1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szkoła uczuć - Magda i Kacper

Szkoła uczuć - Magda i Kacper

Szkoła uczuć - Magda i Kacper Hubiszowie (Fot. Marta Rybicka)
Szkoła uczuć - Magda i Kacper Hubiszowie (Fot. Marta Rybicka)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Cztery pary – każda z nich na zupełnie innym etapie życia – pytamy o to, jak im udaje się „naprawiać” miłość każdego dnia, oraz o to, jak ta miłość zmienia się z czasem. Tym razem rozmawiamy z Magdą i Kacprem.

Jesteśmy razem pięć lat, pół roku temu wzięliśmy ślub, a poznaliśmy się 12 lat temu, przez koleżankę z licealnej klasy Kacpra – opowiada Magda. – Ale na początku zupełnie nie było nam ze sobą po drodze. Wręcz przeciwnie, wydawaliśmy się sobie swoim przeciwieństwem, ludzie z kompletnie innych bajek. Kacper uważał mnie za poukładanego do bólu kujona, a ja jego za roztrzepanego głupka z długimi włosami i frywolnym podejściem do życia i ludzi – wspomina Magda.

– W któryś weekend przyjechałem do wspomnianej koleżanki na imprezę. Była Magda i właściwie po raz pierwszy naprawdę zaczęliśmy ze sobą rozmawiać – mówi Kacper. – Nawet nie wiem, jak to się stało, bo Magda jest bardzo nieśmiałą osobą, ale na szczęście – stało się. Przegadaliśmy całą noc i pamiętam, jak oboje byliśmy zszokowani, że te kompletnie inne – jak sądziliśmy – bajki nie są wcale takie inne – mówi.

(Fot. Marta Rybicka) (Fot. Marta Rybicka)

Prymus z lekkoduchem? A jednak. – Bardzo szybko poczułem, że to jest dla mnie coś ważnego – opowiada Kacper. – Zorientowałem się, że ona jest inna niż wszystkie dziewczyny i że zupełnie inne od moich poprzednich damsko-męskich doświadczeń jest też to, co czuję, kiedy o niej myślę, kiedy z nią jestem. Szybko byłem pewien, że to ta właściwa kobieta. Ale nie było łatwo Magdę przekonać.

– Bo ja byłam przerażona. Kacper jest moim pierwszym i ostatnim partnerem. Wcześniej nie miałam chłopaka i nie wiedziałam, co to znaczy być czyjąś dziewczyną. Wciąż myślałam o tym, że jestem taka niedoświadczona, a Kacper z pewnością miał przede mną wiele dziewczyn. Krępowało mnie to – wspomina Magda. – A ja nie wiedziałem, o co jej chodzi, bo nie widziałem w tej „przepaści” problemu. Ale ciężko było to Magdzie wytłumaczyć. Przekonać, że nie potrzebuje żadnego „szkolenia”, jak być dziewczyną, bo nie brakuje jej kompetencji! – opowiada Kacper.

(Fot. Marta Rybicka) (Fot. Marta Rybicka)

– Pomogło mi to, że wyjechałam na pół roku do Francji, na studia. Byłam pewna, że on wtedy ucieknie, a to potwierdzi moją teorię, że jest mało poważny i niedojrzały. Ale Kacper nie uciekł, a ja czułam coraz silniej, że za nim tęsknię, że mi go bardzo brakuje. Te dwa fakty musiały dać mi do myślenia, wreszcie coś zaczęło przesłaniać mój lęk – wspomina Magda.

– Przez pierwsze trzy lata naszego związku mieszkaliśmy wciąż ze swoimi rodzicami – opowiada Kacper. – Spotykaliśmy się głównie na randki. A te randki to były kolejne fale wciąż nowych zaskoczeń. Zaskoczeń, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni! W drobiazgach i w sprawach fundamentalnych. Jednak randka rządzi się swoimi prawami, to w pewnym sensie „odświętny” moment – szykujesz się i lecisz na skrzydłach. Oboje trochę się obawialiśmy, czy uda się ocalić ten czar, gdy zamieszkamy razem i trzeba będzie docierać się w codzienności. Chociaż ja mam – wbrew temu, co Magda myślała o mnie na początku – naturę długodystansowca, mnie nie kręci zdobywanie, ale trwanie w czymś, im głębiej w las, tym lepiej. I ten las w postaci Magdy okazał się dla mnie rajem, a ta szara codzienność pod jednym dachem – czymś, na co podświadomie bardzo czekałem – opowiada Kacper.

(Fot. Marta Rybicka) (Fot. Marta Rybicka)

– Często rozmawiamy o tym, że ta relacja wciąż się zmienia i że jest coraz lepiej – mówi Magda. – Można się sobie z czasem opatrzeć, a można się do siebie zbliżać. My się do siebie zbliżamy. I zyskujemy poczucie bezpieczeństwa. Tak bardzo nie brakuje nam tej początkowej niepewności, którą ludzie się ekscytują, tego dreszczyku emocji, tajemnicy. Kacper mnie oswoił, a wiem, że to nie było łatwe. Bardzo to doceniam. Tym bardziej że na początku naszej znajomości miałam dosyć silne problemy – stany lękowe, wywołane wydarzeniami, które miały miejsce w moim życiu. Wiem, że on mógł uciec, sama byłam przestraszona tym, co się ze mną dzieje. Kacper bardzo mi wtedy pomógł. Potwierdził, kolejny raz, że to, co jest między nami, działa w różnych okolicznościach i że naprawdę mogę na nim polegać. Wiem, że mogę powiedzieć mu absolutnie wszystko, i że nie zostanę wyśmiana, uznana za wariatkę, że to, co mnie boli, nie zostanie zbagatelizowane – opowiada Magda.

(Fot. Marta Rybicka) (Fot. Marta Rybicka)

– Kiedyś powiedziałem Magdzie, że ślub nie ma dla mnie większego znaczenia, że ten papierek nic nie waży. Życie to zweryfikowało. Sam byłem zaskoczony, jaki rodzaj spokoju i szczęścia dała mi ta formalność. Jestem niewierzący, a Magda tak, to też sprawiało, że duża część tej całej ceremonii wydawała mi się mieścić w tej sferze, w którą niewiele mam zainwestowane. Zdziwiłem się jednak, bo to okazało się dla mnie takim solidnym i bardzo przyjemnym jednocześnie poczuciem zakotwiczenia – dodaje Kacper.

– Zdaję sobie sprawę z tego, że młodość sprzyja miłości – mówi Magda. – Jesteśmy zdrowi, pełni sił, marzeń. Patrzymy na świat z perspektywy ludzi, przed którymi jeszcze tzw. wszystko, a to na pewno pozwala bardziej cieszyć się sobą – przyznaje Magda.

(Fot. Marta Rybicka) (Fot. Marta Rybicka)

– To prawda, ale ja z ciekawością patrzę w przyszłość – dodaje Kacper. – Czekam na to, co zobaczymy za zakrętem, i nie chodzi o naiwność, że na pewno są tam złote góry. Wiem, że czekają nas kłopoty, ale siła tego, co jest między nami, i fakt, że ta siła nie słabnie, ale rośnie, pozwala mi wierzyć, że da się je pokonać.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Spotkania

Susan Sontag – projekt życia

Susan Sontag przy pracy we Francji w listopadzie 1972 roku. (Fot. Getty Images)
Susan Sontag przy pracy we Francji w listopadzie 1972 roku. (Fot. Getty Images)
Kiedy odeszła, zostały jej powieści, sztuki teatralne, eseje, filmy, felietony, fotografie, dwa tomy pośmiertnie wydanych dzienników. A także syn, mąż, kochanki i kochankowie, przyjaciele, jej ostatnia życiowa partnerka Annie Leibovitz. Susan Sontag, jedna z najważniejszych amerykańskich intelektualistek. Najczęściej fotografowana kobieta Ameryki. Pacjentka z trzema wyrokami śmierci, z czego dwóm się nie poddała.

Przychodzi na świat dwukrotnie. Po raz pierwszy w 1933 roku w rodzinie nowojorskich Żydów. Dużą część dzieciństwa spędza na czytaniu, którego uczy się już w wieku trzech lat, pochłaniając w zawrotnym tempie klasykę literatury europejskiej. Jako dziewczynka w dziennikach projektuje swoje przyszłe życie: marzy o karierze akademickiej, a także o Literackiej Nagrodzie Nobla. Zdolna mała Susan.

Postanowienie

„Dzisiaj przyszła mi do głowy pewna myśl – tak jasna i oczywista! W pierwszej chwili wydała mi się wręcz niedorzeczna – wprawiła mnie w oszołomienie i lekką histerię: – Mogę zrobić absolutnie wszystko i poza mną samą nie istnieje nic, co by mnie powstrzymało”.

Po raz drugi Susan rodzi się 16 lat później w kolorowym, namiętnym San Francisco. Tam rozpoczyna studia i poddaje się szalonej atmosferze najbardziej wyzwolonego seksualnie miasta Ameryki. Jak pisze w pamiętnikach, jej odrodzenie następuje wraz z pierwszym orgazmem przeżytym na tyłach księgarni (a gdzie indziej mogło się to w jej przypadku wydarzyć?). Jej partnerka to Harriet Sohmers Zwerling, późniejsza pisarka i modelka. Sontag już wcześniej przypuszcza, że jest biseksualna, chociaż przyznanie się do tego w latach 40. w konserwatywnej rodzinie nie należy do łatwych.

Pierwszy seks zmienia jej sposób myślenia o sobie i rzeczywistości. Na stronach pamiętnika przyznaje, że musi zaspokajać już nie tylko umysł, lecz także ciało. Jej życiowy projekt poszerza się o pragnienie wolności i seksualnego spełnienia. Chce zrezygnować ze wszystkich ograniczeń – doświadczać wolnej miłości, nie wiązać się zawodowo z uniwersytetem. Sontag już wtedy decyduje się na wykonywanie wolnego zawodu, który trudno będzie opisać jednym zdaniem, i poświęcać się wszystkiemu, co wzbudza w niej zainteresowanie. Postanowień zawodowych jako: wykładowczyni, dziennikarka, aktywistka, eseistka, powieściopisarka i reżyserka, trzyma się całe życie. Trudniej jej wytrwać w tych związanych z miłością.

Susan Sontag w Paryżu, 1979. (Fot. BEW)Susan Sontag w Paryżu, 1979. (Fot. BEW)

(Nie)szczęśliwa żona

„O małżeństwie: to wszystko. Nie ma nic więcej. Kłótnie + akty czułości powtarzane w nieskończoność. Tylko że kłótnie mają większą gęstość od aktów czułości i osłabiają zdolność okazywania ciepłych uczuć”.

Ma 17 lat, kiedy przenosi się na uniwersytet w Chicago. O 11 lat starszy Philip Rieff wykłada tam socjologię i proponuje zdolnej studentce pracę. Ma mu pomóc w robieniu researchu do jego nowej książki. Dziesięć dni później są już małżeństwem. Po szybkim i skromnym ślubie jadą na burgery do przydrożnego baru. Rok później rodzi się ich syn David. Świat Susan gwałtownie się zmienia. Plany życia nocnego, imprezowego zastępują ognisko domowe, opieka nad dzieckiem i praca naukowa u boku męża. Szczęście rodzinne nie trwa jednak długo. Sontag po kilku latach małżeństwa zaczyna być zmęczona. Skarży się na brak wolności, narzeka na częste kłótnie. Pisze, że czuje się jak w potrzasku. Również pod względem intelektualnym, ponieważ szybko przerasta wiedzą partnera, mając coraz surowszą opinię o jego dokonaniach. Wspólna praca nad książką o Freudzie nie daje jej satysfakcji. Szansą na wyrwanie się z domu jest roczne stypendium w Oksfordzie, które szybko przeradza się w wielo­miesięczną podróż po Europie. Z dala od męża i pięcioletniego syna. Wtedy w jej życiu ponownie wygrywa zmysłowość. W tym czasie Sontag odwiedza Anglię, Hiszpanię, Grecję, Niemcy, a przede wszystkim Francję i Paryż, gdzie zamieszkuje większą część tego roku wolności. Spotyka tam ponownie Harriet. Kobiety odnawiają romans sprzed lat. W zapiskach widać jednak, że nie jest to relacja jak z bajki. Po jednej z ich kłótni pisze: „Biedne małe ego, jak się dzisiaj czujesz? Obawiam się, że niezbyt dobrze – siniaki, ból i szok. Gorące fale wstydu i tak dalej. Nigdy się nie łudziłam, że ona mnie kocha, ale zakładałam, że przynajmniej lubi”. Oskarża kochankę o zdrady i szantaż emocjonalny. Czuje się jednak wolna: może podróżować, poznawać świat, doświadczać emocji, które wykraczają poza spokój i bezpieczeństwo monotonnego małżeństwa. Może dlatego decyduje się na kontynuowanie coraz bardziej destrukcyjnej relacji. Punktem zapalnym między kochankami są wspomnienia Harriet o jej poprzedniej partnerce – kubańskiej dramatopisarce Maríi Irene Fornés. Sontag poznaje ją osobiście po powrocie do Stanów. Tam sytuacja się odwraca. Pomieszkująca u Susan Harriet nocami opiekuje się jej synem, podczas gdy pisarka spędza je z Fornés, z którą zaczyna wieloletni romans. Od początku jasne jest, że powrót do Stanów nie oznacza dla niej powrotu do małżeństwa. Po zażartej sądowej walce dostaje opiekę nad dzieckiem. Rieff zaś w akcie zemsty wydaje wspólną książkę o Freudzie tylko pod swoim nazwiskiem.

Królowa popkultury

„Jedyna przemiana, która mnie interesuje, to przemiana totalna – choćby w niewielkim zakresie. Pragnę, żeby spotkanie z człowiekiem albo dziełem sztuki zmieniało wszystko”.

Pełen kiczu styl gejowskiego San Francisco, zmysłowy kontakt ze sztuką, estetyka nazistowska w filmach pornograficznych, literatura erotyczna. Już sam dobór tematów pisanych przez nią esejów przynosi jej popularność. Pisarce zależało na tym, żeby w czasach, w których opisowi i analizie podlegała głównie kultura wysoka, dowartościować popkulturę i gatunki niegodne dotąd półek akademickich księgarni. Tym samym staje się główną trendsetterką zmiany w myśleniu o kulturze. Ponadto gatunek eseju wydaje się dla niej idealny. Pozwala łączyć to, co w pisarce Sontag najlepsze: erudycję, niezwykłą inteligencję, błyskotliwość, zmysłową osobowość i oczytanie.

A popkultura jej się odwdzięcza. W pewnym momencie nazywana jest najczęściej fotografowaną kobietą Ameryki. I rzeczywiście, jej narastająca popularność przekładała się na obecność w mediach. Także tych popularnych. Pojawia się na okładkach czasopism, do programów informacyjnych zapraszana jest jako ekspertka, jako ciekawa osoba do talk-show. W filmie „Byki z Durham” o jej prozę kłócą się ze sobą Susan Sarandon i Kevin Costner. Osobiście Sontag pojawia się w filmie „Zelig” Woody’ego Allena. Okładka wywiadu rzeki przeprowadzonego z nią przez Jonathana Cotta była podobno częstą ozdobą ścian akademików, wywieszaną przez kochające się w niej studentki.

Swoją popularność Sontag wykorzystuje w politycznym aktywizmie. Po protestach przeciw wojnie w Wietnamie i aresztowaniu zostaje zaproszona przez wrogi Stanom Zjednoczonym rząd i wyrusza do Hanoi. Tam stara się poznać obraz wojny oczami gospodarzy i zrozumieć komunistyczne państwo, znacznie różniące się od jej ojczyzny. Nie po raz ostatni pisarka staje wtedy po stronie pokrzywdzonych. W latach 80. publicznie opowiada się za Solidarnością. W czasie wojny w Jugosławii jedzie do oblężonego Sarajewa, gdzie wystawia „Czekając na Godota”. Z kolei po atakach na World Trade Center jako pierwsza zadaje pytanie, na ile terroryzm jest skutkiem mocarstwowej polityki Stanów Zjednoczonych, co spotyka się z dużą krytyką społeczną. Nie przeszkadza jej to wydać eseju („Regarding the Torture of Others”) poświęconego torturom dokonywanym przez amerykańskich żołnierzy na jeńcach w Abu Ghurajb. Zawsze jest w walce.

Sontag aresztowana w Nowym Jorku w 1967 roku podczas antywojennych protestów. (Fot. Forum)Sontag aresztowana w Nowym Jorku w 1967 roku podczas antywojennych protestów. (Fot. Forum)

Dwa paszporty

„Choroba jest nocną stroną życia, naszym najbardziej uciążliwym obywatelstwem. Od dnia narodzin każdy z nas posiada bowiem jakby dwa paszporty – przynależy zarówno do świata zdrowych, jak i do świata chorych”.

Osiąga sukcesy, ale nie jest jej łatwo. Pomimo kilku wydanych powieści nie czuje się w tej dziedzinie doceniona. Z dziecięcych planów otrzymania literackiego Nobla publicznie się śmieje, ale jednak ambicja bycia najlepszą jest motorem napędowym jej działań. Największą popularność zdobywa jej książka „W Ameryce”, opowiadająca o losach Heleny Modrzejewskiej i jej amerykańskiej karierze. Gorące sceny seksu oralnego między znaną aktorką a Henrykiem Sienkiewiczem wydają się nie do pomyślenia przez wychowanych na Trylogii Polakach. Sontag przyjeżdża zresztą przed napisaniem książki do Polski. Nie zostaje jednak miłośniczką naszego kraju. Dziwi się, że jest w nim tyle równin. Kraków opisuje za pomocą słów: teatr awangardowy, tramwaje, turyści i brudne powietrze.

W dziennikach cały czas punktuje wysokie wymagania wobec siebie. Tworzy kolejne postanowienia, wypisuje listy książek do przeczytania, zamierza mniej się uśmiechać, częściej myć włosy (a nienawidzi tej czynności), uważniej słuchać. Tworzy listy ciekawych słów do użycia w przyszłości. Ciągle czyta. Z zadowoleniem odnotowuje momenty, kiedy udaje się jej sprostać własnym wymaganiom. Realizuje jedne punkty, a w zamian dopisuje kolejne. Tak, żeby zostać jeszcze lepszą wersją siebie. Wydaje się, że nikt nie jest jej w stanie powstrzymać w realizacji projektu Sontag.

Pierwszego raka zdiagnozowano u niej w wieku 42 lat. Jej przypadek określono jako beznadziejny, mówiąc, że zostało jej jedynie kilka miesięcy życia. Pisarka nie chce się poddać, udaje się jej dostać na eksperymentalną terapię we Francji, w której mieszka ze swoją ówczesną partnerką, aktorką Nicole Stéphane. Wbrew rokowaniom udaje się jej wyjść z choroby. Kończy wtedy zbiór esejów „O fotografii”i planuje kolejną książkę pod tytułem „Choroba jako metafora”. Sontag chce przekuć swoje doświadczenia w najbliższą jej formę eseju. Nie pisze jednak wprost o swoim ciele. Skupia się za to na tym, w jaki sposób przyczyny chorób tłumaczone były za pomocą pozamedycznych czynników. Opisuje gruźlicę jako chorobę nadmiernych emocji, syfilis – cenę geniuszu, zaś epidemie i plagi jako kary za grzechy. Walczy ze stereotypem nowotworu jako choroby niewyrażonych emocji.

Sontag w roku 1970 z włoską aktorką Adrianą Asti, która zagrała w jej debiutanckim filmie „Duet dla kanibali”. (Fot. Getty Images)Sontag w roku 1970 z włoską aktorką Adrianą Asti, która zagrała w jej debiutanckim filmie „Duet dla kanibali”. (Fot. Getty Images)

Portret pośmiertny

„Ogarnęła mnie zwierzęca panika w czystej postaci. Doświadczałam też jednak chwil uniesienia, niezwykłej intensywności bycia. Miałam wrażenie, że dzieje się coś fantastycznego, jak gdybym wyruszała na wspaniałą przygodę – była to przygoda choroby, a być może także przygoda umierania. Godzenie się ze śmiercią jest czymś niezwykłym”.

Drugi rak również miał być śmiertelny. I tym razem udało się jej jednak wygrać i wrócić do bujnego życia osobistego i zawodowego. Towarzyszką w ostatnim etapie jej miłosnego życia jest Annie Leibovitz. Wspólna praca teoretyczki i praktyczki w dziedzinie fotografii owocuje erotyczną fascynacją, a następnie intymną przyjaźnią. Tak obie określały swoją relację. Jej ochłodzenie nastąpiło, gdy Leibovitz zdecydowała się na urodzenie dziecka. Sontag nie tęskniła za urokami macierzyństwa. Momentem ponownego przybliżenia była choroba Susan. Białaczka dawała jej małe szanse na przeżycie. Pisarka jednak już dwukrotnie słyszała, że jest śmiertelnie chora. Była pewna, że uda jej się i tym razem. Kiedy po operacji słyszy, że przeszczep się nie przyjął, zaczyna głośno krzyczeć. Jej głos niesie się po całym szpitalu. To była jej ostatnia szansa. Leibovitz towarzyszy jej do końca – wspiera jako partnerka, zaś jako fotografka uwiecznia jej ostatnie chwile na kliszy. Ostatnie zdjęcie pokazuje już spoczywające na katafalku ciało Susan. To jej portret pośmiertny.

Susan Sontag z Annie Leibovitz na wernisażu prac fotografki. (Fot. Forum)Susan Sontag z Annie Leibovitz na wernisażu prac fotografki. (Fot. Forum)


Umiera w wieku 71 lat. Zostawia po sobie: sześć powieści, cztery sztuki teatralne, dziewięć tomów esejów, cztery filmy, niezliczone felietony, męża, syna, kochanki i kochanków, przyjaciół, fotografie oraz dwa tomy pośmiertnie wydanych dzienników. Projekt Sontag zostaje zakończony.

  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.

  1. Spotkania

Maria Czubaszek i Wojciech Karolak – kompletnie niepospolita miłość

Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Gdy 23 czerwca zmarł Wojciech Karolak, wybitny muzyk jazzowy, kompozytor i wirtuoz organów Hommonda, obok smutku, tęsknoty i wspomnień, pojawiła się mała iskierka radości. Dołączył bowiem do Marii Czubaszek, bez której przecież nie umiał żyć.

Poznali się na imieninowej prywatce u wspólnych znajomych. Ona – w trakcie rozwodu, on – żonaty. Przyznała, że zrobił na niej piorunujące wrażenie – pukle włosów do ramion, dżinsowy garnitur, cholernie przystojny. Słyszała o nim już dużo wcześniej – Andrzej Jarecki, jej kolega z radia, opowiadał, że ma wybitnie uzdolnionego muzycznie kolegę. Jednak wtedy, podczas ich pierwszej rozmowy w oknie warszawskiego mieszkania, nie wiedziała, że rozmawia właśnie z nim – Wojciechem Karolakiem. „[…] ja bardzo lubię utalentowanych ludzi. I rzeczywiście, kiedy już się poznaliśmy z Karolakiem, to fajnie się rozmawiało. Ale żebym przeżyła jakiś szał uniesień; co to, to nie. Zresztą, zachwycić to ja się mogę, na przykład, kiedy zobaczę jakiegoś małego szczeniaka. No, wtedy po prostu dostaję bzika. Człowiek jeszcze nigdy nie wywołał u mnie takich reakcji. Nawet Karolak” - pisała w książce „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka).

Z kolei jego pierwszym wrażeniem o Marii Czubaszek był zachwyt jej… nogami. A do tego niezwykłym intelektem i poczuciem humoru. Po latach Karolak wspominał, że od razu przekonał się, że „to kompletnie niepospolita dziewczyna”. Niedługo po ich poznaniu on wyjechał do Szwajcarii, ich kontakt się urwał. Jednak po powrocie do kraju szybko się do niej odezwał, umówili się na spotkanie, które skończyło się kłótnią.

„Nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę”

Wzięli ślub w 1976 roku. Początki w małżeństwie nie były łatwe. Oboje mieli wybuchowe charaktery, często się kłócili, a Maria dodatkowo była o niego nadzwyczaj zazdrosna. Podczas jednej z awantur ze złością kopnęła Karolaka i złamała mu dwa żebra. On twierdził, że czuł się wtedy wzruszony, bo zrobiła to z zazdrości o niego. Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. Po imieniu wołała go tylko wtedy, gdy była na niego zła.

Po ślubie stali się niemal nierozłączni i zdali sobie sprawę z tego, że nie wyobrażają sobie życia z kimś innym. Oprócz ogromnej miłości łączyło ich przede wszystkim poczucie humoru i dystans do siebie i do świata. „Nas połączyło bardzo dużo wspólnych upodobań. Miłość do zwierząt. […] Cały światopogląd, stosunek do życia. To, że nigdy nie musieliśmy uzgadniać, kto jest w czym najważniejszy i jak to w ogóle będzie” – mówił Wojciech Karolak w rozmowie z Krystyną Pytlakowską w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka). Oboje nie lubili podróżować, nie jeździli więc na wakacje, najchętniej w ogóle nie wyjeżdżaliby z domu. Byli również zgodni w kwestii dzieci – nie chcieli ich mieć i uzgodnili to już na początku związku.

„Marysia miała duży seksapil – kiedy wchodziła do pokoju, erotyzm otaczał ją jak niewidzialny welon. I to na mnie od razu działało. Bo to była ona”. Seks nigdy jednak nie stanowił dla niego pierwszorzędnej sprawy. I w tym także się zgadzali, bo Maria Czubaszek wielokrotnie przyznawała, że seks jest według niej przereklamowany – dużo bardziej pociąga ją rozmowa. „Kiedy mnie pytają, jak to się stało, że jesteśmy już tak długo z Karolakiem, to wyjaśniam, że między innymi dlatego, że nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę. Po prostu staramy się zostawiać sobie maksymalnie dużo przestrzeni. Nie chodzę na jego koncerty, on nie czyta moich tekstów. Dzięki temu nie zawracamy sobie głowy, nie zamęczamy się wzajemnie. No i nie śpimy razem” – mówiła.

„Nigdy więcej, bo stracę moją Marysię”

Gdy się poznali, Wojciech był w okresie abstynencji. W czasach, gdy w artystycznym środowisku każdą, poważną bądź nie, rozmowę przeprowadzało się przy wódce, niepijący mężczyzna był ewenementem. Marię to niepokoiło, bo sama lubiła pogawędki przy alkoholu, jednak on od początku uczciwie mówił, że nie pije, bo jest alkoholikiem.

Niedługo po ich ślubie Karolak wrócił do swoich zwyczajów. Jego nałóg nasilał się, wraz z nim w ich związku pojawiały się coraz poważniejsze kryzysy. W jednym z wywiadów Maria stwierdziła, że picie Wojciecha było jednym z najgorszych okresów jej życia. Ciągłe kłótnie, pretensje, kolejne odwyki. I choć nigdy nie błagała go o to, by przestał pić, dopiero groźba rozwodu przyniosła pożądany skutek. „Decyzję podjąłem w ciągu kilku sekund. Miałem ze sobą wódkę, która dla mnie była artykułem pierwszej potrzeby − można nie mieć chleba, ale jeśli się pije wódkę, trzeba ją mieć. Nie wylałem jej do zlewu, tak jak to się pokazuje w filmach, tylko dopiłem to, co było w butelce, i postanowiłem, że to jest koniec picia. Nie wstanę z łóżka, dopóki zupełnie nie wytrzeźwieję. Męczyłem się przez dziesięć dni i wstałem już trzeźwy. Przyrzekłem sobie wtedy, że już nigdy więcej, bo stracę moją Marysię. I będę za to w całości odpowiedzialny” – mówił Wojciech Karolak w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham”.

„Między nimi nic nie było na pokaz”

Byli świadomi swoich talentów, choć nigdy się z tym nie obnosili. „Wielokrotnie dawałem jej do zrozumienia, że pisze genialne teksty, zwłaszcza te dla radia. Wiedziałem też, że jest przeświadczona o moim geniuszu muzycznym. Bardzo mnie to cieszyło” – mówił Karolak. Jednocześnie nigdy nie informowali się nawzajem o tym, nad czym aktualnie pracują. Dawali sobie przestrzeń, bo oboje bardzo jej potrzebowali. I być może właśnie to najbardziej umacniało ich miłość.

Nieczęsto mówili sobie, że się kochają, choć w jednym z wywiadów Karolak przyznał, że pod koniec życia Maria potrafiła stanąć w drzwiach do jego pokoju, patrzeć na niego, jak siedzi przed komputerem i zapytać: „Czy ty wiesz, że ja cię kocham?”. On nie wiedział wówczas, co powinien odpowiedzieć, „ja ciebie też” wydawało mu się banalne, bo przecież całe ich życie świadczyło o tym, że się kochają. Świadczyły o tym również drobne, codzienne gesty. Na przykład takie, że gdy Maria wyjeżdżała, zostawiała Wojciechowi jedzenie w paczuszkach w lodówce, z dokładnymi wskazówkami, jak powinien je przyrządzić. – Było w tym dużo czułości, ale nie takiej na pokaz. Między nimi nic nie było na pokaz. Nie było czegoś takiego, że ona przyjdzie i pogłaszcze Wojtka po głowie, i pocałuje go w czółko, żeby mu pokazać, jak ona bardzo go kocha. Miała opory przed fizycznym kontaktem – mówił Artur Andrus, wieloletni przyjaciel Marii.

„Strasznie mi jej brakuje”

„Kto się zajmie Karolakiem?” – pytała z troską, gdy wiedziała, że jej organizm jest już bardzo słaby. Maria Czubaszek odeszła 12 maja 2016 roku. „Z jednej strony dziękuję opatrzności, że była łaskawa, bo obdarzyła mnie kimś tak wspaniałym, jak Marysia, ale z drugiej strony czuję, że żal za tym pięknem, które się skończyło, bywa silniejszy niż przyjemność wspominania. Wiem, że tak nie powinno być, że w ten sposób marnuję coś cennego, ale przychodzą chwile, kiedy nie potrafię sobie z tym dać rady. Po prostu strasznie mi jej brakuje” – mówił Wojciech Karolak.

Przyznał też, że po jej śmierci najbardziej brakuje mu ich rozmów. „Zauważyłem, że bez Marysi głupieję. Przede wszystkim dlatego, że nie mam z kim rozmawiać, bo skończyły się w tym domu rozmowy o niczym, które były najpiękniejsze. W ogóle skończyły się rozmowy” – mówił w wywiadzie dla magazynu „VIVA!”. On zmarł 5 lat później. Od tego dnia ich rozmowy mogą trwać bez końca.

Korzystałam z książek: Maria Czubaszek „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka), Krystyna Pytlakowska „Małżeństwo doskonałe. Czy Ty wiesz, że ja Cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka), Violetta Ozminkowski „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć” (Wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Kultura

Vivian Maier – fotografka, która była jak duch

Portret młodej elegantki autorstwa Vivian Maier. (Fot. materiały prasowe © Estate of Vivian Maier, Courtesy of Maloof Collection and Howard Greenberg Gallery, NY)
Portret młodej elegantki autorstwa Vivian Maier. (Fot. materiały prasowe © Estate of Vivian Maier, Courtesy of Maloof Collection and Howard Greenberg Gallery, NY)
To zdjęcie autorstwa Vivian Maier, jedno z co najmniej 150 tysięcy, które zrobiła przez pół wieku. Dziś możemy tylko snuć teorie, dlaczego za życia nigdy żadnego nie opublikowała, zachowując je tylko dla siebie.

Portret młodej elegantki, która wygląda, jakby weszła w kadr prosto ze „Śniadania u Tiffany’ego”, został zrobiony w 1954 roku przed biblioteką publiczną w Nowym Jorku. Bohaterka zdjęcia przykuwa uwagę urodą, ale jej tożsamość pozostaje nieznana. W jeszcze głębszym cieniu tajemnicy pogrążona była jednak twórczość autorki tego portretu. Vivian Maier (1926–2009) – dziś zalicza się ją do najwybitniejszych postaci amerykańskiej fotografii drugiej połowy XX wieku. Tyle że za życia artystki świat nie miał pojęcia o jej istnieniu, a tym bardziej o jej imponującym dorobku.

Maier była jak duch. Żyła samotnie i pilnie strzegła swojej prywatności. Przez kilkadziesiąt lat utrzymywała się z opieki nad dziećmi, mieszkając w domach kolejnych pracodawców. Mówiła z akcentem, więc brano ją za Francuzkę, ale rodziny, z którymi żyła, nie wiedziały tak naprawdę nic pewnego o jej pochodzeniu, przeszłości czy rodzinie. W pamięci podopiecznych zapisała się jako ktoś w rodzaju Mary Poppins – ekscentryczna, choć inspirująca niania. A także osoba, która nie rozstaje się z aparatem fotograficznym.

W 2007 roku John Maloof, z zawodu agent nieruchomości, a z zamiłowania zbieracz staroci, kupił pudło pełne fotograficznych negatywów. Zbiór pojawił się na aukcji majątku pochodzącego z przechowalni do wynajęcia, których klienci przestali płacić za swoje schowki. Jedną z takich niewypłacalnych klientek była Maier, która przekroczyła już osiemdziesiątkę, zmagała się z problemami psychicznymi i powoli traciła kontakt z rzeczywistością; dwa lata później zmarła w domu opieki.

Tymczasem Maloof, studiując nabyte negatywy, nabierał przekonania, że ma do czynienia z pracami artystki wybitnej – z kimś na miarę klasyków fotografii dokumentalnej, takich jak Robert Frank czy Diane Arbus. Poszedł więc tropem tajemniczej autorki, zaczął skupować i promować jej dorobek, a w 2013 roku wyprodukował film dokumentalny „Szukając Vivian Maier”, który zdobył nominację do Oscara i stał się hitem filmowych festiwali. Dziś zdjęcia fotografki krążą po świecie, pokazywane na cieszących się ogromną popularnością wystawach.

Historia Vivian Maier jest niezwykła, ale byłaby tylko interesującą anegdotą, gdyby nie magnetyczna siła jej prac. Fotografowała życie codzienne, ale potrafiła zmieścić w kadrze niezwykłość kryjącą się w zwykłych sytuacjach. Była samotniczką, a jednak w jej portretach obcych osób, które fotografowała na ulicach Nowego Jorku czy Chicago, jest głębokie zrozumienie drugiego człowieka. Formalnie rzecz biorąc, była amatorką. Ale czy to słowo pasuje do kobiety, która fotografowała przez pół wieku i wykonała co najmniej 150 tysięcy zdjęć? Dlaczego nikomu ich nie pokazywała? Odpowiedzi na to pytanie już nie poznamy, podobnie jak nie dowiemy się, czy cieszyłaby się ze sławy, jaką dziś otoczone jest jej nazwisko. Pewne jest tylko, że choć Vivian Maier za życia uznania się nie doczekała, i być może nawet w ogóle go nie pragnęła, to w pełni na nie zasługuje.

Najbliższe wystawy fotografii Vivian Maier to ta w FoLa w Buenos Aires, otwarta do 4 lipca, oraz w Musée du Luxembourg w Paryżu, której otwarcie przesunięto z marca na 15 września.

„Szukając Vivian Maier”, dokument poświęcony fotografce, można obejrzeć na platformach: Nowe Horyzonty, Cineman, VOD.pl, E-Kino pod Baranami.