1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Poznać to zrozumieć - dlaczego warto być otwartym na drugiego człowieka?

Poznać to zrozumieć - dlaczego warto być otwartym na drugiego człowieka?

Im więcej o sobie wiemy, tym trudniej nam trwać w uprzedzeniach. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Im więcej o sobie wiemy, tym trudniej nam trwać w uprzedzeniach. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czasem wystarczy prosty gest. Wyciągnięta ręka. Rozmowa. Wspólny posiłek. Bo im więcej o sobie wiemy, tym trudniej nam trwać w uprzedzeniach. Pozostawać w pozycji tego, który nie wie, nie zna, nigdy nie spotkał. Więc się boi.

Gej, muzułmanin, Żyd, uchodźczyni z Konga, uciekinier z Syrii – wszyscy oni wystąpili w reklamie chleba przygotowanej przez stowarzyszenia Chlebem i Solą oraz Otwarta Rzeczpospolita i piekarnię Putka. Pieką zwykły chleb. Nasz powszedni. A potem częstują nim zaproszonych na zaplecze sąsiadów. – Mam na imię Kamil, jestem gejem i przygotowałem dziś dla państwa chleb – mówi jeden z piekarzy. – Czy ten chleb smakuje tak samo jak chleb pieczony przez Polaka? – dopytuje Salam, muzułmanin z Syrii.

Normalnie, tak samo, nie widzę różnicy – odpowiadają klienci. Bo gdy weźmie się kromkę do ręki, ugryzie, posmakuje, trudniej jest zaatakować. Można pytać, dyskutować, kwestionować, ale nie atakować. Nie obrażać. Hejt karmi się anonimowością i strachem. Lęk – niewiedzą. Dlatego tak ważne jest, żeby jak najwięcej się o sobie dowiedzieć.

Są w Polsce ludzie, grupy oraz organizacje, którzy – niezależnie od mało optymistycznych sondaży, od lęku, presji, aktów agresji oraz wandalizmu, mnożących się nienawistnych napisów na murach – właśnie to robią. Dają wsparcie przedstawicielom dyskryminowanych środowisk, szukają dla nich mieszkań, pracy, uczą polskiego, ale i pomagają im poznać się ze swoimi sąsiadami. Do znudzenia powtarzają, że słowa takie, jak: „imigrant”, „uchodźca”, „muzułmanin”, powinny odzyskać swoje neutralne znaczenie. Zwłaszcza teraz, gdy coraz częściej używa się ich jako oręża w walce o polityczne poparcie.

Od czasu kryzysu migracyjnego, za którego początek uznaje się rok 2015, w Polsce wyraźnie wzrasta liczba przestępstw z nienawiści, znacząco więcej jest też przestępstw związanych z przemocą fizyczną albo werbalną w stosunku do osób o innej przynależności wyznaniowej albo etnicznej.

Imigranci z grupy Smile Warsaw, którzy regularnie karmią najuboższych, wykluczonych warszawiaków, poddali analizie grafologicznej rozproszone na terenie stolicy napisy. Okazało się, że wybazgrana na przystankach, słupach, ścianach fraza „Immigrants go home” najpewniej wyszła spod ręki tej samej osoby.  Tych, którzy swoim codziennym życiem symbolicznie zmazują tego typu napisy, wciąż jest dużo więcej.

Jasny sygnał

Można sobie nie radzić z coming outem dziecka. Można więc to dziecko terapeutycznie rysować: skuloną, samotną postać. Z czasem dziecko się na rysunku wyprostuje – mówią Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica.

Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica. (Fot. Albert Zawada) Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica. (Fot. Albert Zawada)

Coming out to komunikat. Zwykle pierwszymi odbiorcami tego komunikatu są najbliżsi: rodzice, rodzeństwo. Według danych Kampanii przeciw Homofobii to matki wiedzą częściej – ujawnia się przed nimi mniej więcej połowa osób LGBT. Jedna trzecia nie ujawnia się przed nikim z rodziny.

Reakcje są różne. Płacz. Wyparcie. Lęk. Złość. Akceptacja nie przychodzi od razu, czasem nie przychodzi wcale. Orientację dzieci LGBT w pełni akceptuje 25 procent matek i 12 procent ojców. Dla tych, którzy chcą zrozumieć i przepracować orientację swoich dzieci, Kampania przeciw Homofobii organizuje Akademię Zaangażowanego Rodzica, sześć weekendowych spotkań warsztatowych.

Grupa rodziców po Akademii postanowiła działać, zmieniać rzeczywistość. Założyli stowarzyszenie My, Rodzice i służą wsparciem potrzebującym rodzicom, ale i osobom LGBT.

– My jesteśmy tym młodym ludziom potrzebni, bo niektórzy mają dramatyczne relacje ze swoimi rodzicami – wyjaśnia Marek Błaszczyk, prezes stowarzyszenia.

Ewa Miastkowska dowiedziała się o orientacji swojego syna w 2005 roku, gdy miał 15 lat. Martwiło ją, że przy powszechnej homofobii będzie mu trudniej w życiu, ale nie od razu zaczęła działać na rzecz tolerancji.

– Takim wstrząsem, kiedy pomyślałam, że muszę coś zrobić, była śmierć Dominika z Bieżunia. Dwa lata przed śmiercią Kacpra z Gorczyna. Nie wiedziałam, że hejt może być tak potworny.

Stowarzyszenie My, Rodzice działa na rzecz zwiększania świadomości. Dlatego zwróciło się do minister edukacji z apelem o edukację już od przedszkola. Żeby te dzieci, które dowiadują się o swojej homoseksualności, nie przeżywały tragedii, nie cierpiały.

– Kiedy córka przekazała nam w liście, że jest lesbijką, płaczu, wyklinań nie było – zaznacza Marek Błaszczyk. – Ale trafiliśmy do bardzo ważnej osoby, Elżbiety Szczęsnej. Kiedy jej syna geja pobito, zamiast się schować, skontaktowała się z Lambdą, usiadła tam i raz na miesiąc od dziesięciu lat dyżuruje w Lambdzie gotowa do przyjęcia rodzica, który potrzebuje pomocy. My z żoną nie mieliśmy problemu z akceptacją, ale zaimponowała nam ta postawa. Ja zaangażowałem się w działania rodziców osób LGBTQiA, bo zrozumiałem, jak ważne jest wsparcie i dla rodziców, i dla osób LGBT.

Ważne są też Żywe Biblioteki, czyli otwarte spotkania z przedstawicielami grup postrzeganych stereotypowo. Członkowie stowarzyszenia regularnie biorą w nich udział i na kilka godzin stają się książkami. Można ich „wypożyczyć”, czyli zadawać pytania. Najczęściej do rodziców żywych książek przychodzą ludzie młodzi, którzy szukają definicji swojej orientacji. Łatwiej im się otworzyć przed kimś obcym.

Nie wszyscy rodzice po Akademii należą do stowarzyszenia. Wiele osób ma dobre kontakty z dziećmi, ale się nie ujawniło.

– Boją się reakcji otoczenia – tłumaczy Ewa Miastkowska. – Mówią, że nie są gotowi, ale to społeczeństwo nie czuje się gotowe, by przyjąć tę informację.

Dlatego tak ważne jest grupowe uczestnictwo w paradach równości. Bo to jasny sygnał: rodzice osób LGBT istnieją. Akceptują swoje dzieci.

– Rodzice to jedyna grupa osób heteroseksualnych, która stara się zrozumieć sytuację osób homoseksualnych nie dlatego, że je bada, pisze doktorat – podkreśla Marek Błaszczyk. – My bezwarunkowo stajemy za osobami nieheteronormatywnymi. Ja nigdy nie przestanę kochać mojej córki, choćby nie wiem co się stało.

Bądź zmianą

Trzeba się wstawiać za tymi, za którymi nikt się nie wstawia. To filozofia działania ludzi z fundacji „Ocalenie”. Pomagają obcokrajowcom znaleźć dach nad głową, pracę, poznać język, zacząć normalnie żyć.

Kalina Czwarnóg i Gagik Grigoryan z Fundacji 'Ocalenie'. (Fot. Albert Zawada) Kalina Czwarnóg i Gagik Grigoryan z Fundacji "Ocalenie". (Fot. Albert Zawada)

Od 8 rano do 19. Ciągle coś się dzieje. Ktoś przychodzi po pomoc prawną, ktoś na kurs języka, komuś potrzebny wózek, ktoś inny szuka mieszkania. Jeśli jest ciemnoskóry, nie znajdzie go tak szybko. Wolontariusze i pracownicy Fundacji „Ocalenie” dzwonią, dzwonią, dzwonią. Czasem przy telefonie siada Gagik Grigoryan. Mówi po polsku dobrze, ale z akcentem. Często się okazuje, że mieszkania do wynajęcia już nie ma. Gdy pod ten sam numer dzwoni Polak, mieszkanie wciąż jest do wynajęcia. Dla cudzoziemca? Nieaktualne.

Z myślą o tych trudnościach powstał program Refugees Welcome. Fundacja kontaktuje cudzoziemców – osoby samotne – z Polakami gotowymi wynająć pokój w niższej niż rynkowa cenie. Uchodźcy przez kilka miesięcy mają gdzie mieszkać, dostają też do pomocy tzw. kumpla, czyli wolontariusza, który im towarzyszy i pomaga się integrować. Stają na nogi.

Trudniej znaleźć dom dla rodzin z dziećmi. Uchodźcze rodziny często mieszkają w garażach, przybudówkach, bez wody. Kalina Czwarnóg podkreśla, że nie będzie się w stanie uczyć polskiego czy integrować ktoś, kto sypia w kurtce, w namiocie rozbitym na środku nieogrzewanego mieszkania. Dlatego w ramach programu „Witaj w domu” Fundacja „Ocalenie” szuka osób, które chcą wynająć mieszkanie lub dom na co najmniej dwa lata. To fundacja podpisuje umowę z właścicielem i umieszcza tam rodzinę uchodźczą.

Jak się pracuje z cudzoziemcami? Z trudem. Państwo finansowo nie pomaga, od kilku lat jest dużo trudniej o wsparcie. Wiele organizacji działających na rzecz migrantów musi ograniczać działania.

Gagik Grigoryan mówi, że praca w Fundacji „Ocalenie” to też trud emocjonalny. Codziennie słyszy się, w jak dramatycznych warunkach żyją ludzie, jak źle są traktowani, widzi się dzieci, które głodują, ludzi w traumie, którzy stracili bliskich, mężczyzn po torturach, po doświadczeniach wojny.

Kalina Czwarnóg, która rekrutuje wolontariuszy i koordynuje ich pracę, zauważyła, że po kryzysie migracyjnym zmieniły się motywacje zgłaszających się osób. Jeszcze kilka lat temu pisały w podaniach: „Chcę poznać ludzi z innych krajów, cenię wielokulturowość”. Dziś mówią: „Mam dość, jestem wkurzony, nie chcę już tylko komentować rzeczywistości na Facebooku, chcę pokazać cudzoziemcom, że Polacy to nie tylko rasiści. Chcę być tą zmianą”.

Seva znaczy pomoc

Pieczone ziemniaki i kiełbaski, pączki i herbata. Tak urodziny obchodziła organizacja Smile Warsaw. Warszawscy imigranci od roku karmią tych, którzy nie mają domu.

Działacze organizacji Smile Warsaw, od lewej: Piotr Podworski, Rajat Rana, Andy Eddles i Mo Khera. (Fot. Albert Zawada) Działacze organizacji Smile Warsaw, od lewej: Piotr Podworski, Rajat Rana, Andy Eddles i Mo Khera. (Fot. Albert Zawada)

Dbamy o ludzi, o których się na co dzień zapomina – mówi Mo Khera, jeden ze współzałożycieli Smile Warsaw. Brytyjczyk, właściciel warszawskiej szkoły językowej, zawiaduje grupą wolontariuszy. Ludzi z prawie dwudziestu krajów. – Każdy kolejny tydzień jest szansą na nowy początek.

Mo, który przyszedł na świat w Walsall w środkowej Anglii, pochodzi z rodziny hinduskich sikhów z Pendżabu. Jego rodzice poważnie podchodzili do powinności, które religia nakłada na każdego członka sikhijskiej społeczności. Jedną z nich jest seva. Określenie pochodzi z sanskrytu. Oznacza regularną, bezinteresowną posługę na rzecz najbiedniejszych. Najczęściej – żywnościową. Wolontariusze z kuchni społecznej w Złotej Świątyni w Amritsarze codziennie szykują blisko 200 tys. placków roti i 1,5 tony soczewicowego dhalu. Wszystko z myślą o tych, którzy nie mają dość pieniędzy, żeby samemu sobie kupić posiłek.

To, co robi Smile Warsaw, jest sevą w nadwiślańskim wydaniu. Jedzenie nie zawsze jest wegetariańskie i nie powstaje w kuchni społecznej. Jest szykowane przez stołecznych restauratorów (w przygotowywaniu posiłków pomagają m.in.: The Alchemist Gastropub, Indian Taste, Legends, Le Cedre, a od niedawna też Regeneracja z Mokotowa oraz wegańska restauracja Leonardo Verde) i rozdawane przez ochotników z: Indii, Wielkiej Brytanii, Polski, Dubaju, Szkocji, Danii, Holandii, Brazylii, Kenii, Kanady, Wietnamu i Ukrainy.

Ludzie w kryzysach, którzy korzystają z pomocy Smile Warsaw, to nie tylko Polacy. Są Ukraińcy, zdarzają się uchodźcy. Tacy jak Andrij z Krymu, lekarz radiolog, który uciekł przed politycznymi prześladowaniami. Od prawie trzech lat czeka na status uchodźcy, a ponieważ przyznane mu przez państwo polskie środki nie starczają na przeżycie, ubiera się i żywi na ulicy.

– Chcemy im pomóc na nowo odnaleźć się w społeczeństwie – mówi Mo Khera. Dlatego Smile Warsaw nie ogranicza się do wydawania jedzenia. Rozdaje też ubrania, buty, kosmetyki, materace, namioty. Jest pion odpowiedzialny za profilowanie – zbierają informacje o podopiecznych, ich potrzebach oraz umiejętnościach. Chcą pomagać im w szukaniu zatrudnienia.

Ostatnio z Londynu przyleciał fryzjer. Wpadła manikiurzystka. Regularnie działa punkt medyczny. Rajat Rana z Indii oraz Wed Najjar z Arabii Saudyjskiej opatrują rany tym, którzy tego potrzebują. Popatrz, mówią, ten człowiek, który tańczy na chodniku, jeszcze kilka tygodni temu przyjeżdżał na wózku. Miał rozbabraną ranę na stopie, wdało się zakażenie. Dziś wszystko się zagoiło. A po wizycie fryzjera jeden z bezdomnych zorganizował maszynkę i teraz sam strzyże kolegów.

Gdy kończy się seva, kolorowo ubrani członkowie Smile Warsaw idą do baru. To ważna część procesu – ludzie z różnych miejsc na Ziemi, którzy pomagają w Warszawie wykluczonym, też potrzebują integracji. – Najbardziej brakuje nam Polaków – mówi Piotr Podworski, urodzony w Londynie syn polskiego pilota i śpiewaczki, który jest w Smile Warsaw od samego początku. – Chodźcie, zapraszamy serdecznie.

Grupa daje wsparcie imigrantom też przez projekt No Hate. Ubrani w odblaskowe pomarańczowe kamizelki z hasłem „No hate” na plecach chodzą na demonstracje w obronie praw wykluczanych środowisk: kobiet, lesbijek i gejów, imigrantów. Gdy na początku 2017 roku drzwi i szyby śródmiejskiej kawiarni Brunet Kafe wymazano farbą, a jej właścicielowi, Irańczykowi, grożono śmiercią, grupa stawiła się w kawiarni w komplecie. Nie będą żadni rasiści terroryzować sąsiadów, powiedzieli.

– Koniec końców wszyscy jesteśmy imigrantami – mówi Andy Eddles, jeden ze współzałożycieli Smile Warsaw, Kornwalijczyk z Milanówka. – Pora odzyskać to słowo, wycisnąć z niego całą truciznę.

Chciałem coś powiedzieć

Michał „Dimon” Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. Wyszedł z szafy, by przerwać błędne koło stereotypów.

Michał 'Dimon' Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. (Fot. Albert Zawada) Michał "Dimon" Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. (Fot. Albert Zawada)

Kiedy to się stało, nie czułem lęku. On przyszedł później, już po coming oucie.  Nagraliśmy płytę „Powstanie warszawskie”, i to zestawienie – płyta plus coming out – było dla niektórych skandalem, rozpisały się o tym gazety, Internet, dziennikarze wydzwaniali, zapraszali mnie do telewizji, a nie taki był mój cel. Po prostu chciałem coś powiedzieć.

Na płycie „Dzieciom” nagraliśmy ten kawałek: „Zawyły chamy: Bij gejów, mścij braci!”.

A potem Kampania przeciw Homofobii zapytała, czy zespół weźmie udział w akcji „Ramię w ramię po równość”. Ja jako osoba homoseksualna nie chciałem namawiać, powiedziałem: „Róbcie, jak uważacie”. Moi koledzy z zespołu uznali, że w to wchodzimy, i dziękuję im, że stanęli za mną, za wszystkimi osobami LGBT. Ta ich postawa zadziałała na mnie.

Bo później w rozmowie z Kampanią przeciw Homofobii  przyznałem, że żyję w związku z mężczyzną, a oni zapytali, czy nie chciałbym o tym opowiedzieć. Często uprawiam czarnowidztwo, analizuję w nieskończoność. A wtedy stwierdziłem, że OK, powiem to publicznie. Wcześniej, gdy kogoś poznawałem, było oszukiwanie i kręcenie. Teraz mówię wprost. Pozbyłem się tego balastu. I już się nie zastanawiam, czy się to komuś spodoba. Jak się nie spodoba, trudno, najwyżej mnie nie polubi. Ludzie nie lubią się z różnych powodów.

Ale się bałem. Najbardziej o zespół. Po tej burzy zastanawiałem się, czy ktoś nie wparuje nam na koncert, ale właściwie tylko jeden fan oddał nam wszystkie płyty. Na stronie zespołu pojawiły się obelgi, ale to była chwila, a zespół jest, robimy muzykę, dalej gramy, ludzie przychodzą. Mieliśmy też dużo pozytywnych reakcji na żywo.

Nie wszyscy mają tyle szczęścia. Dzieciaki cierpią, popełniają samobójstwa, to są tragedie. I wielka lekcja dla nas wszystkich, tylko czy my rzeczywiście wyciągamy z tego wnioski?

Wiele osób ze środowiska LGBT żyje w strachu. Boją się o pracę, o rodzinę. Ale to jest błędne koło, bo jak nie zaczniemy wychodzić z szaf i pokazywać się mamie, tacie, wujkowi i szefowi, stereotypy będą się utrwalać.

Parom hetero nikt nie zagląda do sypialni, a pary homoseksualne są sprowadzane wyłącznie do spraw seksu. A to przecież kompletnie nie o to chodzi. Chodzi o normalne życie. O mieszkanie, psa, spacer w niedzielę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce – przesłanie buddyjskiej mniszki Pemy Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała, wygrzewając się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”.

Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Doskonałość bodhiczitty

Gdybyśmy zapytali Buddę: „Co to jest bodhiczitta?”, mógłby nam odpowiedzieć, że to słowo jest łatwiejsze do zrozumienia niż do przetłumaczenia. Mógłby nas zachęcić do szukania sposobów na to, żeby odkryć znaczenie tego słowa w naszym życiu. Może prowokował by nas, dodając, że tylko bodhiczitta uzdrawia, że bodhiczitta jest zdolna przemienić najtwardsze serca i najbardziej przerażone oraz pełne uprzedzeń umysły.

Czitta oznacza „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi oznacza „obudzić się”, „oświecony” lub „całko ­ wicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kocha ­ ją swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i zawiścią, arogancją i dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i dbania o  innych – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Antoine Saint-Exupéry
Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i panikę, czasami złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali. Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Budda powiedział, że nigdy nie jesteśmy oddzieleni od oświecenia. Nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej uwięzieni, nigdy nie jesteśmy odcięci od stanu przebudzenia. To jest rewolucyjne twierdzenie. Nawet zwykli ludzie, tacy jak my, rozdarci i zdezorientowani, mają zmysł oświecenia zwany bodhiczittą. Otwartość i serdeczność bodhiczitty jest w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i  pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne nie ­ bo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają.

Mając na uwadze to, że tak dobrze znamy się na chmurach, możemy oczywiście uznać, że trudno uwierzyć w nauczanie Buddy. Prawda jest jednak taka, że w samym środku naszego cierpienia, w  najtrudniejszych chwilach, możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci. Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy.

Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty

Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. Jest to coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety, którzy są gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Mamy wiele przykładów mistrzów wojowników – ludzi takich jak Matka Teresa i Martin Luther King, którzy uznali, że największa krzywda pochodzi z naszych agresywnych umysłów. Poświęcili oni swoje życie, aby pomagać innym zrozumieć tę prawdę. Jest też wielu zwykłych ludzi, którzy przez całe życie uczą się, jak otwierać serce i umysł, aby pomóc innym robić to samo. Podobnie jak oni, możemy nauczyć się odnosić się do siebie i do świata, w którym żyjemy, jak wojownicy. Możemy szkolić się w budzeniu naszej odwagi i miłości.

Istnieją zarówno formalne, jak i nieformalne metody pomagające nam rozwijać odwagę i dobroć. Istnieją praktyki pielęgnowania naszej zdolności do radowania się, odpuszczania, kochania i  wylewania łez. Są takie, które uczą nas pozostawać otwartymi na niepewność. Są też inne, które pomagają nam być obecnymi w tych momentach, kiedy z przyzwyczajenia zamykamy się w sobie.

Gdziekolwiek jesteśmy, możemy kontynuować trening wojownika. Nasze narzędzia do praktykowania medytacji to miłująca życzliwość, współczucie, radość i równowaga. Z ich pomocą możemy odkryć miękkie miejsce bodhiczitty. Znajdziemy tę miękkość w smutku i wdzięczności. Znajdziemy ją pod hardością furii i w drżeniu strachu. Jest dostępna zarówno w samot­ności, jak i w dobroci. Wielu z nas preferuje praktyki, które nie powodują uczucia dyskomfortu, a  jednocześnie chcemy być uzdrowieni. Ale trening bodhiczitty nie działa w ten sposób. Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk.

Trening bodhiczitty nie obiecuje szczęśliwego zakończenia. Właściwie to ja, które chce znaleźć bezpieczeństwo, które chce się czegoś trzymać, może w końcu nauczyć się dorastać. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Jak praktykujemy wobec trudności, naszych emocji, nieprzewidywalnych zdarzeń zwykłego dnia?

Zbyt często zachowujemy się jak wystraszone ptaki, które boją się opuścić gniazdo. Siedzimy w nim do momentu, aż zaczyna cuchnąć i od dawna jest bezużyteczne. Nikt nie przychodzi, żeby nas nakarmić. Nikt nas nie chroni ani o nas nie dba. Mimo to mamy nadzieję, że nasza ptasia mama wreszcie nadleci.

Możemy w końcu wydostać się z tego gniazda i tym samym wyświadczyć sobie największą przysługę. Oczywiste jest, że wymaga to odwagi. Jasne jest również to, że możemy skorzystać z kilku pomocnych wskazówek. Możemy wątpić w to, że jesteśmy gotowi do bycia wojownikami w treningu. Ale możemy też zadać sobie pytanie: „Czy wolę dorosnąć i mieć wpływ na moje życie, czy wolę żyć i umierać w strachu?”.

Wszystkie istoty są w stanie odczuwać miękkość – doświadczać rozpaczy, bólu i niepewności. Dlatego oświecone serce bodhiczitty jest dostępne dla nas wszystkich. Nauczyciel medytacji wglądu Jack Kornfield opowiada, że był tego świadkiem w Kambodży w czasie rządów Czerwonych Khmerów.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi, do których mierzono z karabinów, zadeklarowało przynależność do partii komunistycznej. Grożono im śmiercią, jeśli będą kontynuować praktyki buddyjskie. Mimo niebezpieczeństwa w obozie dla uchodźców powstała świątynia, a w uroczystości otwarcia wzięło udział dwadzieścia tysięcy osób. Nie było żadnych wykładów ani modlitw, jedynie nieustająco śpiewano jedną z głównych nauk Buddy:

Nienawiści nie można pokonać nienawiścią. Tylko miłość ją uzdrowi. Takie jest odwieczne prawo.

Tysiące ludzi śpiewało i płakało, wiedząc, że prawda w tych słowach jest większa niż ich cierpienie.

Taką moc ma bodhiczitta. Będzie nas inspirować i wspierać w dobrych i złych chwilach. Jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Fragment pochodzi z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

  1. Psychologia

Szczerość i otwartość w relacjach z ludźmi – praktyczne wskazówki

Szczerość pomaga w skutecznej komunikacji. Poniżej 7 wskazówek, o których warto pamiętać budując dobre relacje. (fot. iStock)
Szczerość pomaga w skutecznej komunikacji. Poniżej 7 wskazówek, o których warto pamiętać budując dobre relacje. (fot. iStock)
Szczerość to nie tylko prawdomówność. Źródłem szczerości jest postawa otwartości wobec samego siebie i innych ludzi. Opiera się ona na szacunku i uczciwości, a także na prawie do wyrażania siebie.

1. Daj sobie prawo do wyrażania siebie

Każdy ma prawo wyrażać swoje myśli, uczucia i potrzeby, jeśli tylko nie narusza praw i godności drugiego człowieka. Zastanów się chwilę, czy dajesz takie prawo sobie i czy nie odmawiasz go innym.

2. Stosuj komunikat „ja...”

Najbezpieczniejszym sposobem wyrażania siebie jest stosowanie komunikatu typu „ja...”, czyli mówienie o swoich uczuciach, emocjach i potrzebach wprost, zaczynając od sformułowań:
  • Ja myślę...
  • Ja uważam...
  • Ja czuję...
Poprzez stosowanie takiej formy poruszasz się po bezpiecznym obszarze – odnosisz się do siebie, do swoich stanów wewnętrznych. Pamiętaj, że jesteś ekspertem od samego siebie. Nie daj się przekonać, że ktoś wie lepiej, co czujesz albo myślisz.

3. Doceniaj osoby, które są wobec ciebie szczere

Pamiętaj, że ludzie różnią się od siebie, dlatego każdy z nich może twoje zachowanie odbierać zupełnie inaczej. Im więcej jest w twoim otoczeniu osób, do których masz zaufanie i które dzielą się odczuciami na temat tego, co mówisz i robisz, tym więcej zyskujesz. To może być wspaniała wskazówka dla ciebie samego, szczególnie gdy zajmujesz menedżerskie stanowisko. Pamiętaj, że najtrudniej jest o szczerość, kiedy istnieje zależność służbowa między ludźmi.

4. Naucz się prawdziwie słuchać

Postaraj się traktować drugiego człowieka jak zagadkę. Nie zakładaj, że wiesz lepiej, co on chce ci powiedzieć. Słuchaj do końca każdego zdania. Zadawaj pytania otwarte. Dopytuj, gdy coś wydaje ci się niejasne.

Przy okazji dłuższych wypowiedzi, niezależnie, czy są to zwierzenia przyjaciółki, czy polecenie wydawane przez szefa, próbuj powtarzać własnymi słowami to, co usłyszałaś. Zapytaj, czy o to właśnie chodziło. Taki zabieg pozwala upewnić się, czy dobrze się zrozumieliście - to kluczowy element skutecznej komunikacji.

5. Oceniaj działanie, nie osoby

Mów: „Prezentacja, którą przygotowałeś, jest dla mnie mało czytelna. Dobór kolorów sprawia, że nie widzę danych na umieszczonych w niej wykresach. Zmęczyłam się, wytężając nad tym wzrok” zamiast: „Jeśli chodzi o przygotowanie prezentacji, to jesteś beznadziejny” lub „Jesteś po prostu leniwy”.

6. Odnoś się do faktów i mów o swoich uczuciach z tym związanych

Wyobraź sobie, że przyjaciółka często spóźnia się 10–15 minut na spotkanie z tobą, a w tobie budzi się złość. Masz poczucie, że ten czas mogłabyś spędzić w ulubionym sklepie w pobliżu lub załatwić coś w najbliższym oddziale banku. Tymczasem stoisz i czekasz. Zamiast tłumienia emocji w sobie (odezwą się jak wulkan po dłuższym czasie, ze wzmożoną siłą) lub natychmiastowego ataku („Jesteś zupełnie nieodpowiedzialna, nie można na tobie polegać”) zastosuj nienaruszającą jej godności procedurę FUO: fakty, ustosunkowanie, oczekiwania.

Zacznij od opisu faktów:

  • „Kiedy ty się spóźniasz...” - przejdź do opisu swoich emocji:
  • „Ja się złoszczę/ irytuję...” -  a następnie wyraź swoje oczekiwania:
  • „Oczekuję, że będziesz przychodzić punktualnie lub że będziesz mnie uprzedzać z półgodzinnym wyprzedzeniem, że się spóźnisz”.
  • Nie generalizuj: „Ty zawsze musisz się spóźniać”.

7. Szczerość do bólu

Otwartość nie oznacza, że należy zawsze i w każdych okolicznościach mówić prawdę. Czasem powiedzenie komuś, że strasznie przytył albo że nie podoba nam się jego wystrój mieszkania nie jest konieczne, a potrafi bardzo od siebie oddalić dwie osoby. Wiele zależy od charakteru takiej relacji.

  1. Psychologia

Związki homo- i heteroseksualne - czym się różnią? Komu łatwiej się dogadać?

Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Płeć przeciwna pociąga i fascynuje swą odmiennością, a czy ta sama ułatwia porozumienie? Czego moglibyśmy się nauczyć o komunikacji i ustalaniu zasad w związku od par homoseksualnych, według badań, bardziej zadowolonych ze swoich relacji niż pary heteroseksualne? Pytamy psycholożkę Katarzynę Miller.

Co jest lepsze dla związku: jak jesteśmy do siebie podobni czy jak się różnimy?
Nie wiem. Wiem natomiast, że jeśli ludzie są zafascynowani tym, jak bardzo ich ukochana czy ukochany jest różna czy różny od nich, to potem to samo zaczyna ich niesamowicie wnerwiać. Z kolei jeśli zakochują się w sobie, bo tak wiele ich łączy, to po kilku latach ten fakt też zaczyna ich wnerwiać. Wychodzi na to, że po pewnym czasie w związku każdego zaczynają wkurzać pewne rzeczy, i to jest chyba taki etap, przez który po prostu trzeba przejść.

Czy ma znaczenie, czego dotyczą te różnice? Może niektóre wkurzają bardziej, a inne mniej?
Problemem są na pewno różnice światopoglądowe. Bo to w żadnym temacie nie idzie się dogadać, zarówno jak wychowywać dzieci, na kogo głosować, ale też jak uprawiać seks… Jedno uważa, że nie należy sypiać ze sobą przed ślubem, a drugie, że należy. Albo po ślubie jedno uważa, że skoki w bok nie są niczym strasznym, pod warunkiem że się kochamy, a dla drugiego to jest koszmar.

Ja jestem przywiązana do wyników badań, które mówią o tym, że najlepiej dogadują się ze sobą ludzie pochodzący z podobnych środowisk: wykształceni z wykształconymi, majętni z majętnymi, robotnicy z robotnikami. Choć, co też podkreśla psychoterapia, podobne środowisko może oznaczać tyle, że w domu były podobne problemy, niezależnie od tego, czy był to dom bogaty czy biedny, wielkomiejski czy wiejski. Ludzie podświadomie dobierają się na podstawie swoich haków, czyli ciemnych stron. Na poziomie świadomym ludzi chyba najbardziej fascynuje odmienność – zobacz, że zwykle spokojny facet woli wariatkę, a furiat lubi odpocząć sobie przy łagodnej. Najlepiej jak te różnice są komplementarne, czyli się uzupełniają: on uwielbia nowinki techniczne, za to ona organizuje najlepsze przyjęcia.

A gdyby tak ta podstawowa różnica – różnica płci została zniesiona… Czy pary jednopłciowe lepiej się dogadują? Jest im łatwiej czy trudniej?
Pary jednopłciowe już z gruntu mają trudniej. Po pierwsze, mają mniej osób do wyboru, bo orientację homoseksualną ma jedynie ułamek społeczeństwa. Po drugie, nadal często towarzyszy im odium społeczne, zwłaszcza w kręgach tradycyjno-fundamentalistycznych. Rzucają się w oczy, wystają z tłumu. Czasem więc, dla własnego bezpieczeństwa, ukrywają swoją miłość.

Ale to może też – paradoksalnie – bardziej scalać ich związek. Razem przeciwko światu.
Może też dawać poczucie, że tym bardziej trzeba tę miłość ochraniać. Gdy przypominam sobie życiorysy wielkich artystów gejów, a bardzo wielu jest wśród gejów artystów, to od razu rzuca mi się w oczy fakt, że bardzo trudno im było dobrać sobie partnera, który by odpowiadał im zarówno seksualnie, jak i środowiskowo. Dlatego tak częste są przykłady związków synów lorda z synem portiera. Ale geje w ogóle lubią przekraczać różne granice. Są całkowicie niestereotypowi, a poza tym bardzo uczuciowi i nadmiarowi – to właśnie moim zdaniem odróżnia pary homoseksualne od heteroseksualnych. Tam więcej się przeżywa – także kłótni, konfliktów, rozczarowań. To zawsze są bardzo silne emocje. Poza tym ich podejście do seksu cechuje promiskuityzm, czyli częste zmiany partnerów i podejmowanie kontaktów seksualnych często bez więzi uczuciowych.

Jest takie społeczne przekonanie, że dlatego właśnie związki homoseksualne są nietrwałe.
Ja znam bardzo wiele trwałych związków homoseksualnych. Powiedziałabym nawet, gdyby ktoś mnie spytał, czy znam szczęśliwe pary, że znam jedną i to jest właśnie para gejów. Przez całe życie miałam przyjaciół gejów i dużo wiedziałam o ich życiu. Przyznam, że ich skłonność do ryzyka zawsze trochę mnie przerażała. Ale być może na takich trafiałam, to też mogą być kwestie osobowościowe.

Wśród twoich pacjentów zdarzały się osoby homoseksualne?
Pamiętam zwłaszcza jednego chłopaka, przychodził do mnie sam, ale potem poznałam także jego partnera i ich krąg towarzyski. Obaj byli niezwykle wrażliwi i bardzo przejęci swoim związkiem, ale też byli dosyć młodzi, więc może to brało się z wieku. Na pewno problemy mieli bardzo podobne do par heteroseksualnych – martwili się, czy im się uda, czy jemu zależy tak bardzo jak mnie. Utwierdzili mnie w przekonaniu, że geje są nadwrażliwi, ale nie wiem, czy to samo powiedziałabym o lesbijkach. Być może wpływ na to ma fakt, że wszystkie pary lesbijskie, jakie znam, są ze środowisk zaangażowanych społecznie i związanych z pozarządowymi organizacjami – te dziewczyny są silne, przedsiębiorcze i inteligentne. Bardzo duże tu uogólnienie zrobiłam, ale cóż, takie pary właśnie znałam.

Przygotowując się do naszej rozmowy, trafiłam na artykuł Joanny Fielding w brytyjskim „Psychologies”. Przez lata była w związkach z mężczyznami, a teraz jest szczęśliwa w związku z kobietą. Powołuje się w nim na brytyjskie badania z 2013 roku, które potwierdzają, że pary homoseksualne są bardziej zadowolone ze swoich związków. Fielding twierdzi, że pary hetero mogłyby się nauczyć wiele od par homoseksualnych. Przede wszystkim ustalania własnych reguł. Ponieważ od zarania dziejów świat akceptował i promował pary heteroseksualne, jest bardzo silny wzór takiego związku. Pary homoseksualne nie są obarczone tym balastem.
I mogą sobie ustalać zasady według własnych potrzeb i preferencji. Chcesz zmywać – będziesz zmywała, chcesz zarabiać pieniądze – zarabiaj, albo obie będziemy zarabiać. Nie masz ochoty dbać o dom – zatrudnimy panią do sprzątania a jeść będziemy na mieście. Jakoś sobie poradzimy. To cudowne i bardzo inspirujące. Choć założę się, że społeczeństwo i tak będzie im zaglądać pod stół i pytać, kto tam jest mężem, a kto żoną.

A zawsze jest taki podział?
Czasem jest, a czasem go nie ma. Są na pewno różne typy lesbijek, tak jak są różne typy gejów. Są więc lesbijki w typie butch, które wyglądają prawie jak mężczyźni, i one często mają bardzo kobiece partnerki, w typie femme. I wtedy jest bardzo jasny podział. Natomiast myślę, że w seksie może być zupełnie inaczej, choć do łóżka nikomu nie zaglądałam. Ale wracając do poprzedniego wątku – zawsze powtarzam, że pary robią jeden podstawowy błąd: zanim się pobiorą, nie siadają razem i nie ustalają, na czym im najbardziej zależy, czego chcą w związku, a czego nie.

Kolejna wskazówka z artykułu – pary homoseksualne więcej rozmawiają. Wszystko na bieżąco przegadują.
Odkładanie spraw na później, przełykanie problemów i pretensji, nieodnoszenie się do palących nas kwestii na bieżąco – to kolejny błąd, jaki popełniamy w związkach. Pary homoseksualne dzięki rozmowom bardziej siebie rozumieją i są siebie bardziej ciekawe.

Fielding twierdzi, że związki homoseksualne są kompletnie wolne od stereotypów. My lubimy zwalać winę na płeć: „on robi tak, bo jest mężczyzną”, „ona myśli to i to, bo jest kobietą”. Tu nie możesz użyć tego argumentu.
Nie powiesz, że twoja partnerka jest wkurzona, bo pewnie okres jej się zbliża. Albo właśnie wiesz, że okres jej się zbliża i jak się może czuć. To bardzo ważne widzieć w drugiej osobie tę, którą muszę najpierw poznać, a nie zakładać z góry, jaka jest.

Nie sadzisz, że fakt, że większość par homoseksualnych nie ma dzieci, może wpływać na ich zadowolenie ze związku?
Na pewno mogą bardziej się na sobie skupić, są bardziej wolni w sensie czasu, możliwości wyjazdu czy finansowych – wydają więcej pieniędzy na siebie i swoje przyjemności. Ja bardzo lubię nie mieć dzieci i bardzo lubię moje życie – wolne i swobodne. Oczywiście mam też w nim zobowiązania, ale wynikające z moich zawodowych decyzji, na które mam wpływ.

Czego twoim zdaniem moglibyśmy się nauczyć od par homoseksualnych, by być bardziej zadowolonymi w naszych związkach?
Może właśnie tego zdrowego egoizmu? Lejtmotyw ostatnich lat mojej pracy terapeutycznej jest taki, żeby zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że ja jestem dla siebie najważniejsza i ty jesteś dla siebie najważniejszy. Szanujmy swoje odrębności, bądźmy wdzięczni za to, że się ze sobą spotykamy, bo wcale nie musimy. Nie czerpmy nieustannie z drugiej osoby, tylko dawajmy sobie wszystko, co najlepsze, a to, co nam zostanie, dawajmy partnerowi. Taki oświecony dwuosobowy egoizm.

  1. Psychologia

Jak zachować zdrowie psychiczne?

Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Albert Ellis, psycholog, psychoterapeuta, twórca terapii racjonalno - emotywnej, wymienił 13 elementów, które znacząco wpływają na stan psychiczny.

Uznany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne za jednego z najbardziej wpływowych psychologów XX wieku - Albert Ellis zgłębiał tajniki ludzkiego umysłu. W szczególności interesowały go tajniki umysłu chorego, zaburzonego, pełnego lęków, napięć i fobii. W toku swych zawodowych poczynań zadał sobie trud zdefiniowania człowieka zaburzonego, zarówno w sferze społecznej, poznawczej jak i emocjonalnej.

Według Ellisa człowiek zaburzony przejawia zachowania autodestrukcyjne uniemożliwiające samorealizację, przeżywanie szczęścia i spełnienia w życiu. Twierdził on, że negatywne emocje wywodzą się z błędnej interpretacji świata, a nie z samej rzeczywistości. Negatywne przekonania są drogą do niewłaściwej i irracjonalnej percepcji samego siebie, tym samym mogą prowadzić do zaburzeń neurotycznych, depresyjnych, czy cierpienia.

Skoro błędne przekonania są źródłem lęku, to jakie przekonania są właściwe? Czym w takim razie jest zdrowie psychiczne?

Według Ellisa osoba zdrowa psychicznie myśli w sposób logiczny, tak samo również działa. Nie jest autodestrukcyjna, nie zachowuje się wrogo, depresyjnie czy lękliwie. Może się rozwijać, uczyć na własnych błędach i brać, w sposób rozsądny to, co najlepsze z życia.

Albert Ellis wymienił 13 obszarów, które pozwalają cieszyć się lepszym samopoczuciem i pozostać w zdrowiu psychicznym.

1. Dbanie o własne dobro

To prawo do bycia sobą. To JA jestem kowalem swojego losu, biorę sprawy w swoje ręce i piszę scenariusz do filmu „moje życie”, bez niepotrzebnych powinności, zewnętrznych przymusów czy zachowywania konwenansów. Moje potrzeby wyznaczają moje cele. Szanuję innych, ale przede wszystkim respektuję siebie.

2. Przystosowanie społeczne

Człowiek to nie samotna wyspa, dlatego inni potrzebni są mu do szczęścia. JA lubię ludzi, a oni lubią mnie. Dobre relacje interpersonalne, współpraca, obcowanie z drugim człowiekiem - definiują przystosowanie społeczne.

3. Autonomia

Mam świadomość własnego JA, niezależności, zdrowej potrzeby akceptacji, przyjęcia odpowiedzialności za własne życie. Zachowuję własną przestrzeń w związku i odcinam pępowinę od rodziców.

4. Tolerancja

Tolerancja to prawo do inności, prawo do błędu, pomyłek, wybaczania. Daję to prawo sobie i innym. JA nie potępiam, nie oceniam, pamiętam, że tak jak i JA, każdy jest tylko człowiekiem.

5. Akceptowanie dwuznaczności i niepewności

Przekonanie, że świat ma charakter probabilistyczny i nic na ziemi nie jest całkowicie konieczne i pewne. JA eksploruję świat, smakuję mądrze życie i nie przestaję się uczyć.

6. Giętkość myślenia

Jestem ciekawy poznawczo, otwarty na zmiany i nowości. Słucham siebie, ale i słucham innych, jestem otwarty na nowe idee i poglądy.

7. Myślenie naukowe

Stawianie hipotez to moja specjalność. Myślę krytycznie, racjonalnie i obiektywnie - to mój sposób na pojmowanie świata i rozumienie siebie.

8. Zaangażowanie

Czyli aktywność w działaniu, zarówno w pracy jak i prywatnie. Odważnie zdobywam świat, cechuję się kreatywnością i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Szukam lepszego życia i robię wszystko, aby tak było.

9. Podejmowanie ryzyka

Pomimo, że istenieje ryzyko niepowodzenia są cele, które chcę osiągnąć. Bez naiwności, ale z rozwagą, bez pyszałkowatości, ale z pokorą podejmuję nowe wyzwania.

10. Samoakceptacja

Akceptuję siebie w pełni i bezwarunkowo (przeszłość, dokonania, wygląd). Kocham i lubię siebie, nie narcystycznie i zuchwale, ale rozsądnie i dojrzale. Zdrowa samoocena przekłada się przecież na relacje z innymi ludźmi.

11. Hedonistyczne, ale rozsądne nastawienie do życia

Poszukuję przyjemności tylko wtedy, gdy to jest najlepsze rozwiązanie dla mnie. Nie bawię się w miałkie przyjemności, które do niczego nie prowadzą. Nie ma sensu też zadręczać się przekonaniem, że przyjemność jest czymś złym.

12. Brak perfekcjonizmu i utopijnych poglądów

Akceptuję, że nie da się być najlepszym we wszystkim. Wiem, że perfekcjonizm czy idealizm istnieją tylko w filmach albo w snach. Dążę ku temu, co ma sens. Moja świadomość pomaga mi zrozumieć, że czasem dobrze, znaczy tyle samo, co idealnie.

13. Przyjmowanie odpowiedzialności za własne trudności

Nie obwiniam innych za całe zło tego świata. Widzę, gdzie jest granica mojego JA, co jest w zasięgu mojej ręki, a co staje się trudnością, na którą nie mam wpływu.

  1. Styl Życia

Tomasz Raczek: "Jak dorośniesz, to zrozumiesz"

Tomasz Raczek przed kinem Iluzjon w Warszawie. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)
Tomasz Raczek przed kinem Iluzjon w Warszawie. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przeszłość wraca do mnie falami – przyznaje Tomasz Raczek. – Dzisiaj potrafię docenić to, że miałem szczęśliwe dzieciństwo. Natomiast jako chłopiec miałem poczucie, że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany.

Niedawno zmarła, w wieku 93 lat, moja mama. To smutny czas, ale też czas sprzyjający wspominaniu. Porządkuję rzeczy po mamie, natykam się na różne dokumenty, listy, zdjęcia. Przypominam sobie przede wszystkim, co jako dziecko czy młody człowiek myślałem, jak się czułem. Ciekawe, bo zwykle pamięta się fakty, a ja przypominam sobie właśnie emocje.

Za wolno

Może należałoby zacząć od tego, że nie lubiłem być dzieckiem. Całe dzieciństwo marzyłem, żeby być starszy, niż byłem. Wysiadywałem w przedszkolu w oknie, patrzyłem na dzieci, które z tornistrami idą do szkoły, i im zazdrościłem. Nudziły mnie rzeczy, które zajmowały moich rówieśników – mnie się wydawały dziecinne. Potem, kiedy byłem w szkole średniej, zwalniałem się z lekcji i jako wolny słuchacz biegłem na studia, bo nie mogłem się tego doczekać. A od pierwszego roku studiów pracowałem na etacie.

Wydawało mi się, że wszystko dzieje się w moim życiu za wolno. I  że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany. Nienawidziłem, kiedy w telewizji Edyta Wojtczak mówiła: „A teraz, drodzy państwo, będzie film dla dorosłych”, i słyszałem od rodziców: „No to marsz do swojego pokoju”. A już najbardziej nie lubiłem tekstu mojego ojca: „Jak dorośniesz, to zrozumiesz”. Kiedy coś takiego wygłaszał, dostawałem białej gorączki. Dla mnie to była potwarz.

Scena

Pamiętam taką sytuację. Siedzę w swoim pokoju i robię teatr. Z książeczek Disneya w twardych okładkach (tak zwana złota seria) buduję scenę, kulisy, żołnierzyki to moi aktorzy, oświetlam ich latarkami, przygotowuję spektakl, na który wieczorem będę zapraszał rodziców. A właściwie nie tyle zapraszał, ile każę kupić na niego bilety. I tak to wszystko ustawiam, aż przychodzi moja mama i mówi: „Tomek, zobacz, jaka piękna pogoda, chłopcy grają w piłkę, idź też pograć z nimi na świeżym powietrzu. Będziesz siedział tak cały dzień?”. Odpowiadam, że tak, będę tak siedział, aż w końcu, kiedy nic do mnie nie dociera, mama mówi z wyrzutem: „Dlaczego ty nie możesz być taki jak inni chłopcy?”. Na co ja: „Bo ja nie jestem jak oni. Jestem inny”. Powtarzałem to w dzieciństwie setki razy. I nie chodziło mi o to, że jestem gejem, nie mogłem tego wiedzieć, dziesięcioletniemu chłopcu trudno się tak zdefiniować. Mówiłem: „Mamo, musisz przyjąć, że jestem inny niż wszyscy”, bo naprawdę tak czułem. Dotyczyło to wielu sfer mojego życia.

A ty rąk nie masz?

Byłem pulchnym chłopcem, więc idealnie nadawałem się na taką ciapę, co to będzie szturchana czy bita. I to się zaczęło od razu, już w pierwszej klasie. Był u nas taki Witek, łobuz klasowy. Popychał mnie, musiałem znosić kuksańce, groźby, że jeśli nie zrobię, co mi każe, dostanę w pysk. Poszedłem z tym w końcu do mamy. Powiedziałem, że jest taki chłopak, że się go boję. „Co robić? Iść do pani?”. A mama: „Po co do pani? A ty rąk nie masz? Jak on cię uderzy, to ty nie możesz mu oddać?”. Mama waleczna, rozpamiętująca powstańcze bohaterstwo, nie widziała powodu, dla którego miałaby mnie w tej sytuacji ratować. Kompletnie inny charakter niż ojciec, właściwie to ona nauczyła mnie tego, czego być może powinien mnie nauczyć on. W porządku, tylko jak ja mam tego Witka uderzyć, skoro jestem od niego słabszy? Nigdy nikogo nie pobiłem... Aż wymyśliłem – do worka na szkolne kapcie włożyłem łyżwy, a następnie tym workiem, jak mnie Witek zaczepił, zakręciłem i dałem mu w łeb. Polała się krew, był wrzask, wezwano lekarza. Rozcięcie skóry głowy. Nauczyciele nie mogli uwierzyć: „Tomek zrobił coś takiego?”. A wszystkie dzieci się z Witka śmiały, że go pokonałem. Nigdy mnie już nie zaczepił.

Użyłem tego sposobu jeszcze kilka razy w życiu. Może nie z łyżwami, ale uderzyłem kiedyś milicjanta chlebakiem, w którym miałem półkilogramową konserwę „Przysmak śniadaniowy”. Byliśmy z moją przyjaciółką z roku, dzisiaj znaną pisarką Agatą Tuszyńską, na festiwalu studenckim FAMA i zaatakowało mnie trzech nieumundurowanych tajniaków. Myśleli, że jestem działaczem opozycyjnym, byłem pewnie podobny, i omyłkowo mnie zgarnęli z ulicy do bramy, po czym prysnęli gazem po oczach. Potem mnie wylegitymowali i okazało się, że to nie ten, którego szukali, natomiast w międzyczasie ja tym chlebakiem dałem w łeb kapralowi Frankowi. Miałem sprawę o pobicie milicjanta na służbie, z czego do dzisiaj jestem dumny.

Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne) Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)

Marika Rökk

Darek, Krzysiek i ja. Trzech przyjaciół. W szkole podstawowej wołali na nas „Trójca Święta”, bo trzymaliśmy się razem i bardzo dobrze się uczyliśmy. Była jeszcze najlepsza uczennica w klasie – Marzenka. Najlepsza, a jednocześnie fajna. Na języku polskim wypracowania Marzenki i moje były oceniane najwyżej. Tylko że Marzenka pisała tak, jak nauczycielka chciała, żeby pisać, a ja zawsze pisałem tak, że pani mówiła, że są trochę nie na temat. Pisałem po swojemu, ewentualnie pisałem prowokacje. Był kiedyś, pamiętam, wolny temat: „Moja ulubiona aktorka”. Napisałem o Marice Rökk. Czyli aktorce filmów faszystowskich, wodewilowych, ulubienicy Hitlera. Napisałem, że uwielbiam jej wdzięk i delikatność, opisałem filmy, w których ją widziałem. Zrobiłem to z pełną premedytacją. Po pierwsze, już wtedy interesowałem się niemiecką kulturą (do dzisiaj nie rozumiem, jak ze względów ideologicznych można przekreślać film, przecież sztuka to sztuka; muzyki dyrygowanej przez Herberta von Karajana jakoś się nie potępia, choć popierał Hitlera). Po drugie, nasza nauczycielka przez pół roku omawiała tylko „Pana Tadeusza”, obsesyjnie się nim zachwycając, czym skutecznie i bezpowrotnie mnie do tego dzieła zniechęciła.

Po tym, jak przeczytała moje wypracowanie o Marice Rökk, wpadła w rozpacz: „Żeby polskie dziecko lubiło kogoś takiego jak Rökk?! Przecież to jest hitlerówa!”. Zawiadomiła kierownika szkoły, wezwano rodziców. Przyszedł ojciec. Kierownik szkoły pyta mojego ojca, jak to jest możliwe: „Wie pan – mówi, podwija rękaw koszuli i pokazuje tatuaż na przedramieniu – ja byłem więźniem Oświęcimia. Czy pan rozumie, co ja czuję, kiedy pana syn pisze takie rzeczy?”. Na co mój ojciec podwija swój rękaw: „Ja byłem więźniem obozu Stutthof i rozumiem”. Kierownik: „No to gdzie on zobaczył te filmy?”. Ojciec: „Poszedł do kina Iluzjon razem ze mną. Na przegląd niemieckich filmów z czasów II wojny światowej, wszystkie widzieliśmy razem”. Kierownik: „Jak pan, więzień obozu koncentracyjnego, może chodzić z dzieckiem na takie filmy?”. Ojciec: „Chcę, żeby on to poznał, żeby wszystko wiedział, musi to wiedzieć. Potem sam zrozumie, co jest dobre, a co złe”.

Kontrola

Ludzie się taty trochę bali, miał taki wyraz twarzy… Kilka razy zdarzyło się, że kiedy szliśmy do kawiarni i tata podchodził do lady chłodniczej zobaczyć, jakie są ciastka, na jego widok bufetowa leciała na zaplecze i krzyczała: „Kontrola przyszła!”. Pamiętam też, jak rozmawiał z kelnerką po tym, jak zamówił wuzetkę, a ona przyniosła torcik marcello. Mama trącała go łokciem i szeptała: „Daj spokój, to też jest dobre, daj spokój”, ale ojciec się nie zrażał: „Droga pani, proszę mi powiedzieć, jak mianowicie wygląda wuzetka?”. Ja, może pięcioletni, siedziałem obok i wpatrzony z zachwytem w ojca myślałem, że też taki będę. I trochę jestem, w moich filmowych recenzjach potrafię być, tak jak on, zasadniczy. Natomiast jeśli mam trochę wdzięku, to po mamie. Mama się dużo uśmiechała, ja też się uśmiecham. Błysk w oku, otwartość do ludzi – mimo że jestem w gruncie rzeczy introwertykiem i musiałem się tego uczyć – to od mamy. Ona mnie tego nauczyła.

Odwrotnie

Tata umarł w 1993 roku. Za jego życia nie zrobiłem przed rodzicami coming outu. I to mimo że mama była lekarką (genialną, bardzo cenioną pediatrą), a nawet od pewnego momentu zajmowała się seksuologią. Nie zrobiłem, bo wychodziłem z założenia, że to jest moje życie. Miałem kłopot z tego typu deklaracją po części także dlatego, że kiedy byłem młodym człowiekiem i poznałem środowisko homoseksualne w Warszawie, ono mi się bardzo nie podobało. Teraz, dzięki LGBT+, wiemy, jak wiele może być różnych wariantów seksualności człowieka. A wtedy mówiło się „pedał” i na tym temat się kończył. Mnie się wydawało, że homoseksualność jest fascynacją męskością, a nie pragnieniem bycia kobiecym. Tymczasem poznałem homoseksualistów, którzy mieli, jak się wtedy mówiło, wiotkie nadgarstki, chcieli, żeby zwracać się do nich żeńskimi imionami i w rodzaju żeńskim. To było małe środowisko, zamknięte, skazane trochę na siebie. Miałem poważne wątpliwości, czy do niego pasuję. A jeśli nie, to kim w takim razie jestem? Nie byłem pewien i nie mówiłem o tym z rodzicami.

Lata później, już po moim oficjalnym coming oucie, odbyliśmy z mamą taką oto rozmowę: „Mamo, ja do tej pory nie mam pojęcia, czy tata wiedział”. „Wiedział”. „I nie miał z tym problemu?”. „Kiedyś dyskutowaliśmy i poradził mi »Zostaw Tomka, to jest mądry chłopak, da sobie radę, my się nie wtrącajmy«”. Na koniec mama zupełnie mnie rozbroiła: „Ja wtedy uważałam, że ty nie jesteś gejem, nawet przekonywałam ojca, że nie. Wiesz dlaczego? Bo jako seksuolog wiedziałam, że geje mają lepszy kontakt z matkami niż z ojcami. A u nas było przecież odwrotnie”.

Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF) Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)

Ty nic nie rozumiesz

Mama miała rację, moja relacja z ojcem była wyjątkowa. Tata był z wykształcenia pianistą, ale kiedy zorientował się, że nie ma talentu wystarczającego, żeby zostać wirtuozem, poszedł na drugie studia, skończył ekonomię na SGPiS i zarabiał na życie, pracując w Ministerstwie Przemysłu Spożywczego jako naczelnik wydziału. Miał na czarnych płytach całą klasykę muzyki poważnej, nauczył mnie słuchać nagrań, chodziliśmy do filharmonii, czytał mi o wielkich kompozytorach.

Był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. Z jednej strony był moim mentorem, z drugiej – nieustannie prowadziliśmy słowną szermierkę. Jak coś pisałem, nie wiem, artykuł do gazetki szkolnej, biegłem najpierw do niego i czekałem, co powie. Czytał zawsze bardzo uważnie i bardzo merytorycznie krytykował. I wtedy się zaczynało. Nasze kłótnie były spektakularne, szedłem do swojego pokoju, wykrzykując: „Ty nic nie rozumiesz! Nie masz pojęcia, co czuję!”. Kłóciliśmy się czasem tak mocno, że dochodziło do rękoczynów. Mimo że mój ojciec z natury był bardzo powściągliwy, a ja może mam coś z chuligana mentalnie, ale na pewno nie byłem chłopakiem, który celowo szukałby fizycznej zaczepki. To, że w ogóle dochodziło do przepychanek – bo oczywiście my się nie biliśmy, raczej, jeśli już, to przepychaliśmy w korytarzu, wygrażaliśmy pięściami – świadczyło o intensywności naszej relacji i w ogóle o podejściu do siebie nawzajem. Bardzo się kochaliśmy, ale nie było w tym czułostkowości, zagłaskiwania się, którego do dzisiaj nienawidzę. Wyznaję raczej zasadę „przez walkę do miłości”. Trzeba się zetrzeć w pojedynku i dopiero potem się przeprosić, pogodzić, przytulić na zgodę, wtedy to jest najuczciwsze.

Radziwiłłka

Ponieważ w podstawówce byłem laureatem dwóch olimpiad – z matematyki i z języka polskiego – mogłem bez egzaminu wybrać sobie liceum. Powodem, dla którego wybrałem XLI LO im. Lelewela, była Anna Radziwiłł. Już w nowej Polsce premier Mazowiecki zaprosił ją do współtworzenia rządu, została wiceministrą szkolnictwa. Wtedy, w latach 70., była żywą legendą. Historyczka, zwana przez wszystkich Radziwiłłką, niesłychanie inteligentna, wyjątkowa, niezależna. W prostej linii potomkini „tych” Radziwiłłów. Uczyła inaczej, oceniała inaczej. Ocena na koniec roku była na przykład taka: „pierwiastek z czwórki, łamany na kropkę”. Przychodziło się do niej i ona wyjaśniała, co to znaczy. Dziwaczka, ale genialna. Mówiła: „Jest wtorek, macie na piątek przeczytać »Braci Karamazow« Dostojewskiego”. To było jej potrzebne do lekcji o inkwizycji. A my: „Pani profesor, przecież to jest 700 stron! Kiedy?”. W odpowiedzi słyszeliśmy: „Trudno, spróbujcie”. Wychodziliśmy ze szkoły z myślą, że nie, tym razem się zbuntujemy. A potem i tak dochodziliśmy do wniosku, że przecież tego Radziwiłłce zrobić nie możemy, i czytaliśmy „Braci Karamazow” po nocach. Kreatywne myślenie, łączenie faktów – to były jej metody. Dzięki niej i razem z nią ja i kilkoro innych uczniów zaczęliśmy jeździć w weekendy na wykłady Uniwersytetu Latającego Kuronia i Michnika.

Pod koniec czwartej klasy zaprosiła mnie do pracowni historycznej na rozmowę. Poinformowała, że jako najlepszy uczeń w szkole mogę iść na dowolne studia bez egzaminów wstępnych. I że oczywiście mogę sobie złożyć papiery na co tam chcę, ale ona uważa, że nadaję się na historyka. Mam podpisać zobowiązanie, że złożę papiery na historię i tam będę studiował. „Ale pani profesor, ja chcę zdawać na teatrologię, polonistykę i informatykę”. Nie zrobiło to na niej wrażenia: „Nie wypuszczę cię z tej sali, dopóki nie podpiszesz, będziemy tak siedzieli do czasu, aż się zobowiążesz”. Przekręciła klucz w zamku. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy. Po czym znowu zapytała: „No i co? Podpiszesz?”. „Nie, pani profesor, mogę się zobowiązać tylko do tego, że będę zdawał historię jako przedmiot dodatkowy na maturze. Dla pani profesor to zrobię, chociaż wiem, jak będzie wyglądał ten egzamin, i nie powiem, żebym się nie bał”. Minęły ze dwie godziny, Radziwiłłka w końcu mówi: „Nie chcesz? Dobrze, ale w takim razie będziesz musiał zrzec się prawa prymusa i zdawać normalnie na studia. Niech następna osoba w kolejce skorzysta z tego przywileju”. Złożyłem więc papiery i czekałem na egzaminy. A ponieważ do szkół artystycznych zdaje się wcześniej, to na kierunek wiedza o teatrze zdawałem już w czerwcu. Zostałem przyjęty (postanowiłem więc już nie zdawać na informatykę i polonistykę) i od razu, jeszcze pod koniec czerwca, poszedłem do Radziwiłł jej o tym powiedzieć. Stanęła, popatrzyła na mnie. Aż w końcu mówi: „Jestem z ciebie dumna”. Kiedy przypominam sobie ten moment, mam łzy w oczach.

Plan

Na pierwszym roku studiów trafiłem do programu telewizyjnego „Warianty”. Producentka „Wariantów”, Anna Barcikowska, zapraszała studentów naszego nowo powstałego wydziału do dyskusji na antenie. Za każdym razem miały to być cztery inne osoby. Pojawiłem się w pierwszym odcinku. Wiedząc, że prowadzącym jest Zygmunt Kałużyński, że go po raz pierwszy spotkam (był moją ulubioną osobowością telewizyjną, uwielbiałem to, że się kłócił, przerywał, wysadzał w powietrze dyskusję), jechałem na nagranie z postanowieniem, że nie pozwolę sobie przerwać, że go przegadam. To był mój plan strategiczny. Nie pamiętam samej dyskusji, ale walczyłem ostro. Zdziwiłem się, kiedy znowu mnie zaprosili, i tak zostałem przez wszystkie odcinki do końca emisji. Już po śmierci Zygmunta przypadkowo spotkałem panią Annę. Rozmawialiśmy i w pewnym momencie spytała, czy wiem, dlaczego zapraszano mnie za każdym razem. Nie wiedziałem i dopiero wtedy się dowiedziałem. Po pierwszym programie przyszedł do niej Zygmunt i zapytał, czy zauważyła tego chłopaka, co mu nie dawał dojść do głosu: „Niech pani go zawsze zaprasza, bo mi się z nim dobrze rozmawia”. Mnie nigdy się do tego nie przyznał. Nie powiedział, że jestem w telewizji dzięki niemu. I na tym chyba właśnie polega prawdziwa przyjaźń. Że takich rzeczy się nie mówi.

Zdanie

A wie pani, że Zygmunta Kałużyńskiego dostałem, dosłownie, z rąk mojego ojca? Kiedyś, na imieniny, jak byłem jeszcze w szkole podstawowej, tata podarował mi książkę Kałużyńskiego pod tytułem „Nowa fala zalewa kino”. Powiedział mi wtedy coś, co cytuję na swoich spotkaniach autorskich: „Jeśli się interesujesz kinem, musisz przeczytać książkę tego faceta, bo on pisze inaczej niż wszyscy”. Mam to zdanie wyryte w mózgu. Tata oglądał potem nasze programy, lubił „Perły z lamusa” i nigdy nie był zazdrosny o to, że Zygmunt traktował mnie właściwie jak syna.

Natomiast bardzo późno dotarło do mnie, że w tamtym zdaniu wypowiedzianym przez ojca było coś jeszcze, może nawet ważniejszego. Tata mnie, chłopcu, mówił przecież, że robienie czegoś inaczej niż wszyscy jest dobre, właściwe. W odróżnieniu od mamy, która była pragmatyczna i uważała, że jeśli nie będę wyróżniał się z tłumu, to łatwiej będzie mi żyć, ojciec był przekonany, że warto być innym, bo wtedy życie jest ciekawsze.

Tomasz Raczek, rocznik 1957. Krytyk filmowy, publicysta, dziennikarz. Prowadzi Instytut Wydawniczy „Latarnik”, autorski kanał „Wideorecenzje Tomasza Raczka” w serwisie YouTube oraz audycję „Raczek Movie” w internetowym Radiu Nowy Świat. Za życia Zygmunta Kałużyńskiego prowadzili wspólnie programy poświęcone kinu, napisali też serię książek.