fbpx

Czy ucieczka od konsumpcji jest w ogóle możliwa? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Czas na rewolucję antymaterialistyczną! Czy ucieczka od konsumpcji jest w ogóle możliwa?
Najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie. (Ilustracja: Getty Images)

Czy jesteśmy gotowi na rewolucję antymaterialistyczną? Obciążeni kredytami, uwiązani w pracy, której nie lubimy, ale która daje nam stały zarobek, ledwo wiążemy koniec z końcem. Czy to świat stanął na głowie, czy może to my sami mylimy potrzeby z zachłannością? Psycholog Wojciech Eichelberger wyjaśnia, czy ucieczka od wszechobecnej konsumpcji jest możliwa.

Z czym się kojarzy Panu określenie „życie na kredycie”?
Z życiem ponad stan, z nadmiernie rozbudzonymi apetytami konsumpcyjnymi. Dzięki temu – niestety – kręci się system ekonomiczny, w którym żyjemy. Nie powiem tu nic nowego. Od dawien dawna wiadomo, że ogromna maszyneria marketingu i reklamy jest właśnie po to, by wmówić ludziom, że coś, co nie jest im potrzebne, jest bardzo potrzebne – nie do tego, by godnie i spokojnie żyć, lecz do tego, by nie wyglądać gorzej niż znajomi czy sąsiedzi. Ten ekonomiczny mechanizm działa dzięki chciwości, a chciwość to przecież jeden z najgorszych ludzkich „demonów”, blokujących możliwości pojawienia się w naszym życiu moralnych i duchowych aspiracji. Bo chciwość syci się przede wszystkim tym, co materialne – a gdy się rozkręci, to nic jej nie zdoła zatrzymać, ani rozum, ani sumienie, ani moralność, ani kara boska, ani zwykła przyzwoitość. W dodatku chciwość ściśle współpracuje z dwoma innymi potężnymi „demonami”: głupotą i nienawiścią. Aktualnie widać to wyraźnie w naszych polskich igrzyskach chciwości władzy, w których wszystkie trzy demony mają niebezpiecznie wiele do powiedzenia.

Dla mnie wieczne życie na kredycie to także ciągłe niezaspokojenie. Chcemy więcej, niż możemy sobie na to pozwolić, a kredyt daje nam ułudę tego, że jednak możemy.
To życie w nieustannej pogoni za uciekającym horyzontem konsumpcyjnego szczęścia. Bo nie dość, że musimy spłacać kredyt na mieszkanie czy samochód, to na dodatek co chwila pojawia się lepszy model telefonu, nowa moda odzieżowa, fajna oferta wakacyjna, którą wybierają wszyscy znajomi – no i oczywiście rosną ceny czynszu, usług, energii, benzyny, ubezpieczeń i żywności. Ale i tak ulegniemy. Marketing wraz z reklamą wmówią nam, że jeśli nie kupimy czegoś tam, to wypadniemy z towarzyskiego obiegu oraz z wyścigu do nieistniejącego konsumpcyjnego raju, w którym już wszystko będziemy mieli i zdołamy wreszcie odpocząć.

Brzmi jak koszmar senny…
Bo jak w koszmarze przebieramy nogami w miejscu. Wiele wskazuje na to, że polska inteligencka klasa średnia, która do niedawna stabilizowała rynek i demokrację, zanika, zanim się do końca ukształtowała. Jednym z powodów jest to, że ci świetnie wykształceni i przygotowani do swojej pracy, zdolni i kreatywni ludzie nie są w stanie zgromadzić buforowego kapitału zapewniającego im poczucie bezpieczeństwa na tyle, by mogli dobrze wykonywać swoją pracę, rozwijać się zawodowo. Większość z nich jest zmuszona uganiać się za pieniędzmi, pracując ponad siły w kilku miejscach, by spłacać stare kredyty i móc zaciągać nowe.

To frustrujące. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to obecnie naszym dzieciom nie przekazujemy majątku, tylko długi.
Gorzej, bo wartość kredytu z reguły przewyższa wartość nabytych za niego dóbr prognozowaną na moment, gdy kredyt zostanie spłacony. Czyli na kredytach biedniejemy i nieuchronnie wpadamy w spiralę permanentnego zadłużenia. Bogaci się tylko bank. Świat stanął na głowie. Na pociechę możemy pomyśleć o tych, którzy mają gorzej. Na przykład w Ameryce dobrze przygotowani fachowcy po studiach, po doktoratach, muszą spłacać ogromne kredyty zaciągnięte na samą naukę. Kończąc studia, są już przykutymi do banku półniewolnikami z bardzo ograniczonymi możliwościami kreatywnych wyborów życiowych. Nie mogą pójść do klasztoru, gdy poczują taką potrzebę, albo wybrać życia na łonie natury, czy udać się w długą podróż. Muszą iść do takiej pracy, która im pozwoli spłacać kredyt, żyć na w miarę przyzwoitym poziomie i móc myśleć o założeniu rodziny.

Kredyt dramatycznie redukuje możliwość dokonywania przez nas wolnych wyborów życiowych, bardzo mocno uzależnia nas od systemu. Jak tu się zbuntować, gdy człowiek chodzi na smyczy kilkusettysięcznego długu? To tak jakby mieć wyrok w zawieszeniu. Trzeba być bardzo grzecznym i przewidywalnym.

To tak jakby chcieć się uniezależnić od rodziców, którzy płacą nam nadal za studia.
Ale rodzice przynajmniej nie ściągają z nas odsetek, chyba że te emocjonalne (śmiech). „Tyle na ciebie wydałam, że chyba mi się należy miłość, szacunek i opieka na starość”. Z odsetkami bankowymi znacznie trudniej sobie poradzić. Jak się ich nie spłaca, to ląduje się bez niczego, czyli w bezdomności albo w więzieniu. Jak tak dalej pójdzie, to coraz więcej z nas zazdrościć będzie ludziom żyjącym pod mostem – ludziom wolnym od długów, kredytów i podatków, mającym w nosie system. Będzie takich przybywać, bo im bardziej wymagający, kontrolujący i uzależniający system, tym więcej ludzi poszukiwać będzie antysystemowych rozwiązań na swoje życie. Dlatego z perspektywy interesu państwa nie jest dobrze dokręcać śrubę kredytową i intensyfikować wszelkie formy kontroli, bo coraz więcej ludzi będzie się przeciwko temu buntować.

Z jednej strony czujemy się zniewoleni, z drugiej prawie wszyscy spłacamy dziś jakiś kredyt, jesteśmy więc we wspólnocie kredytowej niewoli.
Średnio pocieszająca jest ta wspólnota niedoli. Raczej deprymująca. System jest chory, niedomaga i nikt nie próbuje go naprawić. A jeszcze 50 lat temu w Stanach jedna pracująca osoba mogła utrzymać rodzinę, kupić dom, samochód i opłacić dzieciom studia. Można było godnie żyć z własnej pracy.

Może problem polega na tym, co dziś znaczy „godnie”?
Niestety, znaczenie tego słowa na ogół ustalamy na drodze porównywania się z innymi. To napędza nasze konsumpcyjne apetyty i narcyzm. Jeśli zrezygnujemy z pewnego poziomu życia, to wypadamy z „towarzystwa”, bo już nie stać nas na wakacje nad ciepłym morzem i to cappuccino w Starbucksie, nie mówiąc już o sushi.

Czyli „godnie” zaczyna dziś oznaczać „na określonym poziomie”.
Definicja godnego życia jest dziś zrelatywizowana. Marketing i reklama, a także politycy definiują to pojęcie w zależności od swoich potrzeb. Zapomnieliśmy, że godnie można się poczuć wtedy, kiedy nie ma się długów, żyje się na przyzwoitym poziomie z tego, co się zarabia. Zgodnie z taką definicją, ktoś, kto ma dach nad głową i zarobek zaspokajający jego podstawowe potrzeby, może czuć się godniej niż uwiązany do kredytu i nielubianej pracy mieszkaniec apartamentowca. Godnie żyjących ludzi procentowo szybko ubywa na świecie. Ponoć w skali świata żyje tylko 5 proc. ludzi posiadających pewny dach nad głową, lodówkę, a w niej coś do jedzenia, jakieś drobne oszczędności i kartę płatniczą oraz podstawowe prawa ludzkie i obywatelskie. Ale i tak nie wiemy, ile z tych 5 proc. żyje na kredyt i ilu z nich należy do niegodnie i nadmiernie wzbogaconych. Na pewno jest tam ten słynny 1 proc., do którego należy 80 proc. bogactwa świata. Ale bogactwo często rozmija się z poczuciem godności. Możemy być bardzo bogaci, ale to nie znaczy, że żyjemy godnie – jeśli nasze bogactwo powstało i utrzymuje się wskutek pozbawiania innych ludzi szansy na godne życie. Deficyt godności i idąca z tym w parze nadprodukcja upokorzenia to bomba zegarowa, która może rozsadzić świat i zniszczyć naszą cywilizację. Niewiele czasu zostało, by zacząć ją rozbrajać. Światowe organizacje i fora polityczne dobrze o tym wiedzą, ale jakoś nikt nic nie robi. Zapewne dlatego, że trzeba by zdetronizować wszechpanującą chciwość.

Ale są też takie ruchy społeczne jak minimalizm czy shearing, które pokazują, że warto ograniczać swoje potrzeby i dzielić się z innymi.
Zgadza się, ale na razie zjawiska te dotyczą wyłącznie elit albo wyjątkowych jednostek znajdujących w sobie odwagę i wyobraźnię, by uciec z kultury upokorzenia i na przykład ruszyć w świat. Niedawno w Lublinie słuchałem opowieści pary młodych ludzi od lat żyjących w podróży. Jadą gdzieś daleko, zdając się na to, co przyniesie los, dorabiają po drodze i jadą dalej. Zwiedzili za grosze pół świata i bardzo to sobie chwalą. Okazuje się, że żyją nie tylko godniej, ale też na wyższym poziomie niż z kredytem i na umowach zleconych lub śmieciowych w Polsce. Są też oczywiście inne niż podróż strategie życiowe pomagające zachować poczucie kontroli nad swoim życiem, autonomię i wolność. Squoting, shearing, barterowa wymiana usług i produktów, czas jako pieniądz i inne antysystemowe oraz kontrkulturowe pomysły. Bardzo im kibicuję. Jeśliby się spopularyzowały i osiągnęły efekt skali, to globalny porządek ekonomiczny musiałby się całkowicie zmienić. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to świat najbardziej potrzebuje takiej antykonsumpcyjnej rewolucji – w przeciwnym razie planeta nie da rady. Nie może to być oczywiście rewolucja niszczycielska i krwawa, bo taka – jak wszystkie rewolucje – nakręciłaby tylko dodatkowo to, co zamierzała zmienić. Musi to być więc rewolucja pełzająca, ale pełzająca szybko. Bo czasu mało. Dlatego w dostępnej mi skali praktykuję i promuję minimalizm, pod hasłem „Posiadać jak najmniej i tylko to, co niezbędne”. Nie jest to łatwe. Przyczyniłem się wprawdzie do stworzenia warsztatu on-line na temat minimalizmu, ale ciągle sam mam kłopot z powstrzymaniem się od kupowania w nadmiarze i pozbywaniem się tego, co zbędne.

Podobno dla najmłodszych pokoleń nie mają znaczenia marki czy nowe gadżety, ale przeżycia.
To fantastyczna wiadomość. Gdyby to się utrzymało i rozprzestrzeniło, wyszło poza wielkomiejskie elity – to byłoby zbawienne. Na razie połowa Polaków żyje w małych miejscowościach i na wsiach, gdzie takie postawy uważane są za fanaberie rozkapryszonych dzieci bogatych rodziców. Kibicuję młodym ludziom we wszystkim, co może ich czynić wolnymi. Kibicuję też ruchom wspólnotowym i samopomocowym takim jak choćby cohabitat, gdzie ludzie wspólnie budują domy dla członków swojej wspólnoty, uprawiają ekologiczne ogrody i sady, wymieniają się usługami, a co najważniejsze, tworząc społeczność ludzi ufających sobie oraz szanujących się i pomocnych. Członkowie takiej społeczności z pewnością nie myślą o zaciąganiu kredytów, bo poczucie wsparcia, bezpieczeństwa i wartości czerpią przede wszystkim ze społecznych więzi.

Kiedyś tak właśnie żyliśmy.
System komunistyczny, którego nie należy oczywiście promować w całości, miał taką zaletę, że generował pewien niedostatek, co wymagało od ludzi, żeby się dogadywali, kooperowali, pożyczali sobie różne dobra – żeby się wspierali. Chodziło się do sąsiadów, by pożyczyć szklankę cukru czy mąki, i to była normalna praktyka. Gdyby dziś ktoś taki pojawił się pod naszymi drzwiami, to pewnie puknęlibyśmy się w głowę.

Dawniej mieliśmy wspólnotę, która sobie pomagała, dziś mamy wspólnotę, w której każdy ma swój kredyt.
Niestety, to wspólnota tylko z szyldu. Nie działają tu prawie żadne mechanizmy wspólnotowe. Jest więcej rywalizacji i niechęci niż wzajemnego wspierania się. Przypomina to wspólnotę więzienną; każdy ma swój wyrok i każdy – przeciw innym – kombinuje, jak go sobie skrócić, a jak trzeba zaszkodzić innym współwięźniom, by mieć samemu choć trochę łatwiej.

Jedynym wyjściem jest niezaciąganie kredytów? Czy zaciąganie takich, jakie jesteśmy w stanie szybko spłacić?
Na ogół zaciągamy kredyt wtedy, gdy mamy pewność, a przynajmniej wiarę, że będziemy w stanie go spłacić. Cóż z tego, skoro potem musimy pracować ponad siły, zaniedbując wszystkie pozostałe obszary życia i nie mogąc spać po nocach. To dlatego dzisiaj coraz więcej młodych ludzi unika zaciągania kredytów i chodzi w ciuchach z second-handu. Nie dają się wkręcić w szpanowanie marką, mają jedną wiertarkę na kilkudziesięciu kolegów i nawet w zimie jeżdżą na rowerach. Wygląda na to, że pobierają lekcję, obserwując losy „frankowiczów”. Trudno im się dziwić, bo głęboką potrzebą każdego człowieka, a szczególnie bardziej wrażliwego i myślącego, jest wolność i niezależność. Dzisiaj, niestety, zanika chyba ostatnia ostoja ludzi w pełni niezależnych i wolnych, czyli tradycyjnych rolników potrafiących wyprodukować własną żywność. Zamieniają się oni masowo w wyspecjalizowanych, uzależnionych od kaprysów rynku producentów rolnych.

Chodzi o to, żeby dobrać poziom, na jakim żyjemy, do naszych zarobków?
Tak, ograniczać swoje potrzeby i nie dać się wkręcić w kupowanie sobie ciągle czegoś nowego i lepszego. Dawno temu jedyny raz w życiu wziąłem kredyt na samochód. Pomyślałem siebie: „Nieźle zarabiam, kupię sobie wreszcie nowy samochód”. Okazało się, że po trzech latach samochód prawie się rozleciał i był wart grosze, a ja spłacałem kredyt jeszcze dwa lata. Obiecałem sobie wtedy: nigdy więcej kredytu.

Na samochód możemy odłożyć albo kupić tańszy, używany. Ale mieszkanie bez kredytu już się nie obejdzie. Jak żyć, budząc się codziennie z tą świadomością?
Jeśli chcemy być wolni i decydować o sobie, kupujmy tylko to, na co nas stać. Unikajmy inwestycji, których nie będziemy w stanie unieść czy utrzymać. Nie kierujmy się potrzebą robienia wrażenia na innych. Nie ulegajmy konsumpcyjnej presji reklamy ani naszej społecznej grupy odniesienia. Szukajmy stylu życia, który zapewnia najwięcej wolności, i wzorujmy się na wolnych ludziach. Pamiętajmy, że najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze