fbpx

Kobieta, która zgubiła siebie

Kobieta, która zgubiła siebie
fot.123rf

… i nagle budzi się obok obcego mężczyzny, w obcym domu. Nie wie kim jest, nie potrafi zrozumieć, co tu robi. Słyszy absurdalne zarzuty, nie wie, czy ma się roześmiać, oburzyć, czy bronić swojego stanowiska. Nie ma siły odgrywać dłużej tych samych ról.
Czuje, że musi zburzyć dotychczasowe życie, że cierpienie spowodowane rezygnacją z siebie, z własnego szczęścia, rozwoju, wyzwoliło w niej niebywałą odwagę, aby porzucić utarte, bezpieczne ścieżki i wyruszyć na poszukiwanie prawdy.

Taka jest bohaterka Pożegnania z Afryką, sztuki Shirley Valentine (granej od chyba 10 lat przez Krystynę Jandę) czy wspomnień Jedz, módl się i kochaj. Historie kobiet, które po latach błądzenia po obcych lądach nagle wkroczyły na ścieżkę serca. Psychologia procesu przejęła nazwę „ścieżka serca” od kultur pierwotnych. To głęboka metafora życia w zgodzie ze sobą, z własnymi marzeniami. Zaskakujące jest to, że kiedy zaczynamy podążać tą ścieżką, świat zaczyna nas wspierać w naszym sięganiu po marzenia, spotykamy odpowiednie osoby w odpowiednim miejscu, jakby od dawna wszechświat czekał na naszą decyzję, że wreszcie postanowimy być szczęśliwi. Oczywiście, na tej drodze pojawiają się także wyzwania, które sprawdzają naszą odwagę, wierność sobie i naszym marzeniom.

Ale czy wyobrażacie sobie bajkę, w której główny bohater zapomina o swoim najgłębszym pragnieniu, powołaniu i zamiast ratować królestwo od złego smoka, zdobyć szklaną górę czy odnaleźć (choćby w piekle) złote włosy diabła, żeby poślubić piękną królewnę, nie wyrusza w drogę, bo nie wierzy, że mu się uda. I pozostaje na przypiecku i objada się słodyczami albo popija gorzałkę w pobliskiej gospodzie, żeby choć na chwilę poczuć namiastkę wyzwania, którego nie podjął? Kto by chciał czytać takie bajki? Z pewnością nie dzieci.

Kiedyś przyszła do mnie na terapię kobieta, która bardzo martwiła się swoim uzależnieniem od słodyczy. Była tuż przed czterdziestką, odebrała dość solidne wykształcenie, ale bardzo często zmieniała miejsca pracy, gdyż nigdzie nie czuła się na swoim miejscu. Już podczas pierwszego spotkania okazało się, że słodycze próbują blado imitować radość, którą kojarzyła ze swoim wielkim marzeniem – w młodości chciała zostać artystką, kochała śpiewać. Uważała jednak, że nie ma odpowiednio mocnego głosu, więc stłumiła w sobie to pragnienie, uznając je za śmieszne i nierealne. Oczywiście, słodycze sprawiały, że przez krótką chwilę czuła namiastkę radości, ale potem było coraz gorzej, łakocie ofiarowywały jej coraz mniej przyjemności, każąc płacić coraz wyższą cenę (tak, niestety, jest z każdym nałogiem), w dodatku zbędne kilogramy, których wciąż przybywało, podkopywały jej i tak już nadwątlone poczucie wartości i wiary w siebie. Zapytałam Krystynę o jej ulubioną bajkę z dzieciństwa – okazało się, że był nią Kopciuszek. Dzieci nieprzypadkowo chcą słuchać wciąż od nowa jednej i tej samej bajki. Najczęściej podpowiada ona, jak poradzić sobie z głównym wyzwaniem, które stawia przed nami życie, wskazuje kierunek działań, które należy podjąć, aby jak bohater, spełnić życiową misję i odnaleźć swój upragniony skarb. Dzieci czują to intuicyjnie, dlatego ich nieświadomość, jak zaczarowana, chłonie wszystkie najdrobniejsze szczegóły opowieści.

Krystyna odnalazła bardzo wiele momentów w swoim życiu, w których czuła się Kopciuszkiem. Ze względu na to, że często zmieniała pracę, wciąż robiła rzeczy poniżej swojego wykształcenia i możliwości. W dodatku, czy akceptowała to, czy nie, była artystką, a więc najważniejsze było dla niej natchnienie, przeżycie, cała jej natura buntowała się przeciwko ślęczeniu przy papierkach, cyferkach. W rodzinie była dzieckiem, które starało się nie sprawiać nawet najmniejszych kłopotów, dlatego poświęcano jej mniej uwagi, troszcząc się bardziej o młodsze rodzeństwo, które, według rodziców, potrzebowało więcej rodzicielskich starań, ale ona czuła się po prostu niekochana. Nauczyła się przedkładać potrzeby innych ponad swoje, w ten sposób próbując pośrednio zaspokoić swoje pragnienie bycia zauważoną i docenioną i podreperować obniżone poczucie wartości. Od lat tkwiła w martwym związku, przy którym trzymało ją już tylko przyzwyczajenie i strach przed samotnością. Starała się być jak najbardziej przydatną, zadowalając się zadowalaniem innych, całkowicie ignorując swoje pragnienia i intuicje. Były to bardzo różne niewierności, ale wszystkie miały jeden mianownik: „To, co czuję, nie jest ważne”. Przemiana ich w mianownik pod tytułem: „To, co czuję, jest najważniejsze” zajęło nam trochę czasu, ale z każdą wizytą Krystyna zyskiwała jakiś mały kawałeczek siebie i obie czułyśmy, że w miejsce Kopciuszka pojawia się prawdziwa księżniczka. Kiedy zaczęła poważnie traktować swoje marzenia, spotkała nauczyciela śpiewu, który dał jej wsparcie i potrzebne narzędzia, a kiedy zaczęła poważnie traktować swoje życie, zrozumiała, że do każdej relacji „potrzeba dwojga”, przestała więc zabiegać o kontakty z matką, która nie była nimi zainteresowana, a której pozwalała dotąd na niewybredną i raniącą krytykę. Nagle jej głos zaczął przebijać się przez meandry przeszłości i wibrować, z nieznaną dotąd mocą. Jej przyjaciółka w tajemnicy przed nią dała ogłoszenie „solistka poszukuje zespołu”. W ten sposób poznała Adama, utalentowanego kompozytora, z którym zamierza nagrać płytę.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Psychologia zorientowana na proces opisuje uzależnienie jako rodzaj zatrzymania się w przydworcowym barze i zjedzenia na przykład hamburgera, kiedy tak naprawdę tęsknimy za domem. Wprawdzie ten dom jest bardzo często (jak w przypadku Krystyny) w sferze marzeń, pragnień, dość mglistej i niewyraźnej wizji, którą łatwo wyśmiać, zlekceważyć, a nawet sobie jej nie uświadomić. Ale kiedy go odnajdziemy, barowe jedzenie przestaje nas interesować. Tak więc Krystyna nie musi już opychać się słodyczami, lubi czasem zjeść tiramisu czy napić się gorącej czekolady w miłym towarzystwie, ale wróciła do swojej figury sprzed lat, no i wypiękniała, bo kiedy podążamy ścieżką serca, stajemy się piękni. Ale przede wszystkim zrozumiała, gdzie jest jej miejsce. Czasem ktoś znosi cierpliwie raniące słowa, absurdalne wyrzuty, próbując je tłumaczyć na tysiące sposobów, a wystarczy (jak w bajce o Kopciuszku) wyprowadzić się do pałacu i od razu do wszystkich dociera, z kim mają, a raczej mieli do czynienia.

A może powinnam zatytułować ten felieton: „Kobieta, która odnalazła siebie…”?

Zapraszamy na warsztaty rozwojowe, podczas których będziesz miała okazję odnaleźć siebie.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>