1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Dlaczego zawodzimy się w miłości?

Dlaczego zawodzimy się w miłości?

fot.123rf
fot.123rf
Dlaczego ciągle się zawodzimy? Schodzimy i rozchodzimy? Zaklinamy, że to był już ostatni raz... że z facetami koniec i kropka. Po każdym związku, który dawał nadzieję, pozostaje sterta pretensji, mokre chusteczki i puste półki w szafie, gdy on czy ona się wyprowadzą… A w nas, w naszych sercach kolejna wyrwa, rozczarowanie, frustracja, żal.

Takie emocje to wynik układanego idyllicznie od młodzieńczych, szkolnych lat równania Kasia plus Heniek równa się BIG LOVE. Ale czym jest to big love? Gdzie się jej można nauczyć? Czy oznacza ona to samo dla Kasi i Heńka? Rozczarowanie bierze się przecież z innego wyniku niż ten, którego się spodziewamy.

Czym się w takim razie kierować, by zwiększyć szanse na udany związek? Kiedy rozpoczyna się praca nad związkiem?

Przede wszystkim chciałabym wybić z głowy wszelkie złudne nadzieje, że co się “samo zrobi”, “samo zadzieje”, “samo o siebie zadba”. Praca nad związkiem, jest jak eksperyment laboratoryjny, w którym dwoje laborantów, tworzy miksturę dokładając do menzurki wszystko to z czego chce, aby składała się owa mieszanka.

Jak uniknąć mieszanki wybuchowej?

Odpowiedź zawiera się we właściwym przygotowaniu. Zanim zabierzemy się za wspólne eksperymenty, należy ustalić jakie składniki każde z nas chciałoby dodać, jaką ma wizję efektu na każdym etapie eksperymentu... A to zapowiada ciągłe komunikowanie i weryfikację swoich oczekiwań, potrzeb i reakcji na komunikat od partnera.

Zatem aby wiedzieć, jak powinien wyglądać nasz związek, jak chcielibyśmy się w nim czuć, a czego nie jesteśmy w stanie zaakceptować, warto najpierw zacząć od rozwoju swojej samoświadomości i autoempatii.

Ze swojego doświadczenia polecam tzw. “chwile ciszy”, w odróżnieniu do tzw. “cichych dni”, nie wynikają one z opanowywania zgliszczy po burzy, kłótni, ale z troski o swój stan ducha i umysłu. Poświęćmy przynajmniej 25 minut na osobistą medytację, na wyciszenie i rozmowę ze samym sobą. Zadbajmy o to, by oddziaływało na nas wówczas jak najmniej bodźców. Wyciszmy telefon, zgaśmy światło, zapalny świecę. Poobserwujmy swoje ciało, bardzo uważnie. Potem połóżmy się na plecach i skupmy się na oddechu, na rozeznaniu jakie jest jego tempo, ustabilizujmy go. Potem przeskanujmy w myślach swoje ciało w poszukiwaniu miejsc, w których odczuwamy napięcie, ból. Wypowiedzmy na głos, gdzie te napięcia odczuwamy, a potem delikatnym dotykiem dłoni starajmy się rozluźnić napięte mięśnie, cały czas pamiętając o miarowym oddechu.

Te kilkanaście minut w stanach największego napięcia, w momentach, w których powtarzamy sobie, że mamy już dość, może sprawić, że nabierzemy zupełnie innego spojrzenia na dotychczasowe problemy.

Budując związek, warto przystąpić do niego z wiedzą o samym sobie. Im więcej wiemy o sobie, tym większe szanse na to, że powiedzie nam się w związku. Kolejne szanse zwiększają się, jeśli świadomi siebie, wchodzimy w związek z równie świadomą osobą. Dalej wzajemna troska i miłość, którą siebie otaczacie, komunikując i poznając nawzajem swój język miłości będzie spajała wasze dwa odmienne światy.

Ryzyko rozpadu związku, bez wcześniejszego skupienia uwagi na poznaniu siebie jest dużo wyższe i rośnie wraz ze wzrostem poczucia ignorancji na potrzebę komunikacji, także tej osobistej, wewnętrznej.

Zatem związek i relacja oparta na miłości, szacunku, zaufaniu to efekt ogromnej rozwojowej pracy: twojej, jego/ jej i waszej wspólnej.

"Miłość nie jest całkowicie gotowa. Ona się staje. Nie jest solidnym zakotwiczeniem w porcie szczęścia, ale podniesieniem kotwicy i kursem na pełne morze w czasie łagodnej bryzy czy burzy. Nie jest triumfalnym TAK, wielkim punktem finalnym w muzyce pośród śmiechów i braw, ale jest mnóstwem TAK, które wypełniają życie, pośród mnóstwa NIE, które się skreśla po drodze." - Michel Quoist

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczny partner. Kiedy kochać mimo wszystko?

Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Przemoc, nałogi, narcyzm, nieuczciwość... Jeśli on lub ona robi coś, czego nie akceptujemy, trzeba powiedzieć: „Dość. Kocham cię, ale nie mogę z tobą być”. Są jednak tacy, którym brak sił na radykalne cięcie, i ci, którzy rozstali się z pijakiem czy brutalem, by związać się z podobnym człowiekiem. Może więc zostać i zbadać, czy złu można zaradzić? Odpowiedzi na to trudne pytanie szuka Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Mamy prawo do rozwodów, do związków na próbę itd., ale liczba szczęśliwych par nie wzrasta. Może więc powinniśmy postarać się, by miłość, małżeństwo, związki trwały mimo wszystko, na dobre i na złe?
Nigdy nie słyszałem o badaniu, które policzyło ilość szczęśliwych par. Statystyki mówią tylko o proporcji związków trwałych do nietrwałych. Zakłada się, że związek trwały jest związkiem szczęśliwym. Ale nie musi tak być. Być może to tylko związek wytrwały – czyli bardziej odporny na frustrację i cierpienie, które się w wielu z nich plenią czasami i przez dekady. Nie wiemy więc, czy szczęśliwych par jest proporcjonalnie więcej, czy mniej. Być może jest tylko mniej związków wytrwałych. Wiele wskazuje na to, że to hipoteza uzasadniona. Liberalne przemiany obyczajowe oraz postęp technologiczny wspierają możliwość indywidualnego, autonomicznego przeżycia życiowego sukcesu poza związkiem. Po raz pierwszy w dziejach mogą z tego korzystać samotne kobiety i samodzielne matki. Na spadek wytrwałości w znoszeniu trudności i kryzysów niewątpliwie wpływa także upowszechniające się liberalne i realistyczne podejście do sakramentalnej przestrogi: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza”. Można mieć przecież uzasadnioną wątpliwość, czy każdy sakramentalny związek kobiety i mężczyzny wsparty jest boską interwencją i ma boski atest. Kościół, jak się zdaje, też podziela ten pogląd, oferując unieważnienia małżeństwa. Uzasadniona wątpliwość co do boskiego atestu dotyczy, oczywiście, wyłącznie związków nieszczęśliwych i to ci, którym taki związek się przydarzył, słusznie zadają sobie pytania: Dlaczego dobry Bóg miałby mnie zobowiązać do dożywotniego trwania w nieszczęśliwym związku? Czemu miałoby to służyć? Wygląda więc na to, że współcześni coraz częściej uważają, że Bogu przypisywać można jedynie skojarzenie związków szczęśliwych. Niefortunnym pokłosiem tego słusznego poglądu jest pokusa zwalania na boskie barki całej odpowiedzialności za nasze szczęście i zapomnienie, że nawet w związku zaaranżowanym przez siły wyższe o szczęście trzeba troszczyć się codziennie.

Z trwaniem szczęśliwego związku nie mamy problemu, więc po co przysięgamy, że wytrwamy w nim i na dobre?
Z trwaniem na dobre na ogół nie mamy kłopotu, ale istnieją ludzie, którzy są przekonani, że szczęście im się nie należy, więc kiepsko tolerują dobre. Mało tego – nieświadomie robią, co mogą, by dobrze nie było. Gdy im się to uda, wracają do znanego piekła, w którym czują się jak ryba w wodzie. Ci mogą trwać w na złe latami. Z uznaniem odnotowuję więc psychologiczną przenikliwość twórcy małżeńskiego rytu, który postanowił uprzedzić kandydatów na małżonków, że czasami z dobrym jest wytrzymać tak samo trudno jak ze złym. Wokół zalecenia trwania w związku na złejest spore zamieszanie. Na ogół jest ono rozumiane jako zalecenie pokornego znoszenia – czytaj bycia ofiarą – upokorzeń, agresji, przemocy, niewierności, lenistwa, uzależnień i wykorzystywania. Ale i w tej sprawie coraz więcej ludzi ma wątpliwość. Po co dobry Bóg miałby nas nakłaniać do trwających całe dorosłe życie ćwiczeń sadomaso, które jedynie utwierdzają obie strony relacji w ich ograniczeniach i słabościach? Czy nie jest raczej tak, że przysięgając wierność na złe, zobowiązujemy się, że jeśli naszej kochanej i – co ważne – kochającej drugiej połowie przydarzy się zdrowotna, ekonomiczna, prawna czy wizerunkowa katastrofa, co uczyni ją zależną od nas, uznamy te okoliczności za wspólny los. Z jednym wyjątkiem: gdy dotknięta trudnym losem lub skutkami swoich błędów kochana osoba zrywa z nami więź, przestaje kochać i szanować. Wtedy czujemy, że zwalnia nas to z obowiązku trwania przy niej. Oczywiście, możemy kochać i wspierać nawet wtedy, ale nasza zdolność do poświęcenia na pewno ucierpi. Podobnie jak gotowość mieszkania pod wspólnym dachem. Skoro tak ludzie w sercu i sumieniu reagują, to kto wie, może Bóg też nie ma nic przeciwko temu?

Rozwody kościelne to forma weryfikacji dla wierzących. Ale jak pozostali mają poznać, że o tę miłość nie warto już walczyć?
Religie nie są po to, by nakazywać ludziom, co mają robić, lecz po to, by otwierać im serca i budzić sumienie, dając w ten sposób niezbędne narzędzia do podejmowania autonomicznych, zgodnych z okolicznościami ich niepowtarzalnego życia decyzji. Ponieważ jednak instytucje religijne i ich pracownicy zachowują się z reguły autorytarnie, wierzący mają małe szanse na otwarcie serc i obudzenie sumień – w zamian uczą się konformizmu i często bezrozumnie kierują się w życiu sztywnymi niezasymilowanymi regułami. Konformizm i stosowanie sztywnych zasad sprzyja wytrwałości związków, ale rzadko czyni je szczęśliwymi. W tej sytuacji niewierzący nie są na straconej pozycji. Przeciwnie. Sami muszą zmagać się ze sobą i z losem, podejmować trudne decyzje, szukać wyjścia, uczyć na błędach. Ten trud nader często wynagradzany zostaje otwarciem ich serc i uwrażliwieniem sumień. Oni na ogół wiedzą, kiedy jednak odstawić spakowane już walizki, odetchnąć głęboko i spróbować dowiedzieć się, o co tu chodzi, choć partner jest toksyczny i ludzie wokół krzyczą: „Zakończ to czym prędzej!”. Błędy popełniamy, aby poddać je refleksji i dzięki temu poznać swoje destrukcyjne mechanizmy i uzyskiwać większą od nich wolność.

Często jednak powielamy złe związki. Znajoma w drugim, podobnie jak i w pierwszym, jest krzywdzona, a poznała mężczyznę – możliwe, że kolejnego partnera – który ma te same cechy co poprzedni, czego tylko ona nie widzi.
Dopóki sama nie zada sobie pytania: „Dlaczego wciąż ląduję w takich związkach?”, to ten schemat będzie się powtarzał. Lepiej by było, żeby nie wiązała się z trzecim partnerem z tego samego klucza, zanim nie dojdzie do rozumu i nie zobaczy, że ten narcyz, brutal i alkoholik itp. nie jest zdolny do miłości, że zawsze przy kimś takim będzie na drugim planie, że zawsze będzie przegrywać z tym, od czego jest uzależniony. Jeśli to zobaczy, powinna zadać sobie pytanie: „Co mnie w tym urządza i czy przypadkiem nie uważam, że nie zasługuję na nic lepszego?”. Po rozstrzygnięciu tych pytań można uznać, że ze złego wyboru zrobiliśmy jakiś użytek, i wtedy dopiero – jeśli partner okaże się niereformowalny – rozstać się z nim.

Źli partnerzy bywają też reformowalni. Koleżanka pozostała z mężem alkoholikiem, choć nie musiała, i ułożyli sobie życie...
Zacznijmy od tego, że miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. To, co wtedy nazywamy miłością, jest albo współuzależnieniem, albo neurotycznym uwikłaniem. Ale jeśli kobieta czy mężczyzna decyduje się świadomie pozostać w związku z osobą uzależnioną, musi zdać sobie sprawę z konsekwencji. Pierwsza: nie doświadczy takiej miłości, o jaką chodzi. Druga: będzie użerać się do końca życia z kimś, kto nie zostanie postawiony wobec ultimatum: albo alkohol, albo ja. A więc są małe szanse, że się poprawi, bo nie będzie mieć wystarczającego powodu, by zmierzyć się ze swoim nałogiem czy wadami charakteru. Pozostanie w związku czyni w takiej sytuacji obojgu krzywdę, bo blokuje w ich sercach zdolność do otwarcia, ufności, szacunku, miłości i spokoju.

A więc warunkiem pozostania jest umiejętność postawienia ultimatum?
Ale ultimatum nie może być blefem, bo jak zostaniemy na tym przyłapani, to partner już się żadnym kolejnym nie przejmie. Jednak również w takiej sytuacji nie łudźmy się, że istnieje jeden przepis na rozwiązanie każdej – z pozoru podobnej – sytuacji. Nie ufajmy poradnikom, które zachęcają nas, by patrzeć powierzchownie i podejmować ważne decyzje bez dostrzegania wyjątkowości swojego losu. Nie ma rozwiązań dobrych dla każdego, bo nie ma dwóch identycznych osób, losów, związków. Dlatego przed podjęciem decyzji na tak lub na nie warto rzetelnie przyjrzeć się swojej sytuacji życiowej. Istotnym jej aspektem jest to, czy nasze rodziny wspierają, czy raczej dekonstruują związek? Mocnym wsparciem może być rzadko spotykana sytuacja, gdy teściowie z obu stron się lubią. Wtedy z pewnością będą wspierać opcję ratowania związku, chłodzić konflikty, odgrywać rolę rozjemców i negocjatorów. Ale jeśli się nie lubią, negatywnie oceniają partnera swojego dziecka i zatruwają komentarzami w stylu: „Bo ona się w ogóle o ciebie nie troszczy”, to szybko mogą doprowadzić do rozpadu związku. Szczególnie gdy para nie potrafi utrzymać rodziców na bezpieczny dystans. A więc podejmując ważne decyzje, powinniśmy brać pod uwagę specyficzny, niepowtarzalny kontekst i moment swego życia.

Skoro każdy los jest niepowtarzalny, to może się zdarzyć, że bez ultimatum wygrywamy miłość?
Wszystko może się zdarzyć w nielokalnej i niedualnej rzeczywistości, w której żyjemy i którą współtworzymy. Tyle że niektóre zdarzenia są bardziej prawdopodobne, a inne mniej. Jeśli z pozostania w związku z osobą uzależnioną czy przemocową miałoby wyniknąć coś dobrego, to pod warunkiem, że decyzję podejmiemy świadomi niebezpieczeństw i konsekwencji współuzależnienia. A jest prawdopodobne, że już decyzja o nawiązaniu tego typu związku była determinowana nieuświadomioną tendencją do współuzależnienia. Trzeba więc zacząć od tego, by bez oszukiwania się spojrzeć na siebie – skorzystać z pomocy terapeuty od współuzależnień. Tylko ktoś taki oceni nasz stan obiektywnie. Jeśli uzna za wskazane podjęcie terapii, nie możemy z tym zwlekać. Współuzależnienie to nałóg jak każdy inny. Tyle że uzależniamy się od roli, jaką wypełniamy w relacji do uzależnionego partnera. Póki tego nie dokonamy, będziemy nieświadomie działać na rzecz utrwalenia związku, w którym czujemy się ofiarą lub wybawicielem. By podjąć działania, które rzeczywiście pomogą ukochanej, ale uzależnionej osobie, trzeba najpierw pozbyć się własnych ograniczających przekonań i nawyków – odzyskać wolną wolę. W przeciwnym razie decyzja o pozostaniu jest tylko pozornie świadoma. Jak każdy nałogowiec potrafimy ją racjonalnie uzasadnić, przebrać w pozór zbawczej misji czy lojalności wobec tego, co „Bóg złączył”. A więc tylko osoba niewspółuzależniona, wolna od zniewalającej i naiwnej nadziei, że destrukcyjny partner sam z siebie przejrzy na oczy i zacznie troszczyć się o związek, może pomyśleć: „Mamy dzieci, więc świadomie decyduję się zostać. Nie liczę na jego miłość ani na to, że będę ważniejsza od nałogu. Ale ponieważ trzeźwo widzę i mam wewnętrzną wolność, wiem, że nie muszę z nim być – mam więc szansę, by stawiać jasne granice i wymagania, a dzięki temu ochronić siebie i dzieci przed negatywnymi skutkami mojej decyzji”.

Właśnie, powiedziałeś o granicach. Ale jak sprawdzić, czy się umie je stawiać i które są naprawdę nie do przekroczenia?
Nie wolno pozwalać się upokarzać, bić, oszukiwać i nie dotrzymywać umów. Jasno i zdecydowanie trzeba wyrażać swoje niezadowolenie, rozczarowanie, protest, gniew i – jeśli to prawda – także wolność („Nie muszę z tobą być”). Gdy nazwiemy rzeczy po imieniu, w odpowiedzi z pewnością otrzymamy złość, oburzenie, ciche dni. Ale zbyt daleko idące, obraźliwe dla nas samych ustępstwa nic nie zmienią. Przeciwnie. Stracimy resztki szacunku partnera i szacunku do siebie samych, a nasz związek szybko zamieni się w piekło. Wprawdzie lepiej nie żywić nadziei, że uda się w toksycznej relacji zachować zdrowe granice, lecz prawdą jest, że świadomie podjęta decyzja ma szansę otworzyć destrukcyjnemu partnerowi drogę do terapii i refleksji, a w konsekwencji doprowadzić do kontroli uzależnienia czy przekroczenia neurotycznych lub charakterologicznych ograniczeń. Krótko mówiąc: tylko wolny człowiek może drugiego człowieka uczynić wolnym.

Co pomaga osobom, które zostały przy złym partnerze?
Wiedza, skąd się biorą i na czym polegają trudności w związku i na czyje wsparcie mogą liczyć, bo będą go potrzebować. Warto próbować, ale tylko wtedy, gdy głęboko w brzuchu i w sercu przeczuwamy, że jest szansa, by obie strony przekroczyły swoje ograniczenia i przekształciły związek w partnerski i dojrzały. Jeśli brakuje takiej wiary i zrodzonej z niej determinacji, to szkoda czasu. Każdy ma święte prawo troszczyć się o jakość swojego życia. Każdy ma też prawo wystrzegać się tych, którzy sami nie podejmują w tej sprawie wysiłku, a tylko liczą na innych, wikłają ich w niewykonalne przedsięwzięcie. Jak świat światem nikomu się nie udało uszczęśliwić drugiego człowieka. Uszczęśliwiacze i uszczęśliwiani potrzebują siebie nawzajem nie po to, by odkrywać swoją przyrodzoną wartość i wolność, lecz by wspierać się w podtrzymywaniu złudzeń, tego, co znane i ograniczające, czyli tzw. znanego piekła. Dlatego jeśli w złym związku ktoś odkryje swego wolnego ducha, to druga strona odczuje to jako zagrożenie. Wolnego człowieka nie da się związać ani uzależnić. A skoro tak, to toksyczna osoba, jeśli zależy jej na związku, musi próbować czegoś innego, by dojść do rozumu i się zmienić, w sprawie szczęścia licząc tylko na siebie. W przeciwnym razie grozi jej, że usłyszy od wolnego ducha niezłomne zapewnienie: „Jeśli w tym tygodniu nie zaczniesz się na poważnie leczyć, to któregoś ranka obudzisz się w pustym mieszkaniu”. W mniej łagodnym wariancie niepoprawny łowca uszczęśliwiaczy może nawet nie usłyszeć cicho zamykanych drzwi.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Odważna konfrontacja i szczere do bólu rozmowy - recepta na szczęśliwy związek

Szczera konfrontacja pozwala na ciągłe wzajemne podążanie za sobą. Na prawdziwe bycie razem. (Fot. iStock)
Szczera konfrontacja pozwala na ciągłe wzajemne podążanie za sobą. Na prawdziwe bycie razem. (Fot. iStock)
Jesteśmy ze sobą, ale tak naprawdę obok siebie. Nie znamy się. Tak się dzieje, gdy powstrzymujemy się przed wygłaszaniem odmiennych poglądów i wyrażaniem trudnych uczuć. Jaka jest recepta na szczęśliwy związek amerykańskiego psychoterapeuty Johna M. Gottmana? Odważna konfrontacja i szczere do bólu rozmowy – mimo oporu i lęku. 

Przez lata nie potrafimy powiedzieć partnerowi, że źle się czujemy z tym, że mało zarabia i nie jest ambitny. Mamy trudność z poproszeniem go o częstsze przytulanie. Nie przyznajemy się do zazdrości, niepewności, do tęsknoty o ognistym seksie. Unikamy konfrontacji. Uciekamy od rozmowy, bo na horyzoncie pojawia się różnica zdań, jeden z wielu tematów tabu, potrzeba wyrażenia żalu, złości, lęku, bólu. A nawet jeśli coś mówimy, poziom szczerości komunikacji sięga zera. Nie opowiadamy o swoich marzeniach. O tym, że chcemy żyć inaczej. Godzimy się na bylejakość.

Tymczasem badania Johna M. Gottmana, profesora psychologii na Uniwersytecie Waszyngtońskim, współtwórcy i koordynatora Instytutu Rodzinnego w Seattle, dowodzą, że związki ludzi, którzy mają wobec partnera i siebie większe oczekiwania są szczęśliwsze i bardziej trwałe. A szczera konfrontacja pozwala na ciągłe wzajemne podążanie za sobą. Na prawdziwe bycie razem.

Wykrywacz problemów w związku

Profesor Gottman opracował kwestionariusz, który wykrywa zagrożenia w związku. Zdania w nim zawarte są jak zapalające się lampki alarmowe, które ostrzegają: uwaga, oddalacie się od siebie, brak wam kontaktu, pod wierzchnią warstwą życia kryją się nierozwiązane konflikty. Przeczytaj je i przekonaj się, czy nadszedł czas na konfrontację.

Jeżeli zgodzisz się z więcej niż czterema stwierdzeniami, w ciągu najbliższych dni koniecznie porozmawiaj z partnerem o problemie, którego z całych sił unikasz. Zastanów się, czy ostatnio:

  •  jesteś bardziej rozdrażniona,
  •  zachowujesz emocjonalny dystans w stosunku do partnera,
  •  panuje między wami duże napięcie,
  •  często chciałabyś być gdzie indziej,
  •  czujesz się osamotniona,
  •  twój partner nie okazuje ci uczuć,
  •  jesteś na niego zła,
  •  trudno się wam porozumieć,
  •  stres, który przeżywacie, ma na was zbyt niszczący wpływ,
  •  odczuwasz coraz większy brak bliskości,
  •  potrzebujesz pobyć w samotności,
  •  twój partner jest stale zdenerwowany, spięty,
  •  wyczuwasz u partnera duży dystans emocjonalny,
  •  czujesz, że nie myśli o tobie,
  •  twój partner zachowuje się, jakby był na ciebie o coś zły,
  •  on często chce być sam,
  •  czujesz dojmującą potrzebę szczerej rozmowy,
  •  nie jesteście w stanie się dogadać,
  •  kłócicie się częściej niż zwykle,
  •  małe problemy urastają do wielkich,
  •  ranicie swoje uczucia,
  •  w waszym życiu jest mało radości i zabawy.

Skutki machnięcia ręką

Dlaczego nie wolno ignorować czy umniejszać znaczenia problemów, niewypowiedzianych pragnień, różnic? John Gottman twierdzi, że brak konfrontacji naraża związek na bardzo poważne niebezpieczeństwo: emocjonalny dystans, który powoduje, że partnerzy nie mają szansy naprawdę się poznać. Nie dzielą się swoimi rozczarowaniami i niespełnionymi potrzebami. W konsekwencji często rozwijają swoje życie wewnętrzne w tajemnicy przed drugą osobą, teoretycznie najbliższą. W związku pojawia się wówczas większe ryzyko zdrady. Pokusa staje się duża, zwłaszcza jeśli zjawi się ktoś, z kim można podzielić się tym „tajemniczym ogrodem”.

Tak „zdystansowane” pary bardzo szybko oddalają się też od siebie, kiedy ich związek dotyka kryzys. Bo nie mają wzorca wspólnego radzenia sobie z uczuciami smutku, gniewu czy żalu, nie potrafią się na sobie oprzeć, gdy wydarza się coś trudnego – choroba, śmierć w rodzinie, utrata pracy, problemy finansowe. Wtedy zaczynają żyć oddzielnym życiem i czują się samotni. Ich związek staje się pusty. Nie czują radości z bycia razem, spełnienia, poczucia bezpieczeństwa i po prostu – bliskości.

 

Nauka szczerości

W jaki sposób konfrontować się konstruktywnie? Jak zachować duchową więź i uniknąć życia w relacji zbyt płytkiej? Zbliżyć się do siebie! I tu warto zapamiętać pewną zależność: zbliżymy się do siebie, jeśli się poznamy, poznamy się, jeśli się odkryjemy, a odkryjemy, gdy przestaniemy się bać konfrontacji. Proste? Czemu więc mamy z tym problem? Bo boimy się emocji. Niby własnych, ale tak naprawdę nam nieznanych. A te wypływają na powierzchnię właśnie wtedy, gdy konfrontujemy się z partnerem w ważnej dla nas sprawie. Zwłaszcza jeśli w dzieciństwie nauczyliśmy się je ignorować. Niektóre z nich zostały tak wyparte, że nie mamy z nimi kontaktu i w konsekwencji nie umiemy przekazać ich światu. Nie potrafimy powiedzieć, co czujemy, ani wczuć się w położenie drugiej strony. Może zabraniano nam się złościć, nasz smutek nie spotykał się ze zrozumieniem albo słabość nie była wspierana. Teraz, stojąc przed partnerem, mamy trudności z powiedzeniem, czego pragniemy. Nie jest więc możliwe twórcze rozwiązywanie konfliktów. Jak sobie pomóc? Nie skupiać się na reakcji partnera, nie podsycać energii walki i niechęci, tylko zwrócić się ku wnętrzu. Pomogą w tym ćwiczenia.

Ćwiczenie 1: Określanie własnych uczuć

Gdy chcesz powiedzieć partnerowi coś ważnego, a:
  • serce zaczyna bić ci szybciej,
  • oddech ulega spłyceniu,
  • emocje utrudniają myślenie, słuchanie, konstruowanie zdań, czyli efektywną komunikację, prowadzącą do wzajemnego zrozumienia,
  • masz wrażenie, że nie panujesz nad sobą.
Teraz odpowiedz sobie na pytania:
  • Co w tej chwili odczuwam?
  • Jak reaguje moje ciało?
  • Czy powyższe objawy wiążą się z konkretnym uczuciem? Czy to lęk, złość, smutek?
  • Co mogłabym powiedzieć na ten temat swojemu partnerowi?
Poniżej lista słów, z których można skorzystać:  
  • Uczucia negatywne – jestem: zdenerwowana, zalękniona, znudzona, poniżona, zawstydzona, winna, pełna żalu, zniechęcona, niespokojna, zmieszana, przestraszona, pełna niesmaku, zdezorientowana, zakłopotana, zmartwiona.
  • Uczucia pozytywne – jestem: szczęśliwa, zainspirowana, miło zaintrygowana, pełna miłości, odprężona, spokojna, doceniona, zainteresowana, silna, wdzięczna, pełna energii, pewna siebie, radosna, ważna, podniecona, zadowolona.

Ćwiczenie 2: Opanowanie emocji

1. Zwróć uwagę na swoje fizyczne doznania podczas kłótni:
  • Czy zaciskasz mocno szczęki?
  • Czy sztywnieje ci kark?
  • Czy oddychasz płycej i szybciej?
  • Czy masz trudności z koncentracją na rozmowie?
  • Czy serce bije ci szybciej niż zwykle?
Te doznania mogą wskazywać na narastający zalew emocji.

2. Zaproponuj przerwę, jeśli czujesz, że emocje biorą górę nad rozsądkiem. Spróbuj to zrobić bez obwiniania partnera. Uzgodnijcie, kiedy wrócicie do sprawy, która budzi negatywne emocje. Przerwa nie powinna trwać dłużej niż 20 minut, gdyż tyle czasu potrzebuje nasz system nerwowy, by uspokoić się po nadmiernym wydzieleniu się hormonów pod wpływem stresu. Odkładanie rozmowy w nieskończoność spowoduje dodatkowe napięcie psychiczne.

3. W czasie przerwy zajmij się czymś, co cię uspokaja. Na przykład:

  • Skoncentruj się na oddychaniu, zrób kilka głębokich wdechów i wydechów, obserwuj je.
  • Poczuj, które mięśnie masz napięte. Świadomie napnij je jeszcze bardziej, a potem rozluźnij, wyobrażając sobie, że są ciężkie i ciepłe.
  • Przywołaj przyjemne wspomnienie, które poprawi ci nastrój.
  • Pozwól sobie na krótki spacer.
Uwaga: w czasie przerwy unikaj niepokojących, osądzających myśli o partnerze. 4. Kiedy się wyciszycie, będziecie mogli przedyskutować problem na spokojnie. Szczerze wyrazić swoje myśli, z szacunkiem dla drugiej strony, co może być uzdrawiające dla związku.

  1. Psychologia

O związek trzeba dbać. Rozmowa psychoterapeutką Marią Rotkiel

Pary łabędzie znane są z lojalności i przywiązania do siebie. (iStock)
Pary łabędzie znane są z lojalności i przywiązania do siebie. (iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Bliskie relacje nas wzmacniają, ale pod warunkiem, że o nie dbamy. A dbamy wtedy, kiedy sami się rozwijamy. Dlatego renowację związku powinniśmy zawsze zaczynać od pracy nad sobą. 

 

Wakacje to dobry czas na odbudowanie związku?
Owszem, to fajna okazja do tego, żeby się do siebie zbliżyć, bo wreszcie mamy dla siebie czas. A dla większości par główny problem to właśnie brak czasu. Przytłoczeni na co dzień obowiązkami zawodowymi, zajmowaniem się domem, dziećmi, pielęgnowanie relacji z partnerem odkładamy na potem. To często jedna z ostatnich pozycji na liście naszych priorytetów, co jest bardzo dużym błędem, bo o relację trzeba dbać.

Co to znaczy: dbanie o relację?
To przebywanie z drugą osobą, uważność, czyli nie tylko mówienie do niej, ale i słuchanie tego, co ma mi do powiedzenia, to okazywanie jej czułości, zainteresowania, to wspólne przyjemności, wspólna przestrzeń, która, niestety, z czasem robi się coraz mniejsza. Urlop jest po to, żebyśmy mogli w końcu ze sobą być, ale jest też często dużym zagrożeniem dla związku.

Może okazać się bolesnym czasem prawdy?
To bardzo dobre określenie. Przez cały rok funkcjonujemy jak dobrze działająca firma, potrafimy nawet nieźle rozkładać między siebie codzienne zajęcia, ale nie mamy czasu na bliskość, na intymność, nie mówiąc już o seksie, na który brakuje nam siły. I kiedy już ten czas się pojawia, to raptem okazuje się, że bycie razem jest trudne. Jeżeli bowiem spoiwem relacji jest tylko wzajemna wymiana zobowiązań, które możemy nawet kochać (czyli nasze dzieci) albo które są trudne (jak kredyty) i jeśli tak funkcjonujemy parę lat, to może się okazać, że na urlopie trudno się do siebie zbliżyć. Po kilku dniach rozmów o dzieciach, pracy, obowiązkach tematy się wyczerpują. Jeżeli – co gorsza – partner nas irytuje, denerwuje, bo raptem chce robić coś, na co nie mamy ochoty, jest marudny, to urlop może być nie lada wyzwaniem, bo uświadamia ludziom prawdę o ich relacji.

Co z tą prawdą zrobić?
Zacząć trzeba od przemyślenia, dlaczego tak naprawdę jestem z drugą osobą. Czy dlatego, że lubię jej towarzystwo, bliskość, fizyczność, że mamy tematy do rozmów? Czy może tylko z obowiązku? Wiele par przychodzi do mnie z refleksją, że zorientowali się na urlopie, jak niewiele ich łączy, jak nie mają o czym rozmawiać. I to wszystko sobie wykrzyczeli, padły bolesne słowa, których już nie da się cofnąć, więc ciężko wrócić do codzienności, bo ta w dotychczasowym kształcie nie ma już racji bytu. A poza tym – ci ludzie nie wykorzystali urlopu na odpoczynek, więc teraz nie mają energii i motywacji, żeby dobrze współdziałać. Trudne, bolesne refleksje są jednak znakomitą okazją do zastanowienia się co dalej. Oczywiście, zawsze można podjąć decyzję o rozstaniu, czasami taka decyzja jest konieczna, bo nawet jeśli mamy dziecko, to powinniśmy wspierać się w jego wychowaniu, ale nie musimy być razem na siłę. Czas tej urlopowej próby jest zatem okazją do podjęcia odważnej decyzji – albo o rozstaniu, albo o pracy nad związkiem.

Co może odnowić związek?
Zmiana. Przy czym zmiana może polegać na powrocie do pewnych praktyk, które nas wcześniej cieszyły, albo na wprowadzeniu czegoś nowego. Na przykład: Postanawiamy, że babcia, ciocia albo niania zajmą się co drugi weekend naszym dzieckiem, a my ten czas spędzimy we dwoje. Albo: Wyrzucamy telewizor z sypialni. Dzwonimy do przyjaciół, z którymi dawno się nie widzieliśmy, i zapraszamy ich na kolację. Umawiamy się na tenisa ze znajomą parą.

Najtrudniej zmienić uprzedzenia.
Często jesteśmy nastawieni na walkę z partnerem, na pilnowanie podziału obowiązków, jaki ustaliliśmy. A czasem lepiej jest skoncentrować się na tym, co nam się kiedyś w nim podobało. Wtedy inaczej spojrzymy na naszą codzienność, na partnera, na relację. Zmiana może polegać na przypomnieniu sobie tego, co nas wtedy łączyło. Może też oznaczać konieczność pójścia na terapię. Terapeuta to taki przewodnik w procesie szukania rozwiązań najbardziej pomocnych dla danej pary, w zrozumieniu tego, co się stało, w wyciągnięciu  wniosków. Pomaga, żeby ten proces następował szybciej, jest życzliwym, obiektywnym opiekunem ludzi w kryzysie, co nie znaczy, że w każdym kryzysie mamy biec od razu do terapeuty. Zawsze natomiast warto coś w naszym związku ułożyć inaczej. Jestem wielką orędowniczką zmiany, bo ona nakręca proces naszego rozwoju.

Pod warunkiem że nie będziemy chcieli na siłę zmienić partnera.
Mam na myśli zmianę dostosowaną do tego, kim jesteśmy, taką, która sprawi, że nasza codzienność stanie się dla nas obojga przyjemniejsza i że się do siebie zbliżymy. Partnerowi, zapalonemu tenisiście, mogę zaproponować: „Pójdę z tobą w sobotę na korty, może fajnie byłoby, gdyby twój kolega zaprosił swoją partnerkę, słyszałam, że to fajna babka, pogram z nią albo porozmawiam. A z kolei w niedzielę ty poszedłbyś ze mną do kina”. Zmiana na zasadzie walki z pasjami czy poglądami partnera nie ma żadnego sensu.

Lepiej chyba zacząć zmianę od siebie, licząc na efekt domina.
Oczywiście, że tak! Wszystko, co dzieje się ze mną i we mnie, ma wpływ ma mojego partnera. Proces pracy nad odnowieniem relacji jest też procesem pracy nad sobą, bo zawsze ważne jest pytanie, co sama mogę zrobić dla związku, dla mojego partnera, dla siebie, jak mogę pracować nad tym, żebyśmy się do siebie zbliżyli. Może powinnam zrezygnować z ciągłego upominania? Owszem, mój partner jest bałaganiarzem, ale w ciągu pięciu lat wspólnego życia nie sprawdziły się żadne metody – ani zwracanie mu uwagi, ani wkładanie nieświeżych skarpetek pod poduszkę – więc może warto machnąć na jego bałaganiarstwo ręką, może to jest ta konieczna zmiana? Ale czasem polega ona na tym, że wreszcie mówię otwarcie: „Kochanie, rozumiem, że uwielbiasz swoją pracę, ale chciałabym, żebyśmy znaleźli dla siebie dwa wieczory w tygodniu, kiedy wracasz wcześniej”. Bywa, że największą trudność sprawia odróżnienie tego, na co machnąć ręką, co zaakceptować, od tego, o co asertywnie się upominać.

Nałogi rujnujące nasze życie są na tej drugiej liście.
Zdecydowanie tak. Wszystko, co agresywne i autoagresywne, także pracoholizm, powinno zmobilizować nas do powiedzenia: „Stop! Nie godzę się na to i co ty na to? Czy jesteś gotowy, żeby się z tym zmierzyć, czy rozumiesz, że mam prawo tego nie tolerować?”. Komunikujemy swoje zdanie partnerowi, dajemy mu szansę na zmianę, wspieramy go w pracy nad sobą, no chyba że tego trudu nie podejmuje.

Co wtedy? Zwykle się poddajemy, gdy pojawia się najmniejsza trudność. Dlaczego?
Bo bardzo źle znosimy kryzysy, dyskomfort. Żyjemy w czasach kultu fajności. A w życiu bywa różnie. Urlop daje szansę na odnowienie relacji, bo pomaga nam uświadomić sobie, że czasem bywa fajnie, a czasem mniej fajnie. A my powinniśmy zadać sobie pytanie: Co w tym „fajnie” nas łączy, co nas zbliża, a co w tym „niefajnie” można zmienić albo zaakceptować. Największy problem mamy z zaakceptowaniem „niefajnego”. Między innymi dlatego, że chcemy, żeby nasze życie było idealne, że żyjemy pod przymusem perfekcyjności, czym wyrządzamy sobie okropną krzywdę. Z wiekiem potrafimy zrozumieć, że nikt nie jest idealny, ale jak się ma tych 20 lat, to ciężko zaakceptować wady partnera i codzienność pełną wyrzeczeń.

Odnowy wymaga każdy związek?
Tak, ale takiej codziennej, nieustannej. Odnawianie relacji to pamiętanie o tym, żebyśmy zjedli razem kolację, wyłączyli telewizor i ze sobą porozmawiali, przytulili się, wzięli wspólną kąpiel. Ale odnawiać związek to także odnawiać siebie. Czyli – uczyć się, rozwijać swoje pasje, poznawać ludzi. Możemy potem przy kolacji podzielić się ze swoim partnerem tym, czego się nauczyliśmy. Wtedy on też posunie się w tej dziedzinie o krok do przodu, a i nasza relacja na tym zyska. Bo tak naprawdę buduje nas związek, który nie stoi w miejscu, tylko się rozwija. A rozwija się wtedy, kiedy my się rozwijamy. Dlatego musimy zawsze zacząć od pracy nad sobą. Ale związek też trzeba codziennie podlewać niczym kwiaty. Czasem wystarczy naprawdę niewiele: powiedzenie „kocham cię”, przytulenie się. Jak odnawiamy mieszkanie, to go nie wyburzamy, nie wywracamy wszystkiego do góry nogami, tylko malujemy ściany. Tak samo jest z bliską relacją – trzeba ją nieustannie odmalowywać. Niczego nie mamy bowiem danego raz na zawsze.

Maria Rotkiel, psychoterapeutka, trenerka, doradczyni rodzinna, zawodowa, autorka książki „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” (wydawnictwo Czarna Owca). Mama Adasia.

  1. Psychologia

Wspólne wakacje z partnerem. Czas próby czy sielanka?

Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. (Fot. iStock)
Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. (Fot. iStock)
„Cudownie!” – mówią zgodnie oboje. Ale co myślą? Kobieta: „Teraz się do siebie zbliżymy”. Mężczyzna: „Nareszcie odpoczniemy”. I są to całkowicie sprzeczne cele. Jak zatem nie zamienić raju na Seszelach w horror pośród tropików, tłumaczy psycholog Maria Rotkiel.

Jak myślę o małżeństwie moich rodziców, to mam wrażenie, że kiedyś pary dobierały się na zasadzie sprawdzania się w boju: w pracy, prowadzeniu domu, wychowaniu dzieci. Dzisiaj wyzwaniem dla wielu par jest czas wolny.
Na pewno obecnie większą wagę przykładamy do sfery emocjonalnej, a w niej mieści się też temat spędzania wolnego czasu. Dbamy o wspólne rozrywki, jeździmy na rowerach, podróżujemy. Nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice w każdą sobotę rano chodzili na tenisa, bo u nas w sobotę rano się sprzątało, a w niedzielę jechało do babci na obiad. Dziś w weekend jedziemy do centrum handlowego – to jest ta gorsza wersja, a w lepszej – oddajemy się jakiemuś hobby. Sfera wolnego czasu, zainteresowań i relaksu rzeczywiście ma więc obecnie większe znaczenie niż kiedyś.

A kwintesencją relaksu jest wspólny urlop.
Urlop jest genialnym papierkiem lakmusowym relacji. Jeśli wyjeżdżamy na urlop na początku znajomości, to często w ogóle nie wychodzimy z pokoju hotelowego. Czyli robimy to, co na tym etapie znajomości jest najfajniejsze: seks, seks, seks. I to bardzo dobry pomysł na pierwszy wyjazd (śmiech). Nawet jeśli naszą uwagę zajmuje głównie ten seks, to i tak będziemy mieli szansę sprawdzić się także na innych polach. Czy mamy wspólne tematy, podobne temperamenty, gusta kulinarne, ale też wizje tego, czym dla nas jest udany odpoczynek. Oczywiście, na co dzień też się tego o sobie dowiadujemy, ale wtedy nie spędzamy ze sobą 24 godzin na dobę. I może się okazać, że podczas tak intensywnego bycia razem odnajdziemy w sobie rzeczy, które nam się nie spodobają. Dlatego mimo cudownych okoliczności przyrody wiele par często ostro kłóci się podczas wyjazdów.

Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. To czas próby. Jeśli w relacji dzieje się dobrze, to urlop to potwierdzi; a jeśli coś kipi pod pokrywką, to urlop doprowadzi to do prawdziwego wrzenia. Lubię żartować, że po urlopie wracamy albo w ciąży, albo jako singielki. W dużym uproszczeniu, oczywiście.

Niektóre pary postanawiają wspólnie gdzieś wyjechać właśnie wtedy, gdy przechodzą kryzys.
Tylko jeśli nie rozwiążą problemu, który wywołał kryzys, jeśli tego nie przegadają lub nawet nie przekłócą, to współczuję takiego urlopu. To zacznie się już w samochodzie albo na lotnisku bądź w pociągu. Zamknięte przestrzenie sprzyjają kumulacji emocji. Zresztą przed trudnymi rozmowami jedno z partnerów zwykle tchórzy, i jest to zwykle mężczyzna. Dominuje schemat: kobieta chce rozmawiać, a facet ucieka, dosłownie. A z samochodu czy samolotu nam nie ucieknie (śmiech). Każda para to zna. Oczywiście, na początku on może się w ogóle nie odzywać, ale po godzinie naszego rozżalonego monologu pewnie wybuchnie i nie będzie to zbyt konstruktywne. W efekcie lądujemy w hotelu wkurzeni na siebie i ziejący nienawiścią, z perspektywą spędzenia ze sobą najbliższego tygodnia.

Dużo par przychodzi do ciebie na terapię po urlopie?
Bardzo dużo. Po wspólnym wyjeździe albo po świętach, które też są pewnego rodzaju urlopem. Pary przychodzą do mnie w momencie, kiedy nie mogą dłużej udawać, że jest między nimi w porządku i gdy kryzys staje się dla nich bardzo dokuczliwy. Codzienność sprzyja wypieraniu problemów, bo zwyczajnie nie mamy czasu na to, by się porządnie pokłócić. Co innego kilka dni wolnego. Znam pary, które wszystkie nagromadzone przez rok sprawy chcą „załatwić” właśnie podczas wakacyjnego wyjazdu.

Może źle się na ten urlop nastawiamy?
Na pewno mamy bardzo różne oczekiwania w stosunku do urlopu. Kobieta myśli: „Teraz się do siebie zbliżymy”, natomiast mężczyzna: „Nareszcie odpoczniemy”. I to są dwa różne cele. On odpoczywa, czyli nalewa sobie wieczorem piwo, bierze gazetę czy laptopa i się „odrywa”, a ona chce bliskości, spaceru, rozmowy, przytulania, romantycznej kolacji. I wtedy mogą dziać się różne rzeczy.

Z drugiej strony: fajnie się różnić.
Zgadzam się. Fajnie się różnić, pod warunkiem że mamy solidną wspólną płaszczyznę. Bo to, że nasz partner chce odpocząć, a my zbliżyć się do niego – nie musi się wykluczać. Dajmy sobie czas na swoje przyjemności, niech on zostanie z tą gazetą nad basenem, ty idź pozwiedzać okoliczne zabytki, ale później, wieczorem spotkajcie się podczas wspólnej kolacji. Urlop pokazuje dokładnie, jak współpracujemy w parze, bo nie ma tych wszystkich dystraktorów, które na co dzień nas rozpraszają i odrywają od relacji. Cała uwaga jest skupiona na związku. Czasami okazuje się więc, że nie do końca trafnie się dobraliśmy albo że jesteśmy sobą bardzo zmęczeni.

Brzmi jak historia mojej znajomej. Kiedy wyjechała na wakacje ze swoim chłopakiem i wreszcie mieli mnóstwo czasu dla siebie, okazało się, że w sumie nie mają o czym rozmawiać i nie zgadzają się w wielu sprawach, tylko do tej pory zagłuszali to oglądaniem filmów, zapraszaniem przyjaciół czy pracą.
Tak czasem bywa i im szybciej się o tym przekonamy, tym lepiej. Urlop pomaga zobaczyć to, co na co dzień umyka i czego po prostu nie chcemy widzieć. Kobiety często „zakłamują rzeczywistość”. Ze strachu, z wygody, z braku możliwości zmiany, oczywiście ich zdaniem, bo ta możliwość zawsze jest, tylko my tchórzymy. Dlatego odważnie przyglądajmy się sobie i naszemu związkowi podczas urlopu i wyciągajmy z tych obserwacji wnioski.

Może lepiej odpoczywać osobno?
Jestem wielką orędowniczką osobnych wyjazdów, ale pod warunkiem że znajdziemy też miejsce na wspólny wypad albo kilka dni spędzonych w domu. Bo jeżeli na co dzień mamy dla siebie mało czasu i urlop spędzimy oddzielnie, to tylko nas to od siebie jeszcze bardziej oddali.

Tym bardziej że urlop sprzyja spotykaniu wielu atrakcyjnych osób.
No właśnie, à propos wakacyjnych romansów. Nie zgadzam się z tym słynnym powiedzeniem, że okazja czyni złodzieja, moim zdaniem trzeba mieć osobowość złodzieja, by okazja ją z nas wyciągnęła. Zdrada podczas urlopu mówi o tym, że w związku dzieje się źle, po prostu. Ale to temat na osobną rozmowę.

Idealny model urlopowania się w parze, choć życie nie jest idealne, to jeden dłuższy wspólny wypad w roku i krótsze osobne – z przyjaciółkami, kolegą czy rodziną. I apeluję – planujmy wakacje. Nie stawiajmy na spontaniczność i nie myślmy: „A, jakoś to będzie”. Pewnie, że niekiedy trafi nam się cudowne miejsce, z którego oboje będziemy zadowoleni, ale zwykle decyzje podejmowane pod wpływem emocji czy chwili kończą się niezadowoleniem.

Przestańmy wierzyć w spontaniczny seks, spontaniczne wakacje i spontaniczny związek. Wybierzmy taki czas, takie miejsce i takie atrakcje, które przypadną do gustu zarówno nam, jak i naszemu partnerowi. Przecież pewne rzeczy wiadomo od początku znajomości: czy on lubi spędzać czas aktywnie, czy wylegiwać się całą niedzielę w łóżku. Jeśli my kochamy SPA, wybierzmy takie, które będzie nam odpowiadało, ale zadbajmy, żeby w pobliżu były korty tenisowe, ścianki do wspinaczki czy trasy rowerowe, z których on się ucieszy. Przegadajmy też kwestie finansowe. O co się przecież zwykle kłócimy? O pieniądze. Ale na urlopie jakoś o tym zapominamy. Idziemy do restauracji i zamawiamy kalmary, homary i szampana, a potem się dziwimy, że urlop nas drogo wyniósł. I błagam, przemyślmy, kogo na ten urlop zabieramy. Nie proponujmy partnerowi wyjazdu w komplecie z naszą koleżanką, którą on może i lubi, ale chyba raczej nie marzy o tym, żeby towarzyszyła wam przez cały tydzień. Z urlopem jak z życiem – warto urządzić go tak, żeby było nam dobrze.

Urlop jest też dobrym sprawdzianem tego, jak się zachowamy w sytuacjach trudnych. Ginie nam bagaż, kradną karty kredytowe. Niektórzy stają na wysokości zadania, a inni tchórzą albo puszczają im nerwy. On zamiast mnie pocieszać, krzyczy, że to moja wina, bo mogłam nie trzymać kart w jednym miejscu. W filmie „Turysta” jest taka scena. W zimowym kurorcie nagle schodzi niegroźna lawina i ojciec rodziny w pierwszym odruchu zamiast osłonić sobą dzieci i żonę, ucieka, ratując smartfona. Jak po czymś takim znów sobie zaufać?
To, jak się zachowujemy w stresie, gdy mamy problem, wychodzi dość szybko, ale podczas urlopu to może być szczególnie trudne, czyli powiedzmy wprost: wkurzające. Jeśli nasz partner nas zawodzi, jeśli tracimy do niego zaufanie lub nie potrafi być dla nas oparciem – to podczas urlopu dotkliwie to odczujemy, ponieważ wtedy jesteśmy tylko we dwoje, bez rodziny, przyjaciół czy innych osób, które w kryzysowych sytuacjach mogą nam pomóc. Ale może być też zupełnie odwrotnie. Kiedy na co dzień nie dajemy szansy naszemu partnerowi, aby się wykazał i jesteśmy Zosią Samosią, to jego szybka reakcja na urlopową katastrofę, typu zagubienie bagażu, może być miłym zaskoczeniem i motywacją do refleksji: „Czy nie warto bardziej mu zaufać i docenić go, zamiast wszystko brać na siebie, a potem narzekać?”.

Dla wielu kobiet dużą nauką podczas urlopu jest to, że bycie razem nie oznacza spędzania ze sobą każdej chwili.
Moim zdaniem jeśli ktoś chciałby zdiagnozować, czy partnerzy mają problem z bliskością, powinien wysłać ich na urlop. To pokaże jak na dłoni, czy jedno z partnerów nie przejawia czasem tendencji do budowania symbiotycznych relacji i agresywnie zawłaszcza prywatną przestrzeń drugiej osoby. Bo wymaganie od kogoś, żeby był z nami „zrośnięty”, niedawanie mu prawa do własnej przestrzeni to agresja. Zwykle kobieca specjalność. Jeśli oczekujemy, że urlop nas zbliży, zastanówmy się, czym jest dla nas ta bliskość. Bo urlop może nam pokazać, czy nie mamy problemu w tej właśnie sferze. Są pewne mechanizmy, które nami kierują i z których same nie zdajemy sobie sprawy. Prowokujemy kłótnię, bo jest za dobrze, za sielsko – to też jest poważny wyznacznik problemu z bliskością. Gdy rozmawiam z parą, to często mężczyzna zwraca uwagę na to, że jego partnerka z jednej strony pragnie bliskości, ale jednocześnie prowokuje kłótnię, gdy jest za spokojnie. Gdy rozmawiam z tą kobietą, okazuje się, że przez większość życia była pod taką presją, że nagła sielanka jest dla niej nie do wytrzymania.

Urlop sprzyja też ujawnieniu takich cech jak chorobliwa zazdrość. Bo on spojrzał na inną kobietę w skąpym bikini? Jesteście nad morzem, dookoła pełno kobiet w skąpym bikini. Co on ma zrobić w tej sytuacji? Założyć sobie wiaderko na głowę?!

Słyszałam, że niektóre pary świetnie się dogadują na urlopie, problem zaczyna się, gdy wracają do domu. Czy urlop nie jest wtedy dla nich ucieczką od codzienności?
Niektóre pary same tak o nim mówią. Gdy słyszę moim zboczonym, terapeutycznym uchem, jak ktoś mówi, że coś jest dla niego ucieczką, to zapala mi się czerwone światło. Bo przeanalizujmy to po kolei. Jeśli uciekam od codzienności, to znaczy, że ta codzienność jest czymś negatywnym. Urlop może być odpoczynkiem, relaksem, pretekstem do zadbania o siebie, odskocznią, ale nie powinien być ucieczką. Rzadko zgadzam się z Freudem, ale tu muszę przyznać mu rację, że słowa, jakie dobieramy, często oddają to, co naprawdę myślimy. Jeśli traktujemy urlop jako ucieczkę, to nie oznacza oczywiście, że para jest do wymiany, tylko że o tę codzienność jak najszybciej trzeba zadbać. Może za mało czasu spędzamy razem? Może nie mamy równowagi pomiędzy obowiązkami a odpoczynkiem? Nie wolno funkcjonować tak, że najpierw kierat, kierat, a potem nagle urlop. Jeżeli nie umiemy złapać równowagi w codzienności, to urlop nam w tym nie pomoże. Powrót z wakacyjnego wyjazdu skończy się depresją, bo będzie nam się kojarzył z powrotem do czegoś nieprzyjemnego, codzienności. A przecież ta codzienność to właśnie nasze życie: znajomi, przyjaciele, dom, rodzina.

Czy nie warto wprowadzić zatem trochę atmosfery urlopu lub wakacji do codziennego życia?
Oczywiście, i to jest łatwe do zrobienia. Nie chodzi nawet o to, żeby gdzieś co weekend wyjeżdżać, tylko o zwykłe codzienne przyjemności. Załóżmy, że nasze ulubione wakacje to boska Grecja. Co stoi na przeszkodzie, żeby raz w tygodniu czy miesiącu – w zależności od finansów – iść sobie do greckiej knajpy? Albo zaprosić znajomych, włączyć muzykę i zrobić sobie greckie jedzenie? Takie funkcjonowanie, że na urlopie uprawiamy fajny seks, jemy fajne jedzenie, a na co dzień jest szara rzeczywistość i życie od wolnego do wolnego – to przepis na katastrofę.

A czy dobrze sobie czasem zrobić urlop od partnera? Od związku?
Wszystko zależy od tego, co rozumiemy pod tym pojęciem. Bo jeśli urlop od związku jest zadbaniem o własną przestrzeń i to, co lubię najbardziej, a czego mój partner nie preferuje, a po takim urlopie planujemy wspólny wypoczynek – to proszę bardzo. Ja jednak miałam zawsze tak, że jeśli przyszedł mi do głowy pomysł na urlop bez partnera, a o wspólnym nawet nie chciałam myśleć, to wiedziałam, że to już jest koniec. Ale może to tylko mój punkt widzenia.

Maria Rotkiel psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek. 

  1. Psychologia

Czy masz szansę stworzyć długotrwały związek?

Dbanie o relację to klucz do długotrwałej relacji. (Fot. iStock)
Dbanie o relację to klucz do długotrwałej relacji. (Fot. iStock)
Dobry, długotrwały związek zależy od poczucia własnej wartości. Ci, którzy doceniają siebie, doceniają też partnera.

Wystarczy rozejrzeć się po znajomych - coraz mniej wokół nas par z długim stażem, zwłaszcza tych ze średniego i młodego pokolenia. Czy taki model związku jest jeszcze dla ludzi atrakcyjny? Czy w ogóle możliwy?

Tekst pochodzi w archiwalnego numeru "Zwierciadła"

Blanka Nowak (rocznik ’71), drugi mąż, dwoje dzieci (z pierwszego związku): – Byłam ostatnio na zjeździe klasowym z okazji 25-lecia matury. Zjechało się trzy czwarte klasy, także ci, którzy wyemigrowali do Anglii, Irlandii i Stanów Zjednoczonych. Większość ludzi ciężko haruje, ale żyje na przyzwoitym poziomie, wszyscy mają samochody, mieszkania na kredyt, ale tylko cztery osoby na 20 pozostają w tych samych związkach. To było dla mnie dołujące odkrycie. Moim rodzicom i ich znajomym udało się przetrwać mimo niewątpliwie trudniejszych czasów, a nam to nie wychodzi. Coś z nami jest nie tak? Wszystko dlatego, że łatwiej nam się rozstawać? Że mamy za dużo pokus?

Drążę u źródła, czyli u psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego od lat zajmującego się terapią par.

– To mit, że winne są pokusy. One były zawsze, bo zawsze istnieli atrakcyjni mężczyźni, atrakcyjne kobiety, miejsca i sytuacje sprzyjające korzystaniu z tych pokus. Natomiast to, co się zmieniło, to fakt, że różnego rodzaju normy, zasady i nawet kulturowe przekazy straciły bardzo na swoim znaczeniu, że osłabła ich siła.

Kiedyś te wszystkie nakazy – że należy być ze sobą dla dobra dzieci, z powodów religijnych, bo tak wypada, bo co powiedzą sąsiedzi – były bardzo silne. To, oczywiście, powodowało, że funkcjonowało dużo związków fasadowych, ludzie tkwili w pustych, martwych relacjach, ale realizowali narzucone im zewnętrzne zasady i udawali przed światem, że dalej są razem. Dzisiaj zdecydowanie dużo prościej wyjść z relacji. Nie zgodziłbym się jednak z twierdzeniem, że ludzie łatwo się rozstają, gdy poluzowują się zewnętrzne normy. Otóż to nieprawda, to kolejny mit. Oprócz związków powstałych w wyniku chwilowego uniesienia, które się potem rozpadają, istnieją też takie, w których partnerzy są naprawdę dla siebie nawzajem atrakcyjni przez długi czas, nawet do śmierci. Bez względu na obowiązujące normy. I takich par obecnie też jest dużo.

Psychoterapeuta wyjaśnia ich fenomen: – Otóż ci partnerzy zachowują się stabilnie i przewidywalnie nie pod wpływem jakiegoś zewnętrznego bodźca, ale dlatego, że znaleźli w sobie motywację do budowania trwałej relacji. Każdy związek zaczyna się mniej więcej podobnie – na początku partnerzy są sobie nawzajem do czegoś potrzebni – podnoszą sobie wzajemnie samoocenę, nobilitują się, sprawiają, że czują się nawzajem atrakcyjni, wspaniali. Potem – już nie dla wszystkich – liczy się nie to, co partner daje, ale kim jest, jego indywidualność, to, że nie ma drugiego takiego człowieka na świecie.

Na styku biologii i kultury

Andrzej Wiśniewski przyjmuje co tydzień kilkanaście nowych par, które przychodzą nie dlatego, żeby się rozstać, ale po ratunek dla związku. I nie jest im łatwo postanowić o rozwodzie, nawet jeśli są w dużym kryzysie. Większość z nich ma za sobą udany okres wspólnego życia: ładne narzeczeństwo, pierwsze lata romantycznej miłości, narodziny dzieci. Wcześniej czy później przychodzą jednak trudne sytuacje życiowe, pojawiają się kryzysy związane z wychowaniem dzieci, ludzie polaryzują swoje zdania wobec wspólnych doświadczeń. Pojawia się, oczywiście, pokusa, żeby się rozstać, można to zrobić jednym ruchem, bo nie ma przecież specjalnych nacisków, by trwać razem. Ludzie jednak próbują walczyć o związek.

– O czym to świadczy? O tym, że obydwie strony potrafią zobaczyć swojego partnera nie tylko jako towarzysza do zabawy czy do atrakcyjnego wyjazdu, ale także do głębszej relacji – przekonuje psychoterapeuta. – Kiedy stawiają na szali jego wady, przewinienia, a z drugiej to, co dobrego między nimi się wydarzyło, czyli że zostali przez siebie nawzajem zaakceptowani, przyjęci, pokochani – okazuje się, że szkoda im to wszystko stracić.

Kolejny mit: to biologia pcha mężczyzn do licznych związków, a wszystko w celu przedłużenia gatunku. Robin Baker, autor kontrowersyjnej książki „Wojny plemników”, forsuje tezę, że związkami ludzi rządzi silny biologiczny imperatyw do przekazania swoich genów. Pisze: „Przyszłe pokolenia zostaną określone przez geny tych, którzy spłodzą większą liczbę potomków, a nie geny tych ludzi, którzy spłodzą ich niewiele bądź wcale”. A że kobieta w ciągu życia może urodzić ograniczoną liczbę dzieci, mężczyzna musi przekazywać swoje geny w kontaktach z wieloma kobietami. Stąd nietrwałość związków.

– Złości mnie takie gadanie, to jest taki rodzaj zwulgaryzowanej socjobiologii, która traktuje człowieka jak worek do przenoszenia genomów – mówi Andrzej Wiśniewski. – Co więcej, sądzę, że taki pogląd jest kompatybilny z różnymi kryzysami, przez jakie ludzie przechodzą i z którymi nie bardzo sobie radzą. Wtedy tego typu teoria okazuje się bardzo użyteczna i usprawiedliwiająca. Bezsprzecznie człowiek funkcjonuje na styku biologii i kultury, którą bym zdefiniował jako sposób porozumiewania się z innymi. I to sfera kultury, choć zaczęła działać później niż sfera biologii, ma olbrzymi wpływ na nasze funkcjonowanie, na to, w jaki sposób się realizujemy, budujemy swoją świadomość, identyfikujemy się ze światem wartości, jakimi jesteśmy ludźmi. Ta sfera ma olbrzymi wpływ na to, czy jesteśmy odpowiedzialni, czy potrafimy dostrzegać lojalność i być lojalni w stosunku do partnera. Mój ulubiony pisarz Sándor Márai powiedział, że pożądanie jest zwierzęce, a bliskość ludzka. Wszyscy mamy w sobie troszkę tego zwierzęcia, ale też olbrzymią część tego, co ludzkie. Jestem przekonany, że większość z nas kieruje się tym, co w nas ludzkie, choć czasami, kiedy obserwuję zachowania niektórych osób, zastanawiam się, czy moje myślenie nie jest trochę z gatunku wishful thinking. Denerwuje mnie myślenie negujące olbrzymi ludzko-boski wysiłek, żebyśmy przekroczyli prawa natury. No bo jeżeli nastąpiła jakaś ingerencja wszechświata w sprawy ludzkie, to stało się to poprzez miłość właśnie. I ona się rozwija mimo niewątpliwych trudności i przeszkód.

Tyle trwałości, ile dojrzałości

Psychologowie podkreślają zgodnie: dobry długotrwały związek zależy od poczucia własnej wartości obojga partnerów. Okazuje się, że ci ludzie, którzy doceniają siebie, potrafią docenić też partnera, jego wyjątkowość i niezwykłość. Bo im moje poczucie wartości jest wyższe, tym mam mniejszą potrzebę, żeby mój partner mnie dowartościowywał, dodawał splendoru, nobilitował, coś mi załatwiał.

– Mówiąc obrazowo: im bardziej siebie cenię, tym mniej traktuję partnera jak stację benzynową, do której można podjechać, zatankować i jechać dalej – mówi Andrzej Wiśniewski. – Tyle więc udanych, trwałych związków, ile dojrzałych osób.

Co to znaczy: dojrzały partner? Psychoterapeuta wyjaśnia, że to ktoś, kto nie uzależnia swojego dobrostanu psychicznego od tego, jak reaguje druga strona – czy się odsuwa, czy zbliża, czy się uśmiecha, czy krzywi, czy chwali, czy krytykuje. Ci, którzy przywiązują zbyt dużo wagi do reakcji partnera, tak naprawdę mają problem ze sobą. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ich pretensje do partnera to projekcja na niego własnych lęków.

Pewien mężczyzna przyszedł do psychoterapeuty i mówi: „Właściwie to niepotrzebnie przyszedłem, bo ja już wszystko wiem na temat relacji męsko-damskich. Pomyślałem jednak, że skonsultuję pewną obserwację. Otóż po raz szósty się żenię i widzę, że wszystkie kobiety są takie same. Bo ta szósta też rozkazuje: zrób mi herbatę”. Psychoterapeuta pyta: „A co w tym złego?”. Na co mężczyzna: „Jak to co? Przecież ona od razu chce mnie zdominować, narzucić mi swoją wolę”. Owemu panu nawet przez myśl nie przeszło, że projektuje na partnerki swoje lęki. Ludzie dojrzali są świadomi swoich stanów i emocji i nie obwiniają drugiej strony za to, co przeżywają.

Andrzej Wiśniewski: – Warunkiem dobrych, długotrwałych związków, który idzie w parze z poczuciem własnej wartości, jest wolność. Od wielu lat powtarzam: tyle miłości, ile wolności. Ale wolności nie w sensie nihilizmu, że wszystko wolno, że mogę robić z partnerem, co chcę, a on ze mną. Wolność, o której mówię, wiąże się z odpowiedzialnością za drugą osobę, za jej uczucia. Nawet kiedy jestem zły czy na granicy rozstania, to szanuję swojego partnera i chcę mu dać wolność wyboru. Czyli mówię, co się ze mną dzieje – że na przykład jestem zły, rozczarowany, przybity. Nie próbuję go kontrolować poprzez różne formy: wzbudzanie poczucia winy, wycofywanie pozytywnych informacji, odmawianie seksu.

Nasz intymny, mały świat

Trzeci warunek dobrego związku: lojalność. Czyli nie robię tego, czego nie chciałbym doświadczyć od mojego partnera. Doceniam jego indywidualność i strzegę jej, jego wkładu w moje życie. Nie modeluję go na swój obraz i podobieństwo, nie podporządkowuję sobie. Bo jak wszystko jest takie samo, to po co być ze sobą?

– A miłość? – pytam.

– Oczywiście, to fundament związku – odpowiada psychoterapeuta. – Ale miłość w rozumieniu Ericha Fromma, to znaczy taka, która opiera się na trosce, wzajemnej odpowiedzialności i dbaniu o siebie. W tak rozumianej miłości jest także miejsce na pożądanie. Bo jeśli mój partner wzbudza we mnie cały czas ochotę na bliskość, seks, przekraczanie granic, to znaczy, że związek jest żywy i dobrze rokuje na przyszłość. Seks to bardzo ważna więziotwórcza siła. Proszę zauważyć, jak para zmienia się po inicjacji życia seksualnego, jak bardzo ludzie stają się sobie bliscy, kiedy razem śpią, okazują sobie czułość, ale także – gdy przekraczają granice.

Mocnym spoiwem związku, choć niedocenianym, okazuje się poczucie humoru.  Rozładowywanie codziennych napięć przy użyciu tej broni bywa naprawdę ozdrowieńcze, niejedną parę uratowało przed eskalacją konfliktu. Innym nieoczywistym cementem pary są talenty i pasje partnerów. Kiedy każdy ma swój bogaty świat i jego owoce przynosi do związku.

A gdy wkrada się rywalizacja?

– Zdrowa jest tylko ta jawna, otwarta – mówi psychoterapeuta. – Gorzej, gdy ludzie rywalizują w sposób ukryty.

Ważne jest imponowanie sobie nawzajem. Ale nie tylko sukcesami, także tym, że mój partner godnie się zachowuje, że dokonuje fajnych wyborów, że jest lubiany i ceniony przez innych. I że czasem potrafi przyznać się do błędów, powiedzieć: „Nie udało mi się”. I ja wtedy jestem z nim, pocieszam go, bo partnerstwo nie polega tylko na tym, żeby świętować wzajemne sukcesy, ale przede wszystkim, aby wspierać się w trudnych chwilach. Strasznie ważna jest intymność naszego związku, nie tylko w sensie erotycznym, ale w takim, że mamy swój, tylko nam znany świat, który pielęgnujemy.

Wszyscy narzekamy na cichego zabójcę relacji – brak czasu. Andrzej Wiśniewski nie przyłącza się do tego chóru. Argumentuje, że gdybyśmy rozumowali tym tokiem, to można by dojść do wniosku, że dobry związek buduje się proporcjonalnie do czasu spędzanego razem. A to zdaniem psychoterapeuty nieprawda. Taki przykład: małżonkowie jadą razem na upragnione wakacje. Mąż siada z wędką, żona coś pichci w kuchni i niby są razem przez dwa tygodnie, a tak naprawdę cały ten czas spędzają osobno.

– Dobry związek naprawdę nie zależy od tego, ile czasu przebywamy razem. Czasami mamy dla siebie kilka chwil, ale są one intensywne. Nie może być jednak tak, że nie widzimy się miesiącami. Każdy z nas ma potrzebę, żeby się pozwierzać, poradzić, poprzytulać. I jak długo brakuje partnera, szybko znajdzie się ktoś, kto nas wysłucha i przytuli, i to z nim zaczniemy tworzyć bliskość. Moim zdaniem długie rozłąki są niebezpieczne. Każda para powinna jednak sama określać swoje potrzeby w kwestii wspólnego czasu. Jeśli przedstawić obrazowo czas partnerów jako dwa kółka zachodzące na siebie, to niektórzy uważają, że część wspólna powinna się pokrywać, a inni – że może być niewielka. Ważne, żeby w ogóle była.

Uczmy się przystosowywać

Psychoterapeuci powtarzają: o związek trzeba dbać. Bo to nie jest tak, że jak się zakochaliśmy, to ten stan będzie trwał i trwał. Otóż nie – każda relacja wymaga nieustannej pracy, która polega na wczuwaniu się w to, co przeżywa partner, uwzględnianiu jego uczuć, docenianiu jego starań, nieoskarżaniu go o wszystko, przyznawaniu się do błędów, mówieniu: „dziękuję”, „przepraszam”. Czyli na tym, żeby widzieć belkę w swoim oku, a nie tylko dostrzegać źdźbło w oku partnera. Tymczasem ludzie zapominają o tym, żeby sobie powiedzieć: „Cieszę się, że to zrobiłaś, podoba mi się twój pomysł, fajnie wyglądasz”. Dbanie o relację, takie codzienne, nie od święta, to klucz do długotrwałej relacji. Nigdy nie można związku raz na zawsze przekreślić.

Andrzej Wiśniewski: – Znam z gabinetu psychoterapeutycznego wiele takich małżeństw, które wydają się skończone, a jednak odżywają i nabierają nowego znaczenia. W całej swojej praktyce tylko dwa razy odmówiłem pomocy, bo nie chciałem brać udziału w próbie demolowania partnera, która miała się odbywać pod płaszczykiem psychoterapii. Ale do dzisiaj mam wątpliwości, czy moja decyzja była słuszna. Zawsze istnieje szansa na uratowanie związku. Żeby być w relacji, trzeba dopuścić, że może się ona skończyć. Ale żeby się nie skończyła, trzeba nad nią pracować.

Gdzie tkwi zatem sekret długotrwałych, dobrych związków? Oto co powiedzieli mi jakiś czas temu Joanna i Jan Kulmowie, którzy przeżyli razem 61 lat (Joanna Kulmowa zmarła w 2018, a Jan Kulma w 2019 roku, red):

Jan, reżyser, muzyk, filozof: – Cóż to jest miłość? Można, oczywiście, cytować świętego Pawła. Ale ja uważam, że za dużo znaczeń ma to słowo, więc go nie używajmy! Uczmy się do siebie przystosowywać. Tłumaczę młodym ludziom: „Nie możecie się tylko pożądać, bo to wam przejdzie za jakiś czas. Gdy natomiast będziecie się uczyli myśleć o tym, co druga osoba myśli, lubić to, co ona lubi, to znajdziecie wspólny język”.

Kiedy młodzi pytają: „A co z seksem?”, odpowiada: – Seks jest ważny, bo skleja związek, czyni go trwałym. Ale jak ludzie od seksu zaczynają i myślą, że na seksie skończą, to się grubo mylą. Joanna, pisarka, poetka, tłumaczka: – Ja też mówię młodym: „Nie zaczynajcie od gimnastyki”. Bo oni myślą, że z tego bierze się miłość. Nas strasznie denerwują te idiotyczne filmy, gdzie po półgodzinie znajomości dziewczyna z chłopakiem kładą się do łóżka. Poczekajcie, dzieci. Ja myślę, że miała sens niepisana umowa, jaka dawniej obowiązywała: mężczyzna zdobywa kobietę, a ona udaje, że jej na tym nie zależy.

Jan: – Bo gdy za szybko coś się zdobywa, to się tego nie docenia. Aldous Huxley napisał takie piękne opowiadanie, w którym odpowiedział na pytanie, co to jest miłość. Otóż według niego miłość to umiejętność stawiania sobie kolejnych przeszkód. Im dłuższy jest ten bieg z przeszkodami, tym większa satysfakcja, że się je pokonało.

Joanna: – Jest jeszcze coś, co znikło: staranie się, żeby nie robić drugiemu człowiekowi przykrości. Małżonkowie nie mogą robić sobie przykrości. Większych, bo małe, owszem, mogą. Janek na przykład do dzisiaj ogląda się za damskimi nogami, co mnie boli.

Jan: – Bo ja bardzo lubię kobiety, lubię na nie patrzeć. Jo [tak pieszczotliwie zwraca się do Joanny], tyle kobiet lubię, a jednak jestem z tobą. No to pomyśl, jaką ty masz wartość. Małżeństwo to loteria i rzadko się na niej wygrywa. Ja wygrałem.