1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pochwała spaceru

Pochwała spaceru

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
To nic nowego, że wszelka aktywność fizyczna niesie ogromne korzyści dla psychiki. Co robić jednak, gdy nie chcesz, nie możesz, nie masz w sobie na tyle determinacji, by trenować? Spaceruj.

Chodzenie jest przyjemne dla większości ludzi, ponieważ to aktywność niezbyt wymagająca. Można się w nią zaangażować bez wskazówek specjalisty. Udowodniono, że na spacer warto wybrać się rano. Poranny spacer, kiedy umysł i ciało nie są jeszcze zmęczone, daje niezwykłe korzyści psychologiczne.

Naukowcy zbadali że chodzenie zmniejsza poziom lęku i depresji, a wpływa pozytywnie na rewitalizację, pozytywne zaangażowanie w życie i odczuwanie spokoju. Jest to zwłaszcza potrzebne osobom, które żyją w wielkich miastach. Spacery mają na nie uspakajający i relaksujący wpływ. Ważne jest, gdzie spacerujemy. Im bliżej natury jesteśmy, tym lepiej. Spacery po lesie, parkach są jak najbardziej pożądane. Wykazano, że najwięcej korzyści dają spacery w samotności. Osamotnienie bowiem daje nam szansę na cichą medytację czy kontemplację, które pozwalają nam poczuć się w tu i teraz. Regularne spacery zwiększają motywację do działania i podnoszą energię życiową.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Kiedy idziesz, czas zwalnia - jakie są korzyści ze spacerów?

każda wędrówka pozwala lepiej poznać świat i samego siebie. (Fot. iStock)
każda wędrówka pozwala lepiej poznać świat i samego siebie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Spacer po okolicy to nie to samo co samotna wyprawa na biegun. Jednak każda wędrówka pozwala lepiej poznać świat i samego siebie. Zdaniem norweskiego podróżnika i autora książek Erlinga Kaggego, chodząc, medytujemy, doświadczamy emocji i więcej dostrzegamy.

Spacer po okolicy to nie to samo co samotna wyprawa na biegun. Jednak każda wędrówka pozwala lepiej poznać świat i samego siebie. Zdaniem norweskiego podróżnika i autora książek Erlinga Kaggego, chodząc, medytujemy, doświadczamy emocji i więcej dostrzegamy.

Ma pan na koncie między innymi zdobycie pieszo dwóch biegunów i wspinaczkę na Mount Everest. Czy podróżnik z takim dorobkiem mógłby zamieszkać na stałe w dużym mieście, np. w Nowym Jorku? Mógłbym żyć gdziekolwiek. Ale z mieszkaniem w dużym mieście wiąże się popełnianie największego błędu, jaki my, ludzie, dziś robimy – życie w odcięciu od natury. Matka Ziemia ma już ponad pięć miliardów lat, a nasze pokolenie ma głównie styczność ze środowiskiem stworzonym przez człowieka: drogami, autobusami, metrem, budynkami. Epidemia koronawirusa powinna nas skłonić do większego wsłuchania się w naturę i przypomnienia sobie, skąd pochodzimy. Właśnie dostajemy od niej wskazówkę, by żyć w znacznie prostszy sposób niż dotychczas. Według mnie sekret dobrego życia tkwi w tym, by ono było jak najprostsze – wtedy umiemy cieszyć się z pozornie banalnych rzeczy. Ludzie tak żyli przecież przez tysiące lat.

Czyli ograniczenia, w jakich teraz żyjemy, mogą być okazją do zdobycia nowych doświadczeń?  Praca, biznes i system edukacji skłaniają nas do życia na wysokich obrotach, uzyskiwania coraz wyższych płac, lepszych wyników... Z powodu tej pogoni wielu ludzi zapomniało o zwyczajnym chodzeniu, wędrówkach, które skłaniają do ciszy, refleksji i uspokojenia.

Wrócę jeszcze do myśli o zamieszkaniu w Nowym Jorku. Zaskoczyła mnie ta odpowiedź, bo pańska poprzednia książka mówiła o poszukiwaniu ciszy. Odnalazłby pan ją w wielkim mieście? Tak, bo najbardziej istotna cisza to ta, która jest w nas. Pana cisza może się różnić od mojej. W wielkim mieście nie można czekać, aż cisza przyjdzie do ciebie, trzeba jej szukać w swoim wnętrzu. Choć w Nowym Jorku, gdzie prawie wszystko jest stworzone przez człowieka, to na pewno trudniejsze.

Na razie nie możemy latać po świecie i być może długo nie będziemy chcieli. Może rozsmakujemy się w spacerach po najbliższej okolicy, co promuje pan w książce "Idź krok po kroku".  Teraz wielu ludzi nie może lub nie chce jeździć autobusem czy metrem, więc częściej chodzą po mieście. Spacery przeżywają swój renesans. I to jest bardzo dobre nie tylko dla ludzi, ale też dla świata.

Erling Kagge, 'Idź krok po kroku' (Wydawnictwo Muza 2020) Erling Kagge, "Idź krok po kroku" (Wydawnictwo Muza 2020)

Chodzenie pochłania ogromną ilość czasu. A przecież czas to pieniądz... (śmiech) Szanuję ludzi, którzy mają zbyt mało czasu na chodzenie, ale jednocześnie wielu z nich spędza co najmniej trzy, cztery godziny dziennie w mediach społecznościowych. Nic więc dziwnego, że skarżą się na brak czasu. Marnujemy swój czas, a przynajmniej jego istotną część, a potem twierdzimy, że życie jest za krótkie. Tymczasem życie jest długie, jeśli się je dobrze wykorzystuje. Gdy chodzisz, to wydłużasz swój czas i przestrzeń. Bo dostrzegasz, słyszysz, dotykasz i czujesz. Kiedy się poruszasz, tak wiele się dzieje, więc masz wrażenie, że czas zwalnia. Jego upływ staje się więc czymś względnym.

Pisze pan, że stawianie jednej nogi przed drugą to jedna z najważniejszych czynności, jakie wykonujemy w życiu. Czy dlatego, że to tak dobre dla zdrowia, jak twierdził już Hipokrates?  Gdyby tylko o to chodziło, to nie napisałbym całej książki na ten temat. Homo sapiens nie wymyślił chodzenia na dwóch nogach, tak robi wiele zwierząt. Jednak przez kilkaset tysięcy lat robiliśmy to z upodobaniem, teraz przestaliśmy. Przez większość dnia siedzimy na tyłku, odkrywając świat poprzez ekran monitora. To nas zmienia jako ludzi.

W poprzedniej książce pisał pan, że chodzenie to bliski partner ciszy. Czy spacery można traktować jako formę medytacji lub ćwiczenie mindfulness?  Zdecydowanie tak. To też powód, dla którego tak lubię wędrówki. Gdybym się urodził w Indiach, to prawdopodobnie uprawiałbym jogę, siedząc w kucki. Ale jestem Norwegiem, który ma dużo przestrzeni do chodzenia, no i ma góry. Dla nas chodzenie to właśnie forma medytacji w ruchu. Nawet podczas spacerów w dużym mieście, choć to trudniejsze. Mieszkam na obrzeżach Oslo i dziś rano poszedłem odebrać swój samochód z warsztatu. Stawiałem krok za krokiem i wsłuchiwałem się w śpiew ptaków, w to, jak bije mi serce... Raptem dwudziestominutowy spacer o poranku bardzo mnie zrelaksował. Kiedy jesteś w ruchu, twój umysł pracuje zdecydowanie lepiej, rodzą się nowe pomysły, pojawiają się emocje. To ma swoje odzwierciedlenie nawet w naszym języku, na przykład po angielsku „motion” oznacza ruch, a emocje to „emotion”. Podobnie jest w norweskim czy sanskrycie. Niektórzy to czują podświadomie – gdy chcą coś wymyślić albo odbyć ciekawą rozmowę przez telefon, to spacerują.

O głębsze refleksje pewnie łatwiej na samotnych wyprawach niż spacerze po mieście i najbliższej okolicy.  W mieście, z dala od natury, jest na pewno inaczej, ale zasada „w ruchu umysł lepiej działa” nadal obowiązuje. Może to frazes, ale bardzo wiele interesujących rzeczy znajdziesz na swoim podwórku. Zdecydowanie warto wędrować po okolicy.

Proszę mnie przekonać do takiej mikropodróży. Mieszkam w tym samym miejscu od 21 lat i nadal znajduję coś interesującego w okolicy. To drobne rzeczy, obserwuję na przykład, jak wieje dziś wiatr, w jakim nastroju są ludzie, których mijam podczas przechadzki. Dzięki tym wędrówkom zauważam też powoli dokonujące się zmiany, choćby to, na których budynkach niszczeje farba, a które są odnawiane. Takie spacery nie wzbogacają tak bardzo jak wyprawa na biegun, ale nadal są interesujące. Bo jesteśmy częścią tego, co spotykamy na swojej drodze. Zresztą mógłbym pana przez pół dnia przekonywać, że warto chodzić, ale byłoby to marnowaniem czasu. Lepiej, aby pan się w tym czasie przeszedł i sam o tym przekonał. Bez telefonu, skupiając się na tym, co wokół.

Erling Kagge podczas samotnej wyprawy na biegun (fot. materiały prasowe) Erling Kagge podczas samotnej wyprawy na biegun (fot. materiały prasowe)

Dobrze, zrobię to po naszej rozmowie. W książce wspomina pan o swoich córkach. Początkowo nie były przekonane do wspólnych spacerów. Nadal tak jest? Dziś już nie muszę ich namawiać. Poznały wartość spacerowania, doceniają towarzyszącą im wtedy ciszę i same bardzo dużo chodzą. A jeszcze kilka lat temu młodsza, dziś 17-letnia, uważała, że „wszystko to gówno prawda”, a cisza jest „bardzo dziwna”.

Czy ma pan jeszcze jakieś marzenia związane z wędrówkami? Samo życie to bardzo długa wędrówka, a ja nie jestem nawet w jej połowie. Ciągle marzę. Teraz na przykład o tym, że piechotą pójdę do Anglii. Tam jest moja przyjaciółka, z którą z powodu pandemii nie mogę się teraz spotkać. Są jeszcze miejsca, do których chciałbym dotrzeć pieszo, te nieodkryte jeszcze przez ludzi. Czasami rozmawiam z Markiem Kamińskim i namawiam go, byśmy wyruszyli gdzieś razem. Ale ciągle nie mamy sprecyzowanego planu. Obydwaj mamy już na koncie ekstremalne wyprawy i obydwaj też jesteśmy na tym etapie życia, że wolimy zwolnić. Zatem nie będziemy podejmować żadnych wielkich wyzwań. Raczej chcemy w takiej wędrówce poznać nowe wartości, podejść do czegoś pod innym kątem.

Co chciałby pan, aby czytelnik zrobił po przeczytaniu pana książki? Po prostu wyszedł na spacer. Życie polega na poszukiwaniu swoich biegunów południowych. Wędrówki, także te krótkie, to odkrywanie siebie podczas odkrywania świata.

Erling Kagge, norweski, podróżnik, pisarz, wydawca, kolekcjoner sztuki, filozof i polityk. Zdobywca biegunów północnego i południowego oraz Mount Everestu. Jako pierwszy człowiek osiągnął pieszo tzw. trzy bieguny. "New York Times" napisał o nim, że jest "filozoficznych poszukiwaczem przygód" lub "poszukującym przygód filozofem".

  1. Zdrowie

Sezon na kleszcze - jak zabezpieczyć siebie i swojego pupila przed kleszczami

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Ciepła pogoda sprzyja wychodzeniu z psem na spacery i wędrówki po lesie. Należy jednak pamiętać, że z takiego spaceru możemy wrócić z pasażerem na gapę - kleszczem. Kleszcze to pajęczaki niewielkich rozmiarów, które trudno zauważyć w trawie czy zaroślach. Mogą atakować zarówno zwierzęta, jak i ludzi, dlatego ważne jest by stale pamiętać o profilaktyce i ochronie przeciwkleszczowej siebie i swojego pupila. Dowiedz się więcej na temat kleszczy i sprawdź w jaki sposób najprościej się przed nimi chronić!

Co powinieneś wiedzieć o kleszczach

Zmiany klimatu, bezmroźne zimy przyczyniły się do tego, że kleszcze mogą być aktywne praktycznie przez cały rok (wystarczy im temperatura wyższa niż 5-7 st. Celsjusza). Najczęściej spotyka się je od początku  marca. Kleszcze występują w wysokich trawach, zaroślach, lasach i na łąkach. Mogą pojawić się nawet na przydomowych trawnikach, placach zabaw i parkach miejskich. Bardziej niż ludzie na ukąszenie przez kleszcza narażone są psy, które ocierają się o trawy podczas spacerów. Kleszcze wyczuwają zapach i wibracje, potrafią chwycić się sierści lub wejść po naszym ubraniu i szukać miejsca odpowiedniego do wkłucia się. Najczęściej wkręcają się tam, gdzie skóra jest cienka i ciepła, czyli w okolicach uszu, szyi, pachwin, brzucha czy ogona. Rzadziej spotyka się je na grzbiecie lub boku psa, to tam skóra ma niższą temperaturę i jest mniej ukrwiona. 

Dlaczego ważna jest ochrona przeciwkleszczowa

Kleszcze po znalezieniu dla siebie odpowiedniego miejsca na ciele żywiciela wkłuwają się, jednocześnie wydzielając substancję znieczulającą, dzięki czemu jest to bezbolesne i czasem może minąć nawet kilka godzin aż zorientujemy się, że ugryzł nas kleszcz. U psów jeszcze trudniej jest je od razu zauważyć ze względu na gęstą sierść. Kleszcze przenoszą mnóstwo chorób, które zagrażają nie tylko ludziom, ale i zwierzętom. Należą do nich m. in.: borelioza, babeszjoza, anaplazmoza, odkleszczowe zapalenie mózgu i hepatozoonoza. Pojawienie się tych chorób ciężko jest od razu zdiagnozować, ponieważ mogą one rozwijać się w organizmie nie dając żadnych objawów, a zmiany powstałe w ich skutek w narządach są zwykle nieodwracalne. 

Jak zabezpieczyć się przed ugryzieniem kleszcza

Kleszcze są najbardziej aktywne w godzinach porannych i popołudniowych, a najmniej w okolicach południa, gdy temperatura powietrza jest najwyższa. Dobrym nawykiem jest, by po powrocie ze spaceru porządnie wytrzepać ubranie i dokładnie obejrzeć siebie oraz naszego pupila. Warto również korzystać z preparatów ochronnych - przeciwkleszczowych. Na rynku znajdziemy ogromny wybór skutecznych repelentów i sprayów na bazie naturalnych składników, które odstraszają kleszcze. Dla psów również mamy spory wybór. Możemy wybrać obrożę przeciwkleszczową, krople, spraye, tabletki lub zawieszkę odstraszającą kleszcze. Trzeba pamiętać że wszystkie te metody są skuteczne, jednak nie dają 100% ochrony a jedynie zbliżają się do tego wyniku. Ich wybór zależy od naszych predyspozycji, a jeśli mamy jakiekolwiek wątpliwości, najlepiej skonsultować się z weterynarzem lub doświadczonym specjalistą w dobrym sklepie zoologicznym i zadecydować, który sposób ochrony naszego pupila będzie najbardziej skuteczny. 

Ochrona przed kleszczami - obroża przeciwkleszczowa

Obroża przeciwkleszczowa ma najdłuższe działanie ze wszystkich preparatów ochronnych. Swoją skuteczność zachowuje nawet przez 6- 8 miesięcy, co oznacza że wystarcza na cały sezon. Obrożę przeciwkleszczową zakłada się na szyję psa dopasowując ją do obwodu szyi, tak by nie była za luźna ani zbyt ciasna. Obroża powinna być noszona przez psa cały czas z wyjątkiem kąpieli (chyba, że kupimy obrożę wodoodporną). Obroże przeciwkleszczowe najlepiej sprawdzają się u psów z krótką sierścią.

Ochrona przed kleszczami - krople przeciwkleszczowe typu spot-on

Krople przeciwkleszczowe stosuje się bezpośrednio na skórę zwierzęcia - na karku i wzdłuż tułowia (tak, by uniemożliwić psu zlizywanie preparatu). Substancja działa powierzchniowo, nie przenika do organizmu. Trzeba pamiętać, że 2 dni przed i po zakropleniu pies nie powinien być kąpany. Krople stosuje się co 4 tygodnie. Z podaniem kolejnej dawki nie należy czekać do ostatniego dnia, można ją podać trochę wcześniej.

Ochrona psa przed kleszczami - preparaty przeciwkleszczowe w sprayu

Spraye, podobnie jak krople również stosuje się bezpośrednio na skórę. Nie jest to sposób długotrwały i najczęściej stosuje się go u małych psów, które są za młode na inne metody ochrony. Stosuje się ok. 5-10 psiknięć na kilogram masy psa.

Ochrona psa przed kleszczami - tabletki przeciw kleszczom

Skuteczność tabletek to około 1 - 3 miesięcy. Substancje zawarte w tabletkach rozchodzą się po organizmie psa skąd są systematycznie uwalniane. Nie zaleca się podawania tabletki przeciw kleszczom psom z problemami układu pokarmowego, nie należy ich również rozdrabniać (pies powinien połknąć ją w całości). Dzięki działaniu tabletki, kleszcze znajdujące się na skórze psa są całkowicie unieszkodliwiane. Ta metoda ochrony przed kleszczami jest jednak mocno kontrowersyjna. Tabletki przeciwkleszczowe powodują bowiem wiele skutków ubocznych u psów (m. in. padaczka, niewydolność nerek, problemy z trzustką i skórą), mogą nawet prowadzić do śmierci zwierzęcia. Dlatego też wielu weterynarzy i specjalistów pracujących ze zwierzętami i w dobrych sklepach zoologicznych nie zaleca jej stosowania.

Ochrona psa przed kleszczami - ultradźwiękowe odstraszacze kleszczy

Ultradźwiękowe odstraszacze kleszczy to nowość na rynku. Dostępne w formie zawieszek, działają na baterie. Emitują ultradźwięki, które wpływają na narząd Hallera u kleszczy - nie wyczuwają one bliskości psa. Działanie tych urządzeń szacuje się na ok. od 10 miesięcy do nawet dwóch lat.

O czym pamiętać przed wyborem konkretnej metody ochrony przed kleszczami

Zanim zdecydujesz o zamówieniu konkretnych kropli czy obroży przeciwkleszczowej, pamiętaj o sprawdzeniu następujących rzeczy:
  • waga psa
  • alergie (czy jest uczulony na któryś składnik preparatu)
  • inne zwierzęta w domu (niektóre środki ochrony przed kleszczami dla psa, mogą być szkodliwe dla innych zwierząt, które mieszkają z nami w domu)
  • środki ochrony przed kleszczami a kontakt z wodą (obrożę przeciwkleszczową czy zawieszkę lepiej zdjąć przed kąpielą psa i założyć ponownie na suchą sierść)
  • mycie rąk (jeśli pies ma obrożę przeciwkleszczową należy pamiętać o myciu rąk po zabawie z nim).

  1. Psychologia

Jakie cechy mężczyźni lubią u kobiet? Bo chciałabym być perfekcyjna...

Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Ryzykując pokazanie się facetowi taką, jaka jesteś możesz zyskać go naprawdę, na długo. Udając kogoś innego, kogoś łatwego w życiu i przyjemnego do patrzenia skazujesz siebie na to, że cały czas trzeba będzie ten wizerunek pielęgnować i poświęcać mu dużo czasu i wysiłku.

Na pewno faceci mają kilka ulubionych cech u kobiet, ale chyba po prostu są to cechy, które są doceniane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn. Do nich można zaliczyć: poczucie humoru, optymizm, ciekawą osobowość, dojrzałość emocjonalną, poczucie własnej wartości.

Najważniejsze, żeby najpierw polubić siebie i swoje wady, a nie tylko zalety! Żeby potem móc polubić kogoś innego, również z jego zaletami i wadami.
Jeżeli masz takie wysokie oczekiwania w stosunku do siebie – to nie będziesz też akceptować normalności i wad u mężczyzny – to obusieczna broń.

To, ile jesteśmy w stanie dać swobody innym – tyle możemy dać akceptacji sobie. I odwrotnie!
Nie pytaj więc, jak możesz być atrakcyjniejsza dla facetów, tylko jak być sobą w relacji z facetami..,

  • Mężczyzna może się w tobie zakochać, jeśli pokażesz mu siebie. Jeżeli będziesz się starała byś perfekcyjna, to zakocha się w idei, o ile w ogóle się zakocha, a nie w tobie.
  • Jeżeli pozwolisz mu na to, żeby mężczyzna się zakochał w koncepcie ciebie idealnej, to jesteś zamknięta w celu, w jaskimi, w klatce własnego wizerunku.
  • Bycie w tej celi oznacza, że musisz umniejszać swoje prawdziwe "ja" cały czas. Oznacza, że będziesz coraz bardziej rozgoryczona i ściśnięta.
  • Dlaczego tak się dzieje? I co powoduje, że kobiety same zamykają się w więzieniu, nie mówią i nie pokazują siebie, a co gorsze - boją się siebie?
  • Bierze się to z tego, że przez dłuższy czas lub całe życie twoje pragnienia nie były ważne i nikt nie zachęcał cię żebyś je okazywała, a wręcz przeciwnie: Twoje pragnienia były nieważne, a ty żeby przeżyć, musiałaś być nieobecna.
  • Kobiety z takim syndromem są często bardzo pomocne, chętne do dawania, bardzo miłe, chętnie do uśmiechu, wyglądają bosko, tak też się prezentują, a w środku jest lęk, że ktoś odkryje, że nie są takie świetne, że mają fałdkę na brzuchu.
  • Uwierz, że mężczyźni chcą poznać ciebie, a nie twój obraz ciebie. Bo przy kobiecie, która akceptuje się ze wszystkim i potrafi być wyluzowana i normalna - oni także mogą poczuć się swobodnie.
  • Musisz budować granice, a nie mieć ich coraz mniej, a twoje pytanie brzmi, jakbyś jeszcze i tę resztkę chciała usunąć.
  • Budowanie granic to uczenie się tego, co lubisz lub nie lubisz, chcesz lub nie chcesz, godzisz się lub nie godzisz, a potem okazywanie tego. Dla przykładu takie stwierdzenie "Nie lubię, jak mężczyzna moich marzeń mnie ignoruje. Nie chce być ignorowana". To jest hasło do ciebie, o tobie, to nie jest hasło, które ma zmienić jego. Jest związane z tobą. Ty musisz najpierw wiedzieć, czego nie chcesz i nie zgadzać się na to.
  • Masz się uczyć poznawać swoje potrzeby i wyrażać je. Wprost.
  • Z czasem będzie cię coraz bardziej drażnić, że nie masz czegoś, co chcesz lub masz coś, co cię nie spełnia. Coraz lepiej będziesz wiedziała, co robić. Ale na to potrzeba czasu, bo też przez długi czas zagłuszałaś swoje pragnienia.
  • Wracając do twojego pytania. Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. Ta sama wada u jednej kobiety jest zaletą według innego faceta. Trzeba trafić na swojego, na tego, który będzie lubił twoje duże biodra, to że śpisz do południa i to że lubisz się kochać po kilka razy dziennie lub odwrotnie.
  • To co jest ważne, to bycie sobą i stanie za sobą. Taka kobieta jest bardzo atrakcyjna, gdyż związek z nią ma duże szanse być długi i spełniający. Kobieta, która umie powiedzieć: "Nie, dziękuję" jest dla mężczyzny atrakcyjna. Oznacza, że jest silna i dba o swoje potrzeby przez co on nie musi się bać, że ją skrzywdzi.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Samokrytyka  - wewnętrzna mowa, która cię osłabia

Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Komunikaty, które otrzymałaś i uwewnętrzniłaś w dzieciństwie, zespoliły się z twoim obrazem ciebie samej i nadały ton twojemu wewnętrz nemu głosowi, który często określa się mianem „mowy wewnętrznej”, „monologu wewnętrznego” lub „autorozmowy” (ang. self-talk). Składają się na niego wszystkie nasze myśli, zarówno te świadome, jak i podświadome. Przez cały dzień coś myślimy – formułujemy opinie na własny temat, analizujemy zdarzenia i rozważamy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe zamiary.

Zatrzymaj się na moment i zastanów, jakie myśli przebiegają przez twoją głowę dokładnie w chwili, gdy czytasz to zdanie.

Myślę, że: ….

Niektórzy ludzie opisują mowę wewnętrzną jako „głos” w swoich głowach, a jeśli nie masz skłonności do introspekcji, uświadomienie sobie, że ty też go słyszysz, może sprawić, że poczujesz się lekko zwariowana, lecz w rzeczywistości jest to całkiem normalne. Wszyscy go słyszymy i nie ma to nic wspólnego z halucynacjami ani z rozdwojeniem jaźni. Jest to po prostu część bycia człowiekiem i następstwo posiadania wysoce rozwiniętego mózgu – i, tak między nami, może to być cudowny dar. Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. W rzeczywistości samo uświadomienie sobie, że się go posiada, jest niezmiernie ważnym krokiem na drodze do samopoznania i pełniejszego zrozumienia własnego sposobu myślenia. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Mowa wewnętrzna a wczesne przekazy

Naszą mowę wewnętrzną często kształtują komunikaty, które faktycznie odbieramy lub tylko dopowiadamy sobie w trakcie dorastania; nie kiedy rozbrzmiewają w niej te same głosy, które słyszeliśmy jako dzieci. Jeśli byłaś stale krytykowana lub ganiona przez innych, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że wykształciłaś silny krytyczny wewnętrzny głos, na okrągło powtarzający reprymendy, które otrzymywałaś – lub nadal otrzymujesz – od innych ludzi. Kiedy zaczniesz już wsłuchiwać się w swój wewnętrzny głos, bądź szczególnie czujna w chwilach, gdy zdaje się on odzwierciedlać lub naśladować komunikaty na twój temat, które otrzymywałaś lub w które uwierzyłaś w przeszłości. (…)

Wpływ negatywnej mowy wewnętrznej na poczucie własnej wartości

Kobiety z niskim poczuciem własnej wartości wykazują zazwyczaj negatywne wzorce myślowe, zwłaszcza gdy dotyczą ich samych. Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, głos w naszej głowie może przyjąć postać wewnętrznego krytyka, który osądza każdy nasz krok. U kobiet z niską samooceną ten wewnętrzny cenzor ma tendencję do surowego potępiania ich poczynań i deprecjonowania ich jako ludzi. Jeśli cechujesz się niskim poczuciem własnej wartości, prawdopodobnie wyrzucasz sobie w nieskończoność najdrobniejsze potknięcia, podajesz w wątpliwość własne decyzje i surowo ocenisz każde swoje posunięcie w nieustającym strumieniu mowy wewętrznej.

W książce opisane są historie Suzanne i Caroline Obie znajdo wały się w tym samym położeniu: musiały sobie radzić z napastliwym szefem. Różnice w samoocenie i sposobie mówienia do siebie sprawiły jednak, że czuły się i reagowały zupełnie inaczej.

Koncepcja mowy wewnętrznej opiera się na założeniu, że o tym, co czujemy, nie decydują same zdarzenia; wyznacznikiem naszych emocji, nastroju i ostatecznego toku postępowania jest natomiast sposób, w jaki o nich myślimy. Suzanne zżerały myśli, że nie jest dostatecznie dobra i bystra. Czuła się bezsilna i tkwiła w pracy, w której była niedoceniana, a nawet molestowana seksualnie. Natomiast Caroline ta sama sytuacja sprowokowała do myślenia, że takie traktowanie jest niedopuszczalne. Postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić coś, aby poprawić swoje położenie. Poniższa historia również jest przykładem tego, jak wielką moc ma wewnętrzny głos.

Niskie poczucie własnej wartości może uniemożliwić ci obiektywne spojrzenie na sprawy w sytuacji, gdy coś idzie nie tak, jak powinno. Możesz zakładać, że to wszystko twoja wina, i nie dostrzegać szerszego kontekstu, gdyż wychodzisz z założenia, że to ty jesteś zła lub niegodna. Zamiast wziąć pod uwagę, że istnieje wiele możliwych wyjaśnień – szef właśnie się rozwodzi, u kasjerki dopiero co zdiagnozowano raka, a przyjaciółka ma kiepski dzień – będziesz zakładać, że przyczyną każdego konfliktu jest to, że z tobą jest coś nie w porządku.

Więcej w książce „Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie” Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.

  1. Psychologia

Władza ma różne oblicza. Jak na nas działa? Dlaczego tak łatwo jej ulegamy?

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Przedmiot pożądania jednostek i całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i pociągająca, a gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania?

Przedmiot pożądania jednostek i  całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Ponoć najlepszy afrodyzjak. W  dodatku wszechobecna: działa w  społeczeństwie, pracy, szkole, bliskich relacjach. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i  pociągająca, a  gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania? Co tak naprawdę nam daje? A  może także coś odbiera, tylko tego nie widzimy?

Świetlica szkoły podstawowej w  jednej z  warszawskich szkół. Dorota Wiśniewska-Juszczak, doktor psychologii na Uniwersytecie SWPS, jest świadkiem następującej sceny: Pewna mama przychodzi po swoją sześcioletnią córkę. Właśnie zaczęła się przerwa, więc korytarz jest pełen rodziców i  dzieci, a  wśród nich owa dziewczynka uśmiechnięta na widok mamy. Opiekunka ze świetlicy krzyczy z  daleka: „A  córka pochwaliła się już tym, co zrobiła?”. Mamę rozpiera duma, ogarnia podwójna radość, bo mało tego, że widzi rozradowaną córkę, to jeszcze słyszy w  słowach pani zapowiedź pochwały. A  pani z  uśmiechem, przy wszystkich, na cały głos, donosi na dziewczynkę – że była niegrzeczna, że usiłowała ugryźć koleżankę. Na koniec dorzuca: „No, chyba niedługo kupimy jej kaganiec!”.

– Stanęłam jak wryta – opowiada Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Byłam tak zszokowana zachowaniem pani nauczycielki, że kompletnie odebrało mi mowę. I  dopiero później dotarło do mnie, że oto doświadczyłam czysto władczego zachowania. Od lat naukowo zajmuję się władzą, badam różne jej przejawy, a  teraz jestem świadkiem jej działania w  najmniej oczekiwanym miejscu. Pani mająca nad ową dziewczynką przewagę, także fizyczną, całym swoim zachowaniem pokazała: „Ty się w  ogóle nie liczysz, ja mogę na oczach całego świata, nawet przy twojej mamie, zbesztać cię i  pokazać, że jesteś nikim”. Potem dowiedziałam się, że owa mama zainterweniowała u  dyrekcji szkoły, co na szczęście przyniosło rezultaty. Ale na początku pani nie mogła zrozumieć, o  co chodzi. Tłumaczyła, że to był żart. Tego, że dziewczynka płakała, że została upokorzona przy mamie i  kolegach, pani „trzymająca władzę” w  ogóle nie brała pod uwagę. To doświadczenie pokazało mi, badaczce tego tematu, jak wszechobecna może być władza. Bo niezależnie od tego, czy ktoś dzierży ją w  relacji z  uczniem, czy z  partnerem, czy z  podwładnym, tak samo może uzurpować sobie prawo do przekraczania norm. Pani przedszkolanka przekroczyła je, oceniając swoją uczennicę publicznie, używając określenia „założymy kaganiec”. Inni „władcy” dają sobie inne prawa, a  wszystko tylko dlatego, że uważają: „Nam z  racji sprawowanej władzy wolno więcej niż innym”. Czasami robią to bezrefleksyjnie, bez złych intencji, tak było chyba w  przypadku pani przedszkolanki, co jednak nie zmienia faktu, że konsekwencje takich zachowań mogą być bardzo negatywne.

Patrzę na ciebie z góry

Zespół badaczy z  Uniwersytetu SWPS z  dr Aleksandrą Cisłak badał metafory związane z  pojęciem władzy. Okazuje się, że wszystkie potoczne określenia na ten temat trafnie oddają, czym ona jest. Bo jak „się patrzy na kogoś z  góry”, to nawet fizycznie odczuwa się przewagę nad osobą stojącą niżej. To dlatego zarządy, dyrekcje sytuują swoje gabinety na wyższych piętrach korporacji – nikt w  firmie nie powinien mieć wątpliwości, do kogo należy ostatnie zdanie.

Władza kojarzy się przede wszystkim z  polityką, życiem społecznym i  zawodowym. Psychologowie Annette Y. Lee Chai i  John A. Bargh w  książce „Władza. Pokusy i  zagrożenia” definiują ją jako – z  jednej strony – zdolność do wywierania wpływu na innych ludzi, a  z  drugiej – do opierania się ich oddziaływaniu.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Według mnie to, czym jest władza, najlepiej oddaje definicja mówiąca, że to asymetria wpływu, czyli taka relacja, w  której jedna strona ma wpływ na drugą, podczas gdy ta druga strona nie ma wpływu na tę pierwszą. A  dodatkowo jedna ze stron ma dostęp do zasobów, a  druga ich nie ma. Te zasoby mogą być różne: polityczne, zawodowe, prywatne, na przykład dostęp do stanowisk, pieniędzy, a  w  sferze prywatnej – do dzieci, przyjaciół, seksu. Partnerzy rozgrywają tymi zasobami w  trakcie rozwodu – mąż chce odciąć żonę od pieniędzy, żona męża od dzieci. Partner o  mniejszych zasobach ma, oczywiście, mniejsze szanse w  tej próbie sił.

Psycholożka podkreśla, że władza nie istnieje sama dla siebie. Jak wynika z  badań, jakie przeprowadziła na Uniwersytecie SWPS razem z  Janiną Szwykowską-Ziemniak, władza zawsze występuje w  jakiejś relacji. Pokazuje to między innymi eksperyment polegający na tym, że zaproponowano ludziom, żeby wybrali sobie niski lub wysoki fotel. Z  wcześniejszych badań wynikało, że wysoki fotel, podobnie jak duży gabinet albo gabinet położony wyżej, aktywizują poczucie władczości. I  co się okazało? Że ludzie siedzący na wysokim fotelu przejawiali władczość tylko wtedy, gdy ktoś siedział na niskim fotelu, gdy natomiast ten fotel był pusty, poczucie władczości się nie ujawniało.

Czy to oznacza, że owo poczucie może zrodzić się w  każdym z  nas bez względu na cechy osobowości, a  jedynie w  sprzyjających warunkach zewnętrznych?

– Wszystko wskazuje na to, że tak – odpowiada psycholożka. – Badamy nie tylko ludzi, którzy mają władzę, ale także tych, którym stworzy się warunki do jej aktywizowania, i obserwujemy, co się z  tymi ludźmi dzieje. Okazuje się, że zdecydowana większość z  nich ulega czarowi władzy.

O  tym, że to sprzyjające warunki czynią z  nas władców, świadczy fakt, że ten sam człowiek może w  jednej sytuacji być władczy, a  w  drugiej podporządkowany.

Jestem mocarzem

Dorota Wiśniewska-Juszczak podkreśla, że powód ulegania pokusie władzy jest prosty – bo daje natychmiastowe korzyści. Tuż po jej przejęciu człowiek dostaje ze świata zewnętrznego dużo sygnałów, że jest supergościem. Wielu ludzi go komplementuje, chce się z  nim przyjaźnić, zaprasza, obdarowuje, dużo wokół niego się dzieje.

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. Aktywizowanie podwładności uruchamia bowiem w  mózgu procesy hamowania, co powoduje, że ludzie podejmują działania z  opóźnieniem. Natomiast u  rządzących włącza się apetytywny (popędowy) system dążenia związany z  ośrodkiem nagród. W  osiąganiu celów bardzo pomaga im także to, że potrafią stawiać granice. W  jednym z  eksperymentów przeprowadzonych przez amerykańskiego psychologa Adama Galinsky’ego i  jego współpracowników wywołano u  badanych – za pomocą wspomnień o  sprawowaniu bądź podleganiu władzy – poczucie władczości i  podwładności. A  potem włączono wentylatory. Ustawiono je tak blisko, żeby wiały prosto w  oczy, czyli przeszkadzały. Okazało się, że 70 procent osób z  grupy władczej jakoś na to zareagowało: przestawiło wentylatory albo poprosiło o  ich wyłączenie, natomiast z  grupy podporządkowanej zrobiło to tylko 30 procent.

– Sprawowanie władzy daje same korzyści – mówi Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Największą jest to, że ludzie mogą wywierać wpływ na innych, zmieniać rzeczywistość w  takim kierunku, jaki jest dla nich korzystny. Szkoda, że nie myślą o  tym, co zauważyła dopiero na zakończenie swojego premierowania Ewa Kopacz – że każda władza przemija. Rzadko kto myśli o  długoterminowych konsekwencjach, bo dopóki mamy wokół siebie admiratorów, rozsmakowujemy się w  sprawowanej funkcji i  nie widzimy żadnych zagrożeń. Często mówię menedżerom, że to pierwszy krok do ich klęski. Bo jak otaczają ich tylko pochlebcy, którzy przyklaskują każdej ich decyzji, to kreowany przez nich obraz sytuacji może być nieprawdziwy. A  to jest niebezpieczne. Szef nie ma bowiem wszystkich danych do oceny sytuacji, przeszacowuje więc swoje możliwości, kierując się podsycanym poczuciem mocy oraz fałszywym przekonaniem, że musi się udać. Nie docenia natomiast ryzyka. Efektem są niefortunne posunięcia, co może skończyć się utratą stanowiska.

Rządzę, więc mogę wszystko

I  to jest ta dobra strona wybieralnej władzy – że szef, który się nie sprawdził, może ją stracić. Inaczej niż w  bliskich związkach, gdzie rządzenie pozbawione weryfikującej oceny innych, karmione silnymi emocjami, a  często także zakamuflowane, rozkwita najbardziej. Tu władcy mają największe pole do popisu.

Profesor Eugenia Mandal w książce „Miłość, władza i  manipulacja w  bliskich związkach” pisze, że w  intymnych relacjach możemy właściwie bez ograniczeń kontrolować, wymagać, wymuszać, manipulować. A  wszystko za pomocą kar (także przemocy), nagród, pieniędzy, autorytetu, seksu. Profesor przytacza badania, z  których wynika, że osoba mniej zaangażowana ma w  związku większą władzę, silniejszy wpływ na partnera. Może zatem dyktować warunki bardziej kochającemu, co psychologowie nazwali zasadą mniejszego zainteresowania. Tę zasadę dobrze ilustruje powiedzenie: kochasz – służysz, jesteś kochany – rządzisz.

Henry Kissinger mawiał, że władza to najlepszy afrodyzjak, który przyciąga kobiety. Czy przyciąga także mężczyzn do kobiet mających władzę?

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Niekoniecznie. Z  moich obserwacji wynika, że jeżeli w  relacji między kobietą a  mężczyzną na dobre zagości władza, sprawowana w  dodatku niepodzielnie przez jedną stronę, to jest to dla związku zagrażające. Dobry bliski związek opiera się bowiem na zaufaniu, lojalności, ciepłych uczuciach, wartościach, a  tego wszystkiego brakuje w  relacji opartej na podporządkowaniu, lęku, rozgrywkach. Strona podporządkowana staje się biernym obserwatorem, dominująca natomiast wini ją za bierność, nieudolność, powolne podejmowanie decyzji, zły nastrój, brak optymizmu i  nawet nie zauważa, że to ona kręci tym kołem.

Dlaczego jedni potrafią rządzić, a  inni nie? Wpływają na to nie tylko sprzyjające okoliczności, ale także cechy charakteru i  osobowość. Psychologia mówi o  dużej korelacji z  władzą takich cech, jak: ekstrawertyczność, inteligencja oraz stereotypowo postrzegana męskość, czyli potrzeba dominacji, rywalizacji, narzucania swojej woli. To, oczywiście, nie oznacza, że każdy nosiciel takich cech będzie pchał się do władzy, ale ma zdecydowanie większe szanse niż ludzie ugodowi, koncyliacyjni, łagodni.

Szefowie akcentują inny aspekt władzy: odpowiedzialność. Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Z  badań wynika, niestety, co innego: że ludzie zazwyczaj sięgają po władzę ze względu na możliwości, jakie im daje, a  nie na odpowiedzialność. Kiedy menedżer myśli o  awansie, to widzi przede wszystkim profity: wysokość zarobków, samochód do dyspozycji itp., rzadziej kieruje się potrzebą rozwoju firmy i  podwładnych. Oczywiście, istnieją liderzy, którzy sięgają po władzę dla realizowania wartości, misji, ale to mniejszość. Trwają badania dotyczące związku cech osobowości z  preferowaniem władzy rozumianej jako odpowiedzialność lub jako możliwości. Na razie nie ma na ten temat jednoznacznych doniesień.

Świat z  perspektywy kota

Mówi się, że władza deprawuje. Ile w tym prawdy?

– Dużo – odpowiada psycholożka. – Kiedy w  eksperymentach wzbudzano nawet na chwilę poczucie władzy poprzez na przykład przydzielanie losów na loterii czy dawanie pewnej kwoty pieniędzy do podziału w  grupie, to zawsze u  tych ludzi pojawiało się subiektywne poczucie, że oto można postrzegać innych jako podporządkowanych. Tacy ludzie zaczynają wtedy, jak określił to prof. Bogdan Wojciszke, patrzeć na świat z  perspektywy kota, a nie myszy. A  jak już człowiek staje się tym mentalnym kotem, to uważa, że wolno mu więcej. Ci z  eksperymentu nie sprzątali po sobie, zjadali ostatnie ciasteczko, narzucali swoje normy. Tymczasem od rządzącego wymaga się więcej.

Badania pokazują, że gdy aktywizuje się poczucie władzy, to pojawia się podwójna moralność, podwójne standardy. Posłowie deklarują walkę z  oszustami, a  sami oszukują, lecąc do Madrytu tanimi liniami, podczas gdy rozliczają wyjazd jako podróż samochodem.

Ludzie władzy patrzą na innych stereotypowo, szczególnie wtedy, gdy mają liczną grupę podwładnych, których grupują w  kategorie. Ułatwia im to rządzenie, ale też powoduje, że oceniają innych przez pryzmat kategorii, a  nie indywidualności. A  ponieważ to oni ustalają owe kategorie, rozdają karty, to uważają, że są lepsi, ważniejsi.

Chcesz kogoś poznać, daj mu władzę – mówi porzekadło. Psychologia w  pewnym sensie je potwierdza, zwracając uwagę na metamorficzny efekt władzy, który polega na radykalnej zmianie zachowania człowieka po tym, jak tę władzę uzyskał. Ludzie stają się wtedy pewni siebie, trzymają innych na dystans, koncentrują się na sobie, gdy coś idzie nie po ich myśli, wpadają w furię, pozwalają sobie na otwarte ujawnianie emocji. Ten stan trafnie oddaje inne określenie: woda sodowa uderzyła mu do głowy.

Jak się przed tym bronić?

– Jedyny sposób to trenowanie empatii. Razem z  koleżanką Olą Cisłak, z  którą badam władzę, doszłyśmy do wniosku, że to, czego powinno uczyć się liderów, to patrzenia z  perspektywy drugiej strony. Nauczyciela – patrzenia z  perspektywy ucznia, dyrektora – z  perspektywy pracownika, rodziców – dziecka, jednego partnera – z  perspektywy drugiego. Bo władza tylko na chwilę pozbawiona tej perspektywy koncentruje się na sobie. Warto podporządkowanie zamienić na relację partnerską, niekonfrontacyjną, choć wiem, że brzmi to trochę utopijnie. Owszem, czasami trzeba tę władzę zaakcentować. Na przykład w  sytuacji kryzysowej, żeby bez dyskusji pokierować zespołem, albo w  relacji rodzice – dziecko, kiedy trzeba dziecku zapewnić bezpieczeństwo. Ale w  większości sytuacji najlepsze rezultaty przynosi nienarzucanie zdania, tylko zapraszanie do dyskusji i  uwzględnianie opinii drugiej strony.

Mówi się, że bycie szefem oznacza bycie samotnym.

– Nie kupuję tego stwierdzenia. Jeżeli władczy szef, ojciec, mąż czuje się samotny, to na własne życzenie. Widocznie zamknął się w  wieży z  kości słoniowej, przestał zauważać potrzeby podwładnych i  patrzeć z  ich perspektywy, a  więc sam zapracował na swoją samotność.

Władza może dobrze wypełnić swoje zadania pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, nie może być pozostawiona sama sobie, bez kontroli. Po drugie, musi się otworzyć na informacje zwrotne od „strony rządzonej”. To wszystko także dla jej dobra. Bo jeśli tych warunków nie uwzględni, straci kontakt z  rzeczywistością, realną ocenę sytuacji, przyjaciół. To są straty długoterminowe, o  których rządzący nie myślą.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Moja studentka zastanawia się w  swojej pracy magisterskiej, kim jest prawdziwy przywódca. Spośród wielu definicji wybrała następującą: lider to ktoś, kto w  chwili zagrożenia mówi: „Chodźcie za mną”, natomiast władca woła: „Naprzód”. Ja bym dodała: Dziel się władzą, bo tak długo, jak się nią dzielisz, tak długo wszyscy mają z  niej korzyści.