1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Odpuść sobie! 6 kroków do wewnętrznego spokoju

Odpuść sobie! 6 kroków do wewnętrznego spokoju

Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Nie wzdychaj do wolności, nie zamykaj jej w sferze marzeń. Zamiast tego zrób coś, by poznać jej smak…

Kto lub co ogranicza naszą wolność? Zwykle winowajcy szukamy na zewnątrz. Tymczasem on kryje się w samym środku, w naszych głowach i sercach. Sądzisz, że byłbyś wolny, gdyby wszyscy dali ci święty spokój i nikt niczego od ciebie nie chciał? To nieprawda. Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. I tylko ty sam możesz dać sobie na nią przyzwolenie.

Uwolnij się...

1. ...od negatywnych emocji! Najpierw naucz się je rozpoznawać. Obserwuj siebie przez najbliższych kilka dni, kierując uwagę na to, jak odczuwasz pierwsze symptomy rozdrażnienia, żalu czy smutku. Może to być kłucie w żołądku, lekki ból głowy… Postaraj się je zlokalizować i zdusić w zarodku. Jak? To proste. Skoro tylko poczujesz, że robisz się coraz bardziej rozdrażniony, powiedz o tym głośno: „Jestem lekko poddenerwowany” – i weź głęboki wdech, a potem zrób naprawdę długi wydech. Używaj słów, które naprawdę odzwierciedlają twój stan ducha oraz siłę negatywnych emocji. Gdy już je nazwiesz, znikną szybciej, niż się pojawiły.

2. ...od monologu wewnętrznego krytyka! W naszej głowie rozbrzmiewa wiele głosów, niektóre aż z czasów dzieciństwa. Zwykle przeważają komunikaty negatywne, takie, jak: „no i co zrobiłeś?!”, „musiałeś to powiedzieć?”, „do niczego się nie nadajesz”, „ale z ciebie frajer”, „nikt nie potraktuje cię poważnie”... Uprzykrzają nam tylko życie. Na szczęście można się ich pozbyć. Podobnie jak w poprzednim punkcie, najlepiej wypowiedzieć je na głos i natychmiast zakwestionować. Prosty przykład: rozlałeś mleko na świeżo umytą podłogę. Co mówi twój wewnętrzny głos? – „kretyn!”. „Czyżby?” – spytaj swojego krytyka. Przypomnij mu, że dziś usłyszałeś od szefa, że świetnie wykonałeś zadanie, a wczoraj doskonale poradziłeś sobie z pewnym problemem w bardzo stresującej sytuacji. W ten sposób wytrącisz mu argument z ręki i wreszcie będzie cicho.

3. ...od schematów, w których żyjesz! Weź kartkę i napisz na niej 5 swoich największych marzeń. Nie zastanawiaj się, dlaczego jeszcze się nie spełniły, tylko puść wodze fantazji. Niech od dzisiaj będzie to twoja lista rzeczy do zrobienia. Zacznij od pierwszej. Chcesz wyruszyć w podróż dookoła Europy? Usiądź do komputera i znajdź w sieci zdjęcie, które obrazuje to marzenie. Wydrukuj je i powieś w widocznym miejscu. Czego potrzebujesz do jego realizacji? Sporządź kolejną listę. Tak postąp z każdym z kolejnych punktów. A teraz pomyśl, jaki będzie twój pierwszy krok. Pamiętaj: wszystko jest możliwe!

4. ...od krzywego lustra! Nie jesteś zadowolony ze swojego wyglądu? Weź swoje ulubione zdjęcie sprzed, powiedzmy, 10 lat. Co czujesz, gdy na nie patrzysz? Myślisz: „jaką byłam piękną kobietą”, „ale ze mnie był przystojniak”… ? Teraz przypomnij sobie, co wtedy o sobie myślałeś? Coś zupełnie przeciwnego, po prostu masa kompleksów. Oto, jak łatwo nabijamy sobie głowę mylnymi przekonaniami. Czas zaakceptować swoje ciało! Zamiast się krytykować:

  • Codziennie rano popatrz na swoje odbicie, uśmiechnij się do niego i powiedz: „dobrze wyglądasz”,
  • Zamów sobie sesję fotograficzną. Poproś przyjaciela lub idź do profesjonalnego fotografa,
  • Zacznij uprawiać sport. Wybierz dyscyplinę, która sprawia ci największą przyjemność, nie musisz bić rekordów, wystarczy sama radość z ruchu,
  • Zrób sobie przyjemność, np. kup jakiś prezent. Nie stać cię na kabriolet? Na początek mogą być kolczyki.

5. ...od potrzeby otaczania się ludźmi! Naucz się czerpać frajdę z bycia ze sobą. To jedna z najważniejszych umiejętności w życiu każdego człowieka. Uwolnij się od presji spędzania każdej wolnej chwili w czyimś towarzystwie. Nie musisz tego robić. Nawet jeśli żyjesz w związku czy dużej rodzinie, znajdź czas, by pobyć ze swoimi myślami, we własnej przestrzeni. Nie planuj tego, co będziesz wtedy robić. Zdaj się na intuicję.

6. ...od chorobliwej zazdrości! W ten sposób podarujesz wolność innym. Jeśli ci na kimś zależy, pomyśl o tym, co go uszczęśliwi. Daj mu szansę, by cieszył się tym, co lubi... Gdy przyjaciółka odwoła spotkanie, bo przyjechał do niej przyjaciel z Madrytu, pożycz jej z serca: „Baw się cudownie".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Z czego bierze się potrzeba kontroli?

Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Kontrolujemy swoje zachowanie, bo chcemy być akceptowani i dobrze oceniani. Kontrolujemy bliskich, bo ich kochamy. A może chęć wpływu na życie innych wynika z własnych nierozpoznanych uczuć i źle nazwanych potrzeb?

Twarz Justyny zawsze jest precyzyjnie umalowana, bez względu na porę dnia i okoliczności.

– Nawet mojemu mężowi staram się nie pokazywać bez makijażu. Zmywam go dopiero, kiedy on zaśnie, a rano wymykam się do łazienki, żeby szybko się umalować – mówi 28 letnia Justyna.

Jest bardzo ładną kobietą i z łatwością można sobie wyobrazić, że bez starannego makijażu równie atrakcyjną. Mimo to nieumalowana wydaje się sobie brzydka i zaniedbana. Często jej się śni, że próbuje się umalować, ale nie może znaleźć szminki albo tuszu. Budzi się z uczuciem ulgi.

Równie pieczołowicie dba o swoją sylwetkę, kontrolując zawartość talerza i przeliczając kalorie. Ciągle próbuje nowych diet i mimo, że jest bardzo szczupła, jeśli tylko odrobinę przytyje, natychmiast wpada w panikę.

Większość z nas w sposób kontrolowany prezentuje taki wygląd, jaki wydaje nam się najatrakcyjniejszy i oczekiwany przez innych. Nie ma nic złego w tym, że o siebie dbamy i chcemy ładnie wyglądać. Szczególnie my, kobiety, przechodzimy w dzieciństwie ostry trening dotyczący tego, co nam wypada robić, a czego nie. Oczekuje się od nas, że będziemy miłe, ładne i grzeczne. Często słyszymy: nie krzycz, zobacz, jak brzydko wyglądasz, kiedy tak wykrzywiasz buzię.

Zdaniem trenera i psychoterapeuty Mariusza Bonka przypadek Justyny to jednak coś więcej niż wyuczone dbanie o siebie. To dowód wielkiego lęku, że sama w sobie nie jest dość atrakcyjna i dobra, żeby inni ją akceptowali. Za tym nieakceptowaniem swojego naturalnego wyglądu może się również kryć brak akceptacji dla różnych trudnych emocji, które Justyna w sobie nosi, np. smutku, lęku czy zazdrości. Wówczas perfekcyjny makijaż jest formą kontrolowania, czy wszystko jest z nami w porządku. Skoro tak doskonale panujemy nad swoim wyglądem, to również z innymi rzeczami radzimy sobie sprawnie.

– Kontrolowanie, żeby ładnie wyglądać, samo w sobie nie jest problemem – tłumaczy Dariusz Tkaczyk, psychoterapeuta z Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”. – Każdy z nas ma prawo nawet do takich zachowań, które w oczach innych uchodzą za dziwactwo. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy robimy coś nie dlatego, że sprawia nam to przyjemność, ale ze względu na nieadekwatne poczucie zagrożenia. A w przypadku Justyny kontrola wyglądu jest zogniskowana na tym, żeby nie być odrzuconą, a nie żeby ładnie wyglądać. Sztywność i zakres jej zachowań sugerują, że są one warunkiem samoakceptacji.

W poszukiwaniu bezpieczeństwa

Ukojeniem dla wewnętrznego niepokoju może być również nadmierna kontrola przestrzeni, w której żyjemy. Mieszkanie Grzegorza, 30-letniego muzyka, przypomina muzeum. Dyktatowi nietykalnych eksponatów poddał wszystkich, którzy go odwiedzają. Koledzy nieraz żartują z niego i celowo przesuwają jakąś rzecz o kilka centymetrów. Grzegorz natychmiast to zauważa i się denerwuje.

– Nienawidzę bałaganu i nieładu. Chcę, żeby każda rzecz miała swoje wyznaczone miejsce. Co w tym dziwnego, że nie położę się spać, jeśli mieszkanie jest nieposprzątane?

Nieraz zdarza mu się wstać w nocy, bo myśl o nierozwieszonym praniu albo nieposkładanych ubraniach nie daje mu spokojnie zasnąć. Być może to nieustanne porządkowanie otoczenia pozwala mu udawać, że podobny porządek ma również w sobie. Widok porozrzucanych rzeczy konfrontuje go z chaosem, jaki ma w sobie. Grzegorz nie lubi rozmawiać o swoich emocjach i niechętnie je okazuje. Jest skryty, ale łatwo wpada w złość. Czasem wybucha niewspółmiernie do sytuacji.

Zdaniem Dariusz Tkaczyka ciągłe porządkowanie przestrzeni może być niespecyficznym regulowaniem emocji. – Jeśli ktoś ma słabe rozeznanie w tym, co się z nim dzieje, słabą umiejętność nadawania znaczenia sytuacjom życiowym, czuje silny niepokój. Przenosi go wtedy w obszar, który jest mu lepiej znany i nad którym uważa, że panuje. W końcu łatwiej ułożyć książki na półce, niż skonfrontować się świadomie ze swoimi emocjami.

– Kontrola daje nam poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza lęk przed nieznanym i niespodziewanym – tłumaczy Mariusz Bonk. – Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. Ten lęk ma bardzo różne przyczyny. Mogą go wywoływać traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, ale również wyniesione z domu nauki i ostrzeżenia rodziców typu: uważaj, bo sobie zrobisz krzywdę! Nie dasz rady! Nie uda ci się! Bądź ostrożny i nie ufaj nikomu! Wszyscy tylko czyhają, żeby cię wykorzystać!

 

Pragnienie wpływu

Nadmierna kontrola to nie tylko brak zaufania do świata, to również dowód braku wiary we własne siły, mądrość, możliwości i intuicję. Pesymiści nie wierząc w sprzyjający los i swoje siły, starają się wszystko kontrolować. Czasami pod linijkę ma być już nie tylko wygląd i mieszkanie, ale również partnerzy i bliscy kontrolerów.

– Mam dość bycia wieczną animatorką – skarży się 35-letnia Beata prowadząca prywatne przedszkole. – To wiecznie ja muszę decydować, co zrobimy z wakacjami, kiedy odnowimy mieszkanie i jak spędzimy święta. Mąż jest tylko wykonawcą moich projektów. Czekanie na jego inicjatywę trwałoby w nieskończoność. Czasem proszę go, żeby coś zrobił, ale zanim doczekam się reakcji, wolę sama się tym zająć.

Kobiety kontrolerki z jednej strony skarżą się na nadmiar obowiązków i odpowiedzialności za związek, ale z drugiej strony nie starcza im cierpliwości, aby poczekać na inicjatywę partnera. Bycie niezastąpioną daje im poczucie własnej wartości. Trudno wówczas zrezygnować z próby poddania kontroli całego życia rodzinnego.

Nie mniej trudne jest rezygnowanie z kontroli w stosunku do własnych dzieci. Początkowo nieustanna, z czasem powinna stawać się coraz bardziej dyskretna, aż wreszcie ustąpić całkowicie. Często jednak rodzice nie chcą zrezygnować ze swoich praw do kontroli, traktując ją jako narzędzie nieograniczonej władzy.

– Chwilami nie daję już rady – zwierza się Iwona, świeżo upieczona mężatka. Mój mąż jest wspaniałym mężczyzną – czułym, troskliwym i wyrozumiałym. Mam jednak wrażenie, że wraz z nim poślubiłam jego matkę. Nie ma dnia, żeby do nas nie zadzwoniła. Uważa, że ma święte, niczym nieograniczone prawo przychodzić do nas bez zapowiedzi o każdej porze. Ciągle słyszymy tysiące rad i wskazówek, jak mamy spędzać wakacje, urządzać mieszkanie, z kim się przyjaźnić, jakie książki czytać i co jeść. To prawda, że traktuje mnie jak córkę, dba o mnie, martwi się moimi kłopotami w pracy, nieustannie obdarowuje prezentami, ale jest tak ekspansywna w okazywaniu troski, że naprawdę trudno to wytrzymać.

Matki silnie kontrolujące swoje dorosłe dzieci zazwyczaj nie są usatysfakcjonowane związkiem ze swoim mężczyzną. Jednak konfrontacja z tym może być dla nich zbyt bolesna. Dlatego dużo łatwiej im myśleć o sobie: jestem wspaniałą, opiekuńczą i poświęcającą się matką, zamiast: jestem nieszczęśliwą kobietą tkwiącą w małżeństwie, które nie przynosi mi radości.

– Osoby zbyt skoncentrowane na innych często mają problem z własnymi potrzebami. Ważne, żeby teściowa Iwony zamiast: zostaw nas w spokoju, nie jesteś nam do niczego potrzebna, usłyszała od nich, że bez względu na to, co i ile dla nich robi, jest ważna i kochana. To może jej pomóc zobaczyć, że o jej wartości i kobiecości stanowi nie tylko nieustanna próba uszczęśliwiania syna i synowej, a im pozwoli zmniejszyć napięcie w kontaktach z nią i łagodnie, choć konsekwentnie stawiać pewne granice dotyczące jej zaangażowania – tłumaczy Dariusz Tkaczyk. – Sama kontrola nie jest problemem, ten pojawia się, gdy pragniemy kontrolować, czyli panować nad tym, na co możemy mieć jedynie częściowy wpływ. Bardzo słusznie, jeśli kontrolujemy tor jazdy naszego samochodu, gorzej, jeśli chcemy kontrolować czyjeś zachowania i decyzje.

Rozpoznać uczucia

Jak w sposób dojrzały kontrolować swoje życie? Punktem wyjścia mogą być słowa słynnej modlitwy Reinholda Niebuhra:
„Boże, daj mi spokój, abym zaakceptował to, czego nie mogę zmienić, odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę, oraz mądrość, abym potrafił te sprawy od siebie odróżnić”.
Jeśli mamy tendencję do nadmiernego kontrolowania naszego wyglądu, zachowania czy też naszych bliskich, to pierwszym krokiem do zmiany jest uświadomienie sobie tego, co tak naprawdę kontrolujemy. Zdaniem Mariusza Bonka odpowiemy na to pytanie dopiero wtedy, gdy skomunikujemy się ze swoimi uczuciami i nauczymy się je rozpoznawać. Wówczas mamy szansę na wyrażanie ich w bezpiecznej dla innych osób formie. Nie odbierajmy sobie prawa do złości, lęku, obaw, gniewu, niechęci czy smutku. Pozwólmy też sobie na wyrażenie tych uczuć, ale tak, aby nikogo nie ranić. W sprzyjających warunkach choć trochę poluzujmy kontrolę. Pozwólmy ponieść się sytuacji i decydować innym choć w niewielkim stopniu za nas. Wówczas okaże się, że sympatia, jaką nas obdarzają, nie maleje, gdy wyglądamy mniej atrakcyjnie, mamy bałagan w mieszkaniu i nie sprawujemy nad wszystkim pieczy. Paradoksalnie może ona nawet wzrosnąć.

  1. Psychologia

Granice wolności w związku - czy związek to alternatywa dla wolności?

Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Czy zauważyliście, że ludzie często myślą o związku jako alternatywie dla wolności? Za deklaracją: „Nigdy nie wyjdę za mąż, nie ożenię się", pod spodem kryje się zazwyczaj strach przed utratą tożsamości, swobody, swobodnego dysponowania swoją osobą.

Otrzymuję czasem maile z pytaniami typu: „Czy można pozwalać parterowi na samotne wyjścia, spotkania z przyjaciółmi, imprezy integracyjne?". Myślę, że ta obawa związana jest z niewłaściwym pojmowaniem partnerstwa, jego istoty i celu, a także samej wolności. Bo nie jest ona wyłącznie możliwością robienia tego, co się nam w danym momencie zachciewa. W życiu, jeśli na czymś nam bardziej zależy, rezygnujemy z czegoś innego. To naturalne. Chodzi więc o to, by działać ze świadomością, że nasza sytuacja życiowa jest kwestią wyboru. To jest wolność.

Zauważcie też, że stosunki damsko-męskie, w tym modele związków, ciągle ewoluują. Kiedyś role były sztywne i z definicji zawierały w sobie wiele ograniczeń. Tego nie wolno, tego nie wypada. Dzisiaj szukamy nowych koncepcji i dróg realizacji siebie, także poprzez partnerstwo. Jednakże wzorce domowe, w których jedna lub obie strony odczuwają brak wolności osobistej, nadal funkcjonują. Kto ma takie doświadczenia z pewnością obawia się ograniczeń lub uważa, że są one niezbędne by związek był dobry.

Problem wolności pojawia się także wtedy, kiedy nasze poczucie wartości jest obniżone oraz kiedy traktujemy związek jak lek na samotność, sposób na dowartościowanie. Pojawia się też wtedy, kiedy czujemy, że nie możemy robić pewnych rzeczy i tłumimy swoje potrzeby z obawy, że okażemy się nie dość dobrzy w roli partnera (a czasem także po to, aby nie dać drugiej stronie prawa do tego, by robiła to samo).

„Beata, moja żona, ma pretensje, gdy chcę robić coś sam, np. pójść na piwo z kolegami z pracy itp. Daje mi do zrozumienia, że ona tego nie robi, bo pierwszeństwo ma rodzina. Dostosowuję się, rzadko korzystam z takich zaproszeń, ale mam wtedy poczucie, że mi nie ufa. Zresztą podejrzliwie wypytuje mnie o wszystko w takich sytuacjach. Czy jeśli spędzę godzinę w innym towarzystwie, to znaczy, że nie kocham rodziny, że jestem nieodpowiedzialny?” pyta Jacek, 32-letni informatyk.

Marysia, 36-letnia redaktorka, również ma obawy dotyczące podobnych kwestii. „Czasem rozmawiam z koleżankami o wyjeździe do SPA na cały weekend. Bez partnera, bez dzieci… ale kończy się na marzeniach, bo szczerze mówiąc, nie wiem, co mój mąż robiłby w tym czasie. A może podrzuciłby dzieci rodzicom i skorzystał z wolności? Moja przyjaciółka w taki sposób odkryła zdradę męża. Klasyka. Wcześniejszy powrót z delegacji. Cieszyła się, że zrobi mu niespodziankę. Ale to on zaskoczył ją. I właśnie się rozwodzą”,  mówi.

Jeśli tak podchodzimy do naszego partnerstwa, czyli uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. To znaczy, że myślimy: „On/ona jest ze mną tylko dlatego, że tak dobrze go pilnuję?".

Warto też pamiętać, że osoba, którą próbujemy kontrolować, czuje się jak w klatce i rzeczywiście może skorzystać z sytuacji, gdy drzwiczki są niedomknięte...

Jak ustalić granice wolności w związku?

Pierwszym i najważniejszym warunkiem związku, w którym panuje wolność, jest obustronna dobra wola. Wtedy zbudowanie relacji jest naszym wspólnym wyborem, a odpowiedzialność za nią nie jest narzucona. Dobrowolność i odpowiedzialność sprawiają, że nasze obowiązki nie są uciążliwością, ale chęcią, aby związek był dobry i wspierający dla obu stron.

Jeśli kochamy partnera, a on kocha nas i żadne z nas nie próbuje zająć lepszej pozycji, mieć więcej praw czy też większego poczucia bezpieczeństwa kosztem drugiej strony - jesteśmy elastyczni. Wyjście gdzieś samemu, spełnienie swoich potrzeb towarzyskich poza związkiem, uprawianie pasji czy wyjazd integracyjny nie stanowią istotnego problemu. Zakres tych swobód zależy od umowy, możliwości, stylu życia, charakterów i potrzeb.

  1. Psychologia

Kiedy warto sobie odpuścić i powiedzieć innym „nie”? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. (fot. iStock)
Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. (fot. iStock)
Odmawianie jest trudne. Oskarżamy przełożonych, że to oni są winni naszemu przemęczeniu i brakowi czasu. Ale sami zgadzamy się na wszystko, a nawet wymyślamy sobie nowe obowiązki. Dlaczego właśnie w czasach kryzysu trzeba w pracy odmawiać, wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor programu odnowy „8 razy O”.

„Ty zrobisz to najlepiej”, „tobie mogę zaufać”, „musimy dołożyć sił, by nie dać się konkurencji”, każdy z nas słyszał od szefa podobne słowa i przyjął dodatkowe zlecenie. Bo nawet gdy wiemy, że to nieczysta zagrywka, trudno odmówić, skoro kryzys straszy: uwaga, bezrobocie!
No właśnie. Do tej pory mówiliśmy o rzeczach, za które my sami ponosimy odpowiedzialność. Od nas zależy, jak oddychamy, co sobie wyobrażamy, o czym myślimy. Jeśli nie jesteśmy ugruntowani w sobie lub nie umiemy odreagowywać i odpoczywać, możemy się tego nauczyć. Wówczas nasza efektywność i odporność wzrosną nawet w trudnych sytuacjach. Z odmawianiem jest inaczej. To kwestia relacji z innymi.

Bo w pracy nie wszystko zależy od tego, jak oddychamy i o czym myślimy.
Właśnie. Możemy pojazd, jakim jest nasz organizm, dobrze serwisować i być sprawnym kierowcą, ale jeśli nie mamy świadomości granic naszej ładowności, to przekroczymy normy bezpieczeństwa. Dlatego musimy nauczyć się nie brać na siebie zbyt wiele. Czyli odmawiać innym i odpuszczać sobie. Odpuszczać sobie, bo zamiarem naszych szefów na ogół nie jest przeciążanie nas pracą. To często my sami – z własnej woli – bierzemy sobie za dużo na głowę i potem nie dajemy rady. Ale o tym, dlaczego tak postępujemy, porozmawiamy następnym razem. Dziś powiemy o trudnościach z odmawianiem. To ważne. Jeśli bowiem przyzwyczaimy innych do tego, że nie odmawiamy, to na pewno z tego skorzystają i radośnie będą przekazywać nam wszystkie sprawy, którymi im nie będzie się chciało zająć.

Odmawianie jest trudne, jeśli dotyczy osoby, na której opinii nam zależy i która nie wiadomo, jak zareaguje.
Wchodzimy tu w sferę relacji międzyludzkich. Kiedy nie odmawiamy, bo myślimy, że tylko my zrobimy to lepiej – to taki jest nasz wybór. Nawet jeśli nie do końca uświadomiony. Ale gdy czujemy, że nie jesteśmy w stanie przyjąć kolejnego zlecenia, bo już brak nam sił i czasu, i pojawia się taka myśl: „Cholera, co będzie, gdy odmówię? Co sobie szef/szefowa o mnie pomyśli? Czy ja mam w ogóle prawo odmawiać? Czy to nie będzie nieuprzejme, rozczarowujące, a może dyskwalifikujące mnie?”. To mimo tych obaw trzeba powiedzieć: „Przepraszam, ale więcej nie dam rady – są w moim życiu inne ważne sprawy, na które muszę mieć czas i siły”.

Ja zdobyłam się na to dopiero po wizycie u lekarza.
Często dopiero choroba jest dla nas wystarczającym uzasadnieniem. Zdejmuje z nas odpowiedzialność za powiedzenie „nie”. Ale musimy umieć odmawiać w porę.

Potrzebny nam kurs asertywności, przynajmniej dobra książka z zasadami mówienia „nie”.
Gdy lęków i obaw przed odmową jest zbyt wiele, uczenie się formułek nie pomoże. Bo i tak będziemy się bali ich użyć, nawet jeśli będą to zdania tak skonstruowane, by nikogo nie urazić. Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. Jeśli kiepsko oddychamy, brakuje nam poczucia oparcia w sobie, zbyt często przebywamy w świecie dewaluujących nas fantazji, nie będziemy w stanie zachować się naprawdę asertywnie. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. Trzeba je mówić z przepony. Wiele różnych kompetencji osobistych musimy rozwinąć wcześniej, by móc skutecznie odmawiać w sposób, który nie uraża niczyjego poczucia godności. Dlatego mówimy o tym pod koniec prezentowania programu „8 razy O”.

Uczy się nas jednak, że odmawianie starszym, rodzicom jest złe. Pewnie dlatego myślimy, że przełożonym też odmówić nie wolno. Dlatego potrzebujemy głębszego rozumienia asertywności. Zgodnego z następującą definicją: „Asertywne zachowanie w sytuacji konfliktowej wzmacnia poczucie godności obu stron”. Warto o tym pomyśleć, bo wiele osób ma problem z „nie”, gdyż uważa, że dla drugiej osoby jest to upokarzające i trudne. W istocie tak nie jest. Odmawianie nie jest zabieraniem, nie jest poniżaniem, nie jest odrzuceniem. Odmawiamy tego, czego jeszcze nie daliśmy ani nawet nie obiecaliśmy. Skoro ktoś nas o coś prosi, to znaczy, że liczy się z odmową. W przeciwnym razie nie pytałby, tylko sobie wziął. Jeśli ktoś nas prosi o coś, o co nie powinien prosić, lub o to, czego nie chcemy ofiarować, to odmawianie sprzyja temu, aby obie osoby poczuły się godniej.

 
Czy zawsze odmowa przywraca nam godność?
Ważne, byśmy odmawiali w porę. Wielu z nas odmawia zbyt późno. Nie możemy zdobyć się na odwagę. Oszukujemy się, że jeszcze damy radę to unieść. W dodatku gdy raz w porę nie odmówimy, to wkrótce otoczenie – nie orientując się w tym, że jesteśmy już przeciążeni – będzie próbowało coś jeszcze nam dołożyć. Wtedy, gdy dociśnięci do muru wybuchamy, ludzie wokół nas nie rozumieją, dlaczego zamiast spokojnego, lecz stanowczego „nie” słyszą rozpaczliwą, nieadekwatną do sytuacji odpowiedź. I wtedy mają święte prawo ze zdumieniem pytać: „Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś, że masz dość?”. Mają prawo nie tylko się zdziwić, ale też obrazić. Odmawiajmy więc w porę, kiedy jeszcze potrafimy zrobić to spokojnie i rzeczowo.

I kiedy można znaleźć kogoś innego do wykonania tej pracy.
Jeśli odmówimy w porę, szef nie powie: „Nie musiałem z tym do ciebie iść. Ale zawsze mówisz, że zrobisz to najlepiej! No i kto to teraz zrobi?”. Odmawiajmy, kiedy nie jesteśmy wykończeni, bo inaczej nasza odmowa nie przywróci godności nikomu. My będziemy się wstydzić naszego zachowania, a szef poczuje się pokrzywdzony.

Zauważyłam, że ci, którzy potrafią mówić „nie”, są bardziej szanowani i częściej awansowani.
Z pewnością odmawiali w porę, asertywnie i spokojnie. Zostali docenieni, bo to świadczy o ich większej dojrzałości, inteligencji emocjonalnej i lepszym zarządzaniu swoimi zasobami. Na wyższych stanowiskach są to umiejętności niezbędne. Zaletą tych ludzi jest też to, że nie zakładają, iż wszyscy chcą ich wykorzystać. Wiedzą, że dla normalnego człowieka wykorzystanie kogoś nie jest czymś, czego pragnie. Bo większość z nas ceni wzajemny szacunek w relacjach z innymi.

Dając się wykorzystywać, nie szanuję siebie, ale też stawiam innych w trudnej sytuacji.
Zdecydowanie tak. Gdy ludzie z otoczenia osoby, która wcześniej nie mówiła „nie”, nagle usłyszą od niej: „Wy mnie cały czas wykorzystywaliście!”, mają prawo poczuć się oszukani, wrobieni w „wykorzystywaczy”. Jeśli już coś komuś daliśmy lub pozwoliliśmy to sobie bez protestu zabrać, nie możemy mu potem zarzucać, że nam to ukradł. To nieuczciwe. Jako dorośli– także w relacjach zależności i podległości – nie możemy oczekiwać, że inni będą za nas wyznaczać i chronić nasze granice. Nie wolno nam delegować tej odpowiedzialności na innych.

To, co pan mówi, jest jak okład na duszę żołnierza korporacji. Ale czy przekona tego, kto boi się kryzysu i zrobi wszystko, by przetrwać w firmie?
Właśnie dlatego, że jest kryzys, trzeba szczególnie na siebie uważać. W takiej sytuacji łatwo przekroczyć granice swoich możliwości. Ponad siły możemy pracować najwyżej miesiąc, dwa. Gdy się wypalimy, to i tak nas zwolnią, bo nie będziemy w stanie pracować tak dużo, tak szybko i tak dobrze jak kiedyś. Dlatego powinniśmy dbać o siebie, ćwiczyć kompetencje i stosować zasady programu „8 razy O”. I nauczyć się odmawiać. Jeśli szef przekona nas, że tylko dodatkowy wysiłek uratuje nasze miejsce pracy, możemy podjąć decyzję, że czasowo pracujemy więcej. Aby przetrwać w kryzysie, firmy muszą obcinać koszty, i to my możemy być tym kosztem. Szef może nie przewidzieć, że mimo naszego poświęcenia i tak będzie musiał zlikwidować nasze stanowisko. Dlatego nigdy nie zużywajmy wszystkich zapasów energii. Pamiętajmy, że to my jesteśmy dla siebie samych firmą najważniejszą ze wszystkich. Musimy dbać o to, żeby dobrze funkcjonować w każdych, nawet najtrudniejszych warunkach. Bo jeśli z przepracowania się rozchorujemy, kto zarobi na nasze utrzymanie? Jeśli nigdy nie odmawiając, wypalimy się i stracimy całkiem siły i ochotę do życia, kto doceni nasze poświęcenie?

  1. Psychologia

Katarzyna Miller o „wolności od” i „wolności ku”

W naszej kulturze dość często dochodzi do pomieszania wartości, bezpieczeństwo myli nam się z pułapką i ze zniewoleniem, a wolność – z anarchią i ryzykiem. (Fot. iStock)
W naszej kulturze dość często dochodzi do pomieszania wartości, bezpieczeństwo myli nam się z pułapką i ze zniewoleniem, a wolność – z anarchią i ryzykiem. (Fot. iStock)
Gdy Polacy mówią „wolność”, to na ogół mają na myśli wolność ojczyzny. To, że walczyli, powstawali i że to było takie szlachetne oraz wzniosłe. Tak bardzo, że zapominają o istnieniu także innych wolności. I nie specjalnie je szanują, np. wolność dziecka albo kobiety.

Definicja wolności jest niejednoznaczna, różnie ją rozumiemy. Dobrym na to przykładem są choćby wybory z 1989 roku – dla jednych święto wolności, a dla innych – hańby.

Wolności się raczej boimy, funkcjonuje stereotyp, że jak ktoś jest wolny, to znaczy, że egoista, bo myśli tylko o sobie.

Kiedy miałam trzydzieści parę lat i w najlepsze trwał socjalizm, czułam, że jestem u szczytu życiowej energii i marzyłam o otworzeniu własnego ośrodka leczenia alkoholowego uzależnienia. Wiedziałam, jaki ten ośrodek ma być, jednak to były takie czasy, że nijak nie można tego było zrealizować. Później już nigdy nie miałam takiej energii, nie byłam w stanie podjąć się tak złożonego organizacyjnie zadania. Wtedy zabrakło mi bardzo wolności dla działania, dla przedsiębiorczości. Ograniczał mnie ustrój. W sensie osobistym nie czułam się zniewolona w PRL. Może w dzieciństwie, przez moją matkę, na szczęście wolność dawali mi ojciec i niania, dzięki temu miałam duże poczucie autonomii i z czasem mogłam ją sobie wywalczyć także u matki.

Ważne jest rozróżnienie na „wolność od” i „wolność ku”. Ta pierwsza to hulaj dusza, piekła nie ma, szalejemy, poddajemy się własnym odruchom. Może się to wydawać fajne, bo jest spontaniczne, ale jeśli nie jest poparte doświadczeniem albo zdrowym rozsądkiem, dojrzałością czy uznawaniem mądrych granic, idzie w destrukcję, zatracanie się. Dzieje się tak bardzo często, jeśli młody człowiek czy dziecko nie czują, że stoi za nimi rozsądny dorosły, który ma do nich szacunek. Dziecko podkreśla więc swoją wolność, pozwalając sobie na demonstrację gniewu, pretensji lub rozpaczy, niszcząc co popadnie. Pozbywa się napięcia, zrzucając kłopot na wszystkich wokół. „Wolność od” to jest wolność od ograniczeń. Cenniejsza jest wolność ku czemuś, czyli tak zwana uświadomiona konieczność. Niezbędny kompromis, zgoda na coś, co niekoniecznie nas upaja, ale lepiej, żeby było takie, jak być może, niż żeby miało wcale nie być. Gdy widzimy, że nie zbudujemy niczego, jeśli ktoś będzie wciąż to burzył i niszczył, to musimy się zgodzić na to, żeby powstrzymać burzącego.

Im bardziej jesteśmy indywidualistami, tym bardziej wchodzimy w wolność drugiego człowieka. Mój ulubiony kierunek filozoficzny – utylitaryzm – mówi o tym, że liczy się jak największa suma dobroci dla jak największej liczby ludzi.

Filozof James Mill twierdził, że podstawą życia w społeczeństwie jest umowa społeczna – musimy się ze sobą nawzajem liczyć, żeby jak największej liczbie osób było jak najlepiej.

Bez wątpienia wszyscy podlegamy ograniczeniom wolności. Przykładem takich ograniczeń mogą być Dekalog czy obowiązujące prawo, zgadzamy się na to, bo wiemy, że one gwarantują nam bezpieczeństwo. Trzeba tu znaleźć złoty środek, bo z jednej strony złem jest zakłócanie innym życia, z drugiej – złem jest także ograniczanie wolności. Bez kompromisu co do granic wolności indywidualnej nie ma umowy społecznej, a więc ładu gwarantującego bezpieczeństwo.

W społeczeństwie rezygnujemy z części wolności. Mamy PIT-y, PIN-y, PESEL-e, jesteśmy opisani, inwigilowani, pozwalamy na przechowywanie naszych danych. Zgadzamy się na to, bo w zamian dostajemy właśnie poczucie bezpieczeństwa. Choć w naszej kulturze dość często dochodzi do pomieszania wartości, bezpieczeństwo myli nam się z pułapką i ze zniewoleniem, a wolność – z anarchią i ryzykiem.

Łatwo być zniewolonym przez sektę, ale też przez rodzinę, nałogi, kulturę masową. Młodzi kilkunastoletni ludzie, żeby się odróżnić od rodziny, która ich zniewala, wchodzą w bunt nastolatków. Paradoksalnie jego przejawem jest przynależność do wspólnoty nastolatków, której członkowie upodabniają się, mają taką samą fryzurę, chodzą w podobnych ubraniach. Trudno uwolnić się od dialektyki: indywidualizm – wspólnota, to taka jedność przeciwieństw. Dorastamy, ale musimy przyjąć wartości grupy, do której chcemy należeć. To zaspokaja naszą potrzebę przynależności, bez której trudno żyć. Można byłoby zaryzykować twierdzenie, że jeśli człowiek się rozwija, to wraz z wiekiem powinien stawać się coraz bardziej wolny w swoich poglądach, swojej wiedzy o świecie, o ludziach, o sobie. Coraz bardziej tolerancyjny, spokojny. Zdaje sobie wtedy sprawę, że wolność to prawo do bycia innym niż reszta, do bycia sobą, oraz z tego, że czasem trzeba za to słono zapłacić. Ale warto.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”. 

  1. Psychologia

Poczucie winy - jak nie zadręczać się bez przerwy popełnionymi błędami?

Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Nie wybaczę sobie tego! Nigdy! – powtarzamy poniewczasie. Kaliber przewin bywa różny – oszustwo, celowo wyrządzona krzywda, ale i niedopatrzenie, zaniedbanie, zlekceważenie… Gdyby dało się cofnąć czas… Jak żyć z takim ciężarem?

Ewka zdradziła – głupio, z przypadkowym facetem, po dwóch butelkach wina – miłość swojego życia, wieloletniego chłopaka. Nie umiała tego przed nim ukryć, on nie umiał o tym zapomnieć, poprosił, by się wyprowadziła. Odkąd to się stało, Ewa przestała jeść, nie może spać – wyrzuca sobie bez przerwy, że przez głupotę straciła szansę na szczęśliwe życie z najfajniejszym facetem na świecie. Nie potrafi sobie tego wybaczyć. Czuje, że zdradziła nie tylko jego, ale i siebie.

Karolina zawsze znajdowała wymówki, by nie pojechać do domu na weekend, choć mama ciągle ją zapraszała. „Nie mogę, właśnie kończymy ważny projekt” – mówiła przez telefon. Albo: „Mamo, z Warszawy to jest trzy godziny w jedną stronę, a ja muszę na poniedziałek zrobić raport”. Nie odbierała telefonów, bo nie chciała słuchać o zmartwieniach, do mamy dzwoniła, gdy czuła się samotna w wielkim mieście lub przeciwnie – gdy była bardzo szczęśliwa. Niedawno się zakochała i spędziła święta z ukochanym, w górach. Było cudownie. Gdyby wiedziała, że to będą ostatnie święta mamy…

Tyle pytań zostało bez odpowiedzi, tyle rzeczy odkładanych „na później”. Teraz znalazłaby czas i gadałaby z mamą godzinami, nawet codziennie, wysłuchując po raz kolejny znanych sobie opowieści. Żaden projekt nie wydaje się Karolinie teraz ważny, żaden raport nie jest już pilny. Nie może sobie wybaczyć, że traktowała mamę jako kogoś, kto będzie zawsze, jak tylko Karolina znajdzie czas…

Dlaczego tak trudno sobie wybaczyć?

„Najtrudniej wybacza się małe błędy ludziom posiadającym wielkie właściwości” – powiedziała baronesa Marie von Ebner-Eschenbach, austriacka autorka powieści psychologicznych. Wysoko postawiona sobie poprzeczka to często pasmo celów nie do osiągnięcia, wymagań nie do spełnienia. Ale czy na pewno jesteś istotą bez skazy? Niezdolną do błędów i pomyłek?

Jeśli zrobiłaś coś, co nie zgadza się z twoim wyobrażeniem o sobie samej, twój idealny obraz siebie jako osoby niezłomnej, szlachetnej i dobrej rozpada się na kawałki, a w najlepszym razie powstają na nim widoczne rysy. Myślisz o sobie, że jesteś dobrą córką – a tu proszę, nie okazałaś się dość przewidująca, wystarczająco opiekuńcza, na miarę rangi, jaką sobie przyznawałaś. Albo wierzyłaś, że jesteś lojalna w przyjaźni, że można na tobie polegać jak na Zawiszy – jednak stało się, zawiodłaś, zdradziłaś. Także swoje ideały i obraz samej siebie. To nie daje spokoju, budzi poczucie winy. Zaczynasz się oskarżać, a nawet karać.

Poczucie winy jest tak naprawdę informacją, że naruszyliśmy swój wewnętrzny system wartości.
Z mojego doświadczenia wynika, że to bardzo indywidualna sprawa – mówi trenerka rozwoju osobistego Lesława N. Jaworowska. – To, co dla jednego jest przekroczeniem zasad, dla drugiego już takie nie będzie. Wiele zależy od systemu wartości, jaki wynieśliśmy z domu. Złość na siebie i lęk przed konsekwencjami mogą być drogą do poznania siebie, do odzyskania kontaktu ze swoim potencjałem i do samoakceptacji.

Los bywa przewrotny

Psycholog, prof. Everett L. Worthington bada problematykę przebaczania od 1980 roku, napisał ponad dwieście artykułów i wydał kilka książek na ten temat. W 1996 roku los – przewrotnie – postawił go w dramatycznej sytuacji – została zamordowana jego matka i musiał stanąć twarzą w twarz ze swoimi dotychczasowymi teoriami dotyczącymi wybaczania.

– Wybaczyłem mu – odpowiedział dziennikarzowi, spytany o mordercę. Dlaczego? Bo, jak mówi, jest chrześcijaninem, ale też dlatego, że z racji swojego zajęcia był lepiej przygotowany do wybaczenia. Wcześniej, gdy opanowała go wściekłość, uzmysłowił sobie, że i on jest skłonny do posiadania silnych emocji, moralnej słabości – to wyzwoliło w nim empatię do mordercy swojej matki. Nie nastąpiło to jednak od razu, to był proces, droga, na początku której stał na stanowisku, że takiej przewiny nie można wybaczyć.

Worthington twierdzi, że wybaczenie jest decyzją. Racjonalnym, konstruktywnym myśleniem, zastąpieniem emocji negatywnych pozytywnymi. Pomocne w tym mogą być wspomnienia dawnych i obecnych cierpień, empatia ze sprawcą (zrozumienie, dlaczego to zrobił), przypomnienie sobie, kiedy sami chcieliśmy, by nam przebaczono, świadome altruistyczne wybaczenie, a następnie trwanie w nim.

Twierdzi też, że nie ma człowieka, który by nie zawiódł się na sobie i nie skrzywdził kogoś. On sam potępiał się wiele lat za to, że nie zapobiegł, jako bliska osoba i jako psycholog, samobójczej śmierci brata, który nie poradził sobie z przeżyciami po śmierci matki. Wyrzucał sobie też, że jako starszy brat dokuczał mu, gdy oboje dorastali. Żyje z poczuciem, że nie jest już możliwe naprawienie błędów przeszłości. Ale czy sobie wybaczył? Tak, bo twierdzi, że nie ma krzywd, których nie można wybaczyć. Także sobie samemu.

Okaż sobie szczyptę łaskawości

Nie da się przejść przez życie, nie wyrządzając innym – mniej lub bardziej świadomie – krzywdy i nie ponosząc porażek. Nie jesteśmy idealni, nigdy nie będziemy – czas się z tym pogodzić.

Czas też przyjrzeć się swoim normom, standardom – czy nie są zbyt wyśrubowane? Czy są nasze, czy narzucone – przez wychowanie, szkołę, społeczeństwo? Racjonalne czy raczej trudne do osiągnięcia?

Może pora uznać, że nie jesteśmy tak dobrzy, jak byśmy chcieli się widzieć, i popracować nad zmianą, ale też zaakceptować, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, wystarczająco odpowiedzialni. Z naszymi słabościami i ułomnościami. Przy czym wybaczenie wcale nie zwalnia z odpowiedzialności.

Chrześcijaństwo mówi o zadośćuczynieniu grzechom i – jak przyznają psycholodzy – taka praktyka może rzeczywiście dużo zdziałać. Jeśli nie możesz zadośćuczynić osobom, które realnie skrzywdziłaś, zrób coś dobrego dla innych. Rozpamiętywanie, złość, żal – mają negatywny wpływ na ludzki organizm, osłabiają układ odpornościowy, podnoszą ciśnienie krwi, stwarzając warunki do rozwoju ciężkich chorób. I niczego pozytywnego do życia nie wnoszą, nie rozwijają nas. Uznanie siebie takim, jakim się jest, to wyraz największej miłości. I najważniejszej – do samych siebie.