1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kocham cię i nie chcę dzieci

Kocham cię i nie chcę dzieci

Żyjemy w innym świecie niż nasi rodzice i dziadkowie. Dawniej rodzina była ważna, był ślub, były dzieci. Teraz tak nie jest. W dużo większym stopniu chcemy być wolni, decydować o sobie. (Fot. iStock)
Żyjemy w innym świecie niż nasi rodzice i dziadkowie. Dawniej rodzina była ważna, był ślub, były dzieci. Teraz tak nie jest. W dużo większym stopniu chcemy być wolni, decydować o sobie. (Fot. iStock)
Z dziećmi? Bez dzieci? Najważniejsza jest jakość relacji. Jeśli naprawdę zależy nam na sobie nawzajem, mamy wspólne zainteresowania, dążenia, ufamy sobie, jesteśmy szczerzy, wtedy każda decyzja, którą podejmiemy, będzie dobra – mówi terapeuta Benedykt Peczko.

Żadnych dzieci – zapowiadają już na trzeciej randce młodzi mężczyźni. W swojej książce „Śmiertelni nieśmiertelni” Ken Wilber, znakomity amerykański filozof, mądry i wrażliwy mężczyzna, oświadcza swojej ukochanej Trei, że mogą być razem, ale on nie chce dzieci. Po śmierci Trei wiąże się z inną młodą kobietą i jej także oznajmia, żeby nie liczyła na obudzenie jego ojcowskich uczuć. Gdy psycholożki, terapeutki słuchają zdezorientowanych, a często też zrozpaczonych kobiet, które związały się z takimi mężczyznami, na ogół zalecają, żeby brać nogi za pas i nie oglądać się za siebie. Dlaczego on nie chce dzieci? Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który pytał mnie: „Dlaczego ona nie chce dzieci? Przecież wszystko mamy – mieszkanie, samochód, pracę”. Tak też się zdarza. Wygląda na to, że – szczególnie młodzi – ludzie nie upatrują dziś w rodzinie, w opiekowaniu się dziećmi życiowego sukcesu. Za dzieci nie ma premii ani awansu. Przekaz kulturowy jest jednoznaczny: bądź wolny, nie ograniczaj się, nie wiąż się, korzystaj z życia, kupuj, konsumuj; świat jest do twojej dyspozycji, daje ci przebogate możliwości, więc wybieraj i dobrze się baw. Zwiedzaj, zdobywaj, realizuj biznesy. Bądź panem swojego życia, nie daj się skrępować archaicznymi schematami rodzinnymi. Nie mam wątpliwości, że powód, dla którego Ken Wilber nie chce mieć dzieci, jest inny od motywacji młodego mężczyzny, na przykład pracownika banku.

W książce „Jeden smak” Wilber przedstawia swój dzień: wstaje o piątej rano, ćwiczy jogę, medytuje, potem pisze do obiadu, po obiedzie ćwiczenia fizyczne i znów pisanie do wieczora, czasem telekonferencja. Gdy się temu bliżej przyjrzeć, prowadzi żywot jogina, ascetyczny, wymagający dyscypliny. W ten sposób żyją papież, Dalajlama. To jest styl podporządkowany życiowej misji. Podobnie funkcjonuje wielu artystów, naukowców, działaczy społecznych, przedsiębiorców, wynalazców. Mężczyzna, który odkrywa takie swoje powołanie, może przeżywać silny wewnętrzny konflikt – kobieta, a być może i otoczenie, przyjaciele, oczekują, że będzie chciał mieć dzieci, czyli „normalną” rodzinę, on jednak czuje, że to nie jest jego droga. No ale „powinien chcieć”. Z mojego terapeutycznego i życiowego doświadczenia wynika, że to, co jest najgłębszą potrzebą serca, i tak da o sobie znać. Jeśli mężczyzna się przymusi, ulegnie oczekiwaniom, powstanie z tego mnóstwo nieszczęścia. Mężczyzna, który nie jest szczery wobec siebie i kochanej kobiety, skazuje rodzinę na cierpienie. Niechciane dzieci odczują to napięcie, odrzucenie ze strony ojca, który unika kontaktu, ucieka w pracę, bo dzieci błyskawicznie wyczuwają niespójność w zachowaniu. W związkach tak dobranych problem wraca jak bumerang, partnerzy ranią się nawzajem, obwiniają, sporom i pretensjom nie ma końca.

„Kocham cię i nie chcę dzieci”. To jest uczciwe, zgoda.  Gdy pomagam takim mężczyznom, dochodzimy do wniosku, że jedynym wyjściem jest związanie się z kobietą, dla której posiadanie dzieci nie jest najważniejszą sprawą. Te związki bywają bardzo udane – kobieta i mężczyzna czerpią z miłości, która ich łączy, wiele siły i inspiracji. Mają pasje, podróżują, tworzą. Są dla siebie. Nie każda kobieta stworzona jest do macierzyństwa. Nie każdy mężczyzna powinien wybudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. No może drzewo jest tu wyjątkiem przy obecnym stanie środowiska…

Problem zaczyna się, gdy ona bardzo chce, a on bardzo nie chce, ale nie mogą się rozstać. Co innego, gdy mężczyzna mocno czuje swoją życiową misję i wie, że budowanie rodziny stanie tej misji na drodze, a co innego, gdy ma wątpliwości, obawy, lęki wynikające z ograniczających przekonań czy złych doświadczeń z dzieciństwa.

Wielu mężczyzn jest przerażonych perspektywą bycia ojcem. To nie jest spokojne stwierdzenie: „pójdę inną drogą”. To dramatyczny, pełen bólu opór. Bo „nie będę skazywał moich dzieci na takie cierpienia, przez jakie sam musiałem przechodzić”. Bo „to nie jest świat dla dzieci”. Oczywiście, mężczyźni, którzy doświadczyli w dzieciństwie przemocy emocjonalnej, byli bici, synowie ojców alkoholików, ojców nieobecnych mają wdrukowane takie właśnie przekonanie – „życie jest przerażające”. Na szczęście coraz więcej mężczyzn rozumie potrzebę mierzenia się z bagażem przeszłości, korzystają z pomocy psychologicznej, terapeutycznej, coachingowej, uczestniczą w warsztatach dla mężczyzn. Wsparcie kobiet jest tu bezcenne. Kobieta, która rozumie, z czym boryka się jej partner, to prawdziwy skarb dla mężczyzny.

Bywa, że opór i wątpliwości są tak silne, że kobiety podejmują decyzję same, bez jego zgody. To niewiarygodne, ale ten kobiecy przekaz: „nie pytaj go, zrób tak, żeby zajść w ciążę, gdy już dziecko się pojawi, on się przyzwyczai, jakoś to będzie; dzieci to jest sprawa kobiet”, jest ciągle aktualny. W ten sposób kobiety ze starszego pokolenia radzą młodym. „A nawet jak się wścieknie, to mu przejdzie…” Ogromne ryzyko. Takie podejście być może sprawdzało się we wcześniejszych pokoleniach. Mężczyzna się wścieknie i mu nie przejdzie. Widziałem tych wrobionych w dzieci. Odbierali to jako zdradę, podstęp, reagowali silną agresją. Nawet jeśli potem płacili alimenty i spotykali się z dziećmi, z kobietą nie chcieli mieć nic wspólnego, a co gorsza – przenosili te emocje na dzieci.

Żyjemy w innym świecie niż nasi rodzice i dziadkowie. Dawniej rodzina była ważna, był ślub, były dzieci. W poprzednich pokoleniach podstawowym zadaniem kobiety było założyć rodzinę, urodzić i wychować dzieci, pielęgnować dom. Zadaniem mężczyzny było wspierać w tym kobietę poprzez pracę zawodową, która była podporządkowana temu celowi. Mężczyzna pracował, przynosił pieniądze, dbał o dom, naprawiał, remontował, miał czas dla dzieci. Teraz tak nie jest. W dużo większym stopniu chcemy być wolni, decydować o sobie. Od wielu młodych mężczyzn słyszę: „Teraz chcę osiągnąć sukces, zdobyć pozycję. Dzieci? Może później”. Oni rozglądają się wokół i widzą, co dzieje się w rodzinach. Widzą, że dzieci bywają źródłem kłopotów, coraz trudniej budować wspólny język. Dochodzą do wniosku, że to nie dla nich: „Bardzo dziękuję! Nie będę się tak szarpał”. Obawiają się odpowiedzialności, także finansowej. Nie są pewni, czy uda im się utrzymać rodzinę, bo sytuacja na rynku pracy nie wygląda obiecująco.

Jest jeszcze taka opcja, wcale nierzadka, gdy mężczyzna mówi: „zgadzam się na dziecko, ale tylko ze względu na ciebie”. Kobieta – też wcale nierzadko – wpada w panikę: „Boże! To ma być moja decyzja, moja odpowiedzialność?”. Znowu patowa sytuacja. Nie da się tego rozwikłać bez otwartości, szczerości. Kobieta może zapytać, czego on się obawia. Teraz nie jest gotowy? Kiedy będzie? Mężczyzna, który w nieskończoność odsuwa ten temat – paradoksalnie – nie jest panem swojego życia.

Kobiety mają naturalny dostęp do intuicji i na ogół wiedzą, czy jest szansa, aby on zmienił swoje nastawienie, dojrzał, naprawdę wspierał rodzinę, gdy dziecko przyjdzie na świat.

Ale może być również tak, że to kobieta rezygnuje ze swoich pragnień: „chciałabym, abyśmy mieli dziecko, ale jeśli ty nie chcesz, wybieram związek z tobą”. Tak wybierają kobiety, które są kochane i doceniane, traktowane z czułością. Najważniejsza jest jakość relacji. Jeśli naprawdę zależy nam na sobie, mamy wspólne zainteresowania, dążenia, cele, ufamy sobie nawzajem, jesteśmy szczerzy, wtedy każda decyzja, jaką podejmiemy, będzie dobra.

W jaki sposób mężczyzna mógłby przygotować się do roli ojca? Odkryć, że życiowy sukces to także udana więź z dzieckiem i że warto podjąć to wyzwanie? Dobrze wyobrazić sobie siebie w roli ojca. Jak się czuję? Co budzi mój niepokój? Co mogę zrobić, aby ten niepokój oswoić? Być może decyzję o tym, że nie będę miał dzieci, podjąłem bardzo wcześnie, na przykład w wieku sześciu lat, bo cierpiałem jako dziecko. Ale teraz mam 36 lat i mogę zmienić tamtą decyzję, ponieważ nabyłem wielu doświadczeń i kompetencji. Jakim ojcem pragnąłbym być? To ważne pytanie, ponieważ odruchowo myślimy o tym, jakimi ojcami nie chcemy być. Potrzebujemy pozytywnej wizji, także dobrych wzorów. Który mężczyzna z mojego otoczenia ma dobre relacje z dziećmi? Co sprawia, że podoba mi się w tej roli, przyciąga moją uwagę? Kontakt z innymi mężczyznami, którzy odnaleźli się jako ojcowie i czerpią z relacji z dziećmi radość i spełnienie, byłby tu zbawienny. Tworzenie relacji z takimi mężczyznami daje siłę i oparcie.

Bycie silnym i czułym ojcem to prawdziwy życiowy sukces – jak w to uwierzyć? W głębi serca mężczyźni tęsknią za dobrymi relacjami z ludźmi, za otwartością i bliskością z kobietami, mężczyznami, dziećmi. Tej szczególnej jakości kontaktu nie znajdą nigdzie indziej, żaden sukces zawodowy nie da tego, co możemy odnaleźć w relacjach. Ten sukces jest względny, niestabilny, przemijający. Więzi z ludźmi zwracają nas ku sobie, dlatego są tak cenne. W bliskich relacjach możemy być bez ról, masek, formalnych zobowiązań i przymusów, nie musimy grać, udawać, puszyć się i rywalizować. Bycie ojcem to nie tylko kolejne zobowiązanie, z którego trzeba się wywiązać i rozliczyć. Mając dzieci, wypełniamy oczywiście rolę ojca, ale jest jeszcze ogromny potencjał kontaktu poza tą rolą. Spotkanie istot, które są naszymi dziećmi, to niezwykła przygoda.

Wielu mężczyzn nie doświadcza otwartości i bliskości z dziećmi, ponieważ przychodzą z pracy do domu i nie zdejmując swoich masek dyrektora, menedżera, handlowca, próbują zarządzać swoimi dziećmi. Nie warto. Gubimy wtedy szansę na naturalność. Bliski kontakt z dzieckiem to jest kontakt z istotą życia, z jego niezwykłą dynamiką, z rozwojem, z rozkwitem. Wszystko się zmienia, a więź pozostaje; jest niezmienna w zmiennym świecie, nadaje sens naszym staraniom.

Mężczyźni w znacznym stopniu nastawieni są na osiągnięcia, na to, by zostawić po sobie ślad. Jednak czy nasze dzieci nie są takim śladem? Czy nie czynimy świata odrobinę lepszym, dając im naszą uwagę i miłość?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Zdrowie

Naturalne nie znaczy łatwe

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Dzisiaj nikt nie kwestionuje naukowych argumentów przekonujących, że najlepszym pokarmem dla dziecka jest mleko matki. Nadal jednak pokutuje na ten temat wiele mitów i przekłamań.

W różnego rodzaju badaniach, między innymi przeprowadzonym przez Kantar w 2015 roku wynika, że ponad 90 procent kobiet w ciąży deklaruje chęć karmienia piersią. Przyszłe mamy na ogół doskonale znają zalecenia Światowej Organizacji zdrowia (WHO) i Amerykańskiej Akademii Pediatrii, które mówią: karmimy wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy życia dziecka, potem kontynuujemy ten sposób odżywiania tak długo, jak możemy i chcemy. Od 6. miesiąca życia wprowadzamy też inne pokarmy, ale mleko matki (bądź modyfikowane) jest podstawą żywienia do 12. miesiąca życia. Po tym okresie  karmienie mlekiem matki jest zalecane ze względów innych niż tylko żywieniowe - zawiera wiele elementów potrzebnych dla zdrowia i rozwoju dziecka, wspiera jego odporność, rozwój mózgu, zapewnia bliskość, poczucie bezpieczeństwa i komfort, zmniejsza ryzyko SIDS, otyłości i wystąpienia cukrzycy typu 2. Przy czym, jak zauważa Aneta Korcz, doradczyni karmienia noworodków, pielęgniarka w Royal Berkshire Hospital w Reading, karmienie ma także korzyści zdrowotne dla mam: wspomaga zwijanie macicy do jej wielkości sprzed ciąży, może zmniejszyć krwawienie, obniża ryzyko wystąpienia osteoporozy, raka jajnika - im dłużej karmimy piersią, tym mniejsze ryzyko.

Większość przyszłych matek ma tego świadomość. Zamierzają karmić piersią także dlatego, że to wydaje im się po prostu wygodne. Dlaczego zatem nie wszystkie z tych, które deklarują chęć karmienia piersią, potem to robią?

Fabryka mleka

Marta Moeglich - promotorka karmienia piersią i doula, współtwórczyni przestrzeni wsparcia dla mam „Babki z piersiami” - widzi dwa obszary przyczyn, o które jej zdaniem trzeba zadbać. Pierwszy to edukacja na temat laktacji.

- Bardzo często kobiety, które mają rodzić, nie wiedzą jak działa laktacja. Przy czym chcę wyraźnie zaznaczyć, że to nie ich wina, tylko braku edukacji na ten temat na lekcjach biologii, przez lekarzy prowadzących kobietę w ciąży. Wiele kobiet ma w głowie wizję, że wystarczy przystawić dziecko do piersi i od razu poleją się hektolitry białego płynu. A tak nie jest. Białe mleko pojawia się dopiero po kilku dniach, na początku jest siara. Też bardzo wartościowa! Nawet jeżeli więc kobieta w ogóle nie zamierza karmić piersią, to warto podać dziecku siarę, bo to działa jak pierwsza szczepionka. Można ją zebrać jeszcze przed porodem.

Ekspertki od karmienia zgodnie podkreślają, że niewiedza na temat laktacji to jedna z głównych przyczyn problemów z karmieniem piersią. Część matek po prostu nie ma świadomości, że tuż po porodzie mleko może się nie pojawić (a pojawia się siara, w drobnych kropelkach) i że to jest normalne. Mama, która tego nie wie, myśli: nie mam mleka, więc podam mieszankę. A jak podaje mieszankę to nie rozkręca laktacji. A jak nie rozkręca laktacji, to mleko rzeczywiście się nie pojawia. I tak powstaje błędne koło, w które wpada część młodych mam.

Marta Moeglich: - Warto wiedzieć, że mleko powstaje wtedy, gdy dziecko jest przystawiane do piersi na żądanie albo gdy laktacja rozkręcana jest laktatorem (choć ten zawsze będzie działał gorzej niż dziecko, bo jest maszyną, do której nic nie czujemy i nie produkuje śliny). Wtedy przysadka mózgowa dostaje informację o zapotrzebowaniu na mleko, przekazuje ją do piersi, które to mleko produkują. Nie ma tak, że dziecka się nie przystawia albo nie pobudza się piersi laktatorem, a mleko się pojawia. Tak, niestety, nie będzie.

Promotorki karmienia walczą z nadal dość powszechnymi praktykami podawania sztucznych mieszanek w szpitalach. Z rozpędu, bo tak jest wygodnie. Efekt takich praktyk jest niestety taki, że dziecko najedzone mieszanką, niechętnie ssie pierś. A niestymulowana pierś nie produkuje mleka. Promotorki porównują ten proces do produkcji w fabryce. Jeśli fabryka dostanie małe zamówienie, produkuje mniej, jeśli duże – więcej.

- Kiedy pojawia się problem i matka nie może karmić, bo tak też się zdarza, to zamiast butelki warto próbować podawać mleko matki na małym palcu, łyżeczką albo kubeczkiem – podpowiada Marta Moeglich. - Te sposoby mniej zaburzają odruch ssania niż butelka, która powinna być podawana w ostateczności. Przy czym warto zaznaczyć, że są sytuacje, kiedy butelka się sprawdza, na przykład w przypadku słabego odruchu ssania.

Lekarze zwracają uwagę, że niemowlę może nie chcieć ssać z wielu przyczyn, innych na każdym etapie karmienia. Na przykład z powodu nieprawidłowej techniki podawania piersi, bólu wywołanego pleśniawkami, ząbkowaniem, dlatego, że mleko wypływa za szybko lub nie wypływa w ogóle. Przeszkadzać może maluchowi nawet silny zapach perfum mamy. Może odmawiać ssania także z powodów medycznych, na przykład dlatego, że jest ospałe pod wpływem leków podanych w czasie porodu.

Cenna pomoc 

Marta Moeglich zwraca uwagę na inny powód niechęci do ssania – za krótkie wędzidełko (czyli błonka pod językiem). - Doświadczona certyfikowana doradczyni laktacyjna potrafi ocenić wędzidełko. Niestety, czasami jednak upływa dużo czasu zanim zostanie postawiona prawidłowa diagnoza. I teraz wyobraźmy sobie, że noworodek z za krótkim wędzidełkiem dostaje mieszankę. To nie rozwiązuje ani obecnego problemu ze ssaniem, ani przyszłego z mówieniem, bo wędzidełko wpływa na pracę języka. Podcięcie wędzidełka nie rozwiąże problemu jeśli technika przystawiania jest nieprawidłowa. Nie każda mama, zwłaszcza po trudnym porodzie, potrafi ocenić swoją sytuację. Dlatego tak ważna jest pomoc ekspertek laktacyjnych, które ocenią problem i doradzą, co z nim dalej robić. Chodzi o zdrowie dziecka, ale także o to, by nie zaburzyć odruchu ssania. Na oddziałach położniczych jest jednak wiele pacjentek, a doradczyni jedna, w dodatku ma określony czas pracy.

Gdy pojawia się problem z karmieniem, w głowach, nie tylko mam, ale także ludzi wokół niej, pojawia się butelka - cudowne rozwiązanie na wszystko: płacz niemowlęcia, spadek na wadze, budzenie się nocy.

- Sztuczna mieszanka została stworzona po to, żeby ratować zdrowie i życie niemowląt. To jedyna jej rola – przypomina Marta Moeglich. – Ale przez działania promocyjne producentów mieszanek, które sięgają lat 70., stała się lekiem na wszystkie problemy z karmieniem. Bywa używana nie zawsze wtedy, gdy trzeba, czyli kiedy jest niezbędna do ratowania życia dziecka. To trochę tak, jakby stosować antybiotyk zanim poda się lżejsze leki, tak na wszelki wypadek.

Promotorka karmienia uważa, że mieszanka powinna być traktowana jak lek i jeśli jest podana w szpitalu - być uwzględniana w karcie medycznej dziecka. Z wyjaśnieniem przyczyn jej zastosowania. Czyli, że na przykład dziecko dostało butelkę dlatego, że spadło na wadze powyżej 10 procent wagi urodzeniowej. Ale nawet wtedy można dokarmiać odciągniętym mlekiem matki (wcześniaki  mlekiem z Banku Mleka - dopóki mama nie rozkręci laktacji), a dopiero potem mieszanką. Ta nie powinna być pierwszym wyborem, ale najczęściej niestety jest.

Ważna umiejętność

Promotorki karmienia obalają kolejny mit, jakoby dziecko karmione mieszanką lepiej spało, natomiast karmione piersią częściej się budziło: - Budzenie się noworodków w nocy jest fizjologiczną normą – mówi Marta Moeglich. - Zdarzają się oczywiście noworodki przesypiające całą noc, ale rzadko, większość budzi się kilkakrotnie i to normalne. Mama myśli, że skoro się budzi, a dziecko karmione mieszanką – jak słyszała – przesypia całą noc, to może powinna dokarmiać. To błąd. Bo mleko modyfikowane jest cięższe, dziecko czuje się po nim trochę tak, jak dorośli po zjedzeniu porcji kaczki z kluskami i kapustą. Czyli sennie, ospale. Natomiast mleko matki jest jak lekkostrawna sałatka, która nie obciąża.

Aneta Korcz: - To noworodek, który nie budzi się na karmienia powinien zwrócić naszą uwagę. Dziecko po urodzeniu nie ma uregulowanego trybu snu, nie rozpoznaje dnia i nocy jak dorosły, zatem u noworodków ważne są karmienia na żądanie, ale nie rzadziej niż 7-8 razy na dobę. Głód na ogół nie jest przyczyną budzenia się w nocy dziecka w wieku poniemowlecym, natomiast  noworodki i niemowlęta budzą się głównie dlatego, że są głodne. O wszystkich niepokojach warto porozmawiać ze specjalistą.

Nie do końca da się obronić kolejny sąd, że wiele kobiet nie ma pokarmu. Może to być spowodowane na przykład działaniem niektórych leków albo schorzeń, jak zespołu policystycznych jajnikow, bądź niedorozwojem tkanki gruczołowej. Ale to bardzo rzadka przyczyna, ma ją co najwyżej 4 procent kobiet w wieku rozrodczym.

Aneta Korcz: - Jeśli piersi są odpowiednio stymulowane to pokarm zazwyczaj się pojawia. A to, że nie ma go w pierwszej dobie po porodzie (lub dłużej jeśli nie ma stymulacji) jest dość częste i fizjologiczne. Mało mówi się o możliwości stymulacji piersi i odciąganiu siary przed porodem, a  to bardzo wartościowa umiejętność. Można, powiedzieć, że dzięki temu, zaczynamy rozkręcać laktację, aby po przyjściu na świat dziecko miało łatwiej. W dodatku, jeżeli mamie uda się zebrać nawet kilka mililitrów do strzykawki, a z przyczyn medycznych nie będzie mogła być z dzieckiem, to ten pokarm zostanie mu podany. Często kobieta po porodzie, jeśli jest rozdzielona z dzieckiem, w ramach wsparcia dostaje laktator. A w pierwszych dwóch dobach laktator zazwyczaj nie ma sensu. Ważna jest regularna, imitująca karmienia, stymulacja własną ręką, zbieranie kropelek. Żaden laktator nie zbierze tyle mleka co dziecko. Jest to szczególnie istotne, u mam wcześniaków, które, jeśli są rozdzielone z dzieckiem, poddają się nie widząc efektów używania laktatora w pierwszych dobach.

Doradczynie laktacyjne powtarzają do znudzenia: żeby matki karmiły piersią, trzeba kłaść większy nacisk na edukację na temat tego, jak przebiega laktacja, jak ją stymulować, jak ważne jest kangurowanie, kontakt skóra do skóry. W tym obszarze w dalszym ciągu jest wiele do zrobienia. Także w szpitalach.

- Wiele z nich ma status Szpitala Przyjaznego Dziecku, co bardzo mnie cieszy, ale nie wszędzie ten tytuł jest w pełni rozumiany, a wartości tej inicjatywy –przestrzegane – uważa Aneta Korcz.

Szpital powinien móc umożliwić mamie karmienie dziecka nie tylko wtedy, gdy znajduje się ona na oddziale położniczym, ale i na innych, oczywiście gdy jej stan zdrowia na to pozwala. Powinna mieć możliwość częstego przychodzenia do dziecka na oddział noworodkowy, mieć dostęp do laktatora jeśli sama trafia na oddział. Wiedzę, o której mówimy, powinny posiadać, a przynajmniej mieć spisane odnośniki i stosować je w praktyce, wszystkie osoby sprawujące profesjonalna opiekę nad matka i dzieckiem, ale czasami wystarczy po prostu ludzka troska.

Marta Moeglich: - Drugim obszarem, który powinien być lepiej zaopiekowany, nawet nie wiem, czy nie ważniejszym od edukacji, jest siatka wsparcia dla kobiet. Mam na myśli wsparcie zarówno pod kątem karmienia, jak i w ogóle wchodzenia w macierzyństwo, które potrafi, oj potrafi, dać kobiecie po głowie.

Aneta Korcz: - To wsparcie profesjonalne niestety nie jest w Polsce powszechne i dostępne dla każdej kobiety. Jest niejednolite i nieukierunkowane podmiotowo. Żeby to zmienić, potrzebne są zmiany systemowe, nie wystarczy jedno szkolenie, jednego czy dwóch członków zespołu na cały szpital. Ta wiedza musi być uaktualniana i podawana  dalej, regularnie przez wszystkich opiekujących się kobieta i dzieckiem, w szpitalu, w przychodni, w szkole rodzenia.

Więcej luzu

Chodzi o to, żeby mamy mogły liczyć na pomoc promotorek karmienia, certyfikowanych doradczyń, położnych, pielęgniarek, douli. Ale także bliskich osób, które przyniosą obiad, powiedzą: odpuść sobie wszystko, siadaj w fotelu, tul dziecko, rozkręcaj laktację. Jeśli tego oczywiście chcesz i potrzebujesz.

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację.

- Podczas karmienia wydzielana jest oksytocyna, hormon szczęścia, związany z przyjemnością – wyjaśnia Marta Moeglich. - Natomiast gdy się napinamy i stresujemy, to zamiast oksytocyny wydziela się kortyzol, hormon stresu.

Więc danie sobie trochę luzu jest bardzo ważne. Mogą w tym pomóc inne kobiety, partner, profesjonalne doradczynie. A często kobiety nie mają wsparcia ani przestrzeni, żeby zaopiekować się sobą. Poddawane są za to presji zarówno w sprawie karmienia, jak i zaprzestania.

No właśnie, kiedy przestać karmić? Aneta Korcz: - Uniwersalna odpowiedź na to pytanie mogłaby być taka: mama kończy karmić wtedy, kiedy ona lub dziecko podejmują taką decyzję. Nie ma dobrego i złego momentu. A może inaczej: każda decyzja w tej sprawie podjęta przez mamę, jest dobra, ale wiąże się z pewnym procesem i niesie za sobą określone konsekwencje. Czasem dziecko samo rezygnuje z piersi i mówimy wtedy o samoodstawieniu. A zalecenia medyczne do zaprzestania karmienia piersią? Na przykład zakażenie mamy przez wirusa HIV, zapalenie wątroby typu B, C, czy inne schorzenia związane z ryzykiem zakażenia dziecka. Ale to bardzo rzadkie sytuacje. Na pewno warto zwrócić uwagę na samopoczucie i emocje towarzyszące karmieniu. Jeśli staje się ono niekomfortowe pod względem psychicznym to jest to wystarczający argument, by zakończyć karmienie.

Aneta Korcz wyjaśnia, że inaczej wygląda odstawianie dziecka w pierwszym roku życia. Wtedy trzeba zadbać o podanie mu mleka modyfikowanego, tzw. jedynki, czyli mleka początkowego (takiego mleka nie wolno reklamować, jak mlek następnych). Niemowlęciu 7-8- miesięcznemu można podać mleko niekoniecznie w butelce, ale na przykład z kubeczka. Taki sposób wart jest rozważenia, ponieważ zdejmuje potem problem odstawiania od butelki.

- Decyzja należy jednak do rodziców – mówi Aneta Korcz. – Jako doradcy chcemy wspierać te decyzje, które rodzice sami podejmują.

Jak wyhamować

Ekspertki od karmienia zauważają, że z odstawieniem dziecka od piersi jest bardzo podobnie jak ze startem do karmienia. Wokół tych dwóch spraw nabudowano mnóstwo mitów, które narzucają mamom, co powinny robić, a czego nie, wbrew ich pragnieniom. Ta presja działa w dwie strony – zarówno, gdy sugeruje im się karmić dłużej niż by chciały, jak i krócej, na przykład do roku. Słyszą tak czasem od lekarza ortopedy, teściowej lub pani w żłobku. Chce pani posłać półtoraroczne dziecko do żłobka? To musi pani odstawić je od piersi – autorytatywnie wypowiada się wychowawczyni w żłobku. Bo jeżeli nie, to będzie mu trudniej znieść rozłąkę.

- A to nie jest prawdą – mówi Marta Moeglich. - Wręcz przeciwnie, pierś pomaga ukoić dziecięce emocje, które w tym trudnym momencie się pojawiają, bo pójście do żłobka to duża zmiana w życiu małego człowieka. Inna sprawa jest taka, że pierś w społecznym postrzeganiu służy głównie do seksu. Może dlatego karmienie powyżej roku jest źle widziane. Natomiast w świecie laktacyjnym długie karmienie zaczyna się dopiero powyżej dwóch lat. Dla każdej mamy oznacza to jednak co innego. Dla jednej długo to 8 miesięcy, dla innej rok, dla innej trzy lata. Jeśli chce skończyć przed rokiem, to ją w tym wspieramy. Tak samo jak wesprzemy mamę, która chce karmić trzy lata. Ale jeżeli za pół roku zmieni zdanie, to też ok.

Jak podkreślają ekspertki, kończenie karmienia nie jest zerojedynkowe – wszystko albo nic. To nie odbywa się tak, że dzisiaj karmimy kilka razy dziennie, a jutro całkowicie odstawiamy. Można karmienie zredukować do pór, kiedy dziecko zasypia. Albo do karmienia tylko nocą. Można utulać karmieniem po powrocie ze żłobka. Każda mama robi tak, jak uważa i nikomu nic do tego.

Aneta Korcz przyznaje, że odstawienie od piersi kilkulatka może być trudne. To proces zarówno biologiczny, jak i emocjonalny. Wymaga z jednej strony wyhamowania laktacji, a z drugiej – podjęcia wewnętrznej decyzji bez poczucia winy. Zanim podejmiemy decyzję o sposobach na zaprzestanie karmienia warto zadać sobie pytanie dlaczego chcemy przestać karmić. Motywacja może być inna jeśli rozważamy to w pierwszych tygodniach po porodzie, a inna po roku, dwóch czy trzech latach.

To, że wiele kobiet deklaruje chęć karmienia piersią, a rezygnuje z niego po paru tygodniach najczęściej spowodowane jest bólem, obawą o zdrowie dziecka, a te często wynikają z braku realnego wsparcia otoczenia i personelu medycznego. Instruktaż prawidłowego przystawienia noworodka, pozycja ciała, odchylenie główki, ocena wędzidełka, ocena dolegliwości ze strony mamy powinny odbyć się kilkukrotnie w pierwszych tygodniach. Wszystkie te czynniki wpływają na to, czy dziecko najada się, czy prawidłowo przybiera na masie, czy karmienie jest dla mamy komfortowe. Czasami mamy, kończą karmienie przed zajściem w kolejna ciążę. Z biologicznego punktu widzenia nie muszą tego robić, jeśli nie ma wskazań medycznych, a jeśli  chcą, to jest wystarczający powód.

Aneta Korcza: - Na pewno warto próbować kończyć karmienie jak najmniej agresywnie. To znaczy stopniowo, rozkładając ten proces w czasie. Bywa, że mama jest zmuszona sytuacją, żeby przestać karmić jak najszybciej. Wtedy zdarza się, że przepisywane są leki, inhibitory prolaktyny, które szybko hamują laktację, ale z kolei skutki uboczne mogą być bardzo dokuczliwe. Takie rozwiązanie jest wskazane w pewnych sytuacjach, ale na pewno nie powinno się po nie sięgać rutynowo. Kończenie karmienia to długi proces, może trwać kilka tygodni, a nierzadko kilka miesięcy. Karmienie kilkulatka odbywa się często raz dziennie lub co parę dni. Ale chcę uspokoić – samoodstawienie nastąpi na pewno zanim dziecko pójdzie do szkoły.

Nie tylko w głowie

Aneta Korcz wylicza sposoby wspierające proces odstawiania. Po pierwsze: to sukcesywna redukcja karmień (produkcja mleka będzie się zmniejszać na zasadzie popytu i podaży). Po drugie: zaangażowanie innych, w tym partnera, w kontakt z dzieckiem, kiedy prosi ono o pierś (może pomóc wyjście mamy na spacer). Po trzecie: przeniesienie uwagi dziecka na coś innego co ono lubi, na przykład zabawę, czytanie. Po czwarte: zaproponowanie alternatywy: wody, mleka z kubka, czegoś do zjedzenia. Jeśli jesteśmy w trakcie procesu odstawiania, a jednak zdecydujemy się na podanie piersi, to warto wcześniej zaproponować coś do picia. Po piąte - zapewnienie, że malec zawsze może się przytulić. Po szóste - odciągnięcie karmienia w czasie (po kąpieli, po śniadaniu, po przedszkolu). Albo wymyślenie nowego rytuału w zamian za jedno karmienie. Warto być konsekwentnym i nie proponować piersi, kiedy dziecko nie wspomina, tak na pocieszenie, ale też nie mówić bezwzględnie „nie”, kiedy prosi. Raczej warto unikać rozpoczęcia odstawiania wtedy, gdy w życiu dziecka zachodzą duże zmiany, na przykład idzie do przedszkola. Trzeba liczyć się z przejściowymi, możliwymi konsekwencjami odstawienia dla mamy, to jest z obniżeniem nastroju, przepełnieniem piersi, zapaleniem gruczołu (najczęściej przy nagłym odstawieniu) i wiedzieć, jak im zaradzić. Dobrze jest ograniczyć produkty wzmagające laktację (słód jęczmienny) oraz mieć kontakt do lekarza lub specjalisty laktacyjnego.

Tu i ówdzie słyszy się obawy, że długie karmienie piersią zagraża autonomii malca.

- Jest wręcz przeciwnie – odpowiada Aneta Korcz. – Mówią o tym zarówno badania, jak i moje doświadczenie. Obserwuję mianowicie, że karmienie piersią umacnia poczucie bezpieczeństwa dziecka, a to z kolei buduje jego poczucie własnej wartości, a więc także autonomię.  Na poczucie bezpieczeństwa i wspieranie autonomii wpływa wszystko co robimy: pozwalanie na samodzielność w innych sferach, rozumienie  tego, co dziecko sygnalizuje, okazywanie bliskości w innych sytuacjach niż karmienie piersią. Jeżeli akt karmienia piersią jest jedynym momentem, kiedy dziecko jest z mamą blisko to odstawienie może być trudniejsze, bo dziecko będzie zabiegać właśnie o tę bliskość.

Marta Moeglich: - Mówi się, że karmienie siedzi w głowie. My, promotorki karmienia, nie lubimy tego określenia. Bo kobiety się obwiniają, jeśli coś potem pójdzie nie tak. Myślą: z tą moją głową chyba nie jest w porządku, skoro zawaliłam, widocznie za mało się staram, za mało chcę. Głowa jest oczywiście ważna, ale czasem nie przeskoczymy tego, co ktoś nam wcześniej rozwalił. Bardzo często dużo złego dzieje się w szpitalach. Jeśli mama nie dostała tam wsparcia od specjalistów i nie rozkręciła laktacji, to czasem trudno jej to naprawić. No chyba że wykaże się dużym samozaparciem, zainwestuje w doradczynie laktacyjne, bo to też kosztuje, choć to wciąż będą mniejsze pieniądze niż cena karmienia mieszanką.

Promotorki karmienia podkreślają: karmienie piersią jest naturalne, ale nie znaczy, że łatwe. Matka i dziecko mają wszystko, co do karmienia niezbędne od strony fizjologicznej. Ale karmienia trzeba się najzwyczajniej w świecie nauczyć. A do tego potrzeba edukacji i wsparcia.

  1. Psychologia

Nie skazujmy dzieci na rywalizację. Uczmy je współpracy

Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka.

Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska-Juszczak. Współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, więc rodzice wychowują dzieci do rywalizacji. Argumentują: chcemy, aby umiały sobie radzić. Czy to dobra strategia?
Oczywiście, że ważne jest, aby dzieci umiały sobie w życiu radzić. Jednak co to znaczy umieć sobie radzić? Czy oznacza to umiejętność walki z przeciwnościami losu, znoszenia porażek? Czy jednak wygrywanie? A może oznacza to konkretne umiejętności? Od zdefiniowania przez nas pojęcia „radzenia sobie” zależą nasze pomysły na wychowanie…

Często radzenie sobie bywa utożsamiane z osiąganiem sukcesów, rzadziej – z dobrymi relacjami z ludźmi. Dlaczego nie doceniamy relacji?
Dla wielu rodziców sukcesy dzieci, najlepiej spektakularne, są ich sukcesami. A czy spektakularne będzie pochwalenie się: „moja córka jest lubiana w przedszkolu”? Ponieważ myśląc o sobie, koncentrujemy się na skuteczności, to na dzieci również patrzymy z tej perspektywy – żeby miały osiągnięcia, które można zmierzyć, zważyć. Natomiast kwestie związane z cechami wspólnotowymi są niewymierne, dlatego schodzą na drugi plan.

Rodzice często podsycają ducha współzawodnictwa. Czy słusznie? Czy rzeczywiście rywalizacja jest sukcesotwórcza?
Rywalizacja, jak wykazali amerykańscy badacze Deci i Ryan, zabija motywację wewnętrzną: uczę się i rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innej osoby, grupy. Nie jesteśmy jednak w stanie funkcjonować bez porównań. Nawet nie musimy pokazywać dziecku, że na przykład Kasia jest lepsza, ono samo doskonale to widzi. Ale ono może to porównanie odebrać inaczej – że jest gorsze od innych. Myśli wtedy: nie spełniam oczekiwań rodziców, Kasia bardziej by je spełniła. I to jest niebezpieczne. Badacze już w początkach lat 80. wykazali, że skłaniani do rywalizacji uczniowie i studenci mieli gorsze wskaźniki zdrowia psychicznego.

Ale z drugiej strony nie można oszukiwać dziecka, że jest w czymś świetne, skoro nie jest.
Dziecko porównuje się z innymi i na tym też polega budowanie jego tożsamości. Ale wzmacnianie przez nas różnic nie jest potrzebne. Nam się wydaje, że to motywuje, a może być wręcz odwrotnie – może zniechęcić do działania. Trzeba pamiętać, że dzieci są bardzo różne. I może się okazać, że porównując córkę z innymi dziećmi osiągającymi sukcesy na jakimś polu, przeoczyliśmy to pole, na którym ona by się sprawdziła. Nie zauważamy tego, ponieważ koncentrujemy się bardziej na innych dzieciach niż na własnym. Porównujmy osiągnięcia dziecka z jego własnymi wynikami sprzed rozpoczęcia trenowania: kiedyś nie umiałaś skręcać na rowerze, a dziś już to potrafisz.

Córka chce tańczyć, bo koleżanka tańczy, ale córce brakuje talentu. Wyperswadować jej to zajęcie?
Nie można tego zabronić, ale można pomóc jej znaleźć jakiś inny obszar, w którym jest dobra. Ciągłe porównania z koleżanką, w których wypada gorzej, nie wpłyną dobrze na jej samoocenę. Jak pokazują badania, jeżeli w ważnej dla nas dziedzinie ktoś bliski osiąga sukcesy większe niż my, to albo pomniejszamy znaczenie dziedziny, która do tej pory wydawała się dla nas istotna, albo oddalamy się od tej osoby, aby ochronić samoocenę. Wielce prawdopodobne, że przyjaźń dziewczynek bardzo by na tym ucierpiała. Powinniśmy porozmawiać z córką na ten temat. I nawet jeśli w pierwszej chwili się zbuntuje, powie, że nie jesteśmy dla niej autorytetem, to ważna jest sama rozmowa, wysłuchanie, co ona myśli, wyrażenie naszego zdania, z którym gdzieś w głębi duszy jednak dzieci się liczą. W tym konkretnym przypadku możemy także zaproponować, żeby córka opowiadała o sukcesach koleżanki, cieszyła się razem z nią, choć to oczywiście trudne, ale możliwe.

Jednak trudniejsza dla dziecka jest chyba sytuacja odwrotna – kiedy to rodzice stymulują je do czegoś, co jest poza jego zasięgiem.
Badania pokazują, że małe dzieci bardzo łatwo stosują się do naszych instrukcji. Gdy skłaniamy je do rywalizowania, niezwykle szybko przejmują taki sposób funkcjonowania. A rywalizacja zabija wewnętrzną motywację nawet u dzieci czteroletnich. Dopiero dzieci po 12. roku życia potrafią same rozsądzić, czy chcą wchodzić w rywalizację. Natomiast maluchy, stymulowane przez nas do rywalizacji, będą rywalizować. Wynika to z ogromnej potrzeby akceptacji. Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, kiedy wygrywa. Pewnie rodzice tak nie myślą, sądzą tylko, że jeżeli będą dziecko zachęcać do ćwiczeń, pilnować, to ono będzie im potem wdzięczne. Natomiast sami nie wiedzą, kiedy wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości tylko wtedy, gdy osiągnie sukces.

Podsyca to szkoła, która stawia na rywalizację. O tak. Pamiętam zakończenie roku w przedszkolu mojej córki Zosi. Część dzieci dostała nagrody za rysunki, które zwyciężyły w konkursie. Zosia nie była wśród nich. Muszę powiedzieć, że doświadczyłam dwóch rodzajów uczuć. Po pierwsze, pojawiła się emocja, którą szybko chciałam wymazać z pamięci: Szkoda, że moja Zosia nie dostała nagrody. Bo to było miłe dla rodziców usłyszeć nazwisko swojego dziecka wyczytane na uroczystości. Drugie uczucie to rodzaj współczucia, gdy spojrzałam na córkę, której było z tego powodu przykro. Pytała: „a gdzie wisi mój rysunek, dlaczego nie dostałam nagrody?”. A jej rysunek nigdzie nie wisiał. Odpowiadałam wymijająco, bo widziałam, że to dla niej bardzo ważne. To dobre przedszkole, ale nawet w nim, pewnie nieświadomie, pojawiła się rywalizacja.

 
Można przecież powiesić rysunki wszystkich dzieci.
Rzeczywiście w końcu znaleziono sposób, by pokazywać również te nienagrodzone rysunki. Ale za podsycanie rywalizacji odpowiedzialni są w dużym stopniu rodzice, którzy wychowują swoje dzieci na „czempionów”. Oddają je do dobrych szkół jak do korporacji o 8 rano, a odbierają o 18. Wożą na języki, konie, aikido, aby pokazać, że ich dziecko jest najlepsze. Wydają dużo pieniędzy, ale poza tym nie mają żadnych zasług. Bo samo płacenie za zajęcia dzieci jest w gruncie rzeczy łatwe. Taka sytuacja jest podwójnie niebezpieczna, bo po pierwsze, rodzice tracą wpływ na dziecko (przejmuje je szkoła korporacja), i po drugie, zaczynają niepostrzeżenie traktować swoje dziecko przedmiotowo, jako dostarczyciela sukcesów podnoszących ich osobisty prestiż. Ducha rywalizacji podsycamy też, wypytując, jaką ocenę dostał kolega. Nawet jak tego nie skomentujemy, to nasze pytanie jest dla dziecka sygnałem, że przywiązujemy wagę do porównań, do rywalizacji.

Tymczasem tak naprawdę w pracy, poza nielicznymi wyjątkami, istotna jest współpraca. A my do tego nie przygotowujemy.
Niestety, system szkolny stawia na indywidualne osiągnięcia, a więc także na rywalizację. Profesor Czapiński trafnie zauważył, że jeśli Polacy nie zaczną współpracować, to w pewnym momencie nasz kraj przestanie się rozwijać, ponieważ indywidualne osiągnięcia już zdobyliśmy, natomiast sukcesy sportowe w grach zespołowych, budowanie dróg, mostów, kręcenie filmów wymagają pracy zespołowej, a my nie jesteśmy tego nauczeni. Współpracy bowiem trzeba się nauczyć, ona nie jest uwarunkowana genetycznie.

Pewna nauczycielka argumentowała, że zajęcia w grupie się nie sprawdzają, bo i tak pracuje tylko jedna osoba.
Uczenie zespołowe wymaga bardzo dużo pracy ze strony nauczyciela. Kilkanaście lat temu Eliot Aronson zrobił badania, które pokazują, jak współpraca może fantastycznie działać, gdy zastosuje się „system układankowy”. Polega to na tym, że każda osoba uczy się jakiejś części materiału, a potem przekazuje zdobytą wiedzę kolegom. Jeśli kolega nie pozna części, której uczą się pozostali, nie zrozumie całości. Mnie ta metoda sprawdza się od kilku lat w prawie wszystkich grupach, z którymi realizuję seminarium z psychologii społecznej.

A jak uczyć dzieci współpracy w rodzinie?
Bracia i siostry mogą na przykład wspólnie zajmować się dbaniem o porządek. Moi rodzice fantastycznie to wykorzystali. Mam brata i siostrę i każdy z nas był za coś odpowiedzialny. To powodowało, że wzajemnie się pilnowaliśmy, ale gdy czasami ktoś z nas nie mógł czegoś zrobić, umawialiśmy się, że zrobimy to za niego. Po prostu sami się dogadywaliśmy. Bo współpraca polega na tym, że jesteśmy odpowiedzialni za różne rzeczy, ale wspólnie korzystamy z owoców pracy wszystkich. Jesteśmy systemem i musimy dziecku pokazać, że jako rodzina współpracujemy, że do tego systemu każdy coś dokłada, że każdy ma w nim swoją ważną rolę do odegrania i że ten system nie będzie działał, jeżeli zawiedzie choćby jedno ogniwo. Bo to nie chodzi o to, że robimy wszystko razem, ale że każdy zrobi to, co do niego należy. I że taki podział pracy ma wymierne korzyści.

Co dziecko zachęca do takiej wymiany?
Pochwały, a nie porównywanie, że inni robią to lepiej. Mój kolega z katedry dr Konrad Maj odkrył, że do wymiany wiedzy, doświadczeń, do większej współpracy zachęca tzw. nagroda kooperacyjna przyznawana całemu zespołowi. Wyobrażam sobie, że w rodzinie z dwójką dzieci można powiedzieć: „słuchajcie, jak uda nam się w sobotę rano posprzątać dom, to po południu idziemy na lody”. Wszyscy wtedy skorzystamy w takim samym stopniu, a nie że Krzyś dostanie samochód, a Basia lalkę. Natomiast w rywalizacji zawsze ktoś wygrywa, a ktoś inny przegrywa. Są oczywiście dziedziny takie, jak sport, w które wpisana jest rywalizacja. Ale w nauce, pracy, życiu zdecydowanie bardziej sprawdza się współpraca.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: psycholog społeczny, adiunkt w Katedrze Psychologii Społecznej i Osobowości SWPS. W pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem.

  1. Styl Życia

Nie jestem macho... Czy zawsze jesteśmy za równouprawnieniem?

Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Anna, 48 lat, elegancka, zadbana, na pierwszy rzut oka widać, że to kobieta sukcesu. I rzeczywiście. Od wielu lat zajmuje coraz wyższe stanowiska w korporacji. Uwielbia swoją pracę, nie wyobraża sobie bez niej życia. Oprócz tego ma dom, kochającego męża, z którym rok temu obchodziła srebrne gody, oraz dwoje dorosłych już dzieci. Zadowolona, pewna siebie, spełniona. A jednak coś ją dręczy.

– Myślę o rozwodzie – wyznaje w końcu, choć jeszcze chwilę wcześniej kreśliła ciepły obraz swojego małżeństwa. Rzecz w tym, że jej mąż od roku nie ma pracy. – Twierdzi, że szuka, ale wszystko, co znajdzie, jest poniżej jego aspiracji. Ja uważam, że nie powinien wybrzydzać. Niech by poszedł choćby do pracy fizycznej. Ale on siedzi w domu.

– I co robi? – pytam, podejrzewając depresję.

– Pierze, gotuje, sprząta, prasuje, czyta, słucha muzyki, uprawia ogródek. To on zawsze zajmował się domem i dziećmi. Ale dzieci są już dorosłe i nie potrzebują opieki.

– A dobrze się nimi zajmował?

– Doskonale. Mogłam spokojnie pracować. Dla niego praca nie była tak ważna jak dla mnie. Naprawdę lubi sprzątać i czekać na mnie z obiadem.

– To świetnie się państwo dobrali.

– Ale przecież mężczyzna powinien pracować, a nie siedzieć w domu.

Tyle się mówi o nieodpłatnej pracy kobiet, że to jak drugi etat, że powinna być opłacana, a my same nie traktujemy jej jak pracy. Oburzamy się na określenie „siedzieć w domu”, bo co to za robota przy dwójce dzieci, ale gładko przechodzi nam ono przez usta, gdy „siedzi” ktoś inny, a nie my.

– Czy mąż powinien pracować ze względów finansowych? – pytam.

– Nie, nie ma takiej potrzeby. Zarabiam dużo, wystarczy na nas dwoje.

Przez kilka lat pracował. Potem na świat przyszły dzieci. Później znów znalazł pracę, ale po kilku miesiącach firma, która go zatrudniała, splajtowała. Założył więc własną, wspólnik go jednak oszukał i został z długami. Ponownie znalazł pracę, ale jak tylko spłacił długi, rzucił ją. Podobno nie odpowiadała mu atmosfera. Potem zatrudniał się jeszcze kilka razy, miał coraz krótsze przebiegi, w każdej firmie coś było nie tak, rezygnował.

– Ma 52 lata i niezbyt zachęcające CV, co chwila przerwy. Właściwie nie dziwię się, że nie może znaleźć nic dobrego. Ale niech znajdzie cokolwiek – mówi Anna.

– Przecież już kilka razy to zrobił, tyle że rzucił – przypominam.

– On nie umie przystosować się, nie umie być ani podwładnym, ani szefem.

– Ale świetnie sprawdza się w domu?

– Wszystko potrafi zrobić. Kobiety narzekają, że wszystko na ich głowie, a ja mogę spokojnie pracować.

Więc skąd te myśli o rozwodzie? Ano stąd, że wszyscy wokół twierdzą, że Anna daje się wykorzystywać. Koleżanki w pracy żartują, że mniej by ją kosztowało, gdyby wzięła Ukrainkę do prowadzenia domu i kochanka. „Jak tam twój Ludwiczek?” – pytają lekceważąco. Mama Ani wciąż się martwi, że córka tak ciężko pracuje, żeby utrzymać męża darmozjada. Ejże, darmozjada?!

Domagamy się równości i partnerstwa, ale co innego kobieta, a co innego mężczyzna. O kobiecie w tej samej sytuacji co ów „darmozjad” mówimy zwykle, że poświęciła się dla męża i dzieci. To wyłącznie kobiecy przywilej, z którego co niektóre potrafią korzystać.

Beata, lat 56. Kiedy trzydzieści lat temu poznała przyszłego męża, od razu wiedziała, że zostanie jego żoną. Nie, nie zakochała się od pierwszego wejrzenia. To on zakochał się w niej bez pamięci. Był wykształcony, zaradny, obrotny, uznała, że przy nim nie zginie. Ona była delikatna, nieśmiała, nie chciała sama mierzyć się z życiem. I przez wiele lat wszystko grało. Beata nie pracowała zawodowo, on zapewniał jej wygodne życie.

Na świecie pojawiły się dzieci, był wspaniałym ojcem. To on je kąpał, opowiadał bajki na dobranoc, Beata wieczorami była zbyt zmęczona. On robił zakupy, a w dodatku obsypywał ją kwiatami.

– Nie kochałam go, ale wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć. Byliśmy dobrym małżeństwem, bardzo o mnie dbał – wspomina.

I nagle się zepsuł. Zaburzenia psychiczne, trafił do szpitala. Beata została sama z trójką dzieci. Była przerażona. Wpadła w depresję. Dziećmi na szczęście zajęła się jej siostra.

Mąż w końcu wrócił do domu, ale odmieniony. Stwierdził, że jej nie kocha, że to wszystko jej wina, że nie będzie więcej pracować. Nie pomogły prośby ani groźby. Przeszedł na rentę i siedzi w domu.

Beata nie może na niego patrzeć. Strasznie ją zawiódł. Gdyby nie jej rodzina, nie miałaby z czego żyć. A miał być opoką. Wzięła rozwód. Z jego winy. Ale co z tego, skoro nie może go wyeksmitować z mieszkania? Gdyby jej się to udało, może jeszcze ułożyłaby sobie życie…

Beata to kobieta w pewnym wieku. Idea partnerstwa nigdy nie była jej bliska. Co innego Eliza, lat 26, inne pokolenie. Atrakcyjna, świetnie wykształcona, stawia na karierę zawodową, ale jest już kobietą po przejściach, o których szybko chciałaby zapomnieć. Nieudane małżeństwo, szybki rozwód z jej inicjatywy. Na szczęście nie mieli dzieci.

Zaciągnęli jednak wspólny kredyt na mieszkanie. Po rozwodzie ona w nim pozostała, bo bardzo je lubi. On powrócił do swojego przedślubnego, lecz dalej spłaca połowę kredytu. Teraz chciałby sprzedać mieszkanie i oddać dług bankowi, ale Eliza się na to nie zgadza. Nadal chce tam mieszkać, a on bez jej zgody nic nie może zrobić.

Kiedy pytam, czy nie boi się, że przestanie płacić, odpowiada: – To komornik wejdzie mu na pensję. Połowa kredytu jest na niego. Ja jego części nie zamierzam płacić.

Nie znam się na tych przepisach, ale faktem jest, że on płaci, a ona mieszka i ani myśli z tego rezygnować.

– Jestem kobietą, byłam jego żoną, nie zamierzam wyjść z małżeństwa tak jak weszłam – Eliza nie ma żadnych wątpliwości.

A ja mam coraz więcej. Chyba nie tylko mężczyźni nie dojrzeli do partnerstwa.

  1. Psychologia

Jak wychować jedynaka?

To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
Nie trzymaj go pod kloszem, zadbaj o kontakt z rówieśnikami i daj prawo do popełniania błędów.

Tata trzyletniego Karola: – Długo czekaliśmy na synka. Od kiedy się urodził, jesteśmy przeszczęśliwi. Jedno tylko nam tę wielką radość mąci – że nie będzie miał rodzeństwa. Chuchamy na niego i dmuchamy, ale staramy się też uczyć współpracy z innymi dziećmi, dzielenia się zabawkami, co – przyznam – jest bardzo trudne, bo w domu ma przecież wszystko dla siebie. Choć wcześniej nie planowaliśmy posyłać synka do przedszkola, bo jest chorowity, teraz poważnie się nad tym zastanawiam. Uważam, że w przedszkolu mógłby się uspołecznić, nauczyć współpracy z dziećmi. Moim zdaniem, dom mu tego nie zapewni. Żona uważa jednak, że tego wszystkiego możemy go sami nauczyć.

Mama i tata na wyłączność

Coraz więcej rodzin w Polsce ma – z różnych powodów – tylko jedno dziecko. Możemy wręcz mówić o pokoleniu jedynaków. I choć wydawałoby się, że wychować jedno dziecko jest łatwiej niż dwoje czy troje, to rzeczywistość pokazuje, że sprawa jest bardziej skomplikowana, a problem – jak zwykle – tkwi w rodzicach, a konkretnie w ich dobrych chęciach.

Być jedynakiem to znaczy dostawać w rodzinie wszystko, co najlepsze. Także większą niż dzieci z rodzin wielodzietnych możliwość rozwijania swoich pasji i talentów. Rodzice mogą zapewnić jedynakowi to, czego potrzebuje. Dzięki temu ma lepszy start w dorosłe życie. Posiada też na wyłączność ich miłość, uwagę i czas. Ponieważ częściej przebywa z rodzicami, szybciej zdobywa wiedzę o świecie, ma lepszy kontakt z dorosłymi i jest odważniejszy. A to z kolei wpływa na szybsze dojrzewanie intelektualne, co wprawdzie nie zawsze znaczy także społeczne i uczuciowe. Niby wszystko pięknie, ale sytuacja bycia jedynakiem ma również pewne wady.

Zagrożenia

Rodzice mają wobec jedynaka wielkie oczekiwania. Dają mu bardzo wiele, ale także dużo od niego wymagają, co sprawia, że dziecko żyje w ciągłym stresie i ogromnej odpowiedzialności – nie tylko za siebie, ale też za rodziców, za ich samopoczucie, a na starość – za opiekę nad nimi, której nie ma z kim dzielić. Bez rodzeństwa trudniej także poznać samego siebie. Jedynak skupia się na sobie, a to często prowadzi do egocentryzmu. Dziecko, które nie musi z nikim dzielić się tym, co ma, wokół którego wszystko się kręci, może mieć w przyszłości  problem z poświęcaniem uwagi innym, a nawet wyrosnąć na narcyza lub przejawiać skłonność do zachowań aspołecznych.

Jedynacy mają też z reguły większe, niż dzieci wychowujące się z rodzeństwem, problemy z rywalizacją i rozwiązywaniem konfliktów. Gorzej dostosowują się do reguł zarówno w zabawach, jak i pracy. Chcą grać pierwsze skrzypce w grupie, dlatego bywają odrzucani przez rówieśników. Zdarza się, że przyzwyczajeni do uprzywilejowanej pozycji w rodzinie, potrafiący wymóc na rodzicach respektowanie swojej woli, narzucają ją później rówieśnikom.

I jeszcze coś: o wiele trudniej przychodzi im oddzielenie emocjonalne od mamy i taty. Z jednej strony mają więc łatwiej niż dzieci z rodzin wielodzietnych, z drugiej – trudniej, zwłaszcza w sferze emocji: wiele z nich tłumią, ponieważ żyją w przekonaniu, że nie mogą wypaść z roli, jaką wyznaczyli im rodzice, oraz częściej doświadczają samotności.

Bez zbytniego lęku i nadziei

– Rodzice jedynaka są w sposób szczególny zainteresowani jego wychowaniem – mówi psycholog Aleksandra Godlewska. – Mają tylko jedno dziecko i pokładają w nim wszystkie swoje nadzieje. Jeśli rodzice kilkorga dzieci przeżywają jakiś kłopot, niepowodzenie czy zawód związany z jednym, mogą to sobie rekompensować satysfakcją i radością z zachowania pozostałych. Dla mamy i taty jedynaka każdy sukces jest stuprocentowy, a każde niepowodzenie – całkowite.

Chcąc dla dziecka jak najlepiej, nieświadomie popełniają wiele błędów, takich na przykład, jak:

  • „Chcesz – masz”. Skoro ukochane dziecko domaga się natychmiastowego spełnienia życzenia, dla świętego spokoju mu ulegają. 
  • „Daj, pomogę ci”. Roztaczają nad nim opiekuńczy parasol nawet wtedy, gdy samo mogłoby sobie poradzić.
  • „To mi się podoba, to nie”. Nieustannie je oceniają: krytykują albo chwalą, zachwycają się nim albo pouczają.
  • „Co zamierzasz zrobić z…?”. Ingerują w każdą sferę jego młodzieńczego życia.
  •  „Chcesz jedno – dostaniesz dwa”. Aby mu wynagrodzić to, że nie ma rodzeństwa, starają się dać mu w zamian jak najwięcej – bywa więc, że dziecko skrzętnie to wykorzystuje i manipuluje nimi.
  •  „Tylko nas troje”. Trzymają je pod kloszem, izolują od świata, a to powoduje, że ma mniejsze szanse na zetknięcie się z innymi wartościami i postawami niż te, które zna z domu.
  •  „Tak się o ciebie martwię”. Towarzyszy im permanentny lęk o dziecka: bezpieczeństwo, zdrowie, naukę, przyszłość… Mają ogromne trudności z emocjonalnym oddzieleniem się od niego. Rozstanie z synem czy córką, np. z powodu wyjazdu na wakacje, studia czy stworzenia z kimś związku – bywa, zwłaszcza dla matki, bardzo bolesne. Jak sobie i dziecku tego wszystkiego oszczędzić?

Więcej swobody

Jedynactwo nie musi bynajmniej stanowić przeszkody w relacjach dziecka z otoczeniem ani negatywnie wpływać na jego umiejętności społeczne. Pod warunkiem, że jego rodzice pogodzą się z myślą, że mają... więcej (!) obowiązków niż sąsiedzi z czwórką hałaśliwych latorośli.

Wychowanie jedynaka wymaga – wbrew pozorom – większych starań i zabiegów. Rodzeństwo zwykle samo, w sposób naturalny, często poza kontrolą dorosłych, uczy się współpracy i rozwiązywania konfliktów, czyli zdobywa bardzo ważną umiejętność życia w grupie. Jedynakowi także można stworzyć do tego warunki.

Na pewno jedno trzeba sobie powiedzieć: jedynak nie musi być skoncentrowany na sobie, nie ma prawa więcej oczekiwać niż dawać, nie musi wyrosnąć na człowieka zależnego. To, jaki będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. O co więc powinni zadbać?

Stopniowe oddalanie

Psycholog Marta Maruszczak uważa, że najważniejsze jest to, żeby rodzice zapewnili dziecku liczne i częste kontakty z rówieśnikami. I to już od najmłodszych lat – bez względu na częstotliwość kontaktów z dorosłymi. Relacje z rodzicami, ciociami, wujkami nie mogą wypełniać jedynakowi całego życia. To robienie na siłę z dziecka dorosłego. Ono ma prawo do dziecięcych zajęć, zabaw i zachowań.

Nie można też wyręczać go we wszystkich obowiązkach. Dziecko powinno mieć zadania do wypełnienia, ale nie musi ich wykonywać perfekcyjnie. Dobrze jest pozostawić mu trochę swobody i nie oczekiwać, że będzie nam ciągle we wszystkim towarzyszyć. Trzeba też przyznać mu prawo do popełniania błędów, do wyboru kolegów, zainteresowań oraz sposobu spędzania wolnego czasu.

Marta Maruszczak apeluje do rodziców jedynaków: – Nie dopuście, żeby dziecko było dla was całym światem. Dbajcie o inne sfery swojego życia, rozwijajcie własne pasje, tak by wypełnić czas, gdy maluch się usamodzielni. Nie należy podtrzymywać relacji zależności za wszelką cenę. Dla dobra i emocjonalnego zdrowia dziecka, pozwólcie mu się stopniowo od siebie oddalać.

Warto przeczytać:

Kümpel, „Jedynak”, Wydawnictwo Lekarskie PZWL 2004, Pitkeathley, D. Emerson, „Jedynacy”, Czarna Owca 2007, Encyklopedia „Rodzice i dzieci”, Wydawnictwo Park 2002, Kasten, „Rodzeństwo. Ideały, rywale, powiernicy, Springer PWN 1997.