1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Córeczka tatusia, synek mamusi

Córeczka tatusia, synek mamusi

Dziewczynkom i chłopcom potrzebni są oboje rodziców, z całą swoją różnorodnością charakterów i umiejętności. (Fot. iStock)
Dziewczynkom i chłopcom potrzebni są oboje rodziców, z całą swoją różnorodnością charakterów i umiejętności. (Fot. iStock)
Jak traktować chłopca, a jak dziewczynkę? Jednakowo – twierdzą jedni. Zupełnie inaczej, uważają inni. A prawda, jak zwykle, leży pośrodku

Magda, świeżo upieczona mama Kacpra: - Na pytanie, czy chcemy chłopca, czy dziewczynkę, odpowiadaliśmy, że wszystko nam jedno, że najważniejsze, aby  urodziło się zdrowe dziecko. Ale gdzieś tam w głębi duszy ja marzyłam o chłopcu, a mąż o dziewczynce. Tak naprawdę mieliśmy dwa imiona i dwie wizje naszego dzidziusia. Kiedy zobaczyliśmy na monitorze usg, że jednak mamy synka, obydwoje ucieszyliśmy się, ale mąż jakby mniej. Zapytałam go, dlaczego tak bardzo chce córeczki. Odpowiedział: Bo dziewczynkę można przytulać, rozpieszczać, mówić jej „kocham cię”. A wydawało mi się, że mój  mąż jest świadomym swej roli ojcem! Potem dużo rozmawialiśmy i czytaliśmy na temat wychowania chłopców, chodziliśmy na zajęcia w szkole rodzenia. Mąż był ze mną przy porodzie, od pierwszych dni życia zajmuje się Kacprem. Mam wrażenie, że wątpliwości, czy można go przytulać, zniknęły.

Piękne różnice

O tym, jak silne są stereotypy dotyczące wychowania chłopców i dziewczynek, świadczy eksperyment. Pierwszy: Grupę niemowląt obu płci ubrano w różowe i błękitne ubranka, po czym poproszono kilku ojców o opisanie dzieci. Tatusiowie wyraźnie inaczej traktowali „różowe” niemowlęta niż „niebieskie”. Te „różowe” opisywali jako delikatne, śliczne, słodkie, urocze, choć byli wśród nich także chłopcy. Te „błękitne” określali jako zdrowe, silne, bystre, choć w tym gronie znalazło się też kilka dziewczynek.

Współczesna kultura masowa te różnice sztucznie wyolbrzymia. Wywiera dużą presję na dziewczynki, żeby były piękne i modnie ubrane, a na chłopców, żeby byli twardzielami (wszak prawdziwi mężczyźni nie płaczą). Dlatego tak ważna w kształtowaniu się męskości i kobiecości naszych dzieci jest rola rodziców. A wszystko zaczyna się od tego, jak my sami widzimy rolę córki i syna w świecie. I od tego, jak w tym świecie widzimy siebie.

Im lepiej siebie znamy i rozumiemy własne lęki, uczucia, pragnienia, tym mniejsze ryzyko, że spróbujemy na siłę wciskać dziecko w jakąś formę lub przenosić na nie swoje obawy.

Zastanówmy się, co dla nas oznacza fakt, że jesteśmy rodzicami dziewczynki. Czy powinna być dobra z matematyki? Asertywna? Miła? Grzeczna? Zastanówmy się, co cenimy u kobiet. Umiejętności praktyczne, intuicję, empatię, wysportowanie, dobry wygląd? Zapiszmy wszystkie na ten temat wyobrażenia, oczekiwania i oceny. Sporządźmy podobną listę pożądanych przez nas cech mężczyzny. Jaki według nas jest męski wzór? To ktoś zaradny, pracowity, inteligentny, czuły, troskliwy?

Taki rejestr pozwoli nam uświadomić sobie, co myślimy o kobietach i mężczyznach. Pamiętajmy: To w dużym stopniu będzie kształtowało nasze dzieci.

Maluchy do szóstego roku życia nie przejmują się płcią. Dziewczynki chętnie bawią się samochodzikami, a chłopcy lalkami. I należy im na to pozwalać. W tym okresie ważna jest nasza uwaga, okazywanie miłości. Dzięki temu w dzieciach rozwinie się poczucie bezpieczeństwa na całe życie.

Dziewczynkom i chłopcom potrzebni są oboje rodziców, z całą swoją różnorodnością charakterów i umiejętności. Na początku, z oczywistych względów, dominuje związek z matką, ale oddzielenie z nią jest nieuchronne i konieczne. Przychodzi to dziecku tym łatwiej, im częściej towarzyszy mu tata. Obecność matki i ojca pozwala mu poznać różne odcienie relacji międzyludzkich. Jedno z rodziców uczy je wyrażania uczuć, empatii, rozmawiania o intymnych sprawach (czasami lepszy jest w tym ojciec). Drugie praktycznych działań (bywa, że lepiej radzi sobie z tym matka).

Dorastające dzieci, choć zbuntowane i kontestujące wszystko, co im proponujemy, tak naprawdę potrzebują przytulenia, dotyku, poklepania po plecach. Nie zmuszajmy ich na siłę do rozmów. Czasem lepiej zaproponować milczący spacer do lasu albo przejażdżkę na rowerach.

Miłość i dyscyplina

Dorastająca dziewczynka przeżywa zmienne nastroje. Zamiast pytać, dlaczego  jest smutna, można opowiedzieć historię własnego smutku z okresu dorastania. To bardzo pomaga. Każdy pretekst jest dobry do rozmowy na temat tego, co się dzieje w jej organizmie. Ale nie mówmy: „rządzą tobą hormony”.  Lepiej  powiedzieć: „Czasem czuję, wręcz namacalnie, że jestem kobietą. Przychodzą do mnie niechciane uczucia, nie wywołane żadnym cudzym zachowaniem. Obserwuję, jak przemijają, zupełnie jak woda w rzece. To część mojej kobiecości”.

Warto zachęcać córki do ruchu. Ćwiczenia fizyczne pomagają ustabilizować poziom hormonów i substancji chemicznych w mózgu. Bardzo ważna jest też czujność dotycząca odżywiania. Dziewczyny leczą smutki przy pomocy słodyczy, by za chwilę narzucać sobie reżimy żywieniowe. Mądra matka pamięta, jak była bardzo przeczulona na własnym punkcie w okresie dojrzewania. Ta perspektywa pozwoli jej z troską i zrozumieniem przeprowadzić córkę przez ten trudny okres.

Ojciec wnosi w życie dziewczynki, która utożsamia się z matką, fascynujący element odmienności. Może budować jej poczucie wartości, powtarzając, że ją kocha, podziwia. Ale nic nie dadzą nawet najpiękniejsze komplementy, gdy nie zostaną poparte czynami. Córka przestanie wierzyć ojcu, który mówi, że jest fantastyczna, ale zaraz potem pyta, dlaczego dostała tylko trójkę z matematyki. Ojcowska miłość nie jest córce ani mniej potrzebna, niż miłość matki, ani bardziej ważna. Jest inna. Może dziewczynie dodać skrzydeł bądź ją złamać. W dzieciństwie ojciec jest jej bohaterem, a w okresie dorastania – kimś, z kim się konfrontuje. Ojciec ślepo zapatrzony w córkę, niewymagający, może ugruntować w niej przekonanie, że wszyscy powinni być wobec niej bezkrytyczni. Tata, który nie ukrywa przed córką swych słabych stron, ma szansę stać się jej powiernikiem. Ten zawsze zachowujący stoicki spokój, jawi się jej  jako tajemnica do rozwiązania. Trzymający wobec niej dystans, restrykcyjny, może stać się ciężarem na resztę  życia. Natomiast ojciec wspierający rozwój córki, ma szansę zaskarbić sobie jej uczucia, a nawet stać się jej wyrocznią.

Tatusiowie na ogół uwielbiają swe córki, ale w ich uwielbieniu kryją się często skomplikowane oczekiwania, które mogą zaburzyć zarówno ich relacje, jak i rozwój córki. A czego potrzebują córki od ojców? Przede wszystkim obecności. Ale także – niezależności. Badania pokazują, że dziewczęta wychowywane przez ojców, którzy pomagają im znaleźć własną niezależność, lepiej sobie radzą  w pracy i wyrastają na kobiety pewne siebie. Ale nie będą czuć się w pełni kochane, jeżeli oprócz miłości nie doświadczą także dyscypliny – nauki panowania nad własnymi emocjami i zachowaniem.

Chłopcy też potrzebują czułości

Z badań wynika, że rodzice już od narodzin o wiele częściej przytulają córki niż synów. Częściej też do nich mówią, natomiast synów częściej karcą. Tymczasem synowie tak samo potrzebują czułości i bliskości. Nie bójmy się okazywania im miłości!  Wiele badań dowodzi, że chłopcy, bardziej niż dziewczynki, są podatni na lęki związane z rozstaniem z rodzicami. Dlatego psychologowie radzą, żeby, jeśli to możliwe, chłopiec pozostawał w domu z jednym z rodziców do ukończenia trzech lat. Oddany do żłobka może stać się zamknięty w sobie, nerwowy, albo agresywny.

Utarło się przekonanie, że dziewczynki – jako te delikatniejsze, słabsze -  wymagają więcej opieki. Tymczasem większość nawet małych dziewczynek to osóbki zaradne, pewne siebie i pracowite. Wystarczy odwiedzić pierwsze lepsze przedszkole, żeby się o tym przekonać. Dziewczynki chętniej się ze sobą bawią, wykonują polecenia nauczycielki, natomiast chłopcy na ogół rozrabiają i hałasują. W szkole podstawowej te różnice tylko się pogłębiają – chłopcy gorzej radzą sobie z nauką, mniej starannie piszą i nadal przysparzają kłopotów z zachowaniem.

W pierwotnych społeczeństwach ważna była chłopięca inicjacja w dorosłość. Plemię Lakota (które poznaliśmy dzięki filmowi „Tańczący z wilkami”), praktykowało obrzęd z udziałem dorastających chłopców. Mniej więcej w wieku 14 lat wyruszali oni, by „szukać wizji”, a tak naprawdę, przejść próbę inicjacji. Polegała ona na tym, że chłopak siedział na szczycie góry i pościł. W samotności, trzęsąc się ze strachu i głodu, słyszał rzekome ryki pum, a w rzeczywistości krzyki mężczyzn z plemienia, czuwających, aby nic mu się nie stało.

Dzisiaj chłopców często wychowują samotne matki. Ale to nie znaczy, że nie mogą one dobrze wychować swoich synów. Powinny jednak kontaktować ich z godnymi zaufania, mądrymi mężczyznami, którzy byliby dla nich wzorem. Matki muszą też pamiętać, żeby ich poglądy na to, jacy są mężczyźni i ich własne doświadczenia wyniesione z relacji z ojcem, mężem, kochankiem, nie  wpływały na zachowanie.

Mama jest pierwszą miłością syna. Powinna być delikatna, taktowna, mieć poczucie humoru, ale w żadnym razie nie może traktować syna jak swojej własności. Może natomiast pomóc mu zrozumieć dziewczynki – wytłumaczyć, że lubią chłopców otwartych, z poczuciem humoru, uprzejmych, mających swoje zdanie. To ona buduje w synu wysoką samoocenę, podobnie, jak ojciec buduje w córce.  Poczucie własnej wartości dziecka często zależy od rodziców płci przeciwnej. Ojcowie – pierwsi mężczyźni w życiu córek – umacniają w nich wizerunek inteligentnych i interesujących osób, a matki – pierwsze kobiety w życiu synów – potwierdzają, że są w porządku.

Azymut na ojca

Zbudowanie w synu męskiej tożsamości to zadanie zarówno dla matek jak i ojców, ale dla ojców w szczególności. Powinni oni aktywnie towarzyszyć synom we wszystkich etapach jego rozwoju, a zwłaszcza od szóstego roku życia. W tym wieku chłopcy biorą azymut na ojców. Chcą z nimi przebywać i ich naśladować. Jeśli tata ignoruje syna, chłopiec robi wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę. Potrafi kraść, moczyć się w nocy, zachowywać agresywnie tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę taty.

W byciu ojca z synem liczą się: wspólne mocowanie, spacery, opowiadanie ojca o swoim dzieciństwie, wspólne uprawianie sportów. Około 14. roku życia syn przechodzi kolejną fazę szybkiego wzrostu, a w jego organizmie zachodzi niezwykła przemiana: poziom testosteronu wzrasta niemal o 800 procent! Większość chłopców w tym wieku staje się konfliktowa, niespokojna i humorzasta. Nie znaczy to, że młodzi chłopcy są destrukcyjni. Po prostu rodzi się ich nowa tożsamość, a takim narodzinom zawsze towarzyszą zmagania. Chłopcy muszą odpowiedzieć sobie na ważne pytania, stawić czoła nowym wyzwaniom, nauczyć się umiejętności potrzebnych w życiu, a biologiczny zegar gna ich do przodu.

W tym okresie my dorośli najczęściej zawodzimy chłopców. Co im oferujemy? Więcej nauki, rutynowych działań, traktowanie jak małe dzieci, kontrole. Tymczasem oni są gotowi do podjęcia poważnych zadań. Potrzebne jest coś, co ich zafascynuje, nakłoni do twórczego wysiłku, wciągnie w jakąś pasję, która doda im pewności siebie.   

W ich życiu powinien pojawić się ktoś, kto wprowadzi ich w dorosłość.  Właśnie taką rolę pełni mentor - to więcej niż nauczyciel czy trener. Nastolatek nie zawsze posłucha rodziców, to wbrew jego naturze. Ale mentora - to co innego. Właśnie on powinien pomagać chłopcu znosić porażki, które są w tym okresie życia, z jednej strony, fundamentalnym doświadczeniem, a z drugiej  - mogą okazać się tragiczne w skutkach. Dla nastoletnich chłopców ogromne znaczenie ma społeczność, w jakiej przyszło im spędzać czas. Może to być prospołeczna szkoła, krąg przyjaciół, których łączy silna więź, rodzinnie nastawiona drużyna sportowa, czy dynamicznie działająca parafia. Z badań wynika, że czasem wystarczy jeden mądry dorosły spoza rodziny, aby zapobiec przestępstwu popełnianemu przez nastolatka.

Zarówno córki, jak i synów trzeba kochać bezwarunkowo. A także wymagać, uczyć obowiązkowości i odpowiedzialności. Ale przede wszystkim - akceptować ich takimi, jacy są. Choćby córka nosiła się jak chłopczyca, a syn wybierał zabawę lalkami.

Lektury dla rodziców:

  • „Wychowanie dziewcząt” Gisela Preuschoff;
  • „Wspaniały świat dziewcząt”, Michael Gurian;
  • „Wychowanie chłopców”, Steve Biddulph;
  • „Zrozumieć nastolatka” Michael Gurian,
  • „Tak, twój nastolatek jest szalony” Michael J. Bradley – wszystkie wydane przez Dom Wydawniczy REBIS
  • „O chłopcach dla chłopców”, Andrzej Jaczewski;
  • „Jak kształtować charakter nastolatka” M.S. Josephson, V. J. Peter, T. Dowd – obydwie wydane przez PZWL

I do wspólnego czytania:

  • „Co się dzieje z moim ciałem. Książka dla chłopców”
  • „Co się dziej z moim ciałem. Książka dla dziewcząt.” – obydiwe autorstwa Lyndy Madras, wydane przez WAB

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bezpieczny powrót do szkoły? Młodzi potrzebują wsparcia

Po dziwnym roku zdalnej nauki w końcu zapadła decyzja: wracamy. I choć w czasie izolacji wiele było głosów mówiących, jak fatalnie może się ona odbić na psychice uczniów, teraz też nie ma euforii. Wielu uczniów się powrotu do szkoły boi. „Nauczyciel musi mieć świadomość, że wielu młodych jest w kryzysie. Że wracają do szkoły w sytuacji, w której przeżywają masę trudnych emocji. Warto więc pomyśleć, w jaki sposób odpowiedzieć na ich potrzeby. A młodzi potrzebują, by ich wysłuchano” – mówią psychoterapeutki Kinga Sochocka i Karolina Van Laere. I dodają, że niepokój jest naturalny, ale często rzeczywistość okazuje się znacznie mniej groźna.

Młodzi i młodsi wracają do szkół. Po ponad roku izolacji. Myślicie, że się cieszą? Czy raczej denerwują?

Kinga Sochocka: Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Dużo zależy od tego, jak się czuli podczas tego roku. A badania pokazują, że duża część młodych ludzi czuła się w pandemicznym zamknięciu gorzej. Ale jest oczywiście pewna grupa, która ocenia to inaczej. Twierdzą, że pandemia wpłynęła pozytywnie na ich samopoczucie. Ale nam, z perspektywy naszej pracy, wydaje się, że to są ci młodzi, którzy mają problemy w kontaktach społecznych, z rówieśnikami. Z perspektywy krótkoterminowej wydaje im się więc, że izolacja jest im pomocna. Kiedy jednak pomyślimy o dłuższej perspektywie, to raczej nie jest to prawda. Nie zyskują w ten sposób szansy, by poradzić sobie z tymi problemami, które przecież nie zniknęły.

Doraźnie czują ulgę, że nie są zmuszani do działań, które na co dzień sprawiają im kłopoty? Czyli właśnie do kontaktów społecznych, do relacji z rówieśnikami?
Kinga: Tak, ale z perspektywy rozwojowej możemy raczej spodziewać się długotrwałych problemów. Bo ci młodzi nie mają pola, żeby ćwiczyć, rozwijać kompetencje społeczne. Bez grupy rówieśniczej tego zrobić się po prostu nie da. Niektórzy moi pacjenci mówią, że pandemia im pomaga. Że mogą sobie zaplanować czas, poświęcić się nauce, zainteresowaniom. To ich punkt widzenia. Ale jest i drugi – nie mogą w ten sposób rozwijać kompetencji, które w ich przypadku są deficytowe, a które jednocześnie są niezwykle ważne w życiu.

Kiedy szkoły były zamknięte, dużo mówiono o tym, jak to fatalnie wpływa na młodych. Że to tak ważny czas, że tracą, że nie nadrobią. Teraz, kiedy ogłoszono koniec izolacji, znowu jest niepokój. Że na pewno młodzi zostaną zasypani klasówkami, sprawdzianami, że to dla nich trauma, że sobie nie poradzą. Czy ten niepokój jest usprawiedliwiony?

Karolina Van Laere: Niepokój był, bo nikt nie wiedział, jak ten powrót do szkoły ma wyglądać. Dzieci się do bycia w domu przyzwyczaiły. W jakimś sensie się rozleniwiły, cały dzień mogły odbywać zajęcia, nie wychodząc z łóżka, przeszły na kompletnie inny tryb funkcjonowania i na pewno wielu ciężko będzie z tego zrezygnować. Z drugiej strony do powrotu do normalności właściwie ani rodzice, ani szkoła nie są przygotowani. Nie ma jednej spójnej koncepcji, jak to młodym ułatwić, jak pomóc zaadaptować się do nowej sytuacji.

A ta spójna koncepcja powinna być po stronie szkoły? Domu? Czy po obu stronach?

Karolina: Wydaje się, że po stronie szkoły. Rodzice mogą nie wiedzieć, jak się za to zabrać. Potrzebują wskazówek. Z tego, co słyszymy, szkoły to sobie rozwiązują po swojemu. Część dzieci w trakcie pierwszych dni ma organizowane zajęcia integracyjne, co z perspektywy procesu grupowego jest pomocne. Nie słyszałam natomiast o spotkaniach z rodzicami. A jeśli oni nie są zaopiekowani, jeśli nie wiedzą, jakie emocje mogą towarzyszyć dzieciom, co jest normalne w tej sytuacji, a co nie, to też są zaniepokojeni i spirala się nakręca.

Kinga: Dzieci i młodzież potrzebują teraz stabilności. Same w tym okresie rozwojowym są raczej niestabilne, dużo zmian towarzyszy zarówno rozwojowi układu nerwowego, jak i rozwojowi relacji społecznych, związanych z adaptowaniem się do dorosłego życia, ze zmianami łączącymi się z budzeniem się seksualności, z nowymi rolami społecznymi. A na to teraz jeszcze dodatkowo nakłada się pandemia – najpierw izolacja, teraz nagły powrót do szkół. To nie daje poczucia bezpieczeństwa. Nie stworzyliśmy go młodym ludziom. Nie zawsze mają narzędzia, które pozwalają krok po kroku od nowa znaleźć swoje miejsce w grupie, w środowisku rówieśniczym, w kontaktach z nauczycielami. Młodzi często nie wiedzą, czego się mają spodziewać.

No właśnie – stabilność wydaje się takim warunkiem, a jej, jak mówicie, nie ma.

Kinga: Ale można o tym rozmawiać. O tej niestabilności, nieprzewidywalności. Oswoić ją. Rozmawiać o tym, że są zmiany, o tym, jakie emocje te zmiany w nas wywołują. Duża część nastolatków teraz podkreśla, że nauczyciele koncentrują się na programie, na ocenach, a nie na tym, jak oni się czują, czego potrzebują w tej sytuacji. W różnych szkołach oczywiście jest różnie, ale słyszymy, że są i takie, w których w ogóle nie bierze się tych psychicznych aspektów pod uwagę. Trzeba przy tym powiedzieć, że nie tylko młodzież czuje się gorzej.

Karolina: Dostępne badania potwierdzają, że nauczyciele też są w złej kondycji. Sami doświadczają kryzysu, są zmęczeni tym rokiem, nowymi wyzwaniami, przed którymi stanęli w marcu 2020, koniecznością radzenia sobie w sytuacji, do której nikt ich nie przygotował.

Kinga: W trudnej sytuacji są także rodzice, którzy borykają się ze swoimi kłopotami, czasem jest to utrata pracy, czasem obniżenie zarobków, do tego dochodzi konieczność opanowania problemów domowych, zmierzenie się z koniecznością pomocy w zdalnej nauce dziecku albo dzieciom, a bywa, że brak im umiejętności, wiedzy, sprzętu… W efekcie dużo frustracji jest po każdej ze stron, co powoduje, że pomoc młodym staje się tym trudniejsza. Bo jak pomagać, kiedy samemu masz obniżony nastrój, przeżywasz lęki czy stany depresyjne?

Karolina: Nauczyciele przez ostatni rok żyli i pracowali w wymagających warunkach, gorzej się czują fizycznie, są zmęczeni, sami zmagają się z pogorszeniem swojego stanu psychicznego, a muszą znowu stanąć na pierwszej linii frontu. I trudno oczekiwać, że się ze wszystkim wyrobią. Zwłaszcza że są zostawieni sami sobie. Nie mają tak naprawdę żadnego wsparcia.

Kinga: I nie mają przygotowania w radzeniu sobie z kryzysami, w interwencji kryzysowej. Często są znakomitymi fachowcami, jeśli chodzi o nauczanie konkretnego przedmiotu, ale niekoniecznie czują się swobodnie w udzielaniu psychologicznego wsparcia uczniom. Do tego nie we wszystkich szkołach jest psycholog, czyli osoba, która mogłaby udzielić wsparcia – szybko i bezpłatnie. To ważne, bo bezpłatna pomoc psychologiczna jest dostępna w, powiedzmy szczerze, mocno ograniczonym zakresie. Czasami na terapię refundowaną przez NFZ czeka się dwa lata… W dużych miastach nie jest jeszcze tak źle, w małych – często fatalnie.

Rodzice też są zmęczeni. Byliśmy zmuszeni spędzać wiele czasu razem, bez oddechu, na małej często przestrzeni…

Kinga: Często dwoje, troje czy więcej dzieci miało w tym samym czasie zdalne lekcje, na porządku dziennym były więc napięcia, kłopoty ze sprzętem, z dostępnością do niego, nie zawsze przecież każdy dysponuje własnym laptopem. A mniejsze dzieci potrzebowały nieustannej asysty dorosłego.

Niektórzy rodzice widzą plusy zdalnej nauki – mówią, że mają teraz większą kontrolę nad dzieckiem, nad tym, jak spędza czas itd. Jednak z perspektywy rozwojowej widzimy więcej minusów. Bo to wspólne – nieustanne – spędzanie czasu hamuje chęć uniezależniania się młodych ludzi, „oddzielania się” od rodziców, samodzielnego pójścia dalej, szukania swoich ścieżek. Nie buduje swojej niezależności w kontakcie z grupą rówieśniczą. A to przecież naturalny i konieczny proces.

Karolina: Badania potwierdzają, że najgorzej radziła sobie grupa młodzieży ze szkół ponadpodstawowych. Trudno się dziwić, bo przecież izolacja stoi zupełnie w poprzek ich potrzeb rozwojowych. Młodzi ludzie najbardziej wtedy potrzebują kontaktów z rówieśnikami, wspólnego spędzania czasu, wyjazdów, imprez. Poza tym często czuli się zostawieni sami sobie z trudnym do opanowania materiałem, co tylko pogłębiało poczucie osamotnienia.

W waszych gabinetach są teraz ci, którzy byli w nich już przed pandemią. I pewnie doszli nowi?

Kinga: Na samym początku widać było narastanie silnego lęku. Niektórzy musieli skorzystać ze wsparcia lekowego. Bali się o siebie, o bliskich, o ich zdrowie. Z czasem część zaczęła narzekać na izolację, samotność, poczucie zamknięcia. Część rodziców też reagowała nadmiernym lękiem, co skutkowało tym, że nie pozwalali dzieciom na wychodzenie z domu, co z kolei wpływało na stan psychiczny młodych ludzi. Pojawiały się obniżony nastrój, stany depresyjne.

Co do grupy, która teraz zgłasza się po pomoc – tu byłabym ostrożna w twierdzeniu, że to tylko i wyłącznie wina pandemii. W wielu przypadkach pandemia obnażyła coś, co już wcześniej się tliło. Kiedy mamy do czynienia ze zdrowo funkcjonującym młodym człowiekiem, z wystarczająco dobrze funkcjonującą rodziną, to często problemy daje się opanować krótkimi interwencjami. Ale bywa i tak, że kłopoty są głębsze.

Karolina: Rzeczywiście mamy dziś do czynienia z nasileniem się stanów depresyjnych i lękowych – ale to kontinuum, to nasilenie się wcześniejszych problemów.

Kinga: Wyniki badań dotyczących samopoczucia młodzieży w pandemii i tego, jak korzystają oni z pomocy pokazują, że mały procent młodych, którzy źle się czują, faktycznie się po tę pomoc zgłasza. Choć wiedzą, że jej potrzebują. Ciągle obecne jest przekonanie, że to stygmatyzuje, oznacza „chorobę psychiczną”. Wielu młodych boi się łatki „wariata”, wykluczenia w grupie. Często nie mają zaufania do dorosłych, wiary w to, że ci mogą pomóc.

Czy teraz deklarują, że się boją powrotu do szkoły? Widzicie to w gabinecie?

Kinga: Ja bym powiedziała, że niepokój jest naturalny. Mówią, że się boją, jak odnajdą się znowu w grupie, jak dogadają się po długiej przerwie z kolegami, czy dadzą sobie radę przy dużym obciążeniu materiałem. Kiedyś to wszystko było ich dniem codziennym, ale upłynął rok, a rok to dla nastolatków długi czas. Ale znowu: jeśli młody człowiek zostanie w swoich niepokojach wysłuchany, jak nie będzie dostawać gotowych recept, tylko zrozumienie, to w wielu wypadkach wystarczy, żeby ten lęk zmniejszyć. Kłopot robi się wtedy, kiedy już wcześniej były problemy, fobie szkolne czy trudności w nawiązywaniu relacji.

Widzicie, że ktoś młodych wysłuchuje?

Kinga: Nie zawsze. A najważniejsze, co możemy zrobić, to dać przestrzeń, by pojawiły się emocje.

Młodzi ludzie czują wtedy, że napięcie się zmniejsza, łatwiej mogą w efekcie pomyśleć i zrozumieć swoją sytuację i z większą odwagą i ciekawością pójść do szkoły.

Mówicie, że przebywanie tylko z rodzicami zamiast z grupą rówieśniczą nie jest naturalne, że zakłóca proces rozwojowy. Czy to się da szybko nadrobić?

Kinga: Na szczęście nastolatki mają jeszcze dużo czasu, żeby rozwijać swoje kompetencje społeczne. Oczywiście ten rok wpłynął na wielu z nich negatywnie, ale warto pamiętać, że na to, jak młody człowiek poradzi sobie w kryzysie, wpływa wiele czynników. Można podzielić je na trzy główne sfery – czynniki indywidualne, rodzinne i społeczne – i wyobrazić je sobie jako plasterki żółtego sera, które nałożone na siebie tworzą indywidualna konstelację możliwości – to nasz ser – i ograniczeń – czyli dziury w serze.

Karolina: Pierwsza sfera to wyposażenie młodego człowieka, np. to, z czym się rodzi, jaki ma temperament, jego umiejętności, zdolności i ograniczenia. Do tego dokładamy sferę drugą, związaną z życiem rodzinnym. Czy może liczyć na wsparcie, jasno określone rodzinne zasady, czy w rodzinie są np. przewlekłe choroby, może zaburzenia psychiczne. Trzecia sfera to otoczenie społeczne. Kontakty ze środowiskiem rówieśniczym. I tutaj znowu pojawia się pytanie, o jakie zasoby może się młody człowiek oprzeć i na jakie deficyty i trudności będzie narażony.

Kinga: W zależności od tego, jak te sfery się ze sobą ułożą, potencjał do problemów będzie mniejszy bądź większy. W tym kontekście możemy myśleć, że część młodych ludzi poradzi sobie nawet z długoterminowym kryzysem, wyciągnie wnioski i ten rok stanie się wspomnieniem, do którego będą wracać, analizować, co zyskali, co stracili – i dalej się rozwijać. Ale jeśli w którejś ze sfer są poważne zaniedbania czy braki, to ten rok będzie prawdopodobnie działać niekorzystnie. Będzie wzmacniał problemy, uwypuklał je, uniemożliwiał czy utrudniał pójście dalej. I znowu pytanie do nas: jak odpowie szkoła, jak odpowiedzą rodzice, czy ułatwią teraz ten kolejny krok, jakim jest powrót do szkoły. Na ile będą potrafili wspierać młodych, dać im przestrzeń na radzenie sobie z emocjami. Nie da się tego roku zamknąć, zostawić za sobą i zapomnieć, jakby go nigdy nie było. To raczej kwestia wypracowywania dalszych rozwiązań.

Karolina: Trzeba założyć dłuższą perspektywę czasową, konsekwencje tego roku mogą pojawić się nawet po kilku latach. I trzeba teraz i terapeutów, i szkołę na to uwrażliwić.

Kinga: W specyficznej i szczególnie trudnej sytuacji są ci, którzy zaczynali nową szkołę we wrześniu ubiegłego roku. Nie mieli szansy na nawiązanie nowych relacji, na zaistnienie w grupie, na odnalezienie się na tym nowym etapie rozwoju. Nie mieli integracji, nie mieli spotkań, imprez, pozbawiono ich czegoś, co jest i naturalne, i na tym etapie niezbędne.

Nie stworzyła się grupa, ale można powiedzieć, że wszyscy są w tej samej sytuacji…

Kinga: Nie do końca. Wraca kwestia zasobów. Ci, którzy mają stabilną, dobrą sytuację rodzinną i dobre relacje z grupą rówieśniczą z poprzedniego etapu edukacji, będą w o wiele lepszej sytuacji niż ci, którzy w tych sferach mieli problemy. Niektórzy jednak nie mieli szansy na rozwój, na zyskanie nowych umiejętności.

Czy będą próbowali to szybko „odrobić”, nadgonić? Czy raczej się wycofają? Jakie są tu możliwe scenariusze?

Kinga: Oczywiście różne. Wszystko zależy od człowieka, jego zasobów, otwartości, dotychczasowych problemów i doświadczeń, od tego, z jakim spotkają się wsparciem ze strony dorosłych – nauczycieli, wychowawcy, pedagoga szkolnego, rodziców. Możemy sobie wyobrazić, że część młodych będzie się bała, będzie się starała unikać szkoły, uciekać od kontaktów. Tu trzeba działań, pomocy we włączaniu się w grupę, czasem konsultacji psychologa, psychoterapeuty. Ważne, by zarówno nauczyciele, jak i rodzice brali pod uwagę stan psychiczny i potrzeby tych młodych ludzi.

Karolina: A to oznacza, żeby umieli dostrzec poczucie osamotnienia, smutek, stany depresyjne, lęki, niepokoje, bo młodzi ludzie czuli się w tym czasie przede wszystkim samotni i niezrozumiani. Żeby nie skupiali się tylko na kwestiach związanych z nauką, z nadrabianiem materiału. A to pewnie będzie kusić – bo, jak też wiemy, edukacja zdalna sprzyjała powstawaniu zaległości, nieprowadzeniu zeszytów. Ważne jednak, żeby tworzyć w szkole miejsce na rozmowę, choćby na godzinie wychowawczej, na krótkiej wycieczce, na zajęciach integracyjnych. Wszystko może być pretekstem do zadania pytania: jak się czujecie? Do stworzenia przestrzeni, by mogli się wzajemnie poznawać – to ważne zwłaszcza w tej grupie, która zaczęła wspólną naukę rok temu. Tylko najpierw nauczyciele powinni dostać narzędzia, by umieli się na tym gruncie poruszać.

To piękna teoria, ale chyba tylko teoria właśnie. Uczyłam w liceum i wiem, że godzina wychowawcza służy głównie do omówienia, kogo nie było, a kto się spóźnił i dlaczego. A na innych lekcjach gnało się z programem, bo czasu zawsze za mało. W dodatku mnie nikt nie przygotował w czasie studiów do pracy innej niż nauka przedmiotu. Gdybym była wychowawcą klasy, która spotkała się na dwa tygodnie we wrześniu, a potem przeniosła się w przestrzeń wirtualną na długie miesiące, to teraz nie miałabym pojęcia, od którego końca zacząć…

Karolina: Dlatego tak ważna jest praca z nauczycielami – by mogli wspierać uczniów, sami potrzebują wsparcia. Superwizje dla nauczycieli mogłyby być bardzo pomocne. Bo jak oni mają wspierać uczniów, kiedy sami czują się źle, jest im trudno, a w dodatku nigdy przed takimi wyzwaniami nie stawali?

Ktoś musi im założyć maskę tlenową, żeby oni mogli zakładać ją innym.

Karolina: A o takich działaniach skierowanych do nauczycieli nie słyszymy.

Kinga: Nauczyciel nie ma w standardzie przygotowania, żeby radzić sobie z prawidłowościami rozwoju procesu grupowego. A dziś takie umiejętności byłyby niezwykle cenne. Ważne też jest rozmawianie o emocjach, ale w taki sposób, by nie wchodzić za głęboko, nie zamieniać zajęć w terapię na forum klasy, co oznacza również świadomość tego, kiedy się zatrzymać, na co zwracać uwagę, by nie dopuścić do przekroczenia granic.

Nauczyciele chyba się przed tym bronią. Mówią, że dom jest od wychowywania, szkoła od uczenia.

Karolina: I są pod ogromną presją. Teraz jeszcze większą. Nieraz słyszałam historie, jak podczas zdalnego nauczania rodzice ingerowali, wtrącali się w lekcje, komentowali…

Kinga: Część nauczycieli musiała się szybko nauczyć korzystania z internetowych narzędzi, oswoić zoom czy inne programy, a i tak byli technologicznie w tyle za młodymi, którzy szybko opanowali sposoby wykorzystywania komputera tak, jak im wygodnie, nie włączali kamerki, unikali trudnych sytuacji.

Gdybyście miały dać jedną radę nam, dorosłym, jak wspierać młodych, to ta rada brzmiałaby jak? Rozmawiać? Słuchać?

Karolina: Kluczowa byłaby współpraca środowiska szkolnego i rodzicielskiego. Nie zrzucajmy teraz wszystkiego na nauczycieli. Z drugiej strony pomocne byłoby, gdyby szkoły organizowały spotkania dla rodziców, żeby rozmawiać o tej sytuacji, o trudnościach.

Kinga: Nauczyciel musi mieć świadomość, że młodzi są w kryzysie. Wracają do szkoły w sytuacji, w której przeżywają wiele trudnych emocji. Warto więc pomyśleć, w jaki sposób odpowiedzieć na ich potrzeby. A młodzi potrzebują, by ich wysłuchano. Ci, którzy w tym roku zaczęli szkołę, potrzebują poznać kolegów. I choć to czas końca roku, wystawiania ocen, trzeba dać im chwilę na to, by mogli zobaczyć, w jakim miejscu się znajdują w swoich szkolnych relacjach, jak się z tym czują. Nie da się zaradzić wszystkim kryzysom, ale na pewno można spróbować stworzyć przestrzeń do podmiotowego traktowania młodzieży.

Karolina: Młodzi lepiej się adaptują do szkoły, w której są organizowane jakieś zajęcia integracyjne. Warto tylko pamiętać, by to były zajęcia dostosowane do wieku.

A co robić z punktu widzenia rodzica? Baliśmy się o dzieci, baliśmy się wirusa, nie wypuszczaliśmy dzieciaków z domu ze strachu. Teraz jest lepiej, wolno wychodzić – pozwalać im na więcej niż kiedyś? W końcu muszą odreagować ten czas izolacji, nadgonić „zaległości” w kontaktach.

Kinga: Pozwalać, ale oczywiście pilnować granic. W każdym domu obowiązują jakieś zasady, trzeba się ich trzymać, pandemia z tego nie zwalnia. Ale jednocześnie pamiętać o tym, jak ważne dla młodych ludzi jest teraz przebywanie w gronie rówieśników, więc nawet jak się niepokoimy, pozwalajmy im się spotykać ze znajomymi.

Karolina: Niech się dzieje to, co musi się dziać w rozwoju każdego młodego człowieka. Rodzic, kiedy dziecko wchodzi w okres dojrzewania, boryka się z lękiem, że wypuszcza dziecko w świat, że przestaje być dla niego jedynym autorytetem, że ono musi znaleźć swoją ścieżkę. Trzymajmy niepokoje na wodzy i nie demonizujmy młodzieży. Emocje u młodych mogą być teraz większe i trudniejsze niż w normalnym czasie. Tylko niech dzieci wiedzą, że rodzice są obok.

Słyszałam o historiach, które budzą grozę. Podobno część dzieciaków na hasło: „Wracamy do szkoły”, zaczynają się ciąć czy mieć myśli samobójcze. Spotykacie się z tym?

Kinga: Patrzymy z perspektywy gabinetu, a do gabinetu psychoterapeuty przychodzą ci, którzy mają problemy. Zdarzają się takie zachowania, ale pamiętajmy, że to się zawsze rozkłada w podobny sposób: po jednej i po drugiej stronie ekstremum garstka, a większość jest w tej średniej, która sobie radzi. Nie zawsze bezproblemowo, ale jednak sobie radzi.

Karolina: Pamiętajmy też, że często boimy się nieznanego, niewiadomego. Młodzi bali się wrócić, myśleli o tym, lęk narastał. A potem wrócili – i próbują normalności na nowo. Już pojawiają się pierwsze pozytywne informacje zwrotne. Zobaczymy, jak to będzie dalej.

Kinga Sochocka, certyfikowana psychoterapeutka, pedagog. Współzałożycielka Fundacji Poza Schematami. Prowadzi własną praktykę psychoterapeutyczną w Warszawie.

Karolina Van Laere, psycholog, psychoterapeuta. Współzałożycielka Fundacji Poza Schematami. Prowadzi własną praktykę psychoterapeutyczną w Warszawie.

Fundacja Poza Schematami powstała w 2014 r. Prowadzi działalność na rzecz dzieci i młodzieży głównie poprzez działalność z zakresu profilaktyki i edukacji. Jak to zapisano na stronie Fundacji: Tworzymy sprawdzone i bezpłatne narzędzia dla specjalistów prowadzących działania profilaktyczne wśród dzieci i młodzieży. Pracujemy interdyscyplinarnie. Sięgamy po nowoczesne rozwiązania i środki przekazu. Udowadniamy, że skuteczna profilaktyka nie jest nudna.

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Psychologia

"Leniwa mama", czyli jak stworzyć warunki do rozwoju samodzielności dziecka

W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka - pisze w swojej książce Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny. (Fot. iStock)
W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka - pisze w swojej książce Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny. (Fot. iStock)
„Gdyby mamy nie robiły wszystkiego za dzieci, to dzieci musiałyby się stać bardziej samodzielne” – twierdzi psycholog dziecięca Anna Bykova. Jej książka „Jak wychować samodzielne dziecko” to najlepszy prezent, jaki można sobie sprawić na Dzień Matki.

Fragment książki „Jak wychować samodzielne dziecko”, w tłum. Agnieszki Sowińskiej, wyboru i skrótu dokonała redakcja.

W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka. Nie mam na myśli wymuszonej zbyt wcześnie samodzielności, która pojawia się wskutek „tumiwisizmu” rodzica, obojętności wobec dziecka. Nie chcę też, aby moje przesłanie było odbierane jako usprawiedliwienie. To dobrze, gdy dziecko potrafi się samo sobą zająć i samo się obsłużyć, niedobrze jednak, gdy zawsze jest pozostawione samo sobie. Gdy tak się dzieje, dziecko traci. „Lenistwo” mamy u swoich podstaw powinno mieć troskę o dzieci, a nie obojętność. Dlatego wybrałam dla siebie drogę „leniwej mamy”, której – owszem – nie chce się wszystkiego robić za dzieci, nie chce się też robić wszystkiego od razu, gdy tego zażądają. Jej się nie chce – i dlatego uczy dzieci robić wszystko samodzielnie.

Uwierzcie mi, to nie jest łatwa droga, i prawdopodobnie jest także o wiele bardziej energochłonna. Prawdziwe lenistwo nie ma z tym nic wspólnego… Oczywiście, że prościej byłoby samej szybko pozmywać naczynia, niż wycierać wodę z podłogi po tym, jak pomaga ci pięcioletnie dziecko. Jeśli pozwolisz trzylatkowi podlewać kwiaty, to też nie od razu wszystko się uda. Dziecko może wywrócić kwiat, wysypać ziemię, woda może się przelać i wypłynąć z doniczki. Ale właśnie tak, poprzez działanie, dziecko uczy się koordynować ruchy, rozumieć przyczynowość i naprawiać błędy. Rodzice często muszą w procesie wychowania dokonywać wyboru: czy szybko sami coś zrobią, czy też wykorzystają sytuację i nauczą czegoś dziecko. Korzyści drugiego podejścia są następujące: a) rozwój dziecka, b) uwolnienie czasu rodziców w przyszłości. A pewnego dnia, gdy dziecko będzie już dużo wiedzieć i umieć, mama będzie mogła pozwolić sobie na lenistwo. Teraz już we właściwym sensie tego słowa.

Wygodna niesamodzielność

Dlaczego niesamodzielność dzieci miałaby być wygodna dla dorosłych? Co jest wygodnego w niesamodzielności dziecka? Odpowiedź jest bardzo prosta: dorośli w takiej sytuacji otrzymują zewnętrzne potwierdzenie tego, jak bardzo są wartościowi, ważni, niezastąpieni. A to bywa niezbędne, gdy nie ma się wewnętrznej wiary we własną wartość. Wówczas zdanie: „On beze mnie niczego nie potrafi” można przetłumaczyć następująco: „Ja bez niego nie istnieję, ponieważ tylko on potwierdza moją wartość”.

Zależność od dziecka wymusza robienie z dziecka kogoś zależnego. Podświadomość buduje swój związek przyczynowo-skutkowy: „Jeśli on nie może niczego zrobić sam, to znaczy, że nigdy ode mnie nie odejdzie, już zawsze będzie ze mną, i gdy będzie miał lat dwadzieścia, i gdy będzie miał lat czterdzieści… Zawsze będę mu potrzebna, a to znaczy, że nigdy nie będę samotna”. Na świadomym poziomie mama może szczerze przeżywać, że dziecku nie układa się w życiu. Ale na poziomie podświadomym sama modeluje taki scenariusz.

Spotykałam ludzi, którzy choć fizycznie dorośli, nie stali się samodzielnymi i dorosłymi ludźmi. Nie wypracowali nawyku samokontroli ani zdolności podejmowania decyzji, brania na siebie odpowiedzialności. Znałam uczniów, których prace domowe aż do końca szkoły sprawdzali rodzice. Pracowałam ze studentami, którzy nie wiedzieli, po co się uczą i czego chcą od życia. Decyzje zawsze podejmowali za nich rodzice. Widziałam dorosłych mężczyzn, których na wizytę do lekarza przyprowadzały mamy, ponieważ oni sami gubili się, nie wiedzieli, gdzie należy wziąć numerek do lekarza i przed którym gabinetem stanąć w kolejce. Znam kobietę, która w wieku trzydziestu sześciu lat sama, bez mamy, nie kupuje sobie ubrań.

„Dorosnąć” a „stać się dorosłym” to nie synonimy. Jeśli chcę, aby moje dzieci były samodzielne, odpowiedzialne i wykazywały inicjatywę, muszę im dać szansę na przejawienie tych cech. Nie trzeba nawet wytężać wyobraźni i sztucznie stwarzać sytuacje wymagające od dziecka samodzielności, jeśli mama, tata czy inny opiekun dziecka (na przykład babcia) będą mieli jeszcze inne zainteresowania niż tylko dziecko.

Na swoim miejscu

Powiem teraz coś wywrotowego z punktu widzenia większości: dziecko nie powinno znajdować się na pierwszym miejscu. W moim życiu na pierwszym miejscu stawiam siebie samą. Jeśli teraz poświęcę się dzieciom i zacznę żyć wyłącznie ich zainteresowaniami, to za dziesięć, piętnaście lat będzie mi bardzo trudno pozwolić im odejść. Bo jak mogę żyć bez dzieci? Czym wypełnię powstałą pustkę? Jak powstrzymam się od pokusy mieszania się do ich życia, aby je „uszczęśliwiać”? I jak one poradzą sobie beze mnie, jeśli przywykną do tego, że to mama za nich myśli, robi, podejmuje decyzje? Dlatego oprócz dzieci mam siebie, mam ukochanego mężczyznę, mam pracę, mam imprezy ze znajomymi z pracy, rodziców, przyjaciół, pasje – w takim zestawie nie wszystkie życzenia dziecka są spełniane natychmiastowo.

– Mamo, chcę pić! Nalej mi wody!
– Zaraz, słoneczko, skończę pisać list i ci naleję.
– Mamo, podaj mi nożyczki!
– Nie mogę teraz odejść od kuchenki, bo kasza się przypali. Poczekaj chwilę.

Dziecko może chwilę poczekać. A może też samo wziąć szklankę i nalać sobie wody. Może podsunąć taboret do szafki i samo wyjąć nożyczki. Mój syn najczęściej wybiera wariant drugi. Nie lubi czekać – szuka więc sposobu, dzięki któremu zdobędzie to, czego potrzebuje. Oczywiście to nie znaczy, że tak należy postępować z każdą prośbą dziecka. Są rzeczy, które dziecku naprawdę trudno jest zrobić samemu. Są też rzeczy, które mama może zrobić w tej samej chwili, nie przerywając innych czynności. Jeśli na przykład mama nalewa sobie akurat wody, byłoby dziwne, gdyby odmówiła wówczas nalania wody także swojemu dziecku. Tylko bez fanatyzmu, bardzo proszę.

Być samodzielnym to znaczy:

  • samodzielnie myśleć;
  • samodzielnie podejmować decyzje;
  • samodzielnie zaspokajać swoje potrzeby;
  • samodzielnie planować i działać;
  • samodzielnie oceniać swoje działania.

Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny, pedagog, nauczyciel arteterapii. Mieszka w Jekaterynburgu w Rosji. Ma dwóch synów. Autorka artykułu „Dlaczego jestem leniwą mamą”, opublikowanego kilka lat temu w Internecie. Post wywołał wiele kontrowersji i burzliwą dyskusję.

  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Psychologia

10 strategii dla wypalonych rodziców

Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Bycie wypalonym rodzicem nie jest ani niczym rzadkim ani wstydliwym. Zdarza się i co najważniejsze można sobie z nim poradzić.

 

Źródło: Studio Psychologiczne Joanna Węglarz w ramach kampanii „Szkoła-od-nowa”

Roczna izolacja społeczna odbiła się na stanie psychicznym wszystkich. Ta trudna sytuacja szczególnie dotyka rodziców, którzy łącząc zdalną pracę zawodową z całodzienną opieką nad dziećmi i edukacją online - czują się wypaleni, przemęczeni i zrezygnowani. Jak temu zaradzić?

Nie ma jednego uniwersalnego schematu działania przy wypaleniu rodzicielskim, Bo co działa na jedną osobę, wcale nie musi być skuteczne dla drugiej. Czasem potrzeba zwrócić się o profesjonalną pomoc psychoterapeuty w innych sytuacjach wystarczy zadbać o siebie i zmienić destrukcyjne nawyki na nowe bardziej konstruktywne. Najważniejsze by w tym wypalaniu nie być samemu i by szukać wsparcia u innych ludzi.

  1. Zaakceptuj swoje uczucia i przestań się ich wstydzić - pamiętaj że masz prawo zarówno do radości jak i do złości, smutku, irytacji czy lęku. Możesz również mieć dość i marzyć o bezludnej wyspie. Wszystko co czujesz jest całkowicie naturalne i normalne.
  2. Zadbaj o swoje poczucie bezpieczeństwa i nie bój się prosić o pomoc – czasem potrzeba tu profesjonalnego wsparcia terapeuty, bywa również, że możesz zwrócić się do swoich bliskich lub wprost przeciwnie poszukać takich aktywności, wykonywanych w samotności, które pomogą Ci odzyskać spokój.
  3. Dbaj o zdrowy balans pomiędzy pracą i życiem rodzinnym – nie jest prawdą to w co wierzą niektórzy pracoholicy, że jeśli lubi się pracę to można skupiać się na niej przez większość czasu. Przesada raczej zawsze bywa zgubna, dlatego istotne jest by we wszystkim co robimy szukać umiaru.
  4. Naucz się odpuszczać - wybierz 1 dzień w tygodniu w którym pozwolisz na urlop od niektórych obowiązków. Warto czasem zjeść kanapki, mrożone pierogi czy zamówioną na wynos pizzę i spędzić miło dzień, niekiedy można odpuścić sprzątanie i poczytać książkę. Pamiętajmy, że to właśnie potrzeba perfekcjonizmu i krytyczne ocenianie samego siebie powoduje, że nie będziemy się wypalać.
  5. Pamiętaj o zdrowym egoizmie - zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
  6. Śmiej się i szukaj tego co daje ci radość - tego akurat najlepiej się uczyć od dzieci, które potrafią cieszyć się i śmiać z drobiazgów. Czy wiesz, że przedszkolak potrafi śmiać się nawet 300 razy na dzień? Może warto się tym zainspirować.
  7. Praktykuj wdzięczność - postaraj się każdego dnia znaleźć choć jedną rzecz, za którą możesz być wdzięczna/y. Warto uczyć takiego rytuału swoją rodzinę, szukać wspólnie tego dobrego co każdy z domowników doświadczył. Pamiętaj, że gdy zaczniesz skupiać się na pozytywach, Twój mózg zacznie je wychwytywać i zauważać.
  8. Stosuj metody relaksacyjne - warto zacząć od pogłębionego oddychania, pamiętając o tym by wdech i wydech robić nosem oraz starać się aktywizować przeponę. Drugą grupą technik, która może dać nam doskonałe efekty jest mindfulness czyli uważność – to pełna obecność czyli skupienie się na doświadczaniu chwili obecnej. Należy jednak pamiętać, że stosowanie metod relaksacyjnych to rodzaj nawyku, który warto pielęgnować bo to by uczyć swój organizm stanu odprężenia.
  9. Pielęgnuj swoje hobby – niestety wiele osób dorosłych nie ma hobby ponieważ praca i obowiązki domowe wypełniają ich kalendarz po brzegi. Ważne jest jednak aby mieć sposoby na relaks i spędzanie czasu wolnego. Idealnie jeśli uda się coś zrobić całą rodziną oraz by znaleźć coś co będzie przyjemne dla wszystkich domowników. Czasem dobrym pomysłem będzie rodzinny seans filmowy z popcornem, kiedy indziej wspólne gotowanie czy pieczenie, można również urządzić sobie szalone tańce do muzyki lub wybrać się do lasu na wyprawę w poszukiwaniu oznak wiosny.
  10. Pamiętaj, że nie musisz być idealnym rodzicem – dziecko potrzebuje nie rodzica, który nigdy się nie myli i jest niedoścignionym wzorem, ale opiekuna z krwi i kości, który popełnia błędy, bywa zmęczony i nie zawsze radzi sobie z emocjami, ale jest sobą dzięki czemu pokazuje jak akceptować siebie samego. Pamiętaj, że superbohaterowie najlepiej sprawdzają się w filmach czy w komiksach, w życiu lepiej radzą sobie niedoskonali i zwyczajni ludzie.

Czym jest wypalenie rodzicielskie?

Wypalenie zawodowe to termin dość powszechnie znany, nie wszyscy jednak wiedzą, że zjawisko wypalenia rodzicielskiego będzie miało analogiczny mechanizm oraz skutki. Wypalenie jest ściśle powiązane z przewlekłym stresem oraz sytuacją gdy sił i zasobów jest mniej niż potrzeb. Szczególnie to widać podczas pandemii, gdyż rodzice, pozbawieni pomocy dziadków, niań i szkoły, sami muszą dźwigać ciężar opieki nad dziećmi. Do tego dochodzi jeszcze własna praca zdalna, brak poczucia bezpieczeństwa finansowego i zdrowotnego, utrata lub ograniczenie możliwości rozwoju osobistego, a także izolacja społeczna.

Objawy wypalenia rodzicielskiego

Wypalenie rodzicielskie będzie odnosiło się do trzech obszarów

Sfery fizycznej – wypalenie i związany z nim przewlekły stres skutkować będą przemęczeniem i wyczerpaniem psychofizycznym. Sytuację pogarsza fakt, że w takiej sytuacji bardzo trudno się zregenerować i wypocząć. Powoduje to przewlekły stan braku energii i przytłoczenia obowiązkami. Z czasem, jeśli sytuacja się utrzymuje mogą pojawiać się kolejne objawy takie jak zaburzenia snu czy problem z apetytem, może pogorszyć się stan zdrowia w związku z obniżoną odpornością.

Sfery myślenia – pojawia się poczucie nieefektywności, braku bycia skutecznym i efektywnym rodzicem, uruchamiają się destrukcyjne skrypty poznawcze, które sprawiają, że rodzic zaczyna coraz negatywnie myśleć o sobie i o swoich kompetencjach rodzicielskich. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia, rodzic ma coraz mniej zaufania do siebie i coraz krytyczniej myśli o sobie.

Sfery emocji – często rozpoczyna się od wzmożonej drażliwości i pobudliwości, którą odczuwamy z błahych powodów oraz sytuacjach, które wcześniej nie rodziły takich uczuć. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia może pojawić się dystans emocjonalny w stosunku do dziecka, partnera a czasem i innych osób. Może pojawiać się silna potrzeba by zamknąć się w sobie i odizolować emocjonalne od bliskich. Niestety z tym wiąże się również błędne koło poczucia winy. Wypalony rodzic, u którego pojawiają się trudne emocje, czuje się winny ponieważ uważa, że pewnych rzeczy nie powinien czuć. To z kolei znów nasila wypalenie i koło się zamyka.

Skąd bierze się wypalenie rodzicielskie?

W marcu 2020 zakończono ponad dwuletni projekt badawczy, w którym zebrano dane od ponad 17 tysięcy rodziców (głownie mam). Wyniki były jednoznaczne: kraje zachowanie oraz rodziny mające mało dzieci są najsilniej dotknięte problemem wypalenia rodzicielskiego. Niestety kultura indywidualizmu i perfekcjonizmu oraz osłabienie więzi społecznych może nasilać to zjawisko. Niestety badania pokazały, że Polska i Stany Zjednoczone to kraje, w których odsetek wypalonych rodziców jest najwyższy i oszacowano go na 8%. Pandemia i związany z nią stres bez wątpienia zwielokrotniły te dane.

Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.