1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Udany związek w badaniach

Udany związek w badaniach

123rf.com
123rf.com
Badania opublikowane w Social Psychological and Personality Science wskazują na 10 sposobów, sprzyjającym trwałemu związkowi, w którym namiętność nie wygasa a bliskość się zacieśnia.

Praca badawcza psychologa Daniela O'Leary nosi tytuł „Trwała miłość nie musi być rzadkim zjawiskiem”. Okazuje się, że długoterminowe relacje mogą być pełne intensywnych i pozytywnych uczuć. Psycholog zbadał obecność czynników, które decydują o zdrowej prawdziwej relacji.

1. Utrzymanie pozytywnych myśli na temat partnera. Jeśli jesteś skoncentrowana na atutach partnera
i każdego dnia podtrzymujesz w sobie świadomość, dlaczego się w nim zakochałaś, podkreślasz jego dobre cechy. Nie ulegasz potrzebie krytykowania go i widzenia w nim słabości.

2. Koncentracja na sprawach partnera.
Szczęśliwe pary charakteryzują się tym, że myślą o sobie w ciągu dnia i utrzymują ze sobą kontakt.

3. Brak oddalania się od siebie.
Trwałe związki między innymi dlatego są trwałe, że w czasach dużego stresu czy życiowych kryzysów nie oddalają się od siebie, tylko wręcz przeciwnie - zbliżają.

4. Częste spędzanie wspólnego czasu.
Im więcej ze sobą jesteśmy, tym lepiej się znamy i kochamy, potwierdza nauka.

5. Wspólne aktywności.
Okazuje się, że nie chodzi jedynie o oglądanie razem seriali w kapciach, tylko o to, abyście tak spędzali razem czas, żeby wzajemnie stymulować się fizycznie i emocjonalnie. Dobre na trwałość związku są wyzwania.

6. Wyrażanie miłości z fizycznym kontakcie.
Dotykanie, przytulanie, całowanie sprzyjają szczęśliwej relacji, która długo trwa.

7. Wzajemna atrakcyjność seksualna.
To, czy ciągle siebie pragniemy i wzajemnie się podniecamy, jest istotne dla trwałości związku.

8. Regularne współżycie seksualne.
Sama atrakcyjność nie wystarczy, wskazanie jest częste a przede wszystkim regularne kochanie się.

9. Ogólne zadowolenie z życia.
Ludzie, którzy cieszą się szczęśliwym związkiem, sami są zadowoleni z życia. Odznaczają się pozytywną perspektywą, z jaką patrzą się na świat.

10. Kultywowanie pasji.
Zadowoleni partnerzy są zainteresowani życiem, co widać po tym, że mają swoje pasje, które dotyczą wielu aspektów ich życia – lubią swoją pracę, mają hobby i zainteresowania, w których aktywnie uczestniczą.

Powyższe badania są dowodem na to, że długotrwały szczęśliwy związek jest możliwy. Nauka sprawia, że związki są już coraz mniej tajemnicze. Kiedy pewne prawidłowości są zachowane, relacje działają jak szwajcarski zegarek. Żeby cieszyć się szczęściem we dwoje, musimy świadomie się starać o nie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bilans związku – czy ty i twój partner podążacie w tym samym kierunku?

Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Decyzja o wspólnym życiu to ryzykowny krok w nieznane. Ty i on wsiadacie do łódki – maleńkiej łupinki kołyszącej się na wodach groźnego oceanu. Dzielnie wiosłujecie przed siebie. Ale czy na pewno do tego samego brzegu?

On mi się w ogóle nie podobał, nawet go nie lubiłam… – tak zaczyna swoją opowieść Danka, jedna z moich pacjentek. Roberta poznała na imprezie u znajomych. Ona brylowała w towarzystwie, a on wodził za nią zachwyconym wzrokiem.

– Opłakiwałam wtedy swoją ostatnią miłość – opowiada. – To był facet, który odchodził i wracał do mnie jak bumerang. Właśnie po raz kolejny zniknął z mojego życia. Przyjaciółki radziły mi: „Danka, klin klinem”, a Robert akurat był pod ręką. Starał się, zabiegał, uwodził, no i… wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęłam odpowiadać na jego adorację, dawać do zrozumienia, że mi także zależy, a wtedy on zwolnił tempo. Kiedy proponowałam spotkanie sam na sam, on mówił, że może następnym razem, bo dzisiaj nasza paczka wybiera się do kina. Parę razy próbowałam się do niego przytulić, pocałować, ale on robił uniki. Poklepywał mnie po plecach jak dobrego kumpla, przytulał jak brat siostrę, całował w policzek. W towarzystwie nadal sprawiał wrażenie, że jest mną zainteresowany. Wszyscy byli pewni, że między nami coś się szykuje. Byłam wściekła, czułam, że robi ze mnie idiotkę. Koleżanka doradziła mi, żebym się zdystansowała, nie dawała po sobie poznać, że mi na nim zależy. Tłumaczyła, że każdy facet to myśliwy, sam chce zdobywać. Kiedy robiłam krok do tyłu, on zbliżał się; dzwonił, pisał SMS-y, nazywał mnie „kotkiem”, „misiaczkiem”. Takie akcje dodawały mi odwagi, zaczynałam wierzyć, że jemu także na mnie zależy. Pewnego dnia zapytał, czy zostanę u niego na noc. Pomyślałam, że wreszcie podjął decyzję, że się zdeklaruje. Zostałam, poszliśmy do łóżka, było cudownie, ale kiedy rano zapytałam, co robimy dalej, odpowiedział, że umówił się z kumplami na piwo i że wieczorem zadzwoni. Mam już tego dosyć, nie rozumiem, o co mu chodzi. Zależy mu na mnie, czy chodzi tylko o seks?

– A czego ty chcesz? – pytam w odpowiedzi. Danka jest zdziwiona. Jak większość kobiet, na początku relacji miała dokładnie zaplanowany scenariusz, ale nie swój, tylko partnera. Wiedziała, czego od niego oczekuje, jaki krok on powinien zrobić, jak się powinien zachować. O swoich uczuciach nie wiedziała nic. Czuła się zaproszona (nie wiadomo, na jakiej podstawie) do wspólnej łódki i zgadywała, jaki kurs chce obrać Robert.

Świadomość swoich intencji

– Czy myśli pani, że jemu na mnie zależy? – dopytuje Danka. – Przecież tak się nie zachowuje facet, któremu kobieta się nie podoba.

Próbuję jej tłumaczyć, że tu nie chodzi o jakąś kobietę, tylko o nią. O to, co ona czuje, czy zachowanie Roberta uszczęśliwia ją, czy rani. Nie chcę słuchać opowieści o tym, co on zrobił, a co powinien zrobić. Nie mam zamiaru interpretować jego zachowania, doradzać jej, co powinna zrobić, żeby on był bardziej zaangażowany. Tłumaczę, że wspólne życie ma szansę tylko wtedy, kiedy obydwie strony mają świadomość swoich intencji, bo na intencje partnera nie mamy żadnego wpływu. Że wszelkie intelektualne strategie, gry, manipulacje to mało efektywne zabiegi. Odwodzę od pokusy „poważnej” rozmowy z Robertem, dopóki ona sama nie będzie pewna, czego chce od tego mężczyzny, co pragnie mu dać. Wreszcie na jednej z sesji Danka zdecydowała: – Tak naprawdę nie chodzi mi o niego. Po prostu nie chcę być w ten sposób traktowana przez żadnego faceta.

Przypomniałam jej wtedy to, co powiedziała mi na pierwszej sesji, że on jej się nawet nie podobał. Zaczarowała się faktem, że zainteresował się nią jakiś mężczyzna, na dodatek w tym czasie, kiedy czuła się zraniona przez innego. Zalała Roberta mnóstwem uczuć: rozczarowaniem, tęsknotą za miłością, lękiem przed odrzuceniem, chęcią bycia w związku.

Pamiętaj: Jeśli decydujesz się wsiąść z kimś do wspólnej łodzi z zamiarem popłynięcia na Hawaje, powiedz mu, że właśnie tam chcesz dotrzeć i zmiana kursu nie wchodzi w grę.

Miłość nie znosi poświęceń

– Zainteresowałam się nim, bo był inny niż mężczyźni, których spotykałam do tej pory – tak zaczęła swoją opowieść Magda. Nie wiedziała, czy chce ratować związek, czy rozstać się z Michałem. Od roku czuła, że ją i Michała niewiele już łączy. Żyją obok siebie, coraz rzadziej się kochają. Magda ma swoją firmę, która przynosi coraz większe dochody. Michał nie pracuje, kolejny raz wznowił studia. Kiedy Magda sugeruje, żeby dołożył się do rachunków, on pożycza od rodziców.

– Znajomi zwracają mi uwagę, że się zmieniłam – mówiła Magda. – Unikam wspólnych wyjazdów, bo Michał nie ma pieniędzy, a ja jestem zmęczona sponsorowaniem. Na knajpy też mu szkoda kasy. Ma ulubioną siłownię, filmy i książki.

Kiedy zapytałam, czego ode mnie potrzebuje, powiedziała: – Czuję, że powinnam zakończyć ten związek, ale nie mam odwagi, bo Michał to w gruncie rzeczy taki dobry człowiek.

Gdy zaczęłyśmy zgłębiać pojęcie „dobrego człowieka”, okazało się, że Magda, jak wiele z nas, pielęgnuje w swojej głowie mnóstwo powszechnych mitów w stylu: „To najlepszy kandydat na męża”, „Zegar biologiczny tyka”, „Najpierw kariera, potem pora na męża, dziecko, rodzinę”. Magda ma 30 lat. Powiedziała mi, że jej ojciec w dniu jej osiemnastych urodzin zrobił listę gości weselnych, którą co rok uaktualnia.

Na kolejną sesję postanowiłam zaprosić ją razem z Michałem. Oczami wyobraźni widziałam go jako nieudacznika, który zarabia mniej od swojej partnerki i jeszcze pożycza pieniądze od rodziców, a tymczasem siedział przede mną zadbany, zadowolony z siebie mężczyzna, a obok niego drobniutka, skulona kobieta z poczuciem winy na twarzy. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej chudła, miała problemy ze snem, bolał ją kręgosłup i często się przeziębiała. Nikła w oczach. Czułam, że jeśli nie przestanie poświęcać samej siebie w imię związku, może stać się coś bardzo złego. Tłumaczyłam jej, że Michał lubi swoje życie i wcale nie chce niczego zmieniać. Żył podobnie jak jego rodzina; rodzice byli artystami, nie mieli stałych źródeł dochodu. – Może właśnie to mi się podobało w Michale, że żyje tak na luzie, nie martwi się o jutro – tłumaczyła mi. Ale sama chciała żyć inaczej. W jej rodzinie stała praca, oszczędności, planowanie wszystkiego – to były podstawowe wartości.

Różnice nas przyciągają, kuszą, są obietnicą ciekawego życia, ale z czasem stają się kością niezgody. Trudno jest rozstać się z tzw. dobrym człowiekiem, rozum podpowiada: „Nie spotkasz nikogo lepszego”, poza tym żal odejść, kiedy tyle zainwestowało się w związek. To wszystko prawda, jednak kiedy „w imię miłości” poświęcasz siebie, ważne wartości, rezygnujesz z marzeń i potrzeb – twoje serce i ciało cierpią.

Pamiętaj: Nie masz mocy, by zmienić partnera, zwłaszcza jeśli jemu odpowiada tryb życia, jaki prowadzi. Kiedy wsiadasz do łodzi i jesteś gotowa płynąć gdziekolwiek tylko po to, by nie być sama, albo zaspokoić oczekiwania rodziców, bądź tego w pełni świadoma. I zadaj sobie pytanie: „Czy właśnie tego chcesz?”.

Najpierw miłość, potem ślub

Iwona, kolejna moja pacjentka, jest w związku z mężczyzną, który „boi się zobowiązań”. Jak twierdzi, nie ma wystarczająco ustabilizowanej pozycji zawodowo-materialnej, żeby zdecydować się na ślub, nie jest gotowy na dziecko, na wspólne mieszkanie ma jeszcze czas. Podoba mu się życie beztroskiego nastolatka (choć ma już trzydziestkę), który zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Tymczasem Iwona marzy o stabilizacji, białej sukni, deklaracji przed ołtarzem i coraz poważniej – o dziecku. –  Jak mam go do tego przekonać? – pyta.

Kiedy tłumaczę, że nie jest w stanie tego zrobić, czuje się rozczarowana. – A może on mnie nie kocha? – dalej drąży temat.

Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Historia związku Iwony podobna jest do poprzedniej. Jednak jest o wiele poważniejsza, bo dotyczy ważnych kwestii wspólnego życia.

Kiedy jesteśmy zakochane, patrzymy na partnera i związek przez różowe okulary, wierzymy, że nasze pomysły na życie, plany i marzenia dotyczą nas obydwojga, bo „przecież skoro się kochamy…”. Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo?

Dlatego powiedziałam Iwonie: – Nie wierz w te bzdury, że skoro on cię kocha, to myśli i czuje identycznie jak ty. Ty chcesz ślubu, dziecka, odkładania pieniędzy na mieszkanie, spędzania czasu w określony sposób, a tymczasem on myśli inaczej. I ma do tego prawo. Każde z was wyniosło z domu rodzinnego określone pomysły na związek, rodzinę, wyznawane wartości, priorytety. I każde wierzy, że jego pomysł jest najlepszy. Kiedy minie czas pierwszych zauroczeń, faza zakochania dojrzewa do decyzji przekształcenia się w zaangażowaną miłość, albo w… walkę, pełną rozczarowań i cierpienia. Zamiast liczyć, że uda ci się zmienić partnera, dobrocią bądź szantażem przekonać do własnej wizji, przygotuj się do poważnej rozmowy.

W ważnych sprawach nie warto improwizować

Satysfakcjonujący związek, tak samo jak satysfakcjonująca podróż, wymaga konkretnego planu. Dokąd chcecie razem dopłynąć? Jaki macie pomysł na wspólne życie? Co z waszą pracą? Czy (i ile) chcecie mieć dzieci? Jak lubicie spędzać wolny czas, jakie macie priorytety jako para? Te ustalenia to fundament związku i choć rozmowa może nie być łatwa, bez tego ani rusz. Tłumaczenie w stylu: „nie stać nas na ślub” czy: „jak wpadniemy to OK, ale póki co dobrze się bawmy” to z reguły ucieczka od problemu, chęć odwleczenia decyzji w czasie. Zamiast zastanawiać się, czy on cię kocha, zapytaj wprost, czy małżeństwo jest dla niego wartością, czy chce mieć dzieci. Jeśli o tym porozmawiacie, oszczędzicie sobie rozczarowań i cierpienia. W tak poważnych sprawach nie warto improwizować. Fajny seks czy wspólne pasje to za mało, by zbudować na tym stabilny związek. Z twoich i jego marzeń, oczekiwań, wartości i pomysłów na życie musicie zbudować część wspólną, w której obydwoje będziecie czuli się spełnieni i autentyczni.

Pamiętaj: Przynajmniej raz na pół roku warto zrobić bilans związku, by sprawdzić, czy wasza łódź dalej płynie w kierunku, który obojgu wam pasuje.

 

  1. Psychologia

Fundamentem szczęśliwej rodziny jest udane małżeństwo

- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
Konflikty w rodzinie są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa – mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. 

Wszystkim marzy się szczęśliwa rodzina. Od czego zaczynać jej budowanie?
Zastanówmy się, jak zaczyna się związek. Dwie osoby zakochują się w sobie, co jest stanem bardzo przyjemnym, ale jednocześnie szczególnym, bo widzi się wtedy u drugiej osoby tylko rzeczy pozytywne. Wydaje się, że znaleźliśmy kogoś idealnego, kto zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Ten stan nie trwa bardzo długo, potem powinno nastąpić wzajemne poznanie się i dostrzeżenie swoich wad i ograniczeń. Żeby jednak dwoje ludzi mogło się poznać, muszą ze sobą rozmawiać nie tylko o rzeczach zewnętrznych, ale też o sobie: co czują, co myślą, czego potrzebują, jakie mają poglądy na wiele spraw. I to jest bardzo ważne.

Czy nie sprzyja temu tak powszechna dzisiaj praktyka mieszkania razem przed ślubem?
Niekoniecznie. Dość często jest tak, że młodzi ludzie szybko zamieszkują ze sobą, a jeszcze szybciej, bez poznania się, dochodzi do seksu, a więc największej intymności. Jeśli ten pierwszy etap poznawania się zostanie przeskoczony, to może nie być już okazji, by to nadrobić. Pary, które bardzo szybko zaczynają ze sobą mieszkać, owszem, są ze sobą, ale na ogół bardzo dużo pracują albo szybko pojawia się dziecko i tak naprawdę się nie znają!

Jakie niebezpieczeństwa z tego wynikają?
Każdy wyobraża sobie wspólne życie inaczej, jeden chce, aby było tak jak w jego rodzinie, ktoś inny odwrotnie. Każda ze stron ma swoje oczekiwania, a wychowała się w innej rodzinie, w której obowiązywały inne normy, inaczej spędzało się wolny czas.

I co wtedy?
Ja bym optowała za rozmową. Dla wielu osób to jednak coś bardzo trudnego, bo w ich rodzinach się nie rozmawiało. Często większy problem mają z tym mężczyźni, co z kolei wiąże się z różnicami w treningu społecznym dziewczynek i chłopców – dziewczynki częściej rozmawiają ze sobą o uczuciach i potrzebach, zwierzają się swoim przyjaciółkom już jako kilkulatki. Chociaż nie zawsze jest tak, że to kobieta umie rozmawiać. Dla trwałości związku dwojga ludzi ważna jest ich dojrzałość.

Na czym ona polega?
Na tym, że znam siebie – umiem wyrażać swoje potrzeby, pragnienia – ale też liczę się z rzeczywistością, czyli z tym, że osoba, z którą jestem, też ma swoje potrzeby i one są równie ważne. Im jesteśmy dojrzalsi, tym łatwiej pogodzić nam się z tym, że nasz partner jest inny niż my oraz że daleko mu do ideału. Trzeba liczyć się z ograniczeniami – że nie zawsze może być tak, jak ja chcę – i ze sobą rozmawiać, czyli także słuchać. Bo dla niektórych rozmowa to monolog. I jeszcze jedno, jeżeli chcemy budować trwały związek, to jednak świat wartości i preferowany model życia – czyli to, jak postrzegamy rolę kobiety i mężczyzny, czy chcemy mieć dzieci itp. – powinny być zbliżone.

Pojawia się dziecko i często wraz z nim przychodzi poważny kryzys związku.
Bo już nie jesteśmy tylko we dwójkę, tylko dla siebie, ale pojawia się ktoś trzeci, kto potrzebuje nas obojga. To jest krytyczny moment, stawia inne wyzwania kobiecie, inne mężczyźnie. Często trudniej jest ludziom, którym dziecko rodzi się na początku, po krótkiej znajomości, czasem nieplanowane, ponieważ nie stali się jeszcze parą, nie nauczyli się wchodzić w dynamikę kompromisów, a już muszą funkcjonować we trójkę. Istnieje niebezpieczeństwo, że mama skupi się tylko na macierzyństwie i odsunie męża od siebie i dziecka. Młody mężczyzna na ogół sam nie będzie się wtedy dobijał o swoje miejsce.

O przepraszam, dzisiaj młodzi tatusiowie rwą się do opieki nad swoim potomkiem. W ogóle dzisiejsi rodzice chcą sami brać odpowiedzialność za wychowanie dzieci, a babcie z kolei nie palą się do zajmowania wnukami.
I to jest dobre. Młodzi rzeczywiście coraz częściej mówią do babci: My cię poprosimy, jak będziesz potrzebna. Wtedy istnieje większa szansa, że tata odnajdzie się w nowej roli.

Dziecko rośnie, a wraz z nim rosną potencjalne konflikty, bo ono też ma swoje zdanie, swoje pragnienia.
Konflikty są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa. Istnienie symbolicznego „pokoju rodziców” i „pokoju dziecinnego”, podsystemu „rodzice” i podsystemu „dzieci”.

Dzisiaj wielu rodziców pyta nawet małe dzieci o zdanie na każdy temat.
To bardzo szkodliwy dla dzieci model wychowania, w którym mogą one decydować o wszystkim od małego. Uczenie dziecka podejmowania decyzji to długi proces. Na początku robią to za nie rodzice. Potem z każdym rokiem zwiększa się zakres spraw, o których dziecko może samo decydować, no ale zawsze ważna jest przytomność mamy i taty. Przytomni rodzice, nawet jeżeli ich dziecko jest już nastolatkiem, pozostawiają sobie przestrzeń, w której to oni decydują. I jeżeli np. 13-letnia córka komunikuje, że idzie na prywatkę do nieznanych ludzi, mówią „nie”.

Tylko że czasem jest za późno na mówienie „nie” nastolatce.
Jest za późno, jeżeli ona o wszystkim wcześniej decydowała sama. To rodzice tworzą normy funkcjonujące w domu i w ten sposób budują bezpieczeństwo dziecka. Dzieci w wieku przedszkolnym, które mogą same wybierać, kiedy idą spać, co jedzą, dokąd idą, nie czują się bezpiecznie. I to jest ten paradoks. Bo rodzice myślą, że jak one będą decyzyjne od małego, to wyrosną na zdrowych emocjonalnie ludzi, a jest dokładnie odwrotnie. Dla dziecka bezpieczny świat to taki, w którym rodzice wiedzą.

Co powinni wiedzieć już na początku?
Dwie idee wydają się ważne. Pierwsza dotyczy budowania w sobie przekonania, że dziecko jest kimś odrębnym ode mnie, kimś, kto w pierwszych latach życia bardzo mnie potrzebuje, kto jest ode mnie zależny, ale ma własne potrzeby, cele, zadania i kiedyś odejdzie. Druga wiąże się z użytym przez angielskiego psychoanalityka D. Winnicotta terminem „wystarczająco dobrej mamy”. Rodzice mają być wystarczająco dobrzy, nie muszą starać się być idealni. No i rozmowa. Dzieci uczą się, słuchając, jak rodzice ze sobą rozmawiają, na ile sobie ustępują, jak się kłócą (bo przecież można się kłócić tak, żeby nie niszczyć drugiej osoby), i obserwując, jak się potem godzą. Gdy tata z mamą opowiadają o tym, co było w pracy, to dziecko też ma ochotę podzielić się tym, co wydarzyło się w szkole. A gdy przy kolacji jest włączony telewizor, to dziecko wyciąga swoje zabawki, a potem rodzice odkrywają ze zdumieniem, że nie znają swoich dzieci. Naprawdę można żyć pod jednym dachem i być od siebie daleko. Rozmowa jest kluczem do bliskości.

Barbara Smolińska dr nauk humanistycznych, certyfikowany psychoterapeuta i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Europejskiego Stowarzyszenia Psychoterapii. Członek Komisji Etyki Sekcji Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

  1. Seks

Trenuj seks, choć to nie sport

Seks to nie sport, ale element treningu jest w nim ważny. (Fot. iStock)
Seks to nie sport, ale element treningu jest w nim ważny. (Fot. iStock)
Zbyt długie przerwy w miłości fizycznej powodują zanik formy. Kiedy żyje się w parze, seks jest także obowiązkiem zaspokajania potrzeb partnera oraz treningiem naszych narządów płciowych – uważa seksuolog Krzysztof Korona.

Instynkt seksualny to potęga, jednak aby seks był udany, musimy też się go uczyć...
Seks w różnych epokach miał rozmaite formy, chociaż istota była taka sama, gdyż kieruje nim naturalny popęd. Jest w seksie sporo natury, wiele kultury, najwięcej psychiki. Seks to nie tylko technika. To skomplikowany i pełen możliwych awarii mechanizm. Dlatego mam wiele pracy jako terapeuta. Jest czego się uczyć i co ćwiczyć, ale też konieczne są uczucia, które też trzeba pielęgnować i rozwijać. Nauczyć się techniki nie jest trudno, ale uczuć – bardzo trudno, czasami nawet to niemożliwe, jeśli nie dostanie się w dzieciństwie miłości, ciepła i dotyku, czyli ducha i ciała. Kiedy jest miłość, zawsze towarzyszy jej dotyk. Ci, którzy nie byli pieszczeni w dzieciństwie, nie będą potrafili dotykać innych, nawet nie czują potrzeby bycia dotykanym. Dla nich seks ogranicza się do prokreacji. Czyli znika czułość, także sztuka dawania i brania przyjemności.

Zmiany obyczajowe są ważne. Co w seksie jeszcze niedawno było niedopuszczalne, staje się powszechne i jest uważane za normalne, np. seks oralny czy masturbacja. Coś, co było surowo zakazywane, nawet karane jako grzech, teraz bywa polecane.
Jeszcze nie tak dawno uważano, że masturbacja szkodzi, nawet jest zabójcza. Miliony ludzi dręczyły się z tego powodu. Do dzisiaj na półkach stoją podręczniki, w których piszą, że „to niebezpieczny proceder”. Profesor Tadeusz Bilikiewicz w książce „Psychiatria kliniczna” (wyd. 1979 r.) nazywa samogwałt zboczeniem, a młodych, którzy są w szponach tego nałogu, proponuje leczyć.

Głoszenie takich sądów to dzisiaj rzadkość i kuriozum.
Tak, ale prawdą jest też, że z masturbacją nie wolno przesadzać. Ten nawyk ma dużą siłę, bywa jak narkotyk i uzależnia, chociaż nie jest tak groźny. To jednak niepokojące, kiedy autoerotyzm blokuje seks partnerski. Trening niezbędny w sporcie nie jest tym samym w seksie, gdyż to jednak nie sport. A jeśli robimy z seksu sport, to źle.

Wszystko niemal, co dotyczy seksu, rozgrywa się w mózgu, w wyobraźni, w emocjach. Autoerotyzm nie buduje uczuć do partnera, sam jesteś partnerem, a to bywa pożywką dla narcyzmu.

A przecież wielu ludzi masturbuje się, myśląc o kimś z miłością. Podobnie jak liczni uprawiają seks z małżonkiem, marząc np. o żonie sąsiada.
Wyobraźnia nie zastąpi jednak życia. I podobnie jak w sporcie zbyt długie przerwy powodują zanik formy. Kiedy żyje się w parze, seks to także obowiązek zaspokajania potrzeb seksualnych partnera, który przez 20 lat w tym związku trochę stetryczał. Odpowiedzialność w seksie partnerskim to także trening narządów płciowych. Penis, którym żona się nie interesuje, przestaje sprawnie działać, a pochwa, której nie odwiedzał członek, nie stanie się wilgotna na zawołanie. Odpowiedzialny seks to także trening sprawności. Narządy płciowe żądzą się biologicznymi prawami. Nie dbasz o seks swojego partnera, to zacznij oszczędzać pieniądze, przydadzą się na prawnika albo na seksuologa lub psychiatrę, już nie mówiąc o wenerologu. Istnieją dowody, że ci którzy są aktywni seksualnie nawet do później starości, bywają nie tylko bardziej życzliwi na co dzień, ale też nie przesiadują w kolejkach do lekarzy. Ludziom brakuje dystansu do siebie, spojrzenia na siebie z boku, pisał Alex Comfort w „Radości seksu”. Twierdził, że gdyby ludzie mogli samych siebie oglądać podczas seksu, to seksuolodzy nie byliby potrzebni.

Są tacy, którzy poczuliby niesmak, oglądając siebie, wiele osób gasi światło, by móc idealizować swą nagość i partnera, podczas gdy tuż za ścianą coraz liczniejsze pary nagrywają seks. Czy rzeczywiście tak wiele to daje? Jeśli mówimy, że seks to nie sport, ale w dużej mierze wyobraźnia, to powiedzmy sobie, że wyobraźnię też można trenować.
Fantazje erotyczne to potężna siła, która pozwala na zachowanie sprawności seksualnej i jej, i jemu. Ten intymny świat jednak także wymaga treningu, kreacji i prawa do prywatności. Leczyłem kiedyś parę, która ustawicznie kłóciła się o to, że on nie chciał jej podczas uprawiania seksu odpowiadać na pytanie: „O czym teraz myślisz, kochanie?”. Dar wyobraźni nie jest przekazywany przez geny. Tego też warto się uczyć. Pozbawiona wyobraźni kobieta może być tylko zazdrosna o fantazje swojego męża.

Każdy w marzeniach chciałby chociaż raz stać się gwiazdą ekranu. Jedni idą na casting do serialu, inni włączają kamerę w komórce i kreują się na gwiazdę filmu o miłości. Seksuologom nic do tego, póki nie spotkają się z takimi odcinkami kiepskiego serialu w aktach sądowych, jak u pary, która kłóciła się przed sądem, kto kogo seksualnie molestował i sporządzał filmy pornograficzne bez zgody drugiej strony.

Ćwiczenia z kamerą dla poprawy sprawności seksualnej? O tym nie słyszałem, chociaż nie brakuje zapaleńców, którzy korzystają z mikrokamer, by szukać w pochwie zagadkowego punktu G, z jednym nawet spotkałem się w gabinecie. Cierpiał na impotencję spowodowaną natrętnymi myślami, że wagina może się zacisnąć podczas penetracji, a on nie będzie mógł wyciągnąć penisa. To był lęk, który – jak potem się okazało – przekazała pacjentowi zgwałcona matka, którą rodzina zmusiła, by urodziła niechciane dziecko. Straszyła syna konsekwencjami wkładania penisa do pochwy.

To skrajność. A na co dzień jaki błąd najczęściej popełniamy?
Błąd zaniedbania. Błędem jest przekonanie, że sprawność seksualna została nam dana raz na zawsze. Jeżeli para przestaje uprawiać seks, pojawią się pewnie zaburzenia przy próbie jego wznowienia. To nie jest pływanie czy jazda na rowerze. Aparat seksualny człowieka składa się z dwóch obszarów, które muszą być ciągle w użyciu, powinny być „trenowane”. Pierwsza to ogólna sprawność fizyczna. Potrzebny jest też trening emocjonalny. O emocje trzeba dbać jak o rośliny, pielęgnować je i podlewać.

Są już programy telewizyjne, gdzie spotykają się pary i na oczach widzów trenują różne formy seksu. I nie ma tam wcale wulgarności, chociaż to bywa mocne. Co o tym myślisz?
Niektórzy ludzie chodzą do siłowni. Podobnie uprawiają seks. Oni nie tylko opowiedzą, ale też pokażą przed kamerą różne pozycje. Seks jest jednak przede wszystkim czynnikiem więziotwórczym. Jak inaczej przetrwać trudy związku? Jest oczywiste, że rozwijające się libido musi być uzbrajane w narzędzia intelektualnej kontroli. Nawet kiedy jesteśmy bardzo głodni, to siadając w restauracji przy stoliku, nie rzucamy się rękami na podane przez kelnera jedzenie. Sztuki zaspokajania głodu można dziecko uczyć na dwa sposoby: warczeć i straszyć je rozlaniem zupy i nieodwracalnymi konsekwencjami poparzenia albo spokojnie pokazywać, jak należy posługiwać się łyżką i na czym polega sztuka wkładania łyżki do buzi, a wcześniej dmuchania. Mądrzy rodzice wychowują zdrowe i sprawne seksualnie dziecko, zdolne do zbudowania własnej rodziny.

Uczymy się nieustannie od siebie, jakbyśmy rzeźbili się nawzajem, tak jest nie tylko w erotyce. Ale znasz rozpacz kobiet, które pytają: „Czemu mężczyźni nie wiedzą, gdzie jest łechtaczka”. I żal facetów, że ona uważa seks oralny za zboczenie i grzech śmiertelny.
Grzeczne dziewczynki nie mają łechtaczki, a dobrze wychowani chłopcy nie wkładają swego ogonka dziewczynkom do buzi – taki model edukacji tylko pozornie mamy poza sobą. W moim gabinecie pojawiają się mężczyźni przyprowadzani przez żony, żeby im wytłumaczyć, że seks nie polega tylko na wpychaniu członka pomiędzy nogi. Zaznaczam, że nie są to panowie z diagnozą upośledzenia umysłowego. Koleżanki seksuolożki, do których częściej przychodzą kobiety, spędzają godziny na tłumaczeniu im, że od pocałowania członka nie zmienią się w żabę. Wbrew pozorom w dalszym ciągu nie rozmawiamy mądrze o seksie. Dlatego seksuolodzy nie narzekają na brak pracy. Polski seks, który znam z opowieści pacjentów w moim gabinecie lub dowiaduję się o nim, kiedy odwiedzam osadzonych w zakładach karnych albo słucham zwierzeń gwiazd ekranu, za często, niestety, przypomina rzeźbienie dłutem w twardej skale...

Często pacjenci proszą o szczegółowe rady jak zawodnicy trenera?
Pacjent trafiający do mnie jest zwykle jak dziecko we mgle, nie bardzo wie, jak mi TO opowiedzieć, a co dopiero prosić o szczegółowe rady. Na pewno nie podziała rada „trenuj seks, a będziesz zdrowy”. Seks to nie sport, co uparcie powtarzamy, ale element treningu jest w nim ważny. Za brakiem satysfakcji kryją się pokłady emocjonalnych śmieci, które muszą zostać podczas terapii uprzątnięte. Inaczej psują się. Seksualny partner to czuje, dlatego nie reaguje, jak powinien, i nie doświadcza tego, co przez delikatność nazywamy spełnieniem.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.

  1. Psychologia

Czy dzisiejsi mężczyźni są niedojrzali?

Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Mężczyźni są niedojrzali, ale zawsze tacy byli i… tacy już pozostaną. – Ta ich nieodpowiedzialność czasem pcha świat do przodu, choć bywa, że i w przepaść - mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z Renatą Mazurowską.

Obecnie powszechnie mówi się o kryzysie męskości. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie podobnej dyskusji o „kryzysie kobiecości”… i żeby to mężczyźni skarżyli się, jakie to my, kobiety, jesteśmy beznadziejne.
Każda płeć ma o drugiej jakąś część myśli krytycznych i jeśli to nie przekracza pewnej granicy, nie jest to nic strasznego. Są jednak mężczyźni, którzy naprawdę nienawidzą kobiet, tak samo jak są kobiety, które naprawdę nienawidzą mężczyzn. Czasem ta nienawiść bywa obsesyjna i szalona. Czemu tak się dzieje? To już złożona kwestia kliniczna, ale kobiety i mężczyźni nienawidzący drugiej płci potrafią być bardzo destrukcyjni. Natomiast co do kryzysu męskości, można spróbować umiejscowić jego początek, cofając się w czasie do Wielkiego Kryzysu, drugiej wojny światowej i do jej finału. Wielki Kryzys to był moment, kiedy mężczyźni z dnia na dzień musieli skonfrontować się z tym, że nie będą w stanie utrzymać swoich rodzin. Pierwszą masową reakcją na to doświadczenie była fascynacja totalitaryzmem. Wielu mężczyzn zapragnęło dokonać nadludzkich czynów i wywołali wojnę, w wyniku której zostało wiele rodzin, gdzie to kobieta była jedynym wychowawcą i głową rodziny.

Dzieci wojny wychowywały się bez ojców.
To tak zwane rodziny matryfokalne. W latach 50. i 60., gdy chłopcy wychowani w tych rodzinach stali się mężczyznami, byli już inni niż mężczyźni z lat 20. – prezentowali postawę pokojową, bardziej otwartą, tolerującą odmienności. Z drugiej strony poszukiwali różnych doznań seksualnych, słabo tolerowali monogamię. To są mężczyźni, którzy dorastali bez aktywnego udziału ojca jako męskiego przewodnika, co skutkuje – według rozmaitych badań – wyborem jednej z dwóch dróg: albo reprodukuje się najbardziej prymitywne wzorce, tworząc stereotypową agresywną męskość, albo idzie się drugą drogą – negując typowo męskie cechy charakteru, jak rywalizację, agresywność, aktywność, obronę swojego terytorium czy własności. Więc albo skinhead albo hipis. W tym samym czasie wydarzyło się coś jeszcze – doświadczenie drugiej wojny światowej pokazało, że stereotypowo męska, heroiczna i narodowa ideologia posunięta do skrajności może prowadzić do masowych zbrodni. Holocaust stał się wyrazistym znakiem ostrzegawczym z napisem „nie idź w tę stronę, tam się czai diabeł”. Wcześniej, przed drugą wojną światową, organizowano publiczne defilady wojskowe i ludność cieszyła się tym w sposób zupełnie bezwstydny. Dziś już wiemy, co jest na końcu takiej drogi, i obserwujemy podobne zgromadzenia z mieszanymi uczuciami.

Mężczyźni przestraszyli się własnej agresywności?
To, co najbardziej stereotypowo łączy się z męskością, np. wojowniczość, ma już w tej chwili inny wymiar etyczny niż dawniej. Przed pierwszą wojną światową kobiety z ruchu kobiecego, np. w Anglii, mężczyznom, którzy nie poszli na wojnę, przypinały białe piórko – miało ich zawstydzać: „nie idziesz na wojnę, znaczy jesteś tchórzem”. Po Holocauście nastąpiła kolosalna zmiana – i niewyobrażalna jest teraz sytuacja, żeby feministki chodziły z białymi piórkami i zawstydzały mężczyzn, którzy nie chcą iść na wojnę. Dlaczego? Bo po Holocauście inaczej już postrzegana jest agresywność mężczyzn. Współcześnie mężczyzna nie pozwala sobie na nią, bo przeciętny, ale świadomy Europejczyk wie, że bycie agresywnym to zawód (jest armia zawodowa), a nie atrybut męskości. To powoduje, że wartości pojmowane wcześniej jako typowo męskie znajdują się na indeksie zakazanych.

Ale kobiety nie mają żalu do mężczyzn, że ci nie idą na wojnę, raczej o to, że i tak nie ma ich w domu.
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. Pierwsze dwie są absolutnie prawdziwe, zawsze takie były i takie zostaną. Trzecie przekonanie jest jednak fałszywe. Mężczyźni wyśmiewani publicznie za chodzenie w podkoszulku i klapkach Kubota czują to samo, co by czuły kobiety czytające szyderstwa z nieatrakcyjnych kobiet. Hejt boli wszystkich tak samo. Ale mężczyźni się do tego nie przyznają.

Kobiety też się zmieniły – nasz obraz społeczny jest zupełnie inny niż naszych babek czy matek. Przejęłyśmy część męskich zachowań, często: bo musiałyśmy, czasem: bo chcemy. Zmiany odnoszą się do obu płci, bo dotyczą też całego świata.
Ostatnio wydarzyło się kilka rzeczy, które muszą zmienić naszą świadomość. Choćby to, że mamy broń masowego rażenia, która potrafi zniszczyć cały świat. Nie możemy doprowadzić konfliktu poza pewną granicę, bo zginie każdy bez wyjątku. Taka świadomość zmienia wszystko. W obrazie własnej osoby u kobiet też zaszła ważna zmiana choćby dlatego, że technologia umożliwiła rozdzielenie seksualności i prokreacji. Dawniej to było niemożliwe: kto uprawiał seks, musiał przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później będą z tego dzieci. Dziś można o tym nie myśleć. To zupełnie zmienia optykę. Sprawia, że wygląd stał się ważny jak nigdy, bo rywalizacja o partnera się nie kończy. W dzisiejszym świecie nic nie jest gwarantowane, więc współczesna kobieta czuje o wiele większą presję bycia atrakcyjną niż jej prababka. Mężczyzna natomiast może dowolnie długo, nawet do pięćdziesiątki, pozostawać w stanie niedookreślenia. Matrymonialnego.

A współczesne czasy mu sprzyjają. I to dlatego my jesteśmy tak na was wkurzone?
Może… Ale kobiety zawsze narzekały na mężczyzn. I co gorsza, miały i mają w tym narzekaniu sto procent racji. Tak było 500 lat temu i dwa tysiące, i w wiosce afrykańskiej, i w Nowym Jorku. W polskich wioskach jest dokładnie jak w afrykańskich: kobiety trzęsą domem, a mężczyźni siedzą z piwem pod sklepem – u nas, lub w kucki paląc różne zioła – tam. No i one tak pomstują cały dzień na tych wałkoni, na których nie da się patrzeć, albo na tych obsesyjnych, którzy poszli gdzieś tam za czymś i ich nie ma. To jest odwieczne, niestety.

To jaki jest współczesny mężczyzna?
Znajduje się teraz w wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony cały czas ma te same tendencje w sobie, te same marzenia i pragnienia, ale realizuje je nie na wojnie, a oglądając filmy sensacyjne czy grając w gry komputerowe – jednocześnie ma świadomość, że czasy, kiedy można było się wprost do swojej wojowniczości odnosić, bezpowrotnie minęły. I to też sprawia, że on się wycofuje w fantazje. Albo za kierownicę.

Z relacji z kobietą też się wycofuje.
To częsty przypadek w dynamice par. Mężczyzna, czasem od początku wycofany, spotyka dodatkowe wymagania oraz irytację, i cofa się do swojego świata. Znika. Im więcej wymagań i irytacji, tym znika jeszcze bardziej. Błędne koło.

Więc zgadzasz się z poglądem, że mężczyźni są niedojrzali?
Oczywiście – nie są i nigdy nie byli. Bo co to znaczy „dojrzały”? Mężczyzna dojrzały to całkowicie przystosowany do funkcji społecznych: jest dobrym ojcem, wierny jednej partnerce, konstruktywny w sprawach domowych, dba o przyszłość…

Ironizujesz?
Trochę. Nie pije nadmiernie, odgaduje myśli partnerki, pamięta o urodzinach, cechuje go odpowiedzialność, jest przewidywalny, ma poważne zamiary… Oczywiście, mężczyźni spełniają pewne wymagania z tej listy, ale jeśli traktować je jako całość, to mówimy chyba o jakiejś postaci mitologicznej. Taki mężczyzna, który nie miałby w sobie odrobiny pewnego nieprzystosowania do tego, czego kobieta się od niego domaga, i nie poszedłby od czasu do czasu do lasu, nie wypłynął w rejs albo choćby nie poszedł upić się do baru…

…czy nie zamknął się z samochodem w garażu…
…no taki mężczyzna byłby pozbawiony elementu, który pcha świat do przodu, czyli pewnego rodzaju wariactwa. To mężczyźni wsiedli na drewniany statek szukać nowych lądów, nie mając kompletnie wiedzy, dokąd naprawdę płyną i co się kryje za horyzontem.

I odkryli Amerykę.
Płynęli na konstrukcji z desek, nie mając GPS-a ani pojęcia, jak długo będzie ta podróż trwała. Przeszli granicę, za którą nie starczyłoby prowiantu na powrót, ale płynęli dalej. Z perspektywy dorosłego zrobili coś całkowicie nieodpowiedzialnego. Czy dojrzały mężczyzna dopuściłby się czegoś takiego? To może zrobić tylko kompletny wariat, z którym nie da się żyć! Ale kobieta i tak będzie na niego czekała, narzekając na to, że go nie ma.

I że ze wszystkim jest sama. Niewiele się zmieniło…
Zobacz, co Budda zrobił swojej kobiecie. Wyszedł w nocy, tuż po urodzeniu się własnego syna! Swojemu dziecku dał na imię Przeszkoda (Rahula)! Co ona musiała wtedy czuć? A czy jakaś kobieta chciałaby mieć dzieci z Jezusem? Przychodzi taki pewnego dnia i mówi: „Wiesz, fajnie, że jesteś w ciąży, ale właśnie miałem wizję i jutro tu przyjdą, zabiorą mnie i do krzyża przybiją. A później będziecie musieli chyba gdzieś wyjechać, bo tu nie będziecie mile widziani. Rozumiem, że jesteś zła, ale to dla mnie ważne. Mam misję”. No przecież ona by go chyba na miejscu zabiła. Dojrzały mężczyzna nie tworzy religii, bo jest odpowiedzialny za rodzinę. Jednak w świecie bez religii nie ma gdzie wziąć ślubu, bo nie ma na co przysięgać.

Czyli z jednej strony mężczyzna się zamracza, ale z drugiej odkrywa nowe lądy?
Albo w ogóle nic nie robi. To najbardziej współczesny model. Siedzi w pokoju i klika. W Japonii mają na to już nawet nazwę – hikikomori. Facet, który odmówił wszystkiego w ogóle.

Paweł Droździak psycholog, psychoterapeuta, współautor książki „Blisko nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”.

  1. Psychologia

Codzienność to test dla związku

Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
„I nie opuszczę cię aż do śmierci!” No tak, ale… nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! Los nie raz jeszcze wystawi nas na ciężkie próby, chorobę, zdradę, a nade wszystko na... nudę. Jak dać radę trudom codzienności, mówi psycholog Mariola Kosowicz.

Codzienność nie jest zabójcą miłości?
Nie. Jest testem naszych zaniedbań. Obiecaliśmy sobie być razem w zdrowiu i chorobie. Mijają lata, a wspólna codzienność okazuje się szara, pusta i nudna, a czasami, zupełnie niespodziewanie, do drzwi puka: choroba, problemy finansowe czy zdrada. Codzienność to także mój ból brzucha, jego katar, wspólne troski, skąd wziąć pieniądze na rachunki. Odpowiedzialne i dojrzałe wchodzenie w związek oznacza akceptację również tego, że może być trudno, bo miłość to nie krótkotrwała emocja, tylko relacja, którą buduje się każdego dnia. To ciągłe dorzucanie do pieca, żeby ogień nie wygasł.

Kiedy wygasa, to…
Budzimy się osobno, nawet jeśli leżymy w tym samym łóżku. Z niechęcią patrzymy na partnera, ożywają pretensje z przeszłości. Trwa codzienność, która nie łączy. To bardziej przymus trwania w związku: dla dobra dzieci, wspólnego konta w banku, z przyzwyczajenia albo lęku przed samotnością. Ale może być inaczej: kiedy związek jest dobrem w naszym życiu, to uśmiechamy się do siebie nawzajem i w naturalny sposób czujemy, że bez tej drugiej osoby ten dzień byłby smutny. Tęsknimy, kiedy partner wyjeżdża. W ciągu dnia, nawet najbardziej zajęci pracą, wysyłamy sobie ciepłe wiadomości, nawet te formalne: ,,Kup chleb” z emotikonem buźki. ,,Wracam do domu” oznacza wówczas nie powrót do czterech ścian, ale spotkanie z ludźmi, którzy są dla nas ważni.

Większość z nas łudzi się, że tak właśnie będzie, a potem gubimy drogę do dobrej codzienności. Codzienność jest wielką niewiadomą. Każdy z nas ma takie „kawałki” siebie, które bywają trudne w relacji, ale dojrzały partner jest w stanie przyjąć nas w całości. A my jego. Kiedy spotykamy drugą osobę, widzimy w niej, a raczej chcemy widzieć, głównie to, czego pragniemy: bratnią duszę, drugą połówkę... I wystarcza to na pierwszy moment bycia razem. Bieg dni bezlitośnie obnaża jednak prawdę. Pojawiają się poważne sygnały świadczące o tym, że partner nie jest do końca taki, jak nam się wydawało, ale z lęku, wygodnictwa lekceważymy to, mówiąc: ,,jestem przewrażliwiona”, albo: ,,on się zmieni”, „wszyscy mężczyźni tak mają, czego tu się spodziewać”. Zamiast  szukać coraz bardziej nieskutecznych form zaklinania rzeczywistości typu: ,,może kiedyś się zmieni”, lepiej dla związku, i w konsekwencji zdrowiej, zmierzyć się z problemem i  porozmawiać o tym. Zacząć na przykład: ,,Obydwoje mamy kłopotliwe nawyki. Nasza codzienność zaczyna być walką. Zróbmy coś z tym”. Niestety, wiele związków nic z tym nie robi. Tymczasem chęci jednej strony nie wystarczą. Ja chcę rozmawiać, a on/ona mówi: „ciągle się czepiasz, jak ci się nie podoba, to sobie zmień”. I tak tkwią przy sobie z musu, każde na swój sposób uciekając od smutnej prawdy o związku. A kiedy wyjeżdżają na wakacje, zabierają ze sobą znajomych po to, żeby nie być tylko we dwoje. To nie codzienność jest trudna czy smutna, to my bywamy byle jacy. Nie dorzucamy do pieca, chcemy budować związek na tej początkowej fascynacji. Albo z czasem uzurpujemy sobie prawo do wyłączności względem drugiej osoby.

 
Chodzę po domu w poplamionym T-shircie, a on rozrzuca brudne skarpetki?
Każdego dnia mamy doskonałe pomysły na zakupy czy pracę, ale najmniej planów mamy na jakość życia emocjonalnego. Dlatego wszystko zrzucamy na czynniki zewnętrzne, m.in. nudną codzienność. Przestajemy być dla siebie atrakcyjni i to nie tylko w sensie zewnętrznym, ale przede wszystkim psychicznie, emocjonalnie i intelektualnie. Przestajemy troszczyć się o siebie nawzajem i coraz częściej to ktoś z zewnątrz staje się tym atrakcyjnym i bardziej bezpiecznym powiernikiem naszych trosk, kimś, komu czujemy się potrzebni. Dopuszczamy się zdrady, ale tłumaczymy to sobie na różne sposoby. Komentując rozwód koleżanki, mówimy: ,,Nic dziwnego, że po dwudziestu latach małżeństwa odszedł od niej do młodej sekretarki. Zabiła ich codzienność”. Tymczasem to nie codzienność zawiniła, ale bylejakość. Byle jak komunikujemy się ze sobą, byle jak spędzamy wspólne chwile, byle jak wyglądamy, bo „dla kogo mam się w domu stroić?”. Odzieramy codzienność z atrakcyjności. Nierzadko dopiero wtedy, gdy pojawia się kryzys, przypominamy sobie, że jednak zależy nam na nim czy na niej i przywołujemy na ratunek odświętność. Niektóre kobiety, kiedy dowiadują się, że są zdradzane, biegną do sklepu po zmysłową bieliznę, idą do fryzjera. I nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że rzeczywiście dostrzegły swój udział w bylejakości wspólnego życia. Co oczywiście nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla zdrady.

I nie ma co zwalać winy na nudną, szarą teraźniejszość?
Świat nie może brać odpowiedzialności za jakość naszej codzienności, on ją tylko przynosi. Czyja to wina, że w wielu domach już nawet nie rozmawia się o problemach, bo nie ma z kim, bo każda próba jest ucinana krótkim: ,,Ty znowu swoje”, albo: ,,Przestań truć!”. Dom powinien być miejscem, w którym mamy czasami prawo pomarudzić, mieć gorszy dzień czy się polenić. Być naszym azylem. A rodzina jako system ma być zamknięta, hermetyczna w tym sensie, że jeśli coś się dzieje między mną a mężem, to rozmawiam o tym z nim, a nie z przyjaciółką. Bezpieczeństwo systemu polega na tym, że nie ma pustej przestrzeni, w którą mogą wejść: alkohol, czasochłonne hobby czy kochanek, czyli to wszystko, co zapełni pustkę.

Może więc czasem trzeba dodać ognia, zorganizować romantyczny wyjazd we dwoje?
Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Trzeba się lubić, a wówczas możemy kochać się raz w miesiącu i mieć z tego prawdziwą satysfakcję, wyjeżdżać raz na jakiś czas i czerpać z tego przyjemność. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. Można przecież spotykać się w sypialni co noc, a w ciągu dnia lekceważyć się i nie szanować. Ilość seksu, wspólnych wieczornych wyjść czy wspaniałych wyjazdów nie świadczy bynajmniej o jakości związku. Razem można się też fajnie nudzić, a kiedy jest za nudno, jedno może zaproponować: ,,Może byśmy coś zrobili?”, a drugie spytać: ,,Wychodzimy na kolację czy smażymy naleśniki?”. I nie potrzeba fajerwerków.

Czasami poszukujemy tych fajerwerków na zewnątrz, zamiast w związku.
To prawda. Kiedy nasze zadowolenie uzależniamy od dobrej pracy, świetnych przyjaciół czy ekskluzywnych przedmiotów, to kiedy to tracimy, codzienność staje się okrutna, a świat do niczego. Tymczasem o wiele ważniejsze jest to, czy lubimy siebie, czy życie z nami może dawać satysfakcję naszym bliskim i nam samym. Bez tej świadomości obudzimy się w wieku 40, 50 lat z refleksją, że emocjonalne CV naszego związku jest bardzo ubogie. Rozpraszając się na poszukiwanie ekscytacji na zewnątrz, gubimy coś ważnego. A przecież do związku wnosimy jakość każdego dnia. Warto tak sobie zaplanować dzień, żeby nie wracać do domu wyczerpanym, ale mieć siłę na pobycie z rodziną, wspólną kolację czy rozmowę.

A co z traumatycznymi wydarzeniami, które spadają na związek?
Nie muszą go zniszczyć, ale na pewno weryfikują prawdę o nim. Kryzysy są i będą częścią życia człowieka, związku, rodziny. Na jedne pracujemy sami, inne, jak choroba czy śmierć osoby bliskiej, pojawiają się nieproszone. Z psychologicznego punktu widzenia, to nie kryzys jest największym problemem, ale to, w jaki sposób sobie z nim radzimy. Na przykład życie z poważną chorobą w rodzinie, to wielkie wyzwanie dla każdej ze stron i jest czymś naturalnym, że potrzeba czasu, żeby się w tym odnaleźć. Rodzina korzysta wtedy ze znanych systemowi zachowań zaradczych. Jedni biegną w pogoni za jeszcze lepszym lekarstwem (którego często nie ma) w myśl: ,,im więcej dla ciebie robię, tym bardziej cię kocham”. Inni potrafią rozmawiać, wspólnie popłakać, pośmiać się i dbać o dobrą jakość każdego dnia. Jeszcze inni odkrywają, że są sobie bardziej obcy niż myśleli. Bywa również, że choroba osoby bliskiej jest dla zdrowego partnera sytuacją nie do udźwignięcia, bo „to on zawsze dbał o mnie, nie mam siły tego znosić” – i sam zaczyna chorować albo znajduje sobie następnego opiekuna. Nierzadko choroba odwraca role w związku, każe nauczyć się nowych. Udowadnia także, że codzienność to pogodzenie się z tym, co przynosi nam życie, nie rezygnacja, ale akceptacja.