Rzeczy, które robimy wbrew sobie, czyli jak uporać się z autosabotażem?

Działają w nas sprzeczne siły. Jedna jest na "tak", druga na "nie". Ta druga, nieuświadomiona, często wygrywa. Sami kopiemy pod sobą dołki czy piłujemy gałąź, na której siedzimy. (fot. iStock)

Bardzo ci na czymś zależy, ale jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko. Co za pech! A może sam przyłożyłeś rękę do tego, że się nie powiodło? Bo bałeś się odpowiedzialności… Uwierzyłeś, że nie zasługujesz… Uznałeś, że osiągnięcie celu oznacza kolejne wyzwania… Tak działa autosabotaż. I nie musi być szkodliwą strategią.

Marcie bardzo zależało na tzw. dobrej pracy: wysoko płatnej, w międzynarodowej firmie. Za każdym razem, kiedy umawiała się na rozmowę kwalifikacyjną, różne przeciwności nie pozwalały jej dotrzeć na czas. Jak nie korek, to awaria w mieszkaniu czy „pilna sprawa rodzinna”. Po serii takich zdarzeń już wiedziała, że nie może ich tłumaczyć przypadkiem. Musiała przyjrzeć się swojemu lękowi, bo ewidentnie coś w niej nie chciało tej posady.

Pewnie znasz podobne historie. Ktoś angażuje się w jakieś przedsięwzięcie (dietę, trening, terapię) i kiedy rezultaty zaczynają być widoczne, nagle się wycofuje. Każdy pretekst może być dobry: szarlotka cioci, którą podsuwała podstępnie podczas przyjęcia. Albo budzik, który nie zadzwonił na czas. Są też tacy, którzy w ogóle nie podejmują wyzwania. Czytają artykuł o czymś, co mogłoby im pomóc, ale kiedy pojawia się myśl „to na pewno drogie, bolesne, zresztą nikt nie da mi gwarancji, że coś z tego wyniknie”, chętnie przyjmują ją za wyrocznię. I pozostają w znanym sobie bólu, który jeszcze da się wytrzymać. Zgodnie z powiedzeniem, że lepsze zło znane niż nieznane.

Działają w nas różne sprzeczne siły. Nic dziwnego, że kiedy porywamy się na coś nowego, jedna może być bardzo na „tak”, a druga wręcz przeciwnie. Często ta druga jest nieuświadomiona. I niejednokrotnie wygrywa. Tak naprawdę to ty rzucasz sobie kłody pod nogi, kopiesz pod sobą dołki i piłujesz gałąź, na której siedzisz. Dlaczego? Bo chronisz siebie. Dobrze by było ustalić przed czym. Może nie jest to wcale takie straszne?

Od porażki do porażki

Autosabotaż to zachowania (bądź zaniechania), które blokują dążenie do realizacji celów. Do samorealizacji. Na jakimś poziomie nie chcemy tego, czego chcemy – i zaczyna się walka karnawału z postem. Rezultat? Pozostajemy w ograniczających schematach. Żyjemy poniżej naszych możliwości, sfrustrowani.

Jak rozpoznać samosabotujące działania? Zdaniem amerykańskiego coacha Mike’a Bundranta najważniejsze to:

  • prokrastynacja, czyli odkładanie ważnych zadań na później,
  • życie na autopilocie (kompulsywne jedzenie, oglądanie TV, przeglądanie portali społecznościowych i inne „zapychacze”)
  • emocjonalna izolacja (np. unikanie szczerości, co utrudnia budowanie bliskich relacji)
  • destrukcyjna samokrytyka (inaczej samobiczowanie)
  • prywatne męczeństwo (przedkładanie potrzeb czy wymagań innych nad własne)

Lista przejawów samosabotażu jest oczywiście znacznie dłuższa. Znajdziemy na niej uzależnienia, niedobór snu i niewłaściwe odżywianie się. Unikanie decyzji, angażowanie się w toksyczne związki, perfekcjonizm, nieprzyznawanie się do błędów i pomyłek, bezkrytyczne przyjmowanie rad. Ale też rozpamiętywanie („gdyby tylko…”), zamartwianie się, narzekanie, porównywanie się do innych, nierealistyczne oczekiwania. Colin Sisson, trener świadomego życia, dorzuca tu jeszcze obwinianie i pielęgnowanie uraz, zazdrość, szukanie sprawiedliwości i utożsamianie się z ograniczającymi myślami na swój temat („już taki jestem”). Tak, wszystko to sprawia, że rezygnujesz ze swojej siły, sprawczości. Że sabotujesz siebie.

Szczególnie kiedy zaczynamy wdrażać duże zmiany, musimy liczyć się z tym, że jakaś część nas zaprotestuje w obawie przed nieznanym. Patrząc na rzecz od strony neurologicznej, można oskarżać o ten opór śródmózgowie, które w sytuacjach zagrożenia uruchamia mechanizm „uciekaj albo walcz”. I rzeczywiście, zabiegając o coś, zachowujemy się często, jakbyśmy walczyli o przetrwanie. Dobrze jest namierzyć ten moment paniki. Zamiast czmychać do znanego kąta, zapytać: „Czego właściwie się boję? Że nie uda mi się osiągnąć sukcesu? Że inni będą mi zazdrościć? Że nowa sytuacja zmusi mnie do podejmowania jakichś niechcianych działań? Że się nie sprawdzę? Coś stracę? Zdradzę bliskich, którym gorzej się wiedzie?

Nie lekceważ tych obaw, weryfikuj je kolejno (choćby korzystając z metody badania myśli „The Work”, Byron Katie). I wprowadzaj pożądane zmiany – krok po kroku, bez presji. Oswajając nowe. Niektórych ludzi paraliżuje strach przed porażką. Już samo słowo brzmi porażająco. Sprawdź, co tak naprawdę oznacza dla ciebie. Dramat życiowy? Wstyd? Potwierdzenie, że się nie nadajesz? Czy też naturalny etap testowania swoich możliwości, sprawdzania, jak rzeczywistość odpowie na twoje działania? To jak gra w monopol, pasjonujący eksperyment! Zastanawiałeś się, co by było, gdyby Edison poddał się po kilku próbach poszukiwania elektryczności? Po prostu – jak przyznał – wykluczał systematycznie niesprawdzające się rozwiązania. Ludzie sukcesu mają specyficzne podejście do porażki – traktują ją jak mądrego nauczyciela (a przynajmniej cenna informację zwrotną). Henry Ford twierdził, że „porażka daje możliwość rozpoczęcia na nowo, w sposób lepiej przemyślany”. A Winston Churchill, że „sukces polega na przechodzeniu od porażki do porażki, bez utraty entuzjazmu”.

Caroline Myss twierdzi, że każdy z nas wyposażony jest w archetyp sabotażysty. (fot. iStock)

Co złego to nie ja

Powszechną przyczyną samosabotażu są tzw. mieszane neuroasocjacje. Taka mieszanka dotyczy często pieniędzy – powiedzmy, że kojarzą się nam z powodzeniem, przyjemnością, luksusem, ale też z zagrożeniem, kłopotem, koniecznością podejmowania trudnych decyzji czy zawiścią.

Nic dziwnego, że często wolimy zrezygnować z pierwszego pakietu, żeby tylko uniknąć drugiego. Albo ktoś chce zmienić miejsce zamieszkania, ale sama przeprowadzka kojarzy mu się z dużym stresem: pakowanie, wyrzucanie, a potem urządzanie się w nowym miejscu, szukanie sklepów z ulubionymi produktami. A co, jeśli sąsiedzi okażą się hałaśliwi?

Ważną rolę odgrywają nasze przekonania. Czasem są tak silne, że robimy wszystko, by przy nich pozostać – jakby groziła nam utrata tożsamości. Nawet gdyby miała to być tożsamość nieudacznika czy cierpiętnika. Inne wątpliwości to: „Nie zasługuję”, „Co ludzie powiedzą?”, „A jeśli się nie uda? Jeśli narażę się na pośmiewisko?”, „Jestem jeszcze za młody”, „Jestem już za stary”, „Zapłacę za wysoką cenę”…

Kiedy pozostajemy przy starych nawykach, mamy (przynajmniej pozornie) większą kontrolę nad własnym życiem. Wiemy mniej więcej, czego możemy się po nim spodziewać. W tym kontekście szczególnie perfidną formą autosabotażu wydaje się samoutrudnianie. Polega na tym, że kiedy zależy nam na jakimś celu, wykonujemy ruch, który zmniejsza znacznie szanse na korzystny rezultat. Na przykład student przed egzaminem idzie na imprezę, mężczyzna umówiony na ważne negocjacje wychyla parę „głębszych”, a kobieta ze skłonnością do uczuleń eksperymentuje z nową maseczką przed pierwszą randką. Teraz, w razie klapy, mają gotowe usprawiedliwienie: sprawy nie poszły po ich myśli, ale tylko dlatego, że zachowali się lekkomyślnie, skrewili.

O co chodzi? O to, by chronić poczucie wartości. To tak, jakbyśmy chcieli zakomunikować: fakt, nawaliłem, ale tak w ogóle to jestem: zdolny, skuteczny, atrakcyjna. Inna forma samoutrudniania to ujawnianie swoich słabości – dolegliwości, wad, emocji, obciążeń rodzinnych – które mogą usprawiedliwić niepowodzenie. Najwyżej ktoś pomyśli, że mamy problemy, byle nie uznał, że – no właśnie, co? Że jesteśmy do niczego? Sęk w tym, że taka strategia na dłuższą metę prowadzi do obniżenia samooceny.

Chwila prawdy

W samoutrudnianiu kluczowe jest zapewnienie sobie mocnego alibi czy raczej wymówki. Czy znasz swoje? Może „to nie dla mnie, nie jestem dość dobry”? Albo „to nie działa”, „mam teraz ważniejsze rzeczy na głowie”. „Nie mogę tego zrobić”, „to za trudne”, „zacznę, kiedy…”, „nie jestem jeszcze gotowy”. Jeśli odkryłeś mechanizm sabotujący, jesteś w bardzo dobrym miejscu! Nie wiń siebie, tylko obserwuj myśli, emocje, zachowania. Przekonania. Sprawdź, czy któreś nie są przestarzałe. Spójrz z łagodnością na pełne ostrzeżeń myśli. Wybierz te, w które chcesz wierzyć, z którymi jest ci wygodnie.

Spotkaj się z trudnymi emocjami – może po prostu potrzebują wybrzmieć. Porzuć obwinianie, weź odpowiedzialność za siebie. Ważne też, by zidentyfikować wyzwalacze, które prowadzą do określonych reakcji sabotujących – na przykład, gdy szef zgłasza uwagi do twojej pracy, sięgasz po papierosa, choć przecież z tym skończyłeś. Zastanów się, jak inaczej mógłbyś się zachować w stresującej sytuacji. Ćwicz nowy nawyk. I pamiętaj: tak naprawdę to nie zmiana boli, ale opór przed nią.

Samosabotaż jest rezultatem lęku. Dlatego nie chodzi o to, żeby z nim walczyć. Raczej zrozumieć i potraktować z wyrozumiałością. I powoli, konsekwentnie wprowadzać małe zmiany. Załóżmy, że nie jesteś wystarczająco asertywny – kiedy proszą cię o przysługę, zawsze mówisz „tak”. Potem żałujesz albo się wykręcasz. A gdyby poprosić proszących, żeby zechcieli poczekać na twoją decyzję przez dobę? Taka drobna korekta może naprawdę ułatwić życie! I jeszcze jedno. Czasami trudno nam zrealizować pewne cele, ponieważ nie idą w parze z innymi („chcę żyć spokojnie” vs „chcę zarządzać dużą formą”). Albo wcale nie są nasze. A może się zdezaktualizowały? I wreszcie: czy nie postawiliśmy sobie za wysoko poprzeczki? Czy to, o co zabiegamy od lat, jest aby na pewno realne, dostępne dla nas?

Caroline Myss w książce „Życie jako Święty Kontrakt” twierdzi, że każdy z nas wyposażony jest w archetyp Sabotażysty i że w swoim pozytywnym wydaniu kontaktuje on nas z osobistą mocą: przypomina, że zawsze możemy wybierać, trenuje wytrzymałość i determinację, zachęca do podążania za intuicją i do ciągłego weryfikowania pragnień. Pamiętasz Martę, która nie mogła dotrzeć na rozmowę w sprawie pracy? Po którymś z kolejnych spóźnień wreszcie do niej dotarło: wcale nie chciała tej pracy? Chciała malować, ale nie szła za tym pragnieniem, przekonana, że to nie praca. Życie zweryfikowało jej przekonanie.