1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. #Metoo z perspektywy mężczyzn - rozmowa z psychoterapeutą Rebertem Milczarkiem

#Metoo z perspektywy mężczyzn - rozmowa z psychoterapeutą Rebertem Milczarkiem

Uwodzenie jest z natury niejednoznaczne. To sztuka sondowania tego, czego pragnie druga strona. (Fot. iStock)
Uwodzenie jest z natury niejednoznaczne. To sztuka sondowania tego, czego pragnie druga strona. (Fot. iStock)
Wreszcie głośno mówi się o tym, że komplement może być obraźliwy, a uwodzenie – natarczywe. Tylko czy to uczy mężczyzn mądrej bliskości? Czy wprost przeciwnie – jeszcze ich opancerza? Pytamy psychoterapeutę Roberta Milczarka. 

Mam wrażenie, że dzisiaj rytuał uwodzenia zanika. W relacjach króluje szybki seks i Tinder. Według mnie akcja Me Too, choć otworzyła nam oczy na to, czym jest i jakie formy może przybierać molestowanie seksualne, jeszcze ten flirt dobija. Młodzi mężczyźni coraz rzadziej angażują się dzisiaj we flirt. Z lęku przed przekroczeniem granicy i konsekwencjami. Uwodzenie jest przecież z natury niejednoznaczne. To sztuka sondowania tego, czego pragnie druga strona. Wysyłam kobiecie sygnały, które spotykają się z aprobatą bądź nie. Flirt to również sztuka uważności i wrażliwości. To eksperyment, w którym bierzemy pod uwagę także porażkę. Chodzi o podjęcie pewnej gry, która wiąże się z zaangażowaniem i zainwestowaniem energii.

Wiesz, dla mnie znakomitym źródłem wiedzy o mężczyznach i ich relacjach jest sauna. Wszyscy mężczyźni są tam nadzy. Nie ma statusu, uniformów, które prowokują do wzajemnej oceny i rywalizacji. W saunie wszyscy jesteśmy równi. Takie warunki otwierają na szczere rozmowy. Usłyszałem tam niedawno, że współcześni mężczyźni w ramach męskiej solidarności proszą swoich kolegów o to, żeby „sprawdzili”, czyli pouwodzili dziewczynę, z którą się umawiają, by sprawdzić, czy wejdzie z nimi we flirt. Chcą zobaczyć, czy jest godna ich zaufania. 

Czyli flirt pojawia się, ale jako źródło zła… Rozumiem, że dla współczesnych mężczyzn bardzo ważne jest poczucie kontroli? Mam poczucie, że tu akurat płeć nie ma znaczenia. Problem dotyczy tak samo mężczyzn i kobiet. Piszę teraz scenariusz filmowy na ten temat. Opowiada o iluzji kontroli zastępującej dzisiaj zaufanie. Współcześni opancerzeni mężczyźni boją się zaufać, a pancerz daje im właśnie poczucie kontroli. Tego że ktoś ich nie oszuka, nie zrani. Tylko, że zaufanie nie ma nic wspólnego z kontrolą. Kontrola przynosi pozorną ulgę.

Akcja Me Too zainicjowała rozmowę o tym, kiedy kończy się flirt i uwodzenie, a zaczyna molestowanie seksualne. Mężczyźni wyczuwają te granice? Załóżmy, że mamy taką sytuację: widzisz dwoje ludzi i nie wiesz, jaka łączy ich relacja. Mężczyzna podchodzi do kobiety od tyłu i strzela jej klapsa w tyłek. Jest przemoc? No jest. Ale później poznajesz tych ludzi i okazuje się, że to para. Kobieta uwielbia, gdy partner ociera się o nią, złapie ją za pośladek i pocałuje z języczkiem. Zatem czy to nadal jest przemoc?

Nie, pod warunkiem że mamy obopólną zgodę na tego typu zachowanie. Bo granicą jest to, na co godzą się dwie strony. Flirt jest potrzebny właśnie po to, żeby sondować siebie wzajemnie, poznawać siebie w relacji, w pełnej uważności i otwartości. Po to, żeby rozpoznać obopólne chęci. Ale nie w ten sposób, że mężczyzna podchodzi do kobiety na ulicy i strzela ją w pośladek. 

Ostatnio pojawiło się wiele filmów i seriali ukazujących właśnie tego typu zachowania. Jak reagują na nie mężczyźni? To skłania ich do zastanowienia się, jak ma wyglądać nowy wzorzec relacji damsko-męskich. Ale nie chodzi o jeden model. Wyobrażam sobie, że są kobiety, które pragną czułych mężczyzn, inne wolą barbarzyńców. Tak jak są różne zachowania seksualne: seks waniliowy czy BDSM, tak i flirt może wyglądać w różny sposób. Najważniejszy jest bezpiecznik w postaci słowa „stop”. Dopóki dwie dorosłe osoby potrafią rozpoznawać oraz respektować swoją wrażliwość i wzajemne granice, to wszystko OK. To jest pytanie o normy, bo co stanowi normę dla kierowcy Formuły 1, a co dla kierowcy niedzielnego?

No właśnie, w jaki sposób mężczyzna może wyczuć granicę między „ona chce” a „ona nie chceniewyrażoną wprost? To jest największy problem dotyczący molestowania seksualnego. Dlatego, że dzisiaj młodzi ludzie nie rozmawiają ze sobą. Nie uczą się siebie wzajemnie. Teraz chodzi o to, żeby jak najszybciej się spotkać, niekoniecznie przechodzić kolejne etapy randek czy pierwszych pocałunków. Ludzie chcą mieć gotowy produkt – partnera lub partnerkę.

Czyli mężczyźni jeszcze gorzej radzą sobie dzisiaj z wyczuwaniem tej cienkiej granicy, a kobiety nie odczytują tego, co tak naprawdę proponuje im mężczyzna? Znów przywołam przykład: w kawiarni siedzi dziewczyna, podchodzę do niej i mówię „Dzień dobry, czy mogę pani postawić kawę? Chętnie ją z panią wypiję”. Czy taka propozycja to jest przekroczenie granicy czy nie?

Jeżeli chodzi o mnie, nie przekroczyłbyś tej granicy, jeśli mogłabym ci odmówić, a ty byś to uszanował. Ale to jest bardzo dobre pytanie, ostatnio terapeuta Jacek Masłowski powiedział mi: „dzisiaj mówi się o tym, że mężczyzna molestuje kobietę, bo przytrzymuje wzrok na jej krótkiej sukience. Pytanie tylko, czy to, że zwracamy na ulicy uwagę na kobietę, to jest nasz problem?”. Stękam i wzdycham w tej sytuacji, bo mam poczucie, że jednak zmierzamy w stronę jakiegoś absurdu. W każdej sytuacji damsko-męskiej chcemy mieć jasność co do odpowiedzialności i przekraczania granicy. Tylko co jest, a co nie jest upokarzające akurat dla tej konkretnej kobiety, której składam tę propozycję? Kobieta może przecież odpowiedzieć: „Chętnie napiję się z panem kawy, dziękuję”. Może też odmówić, powiedzieć, że nie jest zainteresowana, nie czując się przy tym urażona moją propozycją. A może pomyśleć: „Co za seksista, potraktował mnie jak obiekt seksualny!”. No i udowodnij tej kobiecie, że nie jesteś wielbłądem. W jaki sposób możesz jej pokazać, że jest dla ciebie atrakcyjna, z pełnym szacunkiem dla niej? 

Nic dziwnego, że niektórzy mężczyźni wycofują się dzisiaj z flirtu. Z doświadczenia pracy w gabinecie mam takie obserwacje, że to młode pokolenia są najmocniej zainfekowane niechęcią do flirtu. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Na osiedlu, gdzie mieszkam, jest sklepik, w którym pracują matka i córka. Ze starszą, panią Hanią, często wspólnie żartujemy, co też jest rodzajem flirtu, budującego miłą atmosferę. Z córką już tak nie żartuję. Ona mogłaby odebrać flirt niezgodnie z moimi intencjami. 

Jeden z psychoterapeutów powiedział mi, że dobrym pomysłem na współczesny i nieprzekraczający granicy flirt jest zdanie: „Czy mógłbym pani powiedzieć, jakie wrażenie na mnie pani zrobiła?”. Może właśnie w ten sposób mógłbyś zagaić kobietę w kawiarni? Ale tego rodzaju pytanie zabija flirt. Na zasadzie: „Przepraszam panią, nie chcę przeszkadzać, ale jeśli tylko wyrazi pani na to zgodę, chciałbym zapytać, czy ewentualnie byłaby pani zainteresowana tym, żebyśmy umówili się na kawę. Moje pytanie nie ma znamion naruszania pani przestrzeni osobistej. Dziękuję uprzejmie z góry za każdą odpowiedź”. Oczywiście mówię to z ironią, żeby w przerysowany sposób pokazać, że zmierzamy w stronę absurdu.

Masz na myśli to, że nie ma nic gorszego w uwodzeniu niż mężczyzna, który nie wie, czego chce? Od moich pacjentek słyszę: „Jeśli mu nie powiem, to on nic sam nie zrobi”. Energia seksualna jest energią agresji. A agresja nieodłącznie wiąże się z przekraczaniem granic. Mam w domu psa i kota. Czasem jest tak, że kotka liże po uchu naszą labradorkę, a czasem ją kąsa. To rodzaj zachowania mającego uruchomić zabawę, która jednocześnie  jest i nie jest agresywna... Odwołuję się do przykładu zwierząt, ponieważ seksualność to atawistyczna część naszej natury, obudowana różnymi standardami kulturowymi. 

To energia, którą chcemy ujarzmić. Jednak wydaje się, że jeśli zbyt mocno będziemy ją cenzurować, to za jakiś czas wybuchnie z podwójną siłą. Bo seksualność i fizyczność są nieodłączną częścią człowieka. Nie da się ich w pełni okiełznać społecznie jakąkolwiek obowiązującą normą. W dodatku normy się zmieniają. 

Jak sądzisz, Me Too coś zmieni? Otworzy nas na siebie czy wprost przeciwnie zamknie? Wydaje mi się, że wpływ tej akcji najbardziej widać właśnie w codziennych relacjach damsko-męskich. Jak ty to postrzegasz? Widzę, że istnieje całkiem spora grupa mężczyzn, którzy trywializują problem molestowania kobiet. Obracają to w żart podszyty ironią i sarkazmem. Z ich perspektywy akcja Me Too jest postrzegana jako wyolbrzymianie problemu. Przecież mężczyźni od zawsze zabiegali o względy kobiet, to należy do ich naturalnego repertuaru zachowań – mniej więcej tak wygląda podejście przeciętnego faceta, słychać to w rozmowach przy piwie, w męskim gronie. Tam nie ma poprawności politycznej ani obawy przed tym, jak to zostanie ocenione. Myślę, że takie podejście jest reakcją obronną mężczyzn. Dlatego że pewne zachowania, które kiedyś były akceptowane społecznie, dzisiaj są na cenzurowanym.

Gdybyśmy weszli w to głębiej, chodzi przede wszystkim o brak zrozumienia przez mężczyzn tego, czym jest przemoc seksualna. Co to znaczy nadużywać swojej władzy i pozycji. To wszystko wynika z braku odpowiednich wzorców zachowań w relacjach damsko-męskich, które pokazywałyby, że można inaczej budować te relacje, oraz braku edukacji w tym zakresie.

A co mówią mężczyźni w twoim gabinecie? Mężczyźni trafiają do mojego gabinetu w kontekście relacji z kobietami, najczęściej dlatego, że zdradzili lub zostali zdradzeni. Albo żyli w związku nie swoim życiem, dusili się, więc zdecydowali się odejść. Najczęściej poznają wtedy inną kobietę i dostrzegają, że można funkcjonować inaczej. Przychodzą też do mnie często w kryzysie związanym z pojawieniem się dziecka. Albo mają dominującą partnerkę i matkę, wychowali się w domu bez ojca, są wycofani i pozbawieni wzorca męskości. Kwestia tego, że mężczyzna nie potrafi nawiązywać relacji z kobietą, wychodzi dopiero w trakcie terapii. Weźmy taki przykład: mężczyzna, który miał w życiu wiele powierzchownych relacji z kobietami, nagle zakochuje się i traci poczucie kontroli. Ale partnerka go zostawia, co w jego życiu powoduje ogromne spustoszenie, ponieważ dostrzega w sobie reakcje emocjonalne, których nie znał wcześniej. To właśnie kryzys powoduje, że mężczyzna zaczyna inaczej patrzeć na relacje z kobietami. Często dotyczy to tak zwanych „mężczyzn-żółwi”.

Jaki jest „mężczyzna-żółw”? Dlaczego żółw jest tak twardy? Bo naprawdę jest miękki. Tylko czasami wystawia łepek na świat, ale bardzo szybko chowa go z powrotem. „Mężczyźni-żółwie” potrafią obudowywać się taką skorupą latami, na przykład pracując nad swoją masą mięśniową na siłowni. Wysyłają w ten sposób sygnał: „uważaj, jestem tak silny, że nawet do mnie nie podchodź”. A tak naprawdę mówią: „jestem tak wrażliwy, że nie chcę tego pokazać”. Można obudowywać się również innymi rzeczami: sarkazmem, prześmiewczą postawą w stosunku do kobiet czy agresją. Taki mechanizm obronny funkcjonuje u mężczyzny na poziomie nieświadomym. 

„Mężczyzna-żółw” najczęściej radzi sobie ze wszystkim sam, jest niebywale zaradny. Kobiety może traktować na zasadzie wymiany interesów seksualno-towarzyskich, czyli „friends with benefits”. Spotkamy się raz czy dwa na seks, ale lepiej nie zbliżaj się do mnie bardzo. Bo gdybym cię pokochał, to musiałbym zaryzykować utratę kontroli, zaufać ci, a tego nie potrafię.

I jak to ma się do Me Too? Zdarza się, że mężczyźni o takiej charakterystyce wybierają przemoc seksualną, bo nie czują się wartościowi lub boją się utraty władzy rozumianej jako kontrola. Dlatego wykorzystują klisze męskości, które podsuwa im kultura, typu: „Facet nie może się mazgaić”, „Facet ma być twardy”, „Facet nie może okazywać emocji”. To ich sposób na to, żeby mieć poczucie kontroli nad kobietami.

Uważasz, że problem molestowania seksualnego kobiet dotyczy najczęściej „mężczyzn-żółwi“? To nie jest jedyny, ale częsty profil psychologiczny mężczyzny, który molestuje seksualnie. On boi się pokazać, kim jest naprawdę. W związku z tym za pomocą różnych mechanizmów obronnych obudowuje się, tworząc pancerz ochronny przed światem. Do gabinetu terapeuty trafia dopiero w ogromnym kryzysie, gdy nie jest już w stanie być żółwiem. 

„Mężczyźni-żółwie“ to pokolenie 35+ i starsi? To mężczyźni doświadczający innych stereotypów na temat męskości niż te współczesne. To pokolenia X i Y, czyli urodzone w latach 70., na początku 80. oraz wcześniej, pamiętające jeszcze rozbite kolano i słowa: „nie płacz, bądź silny, opiekuj się mamą”. Tacy mali wojownicy, którzy nie potrafią okazywać emocji. W dorosłym życiu boją się tego, że mogą pokochać kogoś tak silnym uczuciem, że stracą panowanie nad życiem. Co zatem robią? Wybierają władzę i siłę. Terapia ma służyć temu, by skontaktowali się ze swoją „miękkością”. Odkryli w sobie emocje, czułość. 

A co z młodszymi mężczyznami? Mężczyznom 20+ brakuje z kolei wzorców męskich zachowań dopasowanych do współczesnego świata, bo ojca nie było lub był nieobecny emocjonalnie w życiu syna. Tu funkcję korekcyjną może spełniać terapeuta, który będzie dla nich autorytetem i stworzy im jakieś ramy funkcjonowania. Po to, żeby mogli odnaleźć w sobie ten twardy, atawistyczny pierwiastek. 

Bardzo często spotykam u siebie studentów, których matka jest nadopiekuńcza i przeszkadza im w procesie budowania siły – przez to, że ci mężczyźni mają wszystko podane na tacy. Takie matki bez pytania wchodzą do mieszkania dorosłego syna, mają swoje klucze, zmieniają im firanki, przygotowują jedzenie, a czasem zostawiają karteczki: „co za bałagan!”. Mężczyzna tego nie chce, ale nie bardzo wie, jak może się postawić matce. Unika za wszelką cenę konfliktów. Tymczasem kłótnia i spożytkowanie konfrontacji dla rozwoju swojej sprawczości w życiu może być dla nich zastrzykiem energii: „poczułem, co to znaczy odmówić, i postawiłem na swoim”. 

Młodzi mężczyźni mają dzisiaj duży problem z doświadczaniem i przeżywaniem całego spektrum emocji definiowanych jako negatywne: od złości do bezsilności, postrzeganych społecznie jako słabość lub coś niedobrego. 

To jakie jest rozwiązanie? Jak wygląda wzorzec relacji damsko-męskich, którego dzisiaj potrzebujemy? Jest takie powiedzenie, które bardzo lubię, że zaufać tak naprawdę możemy osobom, które mają potencjał, by nas zranić. Niekoniecznie to zrobią, jednak nie wiemy, czy się tak nie stanie. Bo w relacji z kobietą rzucasz się ze skały do wody. A mężczyźni, z którymi pracuję, nie chcą tak ryzykować. Kobiety zresztą też mają z tym problem. Dlatego uważam, że zarówno mężczyznom, jak i kobietom przyda się przede wszystkim umiejetność budowania odpowiedniego poziomu uważności w kontakcie z drugim człowiekiem, trening czucia własnego ciała i przeżywania emocji, uczenia się wrażliwości na różnice.

Robert Milczarek psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności miękkich, wykładowca akademicki. Prowadzi psychoterapię indywidualną i par oraz warsztaty dla grup. Z pasji scenarzysta filmowy i autor projektu psychoedukacji poprzez sztukę filmową: seanspsychologiczny.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Po co nam flirt? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Flirt to aluzja, niedomówienie, niewypowiedziana i niespełniona obietnica, która przyspiesza rytm serca (Fot. iStock)
Flirt to aluzja, niedomówienie, niewypowiedziana i niespełniona obietnica, która przyspiesza rytm serca (Fot. iStock)
Są takie momenty, na przykład wakacje, które z pewnością sprzyjają flirtom. Czujemy się zwolnieni z zasad i norm, którymi kierujemy się na co dzień. Chcemy oddechu, a być może czegoś ważnego nam brakuje… – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Są takie momenty, na przykład wakacje, które z pewnością sprzyjają flirtom. Czujemy się zwolnieni z zasad i norm, którymi kierujemy się na co dzień. Chcemy oddechu, a być może czegoś ważnego nam brakuje… – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Czy dziś potrafimy jeszcze flirtować?  Mam wrażenie, że nawet samo słowo „flirt” wychodzi już z użycia, a co dopiero kryjąca się pod nim czynność. Kiedyś flirt był wartością samą w sobie: wyrafinowaną towarzyską zabawą, grą, a nawet sztuką, której subtelności nie wypadało popsuć szybkim skonsumowaniem wzajemnego zachwytu w formie seksualnej randki czy romansu. Mistrzów tej gry znamionowała bowiem zdolność do nieskończenie długiego delektowania się elektryzującą chwilą. „Między ustami a brzegiem pucharu”. Flirt to aluzja, niedomówienie, niewypowiedziana i niespełniona cudowna obietnica, która podnosi ciśnienie, przyspiesza rytm serca, pobudza hormony i kreatywność. Słowem, sprawia, że czujemy się młodsi, piękniejsi i sprawniejsi na wszystkich poziomach. A zarazem – co bardzo ważne – flirt jest wymagającym ćwiczeniem naszej wolnej woli na zasadzie: „Mimo że to, czego bardzo pragnę, jest możliwe, bo wystarczyłoby tylko przechylić puchar, nie decyduję się na to”. Ale dziś – zapewne na skutek konsumpcyjnej gorączki – sztuka flirtu znika z katalogu naszych międzyludzkich umiejętności. 

Co dziś nazywamy flirtem? To już nie jest flirt w prawdziwym tego słowa znaczeniu. To na ogół jawne lub prawie jawne propozycje seksualne pozbawione finezji i jakiegokolwiek wkładu intelektualnego, nie mówiąc już o uczuciowym czy duchowym. To redukcja naszych ludzkich możliwości i talentów do poziomu genitalnego. Sztuka prawdziwego flirtu, jak każda wysoka sztuka, nie powinna być instrumentalna, podporządkowana jakiemuś z góry powziętemu celowi. Redukowanie flirtu do żmudnej procedury mającej na celu jak najszybsze wynegocjowanie transakcji seksualnej z reguły prowadzi do rozczarowania, co należy uznać za zasłużoną karę za to szczególne świętokradztwo. Dlatego mistrzowie flirtu ostrzegają: „Nie próbuj chwytać wiatru, który cię zachwyca, bo zamienisz go w duszne, stojące powietrze”. 

Lepiej gonić króliczka niż go schwytać… Tak, a my teraz „idziemy na podryw”, „wyhaczyć jakieś ciacho albo fajną d..ę czy świnkę”. Bo flirt to rozrywka zmanierowanych salonów, w dodatku zapożyczona z jakiejś obcej nam kultury. A teraz przyszedł czas na pozbywanie się obcych naleciałości, czas, by wprost, szczerze, w duchu disco polo, nie owijając niczego w importowaną bawełnę, dążyć do seksu lub romansu. 

Dlaczego w okresie wakacji łatwo przychodzi nam zawieszanie partnerskich zobowiązań, umów i przysiąg, aby zacząć sprawdzać się na seksualno-matrymonialnej giełdzie? Dzieje się tak z wielu powodów. Pierwszy z nich to nasza wątpliwa monogamiczność. Wiele bowiem wskazuje na to, że monogamia to obyczaj wytworzony przez kulturę od czasu, gdy przestaliśmy wędrować i polować. Osiadły tryb życia, własność ziemi, solidne domy i gospodarstwa, znaczenie rodów i genealogii wymagały uporządkowania spraw związanych z dziedziczeniem majątku, warsztatu pracy i pozycji społecznej. Czyli potrzebna była jakaś doza pewności co do tego, które dziecko do kogo należy. Wygląda na to, że wakacyjne wędrówki i oderwanie od rzeczywistości osiadłego, przewidywalnego życia uruchamiają w wielu ludziach poligamiczny atawizm. Co więcej, nowa postać poligamii, którą można nazwać „poligamią seryjną”, staje się w naszym kręgu kulturowym coraz bardziej popularna. Nie miewamy wprawdzie kilku żon czy kilku mężów w tym samym czasie, ale coraz częściej mamy kilku mężów lub kilka żon po kolei.

Częściej słyszy się takie prezentacje! Jedną z przyczyn wzrastającej liczby rozwodów jest emancypacja kobiet, które stając się niezależne finansowo i mentalnie, nie muszą trwać u boku mężczyzn, którzy nie dość, że nie są w stanie dostarczyć im tego, czego potrzebują, to na dodatek stają się ciężarem i zamrażarką kobiecych aspiracji, możliwości. Lecz – z drugiej strony – samodzielność i samowystarczalność kobiet dla części ich partnerów może stanowić wygodne alibi zwalniające ich z wymogu lojalności wobec partnerki i odpowiedzialności za trwałość rodziny. 

Mężczyźni czują się zwolnieni z odpowiedzialności, bo ich zdaniem kobiety jakoś dadzą sobie radę? Właśnie tak. Jak widać żadna ze stron nie ma silnej motywacji do samoograniczania w nawiązywaniu nowych znajomości, ryzykownych dla trwałości związku i wspartej na nim rodziny. Obawy o to, co ludzie powiedzą, też już nas nie powstrzymują. Znajomi coraz częściej się rozwodzą albo żyją w tzw. związkach otwartych, czyli nie wymagają od siebie zachowania seksualnej wierności. Słyszymy też o poliamorii, czyli współczesnym odwzorowaniu pierwotnego, plemiennego obyczaju, zgodnie z którym zarówno kobiety, jak i mężczyźni wchodzą w seksualne relacje z innymi członkami wybranej i zdefiniowanej grupy. Jest więc wiele pokus, żeby zostać przynajmniej wakacyjnym poligamistą czy poligamistką. 

Jakie są konsekwencje coraz większego społecznego przyzwolenia na romanse? To z pewnością nie jest dobre, szczególnie dla emocjonalnego rozwoju dzieci z takich rodzin. Ale w głębi duszy przeczuwam, że wszystko dzieje się tak, jak dziać się powinno, że ta zadziwiająca kulturowa i obyczajowa transformacja, w której uczestniczymy, ma jakiś adaptacyjny sens. No bo na skutek zmian kulturowych, których głównym motorem jest spóźniona o wieki emancypacja kobiet, wyszło na jaw, że nie potrafimy tworzyć, budować, podtrzymywać, pogłębiać i rozwijać naszych partnerskich związków. 30-letni małżonkowie przychodzą na konsultację do psychoterapeuty i skarżą się na znudzenie i zanik seksualnej energii oraz namiętności w ich związku po... dwóch latach bycia razem! Oboje zaczęli więc „flirtować” z ludźmi na portalu randkowym czy na Facebooku. Bo tamci są o wiele ciekawsi i pociągający… 

No pewnie! Bo nie widzieliśmy ich np. w sobotę rano po całym tygodniu pracy! Wszechogarniający konsumpcjonizm sprawia, że nasz stosunek do miłości i związków z ludźmi też się komercjalizuje. W rezultacie na rynku matrymonialnym, w relacjach z żywymi, czującymi ludźmi, zachowujemy się jak w markecie, jak w sklepie z ubraniami. Przymierzamy, odrzucamy i zmieniamy jak najczęściej. Bez względu na to, czy jesteśmy z kimś, czy sami, kupujemy coś nowego, by poczuć się na nowo atrakcyjnymi. 

Co jeszcze sprawia, że zaczynamy korzystać z erotycznych marketów? Także to, że niemądrze, byle jak dobieramy się w pary. Lekceważymy to, co decyduje o udanym związku, ulegając czarowi atrakcyjnych opakowań, czyli znamionom sukcesu, urody, popularności czy społecznej pozycji partnera. No i szybko okazuje się, że brakuje nam tego, co najważniejsze, czyli zrozumienia, solidnego wsparcia, lojalności, bliskości, namiętności ze strony tego drugiego człowieka, słowem – miłości. Nie wiemy także, jak tworzyć związek, jak w niego inwestować. Nikt nam nie powiedział, że dobry miłosny związek jest nagrodą za ciężką pracę nad sobą każdego z partnerów, że wymaga zaangażowania, wytrwałości i wiary. Więc gdy pojawią się kłopoty, to nie przychodzi nam do głowy, że możemy nasz związek naprawić, i gonimy na zakupy, by kupić sobie coś nowego. Pragnienie szczęścia i spokoju pozostaje niezaspokojone. 

A więc flirt to potężne zagrożenie dla związku w kryzysie? To wręcz tsunami dla związku. Prawdziwy flirt można porównać do window shopping: „Podoba mi się, ale nie kupuję”. Dzisiejszy flirt to raczej obsesive shopping, czyli obsesyjne zakupy: natychmiast muszę kupić sobie coś nowego. Dzisiaj częściej to kobiety wpadają w taką zakupową gorączkę. Bo widać gołym okiem – zwłaszcza w dużych miastach – jak wiele świetnych, lecz samotnych kobiet poluje na coraz płytszym matrymonialnym rynku, zmagając się z deficytem nadających się do związku i ojcostwa mężczyzn. Nie mówiąc o tym, że zanik libido, zaburzenia erekcji i słaba jakość nasienia stają się cywilizacyjną zmorą mężczyzn. Nie tak dawno za niepłodność w związkach w 60 procentach odpowiadały kłopoty kobiet, dziś ten wskaźnik odwrócił się na niekorzyść mężczyzn.

Czyli nie lekceważmy flirtu, jeśli zobaczymy, że nasz partner czy mąż oddaje mu się choćby na Facebooku? Flirt typu window shopping może być dobrą okazją do pobudzenia gospodarki hormonalnej zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Jeśli np. kobieta będąca w stałym związku straciła w nim poczucie atrakcyjności i libido, to zachwyt w oczach innego mężczyzny, garść komplementów i erotycznych aluzji może przywrócić jej radość życia i poczucie wartości. Podobnie rzecz się ma z mężczyznami. 

No właśnie, przecież flirt wciąż może być niewinny. I taka jest jego natura, zwłaszcza w długich monogamicznych związkach. Ale, niestety, przy obecnym braku umiejętności dbania o wzajemną atrakcyjność w stałych związkach window shopping kończy się często rozbiciem wystawowej szyby, czyli seksem i rozwodem. W dodatku podczas wakacji, o których mówiliśmy, ulegamy iluzji i wydaje nam się, że życie nomady i życie osiadłe nigdy się nie spotykają. Zazwyczaj się spotykają, i to na ogół w dramatycznych okolicznościach. 

A co z niewinną letnią przygodą? Przygoda to już flirt skonsumowany. Wybita szyba wystawowa. Tu zaczyna się niebezpieczna gra, bo kupiony w takich okolicznościach towar nie ma gwarancji i nie da się go zwrócić do sklepu. W dodatku towar może zdradzać objawy przywiązania do nabywcy. Dlatego – paradoksalnie – na taką odświeżającą letnią przygodę mogą sobie ewentualnie pozwolić tylko ludzie odpowiedzialni i dobrze zakorzenieni w swoich stałych związkach. W dodatku te cechy muszą mieć obie mające się ku sobie strony. W przeciwnym razie letnia przygoda nieodzownie traci swoją lekkość oraz niewinność i staje się początkiem trudnego, nieprzyjemnego procesu rozstawania się z aktualnym partnerem i żmudnego budowania podwalin nowej relacji. 

Czyli najbezpieczniej jest flirtować ze swoim mężem czy partnerem? Do tego się to sprowadza. W wakacyjnych, nomadycznych okolicznościach – wypoczęci i opaleni, wolni od codziennych trosk – możemy odkryć naszego partnera na nowo. A po powrocie z wakacji zainwestować w swoje pasje i marzenia, stać się sami dla siebie atrakcyjnymi, a wtedy nieuchronnie w oczach partnera zobaczyć zachwyt i uznanie. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (). 

  1. Psychologia

Słowa budują rzeczywistość. Jak mówić, żeby się dogadać?

Podstawowa różnica w typach komunikacji wiąże się z rodzajem relacji, jaką się w danym momencie buduje. (Fot. iStock)
Podstawowa różnica w typach komunikacji wiąże się z rodzajem relacji, jaką się w danym momencie buduje. (Fot. iStock)
Od czego zależą: skuteczność działań, nastrój i dobre relacje z otoczeniem? W ogromnej mierze od sposobu komunikacji. Jak zatem mówić, aby się dogadać? Ćwicz z nami.

Anna chciałaby zdążyć z zakończeniem projektu, nad którym pracuje z zespołem, do końca tygodnia, tak jak przewidziano to w planie. Nie może jednak „podgonić” swojej części pracy, dopóki dane nie zostaną wprowadzone do systemu. Krzysztof, który za to odpowiada, nie przemęcza się zbytnio, jej zdaniem, i równo o 16.00 odchodzi od biurka, nie mając zamiaru zostać ani pięciu minut dłużej w pracy. Anna od kilku dni „miele” w sobie problem, z zamiarem znalezienia najlepszego rozwiązania. Dziś jednak spotkała Krzysztofa w kuchni i gdy zobaczyła, jak niespiesznie popija kawę, cała jej wyniesiona ze szkoleń wiedza na temat rozwiązywania konfliktów uleciała gdzieś w kosmos. Wypaliła: „Kiedy wreszcie nauczysz się dotrzymywać terminów?!”.

Teraz losy konfliktu leżą wyłącznie w rękach Krzysztofa, bo Anna zdecydowanie nie jest w stanie w tym momencie podejść do problemu z empatią. A jaki wybór ma Krzysztof?

Z tarczą czy na tarczy?

Krzysztof może rozegrać sytuację w myśl zasady wygrany – przegrana. „Sama komplikujesz sprawy, ciągle coś dodając do tego, co było ustalone na początku i jeszcze się mnie czepiasz? Ciesz się, że w ogóle to wpisuję, a po nocach nie mam zamiaru siedzieć w pracy!”. Wówczas on wyjdzie z utarczki zwycięsko, a Anna zostanie pogrążona i może nauczy się na przyszłość, że nie warto z nim zaczynać. Krzysztof zareaguje wtedy według schematu: „ja jestem w porządku – to z tobą coś jest nie tak, więc moja racja powinna zwyciężyć”.

Ale jeśli w głębi duszy czuje się winny i uważa, że to właśnie z nim jest coś nie w porządku (zapominając, że Anna zwiększyła ilość materiału, który trzeba opracować, dosłownie w ostatniej chwili), to rozegra konflikt w duchu przegrany – wygrana i zareaguje według schematu: „ty jesteś w porządku, to ze mną jest coś nie tak, więc ty masz rację, a ja powinienem jakoś załagodzić sytuację”. Powie więc: „Ja się starałem zrobić to na czas, ale mam tyle pracy, że nie jestem w stanie dopilnować wszystkich terminów…”. Wtedy nauką, jaką z tej sytuacji Anna wyniesie na przyszłość, będzie przekonanie, że jeśli mocno tupnie, to Krzysztof się podporządkuje i zrobi (albo przynajmniej obieca, że zrobi) to, co ona chce.

Jednak żadne z tych rozwiązań ani nie pomoże się im zaprzyjaźnić, ani nie poprawi atmosfery w firmie. Taki sposób rozmawiania kreuje pozornych zwycięzców, bo atmosfera, jaka powstaje i relacja, jaką się w ten sposób buduje, są raczej mało satysfakcjonujące. W rezultacie każdy jest przegrany.

Wygrana – wygrana

Jeżeli Krzysztofowi uda się nie podchodzić do sprawy emocjonalnie, tylko zrozumie, że optymalnie byłoby znaleźć rozwiązanie dobre dla obu stron – wtedy będzie w stanie tę kiepsko zaczętą rozmowę przekierować na tory komunikacji empatycznej. Czyli swoją postawą stworzy obszar porozumienia, w którym ludzie szanują się nawzajem, współpracując przy rozwiązywaniu problemów, a także zaprosi tam Annę.

Wtedy ich rozmowa mogłaby wyglądać tak:

Krzysztof: Co masz dokładnie na myśli, mówiąc o moim „niedotrzymywaniu terminów”?

Anna: Doskonale wiesz.

Krzysztof: Denerwujesz się, bo myślisz, że nie zdążymy?

Anna: Jak tak dalej pójdzie, to nie zdążymy na pewno, w ostatniej chwili zawsze coś się wali...

Krzysztof: Po prostu chcesz mieć zapas czasu na nieprzewidziane komplikacje?

Anna: Tak.

Krzysztof: Dobra, rozumiem. Ja też chciałbym, żebyśmy skończyli projekt na czas i robię wszystko, żeby tak się stało. Właściwie to, czego potrzebujesz, będzie w systemie jutro około południa. Czy to ci pasuje?

Anna: No, raczej tak.

Krzysztof: Super. Widzisz, ja mam komfort, kiedy pracuję według swojego założonego planu. Jak robi się za duże ciśnienie, to wysiadam. Na razie wszystko idzie dobrze.

Anna: Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam, ale się nakręciłam, że nie zdążymy, że będzie afera...

Krzysztof: Chętnie przyjmę od ciebie przeprosinową kawę, jak się to wszystko skończy.

Anna: OK. Stawiam w przyszłym tygodniu.

Taki przebieg rozmowy jest możliwy, kiedy przynajmniej jedna ze stron nie postrzega drugiej osoby jako agresora, którego trzeba zniszczyć, zmusić do działania według własnego pomysłu albo mu się poddać. Dopóki jesteśmy w stanie zobaczyć, że druga osoba to ktoś, kto ma własne plany i potrzeby, to możemy zapanować nad tym, żeby komunikacja między nami nie przybrała opresyjnej formy. Najbardziej zaciemniają obraz sytuacji emocje. Sztuką jest trzymać je na wodzy.

Słowa na wojennej ścieżce

Podstawowa różnica w typach komunikacji wiąże się z rodzajem relacji, jaką się w danym momencie buduje. Relacje oparte na egoistycznym skupieniu na własnych interesach, dominacji służącej ochronie siebie kosztem innych, skutkują stosowaniem komunikacji opresyjnej – wymuszającej określone postawy i zachowania. Relacje skupione na wzajemnej trosce, współpracy i współdziałaniu wiążą się ze stosowaniem komunikacji empatycznej – otwartej na potrzeby wszystkich i szukającej rozwiązań służących każdemu z uczestników.

Życie jest jednak zbyt skomplikowane, by mogło toczyć się według jednego podręcznikowego schematu. Z komunikowaniem się, które jest jednym z przejawów życia, dzieje się podobnie. Większość z nas używa zarówno opresyjnych, jak i empatycznych sposobów porozumiewania się z otoczeniem. Jednak dzięki zwiększaniu swojej świadomości językowej – umiejętności obserwowania, w jaki sposób rozmawiamy z innymi i z sobą samym – możemy mieć wpływ na to, jakie relacje będziemy budować z otoczeniem.

Gdy w naszych myślach i ustach pojawiają się słowa oznaczające osądy i oceny, generalizowanie w stylu „bo ty zawsze…, bo ty nigdy…”, kiedy zamieniamy się w Pytię, wieszcząc przyszłe zdarzenia, by wpływać na innych, albo zaczynamy straszyć, żeby osiągnąć pożądany rezultat, to niech to będzie dla nas znak, że włączyliśmy w sobie (pewnie nieświadomie) opresyjny styl komunikowania się. Warto się wówczas zatrzymać. Za zachowaniami ludzkimi zobaczyć ludzi, a nie własne etykiety na ich temat i w ten sposób próbować „przełączyć się” na komunikowanie empatyczne – oparte na przekonaniu, że wszyscy jesteśmy ważni, wszyscy coś czujemy i czegoś pragniemy, nie wszyscy jednak jesteśmy w stanie mówić o tym bez „nakręcania się” emocjami.

Dzieje się tak wtedy, gdy skupiamy się na jednym słowie, zdaniu, powiedzeniu i w odniesieniu do tego budujemy całą teorię na temat tego, jaki ktoś jest i co z tego wynika. Kiedy tak próbujemy „zatrzymać życie w kadrze” i odnosić się do jego wąskiego wycinka, to zapominamy, że relacja jest czymś płynnym, zmienia się z minuty na minutę, a właściwie z sekundy na sekundę, a to, co ktoś powiedział w danym momencie, nie jest całą opowieścią o tym człowieku. Jeżeli ja będę tą osobą, która zamiast potyczki zaproponuje negocjacje czy mediacje, to zwiększę prawdopodobieństwo, że mój rozmówca zatrzyma się w swoim wojennym pędzie albo przestanie przede mną uciekać, bo zorientuje się, że „agresor” to etykieta, jaką mi nadał, a nie cała prawda o mnie.

  1. Psychologia

Co w życiu jest dla ciebie najważniejsze? - 10 inspiracji Bartona Goldsmith'a

W codziennym biegu łatwo zapomnieć o naprawdę ważnych sprawach. (Fot. iStock)
W codziennym biegu łatwo zapomnieć o naprawdę ważnych sprawach. (Fot. iStock)
Zastanawiasz się czasem, co w życiu jest naprawdę istotne? Co ma dla ciebie największą wartość? Dr Barton Goldsmith napisał listę 10 najważniejszych spraw, które zawsze warto mieć na uwadze. Czy zgadzasz się z nim?

Dr Barton Goldsmith jest znanym, wielokrotnie nagradzanym amerykańskim psychoterapeutą, pisarzem i publicystą. Regularne pojawia się w: CNN, Good Morning America, CBS News, NBC News, The Greg Behrendt Show. Od ponad 30 lat pracuje jako psychoterapeuta specjalizujący się w psychologii życia, miłości i dążeniu do szczęścia. Na podstawie swojego zawodowego i życiowego doświadczenia napisał listę 10 najważniejszych spraw, o których warto w życiu pamiętać i realizować je. Oto one:

1. Najważniejsze, co rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci, to mieć dobre relacje z innymi. W ten sposób dzieci otrzymują lekcję, jak z kimś być.

2. Najważniejszą rzeczą, jaką człowiek może zrobić dla drugiego człowieka, to kochać. Jeśli twój partner czuje się kochany, powstaje silny fundament związku.

3. Najważniejsze, co kobieta może zrobić dla swojego partnera, to być jego cheerleaderką. Bądźcie gwiazdami w swoich oczach.

4. Najważniejsze, co możesz zrobić dla siebie, to czuć, że jesteś wystarczająco dobra. Nie musisz być najlepsza we wszystkim, aby mieć wspaniałe życie. Nie pozwól nikomu krytykować czegoś, co zrobiłaś, by czuć się dobrze.

5. Najważniejsze w życiu jest to, żeby czuć się kochanym. Naprawdę uważam, że bycie w związku to jedyny sposób, żeby naprawdę poczuć życie w pełni.

6. Najważniejszą rzeczą do zrobienia w życiu jest przyczynienie się do dobrobytu ludzkości. Wiedza o tym, iż będąc tu, sprawiłeś, że świat stał się choć trochę lepszy, powoduje, że życie ma głębszy sens.

7. Najważniejszą rzeczą do zapamiętania jest to, że jakaś szczególna osoba była dla ciebie dobra. Na przykład nauczyciel w szkole średniej pomógł odkryć ci talent pisarski albo babcia obdarzyła cię bezwarunkową miłością.

8. Najważniejsze jest, aby nie marnować czasu na ranienie siebie takimi emocjami jak: złość, gniew, żal, poczucie krzywdy, chęć odwetu. Praca wewnętrzna nad negatywnymi emocjami pozwoli ci nie tracić cennych minut życia.

9. Najważniejszą rzeczą na świecie są ludzie. Jeśli byłabyś tu sama, jak wyglądałaby ta planeta? Ceń swoje życie i dziel się nim z innymi.

10. Najważniejszą rzeczą w życiu jest poczucie, że żyje się najlepiej, jak się potrafi.

  1. Psychologia

Praktyka uważności w drodze do pracy

Zachowaj w sobie medytacyjny spokój i uważny kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Zachowaj w sobie medytacyjny spokój i uważny kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Być może ranna podróż do pracy pociągiem, tramwajem, autobusem czy metrem nie jest twoją ulubioną częścią dnia. Być może daje znać o sobie senność, może jest tłoczno lub duszno. Czasami drażnią cię zapachy, hałas, cudze rozmowy przez telefon i sygnały wiadomości, korki i dłużący się czas. Postaw na praktykę uważności.

(Z drobną modyfikacją poniższą praktykę możesz także zastosować, stojąc w kolejkach.)

Nie odcinaj się, nie dystansuj od tych przeżyć. Schowaj komórkę, zamknij książkę czy gazetę, wyłącz muzykę i ściągnij słuchawki. Chwilę zanurz się w aktualną sytuację, pozwól sobie doświadczyć wszystkiego, co aktualnie czujesz: komfortu i dyskomfortu w różnych postaciach. Nie oceniaj ani nie nazywaj pojawiających się doświadczeń. Nie zwracaj uwagi na jeden bodziec, daj sobie doświadczyć całości.

Zamknij oczy. Zwróć uwagę na swój oddech, obudź jego świadomość na poziomie ciała i psychiki. Poczuj, co przynoszą wdechy i co zabierają wydechy. Skup się na swoich odczuciach aktualnej sytuacji na poziomie ciała, emocji, zmysłów… Daj sobie doświadczyć dźwięków, które słyszysz (nie etykietując ich), miarowego stukotu tramwaju czy pociągu lub dźwięków jazdy autobusu, tego jak twój środek lokomocji się zatrzymuje, wysiadają i wsiadają pasażerowie itd. Nie nazywaj tego, co czujesz czy słyszysz, nie oceniaj, po prostu daj sobie to przeżyć bezpośrednio.

Jak masz trochę więcej czasu możesz przez kilka do kilkunastu minut kultywować w sobie przyjazne nastawienie, pełne akceptacji, życzliwości, a może nawet miłości. Wobec siebie i wobec innych. Posłuchaj, jakie życzenie do siebie samego wypływają twojego serca i wypowiedz je w myślach, np. Obym miał się dobrze… Obym był bezpieczny… Obym był spokojny… etc. Po każdym życzeniu, które się pojawi pozostań chwilę w uważnej ciszy, pozwalając, by przez 1-2 minuty wybrzmiewało w tobie… Następnie z życzliwością skieruj uwagę na osoby wokół ciebie i skup się na życzeniach do nich, które wypływają z twojego serca. Niech te życzenia staną się pewnego rodzaju nośnikiem życzliwości, przyjaznego nastawienia, dobrej woli dla innych pasażerów, np. Oby moi współpasażerowie mieli się dobrze… Oby czuli się bezpieczni i pewni siebie… etc. Po każdym życzeniu, które się pojawi pozostań chwilę w uważnej ciszy.

Następnie wróć jeszcze do świadomości oddechu i uważności siebie w tym miejscu i czasie. Powoli pozwól, by uwaga wracała do świata zewnętrznego, otwórz oczy, ale pozostań nadal uważny. Nie aktywizuj zmysłów, pozwól, by wzrok i inne zmysły powoli dostosowały się do świata zewnętrznego. Zachowaj w sobie medytacyjny spokój i uważny kontakt z rzeczywistością, jak również gotowość do nieoceniającego przyjmowania pojawiających się przeżyć.

  1. Psychologia

Jakie cechy mężczyźni lubią u kobiet? Bo chciałabym być perfekcyjna...

Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Ryzykując pokazanie się facetowi taką, jaka jesteś możesz zyskać go naprawdę, na długo. Udając kogoś innego, kogoś łatwego w życiu i przyjemnego do patrzenia skazujesz siebie na to, że cały czas trzeba będzie ten wizerunek pielęgnować i poświęcać mu dużo czasu i wysiłku.

Na pewno faceci mają kilka ulubionych cech u kobiet, ale chyba po prostu są to cechy, które są doceniane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn. Do nich można zaliczyć: poczucie humoru, optymizm, ciekawą osobowość, dojrzałość emocjonalną, poczucie własnej wartości.

Najważniejsze, żeby najpierw polubić siebie i swoje wady, a nie tylko zalety! Żeby potem móc polubić kogoś innego, również z jego zaletami i wadami.
Jeżeli masz takie wysokie oczekiwania w stosunku do siebie – to nie będziesz też akceptować normalności i wad u mężczyzny – to obusieczna broń.

To, ile jesteśmy w stanie dać swobody innym – tyle możemy dać akceptacji sobie. I odwrotnie!
Nie pytaj więc, jak możesz być atrakcyjniejsza dla facetów, tylko jak być sobą w relacji z facetami..,

  • Mężczyzna może się w tobie zakochać, jeśli pokażesz mu siebie. Jeżeli będziesz się starała byś perfekcyjna, to zakocha się w idei, o ile w ogóle się zakocha, a nie w tobie.
  • Jeżeli pozwolisz mu na to, żeby mężczyzna się zakochał w koncepcie ciebie idealnej, to jesteś zamknięta w celu, w jaskimi, w klatce własnego wizerunku.
  • Bycie w tej celi oznacza, że musisz umniejszać swoje prawdziwe "ja" cały czas. Oznacza, że będziesz coraz bardziej rozgoryczona i ściśnięta.
  • Dlaczego tak się dzieje? I co powoduje, że kobiety same zamykają się w więzieniu, nie mówią i nie pokazują siebie, a co gorsze - boją się siebie?
  • Bierze się to z tego, że przez dłuższy czas lub całe życie twoje pragnienia nie były ważne i nikt nie zachęcał cię żebyś je okazywała, a wręcz przeciwnie: Twoje pragnienia były nieważne, a ty żeby przeżyć, musiałaś być nieobecna.
  • Kobiety z takim syndromem są często bardzo pomocne, chętne do dawania, bardzo miłe, chętnie do uśmiechu, wyglądają bosko, tak też się prezentują, a w środku jest lęk, że ktoś odkryje, że nie są takie świetne, że mają fałdkę na brzuchu.
  • Uwierz, że mężczyźni chcą poznać ciebie, a nie twój obraz ciebie. Bo przy kobiecie, która akceptuje się ze wszystkim i potrafi być wyluzowana i normalna - oni także mogą poczuć się swobodnie.
  • Musisz budować granice, a nie mieć ich coraz mniej, a twoje pytanie brzmi, jakbyś jeszcze i tę resztkę chciała usunąć.
  • Budowanie granic to uczenie się tego, co lubisz lub nie lubisz, chcesz lub nie chcesz, godzisz się lub nie godzisz, a potem okazywanie tego. Dla przykładu takie stwierdzenie "Nie lubię, jak mężczyzna moich marzeń mnie ignoruje. Nie chce być ignorowana". To jest hasło do ciebie, o tobie, to nie jest hasło, które ma zmienić jego. Jest związane z tobą. Ty musisz najpierw wiedzieć, czego nie chcesz i nie zgadzać się na to.
  • Masz się uczyć poznawać swoje potrzeby i wyrażać je. Wprost.
  • Z czasem będzie cię coraz bardziej drażnić, że nie masz czegoś, co chcesz lub masz coś, co cię nie spełnia. Coraz lepiej będziesz wiedziała, co robić. Ale na to potrzeba czasu, bo też przez długi czas zagłuszałaś swoje pragnienia.
  • Wracając do twojego pytania. Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. Ta sama wada u jednej kobiety jest zaletą według innego faceta. Trzeba trafić na swojego, na tego, który będzie lubił twoje duże biodra, to że śpisz do południa i to że lubisz się kochać po kilka razy dziennie lub odwrotnie.
  • To co jest ważne, to bycie sobą i stanie za sobą. Taka kobieta jest bardzo atrakcyjna, gdyż związek z nią ma duże szanse być długi i spełniający. Kobieta, która umie powiedzieć: "Nie, dziękuję" jest dla mężczyzny atrakcyjna. Oznacza, że jest silna i dba o swoje potrzeby przez co on nie musi się bać, że ją skrzywdzi.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, wyd. Zwierciadło.