1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Miłość i wściekłość - o trudnej relacji matki i córki

Miłość i wściekłość - o trudnej relacji matki i córki

badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. (Fot. iStock)
badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. (Fot. iStock)
Dwie najbliższe sobie kobiety od pokoleń wzajemnie się obwiniają i wpędzają w poczucie winy. Tracą przy tym mnóstwo energii, która zamiast na budowanie idzie na niszczenie, hamuje ich rozwój. Dlaczego tak trudno im się porozumieć? I co zrobić, żeby porozumienie było możliwe?

Tekst pochodzi z archiwum miesięcznika "Zwierciadło".

Kinga, 25 lat, właśnie skończyła polonistykę, urodziła Olę. Jej mama Ewa, lat 55, w tym czasie odeszła na wcześniejszą emeryturę (była nauczycielką polskiego). Wreszcie ma czas, także dla wnuczki. Kiedy dwóm starszym synom rodziły się dzieci, pracowała. Zresztą synowe o pomoc zwracały się do swoich matek. I tak zdaniem Ewy ma być. Matka to matka. Kingę i Ewę łączy bardzo silna, skomplikowana więź. Nie mogą bez siebie żyć, ale ciągle się kłócą. Codziennie do siebie dzwonią (mieszkają na dwóch końcach miasta), ale zawsze kończy się wzajemnymi oskarżeniami. Pomagają sobie, jednak nie mają skrupułów, żeby się ranić. Konflikty zaczęły się w okresie dorastania Kingi.

Duży ładunek ambiwalencji

Kindze trudno było się połapać, o co mamie chodzi, bo raz traktowała ją jak małą dziewczynkę („włóż czapkę”, „nie zapomnij o kluczach”), a innym razem irytowała się, gdy była mało samodzielna.

Ann F. Caron, autorka poradnika dla matek dorastających córek („Matki i córki”), zauważa, że te dwie najbliższe sobie kobiety mają sprzeczne oczekiwania. Matki wymagają od córek samodzielności, a jednocześnie chcą mieć nad nimi kontrolę. Córki natomiast ciągle mówią matce: „ty nic nie rozumiesz, daj mi spokój”, a skrycie przyznają, że marzą o jej wsparciu, akceptacji i rozmowie.

Paula Caplan w książce „Nie obwiniaj matki” podkreśla, że większość relacji matka – córka cechuje duża ambiwalencja. Matka jest cudowna i okropna. Czuła i bezwzględna. Córka ukochana i nie do zniesienia. Miła i pyskata. Nic dziwnego, że te dwie kobiety kochają się i nienawidzą. Uciekają od siebie i za sobą tęsknią. Jak to wytłumaczyć? Tym, że związek matki z córką jest najbardziej intymnym ze wszystkich bliskich związków. Dla większości córek matka pozostaje najważniejszym punktem odniesienia, zwłaszcza w dzieciństwie, a bywa, że również w dorosłym życiu. Mała dziewczynka naśladuje jej gesty, przymierza przed lustrem jej stroje, bawi się w dom, wcielając się w jej rolę. Na tym etapie życia mama jest najwspanialszą osobą na świecie.

 
Ten obraz radykalnie zmienia się w okresie dorastania. Córka szuka wtedy dzielących je różnic, kwestionuje racje matki. A wszystko po to, aby zdefiniować siebie. Ale to nie znaczy, że matka nie jest jej już potrzebna. Wprost przeciwnie – to matka dostarcza jej informacji zwrotnych potrzebnych do budowania relacji ze światem. Mówiąc: „akceptuję twoje wybory” lub „kocham cię, choć nie podoba mi się to, co robisz”, daje jej to, co matka może dać córce najlepszego.

Ewa: – Starałam się z Kingą zaprzyjaźnić, wiedzieć, czym żyje, znać jej koleżanki, być taką jej psiapsiółą. Pożyczałyśmy sobie ciuchy, kosmetyki, chodziłyśmy razem do kina i na spacer. Wszystko to się skończyło, gdy poszła do liceum, a właściwie gdy poznała Kubę, swojego obecnego męża. Izoluje mnie od niego, jakby była o niego zazdrosna.

Kinga: – Pamiętam, że jako dziewczynka zwierzałam się mamie ze wszystkich swoich tajemnic. Mama z kolei wylewała mi swoje żale związane z pracą, przyjaciółkami, a przede wszystkim z ojcem, z którym rozstała się, gdy miałam pięć lat. Całe życie towarzyszyło mi poczucie, że wszyscy mamę krzywdzą – i przyjaciółki, i koledzy, a już najbardziej tata.

Mama godzinami opowiadała mi, jaki to tata był dla niej niedobry, jak strasznie ją traktował. A ja nie wiedziałam, jak reagować, bo przecież to mój ojciec, którego kocham. Chciałam jej to jednak jakoś wynagrodzić, więc spędzałam z nią dużo czasu, starałam się być posłuszna, nie sprawiać problemów. Efekt był taki, że nie miałam przyjaciółek, a kolegów traktowałam podejrzliwie.

Być matką kumpelką to ogromna pokusa wielu matek. Ale w takim modelu kryje się dużo niebezpieczeństw. Córka czuje podświadomy nakaz zaopiekowania się matką, ponieważ wydaje jej się, że matka jest niedojrzała, nieżyciowa. Bierze za nią odpowiedzialność, przez co sama ma zaburzone dojrzewanie. Tak naprawdę boi się dojrzeć, bo podejrzewa, że w dorosłości musi być coś okropnego, skoro matka postanowiła na zawsze pozostać nastolatką.

Wina w rodzaju żeńskim

Niektóre matki chcą dorównać córkom, a nawet z nimi rywalizują. O wygląd, seksualną atrakcyjność, powodzenie u mężczyzn. Gdyby jednak popatrzyły na siebie z odpowiedniej perspektywy, mogłyby dostrzec w swoim wieku dużo atutów.

To one bowiem wiedzą, co to znaczy urodzić i wychować dziecko. To one przeszły przez konflikty ze swoją matką i przez różne związki z mężczyznami. Są bogate w życiowe doświadczenie, którego córki nie mają. I tym powinny dzielić się z córką. Tylko matka, która akceptuje swoją kobiecość i dojrzałość, może dać córce prawdziwe oparcie i poczucie bezpieczeństwa.

Psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzosińska podkreśla, że to dzięki matce dziewczynka, a potem młoda kobieta uczy się rozpoznawać i nazywać swoje uczucia. Więź z matką ma duży wpływ na jej relacje z osobami obojga płci. Jeśli ta najważniejsza kobieta w życiu córki zaczyna z nią rywalizować, manipulować nią albo ją odrzuca, to potem wszystkie relacje z kobietami mogą wydawać się jej ryzykowne. Ale równie ważny jest wpływ matki na jej relacje z mężczyznami. Bo to od niej córka uczy się kobiecości. Jeśli matka nieustannie narzeka na mężczyzn, kpi z nich i widzi w nich nieudaczników, to córka może traktować ich podobnie. Co więcej – okazuje się, że nawet gdy córce nie podobają się związki matki, to często w dorosłości buduje podobne.

Kinga: – Koleżanki powtarzały mi, że gdy urodzę swoje dziecko, moje stosunki z mamą się poprawią. Z jednej strony tak się stało, bo rzeczywiście mama bardzo mi pomaga, ale z drugiej – nie, bo nie zna w tym umiaru. Dźwiga zakupy z drugiego końca miasta, jakby na naszym osiedlu nie było sklepu. Przywozi obiady, których my tak naprawdę nie chcemy, bo lubimy co innego. Ja jeszcze jakoś to znoszę, ale mój mąż coraz bardziej jawnie protestuje. Staram się słuchać jej wskazówek – choć wydają mi się staroświeckie – bo przecież wychowała trójkę dzieci. Mąż powiedział mi ostatnio, że jestem taka sama jak ona. I chyba ma rację, bo łapię się na tym, że niby wyrażam swoje zdanie, a tak naprawdę „lecę mamą”.

Badania potwierdzają, że dziewczynki podzielają poglądy matek w znacznie większym stopniu niż chłopcy. Dotyczy to różnych sfer życia, także sądów na temat relacji między kobietą a mężczyzną, seksu. Czasem córka staje się zakładnikiem norm przekazanych jej przez matkę.

Zofia Milska-Wrzosińska w książce „Bezradnik” opisuje pacjentkę, która tak mocno uwewnętrzniła pogląd matki, jakoby wszystkie zachowania związane z seksem czy płcią były złe i wstydliwe, że jej małżeństwo na długie lata pozostało białe. Zasady, które przejęła od matki jako swoje, spowodowały, że całkowicie odrzuciła seksualną sferę życia.

Inne badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. Z kolei naukowcy kanadyjscy udowodnili, że matki i córki w zadziwiająco podobny sposób opowiadają, przedstawiają wydarzenia, komentują, przytaczają szczegóły, nawet jeśli wcześniej nie uzgadniały zeznań. Takie podobieństwo nie występuje pomiędzy nikim innym w rodzinie – ani pomiędzy matkami a synami, ani ojcami a synami czy ojcami a córkami.

Wszystkie te badania dowodzą niesłychanie silnej więzi pomiędzy matką a córką. I co za tym idzie – wielkiej odpowiedzialności matki za wychowanie córki. Ale stąd tylko krok do obarczenia matek całą winą za nieudane życie córek. Zdaniem Pauli Caplan obwinianie o to matki jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Matki czują tego brzemię.

Ewa: – Moja córka wie, że jednym spojrzeniem lub słowem może sprawić, że poczuję się głupia, stara, brzydka i zdołowana. W pierwszym odruchu odpłacam jej tym samym, ale w głębi duszy pozostaje przekonanie, że widocznie nie zasłużyłam na dobre słowo.

Kinga: – Wiem, ile zawdzięczam mamie, jak bardzo jest nam oddana, szczególnie teraz. Ale czasami marzę, żeby jej nie widzieć i nie słyszeć. Chyba nie jestem dobrą córką.

Paula Caplan pisze o niszczącej sile wzajemnego wpędzania się w poczucie winy: „Energia zużyta na gniewne obwinianie matki (i siebie samych zarówno w roli córki, jak i matki) wstrzymuje nasz rozwój. Jednym z największych źródeł źle wykorzystanej energii emocjonalnej jest wściekłość, którą miliony kobiet czują wobec matek. Gdybyśmy zamiast obsesyjnie przypisywać winę matce, wykorzystały siły w bardziej produktywny sposób, powstałyby wielkie dzieła sztuki, rozwiązałybyśmy problemy socjalne i kryzysy tożsamościowe. Ale taką zmianę skutecznie uniemożliwia powszechne przekonanie, że źródłem naszych największych problemów są matki”.

Uczłowieczyć jej obraz

Jak wyjść z tego błędnego koła wzajemnych oskarżeń? Matki mają tu dużo lekcji do odrobienia, zwłaszcza w okresie dojrzewania córki. Powinny zrozumieć, że ma ona potrzebę okazywania swojej odmienności, i nie brać jej krytycznych uwag do siebie. A już w żadnym razie nie odpłacać jej pięknym za nadobne. Krytykuje nas? Buntuje się?

Zapytajmy najspokojniej, jak umiemy, dlaczego. Być może ma słuszne powody. Słuchajmy jej bez oceniania. Wymagajmy od córki odpowiedniej do wieku odpowiedzialności za swoje postępowanie. Nie wyręczajmy we wszystkim, bo odbieramy jej okazję do rozwoju. Nie oczekujmy, że będzie się nam zwierzała jak kiedyś. Zaakceptujmy granice, jakie nam stawia. Obserwujmy ją, zachowajmy z nią bliski kontakt, a zarazem pozwalajmy podejmować własne decyzje. Miejmy do niej zaufanie. W końcu to jej życie. Tylko w ten sposób możemy przeprowadzić ją przez ten trudny okres od pełnej identyfikacji z nami do osiągnięcia autonomii.

A co mogą zrobić córki? Paula Caplan radzi, aby uczłowieczyły obraz matki, czyli uświadomiły sobie wszystkie cechy jej charakteru i motywy postępowania. Może okaże się, że matka też miała krytykującą matkę i trudne dzieciństwo. Wiele matek stara się sprostać wyidealizowanemu obrazowi macierzyństwa i ukrywa przed córkami swoje trudności, bo nie chce ich tym obciążać. Dlatego większość z nas tak mało o nich wie, a brak tej wiedzy jeszcze bardziej utrudnia wzajemne porozumienie.

Ważne jest nie tylko zrozumienie błędów matek, ale także dostrzeżenie ich zalet. W każdej matce można znaleźć coś, co powinno budzić szacunek. Na przykład to, że nie pracowała, aby nas wychować. Albo pracowała i łączyła codzienne obowiązki macierzyńskie z zawodowymi. Nawet jeśli matka bardzo nas zraniła, można zobaczyć w niej po prostu człowieka. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ nieustanne obwinianie matki szkodzi przede wszystkim nam. Zwalnia z odpowiedzialności za swoje życie. Utwierdza w przekonaniu, że ponieważ problem tkwi w niej, więc ze swoim życiem nie możemy nic zrobić.

Bert Hellinger zauważa, że córki oczekują od matek, by były jak Bóg. A ponieważ to niewykonalne, pociągają je za to do odpowiedzialności. Hellinger powtarza, że uzdrowić relacje z matką możemy poprzez wzięcie jej do serca taką, jaka jest, ze wszystkimi zaletami i wadami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.

  1. Psychologia

Sięgnij w głąb pokoleń – o tym, jak ważna jest relacja z przodkami

Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Jak odzyskać prawidłowe relacje z rodziną? Każdy z nas powinien uporządkować sobie pierwsze i drugie pokolenie wstecz, czyli zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Najpierw należy przyjrzeć się relacji z rodzicami, popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy, bo jeśli nie ma zdrowych relacji z nimi, to nie ma co szukać w głębi pokoleń. (Fot. iStock)
Z Alicją Bednarską, specjalizującą się w ustawieniach rodzinnych według metody Hellingera, o tym, jak ważna jest relacja z przodkami – rozmawia Katarzyna Droga.

Artykuł archiwalny

Jak głęboko warto sięgnąć w dzieje pokoleń w ustawieniach rodzinnych?
Moim zdaniem, pierwsze i drugie pokolenie wstecz człowiek powinien sobie uporządkować, zająć odpowiednie pozycje wobec rodziców i dziadków. Ja sprowadzam sens ustawień do odzyskania prawidłowych relacji z rodziną i wiem z doświadczenia, że najczęściej nasze problemy w związkach czy z dziećmi wynikają z nieprzyjęcia własnych rodziców. A jeśli nie ma zdrowych relacji z rodzicami, to nie ma co szukać w głębi pokoleń – przyczyna tkwi dużo bliżej. Dlatego najpierw należy przyjrzeć się relacji z najbliższymi – mamą, tatą. Popatrzeć, czy ich przyjmujemy, czy odrzucamy – na przykład poprzez odwrócenie ról, nadopiekuńczość i poświęcenie.

Poświęcenie się matce może być aktem jej odrzucenia?
Tak, bo nie akceptujemy jej taką, jaka jest. Kobiety często mówią: „jest słaba, bezradna, muszę się nią opiekować, bo sobie nie poradzi”. W taki sposób nie przyjmują od matki życia. To widać na ustawieniach: córka stoi twarzą do matki i patrzy na nią z pozycji osoby silniejszej. To też pozycja partnera – czyli córka nie na swoim miejscu. Cały czas jest zwrócona do przeszłości, do całego szeregu przodków, a do swojego życia odwróciła się plecami. I dopiero jak pokłoni się matce, powie: „dziękuję ci za dar życia, przyjmuję cię taką, jaka jesteś, ale to ty jesteś duża, ja jestem mała, jestem tylko dzieckiem”, i odwróci się, by mieć jej wsparcie za swoimi plecami – wtedy wejdzie w swoje życie. A mama sobie poradzi. Jeśli ktoś nie wierzy – to ustawiam go w pozycji zależnej od własnego dziecka. Co byłoby, gdyby ono mówiło: „jesteś słaba, nie dasz rady beze mnie”. To pomaga.

Jeśli niesie się za matkę jej ciężar – bo ona choruje, ojciec był dla niej niedobry, pił, bił – to bierze się na swoje barki jej los. To dotyczy zresztą obojga rodziców – trzeba być ich dziećmi – nie partnerami czy opiekunami.

Tak naprawdę wszystkim rodzicom można coś zarzucić…
Nie warto. Wspominanie krzywd doznanych od rodziców to utknięcie w przeszłości. Stoi się twarzą do nich, a tyłem do swojego życia. Jeżeli ustawimy, nawet mentalnie, swoich przodków za sobą, to dadzą nam siłę, widok na własną przestrzeń. A jeśli cały czas wspominamy, że mama mnie nie przytulała, to nie idziemy do przodu.

Niektórzy piszą listę zarzutów do rodziców, a potem ją niszczą, ale ja nie zalecam tego ćwiczenia. Ono zmusza, by wspominać to, co złe – nawet jeśli potem mamy to podrzeć i wyrzucić. Nie tędy droga. Ja wierzę w list wdzięczności do ojca lub matki. „Nie mam za co być wdzięczna” – słyszę często. „Mój ojciec pił, musiałam nocą uciekać z mamą z domu”. „Masz do zawdzięczenia życie” – mówię wtedy – „I nawet jeśli tylko to, jest to dar największy”.

Niełatwo czasem wybaczyć.
Trzeba oddzielić człowieka od jego postępków. Nie musimy godzić się na przemoc ojca, ale uznać, że jest tylko człowiekiem, coś się złożyło na jego czyny. Nie chodzi o to, by akceptować, ale krytyka nie pomoże, tylko pomnoży zło. Według Hellingera, dzieci, też dorosłe, nie powinny wtrącać się w sprawy rodziców, bo wchodzą w cudze życie i tracą obraz swojej rodziny. Widać to w ustawieniach – człowiek zwrócony twarzą do rodziców, własną rodzinę ma za plecami.

Co jeśli dziecko nie spełnia ambicji rodziców lub im nie dorównuje?
Czyli mama lub tata są silni, a my do nich nie dorastamy? Wtedy jest dużo trudniej. Jedyne co można wtedy zrobić, to pokłonić się im. Powiedzieć np.: „Mamo – za wysoko ustawiłam poprzeczkę. Nie mogę jej dosięgnąć. To nie jest moje wyzwanie, lecz twoje. A to, co twoje, z całą miłością zostawiam przy tobie”. Ale nie należy sądzić, że problem zaraz zniknie. Bo jeśli ktoś ma niską samoocenę, to rzadko przyczyną jest tylko relacja z rodzicami, trzeba poszukać głębiej. Doradzam wtedy pracę nad sobą i włączenie innych terapii.

Bywa też, że w rodzinie faworyzuje się chłopca, a siostra, nawet starsza, żyje w jego cieniu. Te dziewczyny najczęściej nie mają same dzieci, nie mogą dać sobie rady, dopóki nie pogodzą się z tym, co było. Nie dopuszczają myśli, że są zazdrosne, bo to źle o nich świadczy. A muszą wybaczyć matce, by wziąć od niej życie.

Dlaczego dzieci zdradzonych często też są zdradzane?
Dzieci zdradzonej matki czy ojca – często, choć nie zawsze, przyciągają zdradę do siebie. Bo kobiety odrzucają lub uwielbiają ojca, który zdradza matkę – i przez tęsknotę za nim, za jego doskonałością, będą szukać podobnego mężczyzny. I znajdą. To jest w nich. Jeżeli z kolei mężczyzna ma takie relacje z mamą, że wchodzi w rolę jej partnera, na przykład wspiera ją, gdy jest zdradzana, nie stworzy zdrowego związku z kobietą. On ma już partnerkę – w mamie. Może być świetnym kochankiem, nawet bawidamkiem, ale nie mężem.

Czy mężczyzna wybiera partnerkę podobną do matki?
Raczej podobną do cech, za którymi tęskni – nie tylko mężczyzna, kobieta również. Ale może być też tak: mężczyzna ma silnego ojca, zdominowaną przez niego matkę i bierze za żonę kobietę mocną, zdecydowaną. Kieruje nim tęsknota za cechami ojca, szuka ich w żonie. To samo dotyczy „córeczki tatusia” – jeśli u boku ojca zajęła rolę partnerki – będzie jej trudno stworzyć zdrową relację będzie szukać w mężu ojca.

Ukochany dziadek okazał się przybrany. Czy to ma znaczenie?
Jest to zagadnienie osoby wykluczonej z rodziny. Kiedy okazuje się, że dziadek nie jest biologicznym ojcem naszego rodzica – ten prawdziwy, nieznany staje się osobą wykluczoną, zastąpioną przez kogoś innego.

Jeśli w jakimś pokoleniu znajduje się osoba wykluczona – także przez śmierć czy ułomność – to potem, w następnym, ktoś będzie powtarzał ten los. Bo to są dusze, które należą do rodziny, system chce je przywrócić, następuje zjawisko identyfikacji. Jeśli wykluczony jest dziadek, to wnuczka może powtarzać los pozostawionej babci, i trudno jej będzie znaleźć w życiu partnera.

Mam własną teorię: że osoby, które muszą gdzieś wyjechać, zostawiają rodzinę, wyruszają w świat – to są osoby, które powielają los osoby wykluczonej. Same eliminują się z rodziny, uciekają.

Jak tajemnice i zbrodnie wpływają na los rodzin?
Bywa, że tajemnica jest tak skrywana, że ujawnia się dopiero w ustawieniach. Ale nawet jeśli o niej nie wiemy, to wpływa na nasze życie. Może być źródłem chorób, zachwianych relacji. Trzeba wtedy popatrzeć wysoko, ponad głowami i dziejami rodziny, na los, który jest większy od nas. Postarać się pogodzić z tym, co się stało. Wtedy dopiero można wrócić do swojego życia. Szczególnie jednak bywa trudno, gdy tym zdarzeniem jest na przykład zbrodnia.

W przypadku morderstwa psychoterapeuta Otto Brink ustawiał ofiarę i kata naprzeciwko siebie, bo ofiara i kat należą do siebie, są jednym. Kłaniają się sobie nisko i długo. To spojrzenie pojednania. Jeśli osoba, która nosi w sobie obraz morderstwa, powie: „zgadzam się na to, przyjmuję, że tak było”, uwolni się od tego obrazu i może dostanie coś nowego od życia.

Skoro matka jest tak ważna, to jak na dziecko działa jej utrata?
Kiedy umiera matka i zostawia swoje dziecko, to ono będzie tęsknić zawsze. I czego by w życiu nie osiągnęło, odczuwa ból, że mama tego nie widzi.

Na warsztatach ustawiam takie dziecko twarzą w twarz z mamą. To trwa. Ale kiedy ono powie: „mamo, tak bardzo mi ciebie brakuje”, kiedy przytuli się i wypłacze, to wyzna: „zawsze będziesz miała miejsce w moim sercu, pozwalam ci odejść do światła, ale pobłogosław mnie i wspieraj w dalszym życiu”. Bo pozwolenie na odejście nie oznacza, że mamy już ze mną nie będzie.

Bardzo pomaga wspominany list wdzięczności, lista wszystkiego dobrego, co dostało się od matki – to sprawia, że w pamięci ożywają dobre zdarzenia. Gdy je wypiszemy, zrównoważą te niedobre albo sprawią, że tamte zbledną.

Lepiej będzie nam w życiu, jeśli uświadomimy sobie, że to my sami bierzemy od rodziców dobro, radość, miłość lub smutek czy żal. Bo jeśli tak na to spojrzymy, wciąż możemy coś z tym zrobić, nie jesteśmy bezradni. To jedna z najważniejszych nauk.

Systemowe Ustawienia Rodzinne Berta Hellingera wywodzą się z założenia, że każda rodzina jest systemem, w którym panuje określony porządek i od którego nie można się odciąć. Zaburzenie powoduje zakłócenia i wpływa negatywnie na życie członków rodziny. Symboliczne przywrócenie rodzinnego porządku pozwala wprowadzić ład i uzdrowić relacje we własnym życiu i rodzinach.

Alicja Bednarska, trener rozwoju potencjału osobistego, praktyk NLP, integracji i transformacji oddechem. Uczennica m.in. Berta Hellingera, Otto Brinka, Daana van Kampenhouta. Praktykuje ustawienia hellingerowskie. Prowadzi ośrodek rozwoju Berckana.

  1. Psychologia

Dzieci na skraju załamania nerwowego, czyli rzecz o dziecięcej psychiatrii

Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Psychiatria dziecięca to w Polsce temat wzbudzający ogromne emocje, bo potrzebujących pomocy jest coraz więcej, a nie wiadomo, gdzie szukać wsparcia. Specjaliści apelują jednak, by zamiast straszyć statystykami, odczarować psychiatrię i usprawnić współpracę między domem i szkołą.

Jesienią przetoczyła się u nas burza o finansowanie psychiatrii dziecięcej. Potrzeby są ogromne, a oddziały psychiatryczne tak przepełnione, że trafiają tam tylko najcięższe przypadki, z udokumentowanymi próbami samobójczymi. Samobójstwa są drugą co do częstotliwości przyczyną zgonów wśród nastolatków w Polsce, a co dziesiąty nastolatek (czyli ok. 650 tys. młodych ludzi) wykazuje zaburzenia psychiczne wymagające pomocy profesjonalistów. Rośnie liczba całościowych zaburzeń rozwojowych, zaburzeń nastroju i osobowości, samookaleczeń, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania. A pandemia spotęgowała jeszcze wzrost uzależnień behawioralnych, takich jak nałogowe korzystanie z komputerów czy smartfonów i wcale nie ograniczyła agresji rówieśniczej, bo konflikty przeniosły się do sieci.

Ze strony specjalistów, psychiatrów dziecięcych coraz częściej słychać jednak apel, żeby nie skupiać się tylko na tym, co złe. Psychiatria, szczególnie dziecięca, to delikatna materia. Jeśli wciąż, ze wszystkich stron, słychać głosy, jak jest tragicznie, beznadziejnie, nic się nie dzieje, to może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. I sygnał dla potrzebujących, że i tak nie warto szukać pomocy, bo jej nie ma. Może czas zwrócić uwagę, że w mrocznym tunelu zwanym dziecięcą psychiatrią pojawia się zielone światło. A właściwie na razie światełko... Ale jest.

Pieniądze to nie wszystko

– W problemie z psychiatrią dziecięcą chodzi przede wszystkim o przebudowę systemu – podkreśla psychiatra Agnieszka Dąbrowska z warszawskiego ośrodka „Relacje”. – Dopóki mamy do czynienia z dziećmi, które przyszły do nas za późno, mając na koncie na przykład próby samookaleczenia się, oznacza to, że system nie działa, jak powinien. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, terapia wyglądałaby zupełnie inaczej; byłaby skuteczniejsza i krótsza. I na tym trzeba się skupić.

Doktor hab. n. med. Maciej Pilecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Katedry Psychiatrii UJ CM w Krakowie, idzie jeszcze dalej: – Założeniem wdrażanej reformy w psychiatrii nie jest tylko reakcja na kryzys. Ale przede wszystkim profilaktyka. Można wręcz mówić o wyszukiwaniu dzieci z problemami, wychodzeniu im naprzeciw, żeby zadziałać na czas.

Wyobraźmy sobie dziewczynkę z obniżonym, wciąż pogarszającym się nastrojem. Z myślami samobójczymi. Która w dodatku obsesyjnie chce schudnąć. Żeby pomoc była efektywna, trzeba przede wszystkim jak najwcześniej znaleźć genezę problemu. – Dzieci chodzą często na psychoterapię, gdzie rozmowa skupia się na objawach. Tymczasem musimy się dowiedzieć, co jest źródłem takich zachowań – podkreśla Agnieszka Dąbrowska. – Znaleźć odpowiedź na pytanie, czego w życiu tej dziewczynki jest za dużo, jakich emocji, obciążeń, że nie wytrzymuje. Lub czego za mało, że zabrakło jej narzędzi do poradzenia sobie z własnymi emocjami. Czy źródło problemów tkwi w domu, szkole, w kontaktach towarzyskich? Co się wydarzyło, co przeoczyliśmy?

Odczarować psychiatrię

Od początku ósmej klasy Ania ze wszystkich stron słyszała, że musi się uczyć, żeby jak najlepiej zdać egzamin ósmoklasisty, bo od niego zależy jej przyszłość. Czuła, że nie daje rady i że jest ze swoją niemocą sama. Rodzice pochłonięci problemami młodszego brata, u którego zdiagnozowano cukrzycę, nie dostrzegli zmiany w zachowaniu córki. Ania zamykała się w pokoju, patrzyła w sufit, słuchała muzyki. Przestała się uczyć. Wychowawczyni coraz częściej sygnalizowała niepokojące zachowania nastolatki: płacz podczas lekcji, wybuchy złości. Rodzice jakby wybudzili się z letargu. Zgłosili się do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Po kilku spotkaniach z dziewczyną terapeutka zasugerowała, że konieczne jest włączenie psychiatry, bo ma wrażenie, że wciąż nie może się dokopać do prawdziwego problemu. Ania jest zamknięta, wycofana, nie chce rozmawiać. Mówi, że nie widzi sensu terapii. Psychiatrze wystarczyło jedno spotkanie, żeby zdiagnozować depresję. Przepisała leki i Ania poczuła się lepiej.

Tyle że dla wielu osób wizyta u psychiatry to wciąż duży problem. – Wielu rodziców, szczególnie starszych pokoleniowo, myśli „psychiatria” i widzi „Lot nad kukułczym gniazdem”, drzwi bez klamek, kraty w oknach, szaleństwo, kaftany bezpieczeństwa – mówi Agnieszka Dąbrowska.

Magdalena Parol, zastępca Dyrektora Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży EZRA UKSW w Piasecznie, podkreśla, że wizyta u psychiatry to często ostateczność, bo oznacza, że dziecko jest inne, dziwne. – Dochodzi do tego strach przed ostracyzmem społecznym i tym, co powiedzą znajomi, dlatego tak ważne jest, abyśmy działali wcześniej, reagowali na objawy, zmiany w zachowaniu, momenty krytyczne – wyjaśnia.

Kiedy rodzice Tomka powiedzieli jego babciom, że psychiatra skierował chłopca na dzienny oddział psychiatryczny, obie zaniemówiły z przerażenia i oburzenia. Nie były w stanie zrozumieć, że w ten sposób można mu pomóc. Że ich ukochany 13-letni wnuczek nie jest rozbrykanym, żywym chłopcem, podobnym do rówieśników, a zdiagnozowano u niego zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i ma za sobą liczne samookaleczenia. „Niszczycie mu życie. Już na zawsze zostanie wariatem” – próbowały przekonać rodziców chłopca, ale ci nie odpuścili. Tomek od października jest na oddziale dziennym, rano ma lekcje, później terapie, zbiorowe i indywidualne. Co jakiś czas prowadzący terapeuta spotyka się z rodzicami.

– W kryzysach psychicznych efekty nie przychodzą zaraz. To żmudny, powolny proces. Nie od razu jest się czym pochwalić – podkreśla Oliwia Pogodzińska, psycholog z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Rodzice Tomka zdają sobie z tego sprawę, ale widzą poprawę w zachowaniu i samopoczuciu syna.

Zaopiekuj się mną

Ania i Tomek mieli sporo szczęścia. Ani przyglądała się wychowawczyni, która zgłosiła problem rodzicom, a oni skontaktowali się z psychoterapeutką. Ta z kolei uznała, że musi wkroczyć psychiatra, a potem zadziałały leki. Również rodzice Tomka zaufali psychiatrze, który wystawił skierowanie na oddział dzienny.

Współpraca osób skupionych wokół dziecka jest jednym z filarów, na których ma się opierać wprowadzana reforma w psychiatrii dziecięcej. Zakłada ona zmianę modelu pomocy udzielanej osobom doświadczającym kryzysu psychicznego. Ale współpraca to nie wszystko. Aby terapia była szybka i skuteczna, niezbędna jest interwencja w najbliższym środowisku dziecka, rówieśniczym, szkolnym i rodzinnym. Magdalena Parol tłumaczy, że chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak, by szkoła, nauczyciele, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować.

Stąd pomysł na wprowadzenie trójstopniowego podziału ośrodków udzielających pomocy dzieciom i młodzieży. Podstawą mają być Ośrodki Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej. To taka pozytywistyczna praca u podstaw. Jeśli zadziała, może się okazać, że nie trzeba wdrażać (lub rzadziej niż do tej pory) drugiego stopnia, czyli kierować dziecko do psychiatry czy na dzienny oddział psychiatryczny. I uda się uniknąć ostateczności, pobytu na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Psychiatrzy podkreślają, że ponad połowa pacjentów nie potrzebowałaby hospitalizacji, gdyby uzyskała pomoc wcześniej, np. w poradni psychologicznej. Docelowo w każdym powiecie ma powstać co najmniej jedno Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego. Czyli ok. 300 w całej Polsce. Pomoc ma przyjść w czasie do 72 godzin od zgłoszenia. Spotkanie może odbyć się także w domu, w naturalnym środowisku dziecka. Rodziny mogą liczyć na wsparcie psychologa, diagnosty, psychoterapeuty. Tworzony jest indywidualny plan zdrowienia. Doświadczony psycholog lub psychoterapeuta zdecyduje, czy młody człowiek w ogóle potrzebuje specjalistycznej psychiatrycznej konsultacji.

Stanąć na wysokości zadania

– Duży nacisk kładziemy na rolę terapeuty środowiskowego, który zbiera wywiad, staje się opiekunem i wsparciem dla procesu zdrowienia. Przyjdzie do domu na pierwszą wizytę, zadzwoni, porozmawia z osobami, które mogłyby wspierać dziecko, zapyta, jak funkcjonuje pacjent i inni członkowie rodziny. Ma też być łącznikiem między dzieckiem, rodziną a szkołą – wyjaśnia Magdalena Parol.

Na razie, jak wynika z badań przeprowadzonych wśród nauczycieli przez Fundację „Szkoła z klasą”, współpraca pomiędzy podmiotami, które działają na rzecz dobrostanu psychicznego dzieci – czyli domem i szkołą – praktycznie nie istnieje. Zdarza się, że uczeń czy uczennica chodzą na terapię, leczą się u psychiatry, a nie wie o tym ani wychowawca, ani psycholog czy pedagog szkolny. Trzy czwarte nauczycieli uważa, że główną przyczyną problemów dzieci jest brak wsparcia ze strony rodziców. Wielu z nich nie interesuje się tym, co się dzieje w szkole. Nie wiedzą, z kim córka czy syn się koleguje, z kim jest w konflikcie. Reagują dopiero, gdy sytuacja jest dramatyczna, na przykład dochodzi do próby samobójczej.

Rodzice odbijają piłeczkę i opowiadają o nauczycielach, którzy kończą lekcję i niczym więcej się nie interesują. Dostaje się też szkolnym psychologom i pedagogom. W większości szkół pracuje pedagog, jednak często jest zatrudniony poniżej pełnego etatu. Psycholog jest w jedynie 6 na 10 placówek. Praca pedagogów i psychologów ogranicza się do gaszenia wybuchających co i rusz pożarów. A wizyta u nich staje się dla dzieci karą. Nie każdy też potrafi indywidualnie podejść do ucznia, więc uczniowie odbiegający od normy nie mają łatwego życia.

Powodzenie reformy zależy od otwartości i gotowości każdej ze stron. Na szczeblu domowym czujni powinni być rodzice. Szczególnie na wszelkie zmiany w zachowaniu dziecka, gdyż – jak przypomina Oliwia Pogodzińska – depresja nie zaczyna się z dnia na dzień. Psycholożka podkreśla, że składa się na to długotrwałe osamotnienie, brak wsparcia, umiejętności radzenia sobie z problemem. Wielu dorosłych kwestionuje depresję u dzieci, wątpi, że mogą one mieć prawdziwe problemy.

Reforma zakłada współpracę ośrodków ze szkołami i przedszkolami. Tak jak np. w poradni psychologicznej dla dzieci EZRA UKSW w podwarszawskim Piasecznie. – Mamy porozumienie ze szkołami i przedszkolami z powiatu piaseczyńskiego. Te instytucje mają zgłaszać do nas dzieci z problemami, gdy zauważą np. fobie, lęki, obniżony nastrój, pierwsze sygnały kryzysu psychicznego. Ten poziom wsparcia jest kluczowy – wyjaśnia Magdalena Parol. Przewidziano szkolenia dla psychologów i pedagogów, spotkania z rodzicami. I mają być to spotkania merytoryczne, nie pogadanki. Przekazujące konkretną wiedzę, mechanizmy, rady, jak rozmawiać z dzieckiem, na co zwracać szczególną uwagę, gdzie się zgłaszać. Rodzice muszą jednak chcieć w tych spotkaniach uczestniczyć, czyli przede wszystkim dostrzec w nich sens. Przemóc wstyd i dopuścić do siebie myśl, że dziecko, a tym samym cała rodzina, ma problem. I nie bać się skontaktować z Ośrodkiem Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej.

Doktor Maciej Pilecki uważa, że im wcześniej zwróci się uwagę na kondycję psychiczną dziecka, tym lepiej. – Już do bilansu siedmiolatka włączyłbym pytanie o jego zdrowie psychiczne. Ale przeprowadziłbym taką rozmowę bez obecności rodzica. Spytałbym dziecko, czy czuje się dobrze samo ze sobą. Czy jest coś ważnego, o czym nie chce mówić przy rodzicach. I dlaczego – dodaje.

– W psychiatrii dzieci i młodzieży mamy do zrobienia jeszcze wiele. Ale możemy to wszystko zrobić – jeśli tylko będziemy działać wspólnie. Bądźmy uważni na dziecko, nie bójmy się prosić o pomoc i pamiętajmy, że tam, gdzie pojawił się problem, tam jest jego rozwiązanie – puentuje Magdalena Parol.

I takie podejście daje nadzieję!

  1. Psychologia

Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami

Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Jesteśmy dziś naszym dzieciom potrzebni może nawet bardziej niż dawniej DO ROZMOWY. Nie ma już podwórek z trzepakami, gdzie mogłyby nawiązywać relacje z rówieśnikami, bawić się, przyjaźnić czy spierać. Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami, bo pierwszy raz w historii dzieci (i dorośli) wchodzą w relacje nie tylko z innymi ludźmi, lecz także z urządzeniami. Smartfon to nie jest takie samo urządzenie, jak radio czy telewizor, twierdzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta dzieci i młodzieży, współautor książki „Cyfrowe dzieci”.

Beata Pawłowicz: Rodzice i dzieci często miewali problemy z dogadaniem się. Ale dziś „wychowany analogowo” ojciec, musi znaleźć wspólny język z synem należącym nie tylko do innego pokolenia, ale i do świata elektronicznych, mobilnych komunikatorów. Czy dziś jest trudniej być rodzicem?
Dr Tomasz Srebnicki: Ojciec taki jak ja, a dodam, że mój syn ma 10 lat, napotyka wszystkie stare problemy, jakie zawsze mieli rodzice. Ale też staje przed nowymi wyzwaniami. A te biorą się stąd, że szeroko pojęte media utwierdzające nas w przekonaniu, że są niezbędne, w sposób całkiem niekontrolowany, natarczywy, skomercjalizowany – wkraczają w świat relacji rodzica i dziecka. I to wkraczają nie tylko jako narzędzia komunikacji. Pierwszy raz w historii ludzkości mamy do czynienia z takim zjawiskiem, że człowiek pozostaje w bardzo silnej relacji z narzędziem, którym się posługuje.

Jesteśmy w relacji z telefonami? Tak jakby były żywymi istotami?
Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z narzędziami uniwersalnymi, które swoimi możliwościami pokrywają w zasadzie cały obszar funkcjonowania człowieka. Kontakt z nimi dostarcza więc dziecku niezwykłej rozrywki i to w ilości nieograniczonej i dostosowanej do niego samego, do jego potrzeb. Więcej nawet – potrafią wzbudzać w dziecku kolejne potrzeby. Kontakt z tymi urządzeniami umożliwia pozostawanie w relacji z innymi dziećmi, zdobywanie informacji i doświadczanie przyjemności. To urządzenia ofiarują też dziecku niezwykle silne poczucie bezpieczeństwa i kontroli, gdyż grę można wyłączyć, a z forum można wyjść, kiedy tylko zadzieje się coś, co się dziecku nie spodoba. Co więcej smartfony, komputery itd. bez żadnych konsekwencji pozwalają na wielokrotne powtarzanie tych samych błędów. Gry dają możliwość posiadania nieskończonej ilości „żyć”. No więc relacja ze smartfonami jest szalenie atrakcyjna i dlatego dzieci ją nawiązują.

Chciałbym to powtórzyć – w epoce cyfrowej mamy do czynienia nie tylko z relacjami między rodzicami i dziećmi, ale też między dziećmi i telefonami. Jest więc trochę tak, jakbyśmy byli rodzicami nie tylko dziecka, ale też smartfona, z którym nasze dziecko jest w relacji.

To bardzo błyskotliwe stwierdzenie, że jesteśmy rodzicami nie tylko naszych dzieci, ale też ich smartfonów?!
Dziękuję! A więc powtórzę: nasze dzieci i my sami także jesteśmy w stałej i wiernej relacji z urządzeniami elektronicznymi. Wystarczy popatrzeć na to, jak dbamy o telefony, jak zabiegamy, aby mieć stały dostęp do prądu i ładowarki, a zgodzimy się z tym, że łączy nas z nimi silna relacja.

Nazywasz relacją staranie o to, żeby moje urządzenie działało?
Relacja z telefonem nie odbywa się na poziomie: „kocham swój telefon”, ale na poziomie zaspokajania wielu twoich potrzeb, a między innymi poczucia bezpieczeństwa. Przed chwilą mój syn zadzwonił do mnie i to kilkakrotnie, bo czuł się zaniepokojony: pierwszy raz sam wracał ze szkoły. Odważył się na to, ponieważ miał telefon.

Bo mógł do ciebie zadzwonić?!
Dzięki telefonowi mógł w każdej chwili poczuć się bezpieczny, nawiązując relację ze mną. To prawda, że dzięki telefonowi może być w każdej chwili bliżej taty. Ale tu chodzi o coś więcej! Telefon dałby Maksowi poczucie bezpieczeństwa nawet gdybym nie odebrał. W telefonie ma gry i piosenki, które pomogłyby mu się uspokoić. W telefonie ma też moje zdjęcie i zdjęcie mamy. W telefonie jest GPS, który zaprowadziłby go do domu. A więc telefon oferuje tak wiele, że między tym urządzeniem i dzieckiem powstaje relacja. Maks daje za to telefonowi prąd, swoją uwagę i przywiązanie, bo nosi go ze sobą. Zaprzeczanie temu nie ma sensu, bo to jest fakt. Lepiej przyjąć tezę o bezradności rodzica wobec naporu techniki i zaprzestać nieustającej walki o to, aby tę technikę ograniczać. Lepiej uznać, że to pokolenie i następne będą w relacji z urządzeniami. I że świat związków między ludźmi będzie światem równoległym i równorzędnym. Ani lepszym, ani gorszym.

Mamy uznać, że nasze dziecko żyje w dwóch światach: w świecie relacji na żywo, face to face oraz w świecie relacji ze swoim telefonem, komputerem?
Tak. W budowaniu relacji z dzieckiem lepiej jest uznać pewne okoliczności, choć mogą się nam nie podobać, choć możemy uznawać je za szkodliwe, za niewłaściwe w odniesieniu do naszego doświadczenia życiowego. Możemy uważać, że relacje twarzą w twarz są najważniejsze. Obawiam się jednak, że psiocząc i zwalczając to co nieuniknione tylko pogarszamy naszą komunikację z dzieckiem, bo ono po prostu należy do pokolenia cyfrowego.

Czyli „gadać” z dzieckiem przez esemesy, siedząc razem przy kolacji?
Rozumiem, że jest to pytanie o charakterze prowokacyjnym. Odpowiem: oczywiście, że nie. Ale też dodam, że ja bym zaprosił telefon mojego dziecka na tę kolację. Niech leży – wyłączony. Dziecko nie może po niego sięgać podczas posiłku. Podobnie jak rodzice też nie mogą bawić się wtedy swoimi smartfonami. Ale niech z nami przy stole będą.

Telefon ma z nami jeść?!
Może, bo najważniejsze zadanie stojące dziś przed rodzicami to stwarzanie dziecku warunków do budowania relacji face to face z nimi i z innymi ludźmi. A to będzie bardzo trudne, jeśli będziemy kazali dziecku wybierać, jeśli będziemy negować jego relację z telefonem.

Dlatego w naszej książce wiele miejsca poświecimy temu, jak rozmawiać, jak słuchać, jak budować zdrową relację live (na żywo) z własnym dzieckiem. A dziś jest to niezmiernie ważne, bo jeśli się nam uda, to wówczas nic, co płynie z mediów dziecku nie zagrozi.

Relację live należy, w mojej ocenie, traktować jako równorzędną do relacji dziecka z telefonem, bo też taka postawa ułatwia nam rozmowę z nim na żywo. (...)

Fragment książki „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego.

Ta książka to zbiór rozmów z ekspertami o tym, w jaki sposób… rozmawiać. Przytaczamy wiele przykładów, jak mówić i słuchać dzieci. Zarówno wtedy kiedy kilkulatek boi się potwora pod łóżkiem, jak i wtedy, kiedy ma 16 lat i potrzebuje pisemnej zgody rodzica, by mieć kolczyk w wargach sromowych. Przykłady mogą okazać się bardzo przydatne, bo dziś wszyscy mamy coraz większy problem z rozmawianiem.

Dzieje się tak zapewne dlatego, że coraz mniej dostrzegamy okazji, aby wymieniać się myślami i wrażeniami z drugim człowiekiem, twarzą w twarz – face to face. Możemy więc nawet nie podejrzewać, co jest najważniejsze w rozmowie, która ma wzmocnić więź z naszym dzieckiem. Możemy nie wiedzieć, jak mówić i słuchać cyfrowego dziecka. A jak odbudować relację z dzieckiem, które zamiast mówić woli klikać?

  1. Psychologia

Czy i kiedy dać dziecku smartfon?

- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
Myślę, że większość z nas piastuje w swojej pamięci podobne wspomnienie: wspomnienie ukochanej maskotki – najczęściej był to miś – która we wczesnym dziecięctwie towarzyszyła nam na co dzień i pomagała zasnąć wieczorem. Ja miałem swojego misia. Mogliśmy z tą zabawką porozmawiać, zwierzyć się jej z problemów, ale najważniejsze było to, że po prostu zawsze była przy nas. Jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi w pierwszej chwili, dziś rolę misia dla waszych dzieci może odgrywać – albo już odgrywa – smartfon.

Fragment pochodzi z książki „Jak nie zgubić dziecka w sieci” Zyty Czechowskiej i Mikołaja Marceli, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca.

By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, powinniśmy przywołać teorię „obiektu przejściowego”, która w połowie XX wieku została przedstawiona przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Woodsa Winnicotta. Obiekt przejściowy pełni funkcję pomostu pomiędzy dzieckiem a rodzicem, pomagając małemu człowiekowi postrzegać siebie samego jako odrębną jednostkę. Ponieważ, jak zauważa Winnicott, „żadna istota ludzka nie jest w stanie uwolnić się od trudów łączenia rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej”, nasze mechanizmy radzenia sobie z tym rozdźwiękiem w dużej mierze zależą od naszych doświadczeń z dzieciństwa i relacji z obiektem przejściowym. Jednak o ile dziś całkiem normalne wydaje się, że takim przedmiotem jest pluszowy miś (głównie dlatego, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat oswajaliśmy się z tą ideą – pamiętajcie, że pluszaki to wynalazek XX wieku), rodzice są przerażeni, gdy ich dzieci przywiązują się do swoich urządzeń elektronicznych. Bo w tym, że sami nie mogą żyć bez swoich najnowszych modeli iPhone’a – już nie widzą niczego niepokojącego…

Tak, wiem, smartfon to coś więcej niż pluszowy miś – zapewnia łączność z całym światem, daje dostęp do internetu i gier. Ale tu właśnie do akcji wkraczacie wy! Większość specjalistów radzi, by jak najdłużej chronić dzieci przed smartfonami i tabletami. Pozostali słusznie zauważają, że i tak nie dacie rady strzec ich przed nimi zbyt długo, bo prędzej czy później – w szkole lub u znajomych – zostaną wystawione na ich działanie. Równie kłopotliwa jest kwestia, w jakim wieku dziecka wręczyć mu pierwszy smartfon. Wspomniana Shimi Kang radzi, by wprowadzać nowe technologie dopiero wtedy, gdy dziecko: a) jest w stanie regulować własne emocje; b) komunikuje się twarzą w twarz z innymi ludźmi z pewnością siebie i nastawieniem na współpracę; c) potrafi przerwać zabawę na rzecz zaspokojenia swoich potrzeb albo wypełnienia obowiązków (snu, ruchu, jedzenia, nauki).

Jeszcze więcej pytań przed sprezentowaniem dziecku smartfona radzi zadać Diana Graber w Raising Humans in a Digital World:

  • Czy dziecko rozwinęło społeczne i emocjonalne zdolności niezbędne do tego, by mądrze używać technologicznych gadżetów?
  • Czy dziecko wie, w jaki sposób zarządzać swoją reputacją online?
  • Czy dziecko wie, jak się „wyłączyć” z internetu?
  • Czy dziecko wie, jak zawierać i utrzymywać zdrowe relacje?
  • Czy dziecko wie, jak chronić swoją prywatność i osobiste dane?
  • Czy dziecko wie, jak w krytyczny sposób podchodzić do informacji w sieci?

Amerykańska autorka zauważa, że jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedzieliście przecząco, to wasza pociecha nie jest gotowa na posiadanie smartfona z dostępem do sieci. A ja, nieco złośliwie, powiedziałbym, że większość dorosłych osób, które znam i które mają smartfon, na wiele z tych pytań musiałaby odpowiedzieć „nie”. Wszystko to świetnie brzmi w teorii, jednak w praktyce wszyscy – zarówno dorośli, jak i młodzi ludzie – uczymy się tego przez całe życie. Jasne, nie sposób nie zgodzić się z Shimi Kang, że przekazanie dziecku smartfona jest jak wręczenie mu kluczyków do samochodu, i jest to oczywiście prawda.

Pamiętajcie jednak, że nie można wszystkiego sprowadzać do wieku: tak, najwięcej wypadków drogowych powodują najmłodsi kierowcy, ale to nie znaczy, że część młodych ludzi przed 18. rokiem życia nie jest bardziej gotowa na odpowiedzialną jazdę samochodem niż wielu dorosłych, którzy już od lat mają prawo jazdy, ale bynajmniej nie jeżdżą bezpiecznie. Oni przecież też powodują wypadki – najczęściej z własnej winy i przez swoją nieodpowiedzialność. Kilka lat temu rodzice wręczali smartfony swoim dzieciom, gdy te miały przeciętnie 12 lat, a 56% dzieci w wieku od 8 do 12 lat miało już takie urządzenie. Dziś coraz młodsze dzieci korzystają ze smartfonów i tego raczej nie zmienimy. Dlatego jeśli chodzi o to, kiedy dać dziecku telefon, zdajcie się na swoją intuicję – to wy znacie je najlepiej. Zasadnicze i tak będzie wasze podejście…

Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci (wy go kupujecie i płacicie rachunki, więc oczywiście możecie określić warunki jego użytkowania). A wam wszystkim polecam po prostu być z dziećmi i pomagać im korzystać ze smartfonów poprzez:

  • wspólną naukę obsługi smartfona;
  • zachęcanie dzieciaków do tego, by na początku telefon służył przede wszystkim do komunikacji;
  • rozmowy o grach, aplikacjach i treściach, z którymi obcują wasze dzieci;
  • pomaganie im rozpoznawania wszechobecnych w wirtualu stereotypów i treści reklamowych, pytanie dzieci o ich opinię na ten temat;
  • po pewnym czasie – zezwolenie im na uczenie innych, na przykład młodszego rodzeństwa, dzięki czemu ugruntują wiedzę i swoje zdolności;
  • akceptację ich potknięć i błędów – w końcu dopiero się uczą!

'Jak nie zgubić dziecka w sieci', Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)"Jak nie zgubić dziecka w sieci", Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)