fbpx

Wyślij swój umysł na detoks!

Jak zmienić szkodliwe przekonania na konstruktywne?
Problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. (Fot. iStock)

Myślenie procentuje, ale nieustanna analiza szkodzi. Według psychologa Rafaela Santandreu najwięcej dramatów rozgrywa się tylko w naszej głowie. Chcesz odzyskać równowagę? Spróbuj cieszyć się zarówno małymi, jak i wielkimi rzeczami i tym samym odzyskać wewnętrzny spokój.

Skąd bierze się to, co opatrujemy etykietką „problem”? Czy to życie przynosi problemy? A może sami je tworzymy – a przynajmniej wyolbrzymiamy – naszą postawą, sposobem myślenia? Rafael Santandreu, hiszpański psycholog poznawczy, autor książki „Twój umysł na detoksie”, nie ma wątpliwości: problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. Jakie stosujesz kryteria? Jak wygląda twoja skala? I co, gdyby okazało się, że sama zatruwasz sobie życie?

Psychiczne tortury

Kiedy uda nam się zmienić sposób myślenia, będziemy zdolni cieszyć się małymi i wielkimi rzeczami, które niesie życie, będziemy potrafili mocniej kochać i pozwalać się kochać, zyskamy też więcej wewnętrznego spokoju – twierdzi Santandreu. Dlaczego myślenie? Dlaczego ta zmiana jest tak ważna? Bo w większości przypadków jesteśmy neurotyczni. Poddajemy samych siebie psychicznym torturom. Blokujemy naturalny przepływ życia lękami albo warunkami, jakie mu stawiamy. Podejmujemy decyzje w rodzaju: „Nie będę szczęśliwa, dopóki nie znajdę mężczyzny”. Albo: „Nie mogę żyć pełnią życia, bo jestem za niska”.

Już Epiktet zauważył, że dotyka nas nie to, co nam się przydarza, ale to, co mówimy sobie na ten temat. Pomiędzy zdarzeniem (na przykład utratą pracy) a emocją (wściekłość, rozpacz) jest nasze myślenie, interpretacja. Dialog wewnętrzny, który generuje takie, a nie inne samopoczucie. Zdaniem Rafaela Santandreu przypominamy maszyny oceniające. Wciąż sprawdzamy, czy dana okoliczność jest dla nas korzystna. Jeśli uznajemy, że nie, zaczynamy opierać się rzeczywistości, a nawet dramatyzować. I to właśnie ta „choroba dramatyczna” jest przyczyną wszystkich zaburzeń emocjonalnych.

Santandreu przywołuje przypadek chłopaka, z którym pracował. Jordi miał za sobą próbę samobójczą. Powód? Trzy poprawki na koniec semestru. Czy to naprawdę tak straszne, żeby pozbawiać się życia? Oto uzasadnienie niedoszłego samobójcy: „Jeśli nie uda mi się poprawić przynajmniej jednej z ocen, będę musiał powtarzać klasę. Jeśli w kolejnym roku znajdę się w podobnej sytuacji, wyrzucą mnie. Mogę zestresować się do tego stopnia, że nie skończę żadnej szkoły, nie pójdę na uczelnię. To katastrofa: stałbym się wyrzutkiem w rodzinie. No i żadna dziewczyna mnie nie zechce! Moje życie nie będzie nic warte, lepiej zakończyć je już teraz…”.

Każdy z nas wpada czasem (niektórzy nawet często) w tego rodzaju ciąg myślowy. Stajemy się niewolnikami swoich fantazji, własnego dialogu wewnętrznego. I cierpimy – zupełnie bez potrzeby. Bo cały dramat rozgrywa się w naszej głowie. Według psychologów poznawczych za przesadną negatywną emocją zawsze kryje się katastroficzna myśl. Jeśli więc cierpisz, sprawdź, czy nie uwierzyłaś w coś, co zwyczajnie nie jest prawdą. Czy nie masz nierealnych wymagań, nie tworzysz sztucznych potrzeb. Czy nie zwiodło cię jakieś irracjonalne przekonanie. Na liście takich przekonań Santandreu umieścił m.in.: „Muszę mieć przy sobie kogoś, kto mnie kocha”, „Muszę być kimś w życiu”, „Muszę mieć mieszkanie na własność”, „Muszę mieć dobre zdrowie”, „Muszę pomagać krewnym”, „Muszę mieć ekscytujące życie”. Nie musisz – zapewnia psycholog. Możesz podejmować działania w tym kierunku, pragnąć tego, ale nie wymagać. Nie myl pragnienia czy preferencji z potrzebą! Pamiętaj, że każda wymyślona potrzeba staje się źródłem słabości.

Latem jest gorąco

Gotowa na zmianę przekonań? Załóżmy, że spędziłaś kolejny samotny weekend i uznałaś, że to „straszne”. Jakie przekonanie za tym stoi? Może: „Kobieta bez rodziny jest bezwartościowa”? Bądź: „Samotność to życiowa porażka”? Albo: „Potrzebuję przyjaciół, żeby być w dobrym nastroju?”. Kiedy już wiesz, co cię uwiera, pora zastosować racjonalną argumentację. Pomocny będzie argument porównawczy: „Czy istnieją inne osoby, które w tej samej sytuacji są szczęśliwe?”. Inna argumentacja dotyczy możliwości: „Czy mimo tych okoliczności mogę realizować ważne dla mnie i innych cele?”. I wreszcie argument egzystencjalny: „Czy w nieskończonym wszechświecie ma to aż takie znaczenie? Co będzie ze mną i z tym problemem za sto lat?”. Santandreu zaleca wręcz medytację nad własną śmiercią. Kiedy przypominamy sobie o jej nieuchronności, stajemy się bardziej zrównoważeni i dojrzali, paradoksalnie odzyskujemy spokój. Przestajemy się zamartwiać, zaczynamy cieszyć się życiem.

Po tym, jak stawiłaś czoło irracjonalnemu przekonaniu, możesz stworzyć nowe. Zdrowe, racjonalne. Na przykład takie: „Wolałabym spędzać weekendy z narzeczonym, ale jeśli akurat go nie mam, też mogę być szczęśliwa”. Nie rezygnujesz tu ze swoich preferencji czy pragnień, po prostu ich spełnienie nie jest już warunkiem twojego szczęścia.

Psychologia poznawcza to nie trening pozytywnego myślenia. Nie chodzi w niej o zmianę negatywnych myśli na pozytywne, o mechaniczne powtarzanie nowych poglądów. To terapia argumentów. Rzeczowych. Wymaga regularnej pracy, wytrwałości. Jeśli wierzyć autorowi „Twojego umysłu na detoksie”, nagrodą za te starania jest poczucie wewnętrznej harmonii. Optymizm.

Żeby łatwiej było zidentyfikować irracjonalne przekonania, Santandreu podzielił je na trzy grupy:
1. Muszę to robić dobrze albo bardzo dobrze.
2. Ludzie zawsze muszą mnie dobrze traktować, sprawiedliwie i z szacunkiem.
3. Sprawy muszą się układać po mojej myśli.

Wiara w powyższe założenia (i próba egzekwowania ich) to – jak łatwo się domyślić – pierwszy krok do frustracji. Czyli do zatruwania sobie życia. Czy nie prościej byłoby przyjąć, że przeciwności stanowią jego część? Chyba najbardziej obrazowo ujmuje to buddyjska mądrość: „Latem jest gorąco, a zimą zimno”. Jaki masz wpływ na pogodę? Na korki? Humory szefa? Na brak miejsc parkingowych? Albo na to, że właściciele psów nie zawsze po nich sprzątają? Możesz zamknąć się w domu i uniknąć tego wszystkiego, tylko czy będziesz wtedy szczęśliwa? Dużo lepszym sposobem jest uodpornić się na frustrację i nie tracić czasu na to, co nie działa – radzi psycholog. Jak to zrobić? Dokądkolwiek idziesz, cokolwiek robisz, zaakceptuj pewne niedogodności. Zdaj sobie sprawę, że nie są aż tak istotne. Wreszcie: skoncentruj się na tym, co jest w porządku. Na wszystkich wspaniałościach, jakie cię otaczają. Kiedy przekierujesz uwagę, przekonasz się, że jest ich naprawdę sporo.

Nie manipuluj przy życiu

Santandreu obala kilka mitów. Chociażby ten dotyczący komfortu. Chcemy, żeby było nam wygodnie. Ciepło (ale nie za bardzo!). Miękko. Luźno. Cicho. Smacznie. Pachnąco. Jakiekolwiek odstępstwa od tych „norm” traktujemy jako zniewagę. Chcemy zmieniać: uciszać, perfumować, wentylować. Narzekać i protestować. Jeśli uczynisz z komfortu fetysz, obsesję, twoje życie będzie ciągłym dyskomfortem! Twoja nadwrażliwość stanie się udręką dla ciebie i dla otoczenia… A gdyby przyjąć, że komfort nie jest aż tak wielką wartością? Przecież nie da ci szczęścia. Przychodzi i odchodzi. Na dłuższą metę staje się wręcz nudny – trudno pogodzić go z aktywnym korzystaniem z życia.

Kolejny mit dotyczy bliskich związków. Na przykład przyjaźni. Nie ma sensu oczekiwać od ludzi tego, czego nie mogą nam dać. Ktoś będzie zawsze pamiętał o naszych urodzinach, a ktoś inny nie. Ale za to przyjedzie otrzeć nam łzy w środku nocy. Nikt nie jest doskonały… My też nie. A w partnerstwie? Czy i tu stosować zasadę bezwarunkowej akceptacji? Godzić się na zaniedbania drugiej osoby? Santandreu proponuje wprowadzić zakaz narzekania na to, co dzieje się w związku. I zwyczaj cotygodniowego wręczania partnerowi pisanej z miłością „listy sugestii”. Na przykład takich: „Chciałabym, żebyś częściej mówił mi miłe rzeczy, ale jeśli nie będziesz tego robił, i tak będę cię kochała”. Chodzi o to, żeby zasygnalizować partnerowi nasze oczekiwania, zapewniając jednocześnie o uczuciu i akceptacji. Pozostawić mu wolną rękę, niczego nie wymuszać… Dlaczego to działa? Bo kiedy narzekamy czy wymagamy, druga osoba czuje się zastraszona, przyparta do muru. A gdy sugerujemy coś niezobowiązująco – po prostu zachęcona. Oczywiście, do niezrealizowanych sugestii warto wracać (nawet co tydzień), ponawiać zachęty… Licząc się z tym, że jakiś punkt (na przykład dotyczący wyrzucania śmieci) będzie figurował na naszej liście do końca życia. Ale może nie jest to aż takie ważne?

I jeszcze sugestia dotycząca tego, jak bronić się przed neurozami czy kiepskimi nastrojami innych. Kiedy ktoś awanturuje się, wyolbrzymia pewne sprawy, przyjmij, że chwilowo stracił kontakt z rzeczywistością. Jaki jest sens dyskutować z kimś, kogo akurat opuściły zdrowe zmysły? Możesz odciągnąć jego uwagę od dramatu na trzy sposoby. Pierwszy to miłość: przytulasz tę osobę, mówisz ciepłe słowa. Drugi to humor: zmieniasz język, akcent albo ton głosu, podśpiewujesz. I wreszcie surrealizm: odpowiadasz zupełnie nie na temat, jakbyś to ty straciła rozum.

W wielu sytuacjach najlepszą strategią będzie… brak strategii i poddanie się życiu. Bo, jak mówi Rafael Santandreu: „Przyjaźń, samorealizacja i udane życie seksualne przyjdą w sposób naturalny, wcześniej czy później, bo właśnie w tym kierunku zmierza życie, jeśli tylko nie będziemy za dużo przy tym manipulować”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>