1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Tomasz Srebnicki – porady: Nie wiem, czy chcę być w związku

Tomasz Srebnicki – porady: Nie wiem, czy chcę być w związku

fot.123rf
fot.123rf
Kiedy coś szwankuje w relacji, my, kobiety, zwykle szukamy winy w sobie.

Czy można jakoś sprawdzić, czy chcę być w związku? Mam 35 lat, za sobą wiele nieudanych relacji, od kilku lat jestem sama, tęsknię i cierpię z tego powodu, a z drugiej strony już tak bardzo przyzwyczaiłam się do tej sytuacji, że nie wiem, co dla mnie będzie lepsze: pogodzenie się z tą sytuacją czy szukanie lub czekanie. Mam wiele pasji, zajęć, nie cierpię na nadmiar wolnego czasu, jednak brakuje mi w życiu kogoś bliskiego, ostoi, przytulenia, wspólnych spraw, dziecka… Co począć? Jak uzbroić się w cierpliwość? Jak szukać drugiej połówki? A może jak zaakceptować tę sytuację i przestać się nią zamartwiać?

Nie znam ani testu, ani metody, która pomogłaby jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o chęci bycia w związku. Po wielu burzliwych relacjach, których doświadczyłaś, można wnioskować, że potrafisz w nie wchodzić. Piszesz też, że z jednej strony przyzwyczaiłaś się do swojej samotności, a z drugiej cierpisz, ponieważ czasami brakuje Ci różnych pozytywnych elementów bycia z drugą osobą. I być może tutaj tkwi istota sprawy? I warto, abyś poruszyła tę kwestię ze swoim terapeutą. Spróbujcie wspólnie poddać refleksji to, jak postrzegasz relację. Czytając Twój list, zastanawiałem się, czy piszesz do mnie jako osoba samotna, czy bardziej jako ktoś, kto chce być samotny, czerpiąc jednocześnie z relacji wszystko to, co jest w niej cenne. Powiem szczerze, nie wiem, ale być może chodzi o to drugie. Może znajdujesz się w konflikcie związanym z plusami niezależności i minusami zależności i stąd twoje rozterki... Podsumowując, zniechęcam Cię zarówno do uzbrajania się w cierpliwość, jak i do akceptacji.

dr n. med. Tomasz Srebnicki certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, asystent na WUM, dyrektor dydaktyczny, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.

Więcej listów od czytelników znajdziesz w każdym numerze SENSu w rubryce Listy do psychoterapeuty.

Masz problem, z którym nie możesz sobie poradzić? Napisz do naszego eksperta: sens@grupazwierciadlo.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Do czego jest nam potrzebna inteligencja seksualna? - pytamy Kasię Miller

Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (fot. iStock)
Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (fot. iStock)
Pojęcie „inteligencja seksualna” stworzyli dr Sheree Conrad i dr Michael Milburn, badając, dlaczego mimo rewolucji seksualnej nadal brak nam w łóżku szczęścia. Z kolei autorką pojęcia „inteligencja erotyczna” jest Esther Perel, która w książce o tym samym tytule zastanawia się, jak dziś, w czasach „dyktatury równości”, mamy zaakceptować, że właśnie seksualna nierówność gwarantuje udany seks? Czy naprawdę inteligencja jest nam potrzebna, gdy nie mamy na sobie ubrań – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Seks w naturalny sposób łączymy z instynktami, podnietami, chemią, czyli siłami niezależnymi od naszej woli czy rozumu. Tymczasem pisze się i mówi o inteligencji kochanków. Czy więc to, co myślimy, ma znaczenie w łóżku? Przecież nie zakładamy firmy, tylko mamy się kochać. A może ta inteligencja to tylko taki amerykański modny wymysł? Ma znaczenie nie tylko, jak myślimy, ale i jak działamy, co wybieramy. Na początek opowiem dwie anegdoty z życia. Pierwsza to tragifarsa miłosna o obdarzonej inteligencją erotyczną młodej kobiecie, która umówiła się w hotelu na seks z atrakcyjnym, onieśmielającym ją starszym mężczyzną. Była tą randką tak przejęta, że jak tylko trafili do pokoju, chciała koniecznie umyć zęby i zrobiła to z takim zaangażowaniem, że wypadła jej koronka i utknęła w kolanku umywalki. Biedulka załamała się, była już i tak speszona, a tu jeszcze – szczerbata! Cała ochota na seks jej odeszła, chciała już tylko wrócić do domu. Ale jak?! Bez koronki? Sama jej jednak nie mogła wyjąć...

Zadzwoniła do seksownego polskiego hydraulika – a jej seks-inteligencja polegała na tym, że miała pod ręką jego numer!? To dobry pomysł mieć taki telefon zanotowany, ale akurat zrobiła coś innego, co też potwierdziło jej inteligencję erotyczną, a nawet seksualną mimo małego doświadczenia. Czekającemu na nią mężczyźnie powiedziała, choć bardzo się wstydziła, że nie dość, że brak jej wprawy w takich hotelowych schadzkach, to jeszcze nie ma zęba z przodu, bo koronka jej wpadła do kolanka umywalki. Na co on podskoczył uradowany. Jemu też niedawno przydarzyła się podobna przygoda, a więc więcej ich łączy, niż myślał. I zamiast spojrzeć na zegarek, mówiąc, że zapomniał o ważnym spotkaniu, lub też zająć się owym kolankiem umywalki, z ogniem w oczach zajął się jej kolankami. Jej bezradność, szczerość i otwartość plus urocze kobiece skrępowanie go urzekły. No i mieli udany seks, bo on wspiął się na wyżyny swojej sztuki, widząc w niej prawdziwą dziewczynę bez grama pozy, gry czy manipulacji… I, oczywiście, sam wykazał się wysokim poziomem inteligencji erotyczno-seksualno-emocjonalnej.

Jeśli więc stracimy ząb, nie musimy tracić okazji do superseksu i być skazani na randkę z dentystą? Na tym polega inteligencja seksualna, by coś, co mogło być brakiem, przekuć w atut. A teraz druga anegdota z życia, ale tym razem o braku inteligencji seksualnej i erotycznej u pewnej atrakcyjnej i doświadczonej damy, która miała całe mieszkanie wytapetowane swoimi zdjęciami w różnych gorsetach i innych peniuarach, by przypadkiem ktoś z gości nie przegapił, jaka to jest piękna. Owa dama zawsze przechwalała się przed przyjaciółkami, że w łóżku potrafi przybrać najbardziej korzystną pozę, a więc też każdego mężczyznę owinie sobie wokół małego palca. No i pewnego dnia poznała atrakcyjnego pana. Ów obciął ją od stóp do głów i powiedział, że wchodzi w to, ale tylko na rok. Nie jest bowiem jego zdaniem kobietą na całe życie, ale na udany romans, owszem. Nasza bohaterka co prawda myślała o czymś na stałe, ale była tak pewna swojej erotycznej siły, że już widziała, jak po roku ów mężczyzna traci na jej punkcie głowę i to ona zadecyduje, co z nim będzie dalej.

Rozumiem, że się przeliczyła? Całkowicie, bo choć żyli jak para, a nawet pomieszkiwali u siebie, to po roku on rzekł: „Dziękuję ci” (bo był dobrze wychowany), i zniknął. Odchorowała to. Nic dziwnego, trafiła na wyjątkowo zimnego i egotycznego faceta. Ale dostała nauczkę za swoją głupotę i prztyczka w nos za pychę. Zlekceważyła jego słowa, myśląc, że on nie wie, co gada. Ale wiedział. No ale jej brak inteligencji seksualnej widać było już w tym przedmiotowym traktowaniu swojego ciała, a potem i tego mężczyzny. Te jej pozy w łóżku, z których była tak dumna, to sygnał, że nie ma pojęcia, na czym seks i erotyzm polegają. Dowód na to, że nigdy nie traci kontroli, nie pozwala się unieść fali pożądania ani rozkoszy. Nie pozwalała sobie na to, by podążyć za swoimi potrzebami ani za mężczyzną, a to oznaki braku mądrości i seksualnej, i erotycznej.

Zgodnie z definicją inteligencja seksualna to wiedza o tym, co jest nam potrzebne do udanego seksu, empatia na potrzeby partnera i sygnały płynące z naszego ciała. Umiejętność rozmowy, kreatywność – o tym nieraz już pisaliśmy. Ale też dowodem na nią ma być, jak wynika z badań (m.in. prof. Johna Gottmana), bycie w stałym związku. Ci, którzy w nich są – osiągali w testach wysoką IS, a w łóżku poznali rozkosz. Głupcami okazali się za to podrywacze i „puszczalskie”. Bo nie idą w głąb, nie rozwijają się, powtarzają ciągle tylko początek – zakochanie, fascynację itd. A to dopiero pierwszy krok! Jednak wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. Nikt nam nie powie, że trzeba szukać i znajdować, odkrywać swoje pragnienia zwłaszcza w seksie. Seksualność ludzka, a szczególnie kobiet, jest nadal poddawana obróbce, jeśli już nie przez tabu, to przez kompleksy, a od czasu, gdy uzyskaliśmy „wolność” – przez modę i pornografię. I jeśli już dziś czegoś powszechnie poszukujemy w seksie, to poklasku, uznania, połechtania próżności czy pogłaskania kompleksów. Nawet nasi kochankowie nie pytają, czego chcemy. Sami musimy to odkryć i jeszcze nauczyć się, jak to sobie dać, a to naprawdę ciężka praca. No i często jej nie wykonujemy i dlatego – sfrustrowani – wciąż zmieniamy partnerów.

Zamiast jakości ilość. Tymczasem to, co nas łączy z drugim człowiekiem, może się rozwijać w nieskończoność i w nieskończoność dostarczać nam coraz więcej, a nie coraz mniej, także rozkoszy. Drugim człowiekiem nie można się znudzić. Szaleństwo zakochania mija i dobrze, bo byśmy kręcili się w kółko naćpani hormonami, a seksualność może i nawet powinna się rozwijać, a wówczas obejmuje nie tylko nasze ciało, ale też umysł, serce, aż sięga po duchowość i dalej jeszcze po wszechświat. I gdy jesteśmy sobie bliscy na tych wszystkich poziomach, w tych wszystkich wymiarach bytu, możemy osiągnąć najwyższą, absolutną rozkosz.

Tak to czuję i tak sobie wyobrażam. Myślę też, że taki jest sens seksu tantrycznego, który stanowi jedną z dróg ku pełnej ekstazie. A mówiąc po europejsku: im więcej między kochankami intymności, bliskości, zrozumienia i zgody na siebie nawzajem, zachwytu, fascynacji, tym więcej doświadczą rozkoszy. Za byciem z jednym partnerem przemawia też sama fizjologia mózgu, bo jak się okazuje, im częściej ćwiczymy jakieś zachowania, tym silniejsze powstają w naszym mózgu tzw. ścieżki neuronowe. I wyobrażam sobie, że dwoje bliskich sobie ludzi może mieć orgazm, patrząc sobie w oczy z dwóch stron wypełnionej ludźmi sali.

Seksuolodzy jednak ostrzegają, że nadmierna bliskość to koniec pożądania. Perel pisze, że pożądanie rodzi się w szczelinie między kochankami, w tym, co ich różni, ciekawi, ku sobie ciągnie. I że ci inteligentni erotycznie nie pozwalają sobie na całkowite odsłonięcie. Zgadza się, nie można stopić się w jedno, zrezygnować z siebie. To nie jest intymność i bliskość. Nie wolno zostawiać siebie, zawieszać się na drugim człowieku, bo wtedy nie jesteśmy blisko nawet ze sobą, a co dopiero z kimś innym. By tworzyć intymność, dwoje ludzi ma mieć odrębne tożsamości, sprawy i tajemnice. Ale też intymność buduje to, że oni szepczą sobie na ucho, że nie opowiadają innym o tym, co razem przeżyli, że mają swoje wspólne sekrety, tajemnice, marzenia. Kobieta jest dla mężczyzny pociągająca, bo jest inna niż on. A mężczyzna jest dla kobiety sexy, bo nie jest jej lustrzanym odbiciem.

Właśnie! A polityczna poprawność w stylu amerykańskim, czyli równość niwelująca różnice, prowadzi do nudy w sypialni. Perel głosi genderową herezję, że seks demokratyczny, na równych prawach, to nuda, bo pożądanie to nie dziecko demokracji. Kobieta i mężczyzna, jeśli są wolni i spontaniczni, mogą być w sypialni panem i niewolnicą lub panią i niewolnikiem, a w salonie, kuchni i w pracy – partnerami. To wyraz prawdziwej wolności, inteligencji seksualnej i erotycznej. Możliwość zmiany, wybierania schematów zachowań w zależności od sytuacji i potrzeb, celów, do których się dąży, to prawdziwa mądrość sypialniana.

Perel pisze, że dla kobiet sukcesu, które kontrolują, kierują, planują i realizują, oddechem jest latynoski kochanek, który dominuje i napastuje, bo w jego świecie mogą odpuścić, oddać się, ulec. Opisuje właśnie taką parę: Amerykankę i Włocha. Kobieta przyznaje, że w sypialni zapomina o politycznej poprawności, stawia na rozkosz. Seks jest przygodą, dlatego nie może w nim być planów i nie może być demokracji. Jest jak przeprawa przez rzekę. Może nas porwać prąd, możemy z nim popłynąć cudnie bez wysiłku na drugi brzeg lub wpaść w wir, który nieźle nas wyobraca, tak że nie będziemy mogły złapać oddechu. Możemy też przedostać się na drugi brzeg, łapiąc jakiś konar... Nie da się nie zamoczyć i nie da się uniknąć szybszego bicia serca. Oczywiście, można cały czas być po tej samej stronie rzeki, ale to naprawdę nudne. Zamiast więc składać – wszędzie, a więc i w sypialni – deklarację bycia nowoczesną, genderową czy jakąś tam, lepiej być uczciwszą wobec siebie. Odkryć, gdzie i jak same siebie okłamujemy, i przestać to robić. Zignorować naszego wewnętrznego rodzica, czyli nadzorcę tego, co nie wypada – i zapytać wewnętrzne dziecko, czego ono pragnie od seksu, co lubi, czego by chciało. I tak idąc za swoim wewnętrznym głosem, takim płynącym z brzucha, krok po kroku rozwinąć własną erotyczną inteligencję. Jak zwykle gdy chodzi o coś ważnego i trudnego – małymi krokami, ale wytrwale. Zrobić więcej miejsca dla wewnętrznego dziecka, czyli naszych uczuć, potrzeb i energii. Sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Co nam odpowiada, sprawia przyjemność, daje rozkosz, a czego się wstydziłyśmy tak, że dotąd sobie na to nie pozwalałyśmy? Jeśli mamy ochotę, zacznijmy sobie na to pozwalać. Wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie, czego nie zrobiliśmy, choć nas korciło, ale nie pozwolił nam na to lęk, wstyd. Jest wysoce prawdopodobne, że dotrzemy do zakazów z domu rodzinnego, i trzeba będzie wybierać, czy nadal być grzeczną, czy wreszcie szczęśliwą. Warto też czytać lektury pełne seksu o bohaterach przekraczających granice, oglądać takie filmy, rozmawiać o swoich zahamowaniach, dzielić się z zaufanymi osobami, najlepiej wzajemnie. Pisać do siebie listy z nowymi scenariuszami i potem je w realu urzeczywistniać.

A czy Katarzyna Miller ma inteligencję seksualną i jest erotycznie mądrą kobietą? Mam nadzieję, że tak, choć początki były nieudane. Ale dałam radę nie zrazić się całkiem i poczekać, aż trafię na mężczyznę, który mnie otworzy seksualnie. A wtedy przeżyłam niezwykłą wizję, że oto mam dłuuuugie srebrne włosy, które przeciągają mnie na drugą stronę kosmosu. Dziękuję mu za to! Bo też znalazłam się naprawdę po drugiej stronie, stałam się kimś innym. Już byle czym nie można było mnie zadowolić i wiedziałam, czego chcę od seksu, co on mi może dać i co ja mogę dać.

  1. Psychologia

Szczęśliwi po rozwodzie. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nowy związek?

Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Badania pokazują, że szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nową, dobrą miłość – mówi psycholog  prof. dr hab. Maria Beisert.

Mam znajomą – szczęśliwą mężatkę, która uważa, że rozwodnicy muszą mieć w sobie jakiś defekt niepozwalający im zbudować trwałego związku. Taki, który sprawił, że źle wybrali albo popełnili błędy skutkujące rozpadem małżeństwa. Czy rzeczywiście po rozwodzie trzeba dokonać jakiejś gruntownej zmiany w sobie, by kolejny związek mógł być szczęśliwy? Na pewno nie mówiłabym o defekcie! Jeśli rzeczywiście ktoś ma za sobą nie jeden, ale serię nieudanych związków, można mówić o pewnych trudnościach z relacjami. A jeśli ta powtarzalność jest naprawdę duża – zaryzykować tezę o jakimś deficycie, ale na pewno nie o defekcie. Byłabym też daleka od stwierdzenia, że osoba, która się rozwiodła, sama jest sobie winna. Na związek mają wpływ dwie osoby. Nie bez znaczenia są też okoliczności zewnętrzne.

Jakie więc są szanse na to, by po rozwodzie stworzyć z nowym partnerem lepszy związek? Naprawdę duże, pod warunkiem że przejdzie się przez wszystkie cztery fazy rozwodu: zaprzeczanie, smutek, gniew i rekonstrukcję. Cały proces trwa mniej więcej rok. Kończy się rekonstrukcją, czyli etapem spokojnej analizy tego, co miało miejsce, i planowania tego, co będzie. To czas, kiedy ludzie zaczynają zastanawiać się nad tym, dlaczego się nie udało. Nie ma już złorzeczenia, łez czy obwiniania. Człowiek potrafi przed sobą samym przyznać, że on też popełnił błędy i przyczynił się do rozwodu. Niektórzy wyrażają to na przykład tak: „Moja impulsywność popsuła związek” albo „Nigdy więcej nie będę tak zazdrosny!”.

Mam uwierzyć, że każdy dochodzi do takich wniosków? A wie pani, że tak? Warunkiem jest oczywiście dotarcie do etapu rekonstrukcji, co niestety nie wszystkim się udaje. Niektórzy utykają już na pierwszym etapie, czyli w nieskończoność zaprzeczają, że małżeństwo się zakończyło. Miałam pacjentkę, której mąż się z nią rozwiódł i powtórnie ożenił z kimś innym, ale ona nie przyjmowała tego do wiadomości. Nadal czuła się żoną tego mężczyzny, bo kiedyś wzięli ślub kościelny. „Dla mnie liczy się tylko związek sakramentalny” – mówiła i nie chciała dać byłemu mężowi spokoju.

Rozumiem jednak, że takie nieprzyjmowanie rozwodu do wiadomości jest przez pewien czas czymś zupełnie naturalnym? Tak. To jest prawo osoby opuszczonej, która nagle została poinformowana o decyzji partnera, by nie dowierzać, myśleć: „Nic straconego”, „Jeszcze mogę to naprawić”, by inicjować kontakt i prosić o rozmowę. Najgorsze, co może wtedy zrobić ta druga osoba, to spełniać prośby byłego partnera, będące jawnym lub ukrytym naleganiem na powrót do związku, typu: „Przyjedź, bo tak źle się czuję”.

Jak, będąc osobą porzuconą, można sobie pomóc na tym etapie? Skorzystać ze wsparcia tych, którzy są w stanie poświęcić swój czas, potrafią słuchać – nie kwitują wszystkiego opowieściami o tym, jak oni się rozwodzili – i mają do całej sprawy pewien dystans. Nie będą więc przekonywać: „Próbuj”, „Może się uda”, „Zobaczysz, on jeszcze zmieni zdanie”. Dostrzegą np., że przyjaciółka się narzuca czy wręcz nęka byłego partnera, i będą w stanie powiedzieć o tym tak, by jej nie zranić.

A co pani myśli o zaprzeczaniu nie tyle rozwodowi, ile temu, że jest on czymś ważnym i smutnym? Niektórzy nie tylko nie płaczą po rozstaniu, ale wręcz świętują podczas organizowanych wspólnie z byłym małżonkiem imprez rozwodowych. To dość dziwna w kontekście rozwodu demonstracja, która ma pewnie pokazać, że nic się nie stało. Może ci ludzie próbują zaprzeczyć swoim uczuciom, udowodnić sobie, że nie są przesiąknięci trudnymi emocjami. A może jest tak, jak wyczytałam kiedyś w czeskim opracowaniu dotyczącym rozwodów: „Nie żałuje ten, kto nic nie stracił”. Może oni rzeczywiście nie cierpią z powodu rozwodu, dlatego że nic w związek nie włożyli. Bo jeśli ktoś był zaangażowany w małżeństwo, po rozwodzie zawsze poczuje smutek. Będzie on towarzyszyć nie tylko osobie opuszczonej, lecz także temu, kto opuszcza – z powodu dzieci, poczucia porażki czy tego, że sprawiło się ból byłemu partnerowi.

Jak przetrwać ten drugi etap rozwodu, etap smutku, gdy jest się opuszczonym? Chociaż osoba opuszczona ma prawo czuć się bardzo źle, to jednak warto, by zwracała uwagę na to, czy w tym smutku coraz bardziej się nie pogrąża, czy nie zaczyna wycofywać się z życia i izolować od ludzi. Jeśli tak jest, to ja bym namawiała do ściągnięcia do siebie przyjaciół. Bez oporów i wstydu. Rola przyjaciół na tym etapie sprowadza się głównie do towarzyszenia w przeżywaniu smutku. Muszą oni jednak uważać, by nie zwiększać cierpienia refleksjami typu: „Ależ ty to rzeczywiście masz życie! Teraz zostawił cię mąż, a pamiętasz, jak chodziłyśmy do szkoły, to też cię dwa razy opuszczono”.

A jak poradzić sobie z fazą gniewu? Na tym etapie normalne są fantazje o zemście na byłym partnerze lub jego nowej dziewczynie. Na tych fantazjach powinno się jednak poprzestać. Dlatego najlepiej opowiedzieć o nich bliskiej osobie. Przyjaciel nie powinien tego gniewu podsycać. Może najwyżej zachęcić do wygadania się, wykrzyczenia czy spisania wszystkiego. To powinno pomóc obniżyć poziom agresji i rozwiać myśli o zemście.

Po czym kobieta po rozwodzie może poznać, że dobrnęła już do etapu rekonstrukcji? Po tym, że zaczyna snuć plany na przyszłość. Wyciąga wnioski i zaczyna zastanawiać się, co dalej.

Powiedzmy, że wniosek brzmi: „Nigdy więcej związków”. Takie stwierdzenie może być dowodem na to, że ta osoba jest jeszcze w fazie gniewu i zabraniając sobie wejścia w relację, obraca ten gniew przeciwko sobie. To może być też element gry, chęć przechytrzenia losu, deklaracja, która nie ma potwierdzenia w rzeczywistości – być może ktoś tak bardzo tęskni za byciem z drugą osobą, że woli powiedzieć, że mu nie zależy. Boi się zapeszyć.

A jeśli jednak ktoś naprawdę jest przekonany, że już nigdy nie chce się wiązać? To ja bym powiedziała, że trudno uznać to postanowienie za całkowicie zdrowe. Należy je raczej potraktować jako przejaw lęku przed bliskością. Ludzie mogą zabraniać sobie wejścia w nową relację, bo np. są przerażeni perspektywą ciągłej obecności drugiego człowieka w ich życiu albo nie są w stanie zaakceptować faktu, że w związku trzeba brać pod uwagę potrzeby drugiej osoby. Oczywiście, chcąc uniknąć ograniczeń, pozbawiają się też możliwości wzbogacenia swojego życia, spojrzenia na świat z innej perspektywy. Rozumiem, że niektórzy, np. ofiary przemocy, mają bardzo złe doświadczenia i wydaje im się, że najlepiej się ochronią, nie wchodząc więcej w związek. Widziałam kobiety tak poranione, że nie chciały nawet patrzeć na osoby płci męskiej. Jednak proszę pamiętać: to nie jest decyzja, to ucieczka.

Mamy też drugi biegun, a na nim osoby, które jeszcze się dobrze nie rozwiodły, a już są w kolejnym związku. Jeśli nie zdążą przejść przez wszystkie fazy rozwodu, ryzykują, że dawny związek lub jego fragmenty będą funkcjonować w ich przestrzeni i niszczyć nowy związek lub ich samych. Zdarza się, że ktoś bardzo szybko wchodzi w relację z nową osobą, bo np. podświadomie chce udowodnić, że jest lepszy niż ten, kto go zdradził. Nie zastanawia się więc nad wyborem kolejnego partnera. Zarówno polskie, jak i amerykańskie badania pokazują, że o wiele częściej w tę pułapkę wpadają mężczyźni. Oni w ten sposób próbują poradzić sobie z bólem, robią wszystko, by szybko przestać się martwić.

A w jaką pułapkę wpadają kobiety? Kobiety mają problem z tym, że wchodzą w rolę ofiary. Często, mimo że od rozwodu upłynęło wiele lat, wciąż są niesamodzielne i wieszają się na innych. Żądają więcej pomocy, niż potrzebują, i to od zbyt dużej liczby osób. A takie wsparcie im szkodzi. Wiele rozwódek przez lata korzysta z pomocy finansowej rodziny i współczucia otoczenia. Rodzice wciąż utwierdzają je w przekonaniu, że same nie dadzą sobie rady. Pamiętam zdziwienie jednej z moich pacjentek, która dopiero cztery lata po rozwodzie pojechała po raz pierwszy sama wymienić opony, a potem wspominała: „Nie wiedziałam, że to takie proste i przyjemne. Podjeżdżam do stacji, miły pan bierze ode mnie kluczyki, a potem prosi, bym poczekała w kawiarni”. Wcześniej to ojciec tej pani jeździł wymieniać opony i zwykle kończyło się to awanturą, że moja pacjentka nie jest w stanie przekazać mu samochodu wtedy, kiedy on chce. Traktowanie dorosłej kobiety jak małej dziewczynki bardzo przeszkadza w konstruowaniu stabilnego obrazu swojej osoby, a więc także utrudnia wejście w dobry związek. Wtedy nie szuka się odpowiedniego partnera, tylko opiekuna. Kiedy dach wciąż przecieka, myśli się: „Wezmę sobie za męża majsterklepkę”, zamiast: „Zarobię na to, by móc wynająć kogoś do naprawienia dachu”. Czasem trudno wejść w jakikolwiek związek z mężczyzną.

Bywa, że wsparcia wciąż udziela były mąż. Niektóre kobiety twierdzą, że się z nim przyjaźnią. Taka stała obecność dawnego partnera w życiu jest niebezpieczna dla nowego związku, bo prowokuje do porównań. Kiedy np. kobieta zauważa potem jakieś wady u obecnego partnera, zaczyna wspominać, że były mąż ich nie miał. To bardzo ryzykowna sytuacja. Jeśli nowa więź ma być silna, trzeba najpierw osłabić starą. Ale to nie wszystko – stara i nowa relacja muszą się różnić nie tylko intensywnością, lecz także jakością. Nowy partner powinien być kimś wyjątkowym, z kim tworzy się coś unikalnego w zakresie bliskości i seksualności. Tylko wtedy kolejny związek ma szansę być tym szczęśliwym.

Prof. dr hab. Maria Beisert jest psychologiem, seksuologiem i wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Kieruje Zakładem Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz studiami podyplomowymi Seksuologia Kliniczna na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką książki „Rozwód. Proces radzenia sobie z kryzysem”.

  1. Seks

Rytuały na pogłębienie bliskości

W zabieganym rytmie codzienności warto się zatrzymać i dać odpocząć umysłowi - spróbujcie zrobić to razem. (Fot. iStock)
W zabieganym rytmie codzienności warto się zatrzymać i dać odpocząć umysłowi - spróbujcie zrobić to razem. (Fot. iStock)
Człowiek jest kompletny taki, jaki jest. A w związku z drugą osobą? Uczy się zachować równowagę i harmonię. Kilka poniższych ćwiczeń pozwoli wam być bliżej. 

Praktykujcie jogę kundalini

To tantryczna forma jogi, bowiem chodzi w niej o pobudzanie witalności poprzez ćwiczenia uruchamiające ośrodek siły życia u podstawy kręgosłupa (okolice bioder). Porównuje się tę siłę do uśpionego węża, który obudzony, rozwija się z kłębka pionowo, wzdłuż ciała, aż po czubek głowy i wyżej. Kundalini opisuje naturę boga rozumianego jako para – Bóstwo i Boginię – więc joga kundalini stworzona jest dla dwojga, opiera się na cykliczności przyrody, jest ruchem falowym. Jej praktykowanie pobudza energię erotyczną ćwiczących (w tradycji indyjskiej przewiduje się udzielenie zgody męża/żony na ćwiczenie jej przez współmałżonka). Znajdźcie dla siebie kurs jogi kundalini, by cieszyć się świadomą i rozbudzoną seksualnością i cieszcie się bliską relacją ze sobą.

Wprowadźcie wieczory uważności

W zabieganym rytmie codzienności warto się zatrzymać i dać odpocząć umysłowi. Przydatne są wszelkie formy relaksacji, wyciszenia, rozluźnienia mięśni i niezajmowania głowy problemami i przyziemnymi sprawami. W odcięciu się od trosk, ale także lepszym smakowaniu życia, pomogą treningi uważności. Jeśli nie macie dużej wprawy w medytacji lub wizualizacji, zacznijcie od wspólnych wieczorów uważności, podczas których możecie przeprowadzić następujące rytuały:

Wspólna kąpiel – w jej trakcie skupcie się na odczuciach – temperaturze wody, zapachu mydła lub płynu do kąpieli, dotyku (własnego lub partnera), kroplach wody spływających po ciele...

Talerz przekąsek – zaproponuj partnerowi, by zamknął oczy lub przewiąż mu je przyjemnym w dotyku materiałem, i częstuj go małymi kawałkami różnorodnych produktów (mogą to być np. rodzynki, migdały, kawałek jabłka, cząstka mandarynki itd.). Nie chodzi o to, by się najeść, ale by rozsmakować się w niespiesznym i uważnym obserwowaniu, co czujesz, rozgryzając np. rodzynkę, jakie smaki (gorzki, słodki, cierpki itd.), jakie to przywołuje wspomnienia albo fantazje). Po kilkunastu minutach zmiana – partner cię karmi, ty smakujesz.

Masaż stóp lub dłoni (a jeśli macie ochotę – całego ciała) – skupiaj się na swoich odczuciach, gdy partner cię masuje, nie rozmawiajcie w tym czasie o niczym (chyba że o odczuciach z ciała). Przeznaczcie na to minimum pół godziny dla każdego z was, rozmasujcie delikatnie każdy palec, każdą kosteczkę stopy czy dłoni.

W tych (lub innych, które sobie wymyślicie) treningach uważności chodzi o podążanie za odczuciami, bycie w tym, co się akurat dzieje (tu i teraz) – umysł się wycisza, uspokaja, doznania się intensyfikują, a wszystko to razem sprzyja budowaniu i umacnianiu bliskości.

Dawajcie sobie feedback

W byciu w relacji ważne jest porozumienie – a aby się rozumieć, trzeba znać nawzajem swoje potrzeby i ograniczenia. Znać i respektować. Jak je poznać? Poprzez rozmowę. Ale nie „poważną”, bo może kojarzyć się z problemami do rozwiązania, krytyką, roszczeniami, lecz przyjmującą, otwartą, pełną miłości i współodczuwania.

Zarezerwujcie sobie wystarczająco dużo czasu, nie spieszcie się. Ustalcie, że najpierw mówi jedna osoba, a druga jej słucha, nie przerywając. Następnie według podobnego wzoru mówi druga osoba, a partner jej słucha. Dopiero po tej wymianie, jeśli uznacie, że coś jest niedopowiedziane albo do wyjaśnienia, rozmawiajcie dalej o tym, co wymaga dopowiedzenia. Ale najpierw porozmawiajcie zgodnie z poniższą propozycją.

Usiądźcie blisko, naprzeciw siebie, niech dotykają się wasze kolana, trzymajcie się za ręce. Patrzcie sobie w oczy. Otwórzcie się na przyjmowanie tego, co partner chce wam powiedzieć.

Mówi jedna osoba, z dobrym nastawieniem, druga słucha, nie przerywając, następnie zmiana:

  1. boję się rozmawiać z tobą, ponieważ…
  2. prezent, jaki otrzymałam/em, poznając ciebie, to…
  3. coś, czego ci dotąd nie powiedziałam/em, a chciałam/em powiedzieć…
  4. gdyby nie ty… 
Renata Mazurowska trener umiejętności osobistych i społecznych, prowadzi coaching i warsztaty rozwojowe. 

  1. Seks

Mówmy głośno o naszych potrzebach seksualnych! - apeluje Katarzyna Miller

Jeśli zgubiło się seksualność ciała, gubi się radość i pożądanie życia. (Fot. iStock)
Jeśli zgubiło się seksualność ciała, gubi się radość i pożądanie życia. (Fot. iStock)
Warto interesować się seksem, czytać poradniki i powieści erotyczne, oglądać filmy. Mówić szczerze z innymi kobietami o tym, czego pragniemy. Nawzajem sobie przypominać, że mamy prawo do ochoty na lepszy czy inny seks. Dzięki temu przez całe życie będziemy optymalnie rozwijać się nie tylko jako ludzie, kobiety, żony czy matki, ale też jako istoty seksualne – kochanki – mówi Katarzyna Miller

Właściwie to na czym polega rozwój seksualny kobiety? Chciałybyśmy czerpać z seksu coraz więcej, ale z reguły jest odwrotnie. „Rozwój” kończy się na macierzyństwie. Potem zapominamy o seksualności. Czy to nam czymś grozi? Jak tu żyć... Jeśli zgubiło się seksualność ciała, gubi się radość i pożądanie życia. Ciało nie poznaje tylu stanów i możliwości odczuwania, rozwijania się. Drugi człowiek nigdy nie staje się cudem, powodem pragnienia, zachwytu. Nasze własne ciało nie staje się cudem. W jego przestrzeni nie dzieją się cuda, nie zdarzają miłe, rozkoszne chwile. Rozwój seksualny kobiety polega na docenieniu swojej zmysłowości, nauczeniu się myślenia o sobie, o swojej przyjemności. Jeżeli tylko chcemy, możemy czerpać z bogactwa otaczającego świata: dzięki spotkaniom z mądrymi ludźmi, literaturze, filmom, podróżom nauczyć się, że jest wiele sposobów istnienia, że możemy wybierać. Na szczęście coraz więcej kobiet to wie. Singielki mówią: „mam pieniądze, mieszkanie, zawód, nie będę się spieszyła z zakładaniem rodziny. Mogę sobie pobyć z kimś, kto mnie podnieca, ale na ojca się nie nadaje. I z nim nie będę miała dzieci. A kiedy ten związek przestanie być interesujący, znajdę kogoś innego”. W takim myśleniu nie ma nic złego. To poznawanie siebie, poznawanie mężczyzn, poznawanie seksualności.

Inni powiedzą: to jest „puszczanie się”. A jak kobieta, która się nie całowała i nie pieściła, może znaleźć dobrego męża, umieć cieszyć się seksem? Przecież seksu też trzeba się nauczyć. Za pierwszym razem kobieta praktycznie nie ma szansy na orgazm. Ona musi się zrobić gorąca i wilgotna, otwarta, bez kontroli, żeby mieć przyjemność. A mężczyzna powinien umieć najpierw ją doprowadzić do nieprzytomności, żeby sobie pozwolić na przyjemność. Jest taki typ mężczyzn, typ casanowy, który wie, jak zdobyć kobietę i jak ją zaspokoić, bo ars amandi jest narzędziem jego pracy. Jest uważny i skupiony na tym, czego chce kobieta, co ją rozpala. Miałam na szczęście takiego kochanka (szkoda, że nie pierwszego). Ale jest wiele kobiet, które takich mężczyzn nie spotkały. Czasem dlatego, że się ich wstydziły, bały. Bo mamusia powiedziała, że nie wolno. Na szczęście dziś kobiety ośmielają się chcieć czegoś więcej także w seksie. Ale wtedy często ich mężczyźni przed tymi potrzebami umykają.

I co wtedy: gdy partner jest w łóżku skupiony na sobie albo gdy go nie ma? Kochać samą siebie, czyli uprawiać masturbację.

Nie lepiej poszukać kochanka? Warto się masturbować, zanim zacznie się szukać kochanka. Bo to uczy kobietę jej erotycznej drogi, od skojarzeń, fantazji, przez dotyk, do orgazmu. To tylko straszenie, że masturbacja szkodzi. Oczywiście – jeśli mamy ochotę – znajdźmy sobie kochanka. Intuicyjnie wybieramy zazwyczaj kogoś, kto da nam to, czego nie dał stały partner. Całuje paluszki, kosteczki, nadgarstki – zachwyca się. I nawet jeśli wiemy, że to bajer, to i tak jest rewelacyjnie. Chłoniemy całym ciałem i sercem to, co słyszymy, i zaczynamy promienieć szczęściem. Największy problem w seksualnym rozwoju kobiety polega na tym, że kobiety są rozdarte między moralnością a tym, czego pragnie ich ciało. Bo jeśli wychowujemy się w katolickim kraju i restrykcyjnej rodzinie, to między nami a naszą naturą leży miecz obnażony: „Nie wolno! Bo to jest puszczanie się!”. Ale puszczanie się to cudowne słowo! I tak zacznijmy je traktować! Jeśli chcemy żyć w pełni, musimy puścić: przestać trzymać się stereotypów, zakazów. Przestać się bać, oceniać, karać. Śmiać się swobodnie, tańczyć, jeść i kochać, kiedy mamy na to ochotę i kiedy jest to dla nas bezpieczne i dobre.

Chciałybyśmy tak żyć! Ale nasze wychowanie... Wielu naszym wychowawcom słowo „dupa” z ust nie schodziło. Oni wciąż myśleli o seksie. Moja mama znalazła kiedyś w moim biurku książkę „Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa, gdzie jest mnóstwo o różnych rzeczach, też o seksie. Ale ona z wypiekami na twarzy cisnęła książką o ziemię i krzyknęła: „bo tobie tylko jedno w głowie!”. Pomyślałam: „Nie mi. Tobie”. Ja się wtedy z moim chłopakiem trzymałam za ręce i to nam wystarczało. A więc nie myślmy o wychowaniu. Żeby rozwinąć się seksualnie, czytajmy książki o seksie, oglądajmy filmy erotyczne, rozmawiajmy z innymi kobietami o tym, czego pragniemy i czego nam brak w łóżku. To ważne, żeby mówić o tym, że mamy potrzeby seksualne. Przyznawać się do nich. Przecież to odkrycie ostatnich dziesięcioleci! Przedtem kobiety potrzeb miały nie mieć. Prawda jest jednak taka, że je mamy, i trzeba się nawzajem w tym „mieniu” wspierać.

Rozmawiać z bliskimi kobietami o seksie? To nie wszystkim się spodoba. Nie ma ani jednej rzeczy, która by się podobała wszystkim. Ważne, żeby się odważyć. Częścią rozwoju seksualnego kobiety jest właśnie przyjaźń z innymi kobietami. Kobiety znają wagę uczuć, przeżyć, zmysłowego odbierania świata. Tulą się do siebie, całują, chodzą objęte. Szepczą ze sobą, mówią słodkie słówka. Mają dla siebie specjalne imiona. Ta dziewczyńska ujawniana bliskość to też edukacja erotyczna, której chłopcom się zabrania pod klątwą homoseksualizmu. Bywa też, że dziewczynki uczą się nawzajem pocałunków i pieszczot. I na randkach czują się pewniej.

Możemy dawać sobie wsparcie, mówić o tym, że czas pomyśleć o sobie. Ale i tak nastawione jesteśmy na zaspokajanie potrzeb mężczyzn. To dla nich nosimy obcasy, push-upy i udajemy orgazm. Dotknęłam tu podstawowego problemu: „ja jestem najmniej ważna”. Taka postawa to efekt patriarchalnego wychowania dziewcząt. W skrócie: „bez mężczyzny jestem nieważna. Mam go złowić i utrzymać, żeby mi go inna nie odebrała. Dać to, czego potrzebuje, żeby mnie zatrzymał. A potem zająć się domem, nim, dziećmi. Sobą samą o tyle, o ile mam być zadbana i dobrze wyglądać”. Jakie to staroświeckie, prawda? Ale wciąż pokutuje. Posłuchaj przykładów: „umiem się tak ułożyć w łóżku, żeby dobrze wyglądać”. „Świetnie udaję orgazm, bo inaczej on w siebie zwątpi”. „Przez 20 lat nigdy nie odmówiłam mu seksu, choć seksu nie lubię. Czemu on odszedł?”. Jeśli kobiecie się wydaje, że znalazła strategię przetrwania, to znaczy, że nie znalazła dobrego rozwiązania dla siebie. Lepiej przeżyć krótki czas konfrontacji z niewygodną prawdą, niż wyrzec się reszty życia.

Chcemy dać sobie prawo do bycia istotą seksualną, ale wtedy słyszymy w głowie: „to nie wypada!”. Od ojca nigdy tego nie słyszałam. To mama chciała, żebym była damą. A to, co to oznaczało, budziło we mnie sprzeciw. Ta sztuczność, bycie nie sobą, takie ładne układanie się. Czułam już wtedy, że to nie takie proste być kobietą, że na to trzeba sposobu i że bycie damą jest jednym z nich. Wiedziałam też, że ta wersja, która mi najbardziej odpowiadała, czyli bycie sobą, napotka wiele sprzeciwów. W głowie słyszymy masę nakazów i zakazów dotyczących np. sprzątania, posiadania własnego zdania czy wychowania dzieci. Z nimi wszystkimi, tak jak i z tymi dotyczącymi seksu, powoli dajemy sobie radę. Mamy pisma kobiece, grupy kobiecego wsparcia i rozwoju. Nie warto zostawać z tym samej.

Co decyduje o wyborze sposobu, na jaki będę kobietą? Zdaniem duńskich psychoanalityków można mówić, że są dwie kobiece płcie: córki ojców i córki matek. Kiedyś na warsztatach jedna z kobiet powiedziała: „jak was słuchałam, to chce mi się płakać i jednocześnie jestem wściekła, że wy się pozwalacie wykorzystywać, obrażać i jeszcze twierdzicie, że kochacie tych mężczyzn”. Od razu spytałam: „a z kim ty, kochana, byłaś bliżej w dzieciństwie?”. Odpowiedziała: „z tatą”. Wiedziałam, że tak powie, bo to ten typ kobiet ośmiela się mówić o swojej wściekłości. Córki ojców wiedzą, że mają prawa, gdy córkom matek połowę energii zabiera to, by sobie na coś pozwolić. Na przykład na romans. Córki ojców mają nie tylko prawa, ale też umiejętność krytycznego myślenia, refleksji, np. na temat tego, co to znaczy być kobietą.

Same plusy! Wiele plusów, ale jest wielki minus: brak bliskości z matką i niepewność, kim się jest. Nie jest dobrze, kiedy z córką rozmawia tylko ojciec. Na przykład kiedyś mój ojciec powiedział, że gdy mężczyzna pożąda kobiety, a ona się z nim tylko całuje i pieści, a nie chce kochać, to go strasznie boli. Ja się tym przejęłam. I tu zabrakło matki, która dodałaby: „Zaraz, kochany. To jest na pewno ważne dla mężczyzny, ale dziewczyna nie może za każdym razem, kiedy on się podnieci, zgadzać się na seks, żeby go nie bolało”. Matka powinna powiedzieć córce: „masz prawo w każdym momencie powiedzieć: więcej nie chcę”. Ale ponieważ tego nie powiedziała, przez pewien czas nie umiałam powiedzieć „nie”.

Z kolei córki matek mało znają i rozumieją mężczyzn. Zdarza się, że z mlekiem matki wyssały wiele destrukcyjnych przekonań, np., że mężczyźni są tylko po to, żeby zrobić dzieci, a reszta to życie domowe kobiet. Taka kobieta może być w szkodliwej  relacji z matką – wtedy duch mamusi nie opuszcza jej nawet w sypialni.

Co córka powinna usłyszeć od dobrej matki? Przede wszystkim, że ciało, które ma, jest cudowne. Wszystko jedno, czy jej piersi są duże, czy małe. Że ma między nogami źródło rozkoszy. Że mężczyźni pożądają i że w tym pożądaniu nie ma nic złego, bo ono jest wartością wynikającą z różnic między kobietami a mężczyznami. Matki powinny nauczyć córki, że mogą swoje ciało kochać. Że mężczyzna ma kobietę kochać tak, żeby jej było dobrze.

Pozytywny głos ojca jest pewnie nie mniej istotny. Wiele dziewczyn pamięta, że ojcowie w pewnym momencie przestawali je dostrzegać. Mężczyźni sobie tego nie uświadamiają, ale boją się, że córki zaczynają na nich działać erotycznie i je odrzucają. A powinni powiedzieć: „Dalej cię kocham, ale jesteś już za duża, żeby tulić się do ojca. Niedługo pewnie będziesz przytulać się do chłopaków”. Dobry ojciec wie, że córka, aby uczyć się budować dorosłe relacje męsko-damskie, musi umawiać się na randki. Przeżyć te cudowne chwile, kiedy chłopak stoi pod jej oknem i wzdycha.

A jeśli mama nie mówiła pięknie o ciele, a tato straszył ciążą? Jeśli kobieta nie wykroczy poza swój dom rodzinny, będzie powielała ten straszny schemat wobec siebie i dzieci. Jeśli jest świadoma, otwarta, poszuka pomocy, np. w terapii.

 Czy kiedyś trzeba zrezygnować z seksu? Nigdy nie warto rezygnować. Rezygnując, bo np. mamy już za dużo lat, tracimy najlepszy czas dla kobiecej seksualności. Kiedy nie musimy pilnować, czy miesiączki są regularnie, i nie obawiamy się ciąży. Nie wstydzimy się, za to cieszymy z tego, co nas spotyka. Seks oczywiście to nie tylko przyjemność. Przynosi nam również niespełnienie, cierpienie. Ale i o nie wtedy jesteśmy bogatsi. To jednak inny temat, o którym może kiedyś porozmawiamy.

  1. Psychologia

Od czego zależy szczęście w związku? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak stworzyć udany związek? Poradników jest bez liku, rozstań jeszcze więcej. Bo tak jak nie można zaplanować, w kim się zakochamy, nie można wpływać na to, jaki jest nasz związek. Zakochujemy się z tajemniczych powodów (o narodzinach miłości decyduje nieświadomość), a gdy zaczynamy być razem, rodzi się trzecia, niezależna i nieznana nam istota, Związek. Jeśli chcemy być razem musimy go poznać i zrozumieć. Warto, bo tak, paląc w ogniu miłości egotyczne mrzonki, dotrzemy do duchowej jedności – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Zanim przeczytałam „Mity o miłości”, niemieckiego psychoterapeuty par Michaela Maryego, chciałam spytać, jak z dwóch „ja” zrobić „my”? Z tej książki wynika, że to głupie pytanie. Autor przekonuje, że związek rodzi się, gdy zaczynamy być razem jako trzecia, niezależna od naszych chęci istota. Świadomie możemy tylko poznać go, zrozumieć i jeśli chcemy być razem – przyjąć jego reguły. Związek jako byt sam w sobie, który może być jedynie odkrywany i poznawany, a nie kreowany, to koncepcja trudna do przyjęcia dla współczesnych ludzi. Pielęgnujemy przecież  poczucie wpływu, sprawczości i osiągania celów. Ale to prawda: związek jest żywym procesem – spontanicznym, podlegającym wielu wpływom. Ogromną częścią naszego życia kieruje przecież to, co w naszym umyśle nieuświadomione. Zygmunt Freud twierdził, że nie uświadamiamy sobie ponad 90 procent naszych przekonań, motywów, uczuć i doświadczeń. Niewiele więc o sobie wiemy. Niewiele wiemy też o tym, dlaczego zakochujemy się w tej właśnie, a nie w innej osobie. Nie możemy nawet wyobrazić sobie, co dało początek złożonej kombinacji zdarzeń, które doprowadziły do zakochania tych dwojga. Nasz indywidualny los jest w ogromnej mierze wyznaczany grą sił i wydarzeń dziejących się w odwiecznej, transgeneracyjnej przestrzeni. Niezliczona ilość przeszłych kul wprawiła w ruch tę, którą przeżywamy jako nasze życie. Napędzani jesteśmy energią systemu i w dodatku nie jest pewne, że energia pozostałych kul wyczerpała się w akcie wprawienia w ruch naszego życia. Może system nadal jest w ruchu i wpływa na nas w sposób niewidoczny? Z przeczucia tej możliwości bierze się wiara w oddziaływanie przodków lub tzw. przeszłych wcieleń. Jeśli dodać do tego historię obecnego życia, to niewiele miejsca pozostaje na wolną wolę i świadome wybory także dotyczące partnera.

A więc powód każdego zakochania jest tajemnicą? Czy to tylko poezja, bo tak na prawdę kieruje nami biologia? Biologii chodzi tylko o to, aby podtrzymać życie, a zakochują się w sobie także ludzie niezdolni lub nieskłonni do prokreacji. Miłosne spotkanie ma ponadbiologiczny, nieodgadniony cel i powód. Szczególna jakość dochodzi do głosu, gdy spotykają się „sobie przeznaczeni”. Wydaje się jednak, że w dzisiejszym świecie takie niebudzące wątpliwości zakochania zdarzają się rzadziej. Buddyści nazywają je miłością karmiczną, czyli spotkaniem zgodnym z dynamiką systemów, z których wywodzą się zainteresowani. Może ta pewność: „to ten”, „to ta” jest coraz rzadsza, bo grzeszymy pychą i nie chcemy zaufać i poddać się wyborom losu, Nieba, Amora, karmy? Zapominamy, że jesteśmy nieświadomi i się łudzimy, że samodzielnie wybierzemy lepiej. Tymczasem kierujemy się narcystycznym wizerunkiem siebie, a nie prawdziwymi potrzebami, co też wpływa na jakość i trwałość związków.

Ale bywa jednak i tak jak ze mną, a ja byłam pewna: „to ten!”, kiedy pierwszy raz zobaczyłam mojego przyszłego mąż. Bo nim go poznałam – przyśnił mi się w nocy. To niezwykłe. Być może ludzie, w których się zakochujemy, to ci, którzy nam się wcześniej śnili? Przecież większości snów nie pamiętamy. Może to po nich powstaje wrażenie, że ich znamy? Może tak rozpoznajemy osoby, którym jesteśmy winni miłość, bo zostały przez nas skrzywdzone w poprzednich wcieleniach? Oświeceni buddyści twierdzą, że każda osoba, którą spotykamy, w przestrzeni odwiecznych interakcji mogła być naszym dzieckiem, rodzicem, partnerem. Jeśli to prawda, jesteśmy powiązani z przeznaczonymi nam, zanim się poznamy. A to, co się wydarza między nami, jest jakimś dopełniającym elementem procesu rozwoju naszej świadomości. Jego celem jest doprowadzić nas do odkrycia, jakim kosmicznym nieporozumieniem jest utożsamianie się z „ja”, otworzyć na mistyczny wymiar miłości. W buddyzmie nazywa się to pojednaniem, współodczuwaniem z całym światem. W chrześcijaństwie: komunią lub pojednaniem z Bogiem.

Taka wielka transgresja zaczyna się od zakochania? Zakochanie jest powszechnym i dostępnym doświadczeniem pomocnym w dokonaniu transgresji, w dodatku przyjemnym. Pomaga dźwignąć naszą świadomość z poziomu „ja” do poziomu „my dwoje”, a potem jeszcze wyżej – „my wszyscy”. Zakochani czujemy, że „ja” to „ty”, widzimy tylko to, co dla nas wspólne. Fantazjujemy, że dostarczymy sobie intelektualnego pokarmu i inspiracji, że będziemy kochać wszystko to, co kocha ta druga osoba. Mit identyczności to niebezpieczna iluzja. Jeśli nie pozwolimy drugiej osobie na bycie inną niż my, czeka nas ogrom napięć, frustracji i goryczy, który doprowadzi do rozstania. Urealnienie partnera i związku, czyli ujrzenie i docenienie tego, co nas różni i co jest wspólne, to warunek bycia razem. Ucząc się tego, przyswajamy najważniejszą wiedzę: że to różnorodność jest sposobem przejawiania się jedności. Prawdziwą próbą dojrzałości jest zdolność do kochania różnych od nas. Przejdziemy ją, gdy potrzeby drugiej osoby staną w kontrze do naszych, a my mimo to będziemy wspierać ją, jego w ich zaspakajaniu. Najważniejsze i wspólne powinno być dążenie – i to wszelkimi sposobami – do odkrycia sensu i tajemnicy spotkania dwóch osób, które się w sobie zakochały i razem troszczą o to, co najważniejsze: by związek dawał obojgu poczucie spokoju, radości i wolności.

Co może być tym poszukiwanym sensem związku? To, co potrzebujemy dzięki niemu zrozumieć, nauczyć się. Kiedy związek dojrzewa, przestajemy wyłącznie patrzeć sobie w oczy, a zaczynamy patrzeć w jedna stronę – w stronę „my”. Dostrzegamy centrum, symboliczne ognisko w jaskini, które chcemy wspólnie podtrzymywać, by nam i naszym bliskim było ciepło, bezpieczne i jasno. Wtedy dobrowolnie i pogodnie rezygnujemy z części potrzeb, już nie na rzecz drugiej osoby, lecz wspólnego ogniska. Wrzucając do niego nasze egocentryczne i neurotyczne potrzeby i złudzenia, doświadczamy uczucia uwolnienia, jakbyśmy pozbywali się nadmiaru rzeczy i śmieci. Na przykład możemy spalić – jak to się patetycznie określa – „na ołtarzu związku” nasze indywidualne potrzeby prestiżowe, bo ognisko wymaga od nas poświęcenia, np. partner choruje i nie jest to czas na kupowanie nowego samochodu – potrzeba pieniędzy na leki i opiekę. Dopóki ognisko jest dla obojga najważniejsze i oboje mniej więcej po równo do niego dorzucamy, będzie pięknie płonąć i stanie się wartością samą w sobie. W ten sposób rozwój naszego związku staje się tożsamy z naszym własnym. „My” uwalnia nas z klaustrofobicznej twierdzy „ja” i otwiera na świat.

Zdaniem Michaela Maryego związki mają cztery różne podwaliny: chęć zaspokajania potrzeb (erotyzmu, bezpieczeństwa), uzupełnianie charakterów, urzeczywistnienie projektów (łatwiejsze, gdy jesteśmy we dwoje). I czwarta: mity dotyczące związku (np. daje szczęście). Podwalina ma ogromne znaczenie, bo jeśli od związku, który ma dawać bezpieczeństwo, chcemy pomocy w realizacji ambicji, rozbijemy go. Jak już mówiłem, to mit, że partner zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Wcale to jednak nie znaczy, że nasz związek jest niepełny. Jednak nawet gdy poznamy swój związek, co nam daje, a co nie, nie łudźmy się, że wszystko będziemy mieli pod kontrolą – życie i tak nas wytrąci ze światopoglądowych kolein, ucząc radzić sobie ze zmianą i przemijaniem. Samemu można stworzyć azyl izolujący od dolegliwości przemijania: szukać młodszego towarzystwa, zmieniać gadżety i samochody. W związku patrzysz na partnera jak w lustro. Jeśli więc ktoś upiera się, by w pełni kontrolować swoje życie i pielęgnować iluzję wiecznej młodości – związek jest dla niego przerażającą perspektywą. Za to tym odważnie patrzącym w lustro pomaga pozbyć się fałszywych przekonań o sobie i innych. Stąd trafna obserwacja, że ludzie spędzający życie samotnie usztywniają się w swoich ulubionych, nieadekwatnych przekonaniach. Dobry związek może nas lepiej niż samotne życie przygotować do przejścia przez igielne ucho i odnalezienia prawdziwej natury. Uwalniając od zbędnego bagażu i ozdobników, czyli bogactwa, które mamy okazję spalić w „ogniu my”. A zgodnie z biblijnym ostrzeżeniem: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do raju”. Nie pokładajmy jednak całej nadziei w związku, bywa, że te zamierają w jakiejś teatralnej pozie i nawet nie zauważają, że „ognisko my” wygasło. Zapobiec temu można uważnością, otwartą komunikacją, gotowością na zmiany, partnerstwem i demokracją. Kochaj i rób, co chcesz... i pozwól innym robić to, co chcą. Jeśli obie strony tak czują, rozwojowa misja związku się dopełniła.

W książce „Zdobędziesz miłość, jakiej pragniesz” Harville’a Hendrixa przeczytałam, że wybieramy osobę, która przypomina nam rodziców. W związku z nią mamy jeszcze raz przeżyć to, co było najtrudniejsze w dzieciństwie, by tym razem pokonać te traumy. To musi boleć i dlatego udaje się to jedynie 5 proc. par. Ognisko rozpalone z osobą z takiego klucza będzie tak gorące i gwałtowne, że wytrwanie przy nim może się okazać zbyt trudne. Krótko mówiąc – może nieźle dać popalić, bo wrzucimy do niego sprawy, najtrudniejsze, najbardziej bolesne. Jak się uda wytrwać, czeka nas nagroda: uwolnienie od wielkiego, generującego lęk ograniczenia. Dlatego gdy stajemy przed dylematem czy wybrać drogę łatwiejszą czy trudniejszą, wybierajmy trudniejszą. Pamiętam pacjentkę, która w dzieciństwie była zdominowana przez agresywnych starszych braci i ojca. Pozbawiona kobiecego wsparcia ze strony zalęknionej matki. W efekcie – w dorosłym życiu – asekuracyjnie wybierała słabych mężczyzn, lecz związków z nimi nie mogła utrzymać. Bo też jej głęboką potrzebą jest skonfrontować się – jako dorosła kobieta – z agresywnym mężczyzną i nie dać się zapędzić w kozi róg. Dzięki temu przekroczyłaby to, co uniemożliwia jej stworzenie szczęśliwego związku.

Właśnie: szczęśliwego... Michael Mary opisuje małżeństwo, które chciało, żeby było miło. Jednak kiedy tylko usiedli obok siebie, wybuchała kłótnia. Zdaniem autora dlatego, że ich Związek chciał czegoś innego niż oni, chciał, by się usamodzielniali, gdy oni dążyli do większej bliskości. Związki służą m.in. temu, byśmy dojrzewali. Jeśli sprzeniewierzamy się tej ich funkcji i naginamy do naszych niedojrzałych, neurotycznych potrzeb, to związek zaprotestuje i doprowadzi do konfliktu. Konflikt jest wehikułem rozwoju. Jeśli jednak korekcyjne konflikty zamiatamy pod dywan, bo nie pasują do scenariusza „ma być miło”, to z czasem dojdzie do wybuchu, który rozwali związek. Nie można bać się konfliktów. Prawie nigdy nie są powodem, by się rozstawać, lecz sygnałem, że jedna lub obie strony powinny wrzucić coś do „ognia my”. Jeśli partnerów nie będzie na to stać, związek jest w niebezpieczeństwie. Konflikt doprowadzi do rozpadu i nie można wykluczyć, że w ten sposób nieświadome uwarunkowania partnerów decydują o przerwaniu związku, który stał się nierozwojowy, a nawet destrukcyjny. Wtedy sklejanie go na siłę generuje cierpienie. Z pewnością nie wszystkie rozwody wynikają z lenistwa lub tchórzostwa. Spotkałem wiele skleconych przypadkowo lub na zasadzie asekuracji, zbyt trudnych związków, których nie dało się uratować. Generowały tyle negatywnych emocji, że zamieniały ludzi w pozbawione zdolności do refleksji i opamiętania demony. Takie związki trzeba mieć odwagę przerwać i szukać innych, które wspierać będą naszą dojrzałość i duchowość.

Ale po co się rozstawać, skoro to, co w nas destrukcyjne, co przeszkadza w tym związku, i tak zatruje następny Rozstajemy się wtedy, kiedy nasz związek nie może pomieścić i konstruktywnie zasymilować energii kryzysu, konfliktu. Gdy już nikt nie jest w stanie dorzucić niczego więcej do „ognia my”, z niczego więcej zrezygnować. Gdy następuje duchowa regresja partnerów i obie strony się skrajnie egocentryzują. Wtedy dalsze trwanie w takim związku zamieni go w niekończącą się destrukcję. Szkoda życia. Większe szanse na przekroczenie naszych ograniczeń będziemy mieli gdzie indziej – w psychoterapii czy w innym, mądrzej i świadomie zawiązanym związku. Ale najgorsze, co nam się może przydarzyć, to wyjść ze związku z przekonaniem, że wina za jego rozpad leży wyłącznie po drugiej stronie. Wtedy nieuchronnie i nieświadomie wleczemy nasze ograniczenia w kolejny związek.