1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Łatwiej kłamać w sms-ach i e-mailach

Łatwiej kłamać w sms-ach i e-mailach

123rf.com
123rf.com
Wiadomości tekstowe bardziej sprzyjają oszustwom i manipulacjom niż inne środki komunikacji - wynika z najnowszych badań.

Naukowcy z University of British Columbia informują: „Rozwój technologii w komunikowaniu się i jej wpływ na coraz większą anonimowość ułatwia nam kłamanie, manipulację i oszukiwanie. Twarzą w twarz trudniej jest to robić, ale co rzadziej jesteśmy w takich sytuacjach, a na pewno mamy możliwość, żeby ich uniknąć”.

W badaniu wzięło udział 170 studentów, którzy wykonywali prezentację transakcji giełdowych w jeden z czterech sposobów: twarzą w twarz, przez wideo, audio lub tekst na czacie. Naukowcy obiecali im nagrody pieniężne, jeśli przekonają klientów do kupienia akcji na giełdzie. Jednocześnie studenci dostali informację, że istnieje poważne ryzyko, że stracą oni połowę zainwestowanych pieniędzy.

Okazało się, że kupujący, którzy otrzymali informacje poprzez wiadomości tekstowe byli o 92 proc. bardziej narażeni na oszustwo, niż ci którzy rozmawiali za pośrednictwem wideo. 31 proc. mogło zostać oszukanych podczas rozmów audio, a 18 proc. poprzez wideo. Ten ostatni sposób najbardziej tłumił impuls do korzystania z nieuczciwych taktyk sprzedaży.

- Mając to na uwadze, że coraz więcej produktów kupujemy za pomocą stron internetowych takich jak eBay, powinniśmy rozważyć możliwość rozmowy ze sprzedawcą przez Skype. To sposób najbardziej godny zaufania, podobnie jak wideo-konferencje w biznesie - powiedział profesor Ronald Cenfetelli.

Wyniki badań pojawią się w marcowym numerze Journal of Business Ethics.

Źródło: University of British Columbia

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Stawianie granic - umiejętność na wagę złota

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Decyzjami, słowami i gestami tworzymy dla innych instrukcję obsługi naszej osoby. I potem w kontakcie z nami ci inni wyciągają tę instrukcję i zgodnie z nią postępują – mówi psychoterapeutka Małgorzata Liszyk-Kozłowska.

Znajoma została zatrudniona na stanowisku dyrektora. Ale gdy pierwszego dnia przyszła do pracy, dowiedziała się od szefa, że w stopce e-mailowej ma wpisywać „kierownik”. Nie zgodziła się. Stoczyła walkę o nazwę stanowiska, postawiła na swoim, ale szef był zniesmaczony i stwierdził, że to nieistotny szczegół. Przesadziła?
Powiedziałabym, że zadbała o swoje granice. Rozmawiamy o kobiecie, która jest ambitna, pewnie musiała ciężko pracować, by dojść tam, gdzie teraz jest, więc ma prawo oczekiwać, by traktowano ją tak, jak na to zasłużyła. Nie zapominajmy też, że została podpisana określona umowa i to szef próbował ją złamać. Myślę, że gdyby ta kobieta odpuściła, mogłoby to być odebrane jako sygnał, że można ją lekceważyć.

Sądzisz, że było to warte jej nerwów i napiętych relacji z szefem?
No właśnie – wiele osób odpuszcza dla świętego spokoju. Pytanie tylko, czy za jakiś czas ten święty spokój nie doprowadziłby do wojny. Chociaż wygląda na to, że ta kobieta poniosła pewne koszty trwania przy swoim, to nie wiemy, czy gdyby tego nie zrobiła, koszty za pół roku nie byłyby większe. Czy nie okazałoby się, że ma poważniejszy problem, bo np. szef nie liczy się z jej zdaniem. Rozumiem, że kiedy zaczynamy nową pracę, bardzo staramy się dobrze wypaść, nie chcemy wejść w żaden konflikt, ale nie warto pochopnie oddawać pola. Zadajmy sobie pytanie: „Za jaką decyzję sobie podziękuję za kilka miesięcy?”. Pamiętajmy, że wchodząc w relację, zarówno zawodową, jak i prywatną, zachowujemy się trochę jak psy – obwąchujemy się, sprawdzamy, czy druga osoba pachnie siłą, czy słabością, znaczymy swój teren.

Trochę mnie zaskakujesz.
Tak? To weź do ręki komórkę i przejrzyj listę kontaktów. Jestem przekonana, że bez problemu określisz, na jak dużo w stosunku do każdej osoby możesz sobie pozwolić. Z kim spotkanie możesz przełożyć, odwołać w ostatniej chwili i kto się nie obrazi, kiedy nie dotrzymasz obietnicy. Z kim, mówiąc brzydko, możesz utrzymać relację niskim kosztem.

Ale przecież świadomość, że koleżanka się nie obrazi, jeśli odwołam z nią spotkanie, nie musi oznaczać, że jej nie szanuję!
Oczywiście! Wszystko zależy od charakteru relacji i tego, czy jest w niej równowaga. Czy obie jesteście w stosunku do siebie wyrozumiałe i zwykle dotrzymujecie słowa. Czy też może tylko jedna ze stron zawsze się spóźnia, zapomina i potrzebuje pomocy. Czy nie jest przypadkiem tak, że na spotkanie z tą koleżanką spóźniasz się nie tylko ty, lecz także wszyscy znajomi? Albo czy to nie na nią wszyscy w pracy zrzucają swoje obowiązki?

No tak, są kobiety, które narzekają, że wszyscy je wykorzystują.
I dopóki tak myślą, to raczej nic się w ich życiu nie zmieni. Mówiąc: „Ludzie mnie nie szanują lekceważą”, zachowują się tak, jakby zupełnie nie miały na to wpływu, prezentują jakiś rodzaj ubezwłasnowolnienia. Tymczasem to one są w dużym stopniu odpowiedzialne za to, jak traktują je inni.

Te kobiety często mówią: „Po prostu jestem za dobra”.
Tym bardziej trudno się dziwić, że tkwią w tej sytuacji. Jak mają ją zmienić, jeśli uległość jest dla nich dowodem dobroci? Mają zacząć robić coś, co spowoduje, że we własnym mniemaniu staną się złe? Jest wiele takich mitów, które sprawiają, że trudno nam zadbać o siebie, np. mądry zawsze ustępuje, złość piękności szkodzi czy dobry człowiek pomaga wszystkim, gdy go o to proszą. Tymczasem bycie wciąż tym jedynym, który daje, pomaga, rozumie i odpuszcza, przedkłada cudze potrzeby nad własne, jest dowodem na brak szacunku dla samego siebie. Niszczy też relację.

Dlaczego? Przecież wszystko było po to, by właśnie ją utrzymać.
Jeśli ty wciąż inwestujesz w jakąś relację, a druga osoba nie, to nawet jeśli tego nie mówisz, czujesz żal, może złość, masz poczucie krzywdy. W końcu pewnie zaczniesz się od tej niewdzięcznej w swoim mniemaniu osoby odsuwać. Bez słowa i dania jej szansy, by wyjaśnić sprawę. Dlatego dbanie o siebie w relacji jest jednocześnie dbaniem o tę relację.

Mogę też tak długo znosić czyjąś niesłowność czy niesumienność, aż w końcu wybuchnę. Niekoniecznie z ważnego powodu.
Tak. I ten wybuch może być zupełnie nieadekwatny do sytuacji, a dla drugiej strony będzie szokiem. Bo jeśli wcześniej jakieś zachowanie było długo akceptowane, dlaczego nagle zaczęło przeszkadzać? Czasem nawet taki wybuch bywa powodem zakończenia znajomości, bo okazuje się, że wchodząc w relację, każda osoba była przekonana, że na coś innego się umawia. Dlatego najlepiej od początku otwarcie mówić o tym, co się dla nas liczy. Jeśli dla kogoś bardzo ważna jest np. punktualność, to musi nauczyć ludzi, z którymi się spotyka, że dla niego kwadrans akademicki nie istnieje. Jedni to uszanują, a inni nie – wtedy być może znajomość się nie rozwinie.

A jeszcze inni powiedzą: „Przesadzasz, czepiasz się drobiazgów”.
To już będzie manipulacja i umniejszanie drugiego człowieka. Jeśli nam zależy na relacji z kimś, kto nie znosi telefonów po 21, to będziemy dzwonić wcześniej, zamiast przekonywać go, że 21 to wczesna godzina.

Dlaczego czasem tak trudno nam postawić granice?
Często powodem jest zaniżona samoocena. Żyjemy w przekonaniu, że tacy, jacy jesteśmy, z naszymi wartościami i osobowością, nie zasługujemy na to, by inni chcieli z nami być. Próbujemy więc zrobić coś więcej, zasłużyć na to, by nas lubili.

A nie jest tak, że najbardziej lubiani są ci, dla których nie jest problemem, że ktoś się spóźni czy o czymś zapomni?
Nie wiem, czy są lubiani, bo to zależy od wielu czynników. Na pewno są wygodni. Nie do końca też wierzę, że im jest tak całkowicie i zawsze wszystko jedno, że za każdym razem im pasuje. Myślę, że często nie protestują, bo sądzą, że nie mają innego wyjścia. Pozwalają się źle traktować, licząc na to, że ktoś ich doceni. A będzie odwrotnie, co jeszcze obniży ich niską samoocenę. Powstanie błędne koło. Oczywiście, nie mówię, żeby popadać w drugą skrajność i spędzać życie z nosem przy ziemi, węsząc, czy ktoś przypadkiem nie chce nas wykorzystać. Dorosły człowiek potrafi się wykazać pewną elastycznością. Mnie chodzi o to, by nie przesadzać z gotowością do dopasowywania się.

Czy jeśli pozwalamy, by ktoś nas lekceważył, ryzykujemy, że inni pójdą w jego ślady? W myśl zasady: „Jeśli ona wciąż pożycza Zenkowi pieniądze, mimo że on nie oddaje na czas, to pewnie nic się nie stanie, jeśli ja też się o tydzień spóźnię”.
Oczywiście. Może nie kiedy jedna, ale gdy wiele osób traktuje kogoś w ten sam sposób, to my zaczynamy się zastanawiać, czy nie ma w tym jakiejś racji.

A jak to wygląda w życiu zawodowym? Szefowie bywają różni, a pracę nie tak łatwo zmienić, więc często można usłyszeć, że ktoś godzi się na złe traktowanie z lęku przed zwolnieniem. A może właśnie, jeśli się postawi, poprawi swoją pozycję?
Niestety, nie ma na to gwarancji. Jestem przekonana, że warto stawiać granice, ale nie chcę też opowiadać bajek, że każdy szef nas dzięki temu doceni. Czasami trafiamy w tak toksyczne środowisko, że nasz sprzeciw może rzeczywiście skończyć się utratą pracy. Na pewno więc nie będę przekonywać, np. osób w trudnej sytuacji finansowej, żeby stawały do walki z przełożonymi.

Co poradzisz tym, które będą chciały się zbuntować?
Żeby zastanowiły się nad celem. Jeśli np. szef regularnie odnosi się lekceważąco do swoich pracownic, to moim celem nie będzie zmiana jego stosunku do kobiet, tylko to, by powstrzymał się od nieprzyjemnych uwag w mojej obecności. Oczywiście, gdyby to miał być mój przyjaciel czy mąż, interesowałyby mnie jego osobiste poglądy i wartości. Zależałoby mi na tym, żeby były podobne do moich, jednak jeśli chodzi o osoby z pracy, taka zgodność nie zawsze jest możliwa. Mogę jednak spokojnie i grzecznie poprosić szefa, żeby w rozmowie ze mną używał innych słów. W budowaniu swoich granic nie chodzi o to, by zmieniać innych ludzi, tylko by wysyłać jasny komunikat o tym, jak chcemy być przez nich traktowani. Nie każmy im się tego domyślać. Nie ma co liczyć, że ktoś do nas przyjdzie i powie: „Wygodnie ci się siedzi w tym kąciku? Bo ja przygotowałem dla ciebie tron”.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska jest psychoterapeutką i autorką książek: „Życie we dwoje”, „Lepiej żyć po swojemu” i „Skąd się biorą dorośli”. Prowadzi Pracownię Rozwoju Osobistego „Maliko”.

 

  1. Psychologia

Życie z cieniem. Jak w pełni zaakceptować siebie?

Koncepcja cienia wywodzi się od Junga, który pisał, że nie chodzi o pozbywanie się nielubianych cech, ale o znajdowanie ich jasnych stron i włączanie do naszego życia. (Fot. iStock)
Koncepcja cienia wywodzi się od Junga, który pisał, że nie chodzi o pozbywanie się nielubianych cech, ale o znajdowanie ich jasnych stron i włączanie do naszego życia. (Fot. iStock)
- Cień nosi wiele twarzy: strachu, chciwości, złości, mściwości, manipulacji, lenistwa, wrogości, brzydoty, braku akceptacji, słabości, krytyki, potępiania. Wszystko to, czego w sobie nienawidzimy, czego się wypieramy, zaczyna żyć własnym życiem, podkopując wiarę w naszą siłę i talenty – mówi Pernille Melsted, trenerka zajmująca się pracą z cieniem.

Cień to…
Wszystko, czym nie chcemy być; czym uważamy, że nie jesteśmy. Nieuświadomiony cień niszczy nasze związki, zabija ducha i uniemożliwia realizację marzeń.

Urodziłaś się w Danii, w kraju ludzi najszczęśliwszych na świecie. Duńczycy mają cień?
Każdy człowiek ma cień. I każdy naród. My mamy opiekuńcze państwo, które zaspokaja życiowe potrzeby. Państwo na przykład płaci każdemu, kto tylko zechce podjąć studia. Wstyd narzekać. W Danii nie jest w porządku się wyróżniać: wszyscy mają być równi. Wyrażanie wyjątkowości, unikalnego piękna, darów, talentów nie jest mile widziane. To właśnie cień Duńczyków. Mieszkałam jakiś czas w USA. Tam odwrotnie – wszyscy chcą być najlepsi, błyszczeć, lśnić. Ich cień to bycie skromnym. Jeśli chcemy być ludźmi autentycznymi, spełnionymi, nie możemy pominąć cienia.

W Polsce lubimy myśleć o sobie jako o narodzie wybranym, bohaterskim. Przydałaby się narodowa dyskusja na temat naszego cienia, ponieważ nieuświadomiony cień staje się groźny.
Staje się źródłem projekcji: „Ja taka nie jestem, to ty jesteś zła!”. Cień nosi wiele twarzy: strachu, chciwości, złości, mściwości, manipulacji, lenistwa, kontroli, wrogości, brzydoty, braku akceptacji, słabości, krytyki, potępiania. Wszystko to, czego w sobie nienawidzimy, czego się wypieramy, zaczyna żyć własnym życiem, podkopując wiarę w naszą siłę i talenty. Odrzucając cień, odrzucamy skarb. Skarby są ukryte w miejscu, którego nie braliśmy dotąd pod uwagę – w ciemności.

Jak powstaje cień?
Przychodzimy na ten świat jako pełne istoty; mamy dostęp do każdej części siebie. Małe dziecko jest – z chwili na chwilę – radosne, smutne, zniecierpliwione. Szybko jednak musi dostosować się do norm i oczekiwań swojej rodziny, kraju, kultury. Pragnie miłości i akceptacji ważnych dla siebie osób – rodziców, nauczycieli i innych autorytetów – dlatego zakłada maskę „poprawnego” zachowania. To, co nie jest mile widziane, zostaje zepchnięte do cienia. Koncepcja cienia wywodzi się od Junga, który pisał, że nie chodzi o pozbywanie się nielubianych cech, ale o znajdowanie ich jasnych stron i włączanie do naszego życia. Pisał, że pierwsza połowa życia schodzi nam na tym, żeby zepchnąć różne swoje części do cienia, a druga – na wyciąganiu ich z cienia, bo bez nich czujemy się niepełni.

Zwykle między 35. a 40. rokiem życia zaczynamy czuć się gorzej; pojawia się poczucie pustki, rozczarowania, lekkiej depresji. Mówią o tym zarówno kobiety, jak i mężczyźni.
I mamy ochotę na te wszystkie radykalne zmiany – rzucić pracę, rozwieść się, znaleźć młodego kochanka… Właśnie puka cień! Różne części nas wołają: „Zobacz mnie, zapomniałaś o mnie, i o mnie też!”. Zamiast patrzeć na to, co się dzieje, jak na kryzys, lepiej otworzyć się i przyjąć dary tych ukrytych części nas.

Jak rozpoznać cień?
Przede wszystkim obserwować, jak reagujemy na innych ludzi. Na przykład idziemy na imprezę, na której poznajemy atrakcyjną kobietę. Ty uważasz, że ona jest wspaniała, urocza, we mnie budzi niechęć. Dlaczego? Która z nas ma rację? Jeśli mocno na kogoś reagujemy, warto przyjrzeć się sobie. Czy wiem o istnieniu takiej osoby, czy ona głęboko mnie porusza? Jaki mój cień kryje się w tym poruszeniu? Dlaczego nie pozwalam sobie taką właśnie być? Co w tym złego, zagrażającego? Co dobrego mogłoby wyniknąć dla mnie, gdybym zaakceptowała tę część siebie? Każda z naszych części przynosi jakiś dar. Jaki dar przychodzi z osobą, do której czuję niechęć? To mogą być różne dary – odwagi, akceptacji, zrozumienia, współczucia, asertywności. Przyjmując dary, integrujemy kolejne części siebie.

Może się okazać, że osób, które wywołują w nas silne emocje, jest wokół wcale niemało.
Zacznijmy przynajmniej od trzech – takich, które irytują nas najmocniej. Zapytajmy także siebie, jakiej oceny swojego zachowania obawiamy się najbardziej. Co najgorszego ludzie mogliby powiedzieć, gdyby naprawdę mnie znali? Dużo cienia jest w tajemnicach, we wstydzie. To nie znaczy, że teraz po rozpoznaniu cienia cały czas mamy być przygnębione czy zagniewane. Jeśli jednak nikt nie może o mnie powiedzieć, że bywam zła, niemiła czy wściekła, to znaczy, że jestem w więzieniu swojego umysłu. Żeby być pełną ludzką istotą, potrzebujemy dostępu do swojego światła i do swojego cienia.

Nierzadko zdarza się, że czujemy niemoc, po prostu nie możemy ruszyć z miejsca; coś nas wstrzymuje, wątpliwości, opór… Niepokojące i nieprzyjemne.
Cień sabotuje plany i marzenia. Samotna kobieta, która pragnie kogoś poznać, wie, że dobrze byłoby wyjść z domu, chodzić na randki, poszukać partnera przez Internet. Nie może zebrać się do działania, ponieważ w cieniu jest ktoś, kto mówi, że gdy będzie robić te wszystkie rzeczy, ludzie uznają ją za desperatkę. Dopóki nie zawrze pokoju z „desperatką” w sobie, nic się nie zmieni. Kobiety przepracowane, wiecznie zmęczone potrzebują przyznać, że mają w sobie także kobietę „leniwą” i chętnie przyjmą jej jasną stronę – przyzwolenie na odprężenie, zdrowy odpoczynek. Niektóre z nas chętnie przeszłyby na zdrowy styl życia, ale w cieniu jest postać, która mówi, że to nudne i ortodoksyjne. Kobiety, które uważają się tylko za kochające i opiekuńcze, nie mają siły i odwagi, aby stworzyć coś własnego, doświadczyć własnej sprawczości. Możemy mieć jedno i drugie. Dopiero wtedy możemy wybierać. Są sytuacje, które wymagają naszej mocy wyrażanej w działaniu, i takie, w których wybieramy słodycz oraz matczyną opiekuńczość. Ten wybór to wolność.

Pernille Melsted trenerka zajmująca się pracą z cieniem i edukacją emocjonalną. Autorka książek na ten temat. 

  1. Psychologia

Czy jesteś podatny na manipulacje?

Kiedy ulegniemy zmanipulowanej sytuacji, powinniśmy pomyśleć o sobie dobrze. Że jesteśmy empatyczni, skłonni do pomocy, chcemy innych wynagradzać za ich trud – mamy po prostu dobre cechy, a ktoś to, niestety, wykorzystał. (Fot. iStock)
Kiedy ulegniemy zmanipulowanej sytuacji, powinniśmy pomyśleć o sobie dobrze. Że jesteśmy empatyczni, skłonni do pomocy, chcemy innych wynagradzać za ich trud – mamy po prostu dobre cechy, a ktoś to, niestety, wykorzystał. (Fot. iStock)
Po pierwsze, wszyscy manipulujemy – to już wiemy. Po drugie, nikt nie jest całkowicie odporny na manipulację. Nawet specjaliści od psychologii wpływu społecznego. Doktor Konrad Maj – bo to o nim mowa – w rozmowie z Renatą Mazurowską wyjaśnia co sprawia, że dajemy się nabierać na znane sztuczki.

Wszyscy czasem używamy – mniej lub bardziej świadomie – manipulacji, ale są manipulanci niemal zawodowi. Czy to osoby bez serca, bez zasad? Jaki jest rys psychologiczny manipulanta?
Niewątpliwie takie osoby, które wpływają na nas bezpośrednio i świadomie, mają szerokie kompetencje społeczne, potrafią rozpoznać nasze potrzeby, wstrzelić się w nasz sposób myślenia i system wartości.

Mają łatwość nawiązywania kontaktu?
Tak, a także zmysł obserwacji, potrafią wychwytywać subtelne sygnały. Czasem czają się na ofiarę niczym lew w trakcie polowania. Wybierają, do kogo mają podejść. Bo etap diagnozy zwykle jest wcześniej, zanim człowiek zostanie „zaatakowany”.

Manipulanci mają umiejętności społeczne, ale nie mają sumienia?
Może aż tak daleko bym nie szedł. No, chyba że mówimy o skrajnych przypadkach, o tzw. osobowościach makiawelicznych, cechujących się psychopatią, brakiem uczuć wyższych, instrumentalnym traktowaniem ludzi. Takie osoby zupełnie nie liczą się z potrzebami innych. Uliczni, domorośli manipulatorzy traktują często wpływanie na innych jako formę zarobku, tłumacząc sobie, że: „przecież wszyscy manipulują” albo: „muszę przecież z czegoś żyć.”

To szukanie uzasadnienia dla swego występku.
To racjonalizacja służąca pozbyciu się dyskomfortu psychicznego. Zamiast mówić o manipulacji manipulant powie, że to przecież zwykła „sprzedaż”, „zarabianie”, „praca”, albo przeniesie winę na ofiarę.

To prawda, manipulant zwykle do niczego nie zmusza…
Sami wpadamy w jego sidła. Zwłaszcza gdy zostanie zastosowana zasada dopasowania – czyli manipulant wytworzy między nami jakieś podobieństwo, wspólny punkt. Spyta nas o imię i powie: „O, ja też jestem Andrzej!”. Badania wykazały, że kiedy manipulant przedstawia się tym samym imieniem, jakie nosi jego rozmówca, zwiększa prawdopodobieństwo, że ten ulegnie jego manipulacji. A podobieństwa, o czym też mówi specjalista od wpływu społecznego Robert Cialdini, silnie na nas oddziałują w relacjach społecznych. To może być też dopasowanie na poziomie języka ciała – podobny sposób poruszania się, siadania, gestykulacji… Jesteśmy wtedy bardziej skłonni, by zaakceptować czyjeś zachowanie czy spełnić prośbę.

A jednak dajemy się nabrać – a to wróżącej Cygance (przepraszam Romów, ale to, niestety, częsty proceder), a to, „życzliwemu”, który nieproszony zaoferował mi – turystce w Paryżu – pomoc przy zakupie biletów w automacie, zanim zdążyłam się zorientować, jakie w ogóle bilety trzeba kupić. Ale ponieważ kupił te bilety za własne pieniądze, poczułam, że muszę mu je zwrócić – dopiero w pociągu na lotnisko okazało się, że „kupił” tanie bilety na przejazd metrem. Na szczęście kontroler w pociągu nie robił afery i nie musiałam płacić kary.
O, miałem podobną sytuację! Też we Francji. Czy ten człowiek miał identyfikator?

Nie, nie miał… Pan, specjalista od wpływu, też dał się nabrać?
No właśnie, to tylko potwierdza, że wszyscy jesteśmy manipulowani i naprawdę nie ma osób odpornych! Trzeba przyznać, że to była sprytnie przygotowana manipulacja. Sztuka polegała tu na tym, że manipulant w jednym zdarzeniu zastosował kilka społecznych reguł! Tych reguł Cialdini wymienia sześć i oszust, który oszukał i panią, i mnie, zastosował je chyba wszystkie! Zobaczmy.

Zadziałała na pewno reguła autorytetu – ja spotkałem osobę, która, jak się wydawało, jest przewodnikiem, kimś, kto ma pomagać – ten mężczyzna miał identyfikator, na nim jakieś dane i zdjęcie. Autorytet. Moje zaufanie do niego wynikało więc z jego autorytetu. Kolejna zastosowana tu reguła to reguła zaangażowania – coś zrobił w relacji z nami, wziął ode mnie kartę, sprawdził, że „nie działa”, pani sam z nieprzymuszonej woli kupił bilet. Zaangażował nas w sytuację. No i pojawia się reguła wzajemności – otrzymaliśmy czyjąś pomoc, czujemy się więc zobowiązani, aby mu odpłacić. Co prawda wcale tego nie chcieliśmy, ale ta osoba nam przecież pomogła, zainwestowała swój czas. A my, ludzie, mamy psychologiczną potrzebę, by relacje wyrównać, cały czas dążymy do równowagi. Manipulant zastosował też regułę lubienia – wzbudził sympatię poprzez uśmiech, uprzejmość. Pokazał, że nie mamy do czynienia z agresorem, w związku z czym wyłączyliśmy nasze mechanizmy obronne. Manipulanci więcej osiągają, gdy działają subtelnie, nie narzucają się.

Dokładnie tak było z moim oszustem. Wcale nie żądał zwrotu pieniędzy, sama wyciągnęłam portfel.
On pozostaje osobą skromną, która nic wielkiego nie zrobiła. Jakikolwiek bardziej wyrazisty gest w stosunku do nas spowodowałby zapalenie się czerwonej lampki.

Jakie jeszcze reguły wykorzystał nasz oszust? Jest jeszcze reguła społecznego dowodu słuszności, która mówi, że zachowanie innych jest dowodem na to, że powinniśmy się zachować podobnie. I jeśli widzieliśmy, że inne osoby rozmawiały z człowiekiem z identyfikatorem, nie działo się nic złego, nikt nie krzyczał i nie uciekał, to też w to wchodzimy. I ostatnia, szósta reguła, którą tu też zastosowano, to reguła niedostępności
. Pragnienie czegoś trudno dostępnego i ograniczenie w czasie powoduje, że niekiedy podejmujemy niewłaściwe decyzje.

No tak, ja spieszyłam się na samolot. Musiałam jak najszybciej dotrzeć na lotnisko kolejką.
Ta reguła dotyczy także sytuacji, że ktoś może nam sprzątnąć atrakcyjną ofertę sprzed nosa. Im więcej skumuluje się metod oddziaływania, tym łatwiej jest na nas wpłynąć. Niewątpliwie nasz oszust z paryskiego metra wykorzystał wszystkie idealnie.

Nauczył się ich, myśli pan?
U manipulatorów to jest jednak raczej kwestia pewnych naturalnych zdolności. Można się nauczyć technik, ale jak się tego „czegoś” nie ma, to same nic nie dadzą, wyuczeni manipulatorzy nie będą skuteczni, nikt im nie uwierzy.

Jest jeszcze taka zasada wykorzystywana w manipulacji, np. przez osoby wróżące gdzieś na ulicy, że jak zgodzimy się na coś małego, „mały pieniążek”, to trudno nam będzie odmówić prośbie o coś większego.
To jedna z podstawowych technik wpływania na ludzi – ta mała prośba zwykle nie wiąże się dla nas z żadną stratą, więc się godzimy. Ale jeśli się zaangażujemy, nawet w niewielkim stopniu, to już tkwimy w sytuacji, w której rosną koszty wycofania się, zwłaszcza gdy ktoś ma w rękach naszą własność. To jest kalkulacja – czy machnąć ręką na te 10 zł, które już daliśmy, czy dać kolejne 10 lub 20 po to, by odzyskać tamte 10. Razem już 30 zł. To trochę przypomina sytuację hazardzisty, któremu nie poszła ostatnia karta. W takiej sytuacji wcale nie postępujemy racjonalnie, myśląc, co jest dla nas mniejszym kosztem. Nie. Chcemy odzyskać to, co już zainwestowaliśmy. Irracjonalnie zakładamy, że na tym się skończy. I że zaangażowanie kolejnych 10 zł sprawę załatwi. Najczęściej, niestety, nie załatwi.

Jeszcze jest łatwo nas nabrać na dobry uczynek.
No tak, bo człowiek chce czuć się potrzebny, a przez to ważny dla innych, mieć poczucie wpływu – a manipulant potrafi w nas wytworzyć poczucie misji. „Tylko ty jesteś w stanie nam pomóc, to od ciebie wszystko zależy”. Metoda często wykorzystywana w sektach – „na was spoczywa los milionów”.

Mimo że wiemy o takich manipulacjach, to i tak im ulegamy, nawet chyba łatwiej niż kiedyś – słyszałam, że to dlatego, że żyjemy w świecie, gdzie jest masa bodźców i szybko musimy podjąć decyzję.
To prawda, jest wiele bodźców, a my mamy dużo „na głowie”, decyzje często podejmujemy z automatu – działają tu trzy powody: emocjonalny, motywacyjny (decyzyjny) i poznawczy. Powód emocjonalny – ulegamy, ponieważ ktoś wzbudził w nas sympatię, wprowadził nas w dobry nastrój albo my sami jesteśmy w dobrym nastroju. Krytyczne myślenie spada, nie mamy wówczas zaktywizowanych mechanizmów obronnych. Nie kwestionujemy więc, nie marudzimy, nie jesteśmy sceptyczni. Dobrze to widać gdy w restauracji do rachunku dołączany jest cukiereczek czy guma do żucia – kosztuje to restauratora parę groszy, ale my chętniej do rachunku doliczymy napiwek. Czasami wchodzimy w manipulację z powodów motywacyjnych – nie chce nam się stawiać oporu albo wręcz chcemy nagrodzić tego, kto użył jakiejś sprytnej techniki w stosunku do nas, np. dajemy czyścicielom szyb samochodowych te 2 zł po to, by już przestali nam mazać po samochodzie, by pozbyć się dyskomfortu z tym związanego – bo człowiek generalnie dąży do tego, żeby jak najwięcej zasobów zachować albo by jak najmniej stracić. Wywinąć się jak najmniejszym kosztem, zachowując wewnętrzną równowagę. Machniemy więc ręką na tę manipulację z myciem szyb, bo czekają inne pilne lub ważne dla nas sprawy.

I jest jeszcze powód poznawczy – często racjonalizujemy, dążymy do tego, by rozstrzygnąć rozterki i pozbyć się dysonansu poznawczego. Tak jest np., gdy oferuje się nam pożyczki bankowe czy ubezpieczenia. Musimy podjąć decyzję – wchodzimy czy nie – musimy to poznawczo rozstrzygnąć. Sami siebie zaczynamy więc przekonywać. Niby tego nie potrzebujemy, ale „ta osoba tyle czasu nam poświęciła”, „w końcu zdrowie jest najważniejsze, a ten człowiek taki mądry, tyle wie…”. W tych kategoriach poznawczych mieści się również wspomniana automatyzacja decyzji, gdy atakuje nas w danej chwili wiele bodźców – wtedy kierujemy się jakimiś heurystykami – np. znana marka, poleca to autorytet. Gdy zmęczeni nie mamy czasu czy zdolności, by szczegółowo analizować dane, wybieramy „drogę na skróty”.

A co zrobić z tym okropnym uczuciem, gdy już do nas dotarło, że wpadliśmy, wbrew własnej woli, w pułapkę bezdusznego oszusta? Straciliśmy pieniądze i dobre zdanie o sobie. Czy myśl, że on jest zły, a my dobrzy (bo np. kierowaliśmy się chęcią pomocy albo regułą wzajemności), pomoże w poprawie samopoczucia? Bo pieniędzy już pewnie nie uda nam się odzyskać.
Przede wszystkim nie należy brać tego osobiście, nie myśleć, że to my mamy jakiś problem albo że jesteśmy naiwni. To uniwersalna właściwość człowieka, że w pewnych specjalnie skonstruowanych sytuacjach większość z nas ulega manipulacji. Powinniśmy być bardziej świadomi mechanizmów wpływu społecznego. Jestem za tym, aby dużo o nich mówić, nie dlatego, by uczyć ludzi manipulować, tylko żeby wiedzieć, jak jesteśmy skonstruowani – wtedy zaczniemy rozumieć, jak to działa. I że zjawisko to jest powszechne. Ja przecież też zostałem zmanipulowany, wtedy gdy już to do mnie dotarło, pomyślałem sobie: „Aha, jestem normalny”. Owszem, zawsze pojawia się pewien dysonans, ale trzeba to sobie wytłumaczyć. Wszyscy ulegamy manipulacjom, nawet zbiorowym – tak działa na przykład propaganda polityczna, tak działa reklama.

Nic nie da się więc zrobić, by się obronić?
Człowiek jest pod tym względem niedoskonały. Ale kiedy rzeczywiście ulegniemy zmanipulowanej sytuacji, powinniśmy pomyśleć o sobie dobrze. Że jesteśmy empatyczni, skłonni do pomocy, chcemy innych wynagradzać za ich trud – mamy po prostu dobre cechy, a ktoś to, niestety, wykorzystał. W 90 proc. sytuacji społecznych ludzie się wzajemnie nie wykorzystują i ekspresja naszych pozytywnych cech przynosi nam także coś pozytywnego. Czasami po prostu tak się zdarza, że trafimy na niewłaściwą osobę i nie jesteśmy przygotowani na jej atak. Ona robi to codziennie wielu innym ludziom i nie obchodzi jej, kim jesteśmy. Musimy to odłączyć od siebie. Wiedza, jaką dzięki tej sytuacji zdobyliśmy – o sobie, o innych – jest ważnym efektem ubocznym tego zdarzenia.

Dr Konrad Maj psycholog społeczny i trener, na Uniwersytecie SWPS prowadzi wykłady z zakresu psychologii społecznej i psychologii wpływu społecznego.

  1. Psychologia

Relacje rodzinne - kto rządzi w twoim domu?

Rodzina to system połączonych naczyń. Dlatego często przenosimy do własnego domu braki i schematy z dzieciństwa. (fot. iStock)
Rodzina to system połączonych naczyń. Dlatego często przenosimy do własnego domu braki i schematy z dzieciństwa. (fot. iStock)
Trzaskanie drzwiami, szantaż emocjonalny, foch – są różne sposoby, by narzucić własne zdanie reszcie domowników. Niektóre zagrania bywają jednak tak subtelne, że trudno je rozpoznać. Ale można im przeciwdziałać!

„No w  tej rodzinie to rządzi trzylatek!” – pomyślałam, obserwując, jak pewna kobieta w kolejce do kasy prosi malucha: „Stasiu, zgódź się, żebym ci kupiła żelki zamiast chipsów, żelki są zdrowsze, naprawdę”. Staś uparcie tupał nóżką i  kręcił z  dezaprobatą głową, co ludzi w  kolejce przestało już bawić i  napięcie stawało się coraz bardziej wyczuwalne – także dla mamy Stasia. Wreszcie położyła na ladzie równowartość paczki chipsów, podała ją małemu i  wyszła ze sklepu, ciągnąc go za rękę i  nie oglądając się na nikogo. Wstyd, że nie umie sobie dać rady z dzieckiem, pomieszany z poczuciem winy z powodu unieszczęśliwiania synka, paraliżował ją tak bardzo, że nie była w stanie zrobić tego, co uważała za słuszne.

Jak rodzą się schematy

Gdzie tkwi źródło takiego postępowania młodej mamy? Otóż – jak wiele schematów, w które wpadamy –  w  dzieciństwie. Osoby, które niegdyś były pozbawione prawa głosu i  pamiętają to jako bolesne doświadczenie, bardzo często, gdy same zostają rodzicami, popadają w  drugą skrajność: dają swoim dzieciom zbyt dużo przestrzeni do decydowania. Ale choć sami tak bardzo liczą się z  dziećmi, to te nie liczą się z  nimi wcale. Zależność jest prosta: postawa zbyt uległa często u  innych wywołuje postawę dominującą. Tak więc te wszystkie uparte i  niewdzięczne dzieci to często wystraszeni mali kierowcy, którym rodzice powierzyli prowadzenie rozpędzonego samochodu, a  sami ulegle wycofali się na tylne siedzenie.

Z  kolei ci dorośli, którzy wymazali z  pamięci bolesne dla nich doświadczenia związane z  uleganiem władzy rodziców, bardzo często stosują te same mechanizmy w  stosunku do swoich dzieci. Powielają wtedy – zazwyczaj nieświadomie – znaną z  wojska zasadę fali przemocy: młodzi mają przecierpieć swoje, a w przyszłości „odegrają się” na kolejnym pokoleniu.

Strategie jawne i  ukryte

Oba opisane powyżej schematy nie biorą pod uwagę tej prostej prawdy, że rodzina to jeden organizm, czyli system naczyń połączonych, a każdy jego element jest ważny i potrzebuje bezpiecznie funkcjonować – dla dobra całości. Brak tej świadomości powoduje, że poszczególni członkowie rodziny, zamiast do współpracy, dążą do dominacji i rywalizują ze sobą. Czasami może to być surowy ojciec, czasami skupiony na sobie trzylatek. Wiek i ranga są nieistotne, chodzi o to, by wyłonić zwycięzcę, który może narzucać swoje pomysły na temat tego, co i w jaki sposób ma się dziać. Przy czym rywalizować o władzę można otwartą wrogością, czyli za pomocą jawnych żądań popartych wizją kary, jaka nastąpi w  razie niewykonania rozkazu („Jeśli nie wrócisz do dziesiątej, zapomnij o  kieszonkowym”, „Zmyj naczynia, bo inaczej nie mam zamiaru robić obiadu”, „Jeśli nie kupisz mi chipsów, będę tupał i  płakał”). Można też rywalizować, używając manipulacji – czyli o karze za nieposłuszeństwo mówić w sposób zawoalowany bądź wzbudzać w rozmówcy nieprzyjemne emocje („Jeżeli nie wrócisz do dziesiątej, to będę się martwiła, a  wiesz, że mam słabe serce”, „Skoro nie chcesz mi kupić chipsów, to znaczy, że mnie nie kochasz”).

Przy czym w  dzisiejszych czasach rzadko zdarza się, że władzę w rodzinie dzierży jedna osoba. Najczęściej rozgrywane bywają mecze z  użyciem na przemian gróźb i  manipulacji.

Groźba czy wkręcanie?

Najprościej rozpoznać groźby: „Rób to natychmiast, bo pożałujesz!”, „Zabieraj się do sprzątania i  nie dyskutuj, bo ja podyskutuję o  twoim kieszonkowym!”, „Ucisz tego psa, bo inaczej ja go uciszę!”. Agresja słowna chodzi bowiem zazwyczaj w  parze z  podnoszeniem głosu, a  więc są krzyki, obelgi, wyzwiska. Trochę trudniej jest zidentyfikować manipulację: „No nie wiem, czy to dobry pomysł, że zgodziłam się na twój wyjazd, skoro ty nie umiesz grzecznie się do mnie odnosić”, „Niby dlaczego w  wyjeździe na weekend miałby ci przeszkadzać fakt, że matka fatalnie się czuje i  może potrzebować, żeby ktoś ją zawiózł do lekarza albo nawet do szpitala?”.

Manipulator, który może nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że nami steruje, mówi często spokojnym głosem, niejednokrotnie przy tym się uśmiechając, ale w  nas jego słowa wywołują lęk, wstyd bądź poczucie winy. A ponieważ nie są to zbyt przyjemne uczucia, chcemy zrobić coś, żeby się od nich uwolnić. Czyli zrobić to, czego manipulator chce.

Nie daj się

Jak reagować na takie sytuacje? W  przypadku agresji ważne jest, żeby nie dać się wciągnąć w  kłótnię ani się nie podporządkowywać. Czasami najbardziej skutecznym rozwiązaniem może być wyjście z  pomieszczenia albo odłożenie słuchawki telefonu. Dobrym sposobem jest też postawienie ultimatum: „Będę z  tobą rozmawiać, pod warunkiem że przestaniesz krzyczeć i się uspokoisz”, „Chcę, żebyśmy porozmawiali, kiedy opadną emocje. Proszę, zastanówmy się spokojnie”. W  miarę możliwości można wesprzeć krzykacza w  odzyskaniu równowagi. Spytaj go: „Chcesz, żeby się z  tobą liczyć? Jesteś wytrącony z  równowagi? Potrzebujesz spokoju?”. I  chwilę odczekaj.

W  przypadku manipulacji najlepiej działa przeniesienie uwagi z  własnych nieprzyjemnych doznań na fakty, których dotyczy sytuacja. Możesz zareagować np. tak: „Powiedz mi, do czego się odnosisz, kiedy mówisz, że nie zachowuję się grzecznie?”, „Czy jest coś, o  czym nie wiem, co świadczy o  tym, że twój stan zdrowia jest dziś gorszy niż zwykle?”. Dzięki takiej postawie stopniowo wyzbywamy się lęku, wstydu czy poczucia winy, które są rozpraszające, utrudniają jasny ogląd sytuacji oraz dokonywanie wyborów służących także nam, nie tylko naszym domownikom.

  1. Psychologia

Seksmanipulacja - kiedy kończy się erotyczna gra

Ofiara manipulacji zgadza się na wszystko, ale powoli przestaje manipulatora kochać. (Fot. iStock)
Ofiara manipulacji zgadza się na wszystko, ale powoli przestaje manipulatora kochać. (Fot. iStock)
Czym jest manipulacja w łóżku i jakie są jej skutki dla związku? Jak odróżnić ją od erotycznej gry i zmysłowej komunikacji z drugą płcią – zastanawia się psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Czy kobiety naprawdę manipulują mężczyznami? Czy ciąża to nadal sposób na złapanie męża? Przecież kobiety do ślubu się już tak nie spieszą, czasem nie chcą mieć dzieci.
No właśnie! Kobieta nie musi dzisiaj złowić mężczyzny, żeby mieć dziecko czy czuć się szanowaną. Samotna kobieta czy mama to żaden obciach! No i ekonomicznie wiele kobiet da radę to udźwignąć. Ale też zajście w ciążę nie jest już skuteczne, by męża zdobyć. Ciąża nie zobowiązuje mężczyzny do ślubu. Są środowiska, w których jest tak nadal, ale myślenie, że honor wymaga, aby mężczyzna ożenił się z kobietą, której zrobił dziecko, nie jest już dominujące. A wielu młodych mężczyzn mówi dziś wprost: „Ja się i tak z tobą nie ożenię, nawet gdybyś zaszła w ciążę”.

I kobiety w to idą?
Idą, bo seks stał się dla wyzwolonych kobiet wartością samą w sobie. Kobiety chcą dziś seksu tak, jak kiedyś chcieli go tylko mężczyźni. Mężczyźni o tym wiedzą i to raczej oni manipulują kobietami, używając seksu, niż są przez kobiety manipulowani. A to dlatego, że seks jest dziś towarem łatwo dostępnym! Mężczyźni wiedzą o tym, że kobiety chcą od nich seksu i że z tego powodu nie muszą się już z nimi wiązać, żenić, mieszkać, żeby ten seks mieć! No to się nie wiążą. A jak się zwiążą i żona pewnego wieczoru powie: „Głowa mnie boli”, to już nie muszą się starać, żeby ta głowa nie bolała. Mają inne możliwości zaspokojenia popędu: choćby singielki chętne do seksprzygody, które znajdą na każdym portalu, albo pornografię. Skoro więc seks jest tak łatwo dostępny, to jak niby kobiety mają nim manipulować? Dziś tylko z mężczyzną monogamicznym, kochającym lub szczególnie pożądającym tej właśnie kobiety można coś seksem ugrać.

Wierność, miłość, pożądanie to warunki manipulacji?
Tak, ale jeśli kobieta kocha i pożąda mężczyzny, to po co ma nim manipulować, i to jeszcze za pomocą seksu? Jeśli mu odmówi, aby coś ugrać, to wiele straci. Straci rozkosz, a także bliskość z nim.

A może takie „nie teraz, kotku…” ma podtrzymać pożądanie?
Jeśli oboje mają na siebie ochotę i nie mają potrzeby skakać na boki, to zamiast odmawiać sobie seksu, lepiej zrobią, rozwijając swoją ars amandi, a więc sypiając często ze sobą i na różne sposoby. Jeśli mężczyzna lubi seks i kobieta także, a razem jest im dobrze, to im się nigdy rozkosz we dwoje nie znudzi. Dobry seks, tak jak dobre jedzenie, zawsze nam smakuje.

Prawdą jest jednak to, że jeśli ona w jego oczach jest królewną, a on nie jest ani w jej, ani w swoich oczach księciem, to będzie go kręcić zdobywanie jej! Zasługiwanie na jej przychylność. No i wtedy jak ona się gniewa, robi mu ciche dni, traktuje chłodno w łóżku, to on stanie na uszach, żeby jej chęć na bliskość z nim wróciła. Wtedy mężczyzna wciąż ma poczucie, że musi się starać o tę kobietę.

I czy to jest manipulacja?
Ja bym to nazwała raczej grą, a nie manipulacją, o ile celem kobiety nie jest podporządkowanie sobie mężczyzny, ale podtrzymanie w nim namiętności. Kiedy ona mówi: „Kochany, trochę bardziej się postaraj, żeby mi się chciało”, to go uwodzi i pokazuje mu, że chce być uwodzona, ale nie manipuluje.

Manipulacji seksem, takiej jak kiedyś była, to ja dziś już u kobiet nie widzę. Choć zdarza się, że mogą uwodzić, nie oddawać się od razu. „Podobasz mi się, miałabym na ciebie ochotę, ale trochę się pobawmy”. A jeśli kobieta będzie się mężczyźnie podobać, a nie będzie to wygodnicki samiec, to z nią zagra. Ale jeśli to mężczyzna, który wyżej ceni sobie wygodę niż seks, to pomyśli: „E tam! Pójdę sobie do łóżka z jej chętniejszą koleżanką”.

Ale znam kobiety, które podają ulubione danie seksownie ubrane, a potem w łóżku doprowadzają do szaleństwa, by rano wspomnieć, czego pragną. Jak to nazwać, jeśli nie manipulacją?
Ja bym powiedziała raczej, że mężczyźni lubią uszczęśliwiać kobiety, pod warunkiem jednak, że sami wpadną na to, jak to zrobić. A więc jeśli kobieta nie mówi mężczyźnie wprost, czego pragnie, a tylko sugeruje, czego potrzebuje, aby czuć się zadowolona z życia przy jego boku, to on ma poczucie, że sam wpadł na pomysł, jak ją uczynić szczęśliwą. I jeśli ją kocha czy po prostu lubi widzieć w jej oczach, jaki jest wspaniały, to kupi jej tę torebkę czy wycieczkę w tropiki!

Więc ja bym raczej powiedziała, że sugestia w sytuacji intymnej to dobra metoda komunikacji z mężczyznami. Manipulacji? No nie, bo nikomu tu się nie dzieje krzywda. Ona ma torebkę, a on jej zachwyt sobą!

Kobiety także cudownie sterują mężczyznami, mówiąc: „Jeśli, kochanie, nie możesz mi pomóc, mój przyjaciel to dla mnie zrobi…”.
Seks i rywalizacja u mężczyzn zawsze idą w parze! Dlatego mężczyźni są zainteresowani kobietami, którymi interesują się inni mężczyźni. Bo chcą rywalizować i czuć się zwycięzcami. Pochwalić się swoją kobietą przed innymi mężczyznami to dla nich coś naprawdę ekstra. Kobieta, która jest chciana przez innych, dodaje mężczyźnie poczucia wartości. Chyba że to zakompleksiony misio. Taki woli kobietę, której inni nie chcą, żeby mu jej nie zabrali. Ale wtedy to ona nie bardzo będzie mu się podobać. No więc myślę, że nie wszystko, co mężczyźni nazywają manipulacją ze strony kobiety, tą manipulacją jest. W pięknym opowiadaniu Hrabala „Postrzyżyny” spotykamy dziewczynę, która tak się pięknie uśmiecha, że dla tego jej uśmiechu faceci gotowi są zrobić wszystko. I robią! Bo też jest taki rodzaj reakcji kobiety na widok mężczyzny, dla którego mężczyzna zrobi wiele. No, ale czy to manipulacja tak się pięknie uśmiechać?

Żadna manipulacja! Mężczyźni chcą uśmiechu, a kobiety – żeby kupili im kwiaty.
Właśnie. Tym bardziej że dla kobiety te kwiaty to dowód na to, że jest dla mężczyzny ważna, kochana, szanowana. A więc już nie ma tu zysku materialnego, ale nitka po nitce tkanie głębokiej i mocnej relacji. W „Sztuce wojny” – o której mówi się, że napisała ją kobieta, tyle tam „podstępów” – przeczytamy, że czasem mężczyzna myśli, że zdobył twierdzę, a tymczasem został do jej wnętrza zwabiony. Jak to możliwe? To, co różni nas od mężczyzn, to pragmatyzm. Nie liczy się dla nas laur zwycięstwa. To ważne dla mężczyzn. My chcemy zdobyć to, czego pragniemy, a tym czymś bywają rozkosz i miłość. Manipulacja jest wtedy, ktoś chce zrobić krzywdę, wyrządzić szkodę. A czy może nią być seks lub miłość, jeśli wydarzają się z wolnej woli? A więc odpowiedzi, czy to coś jest manipulacją, warto szukać w intencjach…

Czasem nie mówimy wprost, bo uznajemy, że rozsądniej jest sugerować. Nie wymagać, nie stawiać jasno granic, bo wtedy dostaniemy figę z makiem. Dlatego mówimy tak, by oni nas usłyszeli – a mężczyźni chcą, żeby stawiać przed nimi wyzwania, podsuwać i sugerować rozwiązania, kusić! Mężczyźni chcą być uwodzeni, rywalizować, zdobywać kobiety i zgadywać, co im da szczęście. I kto tu kim manipuluje?

No właśnie! Bywa, że kobieta pragnie, aby mężczyzna bardziej angażował się w sprawy domu, mówi o tym wprost i to powoduje kłótnie. W rezultacie on się wynosi na kanapę. I zostaje do czasu, aż ona nie odpuści. Związek trwa, bo ona przestaje mówić, czego pragnie, z lęku, że on znów ją zostawi w łóżku samą.
No właśnie to jest przykład na to, że dziś raczej mężczyźni manipulują seksem, wykorzystują to, że kobiety go pragną, podobnie jak bliskości. To, o czym mówisz, to rodzaj manipulacji, biernej agresji. „Nie dam ci tego, czego potrzebujesz i pragniesz, bo jesteś niegrzeczna”. Oczywiście, nigdy nie mówi się tego wprost, ale zazwyczaj jest to jasne. Kobieta czy mężczyzna wiedzą, że nie będzie seksu, jeśli nie spełnią jakiegoś warunku. Jeśli np. ona wydaje na dom za dużo pieniędzy, a to on zarabia i płaci, to wtedy on z nią nie śpi. O, a wtedy ona zaczyna się bać, że on znajdzie sobie inną. I zaczyna oszczędzać na zakupach, pocić się nad każdą złotówką, chociaż stać ich na dostatnie życie.

Seks jako nagroda i kara za wydatki?
Za wszystko, za jego władzę nad nią. On może ją traktować jak gosposię i opiekunkę do „jego” dzieci i od zawsze mieć kochanki. Wtedy wykorzystuje wszystko, także seks, aby ją uzależnić od siebie, zniszczyć jej poczucie wartości, żeby nie podskakiwała.

Odmowa seksu ze strony mężczyzny to cios w kobiece poczucie wartości i bezpieczeństwa. Bo bycie chcianą dla kobiety to wyraz bycia ważną. Kobieta czuje się kochana, kiedy jest upragniona, kiedy mężczyzna ją chce. No, a jeśli nie chce, odrzuca czy nawet zaczyna komentować, że utyła czy się zaniedbała, to mamy paskudną manipulację.

I co zazwyczaj dzieje się dalej?
Zazwyczaj dzieje się źle. Ale zanim powiem, podam jeszcze jeden przykład manipulacji seksem, gdy także mężczyzna jest ważniejszy: to on ma pieniądze. Władzę. Prestiż. A kobieta? Ma być śliczna, nie mieć wałeczków na brzuszku, nie mieć humorów i być seksownie ubrana. Ma po prostu tak wyglądać, żeby inni mężczyźni mu jej zazdrościli. A więc jak on chce, to ona idzie na operację powiększenia biustu czy podniesienia pupy. Wtedy jemu się podoba, wtedy jemu się jej chce!

A jeśli ona piersi nie powiększy?
To wtedy seksu nie będzie i pojawi się jakiś obcy zapach na jego koszulach. I dodatkowa praca, która zacznie go zajmować w weekendy. Idzie więc poprawiać swoje ciało i ulega mu także w tym, jak i kiedy ma się z nim kochać. Bo po to on ją, właśnie taką zrobioną na sekswampa, ma, żeby korzystać. On od tego używania jej rośnie, ale ona maleje. Zawsze ten, kto jest manipulowany, jest niszczony, a ten, kto manipuluje, pozornie nabiera mocy.

Pozornie?
Manipulator czuje się wielki, ale jest jak balon napompowany zależnością, strachem i uległością drugiego człowieka. Jego zwycięstwa biorą się ze słabości ofiary! Kobieta, która ulega takiej rozgrywce, nie wierzy w siebie, nie wierzy w to, że sobie bez niego, a często bez jego pieniędzy, poradzi. Nie wierzy, że jest warta miłości i szacunku, a więc wystarcza jej to, co dostaje, i boi się panicznie, że to straci. Zgadza się na wszystko, czego on chce, czyli nie szanuje siebie, i dlatego myśli o sobie coraz gorzej.

Najbardziej paskudna forma manipulacji seksem?
Ta, która bierze na miłość i wyrozumiałość. Na przykład: on mówi, że kocha ją i tylko ona się dla niego liczy! Ale jest taki słaby! Ma takie potrzeby i tego nie potrafi zmienić! Ona jednak może mu dać dowód miłości i zgodzić się na trójkąt albo na swingowanie.

Nie ma żadnej granicy dla manipulatora?
Ofiara manipulacji zgadza się na wszystko, ale powoli przestaje manipulatora kochać. Może nawet nie wiedzieć, co się z nią dzieje, jeśli już dawno odcięła się od uczuć. Może pięknie sama siebie manipulować, wmawiając sobie, że „to nic, że to nie ma znaczenia, że to tylko seks”. Pięknie wszystko sobie zracjonalizować, choć jej to bardzo nie pasuje i ją rani. Będzie jednak coraz bardziej smutna, osowiała, aż wpadnie w depresję. Przestanie dbać o siebie. Przestanie się na jego widok uśmiechać i inni już mu jej nie będą zazdrościć. No a wtedy to on od niej odejdzie! A więc granicą bywa chęć manipulatora, by nadal bawić się swoją ofiarą. Gdy ona przestanie być dla niego atrakcyjna, przestanie być kimś ważnym. A wtedy to on może nawet zabrać jej dzieci pod pretekstem, że nie nadaje się na matkę, w tej depresji!

Zawsze manipulacja seksem prowadzi do zniszczenia?
Jeśli kobieta o niskim poczuciu wartości przyszła do mężczyzny po miłość i opiekę, a dostała manipulację, to zawsze. Jeśli manipulator trafi na kobietę, która ma mocne poczucie wartości, to kiedy ona połapie się, z kim ma do czynienia, odejdzie. Albo jeśli sama lubi gry, to zagra z nim o fanty! Przekalkuluje sobie, że skoro na miłość i czułość nie ma co liczyć, to warto nastawić się na zysk. Odszkodowanie. Będzie spieniężać jego prezenty i odkładać na koncie. Będzie wydawać na dom mniej, niż się przyznaje, i resztę chować. Ale takie sytuacje bywają niebezpieczne. Mężczyzna może się zorientować, że jest – w jego pojęciu – okradany.

Manipulowany w końcu zawsze poczuje się źle?
Manipulator jest jak człowiek uzależniony od władzy. Musi dostawać jej coraz więcej i dlatego eskaluje swoje sztuczki. Jest coraz mniej miodu, a więcej piołunu. Coraz więcej władzy i penetracji nowych doznań. W seksie pojawiają się przemoc, perwersja, bo bodźce muszą być coraz silniejsze. I zdarza się, że ofiara zaczyna mieć dość i próbuje uciec.

Smutne jest to, że choć manipulant ma poczucie władzy, nigdy nie poczuje się kochany i nigdy nie pokocha.