1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak wejść w kolejny związek

Jak wejść w kolejny związek

123rf.com
123rf.com
Druga szansa w życiu? Zobacz jak jej nie zmarnować…

1. Rozlicz się z pierwszym związkiem – przeżyj żałobę, uznaj stratę. Bądź samodzielna społecznie, ekonomicznie i emocjonalnie.

2. Odczaruj „wasze” miejsca
– upewnij się, że nie ściska cię w dołku w kawiarni, do której zawsze chodziliście, czy na dźwięk „waszej” piosenki, oraz że raczej stronisz od miejsc, w których mogłabyś go spotkać.

3. Rozpoznaj i uznaj swoje błędy – to nieprawda, że za rozpad więzi
zawsze są w równym stopniu odpowiedzialne dwie strony, ale nadmierne staranie się też może być błędem. Uświadom sobie potencjalne pułapki (np. potrzebę bycia uznaną, dowartościowaną) i popracuj nad tym, by nie szukać realizacji swoich deficytów w kolejnym związku.

4. Poznaj nowego partnera
– daj sobie czas, by znajomość się rozwinęła, szybkie wchodzenie w nową relację, podobnie jak szybkie jej odrzucenie, może dowodzić, że kierujesz się głównie emocjami.

5. Nie idealizuj, nie próbuj zmieniaćw dojrzałych relacjach oprócz miejsca dla wspólnych spraw jest także miejsce na autonomię obu partnerów
. Uszanuj wolność i odmienność zarówno swoją, jak i partnera.

6. Bądź otwarta i szczera
– nie udawaj kogoś, kim nie jesteś. Mów o swoich obawach i lękach, nie zważając na to, jak zostaniesz oceniona i odebrana. Jeśli źle – to lepiej zrezygnować zawczasu, niż potem brnąć w coś, w czym nie czujesz się sobą.

7. Otwórz się na nowe
– stwarzaj kolejne rytuały i porządki, nie zabieraj przeszłości do nowego związku.

8. Buduj na pozytywach
– nie doszukuj się trudności i przeszkód, choć, oczywiście, ich nie bagatelizuj, jeśli są poważne. Ciesz się towarzystwem drugiej osoby, dbajcie nawzajem o siebie.

Przeczytaj więcej w artykule Budowanie kolejnego związku

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Od zakochania do dojrzałego związku

W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
Podstawą dojrzałego związku są wspólne cele, bagatelizowane na początku różnice mogą stać się przeszkodą nie do pokonania - tłumaczy Marta Wołowska-Ciaś, terapeutka Gestalt.

W początkowej fazie znajomości zakochani najchętniej w ogóle nie rozstawaliby się. W pewnym momencie to „zakleszczenie” się kończy. Zakochanie to faktycznie wyjątkowy moment w związku. Można powiedzieć - niepowtarzalny, pod wieloma względami. Wszystko dzieje się po raz pierwszy: pierwsze spojrzenia, spotkania, dotyk,  potem: wyjawianie tajemnic, rozmowy o przeszłości, dzieciństwie, planach na przyszłość, pocałunki, intymne kontakty…  To budzi niesamowicie pozytywne uczucia. Ekscytacja i niemal euforia towarzyszą każdemu spotkaniu, oczekiwaniu na telefon, rozmowę, wiadomość. Po kilku tygodniach partnerzy spotykają się coraz częściej, spotkania trwają coraz dłużej i dochodzi do nich w bardzo różnorodnych sytuacjach. To już nie tylko randki w kinie i kolacje przy świecach, ale wspólne weekendy, wyjazdy we dwoje, poznawanie znajomych. Zakochani stają się coraz mniej zahamowani i bardziej skłonni do wzajemnego pochwalania się i ganienia. Stają się bardziej empatyczni, rozwijają swoje własne zwyczaje, systemy porozumiewania się, scenariusze wzajemnych kontaktów.  

Jak wykorzystać ten proces dla budowania dojrzałej relacji? Od początku ważna jest szczerość i uczciwość w związku, a także bycie w kontakcie z samym sobą, świadomość własnych uczuć tu i teraz. Dzielenie się zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi myślami i odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby jest podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu.

Na przykład? Kiedy osoba jest świadoma swoich własnych uczuć w danym momencie - warto pamiętać, że są to: złość, smutek, radość, strach - ma wolność wyboru i zachowania. Kiedy partner spóźnia się na kolację albo spotkanie może powiedzieć: „Jest mi przykro, kiedy nie przychodzisz punktualnie. Czuję się wtedy dla ciebie mało ważna. Możemy o tym porozmawiać?”. Albo: „Złości mnie, kiedy umawiasz się ze mną, a przychodzisz razem z koleżanką. Oczekuję, że będziesz to ze mną omawiała w przyszłości, dobrze?”.

Aby związek mógł przejść w kolejną fazę, potrzebne są wspólne cele. Nie muszą być identyczne. Jednocześnie wspólne planowanie, rozmowy na temat przyszłości mogą korzystnie wpłynąć na cementowanie relacji. Jeśli cele nie będą zsynchronizowane co do głównych założeń, takich jak na przykład posiadanie albo nie dziecka, miejsce zamieszkania, jeśli zbagatelizujemy te różnice na początku, to potem mogą się okazać przeszkodą w stworzeniu trwałego związku.

Kiedy związek zaczyna dojrzewać? Kiedy mija pierwsza faza związku (około 8-9 miesięcy), „partnerzy silniej odczuwają, że ich indywidualny interes jest nieodłączny od istnienia i jakości łączącego ich związku.[...] Coraz częściej i silniej występują jako para (a nie dwie jednostki) w relacjach z innymi ludźmi. [...]  Zwiększają wysiłek wkładany w związek, podwyższając w ten sposób jego ważność we własnej przestrzeni życiowej"*. To także czas, kiedy budujemy swoje granice w związku. Dlatego tak bardzo ważna jest świadomość własnych granic. Gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynasz się ty? Samo zadawanie sobie takiego pytania w związku, rozmowa o tym może zwiększyć naszą wiedzę i odczuwanie samych siebie.

Jak stawiać granice w związku, żeby nie zranić partnera? Drogowskazem w stawianiu granic powinny być nasze uczucia i znajomość własnych potrzeb. Warto szukać odpowiedzi na pytania: „ jak ja się czuję, kiedy mój partner proponuje to czy tamto albo zachowuje się w stosunku do mnie w taki albo inny sposób? ”, „czego potrzebuje, chcę, co tak naprawdę lubię?”.  Jeśli będziemy przekraczać siebie, nie wyjdzie nam to na dobre, a tym bardziej nie przysłuży się relacji. Wcześniej czy później „wyjdzie”, być może bocznymi drogami, w nieadekwatnej sytuacji, nasza złość czy zranienie.

Ale może się zdarzyć, że postawienie granicy będzie raniące dla partnera. Wtedy konieczna jest rozmowa, żeby zrozumieć, co kryje się za taką sytuacją. Być może nasze zachowanie przypomina mu jakieś niedokończone sytuacje z przeszłości i otwiera niezabliźnioną ranę. Może ma inny system wartości, wychowanie, wiarę, zasady i stąd mogą wynikać jego uczucia. Tego nie wiemy. To może oczywiście dotyczyć nas samych. Dlatego im bardziej jesteśmy świadomi siebie, tym łatwiej budować dobre relacje. Stawianie granic to wyraz troski i szacunku do siebie i do partnera. I pamiętajmy: asertywność to nie tylko umiejętność mówienia NIE, ale także mówienia TAK.

*cytaty pochodzą z: B. Wojcieszke „Psychologia miłości”

  1. Psychologia

Czy czas to dla kobiety wyrok? To, co musimy utracić

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Fragment książki "To, co musimy utracić" Judith Viorst

Nie ominie nas żałoba z powodu utraty naszych bliskich. Ale czeka nas także żałoba z powodu utraty dawnych form naszego „ja” – wszystkich wcześniejszych sposobów określania samych siebie. Potrzebę definiowania siebie na nowo rodzą zmiany w naszym ciele. Prowadzi do niej wszystko, co przeżyliśmy do tej pory. Kierują wszystkie formy, w jakich postrzegają nas inni ludzie. I jest kilka takich chwil w życiu, kiedy będziemy musieli zrezygnować z dawnego obrazu nas samych i żyć dalej bez oglądania się wstecz.

Różne okresy i fazy w życiu człowieka, ich charakter i wiążące się z nimi zadania, zostały określone i opisane między innymi przez Konfucjusza, Solona, Talmud, Szekspira, Erika Eriksona, Gail Sheehy, Elliota Jaquesa, Rogera Goulda i Daniela Levinsona. Współczesne badania pokazują, że w rozwoju dorosłego człowieka istnieją dające się przewidzieć stadia, chociaż trzeba dodać, że poszczególni ludzie przechodzą przez nie w skrajnie odmienny sposób. Z badań tych wynika też, że w ramach ogólnej struktury, wewnątrz której wypracowuje się odrębny los każdego z nas, mamy do czynienia na przemian z okresami stabilizacji i transformacji.

W okresach stabilizacji nadajemy pewien kształt własnemu życiu – dokonujemy kluczowych wyborów, dążymy do pewnych celów. W okresach transformacji podważamy fundamenty zbudowanej przez nas struktury – stawiamy pytania, badamy nowe możliwości. Każda poważna przemiana to kres poprzedniej formy naszego życia, z którym wiąże się – jak pisze Levinson „pewne zakończenie, proces rozłąki lub utraty”. Następnie mówi: „Zadanie, jakie czeka nas w okresie przemiany rozwojowej, to położyć kres realizacji czegoś w naszym życiu; nauczyć się akceptować straty, jakie to położenie kresu możliwościom niesie ze sobą; zrewidować i ocenić własną przeszłość; zdecydować, które jej aspekty należy zachować, a które odrzucić; rozważyć własne pragnienia i możliwości odnośnie do przyszłości. Musimy wyrzec się sporej części naszej przeszłości, musimy się od niej odciąć, oddzielić ją od naszego życia, odrzucić ją z gniewem i zrezygnować z niej ze smutkiem i żalem. Wiele elementów przeszłości może jednak stać się fundamentem przyszłości. Musimy dążyć do zmian zarówno w nas, jak i w otaczającym nas świecie”.

W trakcie tych zmian z niemowlaka stajemy się dzieckiem, potem nastolatkiem, a następnie wchodzimy w kolejne stadia dorosłości. Pierwsze stadium to transformacja z okresu wczesnej dorosłości, czyli stadium zrywania ze światem poprzedzającym dorosłość, przypadające między siedemnastym a dwudziestym drugim rokiem życia. W trzeciej dekadzie życia podejmujemy pierwszą stałą pracę, obieramy konkretny styl życia i wstępujemy w związek małżeński. Rewizji naszych decyzji dokonujemy pod koniec lat dwudziestych i na początku lat trzydziestych w fazie transformacji lat trzydziestych, kiedy to dopełniamy nasze życie o to, czego mu brakuje, modyfikujemy część własnych postaw i poglądów, a część odrzucamy. Między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia stabilizujemy się, angażujemy w pracę, w życie towarzyskie, w życie rodzinne, w życie społeczności lokalnej i tak dalej. Około czterdziestego roku życia dochodzimy do okresu w życiu, będącego pomostem między wczesną dorosłością a wiekiem średnim. Levinson nazywa ten czas okresem przejściowym wieku średniego. Dla większości z nas to czas kryzysu wieku średniego. Ja też miałam taki kryzys:

Co począć mam z kryzysem wieku średniego? Dopiero co rankiem miałam siedemnaście lat. Ledwie zaczęłam tańczyć, a już słyszę Dobranoc, miłe panie. Tak szybko. Jeszcze zastanawiam się, kim zostanę, jak dorosnę, A już trądzik zniknął mi z twarzy i strzyka mi w kolanie; Tak szybko. Dlaczego mam wrażenie, że pamiętam Pearl Harbor? Na pewno byłam wtedy za mała. Kiedy chłopcom, z którymi niegdyś szłam pod ramię, Zaczęły wypadać włosy? Dlaczego nie mogę już chodzić boso po parku i nie przeziębić nerek? Tyle we mnie jeszcze poezji i dlatego zdaje mi się, że to niesprawiedliwe. Podczas gdy myślałam – „Jestem jeszcze dziewczyną” Przyszłość zmieniła się w przeszłość. Czas na szalone pocałunki płynie szybko i pora już na Neskę bez kofeiny. Tak szybko.

Są tacy, którzy wypowiadają się wciąż z niczym niezmąconym optymizmem o tym okresie naszego życia, kiedy nasza skóra i małżeństwo tracą swój blask, kiedy tyle młodzieńczych marzeń zamieniło się w proch i kiedy, mimo iż w głębi serca mamy zaledwie siedemnaście lat, reszta nas dociera powoli do zenitu życia. Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Jeśli Sophia Loren to przykład wieku średniego, to nie jest tak źle, jak ludzie mówią. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, czekających na nas po drugiej stronie szczytu, na który się wspinamy, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Możemy oczywiście starać się wmówić sobie, że nie zmieniliśmy się od czasów studiów, ale będzie to trudne. Ponieważ – czego nie da się ukryć – gdy byliśmy na studiach nie mieliśmy obwisłych powiek, a gdy przestawaliśmy się śmiać, na twarzy nie zostawały zmarszczki. Możemy też próbować przekonywać siebie, że mamy tyle lat, na ile się czujemy, ale ten idiotyczny slogan to jedynie odsunięcie problemu na dalszy plan. Jeśli bowiem dziś przed pójściem do łóżka wypijemy kawę, to obudzimy się o drugiej w nocy i nie będziemy mogli zasnąć. I jeśli przed snem zjemy pizzę, zerwiemy się nad ranem z bólem żołądka. I jak tu czuć się młodo? Możemy wreszcie wmawiać sobie, że w połowie życia jesteśmy bardziej sexy niż kiedykolwiek przedtem. To może być prawdą. Ale musimy się też zmierzyć z inną prawdą, że być może wzbudzamy teraz więcej szacunku niż pożądania. A jesteśmy niezbyt przygotowani na to, by zadowolić się jedynie szacunkiem. (…)

Utrata korzystnego wyglądu w wieku średnim jest o wiele boleśniejsza dla kobiet niż mężczyzn, ponieważ ci mogą mieć zmarszczki, być łysi i posiadać inne piętna czasu, a nadal będą postrzegani jako osoby seksualnie atrakcyjne. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę może znaleźć wiele gotowych odpowiedzi na zaloty trzydziestolatek; ma teraz pieniądze i władzę, których nie miał w młodości. I chociaż zestarzał się, może wyglądać atrakcyjniej dzięki swej pewności siebie, zmarszczkom pod oczami i włosom przyprószonym siwizną.

Inaczej sprawa się ma – jak pisze Susan Sontag – z kobietą.

„W życiu kobiety, o wiele bardziej niż w życiu mężczyzny, liczy się atrakcyjność fizyczna. Tymczasem piękno, utożsamiane w przypadku kobiet z młodością, nie dotrzymuje kroku wiekowi. (...) Kobiety stają się seksualnie nie do zaakceptowania znacznie wcześniej niż mężczyźni”.

Dlatego właśnie kobieta boi się starości, bo postępujące lata pozbawią ją jej mocy seksualnej zdolnej zwabić mężczyznę. Jedna z kobiet, która w wieku czterdziestu pięciu lat nie porażała już mężczyzn swym widokiem, przyrównała z goryczą ten fakt do kastracji. Jednak ani ta moc, ani gorączkowe współzawodnictwo o to, by być zawsze najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, które właśnie zebrały się w tym pokoju, nie tłumaczą do końca tego, że wiele kobiet przygląda się swemu gasnącemu pięknu ze świadomością nieuchronnego wyroku, jaki wydał na nie czas. Musimy bowiem pamiętać także i o tym, że skoro młodość łączy się z urodą, uroda z atrakcyjnością seksualną, a ta z kolei pozwala zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę, zatem upływ lat, odciskający swe piętno na urodzie, może wywołać w kobiecie przeraźliwy lęk przed porzuceniem.

„Mój mąż z pewnością przehandluje mnie na młodszy i ładniejszy egzemplarz – tak mniej więcej brzmi okrutna myśl rodząca się w wielu kobiecych głowach. – Żaden inny facet mnie nie zechce i będę musiała spędzić resztę życia w samotności”.

To jeden z koszmarów wieku średniego, które często się urzeczywistniają.

„Większość mężczyzn, gdy się starzeje, przeżywa smutek i obawy – pisze Sontag. – Ale kobiety przeżywają własne starzenie się boleśniej, bo ze wstydem. Dla mężczyzny starzenie się to przeznaczenie, coś, co musi się zdarzyć, bo przecież jest się człowiekiem. Dla kobiety to nie tylko przeznaczenie, lecz także stan całkowitej bezbronności”.

Nawet jeśli kobieta nie zostanie porzucona przez mężczyznę, gaśnięcie urody odbierane jest przez nią – bo rzeczywiście tak jest – jako strata. Odbierane jest jako utrata swej władzy i możliwości. (…)

I być może zaczną nachodzić nas myśli, że teraz będzie już tak zawsze i że będziemy musiały rezygnować ze wszystkiego po kolei. (…) Czujemy się rozbici. Przerażeni. Nie czujemy się bezpiecznie. Zdaje się nam, że „wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze”. Nagle naszym przyjaciołom, a może i nam samym, przytrafiają się romanse, rozwody, ataki serca, rak. Niektórzy z nich – mężczyźni i kobiety w naszym wieku! – już zmarli. I kiedy także i u nas pojawiają się bóle i dolegliwości, zaczynamy z konieczności odwiedzać internistów, kardiologów, dermatologów, ortopedów, urologów, stomatologów, ginekologów i psychiatrów, i od każdego z nich oczekujemy uspokajającej porady: „Proszę się nie martwić, będzie pan/pani żył/żyła wiecznie”. (…)

Każdy doświadczany ból i każda zmiana i zmniejszenie się możliwości naszego organizmu to oznaki naszej śmiertelności. I kiedy przyglądamy się, jak łagodnie, a czasem raptownie, podąża ku schyłkowi życie naszych ojców i matek, zaczynamy pojmować, że wkrótce zniknie tarcza oddzielająca nas od śmierci, że kiedy oni znikną, przyjdzie kolej na nas.

Co więcej, gdy nad naszymi rodzicami bierze górę starość, ich potrzeby zaczynają pochłaniać nasz czas i burzyć nam spokój. Zostajemy znowu wplątani w ich życie, a nasze rozmowy z nimi przez telefon obracają się bez przerwy wokół pieniędzy i zdrowia. Nasze dorosłe już dzieci same mogą zatroszczyć się o siebie, ale czy owdowiała mama lub ojciec mogą żyć bez niczyjej opieki? Z niecierpliwością i niechęcią, towarzyszącymi naszej miłości, a czasem biorącymi nad nią górę, a także ze smutkiem i poczuciem winy, zaczynamy przystosowywać się fizycznie i emocjonalnie do rosnącej zależności rodziców od nas.

Gdy wchodzimy w wiek średni, dostrzegamy, że naszym przeznaczeniem jest stać się rodzicami własnych rodziców. Niewielu z nas włączyło dotąd ten fakt do swego życiowego planu. Jako odpowiedzialni dorośli ludzie staramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, chociaż nie ulega wątpliwości, że bardziej nam się podobało, gdy byliśmy rodzicami naszych dzieci.

Ale i to – jak się przekonujemy z rosnącymi wciąż mieszanymi uczuciami – powoli zbliża się do kresu. Dzieci bowiem stopniowo nas teraz opuszczają, wyprowadzając się do innych domów i miast lub wyjeżdżając do innych krajów. Ich życie toczy się tam, dokąd nie sięga nasza kontrola i troska. To prawda, że puste gniazdo ma też swoje dobre strony, niemniej będziemy musieli przystosować się do tego, by stać się na powrót tylko połówką pary, a nie głową tętniącego życiem domu, gdzie w pokoju walają się czyjeś adidasy, nie tą jedyną i szczególną osobą, którą już nigdy nie będziemy, a o której mówi się: „Spytam mamy”.

Gdy stary świat wali się w gruzy, zaczynamy podważać dotychczasowe definicje samych siebie, podtrzymujące nas przy życiu, dochodząc do wniosku, że rozgrabieniu ulec może dorobek całego naszego życia, kwestionując to, kim jesteśmy i czym staramy się być oraz pytając siebie, czy w naszym życiu, jedynym jakie zostało nam dane, nasze osiągnięcia i cele mają jeszcze jakąkolwiek wartość? Czy nasze małżeństwo ma sens? A praca, czy jest czegoś warta? Dojrzeliśmy wewnętrznie, czy sprzedaliśmy się? Czy nasze więzi z rodziną i bliskimi opierają się na miłości, czy są tylko rozpaczliwym uzależnieniem? Do jakiego stopnia wolni i silni pragniemy lub ośmielamy się być?

A jeśli przypadkiem mamy dopiero zamiar zdecydować się na ten śmiały krok, wiemy, że musimy zrobić go teraz, bo w naszym życiu zaczęło się już odliczanie czasu, który nam pozostał. Wiemy, że licznik biegnie nieubłaganie, że możliwości wyboru z każdą chwilą kurczą się i że mimo to, iż wiele jest jeszcze rzeczy, które chcielibyśmy dać i otrzymać, niektóre, cenne dla nas aspekty naszego życia, należą nieodwołalnie do przeszłości. Skończyło się dzieciństwo i młodość i trzeba zatrzymać się chwilę nad nimi i opłakać ich stratę, zanim ruszymy dalej w życie.

Może nam to sprawić pewną trudność. Co prawda Dorothy Dinnerstein twierdzi, że „wyrzeczenie się tego, co nieodwracalnie minęło w naszym życiu, jest z samej swej definicji pozytywne”, i że „wyzbywając się gorącego, pełnego nadziei młodzieńczego podniecenia, otrzymujemy w zamian bogactwo wrażliwości oraz zdolność i swobodę roztaczania opieki nad drugimi, które niesie z sobą wiek średni”; jednak rzadko kiedy udaje nam się pozostawić za sobą własną młodość bez walki. Kiedy staje nam przed oczyma to, co już utraciliśmy w wieku średnim lub co niebawem utracimy, kiedy doświadczamy poczucia skończoności i śmiertelności, tylko garstka będzie w stanie odrzucić młodość w oczekiwaniu na to, co można zyskać w zamian. Wielu zmagać się będzie z problemem straty cały czas.

Dlatego bywa, że ociągamy się, trwamy sztywno w miejscu, zostawiamy rzeczy takimi, jakie są i opieramy się wszelkim zmianom. Albo podejmujemy rozpaczliwe wysiłki, by na powrót stać się młodym. Lub padamy ofiarą dolegliwości psychosomatycznych. Bywa też, że z uporem maniaka odwracamy uwagę od tego problemu, stawiając sobie cele, narzucając rygory i snując plany samodoskonalenia.

Ci, którzy opierają się zmianom, buntują się przeciwko rzeczywistości, jaką niesie z sobą czas, trzymając się kurczowo swej władzy i niezmiennego podejścia do życia. Będą twardo wierzyć w to, że dzieci pozostaną posłuszne ich życzeniom, że ich młodsi koledzy w pracy „co tak sobie plotą piąte przez dziesiąte – jak określił to pewien mężczyzna – zawsze będą pamiętać, gdzie ich miejsce”, że współmałżonkowie nie ruszą – jak to ujął ktoś inny – „w jeden diabeł wie, w jakim nowym kierunku”. (…) Nie potrafią i nie chcą się przystosować do nowej sytuacji i gwałtownie ją odrzucają.

Z kolei ci, którzy poszukują młodości, dalecy są od tego, by sztywno opierać się wszelkim zmianom; oni chcą cofnąć się w czasie. Lubili to, co mieli dawniej, i chcieliby dostać to z powrotem. Z tego powodu część żonatych mężczyzn i coraz większa liczba kobiet znajduje nowych, młodszych partnerów lub decyduje się na romans i skok w bok, by przynajmniej przez chwilę zapomnieć o wiotczejących członkach i piersiach. Inni chcą odzyskać młodość dzięki chirurgii plastycznej, pobytom w uzdrowiskach, wizytom u kosmetyczki i zajęciom z aerobiku. Nie mam tu na myśli podejmowanych przez większość nas w tym wieku prób zrobienia wszystkiego, co się da, by pozostać sprawnym i zdrowym. Myślę o czymś więcej, o tym, że ludzie poszukujący straconej młodości chcieliby odzyskać życie i wygląd sprzed lat dwudziestu.

U osób uskarżających się na różne dolegliwości przygnębienie psychiczne prowadzi do schorzeń somatycznych, łącznie z zawałem serca, a nawet rakiem. (…)

Osoby zajęte samodoskonaleniem odwracają swą uwagę od problemu, wypełniając szczelnie swój czas; biegną zbyt szybko, by zauważyć, co straciły. Nikt nie przeczy, że uczenie się nowych rzeczy i powrót do szkoły mogą być doświadczeniem pozytywnym, jednak gorączkowa aktywność ma swą cenę. Dla niektórych ludzi, angażujących się w zewnętrzne, a nie wewnętrzne formy rozwoju, może to być sposób na uniknięcie konfrontacji z tym, co niesie wiek średni. Taka aktywność może być także szalenie wyczerpująca.

Ozdobiłam już sześć poduszek na kursie koronczarstwa, Czytam Kanta i Jane Austin. Z kursu chińskiej kuchni dla zaawansowanych Wiem, jak przyrządzić wieprzowinę z czarną fasolą. Nie muszę męczyć się dłużej, by odnaleźć siebie, Bo wiem już, czego chcę. Być zdrową, mądrą i bardzo dobrze wyglądać. Na kursie ceramiki uczę się, jak polerować garnki, na lekcjach gitary nowych chwytów, na jodze coraz lepiej wychodzi mi kwiat lotosu. Nie muszę zastanawiać się nad tym, co najważniejsze w mym życiu, Bo już wiem: Dobrze wyglądać, być zdrową i mądrą. I podziwianą. Z byłym mistrzem tenisa ćwiczę serwy Wkuwam koniugacje z greki i daję ujście frustracjom w czasie terapii pierwszego krzyku. Nie muszę pytać samej siebie, czego szukam, bo wiem już, że chcę być atrakcyjna, zdrowa i mądra. I podziwiana. I zadowolona. Rozkwitam na zajęciach z ekologicznej uprawy roślin, Na lekcjach tańca poprawiłam sobie uda, Na zajęciach budzenia świadomości nikt nie jest lepszy ode mnie Pracuję pilnie dzień i noc, bo chcę być atrakcyjną, zdrową i mądrą. I podziwianą. I zadowoloną. I dzielną. 1 oczytaną. I cudowną gospodynią, Fantastyczną w łóżku, Poliglotką, Wysportowaną, Uzdolnioną artystycznie... Halo, czy ktoś mógłby mnie zatrzymać?

Spotyka się także inne, nie tak gorączkowe reakcje, charakterystyczne dla wieku średniego i odzwierciedlające panujący w nas chaos i lęk, ponieważ mimo iż jesteśmy być może u szczytu swych możliwości, wiemy, że znajdujemy się w kleszczach czasu, że nasz „postój na ziemi – jak przypomina nam o tym pewna poetka i wiele stewardes – będzie krótki”. Dlatego wielu z nas może doświadczać przygnębienia lub goryczy: „A więc całe życie to tylko tyle?” Albo bolesnego rozczarowania, zwłaszcza gdy nie udało się nam sięgnąć własnych ideałów i zrealizować zamierzeń. Wielu będzie powtarzać ze znudzeniem i zniecierpliwieniem: „I co dalej?”, jeśli udało nam się je osiągnąć i zrealizować. U wielu innych zaczyna się proces samodestrukcji – piją, łykają pigułki, za szybko prowadzą samochód lub świadomie próbują popełnić samobójstwo. Wielu z nas zazdrości w tym okresie młodszemu pokoleniu – nawet własnym, rozkwitającym teraz seksualnie, synom i córkom. Wielu dręczy poczucie winy z powodu popełnionego zła i zaniedbanego dobra. Albo ogarnia rozpacz; znaleźliśmy się w „głębi ciemnego lasu”, niepewni, czy kiedykolwiek odnajdziemy właściwą ścieżkę.

Psychoanalitycy przyznają, że nie potrafią dokładnie przewidzieć wszystkich reakcji na kryzys wieku średniego. Każdy człowiek posiada jakieś słabe i mocne strony. Jeśli jednak osiągamy ten zwrotny punkt w naszym życiu, nie rozwiązawszy wcześniej najważniejszych konfliktów albo nie ukończywszy wcześniejszej fazy rozwoju, istnieje – ich zdaniem – większe prawdopodobieństwo tego, że w naszych obecnych doświadczeniach powtórzą się lęki z przeszłości i dawne niewłaściwe rozwiązania. (…)

Jeżeli chodzi o naszą pracę, przyjdzie nam być może zaakceptować ze smutkiem ograniczenia i rozczarowania związane z naszymi osiągnięciami. Może się zdarzyć, że pragnąc uzyskać więcej satysfakcji zawodowej, porzucimy dawne zajęcie, by obrać zupełnie nową drogę kariery. I w sercu, i w kalendarzu mniej miejsca rezerwować będziemy na pracę, a więcej na swoje prywatne sprawy i na potrzeby lokalnej społeczności. Niektórzy, zrezygnowawszy częściowo z marzeń o władzy i sukcesie, mogą stać się na tyle wolni, by pomagać w karierze młodszym kolegom i stać się dla nich inspirującym oraz życzliwym nauczycielem i doradcą.

Zdarzyć się może i tak, że kobiety pracujące dotąd całe życie i nie rezygnujące z zawodu, nawet gdy wychowywały dzieci, także dokonają rewizji swojej kariery. Naukowcy nie mogą nam jeszcze powiedzieć zbyt wiele na ten temat, bowiem dla większości zamężnych kobiet z klasy średniej praca zarobkowa nie stanowiła przymusu. Ruch feministyczny radykalnie zmienił punkt widzenia na rolę kobiety i już w połowie lat siedemdziesiątych każda znana mi kobieta w wieku średnim snuła plany zawodowe lub powrotu do pracy po urodzeniu dziecka. U podłoża tego leżały przyczyny zarówno negatywne, na zasadzie: „Muszę mieć pracę, bo gdy spytają mnie na przyjęciu, kim jestem, nie będę wiedziała, co powiedzieć”, jak i pozytywne – kobiety czuły się społecznie uprawnione, a nawet przynaglane do tego, by dać pełniejsze ujście swym zdolnościom i kompetencjom.

Trzeba jednak dodać, że wielu mężów nie uważało powrotu żon do pracy za błogosławieństwo, a niektórzy nadal tak myślą. Co więcej, wielu mężów, których żony od niedawna pracują, czuje się opuszczonych i ma wrażenie, że nikt się o nich nie troszczy i że zostali odstawieni na boczny tor. „Równie dobrze mógłbym mieszkać z kolegą w akademiku” – skarżą się niektórzy z nich. „GDY ONA PRACUJE POZA DOMEM ON, W WOLNYM CZASIE, MOŻE CZUĆ SIĘ WYIZOLOWANY”, głosi nagłówek w „The Wall Street Journal”. Dzieje się tak dlatego, że w czasie, gdy wielu mężów zaczyna zwalniać tempo życia i koncentruje się na domu, uwaga ich żon kieruje się poza domowe ognisko i zaczynają się one skupiać na karierze zawodowej.

Psychologowie nazywają to zjawisko niezgodnością faz lub trajektorią kariery. Jak twierdzą naukowcy, zmiana stosunków między mężczyzną a kobietą wiąże się z tym, że kobiety w wieku średnim stają się bardziej męskie, mężczyźni zaś tracą częściowo swą agresywność i chęć osiągnięcia sukcesu i stają się pod wieloma względami bardziej „kobiecy”. Niezależnie od tego, czy żona podejmie pracę czy nie, to zachwianie równowagi płci może doprowadzić do ostrych napięć w małżeństwie. Z drugiej jednak strony, unifikacja biegunów naszej seksualności jest źródłem ogromnych korzyści dla nas i dla naszych związków. (…)

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. Wkroczyliśmy w jesień życia; wiosna i lato są już za nami. I – inaczej niż w kalendarzu – gdy dojdziemy do końca, nie będzie na nas czekał nowy początek.

Albowiem nie potrafimy także zatrzymać czasu. „Udało mi się pogodzić ze stratami wieku średniego, ale wylałam przy tym wiele łez – zwierzyła mi się niedawno pięćdziesięcioletnia przyjaciółka. – Jestem już dojrzała i wystarczająco przystosowana do tego, by darzyć sympatią okres życia, w którym się teraz znajduję. Chciałabym tylko, żeby jakieś nadziemskie moce pozwoliły mi pozostać już na zawsze na tym etapie”.

My wszyscy, którym udało się przeżyć kryzys wieku średniego, także bylibyśmy wdzięczni, gdybyśmy mogli „pozostać na tym etapie” teraz, gdy w dojrzały sposób patrzymy na świat, gdy płonie w nas zapał, przed nami nowe perspektywy, a wokół ludzie, których kochamy i praca, którą chcemy wykonać. Teraz, kiedy zostawiliśmy za sobą dawne „ja”, jeszcze bez zmarszczek i nieśmiertelni, sądzimy, że dość się już napracowaliśmy i chcielibyśmy skończyć już na zawsze z wyzbywaniem się, utratą i zostawianiem za sobą przeszłości.

Jednak to jeszcze nie koniec.

  1. Psychologia

Toksyczny partner. Kiedy kochać mimo wszystko?

Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Przemoc, nałogi, narcyzm, nieuczciwość... Jeśli on lub ona robi coś, czego nie akceptujemy, trzeba powiedzieć: „Dość. Kocham cię, ale nie mogę z tobą być”. Są jednak tacy, którym brak sił na radykalne cięcie, i ci, którzy rozstali się z pijakiem czy brutalem, by związać się z podobnym człowiekiem. Może więc zostać i zbadać, czy złu można zaradzić? Odpowiedzi na to trudne pytanie szuka Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Mamy prawo do rozwodów, do związków na próbę itd., ale liczba szczęśliwych par nie wzrasta. Może więc powinniśmy postarać się, by miłość, małżeństwo, związki trwały mimo wszystko, na dobre i na złe?
Nigdy nie słyszałem o badaniu, które policzyło ilość szczęśliwych par. Statystyki mówią tylko o proporcji związków trwałych do nietrwałych. Zakłada się, że związek trwały jest związkiem szczęśliwym. Ale nie musi tak być. Być może to tylko związek wytrwały – czyli bardziej odporny na frustrację i cierpienie, które się w wielu z nich plenią czasami i przez dekady. Nie wiemy więc, czy szczęśliwych par jest proporcjonalnie więcej, czy mniej. Być może jest tylko mniej związków wytrwałych. Wiele wskazuje na to, że to hipoteza uzasadniona. Liberalne przemiany obyczajowe oraz postęp technologiczny wspierają możliwość indywidualnego, autonomicznego przeżycia życiowego sukcesu poza związkiem. Po raz pierwszy w dziejach mogą z tego korzystać samotne kobiety i samodzielne matki. Na spadek wytrwałości w znoszeniu trudności i kryzysów niewątpliwie wpływa także upowszechniające się liberalne i realistyczne podejście do sakramentalnej przestrogi: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza”. Można mieć przecież uzasadnioną wątpliwość, czy każdy sakramentalny związek kobiety i mężczyzny wsparty jest boską interwencją i ma boski atest. Kościół, jak się zdaje, też podziela ten pogląd, oferując unieważnienia małżeństwa. Uzasadniona wątpliwość co do boskiego atestu dotyczy, oczywiście, wyłącznie związków nieszczęśliwych i to ci, którym taki związek się przydarzył, słusznie zadają sobie pytania: Dlaczego dobry Bóg miałby mnie zobowiązać do dożywotniego trwania w nieszczęśliwym związku? Czemu miałoby to służyć? Wygląda więc na to, że współcześni coraz częściej uważają, że Bogu przypisywać można jedynie skojarzenie związków szczęśliwych. Niefortunnym pokłosiem tego słusznego poglądu jest pokusa zwalania na boskie barki całej odpowiedzialności za nasze szczęście i zapomnienie, że nawet w związku zaaranżowanym przez siły wyższe o szczęście trzeba troszczyć się codziennie.

Z trwaniem szczęśliwego związku nie mamy problemu, więc po co przysięgamy, że wytrwamy w nim i na dobre?
Z trwaniem na dobre na ogół nie mamy kłopotu, ale istnieją ludzie, którzy są przekonani, że szczęście im się nie należy, więc kiepsko tolerują dobre. Mało tego – nieświadomie robią, co mogą, by dobrze nie było. Gdy im się to uda, wracają do znanego piekła, w którym czują się jak ryba w wodzie. Ci mogą trwać w na złe latami. Z uznaniem odnotowuję więc psychologiczną przenikliwość twórcy małżeńskiego rytu, który postanowił uprzedzić kandydatów na małżonków, że czasami z dobrym jest wytrzymać tak samo trudno jak ze złym. Wokół zalecenia trwania w związku na złejest spore zamieszanie. Na ogół jest ono rozumiane jako zalecenie pokornego znoszenia – czytaj bycia ofiarą – upokorzeń, agresji, przemocy, niewierności, lenistwa, uzależnień i wykorzystywania. Ale i w tej sprawie coraz więcej ludzi ma wątpliwość. Po co dobry Bóg miałby nas nakłaniać do trwających całe dorosłe życie ćwiczeń sadomaso, które jedynie utwierdzają obie strony relacji w ich ograniczeniach i słabościach? Czy nie jest raczej tak, że przysięgając wierność na złe, zobowiązujemy się, że jeśli naszej kochanej i – co ważne – kochającej drugiej połowie przydarzy się zdrowotna, ekonomiczna, prawna czy wizerunkowa katastrofa, co uczyni ją zależną od nas, uznamy te okoliczności za wspólny los. Z jednym wyjątkiem: gdy dotknięta trudnym losem lub skutkami swoich błędów kochana osoba zrywa z nami więź, przestaje kochać i szanować. Wtedy czujemy, że zwalnia nas to z obowiązku trwania przy niej. Oczywiście, możemy kochać i wspierać nawet wtedy, ale nasza zdolność do poświęcenia na pewno ucierpi. Podobnie jak gotowość mieszkania pod wspólnym dachem. Skoro tak ludzie w sercu i sumieniu reagują, to kto wie, może Bóg też nie ma nic przeciwko temu?

Rozwody kościelne to forma weryfikacji dla wierzących. Ale jak pozostali mają poznać, że o tę miłość nie warto już walczyć?
Religie nie są po to, by nakazywać ludziom, co mają robić, lecz po to, by otwierać im serca i budzić sumienie, dając w ten sposób niezbędne narzędzia do podejmowania autonomicznych, zgodnych z okolicznościami ich niepowtarzalnego życia decyzji. Ponieważ jednak instytucje religijne i ich pracownicy zachowują się z reguły autorytarnie, wierzący mają małe szanse na otwarcie serc i obudzenie sumień – w zamian uczą się konformizmu i często bezrozumnie kierują się w życiu sztywnymi niezasymilowanymi regułami. Konformizm i stosowanie sztywnych zasad sprzyja wytrwałości związków, ale rzadko czyni je szczęśliwymi. W tej sytuacji niewierzący nie są na straconej pozycji. Przeciwnie. Sami muszą zmagać się ze sobą i z losem, podejmować trudne decyzje, szukać wyjścia, uczyć na błędach. Ten trud nader często wynagradzany zostaje otwarciem ich serc i uwrażliwieniem sumień. Oni na ogół wiedzą, kiedy jednak odstawić spakowane już walizki, odetchnąć głęboko i spróbować dowiedzieć się, o co tu chodzi, choć partner jest toksyczny i ludzie wokół krzyczą: „Zakończ to czym prędzej!”. Błędy popełniamy, aby poddać je refleksji i dzięki temu poznać swoje destrukcyjne mechanizmy i uzyskiwać większą od nich wolność.

Często jednak powielamy złe związki. Znajoma w drugim, podobnie jak i w pierwszym, jest krzywdzona, a poznała mężczyznę – możliwe, że kolejnego partnera – który ma te same cechy co poprzedni, czego tylko ona nie widzi.
Dopóki sama nie zada sobie pytania: „Dlaczego wciąż ląduję w takich związkach?”, to ten schemat będzie się powtarzał. Lepiej by było, żeby nie wiązała się z trzecim partnerem z tego samego klucza, zanim nie dojdzie do rozumu i nie zobaczy, że ten narcyz, brutal i alkoholik itp. nie jest zdolny do miłości, że zawsze przy kimś takim będzie na drugim planie, że zawsze będzie przegrywać z tym, od czego jest uzależniony. Jeśli to zobaczy, powinna zadać sobie pytanie: „Co mnie w tym urządza i czy przypadkiem nie uważam, że nie zasługuję na nic lepszego?”. Po rozstrzygnięciu tych pytań można uznać, że ze złego wyboru zrobiliśmy jakiś użytek, i wtedy dopiero – jeśli partner okaże się niereformowalny – rozstać się z nim.

Źli partnerzy bywają też reformowalni. Koleżanka pozostała z mężem alkoholikiem, choć nie musiała, i ułożyli sobie życie...
Zacznijmy od tego, że miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. To, co wtedy nazywamy miłością, jest albo współuzależnieniem, albo neurotycznym uwikłaniem. Ale jeśli kobieta czy mężczyzna decyduje się świadomie pozostać w związku z osobą uzależnioną, musi zdać sobie sprawę z konsekwencji. Pierwsza: nie doświadczy takiej miłości, o jaką chodzi. Druga: będzie użerać się do końca życia z kimś, kto nie zostanie postawiony wobec ultimatum: albo alkohol, albo ja. A więc są małe szanse, że się poprawi, bo nie będzie mieć wystarczającego powodu, by zmierzyć się ze swoim nałogiem czy wadami charakteru. Pozostanie w związku czyni w takiej sytuacji obojgu krzywdę, bo blokuje w ich sercach zdolność do otwarcia, ufności, szacunku, miłości i spokoju.

A więc warunkiem pozostania jest umiejętność postawienia ultimatum?
Ale ultimatum nie może być blefem, bo jak zostaniemy na tym przyłapani, to partner już się żadnym kolejnym nie przejmie. Jednak również w takiej sytuacji nie łudźmy się, że istnieje jeden przepis na rozwiązanie każdej – z pozoru podobnej – sytuacji. Nie ufajmy poradnikom, które zachęcają nas, by patrzeć powierzchownie i podejmować ważne decyzje bez dostrzegania wyjątkowości swojego losu. Nie ma rozwiązań dobrych dla każdego, bo nie ma dwóch identycznych osób, losów, związków. Dlatego przed podjęciem decyzji na tak lub na nie warto rzetelnie przyjrzeć się swojej sytuacji życiowej. Istotnym jej aspektem jest to, czy nasze rodziny wspierają, czy raczej dekonstruują związek? Mocnym wsparciem może być rzadko spotykana sytuacja, gdy teściowie z obu stron się lubią. Wtedy z pewnością będą wspierać opcję ratowania związku, chłodzić konflikty, odgrywać rolę rozjemców i negocjatorów. Ale jeśli się nie lubią, negatywnie oceniają partnera swojego dziecka i zatruwają komentarzami w stylu: „Bo ona się w ogóle o ciebie nie troszczy”, to szybko mogą doprowadzić do rozpadu związku. Szczególnie gdy para nie potrafi utrzymać rodziców na bezpieczny dystans. A więc podejmując ważne decyzje, powinniśmy brać pod uwagę specyficzny, niepowtarzalny kontekst i moment swego życia.

Skoro każdy los jest niepowtarzalny, to może się zdarzyć, że bez ultimatum wygrywamy miłość?
Wszystko może się zdarzyć w nielokalnej i niedualnej rzeczywistości, w której żyjemy i którą współtworzymy. Tyle że niektóre zdarzenia są bardziej prawdopodobne, a inne mniej. Jeśli z pozostania w związku z osobą uzależnioną czy przemocową miałoby wyniknąć coś dobrego, to pod warunkiem, że decyzję podejmiemy świadomi niebezpieczeństw i konsekwencji współuzależnienia. A jest prawdopodobne, że już decyzja o nawiązaniu tego typu związku była determinowana nieuświadomioną tendencją do współuzależnienia. Trzeba więc zacząć od tego, by bez oszukiwania się spojrzeć na siebie – skorzystać z pomocy terapeuty od współuzależnień. Tylko ktoś taki oceni nasz stan obiektywnie. Jeśli uzna za wskazane podjęcie terapii, nie możemy z tym zwlekać. Współuzależnienie to nałóg jak każdy inny. Tyle że uzależniamy się od roli, jaką wypełniamy w relacji do uzależnionego partnera. Póki tego nie dokonamy, będziemy nieświadomie działać na rzecz utrwalenia związku, w którym czujemy się ofiarą lub wybawicielem. By podjąć działania, które rzeczywiście pomogą ukochanej, ale uzależnionej osobie, trzeba najpierw pozbyć się własnych ograniczających przekonań i nawyków – odzyskać wolną wolę. W przeciwnym razie decyzja o pozostaniu jest tylko pozornie świadoma. Jak każdy nałogowiec potrafimy ją racjonalnie uzasadnić, przebrać w pozór zbawczej misji czy lojalności wobec tego, co „Bóg złączył”. A więc tylko osoba niewspółuzależniona, wolna od zniewalającej i naiwnej nadziei, że destrukcyjny partner sam z siebie przejrzy na oczy i zacznie troszczyć się o związek, może pomyśleć: „Mamy dzieci, więc świadomie decyduję się zostać. Nie liczę na jego miłość ani na to, że będę ważniejsza od nałogu. Ale ponieważ trzeźwo widzę i mam wewnętrzną wolność, wiem, że nie muszę z nim być – mam więc szansę, by stawiać jasne granice i wymagania, a dzięki temu ochronić siebie i dzieci przed negatywnymi skutkami mojej decyzji”.

Właśnie, powiedziałeś o granicach. Ale jak sprawdzić, czy się umie je stawiać i które są naprawdę nie do przekroczenia?
Nie wolno pozwalać się upokarzać, bić, oszukiwać i nie dotrzymywać umów. Jasno i zdecydowanie trzeba wyrażać swoje niezadowolenie, rozczarowanie, protest, gniew i – jeśli to prawda – także wolność („Nie muszę z tobą być”). Gdy nazwiemy rzeczy po imieniu, w odpowiedzi z pewnością otrzymamy złość, oburzenie, ciche dni. Ale zbyt daleko idące, obraźliwe dla nas samych ustępstwa nic nie zmienią. Przeciwnie. Stracimy resztki szacunku partnera i szacunku do siebie samych, a nasz związek szybko zamieni się w piekło. Wprawdzie lepiej nie żywić nadziei, że uda się w toksycznej relacji zachować zdrowe granice, lecz prawdą jest, że świadomie podjęta decyzja ma szansę otworzyć destrukcyjnemu partnerowi drogę do terapii i refleksji, a w konsekwencji doprowadzić do kontroli uzależnienia czy przekroczenia neurotycznych lub charakterologicznych ograniczeń. Krótko mówiąc: tylko wolny człowiek może drugiego człowieka uczynić wolnym.

Co pomaga osobom, które zostały przy złym partnerze?
Wiedza, skąd się biorą i na czym polegają trudności w związku i na czyje wsparcie mogą liczyć, bo będą go potrzebować. Warto próbować, ale tylko wtedy, gdy głęboko w brzuchu i w sercu przeczuwamy, że jest szansa, by obie strony przekroczyły swoje ograniczenia i przekształciły związek w partnerski i dojrzały. Jeśli brakuje takiej wiary i zrodzonej z niej determinacji, to szkoda czasu. Każdy ma święte prawo troszczyć się o jakość swojego życia. Każdy ma też prawo wystrzegać się tych, którzy sami nie podejmują w tej sprawie wysiłku, a tylko liczą na innych, wikłają ich w niewykonalne przedsięwzięcie. Jak świat światem nikomu się nie udało uszczęśliwić drugiego człowieka. Uszczęśliwiacze i uszczęśliwiani potrzebują siebie nawzajem nie po to, by odkrywać swoją przyrodzoną wartość i wolność, lecz by wspierać się w podtrzymywaniu złudzeń, tego, co znane i ograniczające, czyli tzw. znanego piekła. Dlatego jeśli w złym związku ktoś odkryje swego wolnego ducha, to druga strona odczuje to jako zagrożenie. Wolnego człowieka nie da się związać ani uzależnić. A skoro tak, to toksyczna osoba, jeśli zależy jej na związku, musi próbować czegoś innego, by dojść do rozumu i się zmienić, w sprawie szczęścia licząc tylko na siebie. W przeciwnym razie grozi jej, że usłyszy od wolnego ducha niezłomne zapewnienie: „Jeśli w tym tygodniu nie zaczniesz się na poważnie leczyć, to któregoś ranka obudzisz się w pustym mieszkaniu”. W mniej łagodnym wariancie niepoprawny łowca uszczęśliwiaczy może nawet nie usłyszeć cicho zamykanych drzwi.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Seks

Przebudzenie księżniczki... kobieta do seksu musi dojrzeć

Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Kobieta do seksu musi się obudzić. Jak księżniczka w bajce: długo śpi, by kiedyś otworzyć oczy i sięgnąć po ten wspaniały owoc. Ale przebudzenie księżniczki w „ziemskiej” kobiecie wygląda trochę inaczej: tu nie wystarczy jeden pocałunek księcia. Przebudzenie to proces, który zaczyna się w chwili narodzin i trwa przez wiele lat.

Księżniczką jest właściwie każda kobieta, która księżniczką się czuje. Rozpoznać ją można na pierwszy rzut oka – po tym, jak jest ubrana, jak chodzi, mówi, skąd płynie jej głos. Czy powstaje w zaciśniętym gardle, czy płynie z uwolnionej przepony. Poznać ją można też po tym, jak wchodzi w kontakty z mężczyznami i jak na nich reaguje.

– Prawdziwa księżniczka nie stara się robić na mężczyźnie wrażenia, nie szuka w jego wzroku akceptacji, aprobaty, pożądania – mówi Katarzyna Gładkowska, psycholożka, trenerka i terapeutka. – Nie próbuje się prezentować, afiszować ze swą atrakcyjnością. Idzie przez życie pewnym krokiem, Nie musi się w niewolniczy sposób podobać innym, zwłaszcza mężczyznom. To nie jest najważniejszy aspekt jej istnienia. Seksualność jest tylko jej częścią, ale częścią oswojoną. Przebudzona księżniczka zintegrowała seksualność ze swoją osobowością, tożsamością.

I tylko taka kobieta potrafi naprawdę czerpać z seksu to, co w nim cenne: przyjemność, satysfakcję i prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem.

Gdy rodzi się córka…

...przed rodzicami stoi trudne zadanie wychowania jej "na księżniczkę". Zwłaszcza przed ojcem: musi jej pokazać, że akceptuje jej płeć i nie jest rozczarowany brakiem syna, bo to ojciec właśnie buduje podstawy seksualnej tożsamości córki. Ważne, by szukał równowagi. Powinien np. raz iść z nią na zakupy i pozwolić jej wybrać sukienkę (także różową, jeśli chce), a innym razem zabrać małą na mecz (jeśli oboje mają ochotę). Chodzi o to, by dziewczynka czuła się akceptowana taka, jaka jest.

Dla matki trudny i wymagający wielkiej dojrzałości jest czas, kiedy jej kilkulatka wchodzi w okres tzw. kompleksu Elektry (to żeński odpowiednik kompleksu Edypa). Córka zakochuje się wtedy w tatusiu i marzy, że zostanie jego żoną. Czasem w myślach wręcz uśmierca mamę. Ważne, by matka w tym czasie nie odrzucała jej w żaden sposób. By tłumaczyła, na czym w rodzinie polega rola każdej z osób. Mówiła, że tata jest mężem mamy, ale kiedy mała dorośnie, spotka takiego mężczyznę jak tata i on będzie jej partnerem. Warto też, by tata to wzmacniał, mówiąc córce, że jest jego ukochaną księżniczką, w pełni akceptowaną, ale on wybrał na żonę jej mamę. Powinien też wyjaśnić jej, że przyszły mąż nie musi być taki sam jak tata, żeby córka nie utrwaliła sobie wizji „mam szukać tylko według wzoru ojca”.

Dziewczynka staje się kobietą

Księżniczka "otwiera oczy": to czas pierwszej miesiączki. Rodzice powinni świętować to, że dziewczynka staje się kobietą.

– To ważna chwila, może nawet najważniejsza – uważa Gładkowska. – Ojciec, przygotowany przez żonę, powinien pokazać córce, że ten moment niesie ze sobą coś pięknego. Powinien z córką rozmawiać, okazywać jej akceptację. Dzięki temu dziewczyna otworzy się na własną seksualność. Zacznie oswajać to, że jest kobietą, wspaniałą istotą, a nie tylko kimś różnym od mężczyzny. Będzie się uczyć, że płci nie trzeba akcentować. Dzięki temu nie będzie odbierać menstruacji jako czegoś wstydliwego, co trzeba wypierać, ukrywać. Zintegruje płeć i duszę.

Kolejny etap, okres dojrzewania, jest wielkim wyzwaniem dla ojca. Córkę zaczynają interesować chłopcy. Zmienia się jej ciało, rosną piersi, okrągleją biodra. Zaczyna podkreślać swą kobiecość. Burza hormonalna powoduje napięcie, wewnętrzny zamęt.

– Dojrzały ojciec wie, co z tym zrobić: akceptować i kochać dalej – mówi psycholog. – Rozmawia z nią. Daje jej poczucie bezpieczeństwa. Kiedy widzi, że dorastająca dziewczyna za bardzo się negliżuje, delikatnie zwraca jej na to uwagę. Tłumaczy, dlaczego nie powinna odkrywać wszystkiego ze swej rodzącej się kobiecości: by nie była narażona na to, że zostanie przez kogoś użyta. Jego córka wkroczy we wczesną dorosłość bez zrodzonego na tle seksualności poczucia winy.

Niedojrzały ojciec natomiast zaczyna się bać. Jego wyobrażenia, co zrobiłby z tą dziewczyną, gdyby mógł, przekładają się na podejrzenia, co robią z nią inni chłopcy. Czasem staje się wulgarny i opryskliwy.

Matka stara się oddalić moment, kiedy jej nastoletnia córka poczuje się atrakcyjna, pożądana. Robi to z troski, by ją uchronić przed złem tego świata: nadużyciami ze strony chłopców, niechcianą ciążą itp., ale także z lęku przed własną starością i przemijaniem. Dlatego gdy córka osiąga 16–17 lat, powinien nastąpić etap emocjonalnego oddzielania się od matki – inaczej podszyta rywalizacyjnym lękiem postawa może nadszarpnąć samopoczucie i wizerunek dziewczyny.

 

W ramionach księcia

Wzrastająca w pełnym miłości i akceptacji środowisku dziewczyna nie boi się odrzucenia, wchodzi więc w dobre związki z chłopcami. Dobre, czyli spokojne, przyjacielskie relacje oparte na uczuciach. Nie zostanie wykorzystana, bo nie myli pożądania młodego chłopaka ze swoją potrzebą miłości. I decyduje się na utratę dziewictwa mądrze. Inicjacja seksualna to moment, kiedy księżniczka czyni kolejny krok ku przebudzeniu.
– Wiele kobiet traci dziewictwo w nieodpowiednim momencie i z nieodpowiednich pobudek. Silna potrzeba bycia kochaną, moda lub chęć przynależności do pewnych środowisk sprawiają, że dziewictwo tracą dziewczyny, które nie są na to gotowe.
Są jeszcze inne kobiety, które czekają na noc poślubną. I oba przypadki nie są najszczęśliwsze pod względem przeżywania seksualności. Nie chodzi o to, by czekać w nieskończoność, traktując dziewictwo jak jedyną wartość. Kobieta jest nastawiona na to, by być kochaną, akceptowaną, żeby mężczyzna z nią rozmawiał, rozumiał, słuchał. Tracąc dziewictwo z partnerem, który jest czuły, emocjonalnie dojrzewa razem z nią i darzy ją uczuciem, czyni kolejny krok ku integracji swojej seksualności i osobowości, ku pełni. Nieważne, czy później będą razem. Nawet jeśli nie – wszystko zależy od tego, czemu ma służyć inicjacja, czy są między nimi uczucia, czy tylko chęć wykorzystania drugiej osoby.

– "Księżniczkę" ostatecznie budzi partner, z którym się zwiąże – mówi psycholog. – Kiedy ma 20 kilka lat, wchodzi w poważny związek i jeśli ma dużo szczęścia, będzie szczęśliwą kobietą do końca życia. Ale nie będzie to łatwe, bo na temat seksu młode kobiety i ich mężowie mają różne wyobrażenia. Gdy mężczyzna może mieć żonę przez 24 godziny na dobę i czuje się wolny od zakazów, zaczyna eksperymentować. Jest jurny, niecierpliwy i szybko biegnie do celu. A kobieta jest na to zupełnie niegotowa. Potrzebuje, by ją budzić powoli, krok po kroku.

Dochodzi do jednego z poważniejszych życiowych konfliktów między światem kobiet i mężczyzn. Ale "prawdziwa księżniczka" próbuje się dogadać z partnerem. Jeśli on zrozumie, że ona chce być kochana, przytulana, pragnie tego, by ktoś się o nią troszczył, i zadba o te jej potrzeby, kobieta da mu upragniony seks. Emocjonalnie spełniona kobieta uczyni to z radością, ponieważ dla kobiety seks i emocje łączą się ze sobą i nie może ich oddzielić. Jednak większość kobiet w związek czy małżeństwo wnosi zahamowania seksualne, wstyd, poczucie winy i potrzebuje wielkiej delikatności, czułości, cierpliwości i mądrości ze strony partnera, by móc zakończyć proces dojrzewania do seksu.

Już wiem, co TO jest

W wieku lat 35–45 "księżniczka" wreszcie w pełni się budzi: kobieta w tyk okresie na nowo odkrywa seks. Odkrywa, że jest wspaniały. Wreszcie uświadamia sobie, że można to robić nie dlatego, że mąż chce, ale ponieważ sama ma ochotę. Otwiera się na seks i zaczyna go smakować. Ta zmiana to efekt wieloletnich „ćwiczeń” w poznawaniu własnego ciała i sposobach osiągania przyjemności. Ale nie tylko.

– Kluczem do tej zmiany jest nasza dojrzałość – uważa psycholog. – Czujemy się bardziej osadzone w życiu zawodowym, mamy świadomość własnych kompetencji, także poza małżeństwem i seksem. Może już wychowałyśmy dzieci i całkiem nieźle nam to wyszło, więc czujemy się wartościowe, skuteczne i spełnione. Zdajemy sobie sprawę z tego, że ważny jest nie tylko nasz wygląd, ale także nasza osobowość. Widzimy, że mamy wpływ na własne życie. Rodzą się w nas nowe pasje, na które w końcu mamy czas. Zaczynamy szczerze rozmawiać, bo przestajemy się bać. Otwieramy się na przyjaźnie z innymi kobietami, bo już nie traktujemy siebie jak konkurencji, zaczynamy z nimi rozmawiać, przez co tworzymy swoiste grupy wsparcia, dzięki którym wciąż dojrzewamy. Zaczynamy nazywać to, co się z nami dzieje. To wszystko ma wielkie znaczenie, bo na seksualność kobiety wpływa dosłownie każda dziedzina życia.

Kobieta zaczyna też badać swoje ciało. Zdejmuje poczucie winy, w którym dorastała do tej pory, i zaczyna spontanicznie kontaktować się z fizycznością. Ciało w tym wieku się zmienia i odkrywa, że dotyk jest przyjemny. Wiele kobiet wraca wtedy do porzuconej masturbacji lub robi to po raz pierwszy. A mężczyźni są zachwyceni, gdy żona na ich oczach doprowadza się do orgazmu. Życie seksualne osiąga taki poziom, jakiego nie miało nigdy przedtem.

– "Księżniczka" przeszła bardzo długą drogę, by dotrzeć do punktu, w którym może partnerowi powiedzieć „czuję się w pełni dojrzała, mam świadomość własnych możliwości, ale jeszcze potrzebuję dostać coś od ciebie, by być dopełniona. Dzisiaj już wiem, co to jest” – tłumaczy psycholog.

– Naprawdę przebudzona kobieta rozumie, że jeśli czuje się żabą i myśli o sobie jako o żabie, żaden mężczyzna nie przemieni jej w księżniczkę za pomocą pocałunku, nie przemieni jej serca.
Na poziomie ciała doświadcza czegoś zupełnie nowego, ponieważ jej dusza wkroczyła na inny poziom rozwoju.

Może być tak, że kobieta obudzi się w pełni do seksu dopiero po czterdziestce. I, prawdę mówiąc, często tak właśnie jest. Bo prawdziwie przebudzona księżniczka mająca udane życie seksualne to kobieta, która naprawdę zintegrowała trzy najważniejsze płaszczyzny: seksualność, emocje i duchowość.

  1. Psychologia

Mężczyzna, który nie pożegna przeszłości, nie zaangażuje się w nowy związek

Mężczyźni, niestety, najczęściej nie są świadomi, że stan wewnętrzny, w jakim się znajdują, może być wynikiem tego, że nie rozliczyli się z przeszłością, nie pożegnali tego, co było. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni, niestety, najczęściej nie są świadomi, że stan wewnętrzny, w jakim się znajdują, może być wynikiem tego, że nie rozliczyli się z przeszłością, nie pożegnali tego, co było. (Fot. Getty Images)
Człowiek, który nie pożegnał przeszłości, czuje smutek i żal. Jest mu bardzo trudno zaangażować się w nowy związek – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Duch poprzedniej żony krąży wokół nas – śmieje się Aneta. – Na ścianie wiszą namalowane przez nią obrazy, w ramkach jej zdjęcia… Najwyraźniej mężczyzna nie domknął w sobie tamtej relacji.

Gdy Aneta zwraca mu na to uwagę, odpowiada zniecierpliwiony, że nie pozbywa się obrazów, bo to przecież dzieła sztuki. A zdjęcia? Wspomnienia, przeszłość, nic więcej. Jednak kobieta jest zaniepokojona. Słusznie przeczuwa, że dopóki mężczyzna nie pożegna przeszłości, będzie mu trudno w pełni zaangażować się w nowy związek.

Co on czuje? Smutek, żal, jakiś rodzaj zagubienia. Mężczyźni, niestety, najczęściej nie są świadomi, że stan wewnętrzny, w jakim się znajdują, może być wynikiem tego, że nie rozliczyli się z przeszłością, nie pożegnali tego, co było. Chociaż może im się wydawać, że dużo przeżyli, że teraz będą mądrzy. Mój klient zacytował Jerzego Kryszaka, który w ten sposób parodiował jednego z polityków: „Taki głupi, jak będę, to jeszcze nie byłem!”. Mężczyznom przydałby się taki krytycyzm wobec siebie.

Jak on może poznać, że nie domknął przeszłej miłosnej relacji? To są zaskakujące odkrycia. Niedawno pracowałem z mężczyzną, który przyszedł z problemem kontrolowania czasu. Prowadził firmę i zapominał o umówionych spotkaniach. Nawet gdy zapisywał je w kalendarzu, nie pamiętał, aby do niego zajrzeć, co narażało firmę na straty finansowe i utratę wizerunku. Gdy przyjrzeliśmy się temu bliżej, okazało się, że zapominanie zaczęło się, odkąd odeszła od niego żona. Problemy z kalendarzem były efektem ubocznym rozstania.

W jaki sposób? W dalszym ciągu intensywnie przeżywał żałobę po skończonym małżeństwie. Sprzedał mieszkanie, jednak zostawił mnóstwo pamiątek, zdjęcia z wakacji, prezenty, które dostali na ślubie i później od przyjaciół. I coraz częściej zapominał o umówionych spotkaniach. Zapytałem, w jaki sposób postrzega i przeżywa czas, a on natychmiast odpowiedział: "Jestem w pętli, kręcę się w kółko". Zapytałem, jak myśli, z czym to może być związane. "Z odejściem żony" – odpowiedział natychmiast. Kręcił się w kółko wokół starego, ponieważ bał się wejść w nowe. To przeniosło się na wszystkie sfery jego życia: tak bardzo bał się utraty, bólu, że kręcił się w kółko i niczego nie wybierał. Jego obecna partnerka skarżyła się, że nie jest prawdziwie zaangażowany w ich relację, że wkłada mało energii we wspólne działania, niechętnie cokolwiek planuje.

Ponieważ żyje w świecie, który już przeminął? Tak. Przypominał sobie wspaniałe chwile z byłą żoną, nie mógł pogodzić się z tym, że odeszła. Żałował wielu rzeczy, rozpamiętywał. "Przecież wszystko mogło potoczyć się inaczej". Trudno wówczas odczuwać radość, dawać swoją energię nowym przedsięwzięciom, pasjom. Gdy dochodzi do tego poczucie winy, jest jeszcze gorzej…

Mężczyźni są świadomi, że żyją w poczuciu winy? Zgłaszają się po pomoc, ponieważ przeżywają głęboki smutek, stany depresyjne. Z czasem ujawnia się poczucie winy. "Nie sprostałem"; "Nie byłem odpowiedzialny"; "Ona ma teraz nową rodzinę"; "Nie potrafiłem rozstać się z szacunkiem", "Po co ulegałem tak silnym emocjom, wszczynałem kłótnie, awantury"; "Nie chciałem, że to tak się zakończyło"; "Nie powiedziałem wszystkiego"; "Nie przeprosiłem"; "Nie podziękowałem". Jeszcze jeden element jest tu ważny. Wielu mężczyzn nie może wybaczyć sobie, że powielili los swoich rodziców, którzy się rozstali i narazili dzieci na cierpienie. "Tak chciałem tego uniknąć, obiecałem sobie, że moje dzieci będą miały inne życie". Nie mogą się z tym pogodzić. Nie mogą sobie darować. "Popełniłem te same błędy".

Poczucie winy niweczy nadzieje na przyszłość? Nie widać przyszłości. Zwracam wtedy uwagę, że samo rozpoznanie wzorca rodzinnego jest już powodem do satysfakcji. To jest odkrycie. Wiedzą już, w jaki sposób nie chcą żyć. Od tego momentu mają wybór. Mogą zdecydować, czego pragną. Mogą zacząć dokonywać innych wyborów niż do tej pory.

Co skłania mężczyznę do szukania pomocy? Najczęściej nowa kobieta. To ona naciska, żeby zajął się sobą. Mówi mu, co widzi, co ją niepokoi: "Jesteś zamknięty, nie angażujesz się". Albo: "Zbyt dużo uwagi poświęcasz byłej żonie".

Może jest po prostu zazdrosna? Ma powody do niepokoju. Nierzadko zdarza się, że była żona, mimo iż ułożyła sobie życie – ma partnera, dzieci z nim – bez litości wykorzystuje sytuację. "On ciągle czuje się winny, zobligowany, leci na każde jej zawołanie – relacjonują kobiety. – Ona nie liczy się z jego czasem, pracą, stanem zdrowia, dzwoni i żąda opieki, pomocy, ma oczekiwania, roszczenia". Mężczyzna uwija się, żeby sprostać; coś nadrabia, wyrównuje, rekompensuje. Te nowe kobiety bywają zniecierpliwione i nierzadko przypierają mężczyzn do muru: "Właściwie, w której relacji ty jesteś? Zdecyduj się! Może wróć do niej, skoro tak nie możecie bez siebie żyć!". On tłumaczy, wyjaśnia, że to szczególna okoliczność, że musi pojechać i pomóc. Kłopot w tym, że tych szczególnych sytuacji raczej przybywa, niż ubywa.

Spłaca dług z przeszłości; kiedyś zawiódł, teraz się stara. Może to dobrze? Chroniczne poczucie winy nigdy nie jest dobre, ponieważ obciąża i odcina od wewnętrznych zasobów. To jak wirus emocjonalny, który nie pozwala cieszyć się życiem. Gdy mężczyzna jest świadomy swojej odpowiedzialności za przeszłość, zamiast czuć się winny, dba teraz o nowy związek. Wszystko, czego nauczył się z poprzednich doświadczeń i przeżyć, owocuje w teraźniejszości i w przyszłości.

Czas i spokój leczą rany. Jeden mężczyzna mówił mi, że na kilka miesięcy odsunął się od aktywnego życia. Na pewno nie warto po rozstaniu rzucać się w wir nowych znajomości, romansów, bo to nie pomaga w żegnaniu przeszłości. Ale na przykład spokojne rozmowy na ten temat z życzliwymi ludźmi są jak najbardziej wskazane. Chodzi tutaj o proces uświadamiania sobie, jaki miałem wkład w to, co się stało, jakie wnioski chcę wyciągnąć, co pragnę zmienić, jak teraz żyć, na czym się oprzeć. To niezbędny etap zamykania przeszłości, dokonywania bilansu, sumowania zysków i strat. Dlatego jeśli mężczyzna wszedł już w nowy związek, dobrze, gdyby uczciwie postawił sprawę: "Na razie nie jestem gotowy w pełni się zaangażować". Wiele kobiet rozumie, że ten proces wymaga czasu, dlatego są gotowe poczekać.

W jaki sposób mężczyźni rozpoznają ten moment, gdy są już gotowi na nowy związek? Zaczynają spokojnie i serdecznie myśleć o byłych partnerkach. To dobry znak. Może się jednak zdarzyć tak, że mimo iż spędziliśmy sporo czasu na żegnaniu przeszłości, wracamy do trudnych emocji. Pamiętam mężczyznę, który poprosił o konsultację, ponieważ w nieoczekiwanym miejscu poczuł zapach ulubionych perfum żony i… popadł w rozpacz. Gdyby coś takiego się wydarzyło, warto sięgnąć po pomoc z zewnątrz. Inny mężczyzna mówił, że ciągle coś go trzyma. Pytam, czy przeczuwa, co to może być, a on nieoczekiwanie dla siebie mówi: "krawat!". Otóż ciągle nosił krawat, który kupiła mu była partnerka. Codziennie rano zawiązywał go pod szyją. Na nieświadomym poziomie czuł się przywiązany, spętany. "Przecież za każdym razem, gdy zawiązuję krawat, jestem jak na smyczy", przyznał. Lepiej więc uważać na zegarki, paski, szaliki od byłych!

Oddać, wyrzucić? Koniecznie! Spalić zdjęcia. Subiektywne odczucie jest wtedy takie, jakby zamykało się jakieś drzwi; coś bezpowrotnie odeszło, przeminęło. To nie znaczy, że trzeba palić wszystkie zdjęcia. Jedno, dwa można zostawić. Jednak ważne, żebyśmy, patrząc na nie, mieli neutralne skojarzenia. A więc zatrzymujemy zdjęcia z przyjęcia rodzinnego, z wyjazdu z grupą przyjaciół, bo wtedy uwaga jest przeniesiona na szerszy kontekst. Odradzałabym trzymanie zdjęć miłosnych: tylko my w objęciach na Lazurowym Wybrzeżu! Pamiątki po byłej partnerce wywołują wspomnienia, emocje, żal, ból, poczucie straty. Mężczyźni mówią: "Wszystko mi ją przypomina, tylko jej nie ma". Pozbywanie się rzeczy zdecydowanie ułatwia proces otwierania się na nowe życie.

Jakie miejsce zajmuje była partnerka w nowym życiu mężczyzny, gdy on już zamknął przeszłość? Nie idealizuje jej ani nie demonizuje. Pamięta, że kiedyś trzymał tę kobietę w ramionach, dlatego teraz może żywić dla niej ciepłe uczucia, dobrze jej życzyć. Jest świadomy tego, w jaki sposób związek, który się zakończył, wzbogacił jego życie. Robi wszystko, co w jego mocy, aby porozumieć się w kwestii podziału majątku u ewentualnej opieki nad dziećmi. Gdy naprawdę cieszy się z tego, że kobieta odnalazła szczęście z innym, jest wolny.