1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kobieca moc niejedno ma imię

Kobieca moc niejedno ma imię

Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Czasami myślimy o niej jak o kobiecej naturze, energii animy albo intuicji. Bardziej potrafimy ją poczuć ciałem niż rozpoznać umysłem. Kobieca moc niejedno ma imię... Psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz inauguruje nowy cykl artykułów w miesięczniku "Sens".

Wiele z nas doświadczyło szczególnych momentów, w których wyraźnie poczułyśmy swoją moc np. w trakcie narodzin dziecka, ukończenia artystycznego dzieła (to tzw. euforia ostatniego pociągnięcia pędzlem) czy podjęcia jakiejś bardzo ważnej i brzemiennej w skutkach decyzji. Co najważniejsze, ta moc pojawia się zwykle wtedy, kiedy głowa odpuszcza, a czasami nawet budzi się rezygnacja: „trudno, nie dam rady”, „nie wiem, co robić”, „to wszystko, na co mnie stać”... – i nagle gdzieś w głębi siebie już wszystko wiesz!

Siła czy moc?

Męska siła kojarzy nam się z działaniem w świecie zewnętrznym, z myśleniem analitycznym. Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. Mężczyzna czuje się silny, kiedy ma osiągnięcia i uznanie w zawodzie, w sporcie, w życiu. Kobieta czuje swoją moc, jeśli żyje w zgodzie z własną legendą podąża świadomie wybraną przez siebie drogą, jest obecna w „tu i teraz”, potrafi zintergrować głowę, serce i ciało... Jednak taki sposób odczuwania przychodzi z wiekiem.

Jako nastolatki czy dwudziestoparolatki chętnie próbujemy swoich sił w sportach, często ekstremalnych, lubimy rywalizować z mężczyznami. Kickboxing, MMA czy choćby zwykłe sztuki walki – czemu nie? Dieta ketogeniczna, płaski brzuch i „kaloryfer” wyćwiczony w siłowni, morsowanie czy wejście zimą na Śnieżkę w spodenkach i sportowym biustonoszu – czemu nie? Przed trzydziestką nadal realizujemy swoją moc bardziej „po męsku”: w rywalizacji, wspinaniu się po szczeblach kariery, sięganiu po eksponowane stanowiska. Momentem przełomowym często bywa ciąża. Być może to wtedy po raz pierwszy zaczynamy odróżniać siłę od mocy. Moc „z brzucha” pojawia się także w momentach, kiedy budzi się nasza energia twórcza: pragnienie namalowania obrazu, napisania książki czy ekspresji emocji poprzez ruch. Pojawia się świadomość, że siła wynika z naszego działania na zewnątrz a moc płynie z ekspresji tego, co wewnątrz.

Około czterdziestki wiele kobiet nagle odczuwa potrzebę radykalnje zmiany życia. Bywa, że bilans przeszłości wcale nie wypada na plus albo pojawia się tęsknota odnalezienia czy odkrycia celu i sensu życia. Czujemy, że dotąd żyłyśmy zgodnie z nieswoim scenariuszem. Doskonale tłumaczy to Paulina Młynarska, autorka rocznego planeru „Moc kobiet” pisząc, że jedyne, co może każda z nas, to wprowadzić korektę do wręczonego nam w chwili narodzin scenariusza – gotowca, który przypisuje określone z góry role, zadania i ograniczenia. Trzeba wiele odwagi i buntowniczej energii, aby je zakwestionować. I jeszcze więcej, aby rozpoznać czy też powołać do życia nowe wewnętrzne postaci, których energia pozytywnie zasili nasze życie psychiczne”.

Po pięćdziesiątce, kiedy siła działania w zewnętrznym świecie nie jest już taka oczywista, coraz częściej i wyraźniej zdarza nam się słyszeć głos wewnętrznej mocy. Na początku to bardziej szept: ,,Czy na pewno musisz tak dużo pracować?”, „Czy dzisiaj zrobiłaś coś, co nakarmiło twoją duszę, a jeśli nie dzisiaj, to kiedy ostatnio ci się udało?”. Dopóki traktujemy wycofanie się z jakiejkolwiek aktywności za oznakę słabości, nadal bardziej jesteśmy w energii siły niż mocy. Ale pewnego dnia, kiedy coraz częściej łapiemy się na tym, że wolimy być niż mieć, być tak prosto z brzucha; zachwycić się słońcem na twarzy, wąchać deszcz, popłakać się nad zdjęciem wnuczka tuż po narodzeniu – czujemy, że wróciłyśmy do domu. Swoją moc zaczynamy odczuwać jako wewnętrzny zew, którego nie sposób nie usłyszeć.

W podróży do siebie

Od czasu covidowej zawieruchy większość moich pacjentek przychodzi z kłopotami, które tak naprawdę są opowieściami o mocy – o tym, że czasami ona je przeraża, że nie czują się gotowe do przyjęcia, otworzenia się na tak intensywną energię, że jest jakaś ogromna siła, która próbuje się wydostać z ich wnętrza, że nagle poczuły potrzebę odmienienia całego swojego życia...

Nic w tym dziwnego, kobieca moc ma potężną energię, zarówno do działania jak i bycia w swojej prawdzie, wizji, osobistym micie. Pandemia, która w każdym z nas uruchomiła najbardziej pierwotne lęki, zmiany w tzw. ustawie antyaborcyjnej, które ,,dotknęły” kobiecych brzuchów, i era Wodnika (odpowiedzialnej wolności) – sprawiły, że nie mamy innego wyjścia jak dopuścić do głosu swoją moc. I to bez względu na wiek.

Jak przekonuje Maureen Murdock, analityczka jungowska, zadaniem, jakie dziś mają do spełnienia kobiety, jest wewnętrzna podróż ku całkowitej integracji, równowadze i pełni. Dziś, wszystkie jesteśmy w podróży „do siebie i po siebie”. Dla wielu z nas wyjście na ulice i głośny protest był początkiem tej ważnej podróży. Inne, dotknięte chorobą własną lub w rodzinie przeżyły poważne kryzysy: drobne śmierci iluzji, całkowite załamanie się dotychczasowych wartości. Niektóre, na początku nieśmiało, w oczekiwaniu na pozwolenie czy akceptację zaczęły, czasami po raz pierwszy w życiu, opiekować się sobą. Pielęgnować własne potrzeby, zagłębiać się w świat książek czy muzyki. Tańczyć, oddychać, tworzyć, być. Konfrontować się z demonami przeszłości i z lękiem.

Już czas…

Agnieszka Maciąg przekonuje, że tę moc czerpiemy ze swojego duchowego Ja, które jest pełne spokoju, pewności i siły. „Świat ducha istnieje w przestrzeni pomiędzy bodźcem i reakcją. W tej przestrzeni pojawia się świadomość. To właśnie ona daje nam możliwość dokonania wyboru reakcji” – pisze w książce „Twoja wewnętrzna moc”. Czas na porzucenie, choćby symboliczne, wszystkich ról życiowych, zmierzenie się z własnymi ograniczeniami i lękami. Czas na powrót do kontaktu z własnym ciałem i odkrycie, kim tak naprawdę jestem, co chcę albo co mogę dać światu i co chcę dostać.

Przyda nam się w tym pomoc od innych kobiet. Wiele z nas już odnalazło swojej miejsce w kręgu kobiet czy innej grupie rozwojowej. Praca z baśniami, taniec 5 rytmów, medytacje, malowanie intuicyjne – każda metoda, która porusza naszą duszę jest dobra.

Potrzebujemy wysłuchania a właściwie usłyszenia swojej indywidualnej narracji o mocy, poczucia i uwierzenia, że naprawdę ją mamy. Każda z nas musi sama odkryć swój wzorzec. Ale warto słuchać opowieści, zarówno tych przekazywanych w baśniach, jak i opowieści kobiet, które chcą się dzielić swoim doświadczeniem.

Opowieści o mocy zaczniemy od tej, która budzi się w reakcji na krzywdy z przeszłości. To moc, którą czujesz w biodrach, brzuchu, udach… To ona pozwala ci mocno stanąć na ziemi, poczuć jej energię. Odwrócić się za siebie, otworzyć drzwi do dziecięcego pokoiku i poczuć tamten ból. Popatrzeć na matkę i ojca, którzy nie umieli ochronić przed krzywdą a może nawet byli jej sprawcami i przede wszystkim zrozumieć i zaakceptować, że w dorosłym życiu nikt nie da ci tego, czego nie dostałaś od rodziców. Ty już to wiesz, bo czujesz swoją moc.

Gdzie czujesz swoją moc?

Mocno stań na nogach. Poczuj kontakt z podłożem. Lekko ugnij nogi w kolanach, zamknij oczy. Pozwól ciału odkryć swój balans i poddaj się kołysaniu. Poczekaj cierpliwie, aż poczujesz się wygodnie w tej pozycji. Lewą dłoń połóż na brzuchu, prawą na sercu. Poczuj, gdzie znajduje się twój ośrodek mocy. Czy leży w brzuchu? W sercu? A może jeszcze w innym miejscu? Jak to jest czuć moc w ciele?

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co to znaczy być dziś feministą - pytamy psychoterapeutę Piotra Pietuchę

"Ja czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androgeniczny. W pewnym sensie ponadpłciowy" - mówi psychoterapeuta Piotr Pietucha. (Fot. archiwum prywatne)
Jeśli podchodziłbym do mojego związku rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. A ja powinienem być sfrustrowanym dupkiem – mówi Piotr Pietucha, psychoterapeuta, partner Manueli Gretkowskiej.

Co to znaczy być dzisiaj feministą? Już w samej deklaracji, że mężczyzna jest feministą, jest coś żenującego. Dla mnie to oczywistość, tak jakbym afiszował się z tym, że jestem normalnym człowiekiem, a nie półgłówkiem czy rasistą. Myślę, że w polskim świecie feminista oznacza nie tylko, że jesteś za równością i przeciw dyskryminacji, ale też, że nie jesteś seksistą, mizoginem ani patriarchalnym debilem. Natomiast w świecie normalnym, liberalnym i obyczajowo cywilizowanym, np. w Szwecji, gdzie żyją moi synowie, feminista oznacza rozgarniętego, wrażliwego faceta, który nie potrzebuje w żaden sposób tego podkreślać ani deklarować.

W Polsce mężczyźni też się z tym nie afiszują. Pytani o to, czy są feministami, odpowiadają zdziwieni: kim?! Nie wiem, co oznacza feminizm dla przeciętnego Polaka, jak on to sobie definiuje, odczuwa i jak sobie z tym radzi. Podejrzewam, że ma z tym kłopot. Dla mnie feminizm jest jednoznaczny z humanizmem. Jest wyrazem współcześnie pojmowanego człowieczeństwa. Być może wielu facetów rozumie to kompletnie inaczej. Feminista to dla nich symbol ,,miękkiszona’’, który poddaje się lub ulega kobietom, godzi się na tę fałszywą interpretację patriarchatu – że to mężczyźni zniszczyli świat, a teraz powinni się kajać. Część mężczyzn reaguje na feminizm wściekle alergicznie jako na przejaw kobiecej niezrozumiałej agresji, ataku na męskość.

To w jaki sposób rozpoznać w sobie, że jest się feministą? Już sam fakt, że ktoś ma potrzebę takiego rozpoznania, jest bardzo cenny. Świadczy o pewnym poziomie autorefleksji, mentalnym nadążaniu za współczesnością. Fajnie jest chyba mieć jakiś klarowny pogląd na tak ważny temat, nie być durniem, ślepym na połowę ludzkości.

Czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androginiczny. W pewnym sensie ponadpłciowy. A moja kobiecość, cokolwiek się pod tym słowem kryje, nie przeraża mnie, nie neguję jej. Nie zagraża mojej męskości, nie muszę być dzielny ani dumny ze swojego pawiego ogona. Maczyzm – czyli taka stereotypowa, przesadna męskość – to karykatura człowieka.

A może być tak, że facet z przekonaniem mówi: „jestem feministą”, a nieświadomie gotuje się w sobie, jeśli kobieta jest krok przed, a nie za nim? Świadoma nieświadomość, czyli nasza kultura, jest przesiąknięta mizoginią. Z jakiegoś powodu mężczyźni od zawsze czuli wrogość i niechęć do kobiet, bali się ich. Kobieca seksualność im zagrażała, dlatego chcieli ją zawłaszczyć, zdominować i kontrolować. To siedzi do dzisiaj w mężczyznach na nieświadomym poziomie. Kultura patriarchalna jest mocno przesiąknięta przekonaniem o naturalnej wyższości męskiej płci. Kobiety są gorsze – słabsze, grzeszniejsze, mniej rozumne. Zasługują więc na gorsze warunki i traktowanie. Tysiące lat takiej dominacji odcisnęły w umysłach obu płci ogromne piętno. Niestety, to siedzi także w kobietach, nawet w sposobie, w jaki wychowują chłopców. Widziałem sztandarowe feministki, które miały kompletnego fioła na punkcie swoich synków. W ich narcystycznej nadopiekuńczości było mnóstwo nieświadomego ubóstwienia męskiej płci, gruntującego w tych chłopczykach poczucie nie tylko wyjątkowości, ale lepszości. Jakie to może mieć skutki dla równouprawnienia i partnerstwa? Jak będzie funkcjonował ten niuniuś – prywatny ideał nowoczesnej mamusi – w przyszłości?

My z Manuelą, wychowując Polę, raczej nie programowaliśmy jej na jakieś mocne poczucie tożsamości płciowej, nie podkreślaliśmy jej kobiecości. A ona jednak, już jako malutka dziewczynka, odrzucała ze wzgardliwą niechęcią niektóre zabawki, książeczki, kolory jako ,,za bardzo chłopaczywe”. Ciekawe, gdzie tym nasiąkała?

'Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej' - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne) "Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej" - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne)

To jest chyba w powietrzu, w mentalnej atmosferze naszego świata. Wystarczy się rozejrzeć. Moja przyjaciółka obserwowała ostatnio grupę jedenastolatków na basenie. Wszystkie dziewczynki samodzielnie suszyły i czesały swoje długie włosy, a babcie były skoncentrowane jedynie na wnukach. Z suszarkami i grzebyczkami robiły cyrk wokół tych chłopców, jakby byli bezradnymi idiotami. Właśnie takie, często nieświadome zachowania, podkreślające ważność i uprzywilejowanie męskiej płci, spychają kobiety do podrzędności i uległości. Skazują od początku na zaradną, wymuszoną samodzielność. To jest bardzo mocny podprogowy przekaz. Uważam, że kobiety w Polsce dostają często podwójny, niemożliwy do spełnienia komunikat: „Musisz w siebie wierzyć i jednocześnie nie wierzyć. Masz być silna i niezależna, ale też uległa i słuchać swojego pana. Masz liczyć na siebie, umieć o siebie zadbać, ale nie wyobrażaj sobie szczęśliwego życia bez mężczyzny, wokół którego będziesz tańczyć”.

Komu udaje się wyjść z tego gadziego mózgu? Mężczyznom, którzy zdają sobie sprawę z nieuświadomionych stereotypów w sobie? Jestem wielkim fanem świadomości. Ona potrafi przenosić góry – nawet jeśli to góry stereotypowych śmieci. Wydobywa z bagna uprzedzeń. Daje kopa w dupę kompleksom, fałszywym przekonaniom. Pokazuje środkowy palec głupiemu, automatycznemu osądzaniu.

Weźmy mnie samego. Jeżeli podchodziłbym do mojego związku nieświadomie rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. Jest utalentowana, bogata, sławna i lepiej sobie radzi w życiu. I teraz jako mężczyzna, który żyje w jej cieniu, powinienem być sfrustrowanym dupkiem, który tylko udaje, że jest feministą i chce ją wspierać. Tak naprawdę siedzi w kącie, chlipie nad sobą i marzy o kobiecie, przy której będzie mógł brylować, ponapawać się własną męską zajefajnością. Dziękuję, ale nie mam takich potrzeb. Realizuję się po swojemu i jestem w tym spełniony. Uszczęśliwia i fascynuje mnie to, że potrafimy być szanującymi siebie nawzajem partnerami.

Jednak nieczęsto mężczyzna czuje się dobrze u boku silnej partnerki. Jak ci się to udało? Nikt nie jest do końca silny ani słaby. Co do Manueli, to pozytywnego kopa daje mi to, że zdobyłem jej wzajemność i jestem jej wart. Podziwiam ją i uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Mimo życiowych niepowodzeń, związkowych porażek czy osobistej niepewności, nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej. Bo życiowy partner mówi o nas wszystko. Pokaż mi, z kim jesteś, to powiem ci, kim jesteś.

Czyli podstawą udanego, partnerskiego związku jest to, jak się czujesz sam ze sobą? Moim zdaniem tak. Partnerstwo, czyli dojrzała miłość, jest nagrodą za pracę nad sobą. Najpierw trzeba jednak uwierzyć w siebie, nie podkopywać własnej męskości i człowieczeństwa, tego poczucia, że jesteś okej. Później najważniejsza jest otwarta komunikacja. Taka nawet wulkaniczna jak w filmie „Malcolm i Marie”, dostępnym teraz na Netfliksie. Oglądamy w nim dwoje ludzi, którzy mają w sobie mnóstwo gniewu, niewdzięczności i niezrozumienia dla siebie nawzajem. Mają też siłę, żeby w otwarty sposób to z siebie wyrzucić. Jakie to piękne, oczyszczające! Lepsze niż fochy, zamykanie się czy zamiatanie bolesnych spraw pod dywan. Taka odważna, uczciwa walka o siebie jest też walką o związek. Nie prowadzi do rozstania, tylko do większej bliskości. Powoduje, że nie boisz się ani nie wstydzisz powiedzieć partnerowi, co cię boli. W końcu chodzi o to, żeby zrozumieć się nawzajem. Nie bać się prawdy, nawet kiedy jest nie do zniesienia.

Kobiety stały się też bardziej świadome, wymagające. Wiedzą, czego chcą, co im się słusznie należy. Jak do tych większych wymagań odnosi się feminista? Męska duma cierpi? Jest taki seksistowski dowcip, kiedy po kochaniu on ją pyta: „Miałaś orgazm?”. Ona odpowiada: „Nie”. On na to: „I co się mówi?”. Ona: „Przepraszam”. Ohydny sarkazm – bo niby on się interesuje tym, co ona przeżyła, a kiedyś faceci mieli to gdzieś. Ale nadal dbałość o kobiece spełnienie bywa dla wielu mało kręcąca. Teraz to się nieco zmieniło, oczekiwania i presja kobiet wzrosły, a mężczyźni są w defensywie. A one atakują: „Nie zrobiłeś tego, nie byłeś taki!”. Wyrzuty, pretensje, domaganie się. Jest w tym dużo agresji wobec mężczyzn. Nic dziwnego, nawarstwiała się wiekami. Mężczyźni źle się z tym czują, nie wiedzą, jak reagować. Co z tym zrobić? A jeśli odrobinę myślą, to wiedzą, że jest w tych wybuchach dużo słusznego gniewu. Głupio wtedy bystrej, świadomej kobiecie zaprzeczać. Udawać niefrasobliwego, zadowolonego z siebie idiotę, który nic nie kuma. Tak czy owak, faceci mają trochę przekichane.

Myślę, że łatwiej jest być feministą wobec koleżanki z pracy niż wobec partnerki. „Niech kobiety się realizują, ale jeśli moja kobieta za wiele energii wkłada w świat zewnętrzny, to czuję się niekochany”. To tylko świadczy o mężczyźnie. Powinien się zastanowić, skąd ta jego niepewność, ciągła potrzeba uwagi, troski i dominacji. Siła patriarchatu jest monstrualna, między innymi dlatego, że bywa wygodna i użyteczna dla mężczyzn. Oczywiście tylko pozornie, bo za te zacofane schematy też płacą ogromną cenę: nałogów czy przymusu bycia męskim, czyli często bezwzględnym i niewrażliwym, wypierającym uczucia emocjonalnym zakalcem.

Często myślimy, że po partnersku znaczy po równo. Ty zmywarkę, to ja pranie, a nie da się tak. Zawsze ktoś czuje się wyrolowany. To jest problem każdego, kto ma określoną ilość snu i energii. My z Manuelą również mieliśmy z tym kłopot, dopóki w pewnym momencie kategorycznie nie podzieliliśmy się obowiązkami. Teraz włączam  trzy zmywarki dziennie, wynoszę śmieci, piorę. Ale zakupy i sprzątanie, czyli coś, czego nienawidzę, mam w nosie. Gotujemy sobie sami, jemy o różnych porach. Nie prasujemy. I od kilku lat nie mamy poczucia, że ktoś kogoś wykorzystuje, kradnie mu czas czy energię lub jest bardziej uprzywilejowany. To typowo relacyjna rozkminka, obowiązki, ani lepsze, ani gorsze, ani męskie, ani kobiece, po prostu codzienne.

A jakich kobiet szuka feminista? Czy nie jest tak, że podobają mu się silne i niezależne, a później okazuje się, że tak naprawdę oczekuje od partnerki rozwiązania wszystkich swoich problemów? Jeśli trzymamy się mojej definicji feministy, czyli człowieka, który nie racjonalizuje swojego lęku przed kobietą, tyko jest w harmonii ze swoją animą, animusem i cieniem – to taki mężczyzna nie będzie szukał sobie partnerki matki, on już dorósł. Myślę, że wrażliwy, rozgarnięty człowiek szuka drugiego wrażliwego, rozgarniętego człowieka. I choć mam się za taoistę, to nie ortodoksyjnego – wcale nie uważam, że męskość jest aktywna i dominująca, a kobiecość bierna czy oddająca się. Widzę to jako anachronizm, który może czasem odnosi się tylko do naszej biologii, ekonomii hormonów, seksualności. W aspekcie humanistycznym, czyli ludzkim, już tak tego nie pojmuję. Bo nie ma silnych kobiet lub słabych mężczyzn. Wszyscy jesteśmy trochę silni i trochę słabi.

A jak definiujesz męskość? Nie miałem realnego wzorca mężczyzny, nie był nim mój ojciec. Miałem literackich i filmowych bohaterów, fantazje, wizje, tęsknoty, ideały. Męskie aspekty we mnie kultywowały sport, harcerstwo, zabawy w Indian. Byłem szczęściarzem, bo nigdy w swoją męskość nie wątpiłem. Mimo że byłem nieśmiały i delikatny, na swój sposób kobiecy, to podobałem się dziewczynom. Zaakceptowałem takiego siebie – swoją androginiczność uznałem za pełnię. Uważam, że stereotyp kobiecości i męskości bardziej nam dzisiaj przeszkadza niż służy. Na moim seminarium zapyta­łem kiedyś studentów, co jest najbardziej kobiecą, a co męską cechą. Uznali, że jest to – w obu wypadkach – opiekuńczość. To wymowne i symboliczne. W końcu opiekuńczość, czyli mądre dbanie o siebie i innych, to istota człowieczeństwa.

Piotr Pietucha, psychoterapeuta, autor książek "Stróż obłąkanych", "Dożywotni kochankowie", "Miłość klasy średniej". 

  1. Psychologia

Energia uśpiona w każdym z nas - sprawdź, jak ją obudzić

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Artykuł archiwalny

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i  najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

 
Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.

Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.

  1. Psychologia

Jakiego żywiołu masz w sobie najwięcej?

Ogień to moc kreacji, pasja i śmiałość. Takie osoby fascynują, bo są pełne namiętności, zarażają radością i pogodą ducha. Przy nich wszystko jest możliwe. Dominację tego żywiołu rozpoczynasz po magnetycznej energii, która przyciąga ludzi. (Fot. iStock)
Ogień to moc kreacji, pasja i śmiałość. Takie osoby fascynują, bo są pełne namiętności, zarażają radością i pogodą ducha. Przy nich wszystko jest możliwe. Dominację tego żywiołu rozpoczynasz po magnetycznej energii, która przyciąga ludzi. (Fot. iStock)
Gdy wieją wichry zmian, jedni budują mury, inni budują wiatraki – mówi przysłowie chińskie. To nic innego jak popularne w kulturze Wschodu pójście za ruchem, bo – oporując – wypadamy z cyklu natury, w którym pięć żywiołów płynnie przechodzi jeden w drugi. To, na jakim jego etapie jesteś: Drewna, Ognia, Metalu, Ziemi czy Wody, pomoże zrozumieć naturopatka Beata Diana Miller.

System Pięciu Elementów: Woda, Drewno, Ogień, Ziemia, Metal – został stworzony wiele tysięcy lat temu przez chińskich filozofów. Z założenia w momencie narodzin w naszym organizmie wszystkie one powinny być w równowadze, choć zwykle któryś dominuje. W różnych fazach życia to się zmienia, poza tym możemy również doświadczyć nadmiaru lub niedoboru poszczególnych elementów, co zakłóca prawidłową współpracę między nimi. W tej właśnie nierównowadze Tradycyjna Medycyna Chińska dopatruje się źródeł problemów zdrowotnych, bo według niej dobrostan człowieka jest powiązany z płynną wymianą żywiołów.

Cykl rozpoczyna Drewno, które przechodzi w Ogień, a ten w Ziemię, leżącą w centrum procesu. Po niej nadchodzi Metal i jako ostatnia Woda. Rozpoznaj, w jakim momencie cyklu jesteś, wykorzystaj go jak najlepiej i nie wstrzymuj zmiany.

Drewno: wiosna, złość i działanie

Drewno jest wiosną, wschodzącym słońcem, symbolem początku. Według taoistów symbolizuje wędrówkę duszy hun i jej ponowne narodziny. Hun jest siedzibą podświadomości, przekazywanej z pokolenia na pokolenie i z poprzednich istnień. Mieszka w wątrobie, narządzie przynależnym do Drewna. Wyraża wolę, siłę i umiejętność zaczynania od nowa, przekazującą niezależność wzrostu i ekspansji. W taoizmie ważne jest wyzwolenie się od elementu Drewna, bo tylko bycie w tu i teraz zapewnia nam spełnienie i zdrowie.

Jeśli masz w sobie silny element Drewna, cechuje cię zdecydowanie i świadomość swojej drogi. Potrafisz planować i masz w sobie motywację oraz determinację. Żyjesz w przekonaniu, że świat stoi przed tobą otworem. Osoby z dominującym Drewnem są stworzone do inicjowania, lubią kwaśny smak, na przykład niedojrzałych owoców czy herbatki z hibiskusa. Bywają tak pewne siebie, że wręcz aroganckie. – To świetni stratedzy, którzy potrafią przewidywać, ich atutem jest działanie – mówi Beata Diana Miller, naturopatka wykorzystująca w swojej praktyce Tradycyjną Medycynę Chińską. – Ciężko pracują, ale potrafią też skutecznie się odprężać. Dobrze zarządzają swoją energią. Niezależnie od wieku są obdarzeni duchem i mocą młodości.

Ambitni ludzie Drewna niestrudzenie podążają za swoją wizją. Są gotowi znaleźć własne miejsce na ziemi. Przypominają rozprzestrzeniające się z ekspansją, ale zakorzenione w ziemi, stabilne drzewo. Często mają zdecydowany uścisk dłoni, a ich sylwetka promieniuje siłą. Żyją w ciągłym ruchu. Drewno się nie waha i nie ma problemu z inicjowaniem, potrafi stworzyć coś z niczego. Nie przepada jednak za sytuacją, kiedy okoliczności wywierają na nim presję. Wtedy nie radzi sobie z narastającą pod wpływem stresu złością.

Dla elementu Drewna na poziomie emocjonalnym wskazane jest rozwinięcie spokoju ducha, bo gniew i frustracja niweczą jego skuteczność, działają przeciwko wzrostowi – naturalnemu porządkowi wiosny, i szkodzą wątrobie. Wtedy energia elementu Drewna traci elastyczność, staje się sucha, najmniejsza iskra grozi jej płomieniem.

Namiar energii elementu Drewna odbiera umiejętność przemyślanego planowania. Drewno staje się agresywne, zaślepione, zapalczywe, wybuchowe, dąży po trupach do celu. Z kolei niedobór żywiołu objawia się wypaleniem. Wówczas agresja kieruje się do wewnątrz. Dojmujące poczucie winy i wstydu prowadzą do stagnacji, apatii, rezygnacji. Ekspertka podkreśla, że u takich ludzi pojawia się bezsilność, przestają oni działać i osiągać sukcesy. Korzenie pięknego niegdyś drzewa usychają, nie są w stanie czerpać z ziemi pokarmu potrzebnego do wzrostu. To zwykle efekt zakazów i nakazów, bo Drewno lubi wolność i odprężenie, kiedy czuje ucisk – więdnie albo pokazuje swoją bezsilność w rebelii i oporze. Wpada w niepotrzebne konflikty, traci skuteczność.

Jak wrócić do pierwotnej siły Drewna zdolnego podejmowania ryzyka i rozwiązywania problemów? Przy niedoborze pomogą wszelkie formy terapii związane z ruchem, przy nadmiarze – techniki przywołujące równowagę, takie jak joga, medytacja, trening autogenny. A także wiedza, że można wyrażać złość tak, żeby pomogła rozwinąć skrzydła, a nie niszczyła czy blokowała.

Ogień: lato, radość i namiętność

Element Ognia to ciepło i światło. Jest aktywny, podniecający, pełen zachwytu. Taoiści mówią, że na dworze naszego ciała władcą jest serce, narząd przynależny temu elementowi, a w nim rezyduje shen – energia nieba przekazana nam w chwili poczęcia. Ogień to magiczna energia lata, kiedy cieszymy się życiem i zakochujemy. To on umożliwia wyrażenie świadomych myśli, odczuwanych emocji, powstałych idei, ubiera je w przekaz. I łączy ludzi, bo domeną tego elementu jest komunikacja w każdej formie.

Ogień to moc kreacji, pasja i śmiałość. Jeśli przeważa w tobie energia Ognia, uchodzisz za osobę barwną, nieprzewidywalną, hojną, towarzyską i uczciwą. Jesteś gorącym, nieustraszonym wojownikiem, a przy tym masz w sobie dostojeństwo i mądrość życiową. Dominację elementu Ognia można rozpoznać po magnetycznej energii, która przyciąga ludzi. – Pragniemy przebywać w towarzystwie tej osoby, ponieważ czujemy się zrozumiani i zaakceptowani – mówi Beata Diana Miller. Osoba Ognia fascynuje, bo jest pełna namiętności, zaraża radością i pogodą ducha. Przy niej nagle wszystko jest możliwe.

„Ogniści” mają serce na dłoni, są gościnni, uwielbiają imprezy. Lubią jeść ostre potrawy. Zharmonizowany element Ognia obdarza ciekawością świata i ludzi – ich przeżyć, myśli, uczuć. Takie osoby są świetnymi słuchaczami, potrafią wczuć się w drugą osobę, wesprzeć, służyć dobrą radą. Kochają z pełnym oddaniem, co jest zarazem ich siłą, jak i słabością. Nie czują swoich granic, przejmują cudze emocje i spalają się w płomieniach uczuć. Często bywają zaborcze w związkach, a rozstanie jest dla nich tragedią, na którą reagują wybuchem niedojrzałych emocji.

Jeśli masz w sobie za dużo Ognia, dręczy cię niepokój i wewnętrzne rozedrganie, chociaż uśmiechasz się i emanujesz zadowoleniem. Jesteś w tysiącu miejsc naraz i wyrzucasz z siebie potoki słów, żywo gestykulując. Kwestią czasu jest, kiedy taki wulkan wybuchnie. Wtedy  serce zaczyna bić zbyt szybko, pojawia się narastający lęk, który może nawet doprowadzić do ataków paniki albo stanów maniakalno-depresyjnych. Ludzie z niedoborem energii Ognia są letargiczni, mówią cicho i mało. Czują wyczerpanie i wewnętrzne zimno. Mają problemy z koncentracją, ich myśli są chaotyczne, trudno im odnaleźć sens istnienia. Dopada ich depresja, tracą nadzieję, brakuje im energii do wyrażenia swoich uczuć i myśli. Stają się niekomunikatywni, mają trudności w nawiązywaniu bliskich związków i często cierpią na bezsenność.

Co zrobić, żeby przywrócić równowagę? „Ogniści” dobrze reagują na różnego rodzaju terapie mistyczne albo ćwiczenia ze śnieniem na jawie. Terapeutycznie działają na nich ćwiczenia teatralne oraz taniec.

Ziemia: późne lato, akceptacja i zakorzenienie

Element Ziemi zajmuje centralne miejsce w systemie Pięciu Elementów. Utrzymuje je w równowadze i odżywia, ale też jest od nich zależny. Porą roku Ziemi jest późne lato – czas „pomiędzy”. Dlatego jej mocą jest umiejętność przeczekania. Ziemia zbiera informacje, przechowuje je i przetwarza, co umożliwia dotarcie do uzdrawiającego źródła, które jest w każdym z nas. Jej narządem jest żołądek, przypisanym smakiem – słodki. Ziemia jest mieszkaniem yi, siły pamięci – uporządkowanym myśleniem, naszą świadomością. Element Ziemi roztacza harmonię i spokój, przekazuje energię ciszy i zrównoważenia. Uczy zaufania przede wszystkim do siebie, płynącego z relacji z matką, i obdarza poczuciem własnej wartości. Osoby z dominującym elementem Ziemi wyróżniają: akceptacja, uważność, wewnętrzny spokój. Umiejętność stawiania granic i rozróżniania. Element Ziemi niesie współczucie i naturalną potrzebę przynależności. Ludzie z silnie zaznaczoną Ziemią są wyrozumiali i sprawdzają się jako mediatorzy i opiekunowie. To archetyp matki, więzy rodzinne i przyjacielskie dają im poczucie sensu życia.

Jeśli masz w sobie dużo Ziemi, działasz na innych ludzi jak stabilne centrum, wokół którego się gromadzą. Nic dziwnego, ponieważ jesteś tolerancyjny, nie oceniasz, przyjmujesz życie takim, jakie jest. Zdaniem ekspertki ludzie Ziemi doskonale czują się w tu i teraz. Beata Diana Miller podkreśla też, że są to osoby lojalne, nie bujają w obłokach, widzą plusy i minusy egzystencji i potrafią rozwiązywać problemy. Ziemia jest stabilna, więc można się na niej oprzeć.

Element Ziemi to głębokie zakorzenienie i potrzeba bliskości, ale przy jego nadmiarze można się zatracić w pomaganiu innym. Pojawia się ryzyko utraty środka równowagi, co powoduje emocjonalne rozchwianie i wewnętrzną pustkę. „Ziemianie” próbują ją zapełnić nadopiekuńczością i wtrącaniem się w życie bliskich, więc prędzej czy później czują się odrzuceni i samotni. Złaknieni miłości i uwagi często pocieszają się jedzeniem. Ich smakiem jest słodki, więc zajadają swoje emocje czekoladą, lodami, ciastkami... Jeśli kompulsywnie się objadasz z powodu tęsknoty za miłością, możesz cierpieć na nierównowagę elementu Ziemi.

Według Tradycyjnej Medycyny Chińskiej niedobór Ziemi powstaje w dzieciństwie,  bo ludzie urodzeni z konstytucją Ziemi potrzebują szczególnej uwagi, opieki i miłości. Deficyt takich doświadczeń powoduje, że w życiu dorosłym czują się niekochani, niedowartościowani. Często są niedojrzali i nie potrafią zadbać o siebie. Symptomem niedoboru Ziemi jest zależność od innych. Często, aby ukryć swoje emocje, takie osoby wkładają maskę obojętności i tkwią w niesatysfakcjonujących relacjach. Żyją w emocjonalnym letargu, są nieobecni. Pojawiają się u nich problemy z koncentracją i zapamiętywaniem.

Zrównoważony element Ziemi przynosi koncentrację, rozpoznanie i refleksję, zaburzony – uczucie zagubienia, zapętlenie myśli, niemożność wykonania ruchu. Osoba z niedoborem Ziemi zaczyna się zamartwiać, co wynika z mieszaniny lęku i obsesyjnych myśli, i w  efekcie często odczuwa zaburzenia apetytu. Żołądek zaczyna chorować, a dla Chińczyków zdrowy żołądek jest otwarciem się na nowe, bezpieczeństwem i zaufaniem. Kiedy ludzie Ziemi pogrążają się w czarnych scenariuszach, ogarnia ich zwątpienie i rozpacz –  powinni zacząć tworzyć swój raj i nauczyć się sprawiać sobie małe przyjemności (byle nie cukier!) , by zakorzenić się w chwili obecnej. Terapiami najbardziej odpowiadającymi ludziom Ziemi są terapie analityczne.

Metal: jesień, struktura i smutek przemijania

Element Metalu należy do Nieba. Metal żegna nas z elementem Ziemi, który uosabiał matkę, a wita z męską energią ojca. Dla Chińczyków Metal jest symbolem struktury, uosabia twardość. Świat powstaje, kiedy świadomość przybiera kształty i formy, zarówno myślowe, jak i materialne. To siła, która pojawia się po pożegnaniu. Metal to instynkt, który pomaga nam zostawiać za sobą to, co przestarzałe, i otworzyć się na nowe. Jego domeną jest przemijanie, a porą roku – jesień. Smutek i łzy, związane z rozstaniem, są emocjami tego elementu. Chińczycy uważają, że do Metalu należy dusza ciała, której siedziba są płuca, a oddech jej bezpośrednim wyrazem.

Jeśli masz w sobie silny element Metalu, badasz zasady, na jakich funkcjonuje świat. Fascynuje cię nauka, filozofia, religia. Masz wiele zainteresowań, szerokie horyzonty myślowe, lubisz intelektualne dyskusje, unikasz powierzchownych kontaktów. Polegasz na swojej wiedzy i konkretach. Twardo stąpasz po ziemi, ale głową sięgasz nieba. Będąc w kontakcie ze sobą i rozumiejąc prawa rządzące wszechświatem, potrafisz pożegnać się z tym, co odeszło, umiesz spalić za sobą mosty. – Zrównoważona energia Metalu obdarza odpornością psychiczną – zauważa Beata Diana Miller. – Taka osoba potrafi świetnie się zorganizować, dobrze się czuje w strukturach, jest pewna siebie i pozytywnie nastawiona do życia. Nie grożą jej depresja czy nałogi.

Osoby z dominującym Metalem czują, że to one są siłą sprawczą, ale potrafią poddać się cyklom przemijania i odradzania.

Kiedy jednak Metal chce za bardzo kontrolować nurt życia, bo jest go w nadmiarze, traci poczucie własnej wartości. Próbuje to wyrównać zdobyczami materialnymi, zaczyna skupiać się na sztywnym przestrzeganiu reguł, etykiety, nadmiernej dyscyplinie porządku i perfekcji. U takiej osoby pojawiają się lęki, że nie spełni pokładanych w niej oczekiwań. Pije dużo kawy, żeby funkcjonować, bo jest ona smakiem gorzkim, przynależnym do Metalu. Ludzie z nadmiarem tego elementu czują się ograniczeni i zagrożeni tak mocno, że brakuje im powietrza, co prowadzi często do chorób płuc.

Z kolei ludziom z niedoborem Metalu towarzyszą nieporządek i chaos. Źle znoszą oni krytykę, stają się nadwrażliwi. Nie pozwalają sobie odciąć się od dawno zakończonych spraw. Są tak słabo osadzeni w świecie, że popadają w melancholię. Stają się eteryczni, oderwani od realiów życia. Cechuje ich kruchość – są zalęknieni, zatroskani, płaczliwi, smutni. Ekspertka zwraca uwagę na to, że jeśli ktoś płacze, zapadają mu się ramiona, skraca mu się oddech i płuca nie przyjmują tlenu. I dodaje, że do Metalu przypisany jest żal z powodu straty, kiedy ktoś nie potrafi się z kimś czy czymś pożegnać. Wtedy ludzie często chorują na astmę.

Odnaleźć rytm oddechu, a tym samym drogę równowagi w przyjmowaniu i oddawaniu, ludziom Metalu pomagają ćwiczenia oddechowe. Wzmacniają płuca, odbudowują energię, uspokajają, poprawiają nastrój. Również medytacja pomaga im odprężyć się i na nowo odnaleźć radość życia.

Woda: zima, zaufanie życiu i wizjonerstwo

Woda to siła prowadząca w głębiny, w zimno i ciemno, gdzie wszystko staje się jednością i lęk przed przemijaniem ustępuje. Możemy pytać o sens życia, ale nie musimy znać odpowiedzi. Wystarczy, że zaufamy, poddamy się bez oporu nurtowi wielkiej rzeki życia. Porą roku Wody jest zima, kiedy wszystko zamiera, przyroda i człowiek osiągają całkowity spokój, ale jednocześnie z końcem zimy, dzięki energii Wody, powstaje nowe życie. Woda jest symboliczną jedynką, ruchem. To czysta energia życia, która według Tradycyjnej Medycyny Chińskiej, zgromadzona jest w nerkach.

Dominacji elementu Wody towarzyszy zainteresowanie duchowością, etyką, sztuką. Jeśli dotyczy to ciebie, zastanawiasz się nad sensem istnienia i w miejscach, gdzie nikt ci nie zakłóca spokoju, w kontakcie z naturą, poddajesz się rozmyślaniu nad tajemnicami życia. Jesteś obdarzony wizjonerską fantazją oraz inteligencją emocjonalną. Jednak dokładnie wiesz, czego chcesz. Podobnie jak rzeka płynąca swoim korytem, trzymasz się wyznaczonego nurtu, omijając spotykane na swojej drodze przeszkody. Cechuje cię elastyczność, na bieżąco pozbywasz się energii, które ci nie służą. Lubisz sól, która oczyszcza. Potrafisz współdziałać z ludźmi, ale też uchodzisz za indywidualistę. Dzielisz się tym, co masz, bo wiesz, że niczego ci nie ubędzie. Ufasz życiu, masz kontakt ze swoimi uczuciami i umiesz je wyrażać. – Ludzie Wody porywają tłumy, bo są zaangażowani w to, co robią – wyjaśnia Beata Diana Miller. – Aż chce się przebywać w ich towarzystwie, są otwarci, pomocni.

Przy nadmiarze Wody pojawia się sztywność, bezrefleksyjne trzymanie się wyznaczonego celu. Ludzie Wody w stresie bywają nieprzyjemni, złośliwi, kłótliwi. Pod wpływem lęku mają zmienne nastroje i ulegają kaprysom. Niedobór Wody natomiast objawia się melancholią i brakiem inicjatywy. Osoba z zaburzonym elementem Wody jest zdezorientowana, nie wie, dokąd prowadzi jej droga. Czuje wewnętrzną pustkę i obawę przed wysuszeniem swojej rzeki życia, co wiąże się z utratą kreatywności i motywacji. Staje się zbyt emocjonalna albo wycofana. Ekspertka podpowiada, że można to poznać po izolowaniu się od ludzi  i pojawieniu się nieśmiałości i zalęknienia w relacjach.

Lęk ludzi Wody jest lękiem pierwotnym – przed ostatecznym, przed śmiercią. Czas zimy uświadamia ograniczenie naszego życia, skłania do metafizyczności. Lęki Wody to również lęki egzystencjalne, np. że zabraknie jedzenia, że nie przetrwamy... One towarzyszą zaburzeniu elementu Wody.

Ludzie Wody reagują dobrze na terapie, które mają w sobie element duchowości, a także medytację. W ich naturze leży spirytualizm i bliskość z tą sferą działa na nich kojąco.

Beata Diana Miller, naturopatka, dietetyczka Tradycyjnej Medycyny Chińskiej, wspiera kobiety w dbaniu o zdrowie. 

  1. Styl Życia

Miejsce kobiet jest na szczycie. Historia polskich taterniczek

Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Taterniczki - kobiety i dziewczyny, które szły w górę niezależnie od wszystkiego. Twarde charaktery i pilne kursantki, subtelne sportsmenki i muskularne wspinaczki. Dostosowują się do zmaskulinizowanego sportu i walczą o kobiecy styl uprawiania tej dyscypliny. Oto ich historia podboju Tatr.

Fragmenty pochodzą z książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agaty Komosy-Styczeń, wydawnictwo Prószyński i S-ka, premiera 13 kwietnia

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

[...]

Tatrzańskie orlice

Marzena i Lida – dwie siostry, które swoją krótką, choć intensywną karierą taterniczą zdążyły mocno namieszać w środowisku taterniczym, wśród artystów i emancypantek. Siostry urodziły się w Zakopanem i były wychowywane wraz z bratem przez matkę, która wcześnie owdowiała. Obydwie od dzieciństwa chodziły po górach, ale prawdziwe wspinanie i rozwiązywanie taternickich problemów zaczęło się dla nich w 1928 roku. Dużo bardziej zawzięta była Marzena, ona szła w góry z misją. Poza tym, że chodziła, to działała i publikowała. Nie podobała się jej dyskusja o tym, czy kobiety powinny samodzielnie się wspinać.

– Bezdyskusyjnie momentem, który rozpoczął tę kobiecą przygodę z taternictwem na poważnie, są lata dwudzieste, kiedy pojawiają się siostry Skotnicówny. Oczywiście po drodze były turystki, które bardzo starały się dotrzymać kroku mężczyznom w górach. Tu warto wymienić Adę Rainal-Loriową, żonę strażnika i współzałożyciela TOPR-u Leona Lorii. Ada dotrzymywała mu kroku na najtrudniejszych wycieczkach, zarówno letnich, jak i zimowych. Później Julia Zembatowa. To była narciarka, która też chodziła na wspinaczki. I Dłuska, która niestety miała wypadek w Dolinie Strążyskiej, bo spadła i to spowodowało kalectwo. Ale to nie zamknęło drogi kobietom. Właśnie w latach dwudziestych trudne wspinaczki rozpoczęły siostry Skotnicówny. W 1929 roku Bronek Czech, Wiesław Stanisławski i Lida Skotnicówna przeszli drogę skrajnie trudną, czyli wejście północną ścianą, od Morskiego Oka na Żabiego Konia. Do dzisiaj jest to trudna droga. Jest ślisko, stromo, krucho. Inicjatorem był Bronek, a Wiesław wziął Lidę ze sobą na wspinaczkę, bo to była jego sympatia – mówi Wojciech Szatkowski.

Dzięki dziennikom wypraw obu sióstr widać, że już sezon 1928 był bardzo aktywny. Weszły między innymi z Wiesławem Stanisławskim na wschodnią grań Niebieskiej Turni i zjazd na Niebieską Przełęcz. Następnego dnia Marzena wspięła się znowu ze Stanisławskim bardzo trudną północną ścianą Żabiej Turni Mięguszowieckiej.

Przejścia kobiece Marzeny (poza tymi, które robiła z siostrą w 1928) to głównie 1929 rok. Chodziła z Lidą i inną aktywną taterniczką tamtego okresu, Zofią Galicówną. Zdobyły grań Orlej Baszty i północno-zachodnią ścianę Kozich Czub. Lida także znalazła inną partnerkę, Marię Perlberżankę, z którą zdobyła między innymi wschodnią ścianę Kościelca.

Marzena w zespole mieszanym ze Stanisławskim robiła drogi, które zostały sklasyfikowane jako skrajnie trudne. Jeden z wariantów takiego wejścia zostanie nazwany jej imieniem. Dziewczyny nie próżnowały i dzień w dzień zdobywały szlaki.

Były bardzo popularne. Marzena to podobno wielka miłość poety Juliana Przybosia. W domu Skotnicówien odbywały się narady, dokąd teraz iść, z jaką ścianą się mierzyć. Matka dziewczyn nie do końca wiedziała, na czym polegała aktywność jej córek, była jednak spokojna, bo w przygotowaniach do wypraw często brali udział doświadczeni taternicy.

Pod koniec sezonu 1929 Marzena napisała list do Roguskiej-Cybulskiej. Chciała założyć stowarzyszenie kobiet taterniczek, marzyło jej się wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń międzypokoleniowych. Miała dość tego, że w związkach sportowych w dyskusjach o wspinaczce wypowiadali się przede wszystkim mężczyźni. Tak jak to było w opisywanej już dyskusji Jana Alfreda Szczepańskiego ze Stanisławem Krystynem Zarembą – o tym, czy kobiety powinny być na szlakach i czy mają do tego wystarczające predyspozycje, rozmawiało dwóch panów. Starsza Skotnicówna nie godziła się na to – sama nie czuła się gorsza i nie widziała powodów, żeby tak ją traktowano.

Marzena uważała, że urodziła się co najmniej sto lat za wcześnie. Ówczesny patriotyzm nazywała szowinizmem. Przyjaźniła się z Marią Wardasówną, pionierką lotnictwa kobiet, pisarką i feministką (także podjęła próbę taterniczą, a partnerowała jej Jadwiga Pierzchalanka). Chodziła z Wardasówną do szkoły w Cieszynie. Tam została wysłana przez matkę, po interwencji Józefa Oppenheima, ratownika TOPR-u. Uważał on, że oddzielenie Marzeny od Tatr na jakiś czas dobrze jej zrobi.

Wspinaczki młodych dziewcząt (chodziły już w góry, gdy młodsza miała lat czternaście, a starsza szesnaście) budziły wśród starszych, prócz podziwu, wiele wątpliwości i zastrzeżeń. Oppenheim, który nigdy nie wtrącał się do takich spraw, tym razem uznał za stosowne rozmówić się z matką młodych taterniczek. Wychodził z założenia, że (…) drobiazg może spowodować katastrofę – czytamy w książce "W stronę Pysznej" Stanisława Zielińskiego. Jednak Marzena zwykła mawiać: „Tatry są mną, a ja jestem nimi”, i nic nie wskazywało na to, że nawet najdłuższa rozłąka z ostrymi graniami zmniejszy jej uczucie do wspinaczki.

Porywała sobą. Miała jakiś szczególny magnetyzm, który stale przybierał na sile... Jednak ten żywiołowy temperament Skotnicówny nie potrafił odnaleźć się w ustabilizowanym życiu. Ją pociągał żywioł, ryzyko, niebezpieczeństwo... Dlatego planowała nowe pionierskie przejścia w Tatrach i żyła tym na co dzień – tak o Marzenie pisała w „Taterniku” Mariola Bogumiła Bednarz.

Lida była mniej wyrazista niż starsza siostra. Nie brylowała na salonach, mimo że ciekawa, inteligentna, w towarzystwie była milcząca i wycofana. Jednak w górach przechodziła całkowitą metamorfozę i zmieniała się w radosną, pogodną dziewczynę. Podobno wspinała się lepiej od Marzeny, co zresztą Marzena w swoich dziennikach przyznaje.

Szóstego października 1929 roku Marzena i Lida szły po historyczny wyczyn. Zamierzały w kobiecym składzie zdobyć południową ścianę Zamarłej Turni. To miejsce owiane złą legendą, określane jako ucieleśnienie (a dokładniej „uskalnienie”) szatana. Wydarza się tragedia.

Księga wypraw ratunkowych Mariusza Zaruskiego i Józefa Oppenheima tak odnotowuje ten wypadek: Lida Skotnicówna, wspinając się południową ścianą Zam. Turni, odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę.

Z kolei Michał Jagiełło w Wołaniu w górach relacjonuje: Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Lida odpadła od ściany pierwsza. Wiadomo, że zderzyły się głowami w locie. Zginęły tragicznie.

– Dziewczyny uwzięły się na Zamarłą Turnię. I pewnie udałoby się im, gdyby nie zawiódł karabinek. Prawidłowo założony karabinek nie powinien się rozgiąć. Ich wypadek spowodował straszną traumę w środowisku. Skotnicówny wspinały się bardzo szybko, podobno w trakcie feralnej próby dotarły do innego wspinacza i Lida go jeszcze poczęstowała cukierkami. On wspinał się z Bronkiem Czechem. Kluczowe trudności na Zamarłej są wyżej. Przynajmniej wtedy, na klasycznej drodze Henryka Bednarskiego. Lida doszła do słynnego miejsca, gdzie jest lekka przewieszka, i nie dała rady – odpadła, pociągnęła za sobą siostrę. Ta nie była tak mocna, by utrzymać takie szarpnięcie. Było ono tak potężne, że wyrwało karabinek, który się rozgiął, i dziewczyny zginęły. Józef Oppenheim, naczelnik TOPR-u, miał bardzo niewdzięczną rolę, musiał ich matce przekazać informację o śmierci córek. Po tym wydarzeniu ściana Zamarłej obrosła w legendę jako dzika droga, która zabija. Tym bardziej że wcześniej i później były kolejne wypadki. Zginął Szczuka, Leporowski na filarze Koziego Wierchu. W muzeum mamy straszną fotografię, jak Skotnicówny leżą na ziemi związane liną. Ktoś im wtedy zrobił zdjęcie. Obydwie były śliczne, miały niebywały talent – opowiada Wojciech Szatkowski.

Śmierć Skotnicówien to woda na młyn dla publicystów – zwłaszcza tych, którzy uważają, że samodzielne kobiece taternictwo jest bezsensowną brawurą. Siostry stają się pięknym symbolem niepowetowanej straty, przedwczesnej śmierci, która wcale nie musiała nastąpić. Młode, piękne, kruche – powstają o nich wiersze i powieści. Z aktywnych i silnych taterniczek na powrót wróciły tam, gdzie wciąż kobieta wyglądała lepiej – do roli kruchej i pięknej kobiety. Publicyści zaś dają ujście swoim poglądom na łamach prasy. Jadwiga Roguska-Cybulska pisze odezwę "Do młodych taterniczek", Roman Kordys w „Taterniku” z 1929 roku nie przebiera w słowach: Kobieta – która o ile nie jest weiningerowskim typem męskim, czy półmęskim, odzianym przez niezbadaną tajemnicę Stwórcy w ciało niewieście – nie ma nic do powiedzenia w taternictwie i nigdy „rasowym” taternikiem nie będzie, tak jak nie może być myślicielem, wodzem czy wynalazcą, ale która, jak nikt inny na świecie, odczuwa i chłonie przepotężny urok męskiego czynu.

Z kolei Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka i znawczyni Tatr, w swoim niewydanym maszynopisie SOS w Tatrach formułuje bardzo mocne osądy: Śmierć młodziutkich Skotnicówien przy próbie przejścia południowej ściany Zamarłej Turni była tragicznym następstwem tych niewczesnych kobiecych ambicji, podsycanych przez najmłodszych taterników.

Rok po wypadku odnalazły się na ścianie lina i rozgięty karabinek. Obydwie siostry zawiódł wadliwy sprzęt, nie brak umiejętności.

Skotnicówny zostawiły po sobie wyrwę, którą próbowali zapełnić pisarze i poeci. Julian Przyboś, którego uczucie do 10 lat młodszej uczennicy Marzeny Skotnicówny wywołało ogromny skandal obyczajowy, nie był w stanie napisać nic przez rok od wypadku na Zamarłej Turni. Opłakał swoją miłość w wierszu Z Tatr.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem, uciszę, lecz – Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat skurczony w mojej garści na obrywie głazu; to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt. Na rozpacz – jakże go mało! A groza – wygórowana! Jak lekko turnię zawisłą na rękach utrzymać. i nie paść, gdy w oczach przewraca się obnażona ziemia do góry dnem krajobrazu, niebo strącając w przepaść! Jak cicho w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.
 

Agata Komosa-Styczeń, 'Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie', wydawnictwo Prószyński i S-ka. Agata Komosa-Styczeń, "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", wydawnictwo Prószyński i S-ka.

  1. Styl Życia

Utkane przyjemnością

"Czułe tkanki", których pomysłodawczynią i twórczynią jest Maria Boczar, to przestrzeń dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. (Fot. Agnieszka Sopel)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Oczywiście efekt jest istotny – ładna makatka, podstawka pod kubek – ale ważniejsze okazują się sama czynność, czas na nią poświęcony i zdobyta nowa umiejętność. Maria Boczar, która organizuje dziewczyńskie warsztaty tkackie, tłumaczy, dlaczego coraz więcej osób zwraca się ku rękodziełu.

Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel) Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel)

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans… Już od kilku lat trwa moda na „wytwory naszych rąk”. Począwszy od pieczenia chleba, przez rzemiosło, samodzielne odnawianie starych mebli, aż po wszelkiego rodzaju rękodzieło. To nurt, który wciąż powraca. Światowa pandemia na pewno przyczyniła się do jego rozwoju, zaczęliśmy szukać czegoś, co pozwoli oderwać myśli od tego, co nie jest łatwe i przyjemne. Na wiele spraw utraciliśmy teraz wpływ, a takie formy tworzenia, jak tkanie czy robienie na drutach, dają nam poczucie kontroli, bo możemy decydować o przebiegu każdego etapu powstawania dzieła.

Nagle się okazało, że mamy czas na takie przyjemności... I to mamy go całkiem dużo! Ale tak naprawdę to często tkwimy w błędnym przekonaniu, że aby nauczyć się jakiejś nowej umiejętności lub wrócić do przyjemności starej, potrzebujemy mnóstwa czasu. A tymczasem wystarczy kilka chwil w ciągu dnia, żeby stało się naszym minirytuałem. Oczywiście nie od razu staniemy się profesjonalistami, do tego potrzeba czasu i praktyki, ale robótki ręczne możemy przecież sobie dawkować. Nie musimy zrobić całego szalika czy czapki od razu, wystarczy przerobić kilka rządków. Można do tego w każdej chwili powrócić i po jakimś czasie spojrzeć świeżym okiem, z innej perspektywy.

Ale kiedy odkładam robótkę, to często już jej nie kończę... Na szczęście z robótkami jest jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina, a nawet gdyby, to w dzisiejszych czasach możemy sobie przypomnieć za pomocą tutoriali w Internecie. Kończenie to zresztą ważny temat, bo niektórzy mają tendencję do odkładania na później wielu rzeczy. Jeśli zależy nam na ukończeniu pracy, to najlepiej właśnie stworzyć z tego mały rytuał, naprawdę wystarczy kilka minut dziennie.

'Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia uważnym i obecnym' - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel) "Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia uważnym i obecnym" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)

Skoro prace ręczne są coraz popularniejsze, to czy zajmują się nimi też mężczyźni? Niedawno Wojciech Eichelberger zachęcał ich do robienia na drutach na łamach „Zwierciadła”, bo ma to uczyć uważności, dokładności oraz skupienia. Oczywiście! Moje warsztaty akurat skierowane są tylko do kobiet, bo zależało mi na odwołaniu się do dawnych, tradycyjnych zwyczajów, jak chociażby darcie pierza. Brakowało mi kobiecej wspólnoty, którą dziś ładnie nazywamy siostrzeństwem. Jestem jednak przeciwna przypisywaniu określonych umiejętności konkretnej płci, podziałowi na typowo damskie i typowo męskie czynności. Tkanie, robienie na drutach, wszelkie tworzenie wiążę bardziej z emocjonalnością i wrażliwością niż płcią. Coraz częściej spotykam mężczyzn, którzy się tym zajmują i publicznie chwalą. Czynności, które angażują i absorbują jednocześnie ręce i głowę, są niezwykle uziemiające. Osadzają nas w tu i teraz, skupiają naszą uwagę na kolejnych krokach.

Czyli tkanie jest mindfulness? Niektórzy porównują je do medytacji. Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Nazywam je teraz jogą dłoni. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia obecnymi i uważnymi, nie możemy się rozpraszać, bo zaraz coś nam nie wyjdzie. Kiedy już wejdziemy w rytm powtarzalnych ruchów, to jest to bardzo bliskie powtarzaniu mantry. W ten sposób się relaksujemy, wyciszamy – zupełnie jak w medytacji właśnie.

Maria Boczar: 'Czasem trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie takim, jakie sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Nie wszystko da się naprawić, czas coś będzie niedoskonałe'. (Fot. Agnieszka Sopel) Maria Boczar: "Czasem trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie takim, jakie sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Nie wszystko da się naprawić, czas coś będzie niedoskonałe". (Fot. Agnieszka Sopel)

Gdy siadamy na macie do jogi, to na początku mamy mętlik w głowie, ale po chwili oddech się wyrównuje, ciało i myśli uspokajają. Z tkaniem jest bardzo podobnie. Wiele dziewczyn, które trafiają na warsztaty, zaczyna potem przed snem zamiast czytania praktykować tkanie. Daje im to wyciszenie po całym dniu.

Nie każdemu jednak od razu to wychodzi. Kiedy ja się uczyłam, zauważyłam, że im bardziej się spinałam i niecierpliwiłam, tym gorzej mi szło – krzywy ścieg, gubienie oczka. Jak poradzić sobie z momentami frustracji? Najlepiej wtedy odłożyć na chwilę pracę i wrócić do niej za jakiś czas. Warto też się zastanowić nad tym, dlaczego fakt, że popełniamy jakiś błąd, że coś nie od razu nam wychodzi, aż tak nas denerwuje... Dlaczego nie pracujemy dalej? Dlaczego aż tak nas to blokuje? Czemu nie możemy czerpać radości z samego procesu tworzenia?

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko, co robimy, ma mieć jakiś wymierny efekt. Oczywiście celem tkania jest stworzenie jakiegoś dzieła: powstaje, dajmy na to, podstawka pod kubek, ale ważna jest też przyjemność z samego tworzenia. Kiedy jesteśmy dziećmi, zaspokajanie potrzeby kreacji jest dla nas naturalne, w dorosłym życiu często wydaje nam się to śmieszne lub niepoważne. Czasem dziewczyny, które zapisują się na warsztaty i opowiadają o tym bliskim, słyszą: „Ale po co ci to? Do czego ci się to przyda?” Uczę je, by cieszyły się tym, że w ogóle mogą coś takiego robić, że umieją tkać, nawet jeśli nie od razu bezbłędnie…

Robótki ręczne dają szansę naprawienia błędów. Zawsze można spruć i zacząć od nowa. Nie marnuje się włóczki, jedynie czas. Choć może właśnie się go nie marnuje…? W moim odczuciu to jest niezwykle cenny czas i zupełnie niezmarnowany. Kiedy pracujemy nad jakimkolwiek projektem, to na etapie jego powstawania popełnia się zawsze mnóstwo błędów – i to jest normalne. Te błędy są cenną informacją, którą wykorzystujemy przy kolejnych pracach – wtedy już wiemy, jak ich uniknąć. W tkaniu, w zależności od tego, z jakiego splotu korzystamy – błąd będzie bardziej lub mniej widoczny, a wręcz może być niezauważalny, no i zawsze możemy go poprawić... Ale może wcale nie musimy? Tu pojawia się kwestia bycia nadmiernie perfekcyjnym. A tkanie uczy też, że czasem właśnie trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie w takiej postaci, jak sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Uczymy się godzić z tym, że czasem coś będzie niedoskonałe. Zostawiamy za sobą potrzebę bycia idealnym.

Ta chęć doskonałego wykonania może nas też blokować przed nauką nowych rzeczy… Właśnie! Tu znów się odwołam do przykładu dzieci – one zwykle nie boją się próbować, nie zastanawiają się, co będzie, jak się nie uda.

Co jest najlepsze w tkaniu? Co ci to daje fizycznie i psychicznie? Co daje to twoim kursantkom? Dla mnie jest alternatywą dla wchodzenia na matę. To jest idealne narzędzie do docenienia danej chwili, ale też oderwania się od problemów i trosk. Kiedy tkam, mój oddech się uspokaja, ja się uspokajam. Zaspokaja to także moją potrzebę tworzenia i daje mi wspomniane już poczucie sprawczości.

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans. (Fot. Agnieszka Sopel) Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans. (Fot. Agnieszka Sopel)

Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy. Te warsztaty łączą pokolenia kobiet – córki kupują je w prezencie matkom, przyjaciółki – sobie nawzajem w prezencie; są też okazją do zmierzenia się z nową aktywnością. Niestety, szkoła często zabija w nas chęć tworzenia. Na warsztatach pojawiają się na przykład osoby, którym kiedyś powiedziano, że mają dwie lewe ręce. I to już w nich zostało. Przychodzą towarzysko i zaznaczają, że na pewno nic nie zrobią. Później jednak tworzą genialne makatki i wysyłają mi wiadomości z pytaniami, gdzie kupić wełnę, bo już mają pomysły na kolejne prace. Wspaniale jest obserwować tę ich przemianę.

Takie doświadczenie uczy nas też poszanowania i docenienia wartości „hand made”. Rozumiemy, dlaczego za ręcznie robiony wełniany sweter trzeba zapłacić kilkaset złotych, bo już wiemy, ile kosztuje surowiec, ile czasu i energii należy poświęcić na jego zrobienie. Oczywiście! Nawet stworzenie małej makatki czy zakładki do książki wymaga naszego zaangażowania, czasu i pracy.

'Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy' - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel) "Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)