Jak odbudować zaufanie w związku ? Porady psychoterapeuty

Jak odbudować zaufanie w związku ? Porady psychoterapeuty
Proces odbudowy zaufania wymaga czasu i dobrej woli obu stron. (Fot. iStock)

Odbudowanie straconego zaufania jest możliwe, ale prawie zawsze zostaje jakiś ślad, coś w rodzaju blizny. Jednak blizna, trochę jak zmarszczka – która stanowi zapis przeszłych zdarzeń – nie musi być czymś negatywnym, bywa, że jest dla pary konstruktywna – mówi psychoterapeuta Michał Pozdał.

Czy raz nadużyte zaufanie w związku da się całkowicie odbudować, pozwoli zaufać partnerowi ponownie w stu procentach?
Nie sądzę, by o zaufaniu można było myśleć poważnie i jednocześnie wyliczać, że ma się je w: stu, 20 czy 70 procentach. Choć tak mówimy, stopniujemy je na poziomie językowym, to z psychologicznego punktu widzenia albo się ufa, albo nie. Po prostu. I tak, znam wiele przypadków, kiedy zaufanie rzeczywiście bardzo mocno zostało nadużyte i parom udało się je odzyskać, żyć dalej razem, i to całkiem dobrze żyć. Sądzę więc, że da się je odbudować, ale mam jednocześnie obserwację, że prawie zawsze zostaje jednak jakiś ślad, przychodzi mi na myśl określenie „blizna”. Ale blizna, trochę jak zmarszczka – która stanowi zapis przeszłych zdarzeń – nie musi być czymś negatywnym, bywa, że jest dla pary konstruktywna. Ponadto w tym przypadku jak w każdym innym dzieje się tak samo – jedni poradzą sobie z odbudowaniem zaufania lepiej, inni gorzej.

Od czego zależy, czy należymy do tych, którzy radzą sobie lepiej, czy do tych, którzy gorzej sobie z tym radzą?
Z pewnością zależy to od cech osobowościowych osoby, która została oszukana, na pewno od jej doświadczeń w tej materii, to znaczy od tego, czy już ktoś wcześniej nadużył jej zaufania. Ale to nie jest wcale prosta prawidłowość, że jeśli ktoś już raz nas oszukał, to koniec – drugiemu mężowi nie dam szansy. Bo są na przykład ludzie, którzy już w dzieciństwie wielokrotnie doświadczyli bycia oszukanymi – bo rodzice wciąż ich zawodzili. Takie osoby są idealnymi kandydatami, by je oszukiwać, a one ze swoim deficytem będą brnęły w taką relację do końca. U innych pójdzie to w przeciwną stronę – najmniejsza rysa na szczerości partnera zakończy związek, bo będą wręcz desperacko, nieracjonalnie się bronić, by nie poczuć choć cienia tego uczucia ponownie. To są czynniki osobowościowe, ale wiele zależy też od tego, co się wydarzyło, od okoliczności, w jakich zaufanie do partnera się straciło. Para oszukiwać się może na wiele różnych sposobów, to może być zdrada, ale też sytuacja – i z tym spotykam się w swoim gabinecie coraz częściej – dotycząca problemów w pracy, utraty pracy, nietrafionego zainwestowania wspólnych pieniędzy bez wiedzy partnera, przegrania pieniędzy itd.

A czy wiele będzie zależeć od poziomu refleksji tego, który zawiódł zaufanie?
Zdecydowanie tak! Bardzo często widzę w moich pacjentach pragnienie, nadzieję, że partner okaże skruchę, zrozumie, że zranił, i właśnie dowiedzie, że ma jakąś refleksję w tej sprawie.

Mówimy czasem, że jeśli kogoś było stać na to, by zrobić coś raz, to znaczy, że jest do tego zdolny i prawdopodobnie zrobi to kolejny raz. Czy to argument, który pojawia się w głowie i sercu osoby, której zaufanie zostało zawiedzione?
To jeden z przykładów durnych powiedzeń, które, niestety, zbyt łatwo wchodzą nam w krew. Każdy z nas zrobił coś głupiego raz i wielu z nas zrobiło to tylko raz. Bo zaraz potem pomyśleliśmy: „To nie moja bajka”. Zjedliśmy coś raz i nam nie smakowało. Po prostu. Tępię te głupie „mądrości”. Naprawdę ludzie potrafią czasem rozsądnie mierzyć się z konsekwencjami swoich czynów, to nie jest tak, że wszyscy jesteśmy psychopatami z upośledzoną zdolnością do wyciągania wniosków. Spotykam wiele osób refleksyjnych. Osób, u których fakt dowiedzenia się, jakie spustoszenie spowodowało ich zachowanie u bliskiego człowieka, uruchamia proces myślenia i zmiany zachowania, tak aby nigdy więcej nie dopuścić się jakiejkolwiek formy oszustwa.

Ilustracja Anna Rudak

Samo wypowiedzenie słowa „przepraszam” ma znaczenie? Musi ono paść, by osoba, która została zawiedziona, w ogóle mogła zacząć myśleć o ponownym zaufaniu?
Z mojego doświadczenia terapeutycznego wynika, że słowo „przepraszam” jest bardzo istotne, ważne. Musi paść i musi być szczere. I – co ważne – po nim ma zostać postawiona kropka. To znaczy, ludzie czasem przepraszają, a zaraz potem jest przecinek i słowo „ale”. „Przepraszam, ale… nie chciałem, nie miałem wyjścia, to nie do końca była moja wina” itd. Nie ma miejsca na żadne „ale”, przynajmniej na samym początku długiej drogi odbudowywania zaufania.

Tylko na początku?
Odbudowanie zaufania jest pracą dla obu stron. Bo prawda jest taka, że kiedy spojrzeć na parę w perspektywie czasowej dłuższej niż sam moment, kiedy jedna ze stron oszukała, to zawsze – i nie boję się tu użyć określenia „zawsze” – okazuje się, że to nadużyte zaufanie związane jest z tym, co w ogóle dzieje się w tym związku. Zatem ta druga osoba, w innym stopniu, ale także ponosi odpowiedzialność za to, co się stało.

Muszę zaprotestować w imieniu oszukanych, zdradzonych kobiet, które czytają właśnie, że są winne, że ich partner je zdradził!
Wina a odpowiedzialność to w psychologii dwie zupełnie różne rzeczy. I specjalnie używam tu właśnie tego słowa: „odpowiedzialność”. Nie mówię zdradzonej kobiecie, że jest też winna, mówię, że jest współodpowiedzialna za to, co działo się w związku dwojga ludzi. Czasem słyszę od kobiet, że ich partner przed nimi miał kilkanaście albo więcej partnerek i tego nie ukrywał, wręcz przeciwnie. Pytam więc, czym podparta była jej wiara, że ona będzie tą ostatnią, na zawsze. I taki rodzaj naiwności także zaliczam do współodpowiedzialności.

Ale istnieje wiele sytuacji, kiedy nie mamy do czynienia z casanovą, ale on jednak zdradził, dopytam więc, czy naprawdę zawsze współodpowiedzialna jest ta skrzywdzona kobieta?
Będę się upierał, że tak. Coś takiego zadziało się w tej parze, że on to zrobił. Wiem, że to potwornie trudno przyjąć w sytuacji, kiedy czujemy się ofiarą.

Jaki sposób utraty zaufania w związku jest najbardziej bolesny. Czy jest nim zdrada?
Mam taką obserwację ostatnimi czasy, że najbardziej bolesna jest taka zdrada emocjonalna, której dopuszczamy się dziś dość często. Kiedy myślę o tej klasycznej trójskładnikowej teorii miłości, czyli o namiętności, zaangażowaniu oraz intymności, to właśnie naruszenie tego ostatniego składnika, intymności właśnie, bardzo boli. To wcale niekoniecznie musi być związane z seksualnością, chodzi raczej o to, że nasz partner ma gdzieś tam, choćby w internetowym łączu, kogoś, komu się zwierza, przed kim się otwiera, do kogo mówi, pisze to, czego nie opowiada o sobie w domu. Z kimś innym ma bardzo osobistą relację, wpuszcza tego kogoś do swojego wnętrza, swojej duszy. Tak jak już wspomniałem, coraz częściej oszukujemy się dziś, a co za tym idzie, rujnujemy zaufanie w kwestiach finansowych, zawodowych. Znam niemało sytuacji, w których – szczególnie dotyczy to mężczyzn – partner całe miesiące nie mówił, że stracił pracę, codziennie rano wychodził z domu i przesiadywał całe dnie w mieście. Mężczyźni nie mówią partnerkom o upadłości swoich firm, o komorniku, który zajął hipotekę domu. Ale znam też sytuację, kiedy mężczyzna przez bardzo długi czas nie mówił żonie, że jest poważnie chory.

Rozumiem, że w obu sytuacjach kłamstwo było w dobrej wierze…
Po pierwsze, pamiętajmy, że w relacji partnerskiej, w związku, nie ma czegoś takiego jak „kłamstwo w dobrej wierze”, to znaczy z tej „dobrej wiary” prawie zawsze są jeszcze większe kłopoty. Ale po drugie, tu kłania się właśnie ta często tak trudna do przyjęcia współodpowiedzialność. No bo jak jest możliwe, żeby niby najbliższa osoba nie wyłapała żadnego najmniejszego sygnału sugerującego, że coś tak złego się dzieje? Mogę zapytać taką partnerkę: „Gdzie pani była?”; „W jakim matrixie pani żyje, skoro nic pani nie widziała?”. Rozumiem, że włączyły się tu rozmaite mechanizmy obronne: wyparcie, zaprzeczenie, ale to w tej pani się one włączyły i ich uruchomienie jest właśnie tą współodpowiedzialnością. Albo inaczej – jaka jest w takim razie kondycja tej relacji, skoro pan nie powiedział pani o tak ważnej sprawie? Jaka jest kondycja tej relacji, że pani jest od roku w depresji, a pan tego nie spostrzegł? A kondycja państwa relacji to państwa wspólne dzieło.

Jednak powiedział pan na wstępie, że zaufanie da się odbudować, czyli nawet życie przez długi czas w matrixie nie oznacza, że wszystko już stracone.
Absolutnie nie, ale ten proces odbudowy nie jest łatwy ani krótki. To etapy, w nich kryją się pewne pułapki. Pierwszy etap to szok, ale po nim często zdarza się etap przedwcześnie ogłoszonego zwycięstwa. To znaczy para stwierdza, że pokonała kryzys. Biorą urlop, spędzają dwa tygodnie razem i w euforii mówią, że teraz ich związek jest o wiele mocniejszy, wszystko przetrwają. Ale… ten etap trwa krótko! I jest bardzo zwodniczy dla obu stron. Bo taka prawdziwa, głęboka refleksja dotycząca tego, co się zdarzyło, przychodzi później. I wybucha jak petarda! Na przykład on myśli, że ona już wybaczyła mu zdradę, a ona – nagle i w niezrozumiały dla niego sposób – zaczyna być na każdym kroku bardzo podejrzliwa. I z partnera staje się policjantem, sprawdza telefon, wącha ubrania itd. Albo nagle każe mężowi sprzedać samochód, bo nie chce jeździć nim dlatego, że woził nim kochankę. To przecież można zrozumieć. Więc, z jednej strony, partner powinien to zrozumieć, ale z drugiej – partnerka też musi siebie pilnować. Bo tu może dojść do sytuacji, w której ofiara zamienia się w sprawcę. To znaczy, kobieta, która deklaruje, że pozostaje w związku, choć jej mąż dopuścił się zdrady, i chce o ten związek walczyć, potem przez lata swoją obsesyjną podejrzliwością robi z tej relacji piekło. Dlatego mówię o tak ważnym elemencie jak przegadanie wszystkiego, co działo się w związku od lat, tylko w ten sposób da się przyjąć do wiadomości i poczuć wspomnianą współodpowiedzialność.

Po czyjej stronie powinno być więcej pracy, by udało się odbudować zaufanie, po stronie tego, który je zawiódł, czy tego, który je stracił?
Tu żadna ze stron nie ma forów, muszą to robić razem. I prawdopodobnie będą zamieniać się ze sobą zależnie od tego, kto akurat ma więcej sił, by walczyć o związek. Trzeba będzie się wzajemnie ciągnąć w górę za uszy. Jak to w życiu – nic, co ważne, wartościowe, nie przychodzi łatwo. Ale to nas nie może zniechęcać do walki, jeśli oboje sądzimy, czujemy, że mamy o co walczyć.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze