz jest szczęśliwa w związku z kobietą. Powołuje się w nim na brytyjskie badania z 2013 roku, które potwierdzają, że pary homoseksualne są bardziej zadowolone ze swoich związków. Fielding twierdzi, że pary hetero mogłyby się nauczyć wiele od par homoseksualnych. Przede wszystkim ustalania własnych reguł. Ponieważ od zarania dziejów świat akceptował i promował pary heteroseksualne, jest bardzo silny wzór takiego związku. Pary homoseksualne nie są obarczone tym balastem. I mogą sobie ustalać zasady według własnych potrzeb i preferencji. Chcesz zmywać – będziesz zmywała, chcesz zarabiać pieniądze – zarabiaj, albo obie będziemy zarabiać. Nie masz ochoty dbać o dom – zatrudnimy panią do sprzątania a jeść będziemy na mieście. Jakoś sobie poradzimy. To cudowne i bardzo inspirujące. Choć założę się, że społeczeństwo i tak będzie im zaglądać pod stół i pytać, kto tam jest mężem, a kto żoną.

A zawsze jest taki podział? Czasem jest, a czasem go nie ma. Są na pewno różne typy lesbijek, tak jak są różne typy gejów. Są więc lesbijki w typie butch, które wyglądają prawie jak mężczyźni, i one często mają bardzo kobiece partnerki, w typie femme. I wtedy jest bardzo jasny podział. Natomiast myślę, że w seksie może być zupełnie inaczej, choć do łóżka nikomu nie zaglądałam. Ale wracając do poprzedniego wątku – zawsze powtarzam, że pary robią jeden podstawowy błąd: zanim się pobiorą, nie siadają razem i nie ustalają, na czym im najbardziej zależy, czego chcą w związku, a czego nie.

Kolejna wskazówka z artykułu – pary homoseksualne więcej rozmawiają. Wszystko na bieżąco przegadują. Odkładanie spraw na później, przełykanie problemów i pretensji, nieodnoszenie się do palących nas kwestii na bieżąco – to kolejny błąd, jaki popełniamy w związkach. Pary homoseksualne dzięki rozmowom bardziej siebie rozumieją i są siebie bardziej ciekawe.

Fielding twierdzi, że związki homoseksualne są kompletnie wolne od stereotypów. My lubimy zwalać winę na płeć: „on robi tak, bo jest mężczyzną”, „ona myśli to i to, bo jest kobietą”. Tu nie możesz użyć tego argumentu. Nie powiesz, że twoja partnerka jest wkurzona, bo pewnie okres jej się zbliża. Albo właśnie wiesz, że okres jej się zbliża i jak się może czuć. To bardzo ważne widzieć w drugiej osobie tę, którą muszę najpierw poznać, a nie zakładać z góry, jaka jest.

Nie sadzisz, że fakt, że większość par homoseksualnych nie ma dzieci, może wpływać na ich zadowolenie ze związku? Na pewno mogą bardziej się na sobie skupić, są bardziej wolni w sensie czasu, możliwości wyjazdu czy finansowych – wydają więcej pieniędzy na siebie i swoje przyjemności. Ja bardzo lubię nie mieć dzieci i bardzo lubię moje życie – wolne i swobodne. Oczywiście mam też w nim zobowiązania, ale wynikające z moich zawodowych decyzji, na które mam wpływ.

Czego twoim zdaniem moglibyśmy się nauczyć od par homoseksualnych, by być bardziej zadowolonymi w naszych związkach? Może właśnie tego zdrowego egoizmu? Lejtmotyw ostatnich lat mojej pracy terapeutycznej jest taki, żeby zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że ja jestem dla siebie najważniejsza i ty jesteś dla siebie najważniejszy. Szanujmy swoje odrębności, bądźmy wdzięczni za to, że się ze sobą spotykamy, bo wcale nie musimy. Nie czerpmy nieustannie z drugiej osoby, tylko dawajmy sobie wszystko, co najlepsze, a to, co nam zostanie, dawajmy partnerowi. Taki oświecony dwuosobowy egoizm.

  1. Psychologia

Jak zachować zdrowie psychiczne?

Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Albert Ellis, psycholog, psychoterapeuta, twórca terapii racjonalno - emotywnej, wymienił 13 elementów, które znacząco wpływają na stan psychiczny.

Uznany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne za jednego z najbardziej wpływowych psychologów XX wieku - Albert Ellis zgłębiał tajniki ludzkiego umysłu. W szczególności interesowały go tajniki umysłu chorego, zaburzonego, pełnego lęków, napięć i fobii. W toku swych zawodowych poczynań zadał sobie trud zdefiniowania człowieka zaburzonego, zarówno w sferze społecznej, poznawczej jak i emocjonalnej.

Według Ellisa człowiek zaburzony przejawia zachowania autodestrukcyjne uniemożliwiające samorealizację, przeżywanie szczęścia i spełnienia w życiu. Twierdził on, że negatywne emocje wywodzą się z błędnej interpretacji świata, a nie z samej rzeczywistości. Negatywne przekonania są drogą do niewłaściwej i irracjonalnej percepcji samego siebie, tym samym mogą prowadzić do zaburzeń neurotycznych, depresyjnych, czy cierpienia.

Skoro błędne przekonania są źródłem lęku, to jakie przekonania są właściwe? Czym w takim razie jest zdrowie psychiczne?

Według Ellisa osoba zdrowa psychicznie myśli w sposób logiczny, tak samo również działa. Nie jest autodestrukcyjna, nie zachowuje się wrogo, depresyjnie czy lękliwie. Może się rozwijać, uczyć na własnych błędach i brać, w sposób rozsądny to, co najlepsze z życia.

Albert Ellis wymienił 13 obszarów, które pozwalają cieszyć się lepszym samopoczuciem i pozostać w zdrowiu psychicznym.

1. Dbanie o własne dobro

To prawo do bycia sobą. To JA jestem kowalem swojego losu, biorę sprawy w swoje ręce i piszę scenariusz do filmu „moje życie”, bez niepotrzebnych powinności, zewnętrznych przymusów czy zachowywania konwenansów. Moje potrzeby wyznaczają moje cele. Szanuję innych, ale przede wszystkim respektuję siebie.

2. Przystosowanie społeczne

Człowiek to nie samotna wyspa, dlatego inni potrzebni są mu do szczęścia. JA lubię ludzi, a oni lubią mnie. Dobre relacje interpersonalne, współpraca, obcowanie z drugim człowiekiem - definiują przystosowanie społeczne.

3. Autonomia

Mam świadomość własnego JA, niezależności, zdrowej potrzeby akceptacji, przyjęcia odpowiedzialności za własne życie. Zachowuję własną przestrzeń w związku i odcinam pępowinę od rodziców.

4. Tolerancja

Tolerancja to prawo do inności, prawo do błędu, pomyłek, wybaczania. Daję to prawo sobie i innym. JA nie potępiam, nie oceniam, pamiętam, że tak jak i JA, każdy jest tylko człowiekiem.

5. Akceptowanie dwuznaczności i niepewności

Przekonanie, że świat ma charakter probabilistyczny i nic na ziemi nie jest całkowicie konieczne i pewne. JA eksploruję świat, smakuję mądrze życie i nie przestaję się uczyć.

6. Giętkość myślenia

Jestem ciekawy poznawczo, otwarty na zmiany i nowości. Słucham siebie, ale i słucham innych, jestem otwarty na nowe idee i poglądy.

7. Myślenie naukowe

Stawianie hipotez to moja specjalność. Myślę krytycznie, racjonalnie i obiektywnie - to mój sposób na pojmowanie świata i rozumienie siebie.

8. Zaangażowanie

Czyli aktywność w działaniu, zarówno w pracy jak i prywatnie. Odważnie zdobywam świat, cechuję się kreatywnością i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Szukam lepszego życia i robię wszystko, aby tak było.

9. Podejmowanie ryzyka

Pomimo, że istenieje ryzyko niepowodzenia są cele, które chcę osiągnąć. Bez naiwności, ale z rozwagą, bez pyszałkowatości, ale z pokorą podejmuję nowe wyzwania.

10. Samoakceptacja

Akceptuję siebie w pełni i bezwarunkowo (przeszłość, dokonania, wygląd). Kocham i lubię siebie, nie narcystycznie i zuchwale, ale rozsądnie i dojrzale. Zdrowa samoocena przekłada się przecież na relacje z innymi ludźmi.

11. Hedonistyczne, ale rozsądne nastawienie do życia

Poszukuję przyjemności tylko wtedy, gdy to jest najlepsze rozwiązanie dla mnie. Nie bawię się w miałkie przyjemności, które do niczego nie prowadzą. Nie ma sensu też zadręczać się przekonaniem, że przyjemność jest czymś złym.

12. Brak perfekcjonizmu i utopijnych poglądów

Akceptuję, że nie da się być najlepszym we wszystkim. Wiem, że perfekcjonizm czy idealizm istnieją tylko w filmach albo w snach. Dążę ku temu, co ma sens. Moja świadomość pomaga mi zrozumieć, że czasem dobrze, znaczy tyle samo, co idealnie.

13. Przyjmowanie odpowiedzialności za własne trudności

Nie obwiniam innych za całe zło tego świata. Widzę, gdzie jest granica mojego JA, co jest w zasięgu mojej ręki, a co staje się trudnością, na którą nie mam wpływu.

  1. Styl Życia

Tomasz Raczek: "Jak dorośniesz, to zrozumiesz"

 Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)
Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Przeszłość wraca do mnie falami – przyznaje Tomasz Raczek. – Dzisiaj potrafię docenić to, że miałem szczęśliwe dzieciństwo. Natomiast jako chłopiec miałem poczucie, że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany.

Niedawno zmarła, w wieku 93 lat, moja mama. To smutny czas, ale też czas sprzyjający wspominaniu. Porządkuję rzeczy po mamie, natykam się na różne dokumenty, listy, zdjęcia. Przypominam sobie przede wszystkim, co jako dziecko czy młody człowiek myślałem, jak się czułem. Ciekawe, bo zwykle pamięta się fakty, a ja przypominam sobie właśnie emocje.

Za wolno

Może należałoby zacząć od tego, że nie lubiłem być dzieckiem. Całe dzieciństwo marzyłem, żeby być starszy, niż byłem. Wysiadywałem w przedszkolu w oknie, patrzyłem na dzieci, które z tornistrami idą do szkoły, i im zazdrościłem. Nudziły mnie rzeczy, które zajmowały moich rówieśników – mnie się wydawały dziecinne. Potem, kiedy byłem w szkole średniej, zwalniałem się z lekcji i jako wolny słuchacz biegłem na studia, bo nie mogłem się tego doczekać. A od pierwszego roku studiów pracowałem na etacie.

Wydawało mi się, że wszystko dzieje się w moim życiu za wolno. I  że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany. Nienawidziłem, kiedy w telewizji Edyta Wojtczak mówiła: „A teraz, drodzy państwo, będzie film dla dorosłych”, i słyszałem od rodziców: „No to marsz do swojego pokoju”. A już najbardziej nie lubiłem tekstu mojego ojca: „Jak dorośniesz, to zrozumiesz”. Kiedy coś takiego wygłaszał, dostawałem białej gorączki. Dla mnie to była potwarz.

Scena

Pamiętam taką sytuację. Siedzę w swoim pokoju i robię teatr. Z książeczek Disneya w twardych okładkach (tak zwana złota seria) buduję scenę, kulisy, żołnierzyki to moi aktorzy, oświetlam ich latarkami, przygotowuję spektakl, na który wieczorem będę zapraszał rodziców. A właściwie nie tyle zapraszał, ile każę kupić na niego bilety. I tak to wszystko ustawiam, aż przychodzi moja mama i mówi: „Tomek, zobacz, jaka piękna pogoda, chłopcy grają w piłkę, idź też pograć z nimi na świeżym powietrzu. Będziesz siedział tak cały dzień?”. Odpowiadam, że tak, będę tak siedział, aż w końcu, kiedy nic do mnie nie dociera, mama mówi z wyrzutem: „Dlaczego ty nie możesz być taki jak inni chłopcy?”. Na co ja: „Bo ja nie jestem jak oni. Jestem inny”. Powtarzałem to w dzieciństwie setki razy. I nie chodziło mi o to, że jestem gejem, nie mogłem tego wiedzieć, dziesięcioletniemu chłopcu trudno się tak zdefiniować. Mówiłem: „Mamo, musisz przyjąć, że jestem inny niż wszyscy”, bo naprawdę tak czułem. Dotyczyło to wielu sfer mojego życia.

A ty rąk nie masz?

Byłem pulchnym chłopcem, więc idealnie nadawałem się na taką ciapę, co to będzie szturchana czy bita. I to się zaczęło od razu, już w pierwszej klasie. Był u nas taki Witek, łobuz klasowy. Popychał mnie, musiałem znosić kuksańce, groźby, że jeśli nie zrobię, co mi każe, dostanę w pysk. Poszedłem z tym w końcu do mamy. Powiedziałem, że jest taki chłopak, że się go boję. „Co robić? Iść do pani?”. A mama: „Po co do pani? A ty rąk nie masz? Jak on cię uderzy, to ty nie możesz mu oddać?”. Mama waleczna, rozpamiętująca powstańcze bohaterstwo, nie widziała powodu, dla którego miałaby mnie w tej sytuacji ratować. Kompletnie inny charakter niż ojciec, właściwie to ona nauczyła mnie tego, czego być może powinien mnie nauczyć on. W porządku, tylko jak ja mam tego Witka uderzyć, skoro jestem od niego słabszy? Nigdy nikogo nie pobiłem... Aż wymyśliłem – do worka na szkolne kapcie włożyłem łyżwy, a następnie tym workiem, jak mnie Witek zaczepił, zakręciłem i dałem mu w łeb. Polała się krew, był wrzask, wezwano lekarza. Rozcięcie skóry głowy. Nauczyciele nie mogli uwierzyć: „Tomek zrobił coś takiego?”. A wszystkie dzieci się z Witka śmiały, że go pokonałem. Nigdy mnie już nie zaczepił.

Użyłem tego sposobu jeszcze kilka razy w życiu. Może nie z łyżwami, ale uderzyłem kiedyś milicjanta chlebakiem, w którym miałem półkilogramową konserwę „Przysmak śniadaniowy”. Byliśmy z moją przyjaciółką z roku, dzisiaj znaną pisarką Agatą Tuszyńską, na festiwalu studenckim FAMA i zaatakowało mnie trzech nieumundurowanych tajniaków. Myśleli, że jestem działaczem opozycyjnym, byłem pewnie podobny, i omyłkowo mnie zgarnęli z ulicy do bramy, po czym prysnęli gazem po oczach. Potem mnie wylegitymowali i okazało się, że to nie ten, którego szukali, natomiast w międzyczasie ja tym chlebakiem dałem w łeb kapralowi Frankowi. Miałem sprawę o pobicie milicjanta na służbie, z czego do dzisiaj jestem dumny.

Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne) Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)

Marika Rökk

Darek, Krzysiek i ja. Trzech przyjaciół. W szkole podstawowej wołali na nas „Trójca Święta”, bo trzymaliśmy się razem i bardzo dobrze się uczyliśmy. Była jeszcze najlepsza uczennica w klasie – Marzenka. Najlepsza, a jednocześnie fajna. Na języku polskim wypracowania Marzenki i moje były oceniane najwyżej. Tylko że Marzenka pisała tak, jak nauczycielka chciała, żeby pisać, a ja zawsze pisałem tak, że pani mówiła, że są trochę nie na temat. Pisałem po swojemu, ewentualnie pisałem prowokacje. Był kiedyś, pamiętam, wolny temat: „Moja ulubiona aktorka”. Napisałem o Marice Rökk. Czyli aktorce filmów faszystowskich, wodewilowych, ulubienicy Hitlera. Napisałem, że uwielbiam jej wdzięk i delikatność, opisałem filmy, w których ją widziałem. Zrobiłem to z pełną premedytacją. Po pierwsze, już wtedy interesowałem się niemiecką kulturą (do dzisiaj nie rozumiem, jak ze względów ideologicznych można przekreślać film, przecież sztuka to sztuka; muzyki dyrygowanej przez Herberta von Karajana jakoś się nie potępia, choć popierał Hitlera). Po drugie, nasza nauczycielka przez pół roku omawiała tylko „Pana Tadeusza”, obsesyjnie się nim zachwycając, czym skutecznie i bezpowrotnie mnie do tego dzieła zniechęciła.

Po tym, jak przeczytała moje wypracowanie o Marice Rökk, wpadła w rozpacz: „Żeby polskie dziecko lubiło kogoś takiego jak Rökk?! Przecież to jest hitlerówa!”. Zawiadomiła kierownika szkoły, wezwano rodziców. Przyszedł ojciec. Kierownik szkoły pyta mojego ojca, jak to jest możliwe: „Wie pan – mówi, podwija rękaw koszuli i pokazuje tatuaż na przedramieniu – ja byłem więźniem Oświęcimia. Czy pan rozumie, co ja czuję, kiedy pana syn pisze takie rzeczy?”. Na co mój ojciec podwija swój rękaw: „Ja byłem więźniem obozu Stutthof i rozumiem”. Kierownik: „No to gdzie on zobaczył te filmy?”. Ojciec: „Poszedł do kina Iluzjon razem ze mną. Na przegląd niemieckich filmów z czasów II wojny światowej, wszystkie widzieliśmy razem”. Kierownik: „Jak pan, więzień obozu koncentracyjnego, może chodzić z dzieckiem na takie filmy?”. Ojciec: „Chcę, żeby on to poznał, żeby wszystko wiedział, musi to wiedzieć. Potem sam zrozumie, co jest dobre, a co złe”.

Kontrola

Ludzie się taty trochę bali, miał taki wyraz twarzy… Kilka razy zdarzyło się, że kiedy szliśmy do kawiarni i tata podchodził do lady chłodniczej zobaczyć, jakie są ciastka, na jego widok bufetowa leciała na zaplecze i krzyczała: „Kontrola przyszła!”. Pamiętam też, jak rozmawiał z kelnerką po tym, jak zamówił wuzetkę, a ona przyniosła torcik marcello. Mama trącała go łokciem i szeptała: „Daj spokój, to też jest dobre, daj spokój”, ale ojciec się nie zrażał: „Droga pani, proszę mi powiedzieć, jak mianowicie wygląda wuzetka?”. Ja, może pięcioletni, siedziałem obok i wpatrzony z zachwytem w ojca myślałem, że też taki będę. I trochę jestem, w moich filmowych recenzjach potrafię być, tak jak on, zasadniczy. Natomiast jeśli mam trochę wdzięku, to po mamie. Mama się dużo uśmiechała, ja też się uśmiecham. Błysk w oku, otwartość do ludzi – mimo że jestem w gruncie rzeczy introwertykiem i musiałem się tego uczyć – to od mamy. Ona mnie tego nauczyła.

Odwrotnie

Tata umarł w 1993 roku. Za jego życia nie zrobiłem przed rodzicami coming outu. I to mimo że mama była lekarką (genialną, bardzo cenioną pediatrą), a nawet od pewnego momentu zajmowała się seksuologią. Nie zrobiłem, bo wychodziłem z założenia, że to jest moje życie. Miałem kłopot z tego typu deklaracją po części także dlatego, że kiedy byłem młodym człowiekiem i poznałem środowisko homoseksualne w Warszawie, ono mi się bardzo nie podobało. Teraz, dzięki LGBT+, wiemy, jak wiele może być różnych wariantów seksualności człowieka. A wtedy mówiło się „pedał” i na tym temat się kończył. Mnie się wydawało, że homoseksualność jest fascynacją męskością, a nie pragnieniem bycia kobiecym. Tymczasem poznałem homoseksualistów, którzy mieli, jak się wtedy mówiło, wiotkie nadgarstki, chcieli, żeby zwracać się do nich żeńskimi imionami i w rodzaju żeńskim. To było małe środowisko, zamknięte, skazane trochę na siebie. Miałem poważne wątpliwości, czy do niego pasuję. A jeśli nie, to kim w takim razie jestem? Nie byłem pewien i nie mówiłem o tym z rodzicami.

Lata później, już po moim oficjalnym coming oucie, odbyliśmy z mamą taką oto rozmowę: „Mamo, ja do tej pory nie mam pojęcia, czy tata wiedział”. „Wiedział”. „I nie miał z tym problemu?”. „Kiedyś dyskutowaliśmy i poradził mi »Zostaw Tomka, to jest mądry chłopak, da sobie radę, my się nie wtrącajmy«”. Na koniec mama zupełnie mnie rozbroiła: „Ja wtedy uważałam, że ty nie jesteś gejem, nawet przekonywałam ojca, że nie. Wiesz dlaczego? Bo jako seksuolog wiedziałam, że geje mają lepszy kontakt z matkami niż z ojcami. A u nas było przecież odwrotnie”.

Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF) Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)

Ty nic nie rozumiesz

Mama miała rację, moja relacja z ojcem była wyjątkowa. Tata był z wykształcenia pianistą, ale kiedy zorientował się, że nie ma talentu wystarczającego, żeby zostać wirtuozem, poszedł na drugie studia, skończył ekonomię na SGPiS i zarabiał na życie, pracując w Ministerstwie Przemysłu Spożywczego jako naczelnik wydziału. Miał na czarnych płytach całą klasykę muzyki poważnej, nauczył mnie słuchać nagrań, chodziliśmy do filharmonii, czytał mi o wielkich kompozytorach.

Był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. Z jednej strony był moim mentorem, z drugiej – nieustannie prowadziliśmy słowną szermierkę. Jak coś pisałem, nie wiem, artykuł do gazetki szkolnej, biegłem najpierw do niego i czekałem, co powie. Czytał zawsze bardzo uważnie i bardzo merytorycznie krytykował. I wtedy się zaczynało. Nasze kłótnie były spektakularne, szedłem do swojego pokoju, wykrzykując: „Ty nic nie rozumiesz! Nie masz pojęcia, co czuję!”. Kłóciliśmy się czasem tak mocno, że dochodziło do rękoczynów. Mimo że mój ojciec z natury był bardzo powściągliwy, a ja może mam coś z chuligana mentalnie, ale na pewno nie byłem chłopakiem, który celowo szukałby fizycznej zaczepki. To, że w ogóle dochodziło do przepychanek – bo oczywiście my się nie biliśmy, raczej, jeśli już, to przepychaliśmy w korytarzu, wygrażaliśmy pięściami – świadczyło o intensywności naszej relacji i w ogóle o podejściu do siebie nawzajem. Bardzo się kochaliśmy, ale nie było w tym czułostkowości, zagłaskiwania się, którego do dzisiaj nienawidzę. Wyznaję raczej zasadę „przez walkę do miłości”. Trzeba się zetrzeć w pojedynku i dopiero potem się przeprosić, pogodzić, przytulić na zgodę, wtedy to jest najuczciwsze.

Radziwiłłka

Ponieważ w podstawówce byłem laureatem dwóch olimpiad – z matematyki i z języka polskiego – mogłem bez egzaminu wybrać sobie liceum. Powodem, dla którego wybrałem XLI LO im. Lelewela, była Anna Radziwiłł. Już w nowej Polsce premier Mazowiecki zaprosił ją do współtworzenia rządu, została wiceministrą szkolnictwa. Wtedy, w latach 70., była żywą legendą. Historyczka, zwana przez wszystkich Radziwiłłką, niesłychanie inteligentna, wyjątkowa, niezależna. W prostej linii potomkini „tych” Radziwiłłów. Uczyła inaczej, oceniała inaczej. Ocena na koniec roku była na przykład taka: „pierwiastek z czwórki, łamany na kropkę”. Przychodziło się do niej i ona wyjaśniała, co to znaczy. Dziwaczka, ale genialna. Mówiła: „Jest wtorek, macie na piątek przeczytać »Braci Karamazow« Dostojewskiego”. To było jej potrzebne do lekcji o inkwizycji. A my: „Pani profesor, przecież to jest 700 stron! Kiedy?”. W odpowiedzi słyszeliśmy: „Trudno, spróbujcie”. Wychodziliśmy ze szkoły z myślą, że nie, tym razem się zbuntujemy. A potem i tak dochodziliśmy do wniosku, że przecież tego Radziwiłłce zrobić nie możemy, i czytaliśmy „Braci Karamazow” po nocach. Kreatywne myślenie, łączenie faktów – to były jej metody. Dzięki niej i razem z nią ja i kilkoro innych uczniów zaczęliśmy jeździć w weekendy na wykłady Uniwersytetu Latającego Kuronia i Michnika.

Pod koniec czwartej klasy zaprosiła mnie do pracowni historycznej na rozmowę. Poinformowała, że jako najlepszy uczeń w szkole mogę iść na dowolne studia bez egzaminów wstępnych. I że oczywiście mogę sobie złożyć papiery na co tam chcę, ale ona uważa, że nadaję się na historyka. Mam podpisać zobowiązanie, że złożę papiery na historię i tam będę studiował. „Ale pani profesor, ja chcę zdawać na teatrologię, polonistykę i informatykę”. Nie zrobiło to na niej wrażenia: „Nie wypuszczę cię z tej sali, dopóki nie podpiszesz, będziemy tak siedzieli do czasu, aż się zobowiążesz”. Przekręciła klucz w zamku. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy. Po czym znowu zapytała: „No i co? Podpiszesz?”. „Nie, pani profesor, mogę się zobowiązać tylko do tego, że będę zdawał historię jako przedmiot dodatkowy na maturze. Dla pani profesor to zrobię, chociaż wiem, jak będzie wyglądał ten egzamin, i nie powiem, żebym się nie bał”. Minęły ze dwie godziny, Radziwiłłka w końcu mówi: „Nie chcesz? Dobrze, ale w takim razie będziesz musiał zrzec się prawa prymusa i zdawać normalnie na studia. Niech następna osoba w kolejce skorzysta z tego przywileju”. Złożyłem więc papiery i czekałem na egzaminy. A ponieważ do szkół artystycznych zdaje się wcześniej, to na kierunek wiedza o teatrze zdawałem już w czerwcu. Zostałem przyjęty (postanowiłem więc już nie zdawać na informatykę i polonistykę) i od razu, jeszcze pod koniec czerwca, poszedłem do Radziwiłł jej o tym powiedzieć. Stanęła, popatrzyła na mnie. Aż w końcu mówi: „Jestem z ciebie dumna”. Kiedy przypominam sobie ten moment, mam łzy w oczach.

Plan

Na pierwszym roku studiów trafiłem do programu telewizyjnego „Warianty”. Producentka „Wariantów”, Anna Barcikowska, zapraszała studentów naszego nowo powstałego wydziału do dyskusji na antenie. Za każdym razem miały to być cztery inne osoby. Pojawiłem się w pierwszym odcinku. Wiedząc, że prowadzącym jest Zygmunt Kałużyński, że go po raz pierwszy spotkam (był moją ulubioną osobowością telewizyjną, uwielbiałem to, że się kłócił, przerywał, wysadzał w powietrze dyskusję), jechałem na nagranie z postanowieniem, że nie pozwolę sobie przerwać, że go przegadam. To był mój plan strategiczny. Nie pamiętam samej dyskusji, ale walczyłem ostro. Zdziwiłem się, kiedy znowu mnie zaprosili, i tak zostałem przez wszystkie odcinki do końca emisji. Już po śmierci Zygmunta przypadkowo spotkałem panią Annę. Rozmawialiśmy i w pewnym momencie spytała, czy wiem, dlaczego zapraszano mnie za każdym razem. Nie wiedziałem i dopiero wtedy się dowiedziałem. Po pierwszym programie przyszedł do niej Zygmunt i zapytał, czy zauważyła tego chłopaka, co mu nie dawał dojść do głosu: „Niech pani go zawsze zaprasza, bo mi się z nim dobrze rozmawia”. Mnie nigdy się do tego nie przyznał. Nie powiedział, że jestem w telewizji dzięki niemu. I na tym chyba właśnie polega prawdziwa przyjaźń. Że takich rzeczy się nie mówi.

Zdanie

A wie pani, że Zygmunta Kałużyńskiego dostałem, dosłownie, z rąk mojego ojca? Kiedyś, na imieniny, jak byłem jeszcze w szkole podstawowej, tata podarował mi książkę Kałużyńskiego pod tytułem „Nowa fala zalewa kino”. Powiedział mi wtedy coś, co cytuję na swoich spotkaniach autorskich: „Jeśli się interesujesz kinem, musisz przeczytać książkę tego faceta, bo on pisze inaczej niż wszyscy”. Mam to zdanie wyryte w mózgu. Tata oglądał potem nasze programy, lubił „Perły z lamusa” i nigdy nie był zazdrosny o to, że Zygmunt traktował mnie właściwie jak syna.

Natomiast bardzo późno dotarło do mnie, że w tamtym zdaniu wypowiedzianym przez ojca było coś jeszcze, może nawet ważniejszego. Tata mnie, chłopcu, mówił przecież, że robienie czegoś inaczej niż wszyscy jest dobre, właściwe. W odróżnieniu od mamy, która była pragmatyczna i uważała, że jeśli nie będę wyróżniał się z tłumu, to łatwiej będzie mi żyć, ojciec był przekonany, że warto być innym, bo wtedy życie jest ciekawsze.

Tomasz Raczek, rocznik 1957. Krytyk filmowy, publicysta, dziennikarz. Prowadzi Instytut Wydawniczy „Latarnik”, autorski kanał „Wideorecenzje Tomasza Raczka” w serwisie YouTube oraz audycję „Raczek Movie” w internetowym Radiu Nowy Świat. Za życia Zygmunta Kałużyńskiego prowadzili wspólnie programy poświęcone kinu, napisali też serię książek.

  1. Styl Życia

Sylwia Chutnik - kamikadze

Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jej dzieciństwo to najpierw Brokat i cekiny, a potem marzenie o irokezie i rebelia. Plus zawsze dla niej ważne książki. nie mówiąc już o tym, że Sylwia Chutnik jako niemowlę ledwo uszła z życiem, a jej krewka babcia gotowa była się za nią bić.

Jej dzieciństwo to najpierw brokat i cekiny, a potem marzenie o irokezie i rebelia. Plus zawsze dla niej ważne książki. nie mówiąc już o tym, że Sylwia Chutnik jako niemowlę ledwo uszła z życiem, a jej krewka babcia gotowa była się za nią bić.

Tego nie mogę pamiętać, bo miałam tylko trzy miesiące. Mieszkaliśmy wtedy na warszawskiej Woli, razem z dziadkami od strony mojego taty. Blisko był szpital. To ważne, bo nieśli mnie tam na rękach bardzo chorą. Spędziłam w szpitalu pół roku. Trafiłam na oddział z odmą czy może pierwotnie z jakimś zapaleniem płuc, a po drodze zakażono mnie gronkowcem i sepsą. W każdym razie miałam umrzeć, mama do tej pory ma w swoich dokumentach karteczkę: dowód na to, że odprawiono za mnie mszę. W końcu wróciłam do żywych, ale zostało mi kilka pamiątek. Na przykład ślad, chyba po wkłuciach igły, na udzie. Charakterystyczne szlaki żył. Uważałam, że tworzą mapę, i bawiłam się, że to mapa skarbów. Dla mojej rodziny to doświadczenie musiało być traumatyczne, w domu jeszcze długo w ogóle się o tym nie mówiło. Chyba dopiero jak byłam nastolatką, trafiały do mnie takie opowieści jak ta, że moja mama, kiedy lekarz powiedział, żeby się ze mną pożegnała, bo na odratowanie mnie raczej nie ma szans, zemdlała na schodach szpitala. Albo że już jakiś czas później mój tata – perkusista – grał na ślubie Grażyny Torbickiej i w trakcie wesela odkrył, że na sali jest lekarz, który uratował mi życie. Oczywiście się we dwóch ubzdryngolili, tata dziękował, rzucał mu się na szyję. O, jeszcze jest historia o babci, jak wparowała do szpitala na salę, gdzie ja ledwo ciepła osuwałam się w niebyt, a jedna z pielęgniarek akurat piłowała paznokcie. Babcia, krewka dziewczyna wychowana na Ochocie, rzuciła się na nią z pięściami.

Nasz dom

Teraz, jako dorosła osoba, rozumiem, jak działa wzorzec. Dziewczynka socjalizowana do bycia miłą i sympatyczną obserwuje kobiety z najbliższego otoczenia. I widzi, że potrafią walnąć pięścią w stół, mogą zadecydować, mówią wprost, czego chcą, a czego nie. Moja mama też w niestandardowy sposób jest twarda, ale babcie to w ogóle niezłe wymiataczki. Ta druga krótko po wojnie razem z dziadkiem miała epizod squatowania. Ich dzieci były już na świecie, także młodszy brat mojej mamy, całkiem wtedy mały. Wiadomo, w zrujnowanej Warszawie zajmowało się, co tylko było można, ale przyszła milicja i chciała całą ich rodzinę wyrzucić z pustostanu. Babcia najpierw ukryła mojego dziadka pod pierzyną, a potem, jako że właśnie gotowała w wielkim garze pieluchy, chwyciła gar z wrzątkiem. Zagroziła milicjantom, że jak tylko przekroczą próg, obleje ich, siebie i dzieci. W skrócie: won stąd! Nie musiałam nawet słuchać tych opowieści z przeszłości. Widziałam, jak babcie funkcjonują na co dzień, że dziadkowie może robią dużo hałasu, ale wiadomo, kto rządzi. A jakiś czas po tamtej historii z pustostanem babcia z dziadkiem dostali mieszkanie w nowo wybudowanym domu, w ścisłym centrum Warszawy. Do tej pory tam mieszkają.

Skok na główkę

Wszystko to znam w formie anegdot, nigdy nie było na ten temat jakiejś poważniejszej rozmowy. To taka cecha mojej rodziny. Mówić o złych rzeczach? A po co to, na co? Ta wesołkowatość mnie zresztą wiele razy ratowała i ratuje do tej pory. Przede wszystkim poczucie humoru na własny temat. Autoironia pomagała mi uciekać z opresji i depresji. Od ciężkiego doła, że ja naprawdę odstaję, i to na wielu frontach, że nijak się nie dopasuję. I nie chcę się dopasować. Często słyszę, szczególnie teraz, po tym, jak zrobiłam coming out, że jestem odważna. Nie, nie jestem i nigdy nie byłam. W wieku ośmiu, może już nawet dziewięciu lat nie mogłam się pogodzić z tym, że tata odkręcił mi w sankach oparcie. Umierałam ze strachu, darłam się i cały czas zapierałam nogami przy zjeżdżaniu. To samo na huśtawce – robiłam wszystko, byle tylko nie rozhuśtać się na tyle, żeby całkowicie stracić kontakt z podłożem. To mi zostało, nadal jestem control freakiem, muszę mieć nad wszystkim kontrolę. Ale jest też we mnie coś takiego, że kiedy staje przede mną wyzwanie, kiedy tak bardzo jestem zestrachana, że nie podołam, to po prostu zamykam oczy i skaczę na główkę. Ta – nie wiem – skłonność, cecha bardzo się przydaje, kiedy jest się introwertyczką, a jednocześnie ma się silne poczucie bycia innym. Dlatego kiedy już trochę później, pod koniec podstawówki i w liceum, zaczęły się niewybredne komentarze i żarciochy na temat moich kolorowych włosów, ciuchów, kolczyków, kiedy zdarzało się, że na mnie zwyczajnie, po prostu pluli, to może i chciało mi się, jak małej dziewczynce, płakać, ale zamiast tego zapierałam się i kolejnego dnia wychodziłam znowu w tych ciuchach, kolczykach, z tymi włosami. Robiłam rzeczy, które chciałam robić. I to naprawdę nie jest kwestia odwagi. Może bardziej jakiś rodzaj bezczelności? Rozumianej nie jako arogancja wobec ludzi, ale upór, stupor. Nie oglądasz się za siebie, idziesz dalej. Kamikadze.

A rodzice wiedzą?

Po Woli były Bielany, ale do szkoły podstawowej dojeżdżałam na Żoliborz. Do kościoła też. Kościół Świętego Stanisława Kostki na tyłach placu Wilsona był super. Realizowałam się tam jako mała aktywistka. Byłam z życiem kościelnym mocno związana. Czasy Solidarności – kościół był miejscem, gdzie się dużo działo. Nie mówiąc o nieograniczonych ilościach zagranicznych słodyczy. Jako dzieci z represjonowanego kraju dostawaliśmy z Zachodu paczki, których zawartość rozdawano w salce katechetycznej. Była tam siostra zakonna, bardzo aktywna, zawsze z gitarą, organizowała jasełka i różne inne występy, w kółko były jakieś próby i mama mnie na nie odprowadzała. Już wtedy miałam ciągoty do intelektualnego życia wyższych sfer, a kościół tak mi się kojarzył. Czuło się, że walczymy, że to jest ważne, choć wtedy nie wiedziałam za bardzo, w związku z czym. Poza tym ta forma! Na bogato, wszędzie kwiaty. Robiło to na mnie wrażenie, moja przyjaciółka ze szkoły miała nianię i mieszkała w willi na Żoliborzu. To ciekawe, bo przecież mimo różnic klasowych chodziłyśmy do jednej klasy. Tymczasem ja po szkole wracałam do kawalerki przedzielonej szafą. Na religię chodziłam, dopóki była w kościele. A w momencie, kiedy została wprowadzona do szkół – moja piąta klasa podstawówki – przestałam. Uważałam, że religia i wiara to są nasze osobiste sprawy i że nie można robić kolejnej lekcji z tak ważnej rzeczy. A poza tym, co mają robić ci, którzy nie wierzą? To, że nie mieli wyboru, wydawało mi się bardzo niesprawiedliwe. Przez cały pierwszy rok, kiedy wprowadzili religię, byłam jedyna w szkole, która w czasie tych lekcji siedziała na korytarzu, w bibliotece albo w świetlicy, jak była otwarta. I przez cały rok, za każdym razem, któryś z nauczycieli podchodził i pytał, dlaczego tu siedzę. A ja za każdym razem odpowiadałam: bo nie chodzę na religię. „Dlaczego?”. Bo nie chcę chodzić. „A rodzice wiedzą o tym?”. Tak, wiedzą. To, że w tym wieku musiałam to mówić, tak jasno sformułować, było dla kształtowania moich poglądów totalnie ważne. Co na to moja rodzina? Oni, wierzący niepraktykujący, uważali, że to pierwsze oznaki buntu. Trochę wczesne, ale przeczekamy. Tak samo było z moim niejedzeniem mięsa. Myśleli, że mi w końcu kiedyś przejdzie.

Córka dansingu

Mój tata jako muzyk jeździł na tak zwane kontrakty. Dwu-, trzymiesięczne wyjazdy, grał gdzieś na statku między Finlandią a Polską. Albo jechał do Abu Zabi w ramach kontraktu z Pagartem. Przed rokiem 1989 to była jedyna agencja artystyczna, przez którą można było wyjechać oficjalnie, dostać paszport, pobierali oczywiście kosmiczne prowizje. Tata grał razem z moim wujkiem gitarzystą i przed wyjazdami często spotykali się w mieszkaniu mojej prababci, gdzie mieli bazę i trzymali wszystkie rzeczy. Tam się przygotowywali, czasem mieli jakieś próby. Moje wspomnienia z tamtego czasu są takie, że zajmują się mną te wszystkie ciocie, czyli dziewczyny, bo w ich zespole zawsze były dwie wokalistki, najlepiej blondyna i brunetka. I że mnie przebierają. Już wtedy wiedziałam, że chcę zostać artystką, cokolwiek to znaczy. Akurat wtedy chciałam chodzić odpierdzielona jak one, codziennie od rana do wieczora, mieć szalone życie. Na te wyjazdy jechały całe skrzynie ciuchów scenicznych. Brokat, cekiny, błysk, kicz, kicz, kicz, dansing. Coś, co razem z „Akademią pana Kleksa” ugruntowało mój gust. Dwa razy byłyśmy z mamą w trasie razem z nimi za granicą. Raz w Turku w Finlandii, raz w Berlinie Zachodnim. Szał. Większość zdjęć z tamtego wyjazdu to jestem ja wśród zabawek, nienaturalnie pobudzona. Samo to, że one tam były, to już było dla mnie wiele. Że są nieosiągalne, było w jakiś sposób oczywiste i nie wiązało się ze szczególnym żalem. Fajnie się było napatrzeć. Jak się dostawało z zagranicy katalog wysyłkowy, to te katalogi się pożyczało, kursowały po rodzinie, znajomych, sama oglądałam je z 50 razy dziennie, coś wycinałam i wklejałam do zeszytu. Pamiętam też ten zapach. Zapach luksusu. W zeszłym roku pojechałyśmy z moją mamą do Berlina i chodziłyśmy śladami tamtego wyjazdu, nas z roku 1986. Zrobiłyśmy sobie superzdjęcia, w tych samych miejscach, w których byłyśmy wtedy, mój syn był fotografem. Weszłyśmy między innymi do wielkiego centrum handlowego. Chodziłyśmy po nim teraz bez wielkiego wow. Ale ten zapach!

Klucz w zamku

Mama długo pracowała w gastronomii, w knajpie, na zmiany. Pachniała fryturą i papierosami. Cudzymi, bo sama nie paliła. Kiedy wracała z pracy po wieczornej zmianie, to ja, siedząc w mieszkaniu, z korytarza na klatce schodowej najpierw czułam moją mamę, a dopiero potem słyszałam dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Przychodziła, zdejmowała wszystko i od razu szła do łazienki, żeby tylko to z siebie zmyć.

Do zobaczenia

Kiedy miałam 11 lat, tata odprowadził mnie na przystanek tramwajowy, jechałam do szkoły. Pożegnaliśmy się, wiedziałam, że wyjeżdża na kolejny kontrakt. Kolejne dwa, trzy miesiące grania w Stanach. Następnym razem zobaczyliśmy się siedem czy osiem lat później, kiedy mógł już do Polski przyjechać. Tata został tam, zamieszkał niedaleko Nowego Jorku. Mieliśmy w tym czasie kontakt, ale telefoniczny i listowny. Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, mam wewnętrzną cezurę. Na własny użytek używam sformułowania: „Jak jeszcze tata był z nami”, więc myślę, że to ważny punkt w ogóle w moim życiu, nie tylko w dzieciństwie. Właściwie non stop mam poczucie tymczasowości w kontaktach z ludźmi. Takie poczucie, że jest ktoś, i fajnie, ale ten ktoś w każdej chwili może zniknąć.

Wychowanie seksualne

Zostałam uświadomiona przez moją mamę. Subtelnie. Pamiętam, że posłużyła się broszurą zakupioną w kiosku Ruchu. Tytuł „Mamo i tato, opowiedzcie mi, skąd się wziąłem”. Niebieska okładka, dość niewielka pozycja, z ilustracjami. Wydanie kryzysowe, czas nie za dobry dla polskich książek. Już wtedy – a byłam może w czwartej klasie podstawówki i moja wyniesiona z podwórka wiedza na temat seksualności człowieka była naprawdę mikro – kuriozalny wydawał mi się obrazek przedstawiający, uwaga, ubrane postaci. Parę, która jest w uścisku, plus podpis: „Dzieci są, kiedy mama i tata się przytulają”. Nie pamiętam, żebym była przerażona dojrzewaniem. W ogóle ciało było dla mnie w jakiś sposób drugorzędne, to nie był dla mnie wielki temat. Chyba że w kontekście kreacji, przerabiania go na własną modłę. Miałam 16 lat, kiedy w Baszcie na moście Poniatowskiego, w pomieszczeniu nad knajpą dla harleyowców, zrobiono mi, osobie niepełnoletniej, pierwszy tatuaż. Sporo też dowiadywałam się o cielesności z książek, mam wrażenie, że to one mnie na różne doświadczenia przygotowały. „Czy już wtedy coś wiedziałaś, przeczuwałaś?”, „Kiedy się zorientowałaś?”. Tak, teraz często słyszę tego typu pytania. Przede wszystkim były inne czasy, nie mieliśmy nawet języka, słownictwa, sposobów na określanie siebie. Co mnie, nawiasem mówiąc, z wiekiem coraz mniej interesuje. Kocham tę albo tę osobę. Mój coming out był ważny ze względu na okoliczności, czułam, że ważne jest powiedzieć to, wyraźnie, właśnie teraz. Ale wtedy? Jesteś młoda, masz pierwsze doświadczenia, eksperymentujesz. Byłam inna, akceptowałam to, także w kwestiach seksualności. Po prostu zawsze podobali mi się i faceci, i dziewczyny. Oglądałam się za dziewczynami i mówiłam koleżankom, że są piękne i fajne.

Heca

Bardzo wcześnie przeczytałam „Bunt długich spódnic”, biografię Emmeline Pankhurst, założycielki i przywódczyni ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii. Mocna rzecz, o rebelii, naparzaniu się z policją. Pamiętam wstrząsające sceny przymusowego karmienia Pankhurst w trakcie strajku głodowego w więzieniu. „Bunt…” leżał na działce moich dziadków, nie mam pojęcia, co tam robił, chyba los mi go zesłał. Ale jeszcze wcześniej czytałam, i to nie raz, „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na 14 fajerek” Hanny Ożogowskiej. Bliźniaki, dziewczyna i chłopak, zamieniają się rolami i siostra jedzie za brata na wakacje w jedno miejsce, a on za nią w drugie. Był też serial, ale powieść lepiej pokazywała dziewczynkę, która musi zadbać, żeby wszystko było w rodzinie w porządku. Siostra godzi się przecież jechać i udawać chłopca, żeby ratować tyłek tego nieogara, swojego brata. Irytowało mnie to na bardzo podstawowym poziomie, „ej, czemu jego traktują inaczej?!”. Ten jego całkowity brak sprawczości. Aż mnie korci, żeby zajrzeć do tej książki teraz i zinterpretować ją genderowo.

Klub ludzi artystycznie niewyżytych

Miałam 12, 13 lat i mama nie pozwalała mi jeszcze wychodzić wieczorami. W sąsiedztwie mieszkał chłopak. Starszy ode mnie, punk z irokezem. Obserwowałam go z oddali, z okna, i na tle tych wszystkich ludzi widziałam tylko jego, bo się wyróżniał. Totalnie mi to imponowało. On mi się niekoniecznie podobał jako mężczyzna, ale był ucieleśnieniem pewnej idei. Chciałam być taka jak on. Latem jechałam na kolonie i wróciłam z nich już z nową fryzurą. Tak się złożyło, że reakcja mojej mamy na tę fryzurę została uwieczniona. Wujek pożyczył kamerę VHS i poszedł z moją mamą mnie odebrać, bo ja z tych kolonii wracałam autokarem. Na nagraniu widać, jak autokar wjeżdża, dzieciaki wysiadają i słychać głos mamy: „O, jest Sylwia, jest!”. Ja w tym samym momencie się odwracam i słychać takie „ooooo!”, tylko już trzy tonacje niżej. Czytaj: „O mój Boże!”. Od tych włosów poszło szybko. Porwane swetry, przestałam jeść mięso, no i trafiłam do Klubu. W gazecie „Filipinka”, którą czytałam, swoją rubrykę „Cześć, poeci i poetki” miała Danuta Wawiłow [1942–1999, poetka, prozaiczka, tłumaczka, autorka literatury dla dzieci, w tym słynnego wiersza „Daktyle” – przyp. red.]. Młodzi ludzie wysyłali jej swoje utwory, a ona je publikowała i komentowała. Wyczytałam, że raz w tygodniu spotyka się założony przez Wawiłow Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych. Ja, będąc wtedy jeszcze w podstawówce, powinnam iść z osobą starszą, ale poszłam sama. Taki moment w życiu, że wiesz już, kim chcesz być, potrzebujesz tylko wsparcia, potwierdzenia tej twojej intuicji, że dobrze kombinujesz. W Klubie znalazłam osoby myślące tak jak ja. Jedni z nas interesowali się filmem, inni fotografią, były punki, byli hip-hopowcy. Ważne było to, czego ci ludzie słuchali, co czytali, czym się interesowali, jak wyglądali. Dorwałam się do tego źródła wiedzy, pamiętajmy, że nie mieliśmy jeszcze Internetu. Czytaliśmy, tłumaczyliśmy poezję, przynosiliśmy swoje wiersze, omawialiśmy je. Ale to był pretekst, chodziło o to, żeby być razem. Trochę jak w kawiarniach literackich, już samo to, że nawzajem się inspirujemy, było ważne. Pisałam wiersze na maszynie do pisania, którą wtedy miałam, ozdabiałam kolażami lub swoimi rysunkami i robiłam z nich książeczki, które potem, jak ziny, odbijałam na ksero i rozdawałam. Nadal mam mnóstwo takich tomików, także tych pisanych przez innych. Zostało mi trochę przyjaźni. Klub to była szkoła życia, polana artystycznym kontrkulturowym sosem.

Gdyby

Liceum księgarskie wybrałam świadomie. Opcja licealna, ale z możliwością zrobienia dyplomu zawodowego: technik księgarstwa. Idealne miejsce – uwielbiałam książki – i dość niedaleko mojego domu. Klasa żeńska, w większości hipisiary, tylko my z koleżanką byłyśmy punkówami, grupa niezłych freaków. W drugiej klasie oblałam matmę. Jak dziewięć innych osób z klasy. Miałam rok do tyłu. Poznałam superfajne osoby, ale moje doświadczenie z edukacją w liceum oceniam raczej negatywnie. Gdybym tak zebrała to, co mówili do mnie nauczyciele i nauczycielki... Gdybym tylko miała cieńszą skórę… No cóż, to były intensywne lata, nie miałam czasu na naukę. Ale w ostatniej klasie się ogarnęłam. Wiedziałam już, że chcę iść na kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie bardzo ważne były punkty i wyniki na świadectwie maturalnym. Zorientowałam się, że wreszcie mam cel, wiem, po co mam się uczyć, i zupełnie inaczej zaczęłam podchodzić do tego, co mi proponowało szkolnictwo. No i miałam praktyki księgarskie. Potem pracowałam w Stanach w księgarni, już w czasie studiów w ramach wakacyjnej pracy. I nadal, kiedy wchodzę do jakiegokolwiek sklepu z książkami, mam odruch porządkowania. Kiedy coś jest źle rozplanowane, jestem okropna, mądrzę się potwornie. Potrafię nawet fukać jak Magda Gessler w „Kuchennych rewolucjach”. I tak sobie myślę, że gdyby to wszystko szlag trafił, gdyby była na rynku zapaść, gdybym straciła źródła dochodów – to w porządku, otworzę swoją księgarnię. Albo zatrudnię się w jednej z tych, które lubię.

Sylwia Chutnik, rocznik 1979. Pisarka, działaczka społeczna (założycielka Fundacji MaMa), feministka, publicystka, promotorka czytania. Była trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike, za książki: „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Cwaniary” i „W krainie czarów”. W lipcu tego roku oficjalnie dokonała coming outu jako osoba nieheteronormatywna.

  1. Psychologia

Homoseksualizm to nie choroba

Zaniżona samoocena, zagubienie, wyalienowanie, poczucie wstydu i winy - to czują homoseksualni nastolatkowie nieakceptowani przez heteroseksualne społeczeństwo. (fot. iStock)
Zaniżona samoocena, zagubienie, wyalienowanie, poczucie wstydu i winy - to czują homoseksualni nastolatkowie nieakceptowani przez heteroseksualne społeczeństwo. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Wszelkie negatywne konsekwencje, które dotyczą homoseksualnych nastolatków - ich zagubienie, wyalienowanie, poczucie wstydu i winy z powodu tego, kim są – wynikają z głęboko zakorzenionej w systemie społecznym nieakceptacji osób nieheteroseksualnych. I gdy dochodzi do tego odrzucenie ze strony rodziców, dzieci cierpią, przestają się uczyć, uciekają w nałogi, popełniają samobójstwa. Taki jest efekt tego, że dziecko, które czuje, że jest inne, nie ma gdzie szukać pomocy – mówi seksuolog Izabela  Jąderek.

Wszelkie negatywne konsekwencje, które dotyczą homoseksualnych nastolatków - ich zagubienie, wyalienowanie, poczucie wstydu i winy z powodu tego, kim są – wynikają z głęboko zakorzenionej w systemie społecznym nieakceptacji osób nieheteroseksualnych. I gdy dochodzi do tego odrzucenie ze strony rodziców, dzieci cierpią, przestają się uczyć, uciekają w nałogi, popełniają samobójstwa. Taki jest efekt tego, że dziecko, które czuje, że jest inne, nie ma gdzie szukać pomocy – mówi seksuolog Izabela  Jąderek.

Kiedy rodzice mogą odkryć, że ich dziecko jest homoseksualne? Gdy dziewczynka od dziecka ubiera się i bawi jak chłopiec, chłopiec od małego bawi się lalkami? Wybór zabawek, sposób ubierania się – to wszystko może wynikać po prostu z zainteresowań dziecka, a nie od razu z orientacji seksualnej, która uwidacznia się zwykle dopiero w okresie dojrzewania. Charakterystyczne dla wszystkich dzieci jest to, że w okresie poprzedzającym dojrzewanie przechodzą fazę homofilną, która przejawia się tendencją do spędzania czasu z osobami tej samej płci, często głęboką przyjaźnią, trzymaniem się za ręce, przytulaniem, co jest normą rozwojową i rzadko ma podtekst erotyczny. Pierwsze przyjaźnie najczęściej przeżywa się z osobami tej samej płci, co dla nastolatka jest niesłychanie ważne, ponieważ daje możliwość identyfikowania się z własną płciowością. Faza homofilna ma związek przede wszystkim z poznawaniem siebie, swojego ciała i dotyczy zarówno dziewcząt, jak i chłopców.

A samo dziecko, kiedy odkrywa, że jest homoseksualne? Warto najpierw powiedzieć, co to jest orientacja seksualna. Otóż to pociąg emocjonalny, romantyczny i seksualny do osoby odmiennej lub tej samej płci. Orientacja seksualna nie mówi nam tylko o tym, z kim ktoś chce uprawiać seks, ale także, z kim pragnie przeżywać bliskość, czułość, intymność, wchodzić w związki. Kiedy uwidacznia się nasza orientacja? Dla siebie samego dosyć wcześnie – najczęściej pierwsze uczucia można rozpoznać w okresie dojrzewania, ale wiele osób nieheteroseksualnych mówi, że zauważyło to już w wieku wczesnoszkolnym. Natomiast ujawnienie się społeczne to bardzo indywidualna sprawa. Zdecydowana większość osób, które są w mniejszości, niezależnie od tego, czy to jest mniejszość tożsamościowa, etniczna, czy seksualna, doświadcza stresu, tzw. stresu mniejszościowego, bo próbuje zmierzyć się z tym, że jest „inna” niż pozostali. Kiedy więc dziecko, na ogół w wieku 11–12 lat, widzi, że zarówno rówieśnicy, jak i dorośli dookoła nich są heteroseksualni, że nawiązują relacje z osobami odmiennej płci, a tylko ono jedno pragnie relacji z rówieśnikami tej samej płci, czuje się zagubione, nie rozumie, co się z nim dzieje. Dlatego może kwestionować lub odtrącać własną tożsamość – próbować „chodzić” tak jak rówieśnicy z osobą odmiennej płci, zaprzeczać własnym uczuciom lub potrzebom, unikać określonych zachowań lub sytuacji. Nie ma wzorca grupy, nie wie, z kim i w jaki sposób ma się utożsamić.

Najtrudniej chyba nastolatkowi zaakceptować samego siebie na przekór temu, co mówią inni o takich ludziach jak on. Uświadomienie sobie, że jest się orientacji homoseksualnej, i zaakceptowanie tego faktu to długi proces polegający na uznaniu, że jest się różnym od zdecydowanej większości grupy społecznej i przypisaniu siebie do innej, nowej kategorii. Może to trwać do 20., 30. roku życia, czasem jeszcze dłużej, a czasem ta akceptacja nie pojawia się wcale. Nie każda osoba homoseksualna jest w stanie pogodzić się ze swoją homoseksualnością z uwagi na negatywne wzorce kreowane społecznie, lęk przed brakiem akceptacji, agresją, przemocą, czyli przed tym wszystkim, co związane jest ze społeczną homofobią. Jak wynika z rozmów z osobami nieheteroseksualnymi, największą trudność, z jaką się mierzyli, było powiedzenie o tym rodzicom. Młodzi ludzie boją się, że sprawią mamie i tacie zawód, że nie spełnią ich oczekiwań. Obawiają się też konkretnych konsekwencji, czyli awantur, wyzwisk, wyrzucenia z domu, zakazu spotykania się z ukochanym kolegą czy bliską sercu koleżanką.

Co o przyczynach homoseksualności mówi nauka? Współczesna nauka jest zgodna co do tego, że za orientację seksualną nie odpowiada wychowanie, tylko biologia, to znaczy, że kształtują ją już w życiu płodowym odpowiednie hormony, które wpływają na ośrodki mózgowe kierujące popędem seksualnym człowieka. Uważa się, że orientacja seksualna nie jest jednak dana nam raz na zawsze i do końca życia, ale tu muszą zaistnieć warunki kulturowe do tego, aby dana orientacja mogła się ujawnić. Mówi się o płynności orientacji seksualnej, czyli o tym, że niezależnie od płci potrafimy wchodzić w różne relacje na różnych etapach życia.

Nie da się skorygować biologii, żeby stać się heteroseksualistą? Nie. Wiele osób próbuje zaprzeczyć swojej orientacji z obawy, że przyznając się do homoseksualności, można wiele stracić. Zdarza się to częściej w małych miejscowościach, gdzie środowisko jest dosyć hermetyczne, gdzie bardzo negatywnie na temat tej orientacji mówi Kościół, jest mniejszy dostęp do rzetelnej edukacji seksualnej, a brak wiedzy rzutuje na negatywne postawy, powielanie mitów i krzywdzących stereotypów. Wtedy jakiekolwiek wyłamanie się spod ogólnie przyjętego modelu życia może skutkować odrzuceniem, agresją, przemocą. Osoby homoseksualne wiążą się więc z partnerami odmiennej płci, zakładają rodziny, mają dzieci. Natury nie da się jednak oszukać, więc ci ludzie często po kryjomu uprawiają seks z osobami tej samej płci, oszukując nie tylko rodzinę, ale przede wszystkim siebie, i przeżywając niewyobrażalne dramaty. Nastolatki żyją w takim samym homofobicznym społeczeństwie.

Dlatego potrzebna jest edukacja. Ale ci, którzy potrzebują edukacji, to nie są homoseksualne nastolatki, tylko przede wszystkim rodzice i opiekunowie, czyli wszyscy ważni dorośli w życiu dziecka. Trzeba uczyć ich, że homoseksualność to nie jest choroba, zaburzenie, że tak jak nie leczymy nikogo z heteroseksualności, tak samo nie leczymy z homoseksualności (a także biseksualności). Wszystkie uznane organizacje, jak na przykład Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne czy Światowa Organizacja Zdrowia, jak również nauka: biologia, psychologia, seksuologia uznają te trzy orientacje za normę. Pomimo że w 1973 roku homoseksualność została usunięta z listy chorób i zaburzeń, to nadal pokutuje wśród chrześcijańskich psychoterapeutów przekonanie, że można ją leczyć za pomocą tzw. terapii konwertywnej. Uważam tę terapię za nieetyczną, ponieważ opiera się na założeniu, że to choroba, a nieheteroseksualność chorobą nie jest. Znam młode dziewczyny, które uczęszczały kilka lat na taką terapię, bo wysłali je na nią rodzice. I to nic nie dało. Te dziewczyny są teraz w szczęśliwych związkach z osobami tej samej płci, natomiast tamtą terapię wspominają jako jedno wielkie cierpienie.

W pewnych mediach mówi się, że trwa dzisiaj promocja homoseksualizmu. Czy heteroseksualny nastolatek może ulec takiej „promocji” i tylko pod jej wpływem stać się homoseksualistą? To niemożliwe. Oczywiście, może się zdarzyć, że człowiek dorosły decyduje się związać się z kimś z tej samej płci, pomimo że wcześniej był z osobą płci odmiennej, tak się zdarza. Powody są różne – od ujawnienia długo skrywanej orientacji po zawiedzenie dotychczasowym partnerem. Badania PAN wskazują, że 50 tysięcy par homoseksualnych wychowuje dzieci, a większość z tych dzieci pochodzi z poprzednich hetero- seksualnych związków. Natomiast kwestia wchodzenia w związek i decyzje o rodzicielstwie nie mają nic wspólnego z „promocją” – osoby o różnych orientacjach żyją w każdym społeczeństwie, w naszym dopiero od niedawna zaczęło się o tym mówić otwarcie.

Jakie mogą być skutki tłamszenia swojej prawdziwej orientacji? Zaniżona samoocena, spadek poczucia własnej wartości, poczucie winy, wstyd, lęk przed nawiązywaniem bliskich kontaktów, samookaleczanie się i inne formy autoagresji, ucieczka w alkohol, narkotyki, bardzo duże osamotnienie, odizolowanie, podejmowanie prób samobójczych. Jednym słowem, dramat nastolatka na wielu poziomach życia, czego przykładem jest 14-letni Dominik z Bieżunia, który popełnił samobójstwo, bo był prześladowany nawet nie z powodu homoseksualności, a wyraźnie z powodu ekspresji płciowej, która odbiegała od przyjętych norm społecznych. Młodzi ludzie, którzy wzrastają w poczuciu winy, lęku, z zaniżoną samooceną, wyrastają na zalęknionych, wyalienowanych ze społeczeństwa ludzi. Jak pomóc homoseksualnym nastolatkom? Jak już powiedziałam, zacząć trzeba od edukacji dorosłych, w tym rodziców takich dzieci, którzy mało wiedzą na temat seksualności, nie wiedzą też, jak się zachować, na przykład czy mówić o tym rodzinie, znajomym.

Mówić? Wszystko zależy od tego, jaka jest decyzja dziecka. Część rodziców uważa, że powinno taką informację jak najdłużej trzymać w ukryciu. A wszystko po to, żeby nie stała mu się krzywda. Z perspektywy czasu ta sama część rodziców twierdzi, że to była zła decyzja, ponieważ nie da się kwestionować swojej tożsamości. Ukrywanie faktu homoseksualności dziecka powoduje, że jego dramat tylko się pogłębia. Rówieśnicy mówią: „Byłam ze swoim chłopakiem na wakacjach, idę na randkę z dziewczyną – dla większości osób jest to tak naturalne, że nawet nie zwraca się na to uwagi”. A homoseksualny nastolatek nic nie mówi o sposobie spędzania czasu, nie nawiązuje przyjaźni, zamyka się. Wyjście z ukrycia jest strasznie trudne przede wszystkim za sprawą homofobicznych dorosłych. Znajoma lekarka opowiadała mi, jak pewnego nastolatka, leżącego po operacji na szpitalnej sali razem z innymi chorymi nastolatkami, odwiedził chłopak i okazywał mu czułość. Kiedy dowiedzieli się o tym rodzice jednego z pacjentów z tej sali, wszczęli awanturę, poparli ich pozostali rodzice i doprowadzili do tego, że lekarze przenieśli homoseksualnego chłopca do izolatki. Takie potraktowanie tego chłopaka jest niezgodne z prawami człowieka. O ile jestem bardzo zbudowana tym, że chłopcy z tej sali nie mieli nic przeciwko parze kolegów homoseksualistów, o tyle reakcja rodziców była zatrważająca. Gdyby przytulali się chłopak i dziewczyna, nikt by nie widział w tym nic złego. A jeśli dzieci widzą, że rodzice nie akceptują różnorodności, w tym osób o orientacji homoseksualnej, ich myślenie też zmienia się na nieakceptujące. Czerpią od rodziców wzór do naśladowania, powielają brak akceptacji i koło nietolerancji się zamyka.

Córka wyznaje nam, że jest lesbijką. Jak zareagować? Takie wyznanie to dowód zaufania, jakim córka nas obdarza. Najważniejsze jest to, żeby stać za nią murem. Jeśli jakaś ciotka czy wujek zaczną wypowiadać się negatywnie na temat homoseksualności, rodzice powinni zareagować, broniąc swojego dziecka. Znam matki, które zerwały znajomość z koleżankami, które krytykowały ich homoseksualne dziecko. Jeśli mamy jakieś wątpliwości czy lęki, możemy poszukać grup wsparcia adresowanych do rodziców dzieci homoseksualnych. Tam można rozwiać swoje obawy, poznać rodziców o podobnych doświadczeniach, a przede wszystkim – zdobyć wiedzę na temat homoseksualności, bo jej brak jest moim zdaniem główną przyczyną lęków rodziców. Trzeba edukować ludzi, że orientacja homoseksualna różni się od hetero- wyłącznie kierunkiem popędu, niczym innym. Homoseksualne nastolatki są tak samo świetnymi kolegami jak dzieci hetero-, tak samo dobrze się uczą, nie odbiegają w jakikolwiek sposób od rówieśników. Dlaczego kogoś, kto do czasu wyjawienia, że jest homoseksualistą, był naszym bardzo dobrym kolegą, mamy nagle dyskryminować? Warto wiedzieć, że dużo uznanych i wpływowych ludzi kultury, sztuki, nauki, o których uczy się w szkołach, to osoby o orientacji homoseksualnej, między innymi: Leonardo da Vinci, Bolesław Szczodry, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Marcel Proust, Hans Christian Andersen, Jarosław Iwaszkiewicz, Karol Szymanowski, Jerzy Waldorff, Wiliam Szekspir, Molier, Piotr Czajkowski, Artur Rimbaud, Oscar Wilde, Tomasz Mann, Pier Paolo Pasolini, a nawet papież Juliusz III, który mieszkał ze swoim kochankiem. Mitologia grecka hołubiła homoseksualność – Apollo kochał Hiacynta i jak ten umierał, to na jego grobie wyrosły kwiaty. Platon mówił wręcz, że homoseksualizm to siła metafizyczna. Tak więc orientacja homoseksualna znana jest od zarania dziejów, tylko kultura chrześcijańska próbuje ją stygmatyzować.

Rola rodziców dzieci homoseksualnych jest zatem kluczowa w rozwiewaniu mitów na ten temat. Rozumiem, że rodzicom też jest trudno, że czują się pogubieni, że żyją w określonej normie, że mogą bać się konsekwencji coming outu dziecka. Warto jednak podkreślić, że wszelkie negatywne konsekwencje psychologiczne, które dotyczą osób homoseksualnych – ich zagubienie, wyalienowanie, poczucie wstydu i winy z powodu tego, kim są – nie są zakorzenione w dziecku, ale tkwią głęboko w systemie społecznym, który nie akceptuje takich osób. I gdy dochodzi do tego brak akceptacji ze strony rodziców, homoseksualne nastolatki cierpią, przestają się uczyć, uciekają w nałogi, popełniają samobójstwa. Taki jest efekt tego, że dziecko, które czuje, że jest inne, nie ma gdzie szukać pomocy. Dlatego to rodzice powinni swoją wiedzą, dojrzałością wspierać dziecko. I gdy na przykład dowiadują się, że doświadcza ono w szkole homofobicznych ataków, powinni pójść do dyrektora czy wychowawcy, żeby temu przeciwdziałać. Kto ma to zrobić, jeśli nie oni.

Izabela Jąderek - seksuolożka, edukatorka seksualna, trenerka umiejętności psychospołecznych, wspiera, m.in.: ludzi homoseksualnych (www.izabelajaderek.pl)