fbpx

Wyruszam dalej

Jedynym stałym elementem życia jest zmiana.
Tak twierdzi Heraklit. Tymczasem boimy się zmian, zwłaszcza gdy chodzi o całkiem inny kurs w życiu.
Żeby przekonać się do nowego, trzeba najpierw
tego popróbować. Najlepiej na urlopach. Ale
pod warunkiem, że odkleimy się od przeszłości.

 Maciek wziął kurs z korporacji na ocean. Wcześniej był zafiksowany na pracy i myśleniu, że jeśli ją straci, świat się zawali. A jednak się nie zawalił. Anita i jej partner zamienili prowadzenie agencji reklamowej w Sopocie na prowadzenie pensjonatu w Toskanii. To otworzyło przed nimi inne, nieoczekiwane możliwości. Obie te historie mają inne zakończenie, ale wniosek wspólny.

Zrzucanie złotych kajdanek

Maciek Morawski ma 46 lat, żonę Dorotę i 24-letnią córkę Julię. Z wykształcenia jest archeologiem i architektem. Przez dziewięć lat pracował jako menedżer w TVN. W 2006 roku wyjechał żeglować po morzach i oceanach. Odessa, Stambuł, Ateny. Wiatr w żaglach i we włosach. Poczucie wolności, przygoda. To Maćka zawsze kręciło, jest urodzonym podróżnikiem.

– Co roku na wiosnę świerzbiły mnie stopy, żeby gdzieś pojechać. Oczywiście, było też takie chciejstwo: żeby wreszcie mieć tyle pieniędzy, by móc pożyć jak wolny ptak. W pracy w korporacji wakacje zawsze są wyduszone. Ze stresem przed wyjazdem, że czegoś się nie zrobiło, i ze stresem po – co trzeba nadgonić. Ciekawa, dobrze płatna, ale obciążająca praca. Późne powroty do domu, nerwy. Pomyślałem, że nadszedł moment, żeby zdobyć się na odwagę i uwolnić z tych złotych kajdanek.
Miał co najmniej dwa pomocne atuty. Pierwszy – to, że praca nigdy nie była dla niego problemem. W czasie studiów zarabiał w spółdzielni studenckiej przy sprzątaniu przystanków („świetna fucha”), a także jako cieć podczas remontu Kica, słynnego akademika, w którym mieszkał. Co roku na trzy miesiące wakacji jeździł na Cypr zbierać winogrona. Zarabiał tyle, że starczało na cały rok komfortowego życia w Polsce.

I drugi atut – nie bał się zmian i nowych wyzwań. Kiedy po studiach nie miał pomysłu, co dalej – a był to czas wielkich przemian lat 90. – pomyślał: „skoro nikt w Polsce nie zna się na reklamie, to może ja się nauczę”. Wysyłał CV, chodził na rozmowy, w końcu trafił do firmy, która sprzedawała czas telewizyjny dla kanału Polonia 1. W Domach Centrum kupił najlepszy garnitur, na jaki go było stać, przypiął metkę agrafką (żeby potem go oddać) i cały sztywny poszedł na rozmowę. Mężczyzna, który na niego czekał w Bristolu, palił cygaro i mówił po włosku. Okazało się, że szuka młodych ludzi, którzy władają tym językiem (Maciek znał nie tylko włoski, ale i angielski, grecki, rosyjski), są po studiach humanistycznych i… nie mają doświadczenia w pracy w Polsce. Tak znalazł się w telewizji Polonia 1, gdzie poznał telewizyjny rynek reklamowy, o którym w Polsce mało kto miał wtedy pojęcie. Potem pracował w RTL 7, a po kilku latach przeszedł do telewizji TVN, która właśnie wtedy powstawała. Zaczynał od układania cenników, potem robił analizy rynku, wymyślał strategie rozwoju. Musiał nauczyć się sztuki negocjacji, zarządzania, statystyki. To był niezwykle intensywny czas. Ale – jak to w korporacji – nie obyło się bez wewnętrznych rozgrywek, w wyniku jednej z nich został zwolniony. Potem na nowo go przyjęto (by zajął się wprowadzaniem sygnału TVN za granicą).

– Trochę mnie to wszystko zmęczyło. Wpadłem na pomysł, żeby rzucić pracę, zrobić biznes życia, czyli połączyć coś na kształt wiecznych wakacji pod żaglami z pracą polegającą na organizowaniu rejsów. Byłem tak zdeterminowany, że kupiłem udziały w jachcie pewnego żeglarza, którego  poznałem wcześniej na rejsie. Jak koledzy w pracy dowiedzieli się, że nie idę do konkurencji, to myśleli, że mi odbiło. Usłyszałem, że jestem głupi, bo takiej pracy się nie rzuca.

Już nie ma takich miejsc

Pakuje się, wyjeżdża do Czarnogóry, zamieszkuje na jachcie. Razem ze wspólnikiem organizują rejsy, głównie dla Polaków, po Morzu Śródziemnym, między Czarnogórą, Grecją, Włochami, Hiszpanią. W zimie przenoszą się na Karaiby. Maciek jednego dnia jest nawigatorem, drugiego kucharzem. W porcie idzie rano na targ, żeby zrobić zapasy żywności. To bardzo ważna czynność, bo zysk przynosi im tanie i smaczne jedzenie, w przygotowaniu którego Maciek się wyspecjalizował. 

– Na jachcie zawsze jest jakaś robota. Coś trzeba wyczyścić, ponaprawiać. To zupełnie inny świat niż ten na lądzie, inne rzeczy są ważne. Trzeba pilnować, żeby fala kogoś nie zmyła, żeby węzeł był dobrze zawiązany. Jednym okiem doglądać krojenia marchewki, a drugim sprawdzać, czy nie schodzimy z kursu i nie wpadamy na skały. A tamtego lata w Grecji szalały sztormy, mieliśmy problem, żeby zdążyć na czas do portu. Czasem było naprawdę ciężko. Ale jedną rzecz, o której marzyłem, udało mi się zrobić. Gdy jeszcze w TVN latałem służbowo przez Atlantyk, myślałem: „fajnie byłoby kiedyś ten dystans przepłynąć”. I to się udało. Z Wysp Kanaryjskich, przez Wyspy Zielonego Przylądka, na Karaiby.

Jednak im dłużej pływał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nie da się żeglować dla przyjemności i żyć z żeglowania. Teoretycznie było to możliwe, bo w sumie wychodzili ze wspólnikiem na swoje. Ale już zwiedzać i organizować zwiedzania się nie dało. Zawijają na przykład do portu Durrës w Albanii, ludzie jadą do Tirany, a on musi pilnować jachtu.

– To nie jest tak, że w dzisiejszym świecie można być sobie wolnym ptakiem gdziekolwiek. Przekonałem się też, że miejsc, które człowiek sobie wyobraża, już nie ma. Z jednej strony wyspa na Karaibach porośnięta jest pierwotnym lasem równikowym, ale tuż obok dopływa amerykański wycieczkowiec z otyłymi emerytami, którzy oglądają stary port jak skansen. Niektóre karaibskie wyspy wyglądają jak amerykańskie przedmieścia, jak jakiś supermarket. Nie było tak wspaniale, jak to sobie wyobrażałem. W dodatku moja żona Dorota powiedziała, że na pewno nie przyjedzie do mnie na stałe.

Świat się zawali? Nieprawda!

Postanawia: wracam do Polski. Wysiada w najbliższym porcie, na Dominikanie. Wprost z gorących wakacji ląduje w zimowej Warszawie. Z poczuciem, że choć znów jest w punkcie wyjścia, to ta podróż bardzo dużo mu dała. 

– Zobaczyłem, że zawsze mogę sobie poradzić. Zrozumiałem, że nie muszę  śmiertelnie bać się zmiany, że nie doświadczę klęski, jak będę chciał robić coś innego. Wcześniej byłem zafiksowany, że nie mogą mnie wyrzucić z pracy, bo  świat się zawali. Bardzo trudno przyjąć, że jednak się nie zawali. Wielu ludzi boi się, że jak stracą dobrze płatną pracę, to stanie się coś strasznego. Bo kredyty, dzieci, bo z czegoś trzeba żyć. Więc choćby się męczyli, nie mają odwagi, żeby spróbować, jak to jest zacząć coś od nowa. Ja spróbowałem. Co prawda mój plan się nie powiódł, ale ta podróż doprowadziła mnie do miejsca, w którym teraz jestem.

A jest zupełnie gdzie indziej niż przed wyjazdem. Na swoim. Skończył architekturę, założył firmę, projektuje. W przyśpieszonym tempie poznał ogromną dziedzinę wiedzy. I widzi, że wszystko, co przeżył, zobaczył, poznał, nadzwyczajnie przydaje mu się w nowej pracy.

– Cały czas muszę się dużo uczyć, co lubię. Ostatnio na przykład projektowałem strzelnicę, więc musiałem nauczyć się obliczać tory pocisków. A kiedy zajmowałem się starówką w miasteczku na Dolnym Śląsku, trzeba było przerobić zabytkowy gmach na dom opieki dla seniorów, nie naruszając zewnętrznej bryły. Dalej chcę rozwijać się w tym kierunku. Jednak jeśli coś się zdarzy, to wiem, że jestem w stanie odnaleźć się w innej dziedzinie. Nieważne, jak bardzo konkurencyjny jest świat, nie można myśleć: „jestem szaraczkiem i nic nie mogę zrobić”. Owszem, są świetni ludzie, ale dlaczego ja nie mogę być równie dobry albo lepszy? Żeby zrobić coś, o czym się marzy, trzeba to po prostu zrobić. To daje pewność siebie. Tylko tak można się przekonać, czy coś jest dla mnie. Bardzo szanowałem pracę w TVN. Ale jak idę rano z psem przez park i widzę korki, myślę sobie: jak to dobrze, że już tam nie pracuję. 

Jestem człowiekiem przystanków

(…)

Wiecej w Zwierciadle 08/2011