1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czas to najlepszy prezent jaki możesz dać swojemu dziecku – nie tylko w Dniu Dziecka

Czas to najlepszy prezent jaki możesz dać swojemu dziecku – nie tylko w Dniu Dziecka

Dziecko akceptowane takim, jakie jest, które dostało uwagę i miłość, ma szansę wyrosnąć na człowieka przekonanego, że jest w porządku, że da sobie w życiu radę. (Fot. iStock)
Dziecko akceptowane takim, jakie jest, które dostało uwagę i miłość, ma szansę wyrosnąć na człowieka przekonanego, że jest w porządku, że da sobie w życiu radę. (Fot. iStock)
Młodzi rodzice sprawdzają w Internecie, jak się bawić z dzieckiem, jak je karmić, co robić, żeby było odważne, asertywne. A dziecko siedzi obok i domaga się uwagi – mówi psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska. 

 

Dzisiaj rodzicielstwo jest trudniejsze niż było kiedyś?
Nie wiem, czy trudniejsze, ale na pewno inne. Trudniejsze może być z tego powodu, że dzisiaj obowiązuje więcej jawności, że rodzicom patrzy się na ręce, że się ich ocenia, a w niektórych krajach nawet karze, na przykład za klapsa. Wszystko to  sprawia, że rodzice czują się jak na cenzurowanym. Wychowania nie ułatwia także brak jednego wzorca, jest ich wiele. Łatwiejsze z kolei może wydać się to, że jest nieograniczony dostęp do różnych informacji, książek, programów, które radzą, jak postępować, kiedy dzieci się złoszczą, boją, kłamią itp. Ale to tylko pozorna łatwość. Bo tych źródeł jest tak wiele, często ze sobą sprzecznych, że nie wiadomo, co wybrać. A do tego wszystkiego dochodzą własne doświadczenia i  związane z nimi ograniczenia w postępowaniu z dziećmi.

Może problem młodych rodziców polega na tym, że szukają wsparcia na zewnątrz, a nie słuchają siebie ani dziecka.
To prawda. Każdy problem próbują rozwiązać przy pomocy Internetu, a nie zastanawiają się, o co im samym chodzi, co lubią, jak chcieliby żyć i co potrzebuje ich dziecko. Myślę, że dzieje się tak, między innymi, z powodu ekspansji multimediów, które tak zawładnęły życiem młodych rodziców, że nie mają czasu na rozmowę z partnerem, dzieckiem, ani ze sobą samym, bo są zajęci życiem na facebooku. I to jest niepokojące zjawisko.

Facebook to też platforma rozmowy, wymiany.
Zgoda, ale we wszystkich relacjach międzyludzkich liczy się przede wszystkim uważność, owo mindfullnes, a szczególnie liczy się w relacjach rodziców i dzieci. Liczy się w takim sensie, że dziecko swoim zachowaniem komunikuje nam, jakie jest, czego potrzebuje, jakie są jego mocne i słabe strony. Gdyby rodzice skupiali na nim uwagę, mieliby całą wiedzę na jego temat, łącznie z tą, jakie metody wychowawcze są w jego przypadku najskuteczniejsze.  Nie musieliby tej wiedzy szukać w Internecie. Bo to jest trochę taki paradoks, że zamiast usiąść z dzieckiem i z nim rozmawiać albo po prostu się mu przyglądać i z nim być, robić coś wspólnie, to siedzą z nosem w tablecie i szukają informacji jak wychowywać. A tymczasem to dziecko jest tu obok i domaga się uwagi. Ono powie, jak lubi się bawić, co lubi jeść, a czego nie cierpi, tylko że z jakichś powodów rodzice uznają, że ta wiedza, która przychodzi z zewnątrz jest właściwsza. Nie mają zaufania ani do siebie ani do dziecka, że ono wie, czego chce i że oni też wiedzą, co jest dla niego dobre.

Marzą o idealnym dziecku i oni sami też chcą być idealni.
Tak, wszystko musi być teraz najwyższej próby. Rodzice budują sobie obraz tego, jakie ich dziecko powinno być, często nie akceptując tego, jakie ono jest naprawdę. I gdy, na przykład, jest nieśmiałe, robią wszystko, czasem na siłę, żeby było odważne. No bo gdzieś to wyczytali, a poza widzą, jaki ten świat jest brutalny, dziecko musi zatem umieć sobie w nim radzić. Myślę, że w tej wielości różnych informacji płynących ze świata, młodzi rodzice mogą czuć się zagubieni. Nie pokazują dziecku tego, że - jako istota ludzka – jest ono wyjątkowe i ważne, niezależnie od tego, czy na świadectwie ma same szóstki, czy trójki. Nie chodzi o to, żeby budować sztuczne poczucie wyjątkowości, ale  podkreślać to, przypisane każdemu człowiekowi, z jego prawem do bycia indywidualnością.

Rodzice zamiast uważności dają zabawki, gadżety.
Zauważyłam, że nawet jak mają czas, to nie bawią się z dziećmi, nie rozmawiają z nimi, tylko cały czas patrzą w telefon. Szkoda im coś stracić, przegapić, bo gdzieś obok toczy się bardzo ciekawe życie. Pewna znajoma młoda mama, zajmuje się kilkuletnim dzieckiem nie odkładając telefonu. Kiedy zapytałam, czy nie lepiej zostawić w spokoju telefon i uważać na dziecko, odpowiedziała: Ależ ja uważam! Mówiła to patrząc w telefon. Wierzę, że tak jest, bo ona nie bagatelizuje bezpieczeństwa dziecka, ale chce mieć dwa w jednym – i czas z dzieckiem i kontakt ze światem. Tylko, że w tym konkretnym momencie nie daje dziecku uważności. Bo uważność to obserwacja zachowania dziecka, żywa z nim interakcja. Nie bezustanna, na okrągło, ale codzienna i niepozorowana. Owa znajoma mama ma świadomość tego, że kontakt z dzieckiem jest istotny, ale robi to kątem oka. Współczesne wychowywanie takie właśnie bywa – kątem oka. Rodzice patrzą w telefony, a dzieci w telewizor albo w nowy gadżet.

Czym to grozi?
Dzieci już są przestymulowane. Zarzucanie ich gadżetami i coraz to bardziej wyszukanymi zabawkami, może zrodzić przekonanie, że liczą się tylko rzeczy, że one budują poczucie wartości w świecie, że dostać buziaka to coś dziwnego w porównaniu z nową laką, czy samochodem. Nie chcę oskarżać młodych rodziców, bo oni są dziećmi swoich czasów, ale często z poczucia winy – na ogół nieuświadomionego -  że nie mają dla dziecka czasu, kupują mu wszystko, czego się domaga. Bo to jest najłatwiejsze. O wiele trudniej jest powtarzać 50 razy te same zabawy, gdy akurat dziecko uczy się przez powtarzanie. Rodziców to potwornie nudzi, są niecierpliwi. Tymczasem warto, żeby sobie uświadomili, że dzieciństwo trwa krótko, a ich czas na pewno zaprocentuje.

Czym konkretnie?
Między innymi poczuciem wartości dziecka. To akceptowane takim, jakie jest, które dostało uwagę i miłość, ma szansę wyrosnąć na człowieka przekonanego, że jest w porządku, że da sobie w życiu radę niezależnie od tego, ile dóbr będzie posiadało. Dowartościowanie małego człowieka to bardzo ważny wkład rodziców.

Ale takie dowartościowywanie, które nie rodzi przekonania, że jest się pępkiem świata. 
Oczywiście. Stawianie dziecka na piedestał to wyrządzanie mu strasznej krzywdy, bo buduje w nim przekonanie, że jest ponad wszystkimi. Świat szybko takie przekonanie zweryfikuje. Nie o to zatem chodzi, żeby dziecko wychwalać, ale żeby w rozmowach z nim odzwierciedlać to, co ono robi, nazywać to: O, widzę że puszczasz bańki, zbudowałeś domek, narysowałeś tatę. Zarówno chwalenie, jak i krytyka uczą, że najważniejsze są oceny, natomiast nadmierne chwalenie – że muszę być dobry, muszę się sprawdzić, bo inaczej jestem nic niewarty. Chodzi o to, żeby dziecko czuło się w porządku takie, jakie jest.

Rodzicielstwo jest dzisiaj jednak chyba trudniejsze, bo towarzyszy mu świadomość wpływu, jaki mamy na dziecko.
Każde czasy rodziły inne trudności. Ale zawsze tak samo ważna była miłość, bliskość i życiowa mądrość. A świadomość roli rodziców jest czynnikiem ze wszech miar potrzebnym, w niej upatruję szansy na wystarczająco dobre wychowanie.

Elżbieta Pożarowska – psycholożka, psychoterapeutka, członkini Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Absolwentka psychologii klinicznej na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, Szkoły Psychoterapeutów i Trenerów Grupowych w Instytucie Integralnej Psychoterapii Gestalt w Krakowie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Macierzyństwo pod presją

Macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.(Ilustracja Aneta Klejnowska)
Macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.(Ilustracja Aneta Klejnowska)
Mają wszystko to, czego nie miały ich matki: roczne płatne urlopy macierzyńskie, 500 plus, zaangażowanych partnerów. Mogą przebierać w teoriach i nowinkach technicznych. Ale matki czują się dzisiaj przytłoczone. Możliwościami wyboru, wymaganiami społeczeństwa i rodziny, ocenami innych mam. Są zmęczone, niepewne. Ale bardzo dzielne.  

Beszta się dzisiaj kobiety, że nie chcą rodzić. A może by je tak zapytać, jak im się żyje, wychowuje, łączy macierzyństwo z pracą? Z odpowiedzi na te pytania mógłby powstać portret współczesnej matki. W pewnym sensie już powstał, stworzyła go na podstawie badań socjolożka Dorota Peretiatkowicz. – To nie jest tak, że mamy jeden typ matki, bo kobiety są różne – mówi. – Starają się dopasować do zmian, a macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.

Matka nie jest jedna

Socjolożka wyodrębniła kilka typów kobiet. Pierwszy to takie, które uwielbiają, jak to się powszechnie mówi, siedzieć w domu i uważają, że zajmowanie się rodziną i dziećmi to ich najważniejsza rola społeczna, a dom – twierdza, której trzeba bronić. – Widzę tu powrót do tradycji – mówi socjolożka. – Spora grupa kobiet, około 40 proc., odstawia pracę na boczny tor albo podejmuje się takiej, która nie przeszkadza być matką i żoną na pełny etat. Te mamy są skoncentrowane na dzieciach i domu, co czyni ich życie uporządkowanym, bo wiadomo, co jest ważne, a co mniej.

Drugi typ to „ogarniaczki”. One każdą czynność traktują jako zadanie do wykonania. A zadań jest mnóstwo: nakarmić dziecko, przewinąć, wyjść z nim na spacer, zapisać na szczepienia. Ale także ogarnąć domowe sprawy, zadbać o zdrowe żywienie, ekologię… – Ogarniaczki czują się spełnione nawet w pandemii, kiedy do stałych spraw do załatwienia doszło wiele nowych, i one są w stanie im sprostać – komentuje ekspertka.

Kolejny typ kobiet wprost przeciwnie – nie ogarnia, nie radzi sobie, męczy się. Ich codzienne życie to ciągłe zmaganie. Z obowiązkami, których za dużo, rodziną, która nie rozumie, z innymi kobietami, które krytykują, wyszydzają. Są jak chodzące nieszczęście, łatwo je zranić. – Każdą z nas łatwo zranić, co warto podkreślić – zauważa socjolożka. – Bez większego trudu udaje się ludziom wzbudzić w nas poczucie winy nawet głupim pytaniem: „O, twój synek ma już cztery miesiące, ale czy je marchewkę?”. I pozamiatane. Bo każda odpowiedź jest niedobra: może je, i to za wcześnie, a może nie je, i to za późno. Mamę „chodzące nieszczęście” takie pytania dobijają.

Krańcowo innym typem kobiet są mamy, które uważają się za najważniejsze. Ja je bardzo podziwiam, bo one same do tego doszły. Nie walczą ze światem, wybrały inną strategię – uważają, że najlepiej dostosować się do otoczenia. To elastyczność najwyższej próby. Bo one wykorzystują fakt, że są kobietami, do tego, żeby dobrze im się żyło. Tak jak mężczyźni traktują swoją siłę fizyczną jak oręż, tak one jak oręż traktują swoją kobiecość. Przymioty kobiece mają zapewnić im szczęście, a one dla swojego szczęścia potrafią zrobić bardzo dużo. I, muszę przyznać, świetnie im to wychodzi.

Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. Okupują to ciężką drogą, trudnymi doświadczeniami, cierpieniami, walką ze stereotypami, tradycją, pracodawcami. Boksują się ze swoimi matkami, bo nie chcą, tak jak one, płakać po kątach z powodu mężów. Wolą zostać same, wychowywać samodzielnie. – Walka buduje siłę dziarskich dziewczyn – mówi socjolożka. – One potrafią odrodzić się jak Feniks z popiołów, ale są wkurzone, że inne kobiety nie chcą, tak jak one, walczyć o siebie.

Umęczone

Młode matki są różne, ale mają wiele wspólnego. Choćby to, że mimo dostępu do nowinek technicznych i ułatwień wszystkie są mocno umęczone.
Justyna Brzozowska po raz trzeci przerabia bycie mamą. Przy pierwszej Anieli (lat 9) nie było łatwo, ale dopiero jak urodził się Dominik (lat 6), zobaczyła, co to znaczy dziecko. Bo Aniela spała spokojnie, budziła się co trzy godziny na karmienie, można było coś zrobić, odetchnąć. Natomiast Dominik co godzinę domagał się jeść, płakał, nie dał się odkleić od mamy. Przy Teodorze (4 miesiące) nic więc nie jest w stanie jej zaskoczyć. – To, jak funkcjonujemy, w dużej mierze definiuje dziecko, jakie nam się trafi, po prostu – uważa. – Tak jak to wiecznie płaczące, które nie chce jeść i źle śpi, nie jest naszą winą, tak i naszą zasługą nie jest to, które przesypia noce i pięknie je. Jedno mamy jak w banku – totalne zmęczenie przez pierwsze trzy miesiące. Trzeba zapomnieć o swoich potrzebach innych niż te najbardziej podstawowe. Przy pierwszym dziecku dochodzi do tego stres, bo wszystko bierzemy do siebie. Dlatego polecam więcej dzieci, wtedy nabiera się dystansu – śmieje się.

Barbara Nurowska, mama półrocznej Marysi i czteroletniego Józefa, pamięta, jak reagowała wcześniej, gdy koleżanka, świeżo upieczona mama, mówiła, że przez cały dzień nie ma czasu na kawę. Myślała: „przesadza”. A teraz sama pierwszy posiłek je o 17, po powrocie męża z pracy.

Joanna Juhaniewicz-Dębińska, mama półrocznego Piotrusia, też wie, co to nieprzespane noce. Ale nie to jest dla niej najtrudniejsze. – Najtrudniejszy jest brak czasu dla siebie, choćby w minimalnym wymiarze. By móc usiąść na pięć minut i pomyśleć o czymkolwiek, co nie jest związane z dzieckiem. Słuchałam ostatnio w Internecie o skądinąd bliskiej mi idei, czyli o wychowaniu w bliskości. I tam padło stwierdzenie, że małe dziecko powinno być w epicentrum życia rodziny. Wiadomo, że dziecko jest całym światem, ale ja też mam prawo do chwili wytchnienia, niewiedzy, dlaczego ono płacze, mimo że jest utulone, nakarmione.
Joanna może liczyć na pełną współpracę z mężem, informatykiem. Akurat im pandemia bardzo pomogła. Mąż pracuje zdalnie, bez problemu znajduje więc te pięć minut potrzebne żonie na oddech. A po południu chętnie zostaje w domu, gdy ona idzie do kosmetyczki. Joanna podkreśla, że wychodzi z domu bez poczucia winy, bez konieczności wydzwaniania, czy mąż sobie radzi. Bo współcześni ojcowie radzą sobie świetnie.

Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. (Ilustracja Aneta Klejnowska)Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. (Ilustracja Aneta Klejnowska)

Bez wsparcia innych kobiet

To, co doskwiera dzisiaj młodej mamie, to brak znaczącej pomocy ze strony swoich mam. Kiedyś po wyjściu ze szpitala wracała do domu pełnego kobiet: babć, cioć, sióstr. Teraz czeka na nią mąż, ewentualnie kot lub pies. Dziadkowie są aktywni zawodowo, jak rodzice Barbary, albo mieszkają w innych miastach, jak rodzice Justyny, choć akurat ona może od czasu do czasu podrzucić dzieci dziadkom bądź poprosić: „przyjedźcie”. Justyna dostaje od mamy to, co uważa za najcenniejsze: spokój, zapewnienie, że problemy z dziećmi są czymś normalnym. Wielu młodym mamom właśnie tego brakuje.

Joanna: – Dzisiejsze macierzyństwo, nieco uogólniając oczywiście, jest dużo bardziej samotne, niż było kiedyś. Moja mama kolegowała się z innymi mamami w klatce, mogła liczyć na ich pomoc w zaopiekowaniu się mną, ona to potem odwzajemniała. Teraz mówimy sobie z sąsiadami „dzień dobry”, ale się nie odwiedzamy.
Młoda kobieta ma dzisiaj zapewnioną ze strony innych kobiet raczej krytykę i rywalizację niż wsparcie. Fora internetowe skupiające matki są rozgrzane do czerwoności.
Joanna: – Jestem bierną ich uczestniczką, nigdy nie napisałam postu, ale chętnie czytam. I moja refleksja jest taka, że nie ma większego wroga dla matki niż druga matka. Nie nosisz w chuście – to znaczy, że nie kochasz swojego dziecka. Pytasz o mleko modyfikowane dla czteromiesięcznego szkraba – jesteś złą matką, bo nie karmisz piersią. Usypiasz na rękach – źle, bo powinno zasypiać samo. Nie nosisz? Też niedobrze, bo trzeba być jak najbliżej dziecka. Przefiltrowanie tych rad, znalezienie złotego środka jest bardzo trudne. Większość uczestniczek forów to nie ekspertki, tylko matki, które dzielą się swoimi doświadczeniami. I to jest OK, bo sprawdzają się różne scenariusze. Przeszkadza mi jednak podejście, że moje jest dobre, a twoje – nie. Ocenianie, poczucie wyższości – to może wpędzić w poczucie winy. Smutne, bo robi jej to inna mama.

Dorota Peretiatkowicz: – Zrobiliśmy kiedyś taki eksperyment: wrzuciliśmy na fora dla matek stwierdzenia typu: „Moje półroczne dziecko źle śpi”. Nie upłynęło pięć minut i pojawiły się skrajnie różne odpowiedzi. A zaraz potem rozpętała się burza, co jest najlepsze. Mama szukająca pomocy na forach ma często jeszcze większy mętlik w głowie, niż miała.

W pułapce

Joanna jest chemikiem, pracuje naukowo i takie podejście ma też do macierzyństwa. Wszystkie informacje sprawdza w wiarygodnych źródłach, konsultuje się z ekspertami. Ale nawet ona czasem jest skołowana. Taki przykład: fizjoterapeuta, do którego chodzi z synkiem z powodu drobnej asymetrii, zauważył spocone stópki i doradził: zwiększyć dawkę witaminy D. Joanna skonsultowała to u pediatry i usłyszała: broń Boże, nie zwiększać! Dwa autorytety i każdy mówi co innego. Zaufała pediatrze. Ale wiele matek, idąc za różnymi radami, miota się dzisiaj od ściany do ściany.

Justyna: – W Internecie roi się od różnych opcji wychowania, koncepcji, ocen. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich. Przy Anieli sprawdzałam każdą rzecz w książkach. Lubiłam obgadywać z innymi mamami w parku kupki, jedzenie, spanie. Przy drugim dziecku już tego nie potrzebowałam, a przy trzecim lubię spotykać się z osobami, które dzieci nie mają, i rozmawiać o czym innym. Teraz polegam na tym, czego potrzebuje dziecko. I dostosowuję się do niego. Odpuszczam sobie podejście, że jak na przykład nie będę odkładała dziecka do łóżeczka, to nie nauczy się samo zasypiać. Dominik, którego nie odkładałam, śpi bez problemu w swoim pokoju, a Anielę tak – i do tej pory budzi się w nocy. Nie ma reguły.
Justynę najbardziej denerwują rady obcych kobiet z pokolenia jej mamy. Stała kiedyś z Teodorem na ręku, czekając przed szkołą na dzieci. Podeszła do niej starsza pani i mówi: „Co pani robi?! Przewieje go pani”. Ludzie dają sobie prawo do uwag typu: „Rozpuszcza pani dziecko. Za moich czasów to dziecko samo się bawiło. Ono zaraz sobie coś zrobi”.

Kiedyś dzieci budziły życzliwość, a matka mogła liczyć na ludzkie odruchy w trudnych sytuacjach. Teraz i ono, i ona spotykają się z niechęcią.
Barbara: – Ostatnio podjeżdżam do kasy z wózkiem wyładowanym po brzegi, bo robię zakupy tylko raz w tygodniu, jedno dziecko mam w nosidełku, drugie trzymam za rękę. I słyszę: „Dostaje 500 plus razy dwa, to kupuje”. Nogi się pode mną ugięły.

Młode mamy przyznają, że mają wszystkiego do wyboru do koloru. Z dostawą do domu, bezpłatnym zwrotem. Ale, paradoksalnie, wielość wyboru wcale nie ułatwia im życia. To często pułapka.
Joanna: – Najpierw robię research, on dotyczy wszystkiego, nawet kupna grzechotki. I nagle się okazuje, że jest sto różnych grzechotek, a ja spędzam nad wyborem tej odpowiedniej trzy wieczory. Mogłabym kupić pierwszą lepszą z brzegu, ale nie miałabym poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Bo staram się kupować zabawki wspomagające rozwój, spełniające standardy bezpieczeństwa. Szukałam ostatnio w Internecie mleka modyfikowanego, porównywałam składy, co zajęło mi kolejne kilka wieczorów.

Na dwa etaty

Dzisiejsze młode matki, nawet te wybierające zajmowanie się dziećmi, nie chcą wisieć na ramieniu męża, chcą być niezależne.
Justyna, absolwentka turystyki, przed urodzeniem dzieci pracowała na etacie, potem prowadziła działalność gospodarczą. – Nie jestem typem karierowiczki, ale nie wyobrażam sobie życia bez odskoczni w formie pracy. Fajnie mieć swoje pieniądze, robić coś dla siebie, dla higieny psychicznej. Teraz, gdy jedno dziecko mam przy piersi, a dwójka jest w szkole, to nie ten etap, żeby się rozwijać. Ale do pracy zamierzam wrócić.
Joanna myślała – przyznaje, stereotypowo – że jak urodzi swojego wyczekanego synka, to on wypełni wszystkie jej potrzeby. – I ku mojemu zaskoczeniu tak się nie stało. Oczywiście delektuję się tym, że jestem z dzieckiem, bez namysłu wzięłam roczny urlop macierzyński i nie żałuję. Ale po pięciu miesiącach spędzonych w domu wiem, że po roku na pewno wrócę do pracy. O ile zastanawiałam się wcześniej, co zrobić, o tyle teraz nie mam wątpliwości. Mąż też ich nie ma. Powiedział mi niedawno: „Widzę, że jak zostaniesz w domu, to będziesz nieszczęśliwa”. Ma rację. Zamknięcie z dzieckiem nie jest scenariuszem dla mnie.

Joanna uważa, że dużo musi się zmienić w społecznej mentalności, także w języku. Już samo nazywanie okresu bycia z dzieckiem urlopem, który kojarzy się z relaksem, odpoczynkiem, jest niefortunne. Bo to nie jest tak, że mama z dzieckiem na ręku ogląda seriale na Netflixie. – Może są takie mamy, i super. Mnie udało się z mężem obejrzeć dwa seriale po sześć odcinków i uważam to za rewelacyjny wynik. Chciałabym doczekać czasów, kiedy nie będzie funkcjonowało przekonanie, że jak kobieta jest z dziećmi, to nic nie robi. I żeby matki mogły liczyć na pomoc państwa, gdy wrócą do pracy. Żeby nie było tak, że cała pensja idzie na nianię. Jest całkiem dobry system opieki nad kobietą w ciąży. Ale kończy się w dniu porodu, nie rozumiem dlaczego – mówi.
Młode matki oczekują dzisiaj wsparcia systemowego: bezpłatnych żłobków i przedszkoli, ułatwień dotyczących czasu i form pracy, podatków. Te, które wybiorą pozostanie z dzieckiem w domu – docenienia, także przez państwo, ich wysiłku. Kobiety różnią się, nawet w ocenie sytuacji młodych matek w Polsce, ale wszystkie pragną uznania swoich potrzeb, wyborów, praw. To pokolenie nie odpuści. 

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (ilustracja iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (ilustracja iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Psychologia

"Leniwa mama", czyli jak stworzyć warunki do rozwoju samodzielności dziecka

W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka - pisze w swojej książce Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny. (Fot. iStock)
W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka - pisze w swojej książce Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny. (Fot. iStock)
„Gdyby mamy nie robiły wszystkiego za dzieci, to dzieci musiałyby się stać bardziej samodzielne” – twierdzi psycholog dziecięca Anna Bykova. Jej książka „Jak wychować samodzielne dziecko” to najlepszy prezent, jaki można sobie sprawić na Dzień Matki.

Fragment książki „Jak wychować samodzielne dziecko”, w tłum. Agnieszki Sowińskiej, wyboru i skrótu dokonała redakcja.

W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka. Nie mam na myśli wymuszonej zbyt wcześnie samodzielności, która pojawia się wskutek „tumiwisizmu” rodzica, obojętności wobec dziecka. Nie chcę też, aby moje przesłanie było odbierane jako usprawiedliwienie. To dobrze, gdy dziecko potrafi się samo sobą zająć i samo się obsłużyć, niedobrze jednak, gdy zawsze jest pozostawione samo sobie. Gdy tak się dzieje, dziecko traci. „Lenistwo” mamy u swoich podstaw powinno mieć troskę o dzieci, a nie obojętność. Dlatego wybrałam dla siebie drogę „leniwej mamy”, której – owszem – nie chce się wszystkiego robić za dzieci, nie chce się też robić wszystkiego od razu, gdy tego zażądają. Jej się nie chce – i dlatego uczy dzieci robić wszystko samodzielnie.

Uwierzcie mi, to nie jest łatwa droga, i prawdopodobnie jest także o wiele bardziej energochłonna. Prawdziwe lenistwo nie ma z tym nic wspólnego… Oczywiście, że prościej byłoby samej szybko pozmywać naczynia, niż wycierać wodę z podłogi po tym, jak pomaga ci pięcioletnie dziecko. Jeśli pozwolisz trzylatkowi podlewać kwiaty, to też nie od razu wszystko się uda. Dziecko może wywrócić kwiat, wysypać ziemię, woda może się przelać i wypłynąć z doniczki. Ale właśnie tak, poprzez działanie, dziecko uczy się koordynować ruchy, rozumieć przyczynowość i naprawiać błędy. Rodzice często muszą w procesie wychowania dokonywać wyboru: czy szybko sami coś zrobią, czy też wykorzystają sytuację i nauczą czegoś dziecko. Korzyści drugiego podejścia są następujące: a) rozwój dziecka, b) uwolnienie czasu rodziców w przyszłości. A pewnego dnia, gdy dziecko będzie już dużo wiedzieć i umieć, mama będzie mogła pozwolić sobie na lenistwo. Teraz już we właściwym sensie tego słowa.

Wygodna niesamodzielność

Dlaczego niesamodzielność dzieci miałaby być wygodna dla dorosłych? Co jest wygodnego w niesamodzielności dziecka? Odpowiedź jest bardzo prosta: dorośli w takiej sytuacji otrzymują zewnętrzne potwierdzenie tego, jak bardzo są wartościowi, ważni, niezastąpieni. A to bywa niezbędne, gdy nie ma się wewnętrznej wiary we własną wartość. Wówczas zdanie: „On beze mnie niczego nie potrafi” można przetłumaczyć następująco: „Ja bez niego nie istnieję, ponieważ tylko on potwierdza moją wartość”.

Zależność od dziecka wymusza robienie z dziecka kogoś zależnego. Podświadomość buduje swój związek przyczynowo-skutkowy: „Jeśli on nie może niczego zrobić sam, to znaczy, że nigdy ode mnie nie odejdzie, już zawsze będzie ze mną, i gdy będzie miał lat dwadzieścia, i gdy będzie miał lat czterdzieści… Zawsze będę mu potrzebna, a to znaczy, że nigdy nie będę samotna”. Na świadomym poziomie mama może szczerze przeżywać, że dziecku nie układa się w życiu. Ale na poziomie podświadomym sama modeluje taki scenariusz.

Spotykałam ludzi, którzy choć fizycznie dorośli, nie stali się samodzielnymi i dorosłymi ludźmi. Nie wypracowali nawyku samokontroli ani zdolności podejmowania decyzji, brania na siebie odpowiedzialności. Znałam uczniów, których prace domowe aż do końca szkoły sprawdzali rodzice. Pracowałam ze studentami, którzy nie wiedzieli, po co się uczą i czego chcą od życia. Decyzje zawsze podejmowali za nich rodzice. Widziałam dorosłych mężczyzn, których na wizytę do lekarza przyprowadzały mamy, ponieważ oni sami gubili się, nie wiedzieli, gdzie należy wziąć numerek do lekarza i przed którym gabinetem stanąć w kolejce. Znam kobietę, która w wieku trzydziestu sześciu lat sama, bez mamy, nie kupuje sobie ubrań.

„Dorosnąć” a „stać się dorosłym” to nie synonimy. Jeśli chcę, aby moje dzieci były samodzielne, odpowiedzialne i wykazywały inicjatywę, muszę im dać szansę na przejawienie tych cech. Nie trzeba nawet wytężać wyobraźni i sztucznie stwarzać sytuacje wymagające od dziecka samodzielności, jeśli mama, tata czy inny opiekun dziecka (na przykład babcia) będą mieli jeszcze inne zainteresowania niż tylko dziecko.

Na swoim miejscu

Powiem teraz coś wywrotowego z punktu widzenia większości: dziecko nie powinno znajdować się na pierwszym miejscu. W moim życiu na pierwszym miejscu stawiam siebie samą. Jeśli teraz poświęcę się dzieciom i zacznę żyć wyłącznie ich zainteresowaniami, to za dziesięć, piętnaście lat będzie mi bardzo trudno pozwolić im odejść. Bo jak mogę żyć bez dzieci? Czym wypełnię powstałą pustkę? Jak powstrzymam się od pokusy mieszania się do ich życia, aby je „uszczęśliwiać”? I jak one poradzą sobie beze mnie, jeśli przywykną do tego, że to mama za nich myśli, robi, podejmuje decyzje? Dlatego oprócz dzieci mam siebie, mam ukochanego mężczyznę, mam pracę, mam imprezy ze znajomymi z pracy, rodziców, przyjaciół, pasje – w takim zestawie nie wszystkie życzenia dziecka są spełniane natychmiastowo.

– Mamo, chcę pić! Nalej mi wody!
– Zaraz, słoneczko, skończę pisać list i ci naleję.
– Mamo, podaj mi nożyczki!
– Nie mogę teraz odejść od kuchenki, bo kasza się przypali. Poczekaj chwilę.

Dziecko może chwilę poczekać. A może też samo wziąć szklankę i nalać sobie wody. Może podsunąć taboret do szafki i samo wyjąć nożyczki. Mój syn najczęściej wybiera wariant drugi. Nie lubi czekać – szuka więc sposobu, dzięki któremu zdobędzie to, czego potrzebuje. Oczywiście to nie znaczy, że tak należy postępować z każdą prośbą dziecka. Są rzeczy, które dziecku naprawdę trudno jest zrobić samemu. Są też rzeczy, które mama może zrobić w tej samej chwili, nie przerywając innych czynności. Jeśli na przykład mama nalewa sobie akurat wody, byłoby dziwne, gdyby odmówiła wówczas nalania wody także swojemu dziecku. Tylko bez fanatyzmu, bardzo proszę.

Być samodzielnym to znaczy:

  • samodzielnie myśleć;
  • samodzielnie podejmować decyzje;
  • samodzielnie zaspokajać swoje potrzeby;
  • samodzielnie planować i działać;
  • samodzielnie oceniać swoje działania.

Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny, pedagog, nauczyciel arteterapii. Mieszka w Jekaterynburgu w Rosji. Ma dwóch synów. Autorka artykułu „Dlaczego jestem leniwą mamą”, opublikowanego kilka lat temu w Internecie. Post wywołał wiele kontrowersji i burzliwą dyskusję.

  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Psychologia

10 strategii dla wypalonych rodziców

Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Bycie wypalonym rodzicem nie jest ani niczym rzadkim ani wstydliwym. Zdarza się i co najważniejsze można sobie z nim poradzić.

 

Źródło: Studio Psychologiczne Joanna Węglarz w ramach kampanii „Szkoła-od-nowa”

Roczna izolacja społeczna odbiła się na stanie psychicznym wszystkich. Ta trudna sytuacja szczególnie dotyka rodziców, którzy łącząc zdalną pracę zawodową z całodzienną opieką nad dziećmi i edukacją online - czują się wypaleni, przemęczeni i zrezygnowani. Jak temu zaradzić?

Nie ma jednego uniwersalnego schematu działania przy wypaleniu rodzicielskim, Bo co działa na jedną osobę, wcale nie musi być skuteczne dla drugiej. Czasem potrzeba zwrócić się o profesjonalną pomoc psychoterapeuty w innych sytuacjach wystarczy zadbać o siebie i zmienić destrukcyjne nawyki na nowe bardziej konstruktywne. Najważniejsze by w tym wypalaniu nie być samemu i by szukać wsparcia u innych ludzi.

  1. Zaakceptuj swoje uczucia i przestań się ich wstydzić - pamiętaj że masz prawo zarówno do radości jak i do złości, smutku, irytacji czy lęku. Możesz również mieć dość i marzyć o bezludnej wyspie. Wszystko co czujesz jest całkowicie naturalne i normalne.
  2. Zadbaj o swoje poczucie bezpieczeństwa i nie bój się prosić o pomoc – czasem potrzeba tu profesjonalnego wsparcia terapeuty, bywa również, że możesz zwrócić się do swoich bliskich lub wprost przeciwnie poszukać takich aktywności, wykonywanych w samotności, które pomogą Ci odzyskać spokój.
  3. Dbaj o zdrowy balans pomiędzy pracą i życiem rodzinnym – nie jest prawdą to w co wierzą niektórzy pracoholicy, że jeśli lubi się pracę to można skupiać się na niej przez większość czasu. Przesada raczej zawsze bywa zgubna, dlatego istotne jest by we wszystkim co robimy szukać umiaru.
  4. Naucz się odpuszczać - wybierz 1 dzień w tygodniu w którym pozwolisz na urlop od niektórych obowiązków. Warto czasem zjeść kanapki, mrożone pierogi czy zamówioną na wynos pizzę i spędzić miło dzień, niekiedy można odpuścić sprzątanie i poczytać książkę. Pamiętajmy, że to właśnie potrzeba perfekcjonizmu i krytyczne ocenianie samego siebie powoduje, że nie będziemy się wypalać.
  5. Pamiętaj o zdrowym egoizmie - zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
  6. Śmiej się i szukaj tego co daje ci radość - tego akurat najlepiej się uczyć od dzieci, które potrafią cieszyć się i śmiać z drobiazgów. Czy wiesz, że przedszkolak potrafi śmiać się nawet 300 razy na dzień? Może warto się tym zainspirować.
  7. Praktykuj wdzięczność - postaraj się każdego dnia znaleźć choć jedną rzecz, za którą możesz być wdzięczna/y. Warto uczyć takiego rytuału swoją rodzinę, szukać wspólnie tego dobrego co każdy z domowników doświadczył. Pamiętaj, że gdy zaczniesz skupiać się na pozytywach, Twój mózg zacznie je wychwytywać i zauważać.
  8. Stosuj metody relaksacyjne - warto zacząć od pogłębionego oddychania, pamiętając o tym by wdech i wydech robić nosem oraz starać się aktywizować przeponę. Drugą grupą technik, która może dać nam doskonałe efekty jest mindfulness czyli uważność – to pełna obecność czyli skupienie się na doświadczaniu chwili obecnej. Należy jednak pamiętać, że stosowanie metod relaksacyjnych to rodzaj nawyku, który warto pielęgnować bo to by uczyć swój organizm stanu odprężenia.
  9. Pielęgnuj swoje hobby – niestety wiele osób dorosłych nie ma hobby ponieważ praca i obowiązki domowe wypełniają ich kalendarz po brzegi. Ważne jest jednak aby mieć sposoby na relaks i spędzanie czasu wolnego. Idealnie jeśli uda się coś zrobić całą rodziną oraz by znaleźć coś co będzie przyjemne dla wszystkich domowników. Czasem dobrym pomysłem będzie rodzinny seans filmowy z popcornem, kiedy indziej wspólne gotowanie czy pieczenie, można również urządzić sobie szalone tańce do muzyki lub wybrać się do lasu na wyprawę w poszukiwaniu oznak wiosny.
  10. Pamiętaj, że nie musisz być idealnym rodzicem – dziecko potrzebuje nie rodzica, który nigdy się nie myli i jest niedoścignionym wzorem, ale opiekuna z krwi i kości, który popełnia błędy, bywa zmęczony i nie zawsze radzi sobie z emocjami, ale jest sobą dzięki czemu pokazuje jak akceptować siebie samego. Pamiętaj, że superbohaterowie najlepiej sprawdzają się w filmach czy w komiksach, w życiu lepiej radzą sobie niedoskonali i zwyczajni ludzie.

Czym jest wypalenie rodzicielskie?

Wypalenie zawodowe to termin dość powszechnie znany, nie wszyscy jednak wiedzą, że zjawisko wypalenia rodzicielskiego będzie miało analogiczny mechanizm oraz skutki. Wypalenie jest ściśle powiązane z przewlekłym stresem oraz sytuacją gdy sił i zasobów jest mniej niż potrzeb. Szczególnie to widać podczas pandemii, gdyż rodzice, pozbawieni pomocy dziadków, niań i szkoły, sami muszą dźwigać ciężar opieki nad dziećmi. Do tego dochodzi jeszcze własna praca zdalna, brak poczucia bezpieczeństwa finansowego i zdrowotnego, utrata lub ograniczenie możliwości rozwoju osobistego, a także izolacja społeczna.

Objawy wypalenia rodzicielskiego

Wypalenie rodzicielskie będzie odnosiło się do trzech obszarów

Sfery fizycznej – wypalenie i związany z nim przewlekły stres skutkować będą przemęczeniem i wyczerpaniem psychofizycznym. Sytuację pogarsza fakt, że w takiej sytuacji bardzo trudno się zregenerować i wypocząć. Powoduje to przewlekły stan braku energii i przytłoczenia obowiązkami. Z czasem, jeśli sytuacja się utrzymuje mogą pojawiać się kolejne objawy takie jak zaburzenia snu czy problem z apetytem, może pogorszyć się stan zdrowia w związku z obniżoną odpornością.

Sfery myślenia – pojawia się poczucie nieefektywności, braku bycia skutecznym i efektywnym rodzicem, uruchamiają się destrukcyjne skrypty poznawcze, które sprawiają, że rodzic zaczyna coraz negatywnie myśleć o sobie i o swoich kompetencjach rodzicielskich. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia, rodzic ma coraz mniej zaufania do siebie i coraz krytyczniej myśli o sobie.

Sfery emocji – często rozpoczyna się od wzmożonej drażliwości i pobudliwości, którą odczuwamy z błahych powodów oraz sytuacjach, które wcześniej nie rodziły takich uczuć. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia może pojawić się dystans emocjonalny w stosunku do dziecka, partnera a czasem i innych osób. Może pojawiać się silna potrzeba by zamknąć się w sobie i odizolować emocjonalne od bliskich. Niestety z tym wiąże się również błędne koło poczucia winy. Wypalony rodzic, u którego pojawiają się trudne emocje, czuje się winny ponieważ uważa, że pewnych rzeczy nie powinien czuć. To z kolei znów nasila wypalenie i koło się zamyka.

Skąd bierze się wypalenie rodzicielskie?

W marcu 2020 zakończono ponad dwuletni projekt badawczy, w którym zebrano dane od ponad 17 tysięcy rodziców (głownie mam). Wyniki były jednoznaczne: kraje zachowanie oraz rodziny mające mało dzieci są najsilniej dotknięte problemem wypalenia rodzicielskiego. Niestety kultura indywidualizmu i perfekcjonizmu oraz osłabienie więzi społecznych może nasilać to zjawisko. Niestety badania pokazały, że Polska i Stany Zjednoczone to kraje, w których odsetek wypalonych rodziców jest najwyższy i oszacowano go na 8%. Pandemia i związany z nią stres bez wątpienia zwielokrotniły te dane.

Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.