Projekt wychowanie. Czy współczesne dzieci są szczęśliwe?

Dziecko ma wszystko, ale nie ma pięknych przeżyć. Pozwólmy mu pożyć choć trochę własnym życiem. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)

Wiadomo, szczęśliwe dzieci to dzieci kochane, akceptowane, bezpieczne, mogące się rozwijać. Tylko że dziś te pojęcia zmieniły znaczenie. Kochanie to często nadopiekuńczość. Akceptowanie – przyzwalanie na wszystko. Bezpieczeństwo – kontrola. Rozwój – nadmierne obciążenia. Dzieci – zwłaszcza te ambitnych rodziców i te w dużych miastach – mają wszystko, ale nie mają dzieciństwa.

 

Franek, lat 11, uczeń piątej klasy, na pytanie, kiedy czuje się najszczęśliwszy, odpowiada: „Gdy jestem chory”. „Chory?” – upewniam się. „Tak, bo mogę wtedy posiedzieć w domu”, wyjaśnia chłopiec. Zdarza się to rzadko, bo – jak cieszy się mama, urzędniczka – syn już się wychorował, a zajęć ma tyle, że strach pomyśleć, co by było, gdyby musiał nadrabiać zaległości. Trzy razy w tygodniu przed lekcjami jeździ na basen (trenuje pływanie). W szkole ma dodatkowo kółko matematyczne i szachy. Poza szkołą – angielski. Wraca do domu około 18, je i siada do lekcji. Weekendy spędza z tatą (biznesmenem), rodzice są rozwiedzeni. Tata bardzo się stara. Jeżdżą razem na rowerach, chodzą do kina, kręgielni. Franek wraca po weekendzie pełen wrażeń. Chciałby odpocząć, ale nie ma kiedy, bo szkoła, zajęcia dodatkowe. A potem kolejny pełen wrażeń weekend.

Czy dzieci czują się kochane?

Większości rodzicom, podobnie jak mamie i tacie Franka, trudno odmówić miłości do dzieci. Psychoterapeutka Małgorzata Rymaszewska od lat prowadzi warsztaty na temat umiejętności rodzicielskich, które zaczyna od ankiety z pytaniami, co według nich warunkuje poczucie szczęścia, zdrowie i sukcesy dzieci. Miłość jest w czołówce odpowiedzi. Podobne wnioski płyną z badań Roberta Epsteina i Shannon Fox, ogłoszone na kongresie Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego w 2010 roku, w których wzięto pod lupę rodzicielstwo ostatniego 50-lecia i współczesne. Okazało się, że najważniejszą umiejętnością rodziców była i jest umiejętność kochania.

– Sęk w tym, że naszym zdaniem bardzo kochamy dzieci, ale często one nie czują się kochane. Bo trudno, żeby czuły się kochane, kiedy na nie krzyczymy, wytykamy, że robią coś gorzej niż inni, gdy w odpowiedzi na prośbę o pomoc słyszą: „Nie mam czasu”. Myślą wtedy, że mama i tata zawsze mają coś fajniejszego do zrobienia niż poświęcenie im uwagi. Dziecko powinno nie tylko słyszeć, że jest kochane, ale czuć się takie. To nie znaczy, że mamy cały czas być dla niego, nadskakiwać mu, wyręczać je. Chodzi o to, żeby być dostępnym wtedy, gdy tego potrzebuje. Myślę, że wiele dzieci czuje się kochanymi, jeżeli wiedzą, że po prostu jesteśmy. I że w nie wierzymy, doceniamy je, że przytulimy, gdy będzie taka potrzeba, że pomożemy, gdy będzie dziecku bardzo trudno, że lubimy z nim spędzać czas. Budowanie poczucia bycia kochanym polega na tym, że dzielimy z nim jego smutki, radości, rozczarowania. Ale o tym na ogół nie myślimy, zwykle pamiętamy o zabawkach, ubraniach, nowych telefonach, drogich wyjazdach. Tymczasem dzieci nie muszą mieć tego, czego chcą, ale to, czego potrzebują.

Projekt dziecko

Wielu współczesnych rodziców poważnie traktuje swoją rolę. Świadomie wybierają zabawki, dietę, przedszkole, potem szkołę. Dużo czytają na temat wychowania, rozwoju dziecka, chodzą na warsztaty. To wspaniała zmiana w porównaniu z wychowaniem sprzed dekad – oceniają eksperci. Z jednym zastrzeżeniem: że nie można utożsamiać potrzeb dziecka z naszymi potrzebami i projektować jego życia według siebie. Joanna Białobrzeska, nauczycielka, właścicielka przedszkola i szkoły podstawowej Didasko, mama czworga dzieci, obserwuje właśnie taki trend – że bardzo się staramy, ale traktujemy wychowanie jak projekt, którego efektem będzie dobrze wykształcony, a w przyszłości świetnie zarabiający człowiek. I kolejny trend – że chcemy dać dziecku wszystko.

Karolina, 37-letnia dr biologii, po urodzeniu Jasia (ma pięć lat) nie może wrócić do pracy na uczelni. To znaczy wróciła po trzech latach urlopu wychowawczego, ale zaraz musiała ratować się zwolnieniami. – Synek nie jest w stanie beze mnie funkcjonować. Płacze, nie je, nie zaśnie, choruje – tłumaczy zatroskana. – Psycholog zdiagnozował u niego lęk separacyjny. Czekam, aż mu przejdzie. Nie poświęcę jego zdrowia dla pracy.

Profesor Roman Dolata z Wydziału Pedagogicznego UW: – Niektórzy rodzice oczekiwania i zachcianki dziecka traktują jak nakaz, nie nakładają na to, czego chce dziecko, żadnego filtra. Dziecko rośnie, a wraz z nim rosną jego oczekiwania, którym w pewnym momencie nie sposób sprostać. To nie jest recepta na szczęście. Ani dla dzieci, ani dla rodziców. Życie rodzinne powinno być fajne dla wszystkich.

Carl Honoré, autor książki „Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój!”, uważa, że dzieci stały się dzisiaj przedłużeniem rodzicielskiego ego, czymś, co się ma, żeby podbić swoją wartość i zaspokoić swoje potrzeby emocjonalne. Życie współczesnej rodziny kręci się wokół dziecka w sposób dotąd niespotykany. Rodzice utożsamiają małego człowieka ze sobą. Niektórzy mówią nawet w liczbie mnogiej: „Zdaliśmy świetnie maturę, dostaliśmy się do najlepszego liceum”. Honoré nazywa to zjawisko dzieciocentryzmem. Tłumaczy je tym, że w czasach, kiedy rozwodzi się ponad jedna trzecia małżeństw, związek z dziećmi wydaje się jedyną stałą relacją.

Wychowanie pod kloszem

Joanna Białobrzeska dostrzega coraz więcej dzieci nieporadnych życiowo, nieradzących sobie ze stresem. Taki przykład: Czwartoklasista pokłócił się z kolegą. Przychodzi do domu i opowiada o zdarzeniu mamie. Co powinna zrobić mama? Powiedzieć, że czasami tak bywa, że ktoś zrobi nam przykrość, że dobrze jest wtedy porozmawiać, powiedzieć, jak się czuliśmy, że było nam smutno. A co robi? Wykręca numer telefonu lub pisze mejl do rodziców kolegi i, nie przebierając w słowach, atakuje ich dziecko. Czasem na tym nie poprzestaje i następnego dnia w szatni mówi mu coś do słuchu. – Kiedyś rodzice czekali, aż emocje opadną, w tym czasie przemyśleli sprawę, potem skontaktowali się z nauczycielem, próbowali rozmawiać z innymi rodzicami. Teraz działają natychmiast. Według nich szczęśliwe dziecko nigdy nie może być smutne, nie może zapłakać, zmęczyć się, doznać porażki – konstatuje Joanna Białobrzeska. – Wyjechałam niedawno z uczniami szóstej klasy na dwa dni do wynajętego domu. Plan był taki, żeby dzieci się zintegrowały i poćwiczyły samodzielność. Okazało się, że niektóre po raz pierwszy w życiu obierały ziemniaki, zmywały naczynia. A gdy zabrakło płynu, ktoś zapytał: „Mogę umyć mydłem?”. To był smutny obraz pozornie szczęśliwych dzieci, które nie zetknęły się dotąd z prawdziwym życiem. Dzieci są dzisiaj wysyłane na różne zajęcia, ale nie są uczone życia. Powinny przynosić piątki i szóstki, ale nie mają żadnych innych obowiązków – dodaje Białobrzeska.

Ostatnio pewna mama zrobiła w szkole straszną awanturę. Poszło o to, że jej córka popłakała się, opowiadając, że na lekcji widziała zdjęcia chorych na trąd. Nauczycielka powiedziała mamie: „Ma pani wrażliwą córkę, która potrafi współczuć drugiemu człowiekowi”. Mama zareagowała oburzeniem. Rodzice chronią dzieci przed trudnymi tematami. Gdy ptaszek padnie, trzeba natychmiast kupić takiego samego, żeby dziecko się nie zorientowało. Mama siedmiolatka ukrywała przed synkiem fakt, że zmarł jego ukochany dziadek.

– Potem przychodzi zetknięcie z problemami i jest dramat – mówi Białobrzeska.

Z jednej strony chroni się dzieci przed bolesnymi sprawami, a z drugiej – pozwala grać w gry, w których leje się krew. W tym pozornie szczęśliwym dzieciństwie nie ma jasnych drogowskazów, co jest dobre, a co złe, co wolno, a czego nie. Nie uczy się, że czyny mają konsekwencje. Że jak syn pobije kolegę, to wyrządzi mu krzywdę. Gdy nauczyciel rozmawia potem na ten temat z rodzicami, to oni mają gotową odpowiedź: „Niemożliwe, moje dziecko nie mogło tego zrobić, widocznie kolega kiedyś go walnął, a on teraz wyrównał rachunki”. Czyli kładzie się pod dzieckiem taką poduszkę, żeby się nie potłukło, usprawiedliwia, zamiast powiedzieć prawdę: „Nie przygotował się do klasówki, bo był zmęczony”. – Znam rodziców, którzy wyciągają zeszyty z tornistra i sami odrabiają lekcje. A wszystko w imię szczęśliwego dzieciństwa. Bo dzieci są pępkiem świata – przyznaje Joanna Białobrzeska.

Małgorzata Rymaszewska: – Wyręczanie dziecka to tak naprawdę rzucanie mu kłód pod nogi. Bo w przyszłości nawet mała trudność może budzić jego przerażenie, frustrację, histerię.

Wychowuję, czyli kontroluję

Bezpieczeństwo dziś spędza nam sen z powiek. Szczęśliwe dzieciństwo równa się bezpieczne. Krążymy nad głowami dzieci jak helikoptery – stąd nazwa: wychowanie helikopterowe. Instynktowny strach, że dzieciom może coś zagrażać, jest stary jak świat. Ale dzisiaj zagraża wszystko: zabawa na podwórku, jazda autobusem do szkoły, wyjście na zakupy. „Skutek bywa taki, że dziecko XXI wieku jest wychowywane w niewoli, trzymane w zamknięciu w domu i wożone z jednych zajęć na drugie. Dwie trzecie brytyjskich dzieci w wieku od ośmiu do dziesięciu lat nigdy nie poszło samo do sklepu czy do parku, a jedna trzecia nigdy nie bawiła się na dworze bez nadzoru dorosłych” – pisze Carl Honoré w książce „Pod presją…”. Dzieci w dużych polskich miastach żyją podobnie.

Małgorzata Rymaszewska: – Badania pokazują, że bezpieczeństwo znajduje się dopiero na dziesiątym miejscu pod względem wpływu na szczęście, zdrowie i sukces dziecka. Nie znaczy to, że jest nieważne, ale są rzeczy, którym powinniśmy poświęcić więcej uwagi i czasu, jeśli zależy nam na dobru dziecka. Dwoimy się i troimy, żeby włos nie spadł mu z głowy, a to przecież niemożliwe. Tak samo jak niemożliwe jest to, żeby dziecko spotykało samych przyjaznych ludzi. Tak naprawdę każde trudne spotkanie to dla niego błogosławieństwo, bo dzięki temu może się nauczyć, jak sobie radzić w kontakcie z taką osobą: czy postawić granice, dogadywać się, czy unikać danej osoby. Bezpieczeństwo jako kontrolowanie każdej minuty życia to niebezpieczeństwo! Nie daje dziecku możliwości doświadczania, że na przykład coś zrobiło nie tak i musi samo to naprawić. Może to mieć niedobry wpływ na jego rozwój, w tym społeczny i emocjonalny. Już widzimy efekty takiego wychowania – przeczytałam w podręczniku dla psychoterapeutów dzieci i młodzieży, że okres adolescencji (dorastania) trwa teraz do 23. roku życia.

Nadopiekuńczość to błąd

W gimnazjum GJB (właśnie wygaszanym) uczniowie sami mogli zrobić sobie herbatę. I ten fakt okazał się największą atrakcją szkoły dla zwiedzających ją dzieci ze starszych klas podstawówki.

– Do czego to doszło, że atrakcją jest prawo do samodzielności i wolności – zżyma się Joanna Białobrzeska. – Rodzice pytają mnie, czy w moim przedszkolu są kamery, bo chcieliby podglądać swoje dzieci. Za żadne pieniądze się na to nie zgodzę. Ale na librus, czyli dzienniczek elektroniczny, zgodzić się musiałam. Niestety, bo zabiera resztki wolności ucznia. Jak dziecko dostanie uwagę, to mama i tata od razu to wiedzą. Nie dają mu szansy, żeby samo powiedziało, wyjaśniło, zmierzyło się z problemem. Odbierają dziecko ze szkoły i już jest reprymenda.

Joanna Białobrzeska kiedyś na zielonej szkole zabierała dzieci na długie piesze wędrówki. Szli, deszcz, nie deszcz, bywało ciężko, ale jaką potem mieli satysfakcję!

– Dzisiaj to niemożliwe, następnego dnia połowa rodziców przyjechałaby po swoje pociechy. Zarzucamy je zabawkami, gadżetami, a nie dajemy szansy na satysfakcję z trudu, wysiłku. Zabraliśmy im to, co sprawia, że są naprawdę szczęśliwe: prawo do tego, żeby mogły się pobrudzić, pobiegać po kałużach, popisać patykiem na piasku. Niektórzy rodzice, zabierając dziecko z przedszkola, interesują się tylko dwiema sprawami: czy wszystko zjadło i dlaczego jest takie brudne. Dziecko ma dziś wszystko, a nie ma pięknych przeżyć. Pozwólmy mu pożyć choć trochę własnym życiem – apeluje Białobrzeska.

Zdaniem psychologów i pedagogów wyręczanie dziecka to prosta droga do unieszczęśliwienia go jako dorosłego. Białobrzeska opowiada taką historię: W jej szkole zabrakło kiedyś plastikowych kubeczków. Dziewczynka z piątej klasy poskarżyła się mamie, że z tego powodu cały dzień nie piła. Mama siadła do komputera i wysmażyła list do dyrekcji, że to skandal. Nie przyszło jej do głowy, że przecież w szkole jest stołówka i stos normalnych kubeczków, o które córka mogła poprosić. Ale ona tego nie potrafi, bo za nią wszystko się w domu załatwia.

– Jak poradzi sobie potem w życiu? Co z tego, że przeżyła dyskomfort? – pyta retorycznie Białobrzeska. – Ta „trudna” sytuacja więcej ją nauczyła niż nadopiekuńczość mamy.

Dzieci nie muszą mieć tego, czego chcą, ale to, czego potrzebują. A potrzebują poczucia, że są kochane.(Ilustracja: Piotr Kowalczyk)

Jak poradzić sobie ze stresem?

Małgorzata Rymaszewska proponuje: – Przypomnijmy sobie szczęśliwe chwile z dzieciństwa. Co pamiętamy? Takie obrazki: My i rodzice, my i dziadkowie, my i rodzeństwo lub koledzy. Tak też mówią badania: szczęśliwe dzieciństwo ma związek z bliskimi. Z poczuciem, że przynależę, jestem częścią całości, że mam wsparcie, czuję się bezpieczny, akceptowany. Dostatek nie ma większego znaczenia. Szczęścia nie rujnują także choroby ani nawet śmierć jednego z rodziców. Z badań wynika, że jeśli dziecko dostało wtedy wsparcie i miłość, to ten fakt nie wpłynął na jego poczucie szczęścia. Natomiast z całą pewnością na poczucie bycia nieszczęśliwym dzieckiem wpływają odrzucenie, izolacja, bycie niekochanym, brak bezpieczeństwa (również z powodu kłótni między rodzicami).

Badania pokazują, że drugą najważniejszą umiejętnością rodziców, która czyni dzieci szczęśliwymi (po umiejętności kochania), jest to, jak mama i tata radzą sobie ze stresem. A często sobie nie radzą. Małgorzata Rymaszewska słyszy w gabinecie: „Nie mam chwili wytchnienia, bo praca, zakupy, lekcje. Wracam umęczona do domu i się wściekam na dziecko: buty nie w tym miejscu, bałagan w pokoju, ćwiczenia nieuzupełnione. Chyba się napiję”.

– Alkohol i krzyk to nie są dobre sposoby radzenia sobie ze stresem – mówi psychoterapeutka. – A szczęśliwe dziecko to dziecko, które umie sobie ze stresem radzić.

Jak tego uczyć? Przede wszystkim przez modelowanie. Gdy jesteśmy zmęczeni, poprośmy kogoś o zaopiekowanie się dziećmi, a sami odpocznijmy: prześpijmy się, idźmy na spacer, czyli zróbmy to, co nas wyluzuje i doładuje nam baterie. Gdy dzieci są trochę starsze, mają pięć lat i więcej, możemy poprosić je o chwilę ciszy i zadbanie o nas w ten sposób. Nie od razu się uda, ale warto próbować.

Drugim ważnym aspektem radzenia sobie ze stresem jest podejście do problemu. Jeśli wszystko nas przytłacza, każda trudna sytuacja powoduje reakcję „I co my teraz zrobimy?”, to taka postawa jest dla dzieci przerażająca. Zamiast fundować dziecku napięcie i lęk, warto się zastanowić, dlaczego coś się wydarzyło i co w takiej sytuacji zrobić. I wykorzystać to zdarzenie jako lekcję: mamy problem, ale OK, możemy go rozwiązać.

– Podejście rodziców do problemów naprawdę przekłada się na szczęście dzieci – przekonuje psychoterapeutka. I dodaje: – Podobnie jak przekłada się na to trzecia rodzicielska umiejętność: dobre relacje z innymi ludźmi. Czyli to, co i jak o nich mówimy. Czy szukamy w nich wad, zagrożenia, czy zalet i wsparcia. Czy uważamy, że oszukają, niszczą, coś odbierają, czy są źródłem radości, zabawy, pomocy. Dziecko nasiąka atmosferą tych relacji i samo może potem traktować innych nieufnie, podejrzliwie albo z otwartością i pozytywnym nastawieniem. Dla poczucia szczęścia dziecka fundamentalne są relacje między rodzicami. To, czy mama i tata się kochają, szanują, wspierają nawzajem. Czasami jeden rodzic wychowuje drugiego. Dziecko jest wtedy zdezorientowane: ten rugany to rodzic czy takie trochę dziecko? Czy mogę w związku z tym na nim polegać, ufać, że da mi oparcie w potrzebie?

Czego brakuje, gdy jest wszystko

Badania pokazują, że najważniejsi dla szczęścia dzieci są rodzice kochający, umiejący radzić sobie ze stresem i utrzymujący dobre relacje ze sobą nawzajem i z innymi. Szczęście dziecka nie jest przekreślone, nawet gdy się rozwiodą. Pod warunkiem że będą zachowywać się dojrzale i odpowiedzialnie.

Psychologowie twierdzą, że część szczęśliwości jest uwarunkowana genetycznie (około 50 proc.). 40 proc. zależy od naszych (i rodziców) celowych działań. A tylko 10 proc. od okoliczności życiowych (bieda, to, gdzie mieszkamy). Mamy więc duże pole do popisu w budowaniu szczęścia naszych dzieci.

– Ważne są też relacje z rówieśnikami – dodaje Małgorzata Rymaszewska. – A także możliwość robienia tego, co dzieci lubią, czas na zabawę. Myślę, że to, co systemowo nie pozwala dzieciom w Polsce czuć się szczęśliwymi, to przeciążenie nauką, nieciekawy sposób nauczania, wymuszanie, żeby poświęcały czas na to, do czego i tak nie mają talentu, a zaniedbywanie tego, co jest ich mocną stroną. Mój synek krótko po rozpoczęciu nauki w szkole skonstatował: „Moje dzieciństwo się skończyło”.

Do gabinetu psychoterapeutki przyszli ostatnio rodzice dziewięciolatki spanikowani, że ich córka chce się zabić. Po rozmowie z dziewczynką okazało się, że słyszy w domu: „Obowiązki i stres, jakie teraz masz w szkole, są niczym w porównaniu z tymi, które czekają cię w liceum, na studiach, w pracy”. Doszła więc do wniosku, że nie chce takiego życia, woli umrzeć.

– Rodzice bardzo się starają, chcą stworzyć dzieciom jak najwięcej możliwości do rozwoju, myślą o przyszłości dziecka. To źle? – pytam.

– Myślę, że na tym może polegać wyobrażenie o szczęściu rodziców, a nie dzieci. One chciałyby robić to, co lubią, bawić się, uczyć w przyjaznych warunkach. Fundując im tak wiele zajęć, nie mówmy więc, że zapewniamy im szczęśliwe dzieciństwo. To nieprawda. Pomyślmy o ich szczęściu teraz, w dzieciństwie.

– Bo może zaważyć na ich przyszłym życiu?

– Zdecydowanie tak. Jak pokazują badania, szczęśliwe dzieciństwo jest podstawą szczęśliwej dorosłości. Prowadzę warsztat dla rodziców pt. „Czego brakuje do szczęścia dzieciom, które mają wszystko”. Okazuje się, że często poczucia bycia akceptowanymi takimi, jakimi są, możliwości oparcia się na autorytecie dorosłych, spontaniczności, śmiechu, beztroski, poczucia wdzięczności i radości z tego, co się ma. Są obłożone gadżetami, a mają skwaszone miny. Nie umieją czekać, wszystko mają od razu.

Joanna Białobrzeska ma podobne spostrzeżenia. Wymyśliła więc trening czekania adresowany do maluchów od czterech do sześciu lat. Dziecko dowiaduje się, że za dwa tygodnie dostanie pocztą list od misia. Zagląda do skrzynki, odhacza w kalendarzu dni. Czeka. W końcu list przychodzi. Maluch skacze z radości. Słucha z przejęciem, co miś pisze o swoich przygodach, miłych i niemiłych, o otaczającym świecie, a przy okazji dowiaduje się, jak mówić „nie”, jak radzić sobie z emocjami. Za kolejne dwa tygodnie przyjdzie następny list. Ale trzeba poczekać. Tak jak w życiu.

Małgorzata Rymaszewska: – Myślę, że to, co możemy zrobić najlepszego, żeby dzieci były szczęśliwe, to przestać im bez przerwy zapewniać szczęście.