1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Związki a podświadomość: co naprawdę myślisz o miłości? - ćwiczenie

Związki a podświadomość: co naprawdę myślisz o miłości? - ćwiczenie

fot.123rf
fot.123rf
Zanim wejdziesz w kolejny związek, zapytaj swoją podświadomość, co myśli na temat związków i miłości w ogóle.

Weź kartkę i przedziel ją pionową kreską. W kolumnie lewej, napisz pytanie do podświadomości: „Co myślisz o związkach i miłości?”. W kolumnie prawej wypisuj strumieniem świadomości, czyli bez analizy logicznego umysłu, wszystkie zdania, które pojawiają się jako odpowiedzi.

Po kilkunastu minutach przeczytaj to, co napisałaś. Które przekonania chciałabyś zmienić? Wybierz to, które jest najbardziej destrukcyjne, np.: „Każdy związek rani”. Weź drugą kartkę i przedziel ją pionową kreską. Tym razem po prawej stronie napisz przekonanie odwrotne do tego, jakie wybrałaś do pracy. Innymi słowy: zmień negatyw na pozytyw. Po prawej stronie wypisuj wszystkie zdania, jakie pojawiają się w umyśle, kiedy czytasz przekonanie pozytywne. Po pewnym czasie umysł zacznie się zgadzać z treścią nowego przekonania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Obalamy najczęstsze mity na temat seksu

Istnieje wiele mitów dotyczących seksu - obalamy te najczęstsze. (Fot. iStock)
Istnieje wiele mitów dotyczących seksu - obalamy te najczęstsze. (Fot. iStock)
Jak się kochać wzorowo, zgodnie z zaleceniami poradników? Nie słuchając zbytnio ich nakazów!

Jesteś w udanym, stałym związku, ale… Wyedukowana na medialnych wzorcach, karmiona opowieściami koleżanek, nie wiesz sama, czy brak orgazmu lub ochoty na seks mieści się w normie, czy jest już może symptomem jakiegoś zaburzenia. W prezencie dla ciebie proponujemy nasz sensowny seks-poradnik.

Czy to źle, że kochamy się krótko?

Według ostatnich badań prof. Zbigniewa Izdebskiego, statystyczny Polak kocha się około 15 minut. To krócej niż kiedyś, ale czy rzeczywiście krótko? I czy to, że kiedyś spędzaliście godziny w sypialni, a teraz wasz seks jest raczej ekspresowy, jest zmianą na gorsze?

– Nie ma długiego i krótkiego seksu, jest tylko seks satysfakcjonujący lub nie – uważa Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka. – Jeśli partnerzy są zadowoleni, kochając się kilka minut, to wszystko w porządku. Najważniejsze, żeby żadne z nich nie czuło się do niczego przymuszane lub czegoś pozbawiane.

Jest wiele kobiet, które czerpią z seksu niewiele satysfakcji – problemy z libido ma ponad 40 proc. pań. Można śmiało przypuszczać, że te kobiety będą zadowolone, gdy stosunek będzie trwał jak najkrócej. Ale i wówczas, gdy kobieta lubi seks i chętnie go uprawia, nie musi przeznaczyć na to całej nocy, po godzinie może być już całkowicie usatysfakcjonowana.

– W tym, że kochamy się krótko nie ma nic złego – uważa Platowska. – Wieczorem wiele osób jest tak zmęczonych, że sama myśl o długiej celebracji prowadzi do rezygnacji ze zbliżenia. A jakoś niezręcznie zaproponować partnerowi szybki numerek… Tymczasem nie ma sensu trzymać się jakichkolwiek zewnętrznych norm. Możemy celebrować długie stosunki w weekendy, w tygodniu nieco szybszy seks jest jak najbardziej na miejscu.

Czy to źle, że nie zawsze mam orgazm?

Mężczyzna orgazm ma zawsze – tak stworzyła go natura. Z kobietami bywa różnie – raz dochodzą na szczyt, innym razem nie. To zupełnie normalne.

– Orgazm kobiety jest funkcją nie tylko fizyczną, ale przede wszystkim psychiczną – tłumaczy psycholożka. – Jeśli kobieta nie jest całkowicie odprężona i obecna tu i teraz, może mieć problemy ze szczytowaniem. Ale to nie znaczy, że seks nie dał jej satysfakcji. Samo zbliżenie może być dla niej na tyle ważne, ze względu na odczuwaną bliskość, intymność i całkowitą uwagę partnera, że uzna stosunek za bardzo udany niezależnie od braku orgazmu. Dobrze traktować szczytowanie jako miły, ale niekonieczny dodatek do emocjonalnej satysfakcji.

Jednak wielu mężczyzn wartościuje swoją seksualną wydajność tym, czy kobieta osiąga przyjemność. Gdy ich partnerki nie mają orgazmu, czują się jak łóżkowi nieudacznicy. I dochodzi do paradoksu: kiedy mężczyźnie tak bardzo zależy na rozkoszy kochanki, ona zaczyna orgazm... udawać – żeby nie robić mu przykrości, by miał poczucie, że jest najlepszym kochankiem na świecie. Albo… dla świętego spokoju.

– Nie bądźmy fanatykami: nawet jeśli kobiety są zdolne do wielokrotnych orgazmów, bywa, że nie mają żadnego. Jeśli to się czasem zdarza – w porządku. Okresowe trudności z dojściem do orgazmu nie oznaczają, że kobieta jest oziębła, a partner nieudolny. Problem jest wtedy, gdy kobieta nigdy go nie osiąga albo bardzo rzadko – konkluduje psycholożka. – Wtedy radzę udać się do seksuologa.

Czy to źle, że nie szczytujemy razem?

To dość powszechny mit na temat seksu: jednoczesny orgazm świadczy o wielkiej miłości i idealnym dopasowaniu. Owszem, dowodzi sporego porozumienia, znajomości ciała partnera i własnego oraz wiedzy, jak się posługiwać tym aparatem. Ale tak naprawdę jest… trikiem natury, ułatwiającym zapłodnienie.

– To jego podstawowa funkcja – mówi Platowska. – Podczas kobiecego orgazmu dochodzi do skurczu macicy, co wzmaga skuteczność wędrówki nasienia do jajeczka. Pod względem seksualnej satysfakcji orgazm przeżywany osobno wcale nie jest gorszy, podobnie jak łechtaczkowy nie jest gorszy od pochwowego. Kochankowie, szczytując każde w swoim czasie, mogą w pełni cieszyć się i napawać przyjemnością drugiego. Bo choć jednoczesny orgazm może być wręcz duchowym przeżyciem, to jest tak intensywnym stanem, że człowiek, chcąc nie chcąc, skupia się jedynie na swojej przyjemności.

Jeśli bardzo ci zależy na wspólnych orgazmach, głowa do góry – to się da wyćwiczyć. Jeśli nie masz nic przeciwko orgazmom jeden po drugim, twój partner powinien pamiętać o zasadzie „ladies first”. Nie ma jednak problemu, gdy zdarzy się, że to on będzie pierwszy – o ile potem zadba o ciebie.

Czy to źle, że w łóżku myślę o kimś innym?

Zdaniem większości seksuologów, odrobina fantazji, zwłaszcza u kobiety, jest jak najbardziej wskazana, bo pomaga wprowadzić się w odpowiedni nastrój. Pod warunkiem oczywiście, że jeśli fantazjuje o koledze z pracy, mężowi tego nie powie. Katarzyna Platowska uważa jednak, że gdy naprawdę zależy ci na dobrych relacjach w związku, erotyczne marzenia powinny dotyczyć… twojego partnera.

– Gdy zaczynasz się bawić w wyobrażanie sobie innego mężczyzny, pojawia się kłamstwo – wyjaśnia. – To znaczy, że własny partner cię nie podnieca. Wtedy lepiej spróbować innych sposobów, np. dołączyć jakieś gadżety czy gry, które urozmaicą seks, niż wyświetlać w głowie film porno z kimś innym w roli kochanka.

Co innego fantazje seksualne, nawet najdziksze, podczas masturbacji – tu można swobodniej i z czystym sumieniem puścić wodze fantazji.

Czy to źle, że się masturbuję?

Mały erotyczny seans sam na sam ze sobą może się zdarzyć także w stałym związku, ale czy to świadczy o braku satysfakcji w relacji? Przecież skoro kochasz partnera i możesz uprawiać z nim seks, kiedy tylko macie na to chęć – chyba nie powinnaś mieć ochoty na „dodatkowe” atrakcje? Otóż, niekoniecznie.

– Zdarzają się kobiety, w których życiu erotycznym masturbacja nie odgrywa żadnej roli – uważa Platowska. – Jeśli od wieku 17 czy 18 lat cały czas są w jakiejś mniej lub bardziej stałej relacji, nie odczuwają takiej potrzeby. I odwrotnie: kobiety, które w różnych okresach bywały same, bardzo cenią sobie taki sposób zaspokojenia seksualnego. A nawet gdy wejdą w nowy, udany związek, mogą przez jakiś czas nie chcieć porzucać „starych praktyk”.

Wszystko jest tak naprawdę kwestią proporcji. Jeśli twoje życie seksualne jest satysfakcjonujące, ale od czasu do czasu zdarza ci się seans autoerotyczny, to wszystko w porządku. Gorzej, jeśli jesteś bardziej zainteresowana własnymi pieszczotami niż seksem z partnerem. Tak może się stać, gdy on nie potrafi doprowadzić cię do orgazmu – a ty zamiast go tego nauczyć, udajesz przyjemność, a potem dogadzasz sobie sama. To ślepa uliczka. W konsekwencji będziecie się tylko od siebie oddalać, aż w końcu w ogóle zaczniecie unikać współżycia.

Czy to źle, że on korzysta z pornografii?

Przyłapałaś kiedyś chłopaka lub męża, jak z wypiekami na twarzy ogląda w internecie pieprzne filmiki?

Bez paniki! Pornografia jest szkodliwa w przypadku osób poniżej 18. roku życia i takich, które jeszcze nie rozpoczęły życia seksualnego. W innych przypadkach… – …oglądanie filmów porno może być taką samą rozrywką jak napicie się piwa: wprawdzie nie z tych najbardziej intelektualnych i z górnej półki, ale służy odreagowaniu – twierdzi Platowska.

Zdarza się jednak, że mężczyźni poświęcają pornografii więcej czasu niż nakazuje zdrowy rozsądek. Jeśli zaniedbują partnerki, bo są bardziej zainteresowani onanizowaniem się przed ekranem niż seksem z kobietą, z którą kochają się od miesięcy czy lat, to pojawia się poważny problem.

– Gdy mężczyzna nabiera ochoty na zbliżenie z żoną tylko po erotycznym seansie, to sygnał, że w jego małżeństwie nie dzieje się dobrze – mówi Platowska. – No, chyba, że ma problemy z libido.

Nagłe zainteresowanie partnera filmami porno może być też sygnałem, że potrzebuje dodatkowych bodźców. Dobrze potraktować ten fakt nie jako nieszczęście, ale wskazówkę – jak wzbogacić, a kto wie – może nawet uratować związek.

Czy to źle, że nie mam ochoty na seks?

Zmęczenie, stres, stan zdrowia, w tym hormonalnego i intymnego, ogólna sytuacja życiowa – to wszystko może powodować, że apetyt na seks będzie rósł lub malał. To oczywiste, że kobieta mająca płaczące po nocach dziecko, będąca w połogu lub krążąca myślami wokół nękających ją nierozwiązanych problemów, raczej nie będzie miała ochoty na miłosne igraszki. Libido spada też u kobiet w drugiej fazie cyklu, gdy rządzi nimi progesteron, gdy przyjmują tabletki antykoncepcyjne czy w okresie menopauzy.

Ale jeśli nie ma obiektywnego powodu, dla którego nie masz ochoty na seks, warto się nad tym zastanowić. – W kobiecej psychice potrzeba seksualna leży bardzo blisko potrzeby bezpieczeństwa, więc jeśli między partnerami nie ma zgody, ona nie będzie miała ochoty na miłosne igraszki – dodaje Platowska.

Łóżko jest czułym miernikiem temperatury uczuć między partnerami. Jeśli do niedawna w sypialni było fajnie, a od jakiegoś czasu zaczynacie unikać zbliżeń, może przyczyny trzeba poszukać w emocjach. Bo nawet jeśli nie ma między wami awantur i kłótni, to nie znaczy, że wszystko jest w porządku. A nieuzewnętrznione i nieponazywane problemy skutecznie dzielą partnerów. Potrafią nawet zniszczyć wieloletnią i udaną relację.

Są pary, które godzą się w sypialni. – To nie jest dobry pomysł – mówi psycholożka. Zaproszenie do seksu staje się utrwaloną metodą redukcji napięcia, zamiast wypływać z potrzeby bycia razem.

Chociaż jest ziarno prawdy w stwierdzeniu, że pary, które się często kłócą, miewają z seksu większą satysfakcję… – Takie pary mają „dobrze przewietrzony” związek, brak między nimi emocjonalnych zaszłości – tłumaczy Platowska. – Cała sztuka polega na tym, by umieć się kłócić dobrze i na temat, a potem godzić.

  1. Psychologia

Szukamy prawdziwej miłości. Dlaczego trafiamy na niewłaściwych partnerów?

Miłości nikt nas nie uczy. Często mamy jednak o niej błędne przekonania, które utrudniają nam zbudowanie z partnerem szczerej relacji. (fot. iStock)
Miłości nikt nas nie uczy. Często mamy jednak o niej błędne przekonania, które utrudniają nam zbudowanie z partnerem szczerej relacji. (fot. iStock)
Jak to jest, że ciągle znajduję nieodpowiednich partnerów? Czemu uciekam, ranię, pozwalam się ranić? Przyczyn szuka małżeństwo terapeutów i coachów Eva-Maria i Wolfram Zurhors.

Znowu w życiu mi nie wyszło... i trzeba się  pozbierać po po kolejnym nieudanym związku. Miłość? Przynosi samo cierpienie… Eva-Maria Zurhors: Miłość, jeśli dobrze ją rozpoznamy – a to można zrobić tylko sercem – nie przynosi cierpienia. To, co powoduje ból, to nasze błędne przekonania na temat idealnego księcia, idealnej księżniczki czy związku, w którym zawsze się rozumiemy, obdarowujemy prezentami i o każdej porze dnia czy nocy możemy liczyć na ukochaną osobę.

Wolfram Zurhors: I ta pewność, że dla miłości tyle trzeba zrobić… Prawdziwe uczucie rodzi się wtedy, gdy przestajemy robić, a zaczynamy po prostu być.

E-MZ: A to oznacza również pozwolenie sobie na słabości, obawy, strach. Tak popularne dziś „bycie cool” oddala nas od miłości. Może na pierwszy rzut oka taka cool wydam się komuś atrakcyjna, ale na dłuższą metę mój pancerz uniemożliwi mi prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. Ci, którzy są cool, zawsze w końcu uciekają, odchodzą.

Budując związek, lepiej postawić na autentyzm? E-MZ: Tak, bo zawsze dostajemy takiego partnera, jaki do nas pasuje. To widać nawet przy problemach. Jeśli on mnie rani – to może dlatego, że ja nieświadomie tego właśnie oczekuję od związku, wybrałam kogoś, kto mi to da. Na przykład: tkwisz w relacji z mężczyzną, którego ciągle przy tobie nie ma, który stale cię zawodzi. A może dobrałaś sobie partnera, który pasuje do twojego nieuświadomionego strachu przed tym, by być kochaną? I nad tym trzeba popracować.

Czy ten mężczyzna też czegoś się boi? E-MZ: Tak, dlatego ucieka. Kiedyś pracowałam z kobietą, którą bili wszyscy jej czterej kolejni mężowie. Na początku znajomości nosili ją na rękach, ale prędzej czy później pojawiała się przemoc fizyczna i wszystko kończyło się w sądzie. Ktoś powie: „miała pecha”. A tak naprawdę to ona nie miała za grosz poczucia własnej wartości. Zawsze w związkach rezygnowała z siebie, próbowała dopasować do partnera. Gdyby zaczęła nad tym pracować, zmieniła postrzeganie siebie samej, przyciągałaby zapewne innych mężczyzn, takich którzy by ją szanowali i nie stosowali przemocy.

Czyli jednak to podobieństwa się przyciągają? E-MZ: Opowiem pani o mojej przyjaciółce, która jakiś czas temu była singielką i umawiała się na randki przez internet. Klapa za klapą. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nie udaje się jej z żadnym z mężczyzn. Któregoś dnia pokazała mi swój profil na portalu randkowym i to, co o sobie w nim pisze. Oniemiałam. Powiedziałam do niej: „Aleksandro, kto to jest?! Na pewno nie ty! Przecież mężczyzna, który się z tobą umówi, będzie chciał spotkać kobietę, która nie istnieje, bo ją wymyśliłaś. I z całą pewnością nie będzie do ciebie pasował”. Zaczęłam jej to tłumaczyć na prostym przykładzie: „Ty jesteś pełnomleczną czekoladą, a opisujesz siebie jako czipsy. Jeśli chcesz spotkać odpowiedniego dla siebie mężczyznę, to pokaż mu, kim naprawdę jesteś. W przeciwnym razie będzie chciał chipsy, a ty będziesz je udawała. Jako czekolada jesteś najlepszą czekoladą pod słońcem, a jako chipsy – najgorszymi z czipsów”. To proste.

Proste... To dlaczego dla wielu skomplikowane? E-MZ: Bo nikt nas tego nie uczy. W szkole mamy zajęcia z najróżniejszych przedmiotów, ale na żadnych się nie dowiemy, czym jest prawdziwa miłość. Więc w tej materii całą wiedzę czerpiemy z bajek, filmów i książek. Czego nas uczą? Że na miłość trzeba sobie zasłużyć, ciągle o nią zabiegać i bardzo wiele dla niej poświęcić. A to nieprawda.

Nie mamy od kogo uczyć się miłości? E-MZ: Najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. Na przykład zdradza mnie mąż. To jest jak trzęsienie ziemi. Rozpada się wznoszone latami rusztowanie, odsłaniają skrywane uczucia i ukazuje się przed moimi oczami prawda. O mnie, o nim, o naszym związku. Oczywiście pod warunkiem, że sobie na tę chwilę prawdy pozwolę i przyjmę ją z wdzięcznością. Jeśli nie – mogę pogrążyć się w rozpaczy, ale nie korzystam z szansy na rozwój. A to jest właśnie ten moment, w którym mogę nareszcie nauczyć się dbać o siebie...

Co to znaczy w praktyce? E-MZ: Gdy dzieje się źle, nie uciekać od zranienia czy strachu, tylko je przeżywać. Ale nie poprzez słuchanie przyjaciółek, które powiedzą: „Oj, ty jesteś biedna, a on podły”, lepiej zapytać siebie: „Czego się boję? Co mu tak naprawdę zarzucam?”. Z naszego doświadczenia wynika, że jest w tym pewna prawidłowość: zwykle jeśli ktoś mnie opuszcza, to robi to wtedy, gdy podświadomie coś mu zarzucam. Na przykład mówię do niego: „Chcę ratować nasz związek”, a jednocześnie myślę: „On mnie nie słucha, nie dba o mnie, zawsze wybiera pracę albo swoich kumpli, czemu jest taki?”. I on czuje, że wolałabym, żeby był inny, więc mnie zostawia. Jeżeli bym akceptowła go takim, jaki jest, wtedy pewnie by nie chciał odejść. To nie znaczy, że trzeba godzić się na wszystko, żeby tylko zatrzymać partnera – w sytuacji przymusu też odejdzie. Wyczuje strach. Chodzi o szczerość. O to, by zająć się sobą, nie naginać do związku. Jeżeli go ciągle nie ma w domu, zamiast przyjąć postawę wciąż oczekującej westalki – wypełnić sobie ten czas: nowym hobby, spotkaniami ze znajomymi. W ten sposób związek zyska szansę – partner zaakceptuje to, zauważy i może uszanuje, kontakt stanie się coraz bardziej szczery, a miłość głębsza.

A jeżeli to ja kogoś porzucam? Czy to też lekcja? E-MZ: Oczywiście. Aby ją odrobić, musisz wiedzieć, czy odchodzisz zawsze w takim samym punkcie. Czy to twoja wewnętrzna prawda czy ucieczka. Przykład: pewien nasz przyjaciel ucieka wtedy, gdy relacja z kobietą staje się poważna. Jego partnerki nie wiedzą, że na takie zachowanie ma wpływ drastyczna historia z dzieciństwa. Jako mały chłopiec był świadkiem, jak matka chciała odebrać sobie życie, żeby odejść od ojca. Inaczej nie umiała go zostawić. Dla tego małego chłopca, dziś już dorosłego mężczyzny, związek zawsze oznacza dużą dawkę strachu. I dlatego żaden mu się nie udaje. Podobnie jak nasz przyjaciel, wszyscy do każdej nowej relacji wnosimy plecak swoich starych historii. Zakodowane w nich strach i tęsknotę projektujemy na partnera czy partnerkę. I nazywamy miłością.

Mówimy też: „kocham, ale nie potrafię z tobą żyć”. E-MZ: My mamy na to określenie: „zderzenie dwóch gór lodowych”. Zaraz to wytłumaczę. Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6 procent. To sam wierzchołek góry lodowej. Właśnie te 4 procenty mówią: „kocham cię”, a cała reszta, czyli 96 procent: „ale nie mogę z tobą żyć”. Ta reszta to moje przekonania, dawne doświadczenia i błędne wzorce.

Co się dzieje, gdy spotykają się dwie góry lodowe? Widzą jedynie swoje wierzchołki i – dajmy na to  – uznają je za atrakcyjne, więc zaczynają się do siebie zbliżać. W końcu tak skracają dystans, że stykają się swoimi podstawami, których nie są świadome.

I bach! Następuje kryzys. A dalej? To zależy od nich. Prawdopodobnie rozstanie. Dzisiaj mamy o wiele więcej możliwości, niż mieli nasi rodzice. Szybciej od siebie odchodzimy, bo możemy sobie na to pozwolić, także finansowo. Nasi rodzice myśleli: „muszę zostać i gdzieś na boku urządzić sobie życie, które będzie mnie satysfakcjonować”. Byli trzydzieści lat po ślubie i się nie znali – bo po ślubie były tylko wierzchołki ich gór lodowych. O całym dole nie mieli pojęcia. Małżeństwo to droga schodzenia w głąb lodowej góry, a czasem nurkowania pod nią. Na przykład nasze małżeństwo. Zaczęło się klasycznie: jeden wierzchołek poznał drugi. Potem zbliżaliśmy się do siebie, aż nagle doszło do zderzenia podstaw naszych gór. Nastąpiło starcie i rozstanie. Odsunęliśmy się od siebie na bezpieczną odległość i znowu wszystko było niby w porządku. Na szczęście każde zaczęło poznawać swoje wnętrze i bezwiednie znów się do siebie zbliżaliśmy. Ten proces trwa cały czas. Podstawy naszych gór znowu się ze sobą stykają i zachodzą na siebie, przy czym nieraz zderzają się za mocno – wtedy na chwilę odskakują, i znowu się do siebie zbliżają.

Dwa kroki do przodu, jeden w tył… E-MZ: I tak będzie przez całe życie. Im głębiej schodzimy, tym coraz więcej bolących miejsc.

Dobry związek musi czasem boleć? E-MZ: Jak nie boli, to nic się nie zmienia, nie rozwija. To jest jak trenowanie mięśni. Mój mąż jest moim hantlem i dzięki niemu mój mięsień staje się coraz mocniejszy. Im cięższy hantel, tym większy mięsień. W naszym małżeństwie przeżyliśmy już dwa poważne kryzysy, ale dzięki nim dziś jesteśmy ze sobą bliżej.

Jak długo są państwo razem? WZ: 16 lat i wierzymy, że jeszcze wiele lat przed nami. Wiele bólu i radości. Proces poznawania, schodzenia w głąb lodowej góry nigdy się nie kończy.

E-MZ: Bo góra jest nieskończona.

O Boże, to straszne! E-MZ: Skąd! To cudowne!

WZ: Dzięki temu jeden i ten sam związek jest nieustannie podniecający. Nie ma w nim miejsca na nudę czy zmęczenie.

E-MZ: Niech pani wyobrazi sobie, że ciągle pokazujemy drugiej osobie tylko część siebie. To dopiero nuda!

WZ: Dzisiaj nasze małżeństwo nie ma nic wspólnego z tym, jakie było na początku. Jest dojrzalsze, szczęśliwsze, a część wspólna, ta poznana, uświadomiona i zaakceptowana staje się coraz większa. Ale po drodze często bolało. I myślę, że w przyszłości też nieraz się zranimy, a to nas wzmocni. I na tym polega ta cudowna przygoda, jaką jest związek dwojga ludzi.

Wywiad z archiwalnego numeru magazynu Sens

  1. Psychologia

Mistrzostwo rodzi się w głowie - rozmowa z Darią Abramowicz, psycholożką pracującą z Igą Świątek

Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Jak to możliwe, że młoda tenisistka, jaką jest Iga Świątek, wykazała się tak niesamowitą siłą psychiczną? – Bez trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem że wyciągniemy z niej wnioski. 

Jesteśmy niestabilne, rozchwiane, rozhisteryzowane, a to świadczy o naszej słabości. Jest w takich sądach ziarnko prawdy?
Bywamy emocjonalne, to prawda. Ale czy to nas osłabia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że zawodniczki są w stanie dochodzić do mistrzostwa w swoich dziedzinach, podobnie jak mężczyźni. I tak jak mężczyźni podczas rywalizacji przejawiają różne cechy, w tym cechy uznawane za stereotypowo męskie. Czasem na przykład wyrażają, używając silnej ekspresji, swoją złość, co przypisuje się mężczyznom. A z kolei mężczyźni niejednokrotnie reagują bardzo emocjonalnie, co przypisywane jest kobietom.

Według innej obiegowej opinii jesteśmy od mężczyzn odporniejsze na ból, stres. Sport to potwierdza?
Widywałam kobiety potrafiące przezwyciężać ból i bardzo silny dyskomfort, nawet podejmować ryzyko związane z zagrożeniem zdrowia, żeby realizować swój cel. I widywałam mężczyzn o – jak to nazywam – niekonstruktywnej relacji z bólem. Ale bywa też odwrotnie. Z moich obserwacji wynika, że kiedy zawodnicy stają przed bardzo długą i żmudną pracą, która wiąże się z pokonywaniem przeszkód, wieloma trudnymi sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej, to kobiety często są tu sprawniejsze. Aczkolwiek nie twierdzę, że mężczyźni tego nie potrafią.

Przykład Igi Świątek pokazuje, jak ważna w sporcie jest siła psychiczna. Jako młoda zawodniczka rzucała rakietkami, teraz potrafi trzymać nerwy na wodzy w meczach o najwyższą stawkę. Jak buduje się taką siłę?
Mistrzostwo rodzi się w głowie. I to nie tylko to sportowe. Psychologiczne mechanizmy rządzące sportem są absolutnie takie same jak te w życiu. Siłę i odporność kobiet buduje się poprzez pracę nad samooceną, poczuciem własnej wartości, nad świadomością siebie w różnych obszarach: obrazu własnego ciała, inteligencji emocjonalnej, relacji. No i wreszcie w obszarze umiejętności poznawczych i treningu mentalnego, który daje poczucie sprawczości, skuteczności.

Co jednak musiało się stać, żeby Iga nagle uruchomiła w sobie taką siłę?
Zdecydowanie nie stało się to nagle. To proces związany – co warto podkreślić – z jej ogromną pracą, którą cały czas wykonuje z dużym oddaniem. Wyszła trochę laurka, ale absolutnie prawdziwa. W przypadku Igi nic nie stało się samo. Istotnym elementem jej pracy, przez wiele miesięcy, był trening mentalny, który wciąż trwa, a jego celem jest wykorzystywanie przez Igę swoich zasobów w danym momencie, czy to podczas treningu, czy meczu.

Na czym konkretnie ten trening polega?
Nie ma jednej prostej recepty. Ogólnie mówiąc, polega na stopniowym budowaniu samoświadomości, samooceny, byciu blisko siebie. Bo to wszystko sprawia, że kiedy przychodzi do meczu, czasem bardzo wymagającego, na wysokim poziomie napięcia, można uwierzyć w to, że da się przejąć nad nim kontrolę, czyli zrobić swoje. To jest siła.

Łatwo wyobrazić sobie, że siła może przerodzić się w agresję, a poczucie własnej wartości – w egocentryzm. Nie o taką siłę przecież chodzi.
Rzeczywiście siła bywa czasem utożsamiana z arogancją, agresją, egoizmem. Tę autentyczną buduje się poprzez zaufanie, bliskość, przekazywanie pozytywnych wzorców, co nie jest takie proste, bo żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Młodzi sportowcy też mają coraz mniej idoli, na których patrzą z uznaniem. A pozytywne wzorce są niezwykle ważne.

Co mogą robić rodzice, żeby wychować córki na silne kobiety?
Najważniejsza, choć może brzmi to banalnie, jest bliskość, uważne słuchanie i wola usłyszenia. Dzięki rozmowie mamy szansę poznać córkę, przekazać jej to, co myślimy, no i przede wszystkim zacieśniać z nią relację. Rozmowa sprawdza się także w sporcie. Ja na przykład rozmawiam z zawodniczkami o tym, jak postrzegają swoje ciało, gdzie upatrują źródeł swojej siły, jak ją sobie wyobrażają. I tworzymy razem wizję tego, jak chciałyby funkcjonować, a później dzień za dniem drobnymi krokami staramy się to realizować. Dla wielu kobiet takim filarem siły jest praca, bo daje im poczucie sprawczości, skuteczności, kontroli. Dobrze, żeby rodzice wzmacniali talenty córek. I żeby pracowali nad komunikacją i ich asertywnością, które są absolutnym kluczem do wyrażania własnych potrzeb i emocji w sposób, który nie narusza wolności innych. Tego też uczę intensywnie zawodniczki.

Są do tego jakieś narzędzia?
Czasem takie właśnie pytanie słyszę od zawodniczek: „Co zastosować, żeby od razu zadziałało?”. No, tak się nie da. Zmiana postaw, przekonań, nawyków to wynik procesu, czasem długotrwałego.

Czy takim rodzajem narzędzia może być myślenie pozytywne? Mecz źle idzie, a ja sobie wyobrażam wygraną.
Pamiętam słowa Ewy Woydyłło na jednym z wykładów o traumie: „Każdy z nas na koniec dnia ma wybór, czy chce się trzymać kurczowo przeszłości, czy jednak pomyśleć o pozytywnej wizji przyszłości i iść do przodu”. Co do zasady myślenie pozytywne ma wielką moc. Niemniej zachęcam zawodniczki, żeby pracować z konstruktywnym nastawieniem. Czyli myśleć o tym, ile pracy potrzeba, aby coś osiągnąć. I że nie będzie to zawsze przyjemne. Że czasem będzie mnie wszystko bolało, być może będę płakać z bólu czy z bezsilności, ale wiem, że to zaprocentuje, kiedy będę tego najbardziej potrzebować. Myślenie jednoznacznie pozytywne może przekłamywać rzeczywistość, która nas czeka. Zachęcam, żeby koncentrować wysiłki na pracy, na możliwościach.

Ważne chyba, nie tylko w sporcie, żeby traktować porażki jako lekcje.
Zdecydowanie tak, porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem jednak, że wyciągniemy z niej wnioski. Bez bardzo trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Mogę też powiedzieć, że nie byłabym zawodowo w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie wiele trudnych doświadczeń.

Ale niepowodzenia czasem mogą nas złamać.
Tak, mogą działać destrukcyjnie, szczególnie wtedy, gdy nie wypracujemy sobie zgody na ich pojawienie się w naszym życiu. Dlatego tak ważna jest akceptacja niepowodzeń.

Jak to osiągnąć?
Chciałabym podkreślić, że nie musimy tego robić sami. Ogromne znaczenie w radzeniu sobie z niepowodzeniami, ale też w budowaniu siły, ma sieć wsparcia społecznego, bliskich, a w sporcie – trenerów, psychologów, lekarzy. Dla sportowców symbolem niepowodzenia jest kontuzja. Jedni potrzebują wtedy silnego wsparcia terapeutycznego, innym wystarczy wsparcie bliskich. Podobnie jest w społeczeństwie. Nie po każdym traumatycznym zdarzeniu i nie każda osoba będzie potrzebowała pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Niemniej jeżeli jej potrzebujemy, to nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Kobiety przez wieki były uczone, żeby służyć innym, więc budowanie swojej siły muszą zacząć od myślenia, żeby służyć sobie, od polubienia siebie.
Życie w zgodzie ze sobą jest czymś ekstremalnie istotnym dla każdego człowieka. Wszystko zaczyna się w nas i od nas. Trudno mówić o sile, odporności psychicznej, jeżeli nie kochamy siebie. W tenisie bardzo ważne jest skupianie się na sobie, żeby właściwie ustawić ciało, przygotować się do uderzenia. W życiu podobnie. Otworzyć się na siebie bardzo pomaga trening uważności. W pracy ze sportowcami często odwołuję się do metaforycznej skrzynki na narzędzia. Wkładamy do niej wspólnie różne narzędzia treningu mentalnego: młotek, wkrętarkę, klucz francuski, śrubokręt płaski czy krzyżak. Ta skrzynka może być dobrze wyposażona, ale jeżeli nie wiemy, do czego używa się młotka, a do czego klucza francuskiego, to te narzędzia nie do końca są użyteczne. Dlatego trzeba nie tylko mieć świadomość własnych potrzeb, swoich reakcji, postaw, nawyków, lecz także umieć je modelować.

Wydaje się, że Iga nie boi się rywalek. Jak pani pomogła jej to osiągnąć? Pytam, bo wiele z nas wycofuje się z lęku przed trudnościami.
Staramy się skupiać na mocnych stronach, tym zresztą charakteryzuje się praca w sporcie, aby być świadomym swojego potencjału i z niego w pełni korzystać. Rozmawiamy o Igi zasobach, o tym, w czym jest dobra, bo to pomaga redukować potencjalny lęk. A kiedy on się mimo wszystko pojawia, dużo łatwiej zakotwiczyć się w tym, co mocne, dobre, pozytywne.

Mówi się o sile spokoju. Zachowanie zimnej krwi w stresujących sytuacjach to sprawdzian siły?
Myślę, że tak. I znów – ten spokój łatwiej osiągnąć, gdy koncentrujemy się na sobie, na tym, na co mamy wpływ, czyli na pracy, bo na wynik nie zawsze mamy wpływ, a na pracę już tak. Budowanie siły spokoju polega też na regulacji emocji, uczeniu się ich rozpoznawania, nazywania, interpretacji, ekspresji, żeby – co jest niesamowicie ważne – być w stanie je potem regulować. Celowo nie używam słowa „kontrolować”, bo kontrola kojarzy się z powstrzymywaniem się, tymczasem każdy z nas odczuwa emocje i powinien je wyrażać. Trzeba jednak robić to asertywnie, ale w sposób, który nie rani i nie narusza wolności innych. Uczymy sportowców, że adekwatne do sytuacji wyrażanie emocji może pomagać wykorzystywać swój potencjał. Myślę, że dobrze byłoby uczyć tego już małe dzieci, bo to długi proces. Jeśli natomiast z jakichś powodów nie przebiegał on konstruktywnie i takich zasobów brakuje dorosłym kobietom, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o to zadbały. Bo regulacja emocji stanowi jeden z filarów wewnętrznego spokoju.

Iga otwarcie mówi, jak wiele zawdzięcza pani, podkreśla wpływ wsparcia psychologicznego na jej sukces. Obie zrobiłyście ogromnie dużo dla rozpropagowania znaczenia psychologii w naszym życiu.
Staram się, aby sportowcy, z którymi pracuję, rozumieli, po co coś robią, co to daje. No bo ostatecznie to, jak pracują i jak żyją, to system naczyń połączonych. Bardzo jestem wdzięczna Idze za to, że w swoich wypowiedziach podkreśla wartość pracy mentalnej dla budowania swojej siły. To świadczy o tym, że osiągnęłam jeden z celów mojej pracy. I nadal staram się robić swoje. 

Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska) Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska)

 

  1. Psychologia

Pogłaszcz swój mózg, czyli jak uodpornić się na negatywne myślenie

Jeśli lęki, czarne scenariusze i stosowanie sprawdzonych rozwiązań zdominują nasze myślenie, stracimy zdolność do odczuwania radości z życia. Na szczęście umysł może
zapanować nad mózgiem. (Fot. iStock)
Jeśli lęki, czarne scenariusze i stosowanie sprawdzonych rozwiązań zdominują nasze myślenie, stracimy zdolność do odczuwania radości z życia. Na szczęście umysł może zapanować nad mózgiem. (Fot. iStock)
Lęki, czarne scenariusze i stosowanie sprawdzonych rozwiązań to wszystko triki ewolucyjne, które mają nam zapewnić przetrwanie. Jeśli jednak zdominują nasze myślenie, stracimy zdolność do odczuwania radości z życia. Na szczęście umysł może zapanować nad mózgiem.

Mózg lubuje się w czarnowidztwie, a naukowcy wciąż spierają się nad genezą tego faktu. Francuski psychiatra Christophe André w poradniku „Nastroje. Jak nauczyć się pogody ducha” przywołuje trzy potencjalne źródła tej skłonności. Po pierwsze, chodzi o przetrwanie. „Teorie zwane ewolucjonistycznymi podkreślają, że wszystko, co istnieje w człowieku, w sensie fizycznym i umysłowym, przydaje się lub przydawało do przetrwania gatunku (i przy okazji jego samego)” – pisze. Po drugie, czarnowidztwo wynika z błędów w postrzeganiu lub ze skrzywienia w naszym stosunku. Przykładem tego jest tzw. efekt Zeigarnik, zgodnie z którym łatwiej zapamiętujemy rzeczy niedokończone, ponieważ mamy w sobie nierozładowane napięcie (dopiero koniec procesu pozwala je zniwelować), a dziś stale mamy na barkach masę rozpoczętych spraw do załatwienia. Po trzecie, może rzeczywiście – jak twierdzi kolejna hipoteza – nasze działanie przynosi nam więcej porażek i chybionych przedsięwzięć niż sukcesów?

Mniejsza o to, dość, że zdając się całkowicie na biologię, moglibyśmy przeżyć całe życie w smutku. Na szczęście jednak istnieje piękny umysł, który jest w stanie zapanować nad najczarniejszymi scenariuszami podsuwanymi przez mózg. „Umysł ma nadzwyczajną zdolność kontroli ciała i wpływania na nie. Myśli bezpośrednio wpływają na umysł i ludzki organizm. Jeśli zamkniesz oczy i wyobrazisz sobie ukochaną osobę w przyjaznym środowisku, twój mózg wydzieli oksytocynę i dopaminę... Może poczujesz nawet dreszcz, będziesz mieć gęsią skórkę czy inny fizyczny objaw spośród nieskończenie wielu”– wyjaśnia autorka książki „Jak przyciągać dobre rzeczy”, Marián Rojas Estapé z Hiszpańskiego Instytutu Badań Psychicznych w Madrycie. A to znaczy, że im częściej skupiasz się na złych wspomnieniach lub potencjalnych zagrożeniach w przyszłości, tym bardziej uczysz swój mózg, że właśnie to jest dla ciebie najważniejsze. Co zatem zrobić, by nie dać się negatywnym myślom?

Pozwól odejść przeszłości

„Życie z przykutym do przeszłości umysłem oraz powracanie do tego, co już się wydarzyło, może oddziaływać na nas negatywnie – od emocji czy wrażeń, takich jak melancholia, frustracja, poczucie winy, smutek albo żal, aż po samą depresję” – podkreśla Rojas Estapé. Do najbardziej destrukcyjnych emocji zalicza poczucie winy, czyli poczucie, że nie zachowaliśmy się tak, jak powinniśmy – w ocenie innych albo własnej. Poczucie winy obciąża nas, nie pozwala ruszyć do przodu i wykorzystać swoich mocnych stron. Nieprzepracowane może wywołać poważne przygnębienie czy doprowadzić do neurotycznych zachowań. Żeby je wyleczyć, trzeba przede wszystkim zaakceptować, że nie można zmienić tego, co się stało. Jeśli faktycznie popełniliśmy błąd, warto zacząć od oszacowania jego rzeczywistych konsekwencji, na przykład w skali 0–5, nie będąc dla siebie ani zbyt pobłażliwym, ani zbyt surowym. Dobrze przy tym pamiętać o podejściu Thomasa Edisona, który w odpowiedzi na uwagę asystenta, że wynalazca musiał doświadczyć tak wielu porażek, zanim wpadnie na pomysł, powiedział: „Nie poniosłem porażki. Po prostu odkryłem 10 000 błędnych rozwiązań”.

W przeszłości często trzyma nas także doznana krzywda. Im bardziej bolesna, tym trudniejsza do przebaczenia. Jednak bez niego ryzykujemy trwaniem w żalu, co – podobnie jak poczucie winy – może wywołać trwałe przygnębienie i neurozę, albo w nienawiści, podszytej chęcią zemsty. W obu przypadkach obraca się to przeciwko nam, bo nie możemy odzyskać równowagi. Przebaczenie nie ma nic wspólnego z uznaniem czyjegoś nagannego zachowania za dopuszczalne ani nie oznacza – jak twierdzi wiele osób zapamiętałych w nienawiści i strażników czyichś sumień – wymazania z pamięci tego, co się przydarzyło. Ze świadomą przewrotnością można by je nazwać raczej efektem zdrowego egoizmu.

„Nie jestem naiwna, nie lekceważę trudności z przebaczeniem niektórych zachowań. Przebaczanie po nieznacznej krzywdzie nie jest takie samo jak przebaczanie po znaczącym i prawdziwie krzywdzącym cierpieniu” – podkreśla hiszpańska psychiatra i choć powołuje się na swoje doświadczenie kliniczne przemawiające za uzdrawiającą mocą przebaczenia, to przyznaje, że w niektórych okolicznościach okazuje się ono niemożliwe. Jako punkt wyjścia – a zarazem metodę ostatniej szansy – proponuje postrzegać sprawcę jako osobę godną współczucia. Taka zmiana optyki nie przychodzi od razu, ale pamiętajmy, że trwanie w nienawiści staje się z czasem nawykiem, a ze złymi nawykami najlepiej walczyć, wprowadzając nowe. Niech twoim nawykiem stanie się więc traktowanie innych ze współczuciem. Nagroda jest duża cenniejsza niż rozładowanie wewnętrznego napięcia przez stawianie się ciągle w pozycji ofiary.

Żyj teraźniejszością

„Nastawienie jest potężnym aktywatorem samopoczucia” – czytamy w „Jak przyciągać dobre rzeczy”. A nastawienie na dostrzeganie pozytywów to nic innego niż decyzja. Jednak sama decyzja nie wystarczy, żeby osiągnąć cel – do tego potrzebny jest plan. Wtedy z pomocą przyjdzie nam system, który odpowiada w mózgu za filtrowanie napływających informacji i nadawanie im priorytetu zgodnego z naszymi celami, czyli wstępujący siatkowy układ aktywujący – ARAS. (To właśnie on wyjaśnia między innymi, dlaczego ciężarna kobieta dostrzega w swoim otoczeniu dużo innych kobiet oczekujących dziecka i młodych matek, mimo że nie ma to pokrycia w statystyce).

Co pomoże ci wzmocnić ARAS?

  • ćwiczenie otwartości umysłu,
  • wizualizowanie celu,
  • unikanie toksycznych ludzi,
  • koncentracja na „tu i teraz”,
  • wprowadzanie drobnych zmian do rutynowych czynności, które pozwolą ci na zaskoczenia,
  • prowadzenie dzienniczka wdzięczności.
Oczywiście niekiedy jesteśmy w tak złym stanie psychicznym czy fizycznym, że nastawienie nie polepsza naszego samopoczucia od razu, ale jeśli będziemy konsekwentni, to po jakimś czasie poczujemy się lepiej.

Patrz z nadzieją w przyszłość

Przyszłość to zmiana, a zmiana to wyzwanie. „Nie powinniśmy zapominać, że jednym z elementów wielkich wyzwań jest niepewność, nic wielkiego nie zaczyna się bez odrobiny strachu” – uspokaja Marián Rojas Estapé. Zatem w odczuwaniu strachu nie ma nic dziwnego, to znowu potrzeba ewolucyjna. Należy on do emocji podstawowych, sygnalizuje potencjalne zagrożenie i bez jego pomocy nie przeżylibyśmy długo samodzielnie. Tyle że strach może przyjąć formę zalęknienia, które deformuje naszą percepcję rzeczywistości. Skłonność do niego psychologowie łączą przede wszystkim z negatywną stymulacją w okresie rozwojowym: lękliwi opiekunowie powstrzymują naturalne u dziecka zaciekawienie światem. Silny lęk może nawet doprowadzić do ataku paniki, a wtedy instynkt przeżycia przejmuje kontrolę nad umysłem.

Skąd mózg czerpie te powody do lęku? Z trudnych doświadczeń w przeszłości, wywołując wspomnienia, które prowadzą do tzw. porwania emocjonalnego – pojęcia wprowadzonego przez promotora idei inteligencji emocjonalnej, amerykańskiego psychologa Davida Golemana, na opisanie zachowania, które popularnie komentujemy, że komuś odbiło. Utrwalaniu silnego ładunku emocjonalnego sprzyjają tzw. ruminacje, czyli nadmierne analizowanie pewnych tematów czy minionych okoliczności. Poza przypadkami zaburzeń psychicznych czy zaburzeń osobowości (w których myśli przyjmują formę obsesji) ruminacje są kolejną strategią podejmowaną, żeby poradzić sobie z jakimś problemem. Zakładamy, że w ten sposób wyciągniemy wnioski na przyszłość i poczujemy się lepiej. Jednak w rzeczywistości tylko jeszcze bardziej nas przygnębiają.

W książce „Je rumine, tu rumines, nous ruminons” (Ja ruminuję, ty ruminujesz, my ruminujemy) francuski neurolog Bernard Anselem wyjaśnia, że za ruminacjami stoją trzy odrzucone emocje podstawowe: strach, złość i smutek. Jeśli rozpoznamy je i zamiast obwiniać się – odpuścimy, uwolnimy się od jałowego rozmyślania. Jego zdaniem dobre efekty przynosi praktyka uważności, która wspiera empatię i uczy współczucia dla siebie oraz umożliwia budowanie głębokich więzi. Jako metody doraźne można stosować na przykład strategię „stop”, czyli jeśli łapiesz się na tym, że znów rozmyślasz: „dlaczego on to powiedział?”, „jak mogła to zrobić?”, „po co w ogóle tam poszliśmy?”, powiedz głośno: Stop! Zamknij się! Dość!

Innym polecanym sposobem jest wyznaczanie kontrolowanego czasu na ruminacje i konsekwentne trzymanie się tych ram. Z każdym tygodniem ograniczaj długość i częstotliwość tych sesji.

Pamiętaj, że mózg jest jak pies, który szczeka, gdy za drzwiami poczuje kogoś obcego. W najlepszym wypadku przeszkadza ci to w rozmowie albo czytaniu książki, w dużo gorszym – może obudzić właśnie uśpione dziecko lub wywołać pretensje sąsiadów. Jednak tylko mało świadomy (albo naprawdę zdenerwowany) właściciel będzie miał za to pretensje do swojego czworonoga, raczej postara się go uspokoić, chwaląc za czujność i dając znak, że nie ma niebezpieczeństwa. Nie zawsze i zwykle nie od razu przyniesie to spodziewany efekt. Jednak wraz z treningiem – czasem pod okiem behawiorysty – będzie się to zmieniać. Podobnie podchodź do mózgu, który robi wszystko z myślą, żeby było ci lepiej. Jest jeszcze wierniejszy niż pies, bezustannie czuwa i nie pójdzie na spacer z kimś innym, więc kiedy następnym razem znów wyświetli ci przed oczami katastroficzny film, podziękuj mu za ostrzeżenie, daj nagrodę (na przykład kilka razy świadomie odetchnij albo uśmiechnij się do siebie lustrze) i powiedz, że wszystko będzie dobrze.

  1. Psychologia

Inspiracje na sierpień. Zadbaj o dobre relacje, odrzuć negatywne myśli i pokochaj siebie!

Trenerka Dagmara Gmitrzak radzi, aby w tym miesiącu skupić się szczególnie na dobrych relacjach z innymi oraz rozwijaniu miłości do samego siebie. (Fot. iStock)
Trenerka Dagmara Gmitrzak radzi, aby w tym miesiącu skupić się szczególnie na dobrych relacjach z innymi oraz rozwijaniu miłości do samego siebie. (Fot. iStock)
Latem znacznie częściej spotykamy się z innymi ludźmi. Jak sprawić, by były to ciepłe i piękne chwile? Trenerka Dagmara Gmitrzak radzi, by w sierpniu zadbać o dobre relacje, odrzucić negatywne myśli i skupić się na rozwijaniu miłości do siebie. 

Latem znacznie częściej spotykamy się z innymi ludźmi. Jak sprawić, by były to ciepłe i piękne chwile? Trenerka Dagmara Gmitrzak radzi, by w sierpniu zadbać o dobre relacje, odrzucić negatywne myśli i skupić się na rozwijaniu miłości do siebie. 

Ćwiczenie 1. Trzy perspektywy

Sprzeczka na wakacyjnym wyjeździe? Technika trzech perspektyw widzenia danej sytuacji – z poziomu „ja”, z poziomu drugiej osoby oraz z dystansu – może ci pomóc w naprawieniu popsutej atmosfery. Wybierz sytuację, z którą chcesz pracować, a która dotyczy ciebie i drugiej osoby. Teraz spójrz na nią z pozycji swojego „ja”: twoich potrzeb, pragnień, emocji, przekonań. Daj sobie na to kilka minut. Następnie wyobraź sobie, że jesteś w sytuacji drugiej osoby. Widzisz przez chwile świat jej oczami, czujesz jej potrzeby i pragnienia. Po jakimś czasie wejdź w trzecią rolę – obserwatora. Widzisz tę sytuację z zewnątrz, nie angażujesz się emocjonalnie, możesz obiektywnie przeanalizować wszystkie plusy i minusy. Na koniec sprawdź, co to ćwiczenie wniosło do twojego życia.

Ćwiczenie 2. Nie jesteś swoimi myślami

Jeśli mimo pięknej aury dopadł cię spadek nastroju, przyjrzyj się swoim myślom. Blake D. Bauer, mówca, nauczyciel oraz autor książki „You were not born to suffer”, zrozumiał, że przez całe życie identyfikował się ze wszystkimi myślami, które generował jego umysł, szczególnie tymi pełnymi lęku, niepokoju, pesymizmu i pozbawionymi nadziei. Wierzył, że były częścią jego „ja” i pozwalał, aby wpływały na jego samopoczucie. Pewnego dnia odkrył jednak, że jest taki aspekt „ja”, który można określić jako czystą świadomość albo wyższe „ja”. Aspekt, który jest ponad wszystkimi myślami generowanymi przez logiczny umysł. Zdaniem Bauera, cierpimy wtedy, gdy identyfikujemy się ze swoimi myślami. Radzi więc: „Nie wierz wszystkiemu, o czym myślisz. Myśli są falami oceanu świadomości. Zamiast identyfikować się z falami, bądź oceanem”. Pamiętaj o tym za każdym razem, gdy w głowie pojawi ci się natrętna i dołująca myśl.

Ćwiczenie 3. Ego i nieświadomość

Jak patrzeć na siebie i świat z perspektywy oceanu, a nie fal? James McCrae, strateg i kreatywny konsultant, twierdzi, że mamy dostęp do obu tych postaw, wystarczy przedłożyć pierwszą nad drugą. Druga to ego, czyli zawężony aspekt naszego „ja”, pierwsza to tzw. wyższe „ja”, znacznie szerszy jego aspekt. Zdaniem McCrae'a reprezentuje zwykle krytyczny i oceniający głos w naszej głowie, zaś wyższe „ja” – ciepły, troszczący się i pozytywny. Ego mówi: „Jestem ofiarą okoliczności”. Wyższe „ja” mówi: „Ja tworzę swoją rzeczywistość”. Ego mówi: „Nieprzewidywalność życia sprawia, że się boję”. Wyższe „ja” mówi: „Nieprzewidywalność sprawia, że czuję ekscytację”. Ego mówi: „Chcę zachować status quo”. Wyższe „ja”: „Jestem otwarty na zmiany i rozwój”. Ego mówi: „To porażka”. Wyższe „ja” mówi: „To doświadczenie życiowe”. Ego mówi: „Na szczęście trzeba zasłużyć”. Wyższe „ja” mówi: „Szczęście jest moim prawem”. A zatem, jeśli następnym razem uświadomisz sobie swój krytyczny głos, wypowiedz również zdanie, które jest jego przeciwieństwem, pozytywne i dodające ci skrzydeł. Później zdecyduj, na którym z nich warto skupić uwagę.

Ćwiczenie 4. Praktyka miłości do siebie w 7 krokach

Negatywne myśli to jedno, braki z dzieciństwa drugie. Jeśli jako dzieci nie doświadczyliśmy rodzicielskiego uczucia troski, miłości i czułości, jako dorośli będziemy odczuwać niedosyt tych uczuć. Możemy przyciągać partnerów, którzy co prawda zakochują się w nas, lecz po jakimś czasie stają się emocjonalnie niedostępni. Aby doświadczać miłości od innych, warto nauczyć się dawać ją sobie. Krok pierwszy: wybacz sobie różne sytuacje z życia. Krok drugi: zaakceptuj swoje fizyczne niedoskonałości. Krok trzeci: mów codziennie minimum jedno pozytywne zdanie na swój temat. Krok czwarty: zauważaj swoje mocne strony i umiejętności. Krok piąty: miej cierpliwość do swoich słabych stron. Krok szósty: nie krytykuj i nie obrażaj siebie. Krok siódmy: powtarzaj kilka razy dziennie: „Kocham i akceptuje siebie w pełni".

Ćwiczenie 5. Piękno niedoskonałości

Prawdą jest, że można uniknąć wielu problemów i zdusić je w zarodku, ale i to, że szczęście nie oznacza nieobecności problemów. Życie bez jakichkolwiek wyzwań i stresujących sytuacji jest niemożliwe. Wyzwania są częścią naszego życia, okazją do rozwoju wewnętrznego i przekraczania ograniczeń myślowych. Nie ma również czegoś takiego jak perfekcyjne życie. Wabi Sabi, japońska filozofia i sztuka życia, inspiruje do spoglądania na życie z większa akceptacją wszelkich niedoskonałości i wdzięcznością za to, co otrzymaliśmy. Japońskie przysłowie mówi: „W każdej trudnej sytuacji jest ziarenko szczęścia”. Warto o tym pamiętać, kiedy nie zawsze wszystko idzie po twojej myśli. Zamiast walczyć i płynąc pod prąd, zadaj sobie pytanie: jaki dar otrzymuję, gdy rzeczy nie płyną tak jak tego chcę? A kiedy sprawy chwilowo cię przerastają, weź oddech i kontempluj buddyjska mądrość: „Kwiat lotosu rozkwita w swym pięknie, mając korzenie zanurzone głęboko w mule”.

Ćwiczenie 6. Praktyka wewnętrznego uśmiechu

Oto technika, która zawsze poprawia samopoczucie. Zacznij od uniesienia kącików ust i daj sobie chwilę na odczucie tego uśmiechu. Zastanów się, jaka część twojego ciała jest obecnie spięta, boląca, osłabiona. Zamknij oczy, zlokalizuj ją i uśmiechnij się do niej. Poczuj, jak energia uśmiechu wypełnia ten organ. Wyraź mu wdzięczność, podziękuj za jego pracę i zdrowie. Teraz pomyśl, jaki kolejny organ potrzebuje twojego uśmiechu i wdzięczności. Kiedy go zlokalizujesz, uśmiechnij się do niego. Spróbuj rozszerzyć życzliwą uwagę na większą część ciała, aż wreszcie na całe ciało. Uśmiechnij się do niego. Podziękuj mu za dobrą kondycję. A na koniec podejdź do lustra, spójrz sobie w oczy i uśmiechnij się. Z życzliwością, czułością i miłością. Wyobraź sobie jakąś bliską osobę lub kogoś, z kim chcesz poprawić relację. Spójrz tej osobie w oczy i spróbuj się do niej uśmiechnąć. Możesz też powiedzieć jej coś pozytywnego.

Ćwiczenie 7. Synchronizacja półkul mózgowych

Połóż obie dłonie na głowie, prawą na prawej półkuli, a lewą na lewej. Oprzyj o coś łokcie, aby było ci wygodnie. Zamknij oczy i przenieś uwagę na wnętrze dłoni. Co czujesz? Ciepło, mrowienie, odczucie przyciągania dłoni do głowy? Pozostań w tej pozycji kilka minut, oddychając spokojnie. To ćwiczenie pomaga zsynchronizować obie półkule mózgu – lewą: związaną z logiką i mówieniem, oraz prawą: związana z uczuciami i intuicją. Najlepiej powtarzać je codziennie przez siedem dni.