fbpx

Jak się pogodzić z ograniczeniami i korzystać z czasu odizolowania? Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło

Jak się pogodzić z ograniczeniami i korzystać z czasu odizolowania? Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło
Sposobem na dobre przejście przez odizolowanie jest pomysłowość i twórcze zaplanowanie czasu. (Fot. iStock)

Dom jest teraz przystanią, w której jest zarzucona moja kotwica – korzystam z tego – mówi Ewa Woydyłło, psycholożka i terapeutka uzależnień.

 

Jak pani znosi to przymusowe odosobnienie, jakiemu jesteśmy teraz poddawani? Jest pani zła, zadowolona, zaciekawiona?
Jak do większości rzeczy, jakie mi się przytrafiają, podchodzę do tego z niesamowitą ciekawością. Ponieważ siebie do końca nie znam, to każdą sytuację, która mnie zaskakuje, nawet niezależnie od samej sytuacji, wykorzystuję do przyjrzenia się sobie. Na zasadzie: „Ciekawe, jak ja to przyjmę. Ciekawe, jak mi się to uda. Ciekawe, czy jestem taka niecierpliwa, jak mi się wydawało”. Nie odczuwam teraz żadnej paniki ani lęku, i to nie dlatego, że mam jakąś szczególną wiedzę o sprawie, tylko ja po prostu nie jestem przyzwyczajona do tego, by bać się nowego. Przyjdzie to dopiero wtedy, kiedy się okaże, że sobie z czymś nie poradzę. Natomiast na ogół na początku u mnie jest zawsze: „hej, ale jest ciekawie!”.

Poczyniła pani jakieś plany? Co będzie pani robić przez najbliższe dwa tygodnie?
Od razu wyciągnęłam książkę „Kultura a język”, do której od dłuższego czasu nie mogłam się zabrać. To pokaźna pozycja, ma ponad 500 stron, dostałam ją niedawno w prezencie, ale ponieważ nie przepadam za literaturą, która mnie nie bawi, tylko wyłącznie uczy, więc czekała na dobry czas. Pomyślałam sobie więc, że teraz, przy tej nadwyżce czasu, to świetny pomysł. Stoi oparta o stojak na stole i jak tylko siadam sobie z herbatą, zaczynam się w nią zagłębiać. To jeden plan. Drugi – już zaczęłam robić porządek w książkach, który u mnie musi być robiony stale, bo ciągle coś dokładam i ciągle czegoś muszę się pozbyć, a nie wiem, co z tym zrobić – idealnie, że też na to będę miała czas. Trzeci plan – ponieważ lubię i umiem szyć, wymyśliłam sobie, że do jednej sukienki dresowej, która jest świetna, ale nie ma kieszeni – zrobię sobie wcinane kieszonki. To taki już mój stały i wypracowany nawyk. Pamiętam, że kiedy byłam mała i miałam anginę, to od razu zaczynałam szyć coś lalkom. Zwykle na co dzień jestem bardzo zajęta – ciągle gdzieś wychodzę, mam spotkania, coś wygłaszam lub piszę i zostaje mi niewiele wolnych chwil na takie przyjemności i porządki. Skoro więc jestem przygwożdżona – bo jednak mimo psa, z którym wychodzę na spacery, dom jest teraz przystanią, w której jest zarzucona moja kotwica – korzystam z tego. Co innego, gdy się mieszka z rodziną, ale ja mieszkam sama i wprawdzie moje córki codziennie wydzwaniają i monitorują mnie, karmiąc przy okazji różnymi ostrzeżeniami – ale tak czy owak, dom jest mój, więc ja i mój pies musimy sobie ten czas wypełnić możliwie najmniej dotkliwie.

Pies chyba z tego najbardziej się cieszy…
A oczywiście. Na początku była trochę zdziwiona, bo tak normalnie to nieśmiało podchodzi i trąca mnie nosem, żeby zwrócić na siebie uwagę czy zaproponować spacer, a teraz po prostu idzie jak po swoje, bo nagle zobaczyła, że jestem teraz fajna, siedzę w domu i poświęcam jej czas. I zaczęła mnie też bardziej słuchać.

Powiedziała pani, że dom to teraz przystań, w której zarzucona jest kotwica. Część z nas może traktować go jako przymusowe więzienie albo klatkę.
Myślę, że tak myśli o nim teraz większość z nas, może nawet bezwiednie, podświadomie. Człowiek jest istotą nawykową, ja się na nawykach znam i prawie od 50 lat się nimi zajmuję jako terapeutka – wiem więc na czym polega ta dynamika. Kiedy mamy silne przyzwyczajenie do tego, że wychodzimy codziennie i pijemy kawę w pracy, to wypicie kawy w domu jest pierwszego i drugiego dnia pewnym ograniczeniem. A już po paru dniach staje się skazaniem, ograbieniem z przyjemności, ze swobody, z bodźców, które czynią nasze życie bardziej atrakcyjnym. Czasem wystarczy przecież, że podczas wspólnej kawy w pracy, koleżanka mi opowie, co jej się śniło lub jaką sobie kupiła piękną bluzkę i już jest inaczej. Ciężko samej sobie opowiedzieć sobie coś równie zajmującego.

Sądzi pani, że pomogłoby nam uznanie, że pobyt w domu to moja decyzja? Może męczy nas to dlatego, że traktujemy to jako ograniczenie z zewnątrz?
Przy pewnym stopniu dojrzałości człowiek rozumie, że bardzo wiele życiowych wyborów wynika nie z naszych decyzji, a z pewnych okoliczności, ograniczeń, które są narzucone. Jeśli jesteśmy świadomymi uczestnikami społecznego systemu, powinno być dla nas oczywiste, że rzadko kiedy jest w nim miejsce na takie „bo ja tak chcę”. Nawet to, co gotuję na obiad, często zależy od tego, co ktoś z domowników lub bliskich lubi. Albo od tego, co jest łatwiejsze do zrobienia czy tańsze. Ja bym więc nie oczekiwała za bardzo czy nie proponowała, by każdy sobie teraz powiedział: „To ja podjąłem decyzję, że będę przez dwa tygodnie nie ruszać się za daleko od domu” – mnie samej na pewno nie przyszłoby to do głowy, bo dlaczego by miało? Ta decyzja wynika z uwarunkowań, w których egzystuję. Ja wiem – Polacy są krnąbrni – przechodzą nie po wyznaczonej ścieżce, tylko po tej wydeptanej przez siebie o wymyślonej przez siebie trajektorii. Niektórzy wciąż nie sprzątają po swoich psach, rzucają pety z okien samochodu. Nie lubimy się podporządkowywać i nie jest to wcale nasza zaleta – to jest wada.

W przeszłości pod zaborami czy okupacją czasem nas to ratowało.
No tak, czasem, czyli cztery razy w historii, natomiast cztery miliony razy nas to gubi, a na co dzień jest nie do zniesienia.

Czyli czego by nam wszystkim pani teraz najbardziej życzyła?
Pomysłowości, umiejętności twórczego zaplanowania nawet tak małego odcinka czasu, jakim jest te paręnaście dni. Wykorzystania tej okazji do bycia blisko z rodziną i zrobienia dla siebie nawzajem tego, na co codzienność zwykle nie pozwala. A ponieważ pewne ograniczenia wymagają podporządkowana się, trzeba więc raczej myśleć o uatrakcyjnieniu tego czasu, czyli „w co się bawić”, a nie „jak się wzajemnie udręczać”.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska, doktor psychologii i terapeutka uzależnień. Autorka wielu książek i przekładów. Najnowsza to „Żal po stracie. Lekcje akceptacji” (Wydawnictwo Literackie)

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>