1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szkoła uczuć - Beata i Paweł

Szkoła uczuć - Beata i Paweł

Szkoła uczuć - Beata i Paweł Marchlowie (Fot. Marta Rybicka)
Szkoła uczuć - Beata i Paweł Marchlowie (Fot. Marta Rybicka)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Cztery pary – każda z nich na zupełnie innym etapie życia – pytamy o to, jak im udaje się „naprawiać” miłość każdego dnia, oraz o to, jak ta miłość zmienia się z czasem. Tym razem rozmawiamy z Beatą i Pawłem.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia ani też nawet od drugiego. Poznaliśmy się przez moją koleżankę, mieliśmy wtedy po 20 lat – opowiada Beata Marchel. – Koleżanka przyprowadziła do mnie swojego kolegę. Jedyna w gronie znajomych miałam wtedy… wideo! Przyszedł po prostu obejrzeć film, nic ponadto. Obejrzał i wyszedł. Nie wpadł mi w oko ani ja nie wpadłam w oko jemu. Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach. Przypadkiem, na jakimś evencie. Ja byłam po rozwodzie, a Paweł był zawodowym sportowcem, ciągle w podróży. Zadziałał temperament, hormony, trzeba powiedzieć jasno: wtedy chodziło tylko o seks – wspomina.

(Fot. Marta Rybicka) (Fot. Marta Rybicka)

– Beata przez te lata, kiedy się nie widzieliśmy, wypiękniała, dojrzała jako kobieta, wydała mi się bardzo pociągająca, ale rzeczywiście, uczucia w tej relacji wówczas nie było – potwierdza Paweł.  – Nawet kiedy częstotliwość naszych spotkań była coraz większa i z czasem – niejako z automatu – staliśmy się parą, ten związek przypominał tylko damsko-męską relację opartą w zasadzie głównie na namiętności – dodaje Beata. – I dopiero po wielu latach pojawiła się przyjaźń, którą cenimy sobie najbardziej.

(Fot. Marta Rybicka) (Fot. Marta Rybicka)

– Żyliśmy ze sobą wiele lat, a jak się okazało, niewiele o sobie wiedzieliśmy, no i jeszcze egoizm – wyrastaliśmy z niego bardzo długo. Ta relacja przypominała przeciąganie liny – przyznaje Beata. – Nigdy nie mieliśmy wspólnych zainteresowań i żadne nie chciało zrobić kroku w stronę świata tej drugiej osoby. Mijaliśmy się, nie byliśmy siebie ciekawi – mówi. – Przyszedł moment, że nie byliśmy już w stanie rozmawiać o niczym, ustalić niczego, doszliśmy do ściany – opowiada Paweł. – Żona zajęta była sobą i swoją firmą, ja – po kontuzji – musiałem uporać się z myślą, że sport zawodowy nie jest już dla mnie, choć miałem bardzo dobre wyniki, musiałem raz na zawsze rozstać się z marzeniami o olimpijskich sukcesach. A potem zejść na ziemię, zająć się szukaniem na niej pracy. Nie umiałem dać sobie z tym rady, to mnie przerastało. Żona nie pomagała, ale prawda jest też taka, że ja tej pomocy nie umiałbym przyjąć. Byłem raczej wulkanem na chwilę przed wybuchem, a nie osobą, która poprosi o radę i tej rady wysłucha – przyznaje Paweł.  – Jesteśmy ze sobą 30 lat i dzielimy te wspólne lata na dwa etapy – ten „do ściany”, kiedy to, co nas łączyło, było szalenie powierzchowne, i ten „od ściany”, etap spokoju, poczucia bezpieczeństwa – przyznają wspólnie. Początkiem nowego rozdania była terapia małżeńska. – Potraktowaliśmy ją jak ostatnią deskę ratunku – wóz albo przewóz – opowiada Beata. – Zadaliśmy sobie pytanie, czy nadal każde z nas chce wyłącznie mieć rację, czy spróbujemy być szczęśliwi. I dopiero po terapii, czyli po kilkunastu latach bycia razem, tak naprawdę udało nam się zbudować więź, poznać siebie, swoje potrzeby.

(Fot. Marta Rybicka) (Fot. Marta Rybicka)

Cholernie trudno było się otworzyć, mówić szczerze, bo zupełnie nie mieliśmy takiego nawyku. Niemiło było usłyszeć różne rzeczy, które wzajemnie o sobie mówiliśmy u terapeuty. Czasem pojawiał się wstyd, czasem lęk, jak ta druga strona to przyjmie, ale oboje chcieliśmy walczyć. Myślę, że oboje sobie wtedy zaimponowaliśmy i to było scalające doświadczenie – opowiada Beata.

– Dziś nasz związek to zupełnie inna jakość, „wyższa półka”. I mam poczucie, że wciąż się wspinamy – mówi Paweł. – Nasze ostatnie wakacje, a przecież spędziliśmy ich wspólnie kilkadziesiąt, to był najlepszy urlop w moim życiu. Czy strzelał korek od szampana? Nie. Było spokojnie, nie fajerwerki, ale długie rozmowy z przyjaciółką, bardzo to sobie cenię – dodaje.

– Nasz syn ma już własne dzieci – opowiada Beata. – „Wypożyczamy” nasze wnuki, kiedy mamy siłę i chęć, cudownie spędzamy we czwórkę czas, a gdy chcemy być sami i cieszyć się tylko swoim towarzystwem, jesteśmy sami. Po prostu dolce vita! Idealny moment. Nie jesteśmy jeszcze bardzo starzy, ale starzy na tyle, by rozumieć, o co chodzi w życiu, o co warto walczyć, a kiedy broń odłożyć – mówi z przekonaniem Beata.

– Dziś romantyzm w naszym związku sprowadza się na przykład do tego, że musimy, zresztą dokładnie w tym samym czasie, wyrobić sobie… okulary! I właśnie jesteśmy na etapie przyzwyczajania się do noszenia progresów, a nie jest to łatwe zadanie, towarzyszymy sobie i to bardzo przyjemna proza życia. Nie trzeba mówić wierszem, żeby było dobrze – mówi Paweł. – Ja do tego domu przez długi czas nie lubiłem wracać. A dziś mój dom i moja żona to dla mnie prawdziwy azyl. Mam tu ciepło, którego wcześniej nie odczuwałem – dodaje Paweł.

(Fot. Marta Rybicka) (Fot. Marta Rybicka)

– Zaczęliśmy się o siebie bać, troszczyć się o siebie, odwiedzamy wspólnie groby naszych bliskich i to rodzi w nas refleksję. O kruchości życia, o tym, jak ważni dla siebie jesteśmy – dodaje Beata.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze