1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak dbać o seks w związku mając małe dzieci?

Jak dbać o seks w związku mając małe dzieci?

fot.123rf
fot.123rf
Wraz z narodzinami dziecka wszystko się zmienia. Niemowlę skupia uwagę rodziców i zajmuje większość ich czasu. Jak między pieluchami i podgrzewaczem do butelek zadbać o intymność w związku, nie nastawiając się, że musi być od razu taka jak w „50 twarzach Greya”, radzi psychoterapeuta Michał Pozdał.

Slow life, slow food, slow sex...  Fajnie jest być slow. Ale przy małych dzieciach i dużym kredycie na mieszkanie może to być mało realne. Jak w takiej sytuacji znaleźć czas i ochotę na to, żeby się kochać? Bo przecież chcemy doświadczać bliskości i przeżywać rozkosz.

Nowa definicja seksu

Na początek warto obalić kilka mitów, i to w jednym zdaniu. Seks to nie tlen i jego krótki niedobór nie zagraża życiu, slow nie zawsze jest priorytetem, a spontaniczność bywa przereklamowana. Zacznijmy jednak od początku.

Przez kilka miesięcy po narodzinach dziecka natężenie seksu w  związku maleje, zwłaszcza że w okresie połogu, czyli przez sześć–osiem tygodni po rozwiązaniu, kobiety po prostu nie mogą współżyć z powodu ran i szwów okołoporodowych. Do względów fizjologicznych dochodzi przemęczenie, niewyspanie i koncentracja na noworodku. Po porodzie zmienia się też gospodarka hormonalna kobiety – wysoki poziom prolaktyny obniża libido, a niskie stężenie estrogenów utrudnia osiągnięcie orgazmu. Mięśnie pochwy również tracą swoją elastyczność, która z czasem jednak wraca do punktu sprzed porodu. O dawną intymność można się więc starać dopiero kilka miesięcy później, ale nadal możemy nie mieć na to ochoty. I trzeba sobie no to pozwolić. Zmęczeni, niezadbani nie czujemy się seksualni. Marzymy przede wszystkim o chwili dla siebie.

Idea spowolnienia jest wspaniała, ale dla par z małymi dziećmi to czysta iluzja. Opieka nad noworodkiem wymaga tyle czasu i uwagi, że jest wręcz przeciwieństwem trybu slow. Przy dwójce dzieci trzeba być bardzo fast we wszystkim, co robimy, również w seksie. Zresztą sam seks nie musi być spontaniczny i raczej już nie może.

Bo jak poddać się pożądaniu przy płaczącym osesku albo trzylatku, który biega po domu, mimo że północ już dawno minęła? Gdy w końcu i my kładziemy się do łóżka, od razu zasypiamy.

Dlatego najważniejsze to zastanowić się, kiedy ewentualnie znaleźlibyśmy czas na seks, a potem przemyśleć, jaki ten seks mógłby być. Repertuar zachowań seksualnych sprzed narodzin dziecka zestarzał się, teraz trzeba stworzyć nowy i uwzględnić w nim, że nie mamy już czasu na długie pieszczoty, eksperymenty z pozycjami i szczytowanie kilka razy w ciągu jednej nocy. Ale może wygospodarujemy wieczorem kilka minut na szybki numerek, gdy dziecko uśnie i już włączymy pranie?

Intymność bez planu

Pogódźmy się z tym, że przez dłuższy czas seks młodych rodziców może być szybki i służyć bardziej zaspokojeniu żądzy niż potrzeby bliskości. Wszyscy odczuwamy napięcie seksualne, nie bójmy się zatem być obiektem pożądania dla swojego partnera czy partnerki. Możemy nawzajem pomóc sobie w masturbacji i  w osiągnięciu orgazmu. Nie ma co się zamykać w przekonaniu, że to nie tak powinno wyglądać, że nie wypada, że seks musi być romantyczny, pomysłowy... Gdy są dzieci, trzeba szukać czasu i przestrzeni dla siebie.

Młodzi rodzice mają szansę zaplanować seks tylko wtedy, gdy przez 2–3 godziny ktoś zajmie się ich dzieckiem. I fajnie, gdy para może to zaplanować. Jeżeli nie mamy opiekunki do dziecka i dziadkowie odwiedzają nas czasem na dwie godziny, możemy powiedzieć, że wybieramy się na zakupy i zamiast do sklepu pojechać zabawić się razem. Albo skorzystajmy z odwiedzin u rodziny w innym mieście i wynajmijmy pokój hotelowy na 2–3 godziny. To nowa sytuacja, która wymaga nowych metod, więc bądźmy kreatywni i  przede wszystkim rozmawiajmy o tym, jakie mamy szanse na intymność. Warto uświadomić sobie, że przez dłuższy czas jedyną okazją do pieszczot może być wieczorny prysznic we dwoje. Dobrze korzystać z takich chwil, nawet jeśli bliskość skończy się na wzajemnym wypeelingowaniu pleców, ponieważ nie mamy siły na coś więcej albo dziecko właśnie się obudziło. Dotykiem wyrazimy informację o wzajemnym pożądaniu i uzyskamy odrobinę intymności.

Czasem wystarczy położyć się do łóżka nago i przytulić do siebie. Zaczną wydzielać się endorfiny i oksytocyna, i nasze organizmy połączą się chemicznie. Nierzadko takie przytulanie pobudza na tyle, że nawet bardzo zmęczone pary zaczynają się kochać. Dobrym pomysłem są także inne kontakty cielesne, niekoniecznie czysto seksualne, takie jak pocałunki, pieszczoty, masaż – wszystkie zachowania, które pozwolą na zbliżenie i bycie razem.

Pytajmy też siebie nawzajem, jak się czujemy – nie jako matka czy ojciec, ale indywidualna osoba. Przez kilka chwil rozmawiajmy o wszystkim poza dzieckiem, co jest szczególnie trudne w pierwszych miesiącach życia malucha, gdy jesteśmy na nim całkowicie skoncentrowani. Ten naturalny stan po pewnym czasie się osłabia i dobrze wtedy przekierować część uwagi na siebie nawzajem. Spędzajmy wspólnie czas na dorosłych rozrywkach – to ma sens, nawet jeśli po 30 minutach jedno z nas zasypia.

Różne potrzeby

Dla mężczyzny czas ciąży i połogu partnerki jest trudny. Zagrożona ciąża albo silne dolegliwości kobiety praktycznie wykluczają seks, a jednocześnie większość kobiet oczekujących dziecka ma zwiększoną potrzebę bliskości. Ona chce się przytulić, on – pobudzony – zaczyna ją pieścić. Ona potrzebuje czułości, on odczuwa napięcie seksualne. To naturalna różnica, o której warto rozmawiać. Kobieta, która zrozumie potrzeby mężczyzny, łatwiej zaakceptuje jego prośby i zachowanie.

Więź matki z dzieckiem jest bardzo silna, więc to mężczyzna powinien w pewnym momencie pomóc jej nabrać dystansu. Gdy minie kilka miesięcy od porodu, rany się zagoją, hormony uspokoją, dziecko przesypia kilka godzin, a para nadal nie współżyje, partner powinien nazwać problem po imieniu: „Odsunęliśmy się od siebie. Brakuje mi seksu i bliskości”.  Abstynencja może wynikać z  zupełnie zwyczajnych przyczyn, które łatwo zmienić. Jeśli kobieta czuje się nieatrakcyjna, pomogą jej zapewnienia partnera, że mu się podoba i jej pragnie. Gdy jest niewyspana, przede wszystkim musi wypocząć. Jeśli mężczyzna sam zajmie się dzieckiem i umożliwi partnerce spokojny sen przez kilka godzin, szybciej poczuje ona ochotę na seks.

Dbanie o bliskość to wspólna sprawa. Zastanówmy się, co dzieje się z naszą intymnością i co można zmienić.  Wiele par boi się, że seksu już nigdy nie będzie albo związek się rozpada. A często wystarczy razem pomyśleć o rozwiązaniach.

Michał Pozdał: psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Prowadzi terapię indywidualną oraz par.

Zobacz Trening seksualny – 2 ćwiczenia

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Wizyta u seksuologa - kiedy zwrócić się po pomoc?

Do seksuologa warto zapisać się wtedy, kiedy mamy poczucie, że we własnym zakresie zrobiliśmy już wszystko, aby rozwikłać dręczący nas problem. (Fot. iStock)
Do seksuologa warto zapisać się wtedy, kiedy mamy poczucie, że we własnym zakresie zrobiliśmy już wszystko, aby rozwikłać dręczący nas problem. (Fot. iStock)
Na początku możesz czuć się niezręcznie. Wprawdzie przedmiot rozmów bywa wstydliwy, ale ich efekt może odmienić twoje życie. Nie tylko seksualne. O tym, że nie warto bać się „lekarza od seksu”, mówi psychoseksuolog Bianca-Beata Kotoro.

Kiedy warto zwrócić się o pomoc do seksuologa?
Daleka jestem od tego, by radzić komukolwiek, by szedł do specjalisty natychmiast, kiedy stwierdzi, że dzieje się coś niepokojącego w obrębie jego seksualności. Ale kiedy mamy poczucie, że we własnym zakresie zrobiłyśmy już wszystko, aby rozwikłać dręczący nas problem: porozmawiałyśmy z partnerem, skorzystałyśmy z fachowej literatury, a jednak nie pomogło, to zamiast odcinać się od problemu czy przenosić frustrację na inne obszary życia – warto skorzystać z pomocy fachowca.

Do jakiego specjalisty najlepiej się wybrać?
Jeśli mamy problem związany z fizjologicznym wymiarem seksu, najlepiej udać się do lekarza seksuologa. Zbada nas i ewentualnie przepisze leki. Jeżeli natomiast potrzebujemy pomocy terapeutycznej, możemy wybrać się do seksuologa klinicznego, psychoseksuologa, terapeuty lub coacha seksuologicznego oraz edukatora seksualnego. Wszyscy oni są przygotowani do edukacji seksualnej, ale do prowadzenia terapii potrzebują dodatkowej specjalizacji. Nie stosują leczenia farmakologicznego, ale muszą być też uwrażliwieni na kwestie fizjologiczne.

Przeciętna osoba nie rozróżnia tych wszystkich niuansów…
Tak, to prawda. Pacjenci są bardzo zdziwieni, kiedy dzwonią z prośbą o umówienie wizyty i słyszą pytanie: „Czy potrzebuje pan/pani konsultacji lekarza, czy chce się zapisać do terapeuty?”. Często pacjent sam tego nie wie, więc umawiamy go wtedy na konsultację-wywiad.

Czego możemy się spodziewać u seksuologa?
Na początku pacjent zostanie zapytany, z jakim problemem przyszedł, jak długo dany problem trwa i jak sobie z nim radził do tej pory. Pojawi się też pytanie o podejście do spraw intymnych oraz o to, jakie wyobrażenie na ich temat wyniosła z domu rodzinnego. Czy miała w nim miejsce szeroko pojęta edukacja seksualna? A jeśli tak, to jaka? Czy adekwatna do wieku? Czy oparta o aktualną wiedzę medyczną, czy ideologię? Dzięki temu terapeuta może ocenić, czy problem nie zaczął się już dawno temu. Padną też pytania o kwestie medyczne, a także o to, co się dzieje w obecnym życiu pacjenta pod kątem stresu, satysfakcji z pracy, relacji z otoczeniem… Informacje te pokazują, jaką ktoś ma aktywność psychiczną i fizyczną. Pozwalają poznać pacjenta, jego nastawienie do innych ludzi, do problemów, do siebie, jego sposoby radzenia sobie i reagowania. Dzięki temu można podjąć decyzję dotyczącą konieczności i rodzaju terapii.

Czy jeśli partner ma jakiś problem seksuologiczny, ale kategorycznie odmawia pójścia do specjalisty, jest sens wybierać się bez niego?
Oczywiście, warto wtedy przyjść na konsultację. Często osoba mająca problem słyszy od partnera nieprzyjemny i oceniający komunikat: „Coś jest z tobą nie w porządku! Musisz się leczyć! To, że nam się nie układa, to twoja wina!”. Nic dziwnego, że stawia wtedy opór. Zdarza się, że kobiety przychodzą do seksuologa i mówią: „Przyszłam sama, bo on nie chce”. Można poradzić im wtedy, żeby powiedziały partnerowi: „Proszę, chodź ze mną, żeby mi było łatwiej uporać się z tym, co dla mnie jest problemem”. Takie postawienie sprawy na ogół pomaga i partner godzi się na wizytę. Jedna z naczelnych zasad terapii dotyczy tego, że musi ona być podjęta dobrowolnie, inaczej nie zadziała. Mówimy tu o partnerach, ale trzeba dodać, że kobiety też odczuwają opór przed wizytą.

Chyba nawet przed sobą ciężko się przyznać do problemów w obrębie tej sfery?
Może zabrzmi to jak paradoks, ale łatwiej nam przyznać się do problemów w zakresie seksualności niż w innych obszarach życia. Jako psychoseksuolog obserwuję, że pacjenci, a w szczególności mężczyźni, nie mają problemów, żeby powiedzieć, co sprawia im techniczne kłopoty – ale oczekują skutecznej, szybkiej pomocy, po prostu recepty, do zastosowania od zaraz. Trudniej przychodzi im analizowanie swoich stanów emocjonalnych, zwłaszcza związanych z przygnębieniem, frustracją czy stresem.

Wizyta u seksuologa wiąże się z pokonaniem bariery wstydu. Czy płeć ma znaczenie przy wyborze specjalisty? Może lepiej, żeby kobieta wybrała się do kobiety, a mężczyzna do mężczyzny?
Każdy z nas ma inne bariery związane ze skrępowaniem czy wstydem. Z założenia płeć ginekologa czy seksuologa powinna być obojętna. Nie idziemy do kobiety czy mężczyzny, ale do osoby kompetentnej w danej dziedzinie. Jeśli jednak mamy silne uprzedzenia w tym względzie, nie ma co ich zwalczać. Trzeba iść tam, gdzie najmniej czujemy się spięci. Im bardziej będziemy w zgodzie ze sobą, tym większe szanse na powodzenie terapii.

Jak długo trwa zazwyczaj taka terapia?
Czasami to jedno czy dwa spotkania, bo okazuje się, że wystarczyło się „odczarować” z jakichś przekonań, dalekich od realnego życia. Przykładem może być wyobrażenie wielu kobiet dotyczące tego, że mężczyzna codziennie potrzebuje seksu, inaczej zdradza. Nie jest to prawda, a na dodatek wielu mężczyzn cierpi, bo przypisuje im się takie wymagania, którym bezskutecznie próbują sprostać. Długość terapii zależy też od tego, w jakim nurcie i jakimi sposobami pracuje dany terapeuta. Przy głębszych problemach związanych z intymnością, fizyczną bliskością na tle nadużyć seksualnych trzeba się liczyć z tym, że może potrwać dłużej. Znaczącą rolę odgrywają tu też możliwości finansowe pacjenta, wizyty kosztują przeciętnie od 130 do 250 zł.

Jak przebiega badanie seksuologiczne?
Zacznę od seksuologów zajmujących się terapią – absolutnie nie mają prawa dotykać pacjenta! Ani prosić go o rozebranie się czy pokazanie ciała, narządów. Nawet jeśli ma miejsce instrukcja czy szkolenie pod kątem technik seksualnych, zawsze odbywa się ono na fantomach, modelach, ilustracjach. W przypadku lekarzy seksuologów sprawa wygląda inaczej, ponieważ są oni uprawnieni do badania ciała, dotykania go i oglądania. Ale zawsze powinni poinformować, co zamierzają zrobić i jak przebiega badanie. I pamiętajmy, wybierając seksuologa – dobrze jest skorzystać z porad takiego, który poddaje się ciągłej superwizji. Co oznacza, że spotyka się z certyfikowanym superwizorem, aby omówić swoją pracę z pacjentami. To da nam gwarancję, że dany specjalista dba o jak najwyższy standard pracy, a jego umiejętności oprócz szkoleń, sympozjów, konferencji są pod nadzorem.

Bianca-Beata Kotoro psycholog, psychoseksuolog, terapeuta, psychoonkolog.

  1. Psychologia

Jakie czułości lubią mężczyźni? Jak okazywać uczucia swojemu partnerowi?

Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak być czułą dla mężczyzny? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom, co może przełożyć się później na ograniczone okazywanie uczuć przez mężczyzn. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak okazywać uczucia mężczyźnie? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

„Wrócił. Nic nie powiedział./ Było jednak jasne, że spotkała go przykrość./ Położył się w ubraniu./ Schował głowę pod kocem./ Podkurczył kolana./ Ma około czterdziestki, ale nie w tej chwili./ Jest – ale tylko tyle ile w brzuchu matki,/ za siedmioma skórami, w obronnej ciemności./ Jutro wygłosi odczyt o homeostazie/ w kosmonautyce metagalaktycznej./  Na razie zwinął się, zasnął” – tak czule pisze o swoim mężczyźnie Wisława Szymborska.
To jest czułość! Wiedzieć, co jest dla niego ważne, i to uszanować. I jeśli on pokaże swoim zachowaniem czy powie: „Teraz nie chcę rozmawiać, chcę pomyśleć”, to zamknąć buzię i iść poczytać. Nie męczyć: „Coś się stało! Ale co?! Tak chciałabym wszystko o nim wiedzieć”. Nie spieszmy się z wiedzeniem wszystkiego. Te, które najbardziej tego chcą, tak naprawdę chcą wiedzieć tylko tyle, żeby móc się wtrącać. A to wielka różnica wiedzieć po to, by uszanować, i po to, by kontrolować. Wtrącać się chcą mamuśki, takie kobiety wypytują: „A co się stało? A co on ci powiedział? A ty co mówiłeś? A kto przyszedł? A kto wyszedł?”. Jak mężczyzna odpowie, to wcale jej nie zaciekawi: „Aaaa... to nudne”, machnie ręką. On się odsłania, a ona go: buch! Ocenia...

Mężczyzna przyjaciółki stracił bliską osobę. Jego kobieta nie wiedziała, jak mu pomóc, jak okazać czułość mężczyźnie w tak trudnej dla niego sytuacji, nie zrobiła więc nic. A on położył głowę na jej kolanach i tak siedzieli godzinę. W ciszy...
Ha! Dostał się wprost do kobiecej świątyni czułości, bo ona zrobiła właśnie to, czego on potrzebował. Poszła za nim, nie narzuciła mu niczego. Żadnych słów, żadnych zbędnych gestów, żadnych pytań. Nic babskiego. Żadnego szukania na siłę tego, czego jej zdaniem on potrzebuje! Tego kobiecego „ja wiem lepiej”. Nie zamatkowała mu, wypytując, jęcząc, jaka to tragedia. Współczując, czyli kastrując i wiercąc dziurę w brzuchu. Nie próbowała też udawać kumpla: żartować, wyjąć wódkę. Zrobiła to, czego chciał, skoro przyszedł do niej. Nie ciągnęła go też do łóżka, bo „wiadomo, mężczyzna...”. Założę się, że będą razem, bo z taką kobietą każdy mężczyzna chce być.

Najlepiej więc, gdy nie wiemy, jakie czułości lubią mężczyźni. Ale to trudne przyznać, że w sprawie uczuć jesteśmy w kropce.
Nie w kropce, tylko w sednie, bo to „nicnierobienie” to ta czułość, której oni potrzebują. Jeśli kobiecie uda się przekroczyć jej przekonanie, że jest mistrzynią w czytaniu i obdarowywaniu czułością, to da radę. Najlepiej patrzeć i słuchać. Nie myśleć: „Co ja mam zrobić?”. A myślimy, i to jeszcze jak! I wymyślamy, i skupiamy się na tym, co nie ma znaczenia. Na przykład: kobiety myślą, że najważniejszy dla mężczyzny jest wygląd wybranki. Owszem, ale ma być w nim coś ciepłego: miły wyraz twarzy, uśmiech i brak zaczepności. Zaczepność krotochwilna, tak. Ale bez przepychania, siłowania, agresji, bo wtedy mężczyzna się przestawia na tryb rywalizacji. Może się pobawić w wojnę z kobietą, ale po rozgrywce pójdzie poszukać na życie tej, która da mu czułość. To są dwa absolutnie inne typy kobiet. Ta na romans, pokazuje swoje seksualnie walory. A ta na życie – ciepło...

Kokardki, wstążki, kolor różowy. Czy to może być sposób na to, jak okazywać uczucia mężczyźnie?
Nie banalizuj. Co mają do tego kokardki?! Mężczyźni też potrzebują poczucia bezpieczeństwa, zwłaszcza od tej „na stałe”, ona ma być odpoczynkiem wojownika. Wszystko jedno, czy on jest wojownikiem, czy nie bardzo. Mężczyzna lubi tak o sobie myśleć. Kobieta jest niezbędna do poczucia komfortu, spokoju i czułości. Czyli tego, czego od kolegów nie dostanie. Ma być spokojna, życzliwa, akceptująca – to wszystko razem składa się na czułość. Ma go lubić i on ma to czuć. Jak opowie siódmy raz ten sam dowcip, uśmiechnąć się, nie wytykać: „Już mówiłeś...”.

W książce „Jego orgazm później” nowojorski seksuolog Ian Kerner mówi, że mężczyzna wydziela więcej testosteronu, kiedy dotyka go ktoś inny, nic więc nie zastąpi mu intymności dotyku kobiety. One jednak nie poświęcają czasu na dotyk, nie zastanawiają się, jak okazać czułość mężczyźnie, myśląc, że partner chce tylko erekcji. A to dotyk jest niezbędną częścią poczucia jedności. Przez seks nie zbudujemy bliskości z mężczyzną, zbudujemy ją pieszczotami jego sutków, szyi, ust i uszu. Czy to dotyczy też polskiego mężczyzny?
Oczywiście, że tak. Mało tego! Nawet jak ona robi mu fellatio, to nie ma pożerać jego penisa, tylko naprawdę lizać jak loda. Nie ma być zachłanną drapieżnicą, ale kimś, kto okazuje właśnie czułość. W ten sposób przekazuje mężczyźnie pozytywne emocje, takie jak zachwyt, akceptacja i podniecenie nim. To, jak się pieścimy i jak kochamy, pokazuje, co naprawdę do siebie czujemy i kim dla siebie jesteśmy, tak podprogowo, nie słowami. Co więcej, te odczucia decydują o tym, czy on chce z nią zostać, choć nie są werbalizowane w męskim umyśle. Męski umysł w ogóle nie spieszy się do werbalizowania uczuć. Mężczyźni raczej czują i tym czuciem się kierują: „Czy przy tej kobiecie mogę być sobą?”. „Czy to, co robię, ona ocenia, czy akceptuje mnie takim, jakim jestem?”. On odczuwa, czy ona pragnie jego, czy jest głodną samicą, która chce go pożreć, jakby chciała pożreć każdego. Ważne, żeby on nie poczuł, że ona jest niezaspokojona, bo zacznie się obawiać, czy daje jej wystarczająco dużo seksu.

A więc nawet seks oralny ma być czuły, jeśli chcemy, żeby wszystko nie skończyło się na seksie, nawet świetnym?
Absolutnie tak, a seks może był i świetny, i czuły, bo kobieta przez mózg mężczyzny zostanie odczytana jako czuła, jeśli będzie nim zachwycona. Jego człowieczeństwem, owszem. Ale przede wszystkim jego ciałem. Mało tego, ja bym powiedziała, że za rzadko zdarza się kobietom okazywać sympatię właśnie penisom ich mężczyzn. Jakby ciągle nie chciały wiedzieć, że to oni sami. A przecież kiedy kochasz tego mężczyznę, to kochasz go całego, także jego członek.

Ian Kerner pisze: „Spójrz na jego ciało jak na obszerny erogenny krajobraz, który pulsuje światłem pod wpływem ciepła twojego dotyku”. Brzmi pięknie, ale czy to prawda?
Czemu my ich nie pieścimy? Bo myślimy, że oni myślą tylko o seksie... Ale jeśli nawet, to czy mężczyźni są zrobieni z czegoś innego niż my? Czy ciała nie mogą dostarczać im wielu wrażeń? Mogą. I właśnie wracając do sutków i uszu – to są miejsca intymne i erogenne, których moc kobiety znają świetnie. Ich własne sutki i uszy są rozbudzone erotycznie i one czerpią z nich masę rozkoszy. Ale mężczyźni nie są pod tym względem doinwestowani i dlatego wydaje się im, że inna część ciała niż penis nie może dać im rozkoszy. Miałam narzeczonego, który kiedyś wyszeptał: „Ja się nie spodziewałem, że moja klatka piersiowa jest taka czuła”. A ja się tą klatką zachwycałam, że taka szeroka, że taka silna, że taka męska. Całowałam ją więc, głaskałam, miziałam, patrzyłam w zachwycie.

Czyli czuła to znaczy pieszcząca?
Nie tylko. Ale wszyscy chcemy być pieszczeni, głaskani, dotykani. Mamy też ogromne pokłady czułości wobec innych i ich chcemy dotykać, głaskać. I słyszeć, i mówić, że jesteśmy wspaniali, fajni. Ale albo jesteśmy czule wychowywani – bo mieliśmy czułych rodziców, a wtedy bardzo dobrze – albo nie i zanim w dorosłym życiu dogrzebiemy się do pokładów czułości przysypanych nieprzyjemnym dotykiem, jakim częstowali nas rodzice, to trochę czasu minie.

Można przedawkować te pieszczoty? Jak okazać czułość mężczyźnie w nieprzesadny sposób??
Można kotka przepieścić. Ale też na początku bycia razem pary są tak spragnione czułości, że tylko by się miziały. Powiedzmy to sobie: potrzebujemy i chcemy tego oboje, ale możemy przesadzić i potem będziemy chcieli się od siebie odsunąć. I tego nie ma co się bać. To może niepokoić tych, którzy się boją, bo zaznali odrzucenia. Ale jeśli się kimś zachwycamy i strasznie blisko jakiś czas jesteśmy, to potem potrzebujemy dzień, dwa bez miziania. Nie można cały czas jeść truskawek, nawet jak człowiek ma na ich punkcie świra.

Jak nie zgubić seksualności w tej czułości? Skąd wiedzieć, czy to już nie za dużo dla niego?
Zapytać! Tak po prostu: „Czego chcesz?”. Nie masz mieć radaru w głowie, sercu i kroczu! Są dwie formuły na takie pytanie: „Czy to, co ja chcę zrobić, ci pasuje?”. A druga: „Czy ja cię dobrze odczytuję? Powiedz proszę, bo ja nie chcę robić czegoś, czego ty nie chcesz, no bo po co?”. I już wiemy, czy przytulić, czy upiec ciasteczka i postawić na stole. Kobieta czuła jest akceptująca. Jeżeli on lubi chodzić do sklepu, to fajnie. Jak nie, nie ciągnie go. Jak on potrzebuje iść na piłkę, to ona mu powie: „Kochanie, baw się dobrze”. Jeżeli on ma ochotę latać na motolotni, to nie usłyszy:  „Zabijesz się i zostanę sama”, ale: „Jaki ty jesteś dzielny i wspaniały! Może zabierzesz mnie kiedyś ze sobą?”. Nie ma kłamać, że lubi coś, czego nie lubi, bo to się da wyczuć, i na tym bliskości się nie zbuduje. Ale też niedobrze, gdy lekceważy jego zajęcia, bo wtedy może być źle. Miałam w terapii parę, która oddaliła się od siebie, bo on ją zapraszał wiele razy, żeby z nim pojechała w efektowne miejsca. Ona na to: „Eee.... nie”. No, to jeździł sam i w jednym z takich miejsc poznał efektowną damę. Wtedy dopiero do tej jego żony dotarło, że straci cudnego faceta, bo zawsze było tylko to „Eee... nie”. Pojechali wreszcie i się odnaleźli na nowo. To cudna para i rzadka – pan przyszedł pierwszy i teraz jest na nowo zakochany i zachwycony żoną: mądrą, miłą i czułą.

„Miła” to takie dwuznaczne określenie. Czy muszę być miła, żeby być czuła?!
Może to słowo ci się nie podoba, bo kojarzy się jak w piosence „Na zakręcie”: „Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Choć gdybym chciała – bym się urządziła. Już widzę pieska, bieska, stół. Wystarczy, żebym była miła...”. I to można odebrać jako coś udawanego. Ale też z drugiej strony to rodzaj diagnozy mężczyzny. Otóż faceta nie rajcuje głęboka rozmowa, nie potrzebuje zwierzeń, nie potrzebuje afer. Chciałby mieć dobre, spokojne życie. No i jeśli kobieta też chce, to pasują do siebie i do słowa „miło”.

W tym kontekście „miła” brzmi dobrze. Czy taki sposób zachowania może wpłynąć też na okazywanie uczuć przez mężczyzn swoim partnerkom?
„Miła” wcale nie znaczy zawsze miła. Kobietom wydaje się, że miła nigdy nie powie „nie”. Powie. Ale miło. Powie też, czego od niego chce, tyle że nie w formie pretensji, tylko pragnienia. „Będzie mi z tobą dobrze, kiedy...”.  „Lubię, kiedy jesteś...”. „Podobasz mi się, kiedy... ”. Miła i czuła nie mówi: „Źle mi z tobą, kiedy nie dzwonisz!”. Jest spokojna i miła w takim sensie, że ma coś ważnego do roboty i nie siedzi przy oknie i nie gryzie palców, jeśli on się spóźnia, a potem na dzień dobry daje mu burę... Miła nie produkuje lęku, tylko spokój. A spokój jest potrzebny wszystkim – i kobietom, i dzieciom, i pieskom. I mężczyznom. Żeby on miał spokój, żeby sobie przyszedł, a ona była zajęta i nie pędziła do niego, ale się z daleka uśmiechnęła i haftowała dalej. A wtedy on sam podejdzie i pocałuje. Wszystko jest takie przyzwalające z jej strony, wtedy jest czułość... A jak chce być sexy, może włożyć mu do kieszeni karteczkę z napisem: „Czekam wieczorem na ciebie cała gorąca w naszym łóżku”.

Trzeba być liryczną, by być czule sexy?
Liryczną też warto. Ale jeśli oboje lubią ostry seks, to słowa mogą być pikantne. Nie trzeba tabu. Kobieta, która ma ochotę być szaloną kochanką, raczej nie pójdzie ze wstydliwym do łóżka, a jak pójdzie, to musi pomyśleć, czy stać się liryczna czy poszukać innego...

„Nigdy nie kłóć się w łóżku” – radzi Ian Kerner. „Możesz się w nim godzić. Pilnuj, żeby to, co ze świata, nie wchodziło między was przynajmniej tam. Noc ma być czuła”.
Otóż to. Potrzeba czułości i bliskości u mężczyzn jest więc niesamowicie istotna – tak samo jak u kobiet. Partnerzy powinni sobie wzajemnie okazywać miłość i zrozumienie na wiele sposobów, niezależnie od płci. Nie wiesz, jak okazywać uczucia mężczyźnie, wydaje ci się to trudne? Rób to szczerze, ze zrozumieniem jego potrzeb, ale i w taki sposób, aby go ukoić i zapewnić go, że jesteś tu dla niego.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, filozofka i poetka. Autorka i współautorka wielu książek, m.in. "Nie bój się życia", "Królowe życia i król", "W życiu jak w kinie", "Chcę być kochana tak jak chcę".

  1. Seks

Przebudzenie księżniczki... kobieta do seksu musi dojrzeć

Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Kobieta do seksu musi się obudzić. Jak księżniczka w bajce: długo śpi, by kiedyś otworzyć oczy i sięgnąć po ten wspaniały owoc. Ale przebudzenie księżniczki w „ziemskiej” kobiecie wygląda trochę inaczej: tu nie wystarczy jeden pocałunek księcia. Przebudzenie to proces, który zaczyna się w chwili narodzin i trwa przez wiele lat.

Księżniczką jest właściwie każda kobieta, która księżniczką się czuje. Rozpoznać ją można na pierwszy rzut oka – po tym, jak jest ubrana, jak chodzi, mówi, skąd płynie jej głos. Czy powstaje w zaciśniętym gardle, czy płynie z uwolnionej przepony. Poznać ją można też po tym, jak wchodzi w kontakty z mężczyznami i jak na nich reaguje.

– Prawdziwa księżniczka nie stara się robić na mężczyźnie wrażenia, nie szuka w jego wzroku akceptacji, aprobaty, pożądania – mówi Katarzyna Gładkowska, psycholożka, trenerka i terapeutka. – Nie próbuje się prezentować, afiszować ze swą atrakcyjnością. Idzie przez życie pewnym krokiem, Nie musi się w niewolniczy sposób podobać innym, zwłaszcza mężczyznom. To nie jest najważniejszy aspekt jej istnienia. Seksualność jest tylko jej częścią, ale częścią oswojoną. Przebudzona księżniczka zintegrowała seksualność ze swoją osobowością, tożsamością.

I tylko taka kobieta potrafi naprawdę czerpać z seksu to, co w nim cenne: przyjemność, satysfakcję i prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem.

Gdy rodzi się córka…

...przed rodzicami stoi trudne zadanie wychowania jej "na księżniczkę". Zwłaszcza przed ojcem: musi jej pokazać, że akceptuje jej płeć i nie jest rozczarowany brakiem syna, bo to ojciec właśnie buduje podstawy seksualnej tożsamości córki. Ważne, by szukał równowagi. Powinien np. raz iść z nią na zakupy i pozwolić jej wybrać sukienkę (także różową, jeśli chce), a innym razem zabrać małą na mecz (jeśli oboje mają ochotę). Chodzi o to, by dziewczynka czuła się akceptowana taka, jaka jest.

Dla matki trudny i wymagający wielkiej dojrzałości jest czas, kiedy jej kilkulatka wchodzi w okres tzw. kompleksu Elektry (to żeński odpowiednik kompleksu Edypa). Córka zakochuje się wtedy w tatusiu i marzy, że zostanie jego żoną. Czasem w myślach wręcz uśmierca mamę. Ważne, by matka w tym czasie nie odrzucała jej w żaden sposób. By tłumaczyła, na czym w rodzinie polega rola każdej z osób. Mówiła, że tata jest mężem mamy, ale kiedy mała dorośnie, spotka takiego mężczyznę jak tata i on będzie jej partnerem. Warto też, by tata to wzmacniał, mówiąc córce, że jest jego ukochaną księżniczką, w pełni akceptowaną, ale on wybrał na żonę jej mamę. Powinien też wyjaśnić jej, że przyszły mąż nie musi być taki sam jak tata, żeby córka nie utrwaliła sobie wizji „mam szukać tylko według wzoru ojca”.

Dziewczynka staje się kobietą

Księżniczka "otwiera oczy": to czas pierwszej miesiączki. Rodzice powinni świętować to, że dziewczynka staje się kobietą.

– To ważna chwila, może nawet najważniejsza – uważa Gładkowska. – Ojciec, przygotowany przez żonę, powinien pokazać córce, że ten moment niesie ze sobą coś pięknego. Powinien z córką rozmawiać, okazywać jej akceptację. Dzięki temu dziewczyna otworzy się na własną seksualność. Zacznie oswajać to, że jest kobietą, wspaniałą istotą, a nie tylko kimś różnym od mężczyzny. Będzie się uczyć, że płci nie trzeba akcentować. Dzięki temu nie będzie odbierać menstruacji jako czegoś wstydliwego, co trzeba wypierać, ukrywać. Zintegruje płeć i duszę.

Kolejny etap, okres dojrzewania, jest wielkim wyzwaniem dla ojca. Córkę zaczynają interesować chłopcy. Zmienia się jej ciało, rosną piersi, okrągleją biodra. Zaczyna podkreślać swą kobiecość. Burza hormonalna powoduje napięcie, wewnętrzny zamęt.

– Dojrzały ojciec wie, co z tym zrobić: akceptować i kochać dalej – mówi psycholog. – Rozmawia z nią. Daje jej poczucie bezpieczeństwa. Kiedy widzi, że dorastająca dziewczyna za bardzo się negliżuje, delikatnie zwraca jej na to uwagę. Tłumaczy, dlaczego nie powinna odkrywać wszystkiego ze swej rodzącej się kobiecości: by nie była narażona na to, że zostanie przez kogoś użyta. Jego córka wkroczy we wczesną dorosłość bez zrodzonego na tle seksualności poczucia winy.

Niedojrzały ojciec natomiast zaczyna się bać. Jego wyobrażenia, co zrobiłby z tą dziewczyną, gdyby mógł, przekładają się na podejrzenia, co robią z nią inni chłopcy. Czasem staje się wulgarny i opryskliwy.

Matka stara się oddalić moment, kiedy jej nastoletnia córka poczuje się atrakcyjna, pożądana. Robi to z troski, by ją uchronić przed złem tego świata: nadużyciami ze strony chłopców, niechcianą ciążą itp., ale także z lęku przed własną starością i przemijaniem. Dlatego gdy córka osiąga 16–17 lat, powinien nastąpić etap emocjonalnego oddzielania się od matki – inaczej podszyta rywalizacyjnym lękiem postawa może nadszarpnąć samopoczucie i wizerunek dziewczyny.

 

W ramionach księcia

Wzrastająca w pełnym miłości i akceptacji środowisku dziewczyna nie boi się odrzucenia, wchodzi więc w dobre związki z chłopcami. Dobre, czyli spokojne, przyjacielskie relacje oparte na uczuciach. Nie zostanie wykorzystana, bo nie myli pożądania młodego chłopaka ze swoją potrzebą miłości. I decyduje się na utratę dziewictwa mądrze. Inicjacja seksualna to moment, kiedy księżniczka czyni kolejny krok ku przebudzeniu.
– Wiele kobiet traci dziewictwo w nieodpowiednim momencie i z nieodpowiednich pobudek. Silna potrzeba bycia kochaną, moda lub chęć przynależności do pewnych środowisk sprawiają, że dziewictwo tracą dziewczyny, które nie są na to gotowe.
Są jeszcze inne kobiety, które czekają na noc poślubną. I oba przypadki nie są najszczęśliwsze pod względem przeżywania seksualności. Nie chodzi o to, by czekać w nieskończoność, traktując dziewictwo jak jedyną wartość. Kobieta jest nastawiona na to, by być kochaną, akceptowaną, żeby mężczyzna z nią rozmawiał, rozumiał, słuchał. Tracąc dziewictwo z partnerem, który jest czuły, emocjonalnie dojrzewa razem z nią i darzy ją uczuciem, czyni kolejny krok ku integracji swojej seksualności i osobowości, ku pełni. Nieważne, czy później będą razem. Nawet jeśli nie – wszystko zależy od tego, czemu ma służyć inicjacja, czy są między nimi uczucia, czy tylko chęć wykorzystania drugiej osoby.

– "Księżniczkę" ostatecznie budzi partner, z którym się zwiąże – mówi psycholog. – Kiedy ma 20 kilka lat, wchodzi w poważny związek i jeśli ma dużo szczęścia, będzie szczęśliwą kobietą do końca życia. Ale nie będzie to łatwe, bo na temat seksu młode kobiety i ich mężowie mają różne wyobrażenia. Gdy mężczyzna może mieć żonę przez 24 godziny na dobę i czuje się wolny od zakazów, zaczyna eksperymentować. Jest jurny, niecierpliwy i szybko biegnie do celu. A kobieta jest na to zupełnie niegotowa. Potrzebuje, by ją budzić powoli, krok po kroku.

Dochodzi do jednego z poważniejszych życiowych konfliktów między światem kobiet i mężczyzn. Ale "prawdziwa księżniczka" próbuje się dogadać z partnerem. Jeśli on zrozumie, że ona chce być kochana, przytulana, pragnie tego, by ktoś się o nią troszczył, i zadba o te jej potrzeby, kobieta da mu upragniony seks. Emocjonalnie spełniona kobieta uczyni to z radością, ponieważ dla kobiety seks i emocje łączą się ze sobą i nie może ich oddzielić. Jednak większość kobiet w związek czy małżeństwo wnosi zahamowania seksualne, wstyd, poczucie winy i potrzebuje wielkiej delikatności, czułości, cierpliwości i mądrości ze strony partnera, by móc zakończyć proces dojrzewania do seksu.

Już wiem, co TO jest

W wieku lat 35–45 "księżniczka" wreszcie w pełni się budzi: kobieta w tyk okresie na nowo odkrywa seks. Odkrywa, że jest wspaniały. Wreszcie uświadamia sobie, że można to robić nie dlatego, że mąż chce, ale ponieważ sama ma ochotę. Otwiera się na seks i zaczyna go smakować. Ta zmiana to efekt wieloletnich „ćwiczeń” w poznawaniu własnego ciała i sposobach osiągania przyjemności. Ale nie tylko.

– Kluczem do tej zmiany jest nasza dojrzałość – uważa psycholog. – Czujemy się bardziej osadzone w życiu zawodowym, mamy świadomość własnych kompetencji, także poza małżeństwem i seksem. Może już wychowałyśmy dzieci i całkiem nieźle nam to wyszło, więc czujemy się wartościowe, skuteczne i spełnione. Zdajemy sobie sprawę z tego, że ważny jest nie tylko nasz wygląd, ale także nasza osobowość. Widzimy, że mamy wpływ na własne życie. Rodzą się w nas nowe pasje, na które w końcu mamy czas. Zaczynamy szczerze rozmawiać, bo przestajemy się bać. Otwieramy się na przyjaźnie z innymi kobietami, bo już nie traktujemy siebie jak konkurencji, zaczynamy z nimi rozmawiać, przez co tworzymy swoiste grupy wsparcia, dzięki którym wciąż dojrzewamy. Zaczynamy nazywać to, co się z nami dzieje. To wszystko ma wielkie znaczenie, bo na seksualność kobiety wpływa dosłownie każda dziedzina życia.

Kobieta zaczyna też badać swoje ciało. Zdejmuje poczucie winy, w którym dorastała do tej pory, i zaczyna spontanicznie kontaktować się z fizycznością. Ciało w tym wieku się zmienia i odkrywa, że dotyk jest przyjemny. Wiele kobiet wraca wtedy do porzuconej masturbacji lub robi to po raz pierwszy. A mężczyźni są zachwyceni, gdy żona na ich oczach doprowadza się do orgazmu. Życie seksualne osiąga taki poziom, jakiego nie miało nigdy przedtem.

– "Księżniczka" przeszła bardzo długą drogę, by dotrzeć do punktu, w którym może partnerowi powiedzieć „czuję się w pełni dojrzała, mam świadomość własnych możliwości, ale jeszcze potrzebuję dostać coś od ciebie, by być dopełniona. Dzisiaj już wiem, co to jest” – tłumaczy psycholog.

– Naprawdę przebudzona kobieta rozumie, że jeśli czuje się żabą i myśli o sobie jako o żabie, żaden mężczyzna nie przemieni jej w księżniczkę za pomocą pocałunku, nie przemieni jej serca.
Na poziomie ciała doświadcza czegoś zupełnie nowego, ponieważ jej dusza wkroczyła na inny poziom rozwoju.

Może być tak, że kobieta obudzi się w pełni do seksu dopiero po czterdziestce. I, prawdę mówiąc, często tak właśnie jest. Bo prawdziwie przebudzona księżniczka mająca udane życie seksualne to kobieta, która naprawdę zintegrowała trzy najważniejsze płaszczyzny: seksualność, emocje i duchowość.

  1. Seks

Dlaczego mężczyzna oddziela seks od uczuć? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

Po seksie pozbawionym uczuć często pozostaje niesmak. (fot. iStock)
Po seksie pozbawionym uczuć często pozostaje niesmak. (fot. iStock)
Co wpływa na seksualność u mężczyzn? Jak pomóc mężczyźnie, który oddziela seks od uczuć? Co wspólnego ma z tym jego matka? I jakie znaczenie dla przyjemności w łóżku ma wielkość i kształt penisa – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak będziemy mówić: penis, fallus, członek?
Wymieńmy od razu całą gamę: wacek, koń, kutas, ptak, pała, drut, fiut, ch...j. Nazwotwórcza płodność odniesiona do męskich genitaliów przewyższa tę związaną z kobiecym kroczem. Ale też ile nazw, tyle problemów ujawnia się w trakcie psychoterapii psychogennych zaburzeń  potencji i płodności. Pierwsze pojawiają się już w łonie matki. Męski płód bywa zalany taką ilością kobiecych hormonów, że trudno mu stać się mężczyzną. Zwłaszcza gdy matka pochłania kurczaki i inne przemysłowo produkowane mięsa, naszpikowane hormonami. Naukowcy znajdują coraz liczniejsze dowody na to, że nadmiar żeńskich hormonów w środowisku może stanowić powód narastającego zjawiska braku jednego jądra i nieschodzenia jąder do moszny u męskich niemowląt. Wzrasta też u chłopców występowanie stulejki – zwężenia napletka uniemożliwiającego swobodne wysuwanie się żołędzi.

Chłopiec może więc mieć tylko kilka lat i już dwie traumy.
Często dochodzi do tego zawstydzanie wzwodu. Mali chłopcy tak mają, że jak jest im ciepło i bezpiecznie, to miewają wzwód. Zdarza się to męskim niemowlakom w trakcie karmienia piersią. Niestety, wiele niedoświadczonych matek reaguje na to nawet obrzydzeniem. Chłopiec może usłyszeć, że jest „małym świntuszkiem”, że „tak się nie robi”. Warto więc wiedzieć, że wzwód u chłopców przed fazą pokwitania nie ma nic wspólnego z seksem. Najlepiej tego nie zauważać. Uznać za wyraz zadowolenia i błogości. Ale nie koniec na tym. Zawstydzony, niepewny siebie, zagrożony utratą więzi z matką chłopiec może mieć trudności z kontrolą zwieraczy, pojawią się nocne moczenie i poczucie winy. Na domiar złego nierzadko towarzyszy temu odrzucenie przez rówieśników. Kolejny powód do wstydu – chłopiec dojrzewa i pojawiają się nocne polucje. Ten naturalny etap psychofizjologicznego rozwoju jest napiętnowany samą nazwą: zmaza nocna. Jak w tej sytuacji poradzić sobie ze sztywnymi od zaschniętej spermy spodniami od piżamy i prześcieradłem?

No i kolejny wstyd?!
Dlaczego akurat matka ma się pierwsza dowiedzieć o tym, że jej mały misio mógłby już zostać ojcem? Od reakcji matki i ojca wiele zależy w życiu przyszłego mężczyzny. Najlepiej byłoby z tego zrobić małą uroczystość inicjacji w męskość. Tym bardziej że nabywanie dojrzałości seksualnej przez chłopca bywa obarczone lękiem przed zmianą  relacji z matką („Przestałem być dla niej dzieckiem”) i byciem wypędzonym ze stada przez zazdrosnego ojca („Stałem się rywalem ojca”). Jeszcze większy lęk i poczucie winy związane z ojcem może powodować opiekuńcza odpowiedź matki na seksualne potrzeby dojrzewającego syna. Wszystko to razem może też zainstalować w psychice negatywny stosunek do własnej seksualności. A wtedy wyparta młodzieńcza seksualność staje się działającym znienacka demonem. Ciśnienie popędowe robi jednak swoje i chłopiec odkrywa autoerotyzm. Najbezpieczniejszy (w naszej kulturze) sposób redukowania seksualnego parcia, graniczący z obsesją.

Ale jakże kochać się z demonem?
Z demonem trzeba walczyć. To więc, co mogłoby być pomocne w asymilowaniu chłopięcej seksualności, czyli autoerotyzm, zamienia się w autoagresywny, samokarzący samogwałt. Gwałci on wtedy samego siebie, traktując wrażliwe – stworzone do miłosnego kontaktu z innymi – części ciała jak wroga. A wewnętrzny konflikt i sprzeczne uczucia nasilają się tylko, bo ów wróg dostarcza mu przyjemności i ulgi. Ten konflikt rozwiązuje jeszcze większym wyparciem: „To nie ja, to on/ona/szatan to ze mną robi wbrew mej woli”. W ten sposób hoduje demona, z którym podejmuje walkę. Tymczasem grzech/zło i cierpienie rodzą się tam, gdzie nie dociera promień uświadomienia, że żyjemy w sidłach samopotwierdzającej się przepowiedni zła. Ot, i cudowna seksualność zostaje odrzucona jako coś brudnego, nad czym nie ma kontroli. W ciele i psychice utrwala się konflikt: genitalia sobie, serce sobie.

Niektórzy artyści, tacy jak np. Andrzej Wróblewski, malują ludzi pokawałkowanych traumą. I chłopak, o którym mówimy, też jest nią pocięty – tu seksualność, a tu serce – nim pozna kobietę. Zgaduję, że pierwszy raz będzie trudny?
Bo jak ma kontaktować się z drugą płcią sprawnie seksualnie i w sposób ludzki? Tym bardziej że chłopak zaczyna przeżywać zadziwiające dla niego samego stany. Na widok – a nawet samo wyobrażenie – atrakcyjnej dziewczyny miotają nim gwałtowne fizjologiczne reakcje: ma wzwód, wali mu serce, miękną nogi, a czasami dochodzi do spontanicznego wytrysku. Doświadcza jednocześnie upokorzenia utraty kontroli nad sobą i paraliżującego zachwytu. Nie mając żadnej wiedzy ani wsparcia dorosłych, osamotniony i upokorzony ogromnym kosztem, stara się wyprzeć ze świadomości cały ten bałagan. Często zamienia go w agresję i pogardę wobec istot, które wzbudzają w nim tak trudne stany.

Ale bywa też, że próbuje seksu.
Nie ma innego wyjścia, ale robi to w stanie wewnętrznego konfliktu i często odurzając świadomość alkoholem albo dopalaczami, marnuje niepowtarzalną okazję przeżycia świadomej, podłączonej do serca inicjacji. Dlatego inicjacja bywa najczęściej szalona, chaotyczna, byle jaka – pozostawia niedosyt i niesmak. Tu znowu pojawia się samospełniająca się przepowiednia: „Skoro tak kiepsko się czuję, to z pewnością zrobiłem coś złego”. Dlatego tak często inicjacja seksualna jest dla obu stron porażką. Na ogół większą dla chłopców i mężczyzn niż dla dziewcząt. Bo skonfliktowana męska seksualność i związane z nią trzymanie rąk z dala od własnych genitaliów konserwuje ogromną nadwrażliwość całego układu. Wtedy wystarczy jeden dotyk dziewczęcej dłoni, by spowodować ejakulację.

Pojawia się ona często również u mężczyzny, gdy ten chce szybko zakończyć sytuację powodującą podświadome wyrzuty sumienia: „Skoro już robię coś złego/nieczystego, to niech to trwa jak najkrócej”. No i znów wstyd i upokorzenie, zwłaszcza gdy rozczarowana partnerka wykpi, pogardzi.

Oglądanie pornografii i autoseks nie pomagają?
Nie. Nie pomagają przygotować się do inicjacji, bo nasilają kompleksy i tworzą fałszywe wyobrażenie seksualnej relacji. Jak się ma czuć chłopiec ze swoim niezaprawionym w miłosnych bojach, przewrażliwionym siusiakiem, oglądając niesłychane egzemplarze męskiego przyrodzenia i ich niewyczerpaną wytrwałość? A w dodatku seksualna akcja owych zawodowców trwa kilkadziesiąt minut. Jak sprostać takim wzorcom?! Lecz najbardziej szkodliwym elementem pornograficznej edukacji jest wyzucie seksu z kontekstu emocjonalnej więzi pomiędzy partnerami. To dehumanizujący, degradujący wzorzec, który młodzież z braku innych uznaje za słuszny. Z drugiej strony – dla dorosłych, acz niedojrzałych mężczyzn pornografia staje się łatwą ucieczką od ryzyka i trudu, jakie niesie realna relacja z kobietą.

Zapytam: co złego w seksie dla seksu? Musi być miłość?
No dobrze, nie ustawiajmy poprzeczki tak wysoko. Ale nie uciekajmy też od prawdy, że seks w dojrzałej relacji miłosnej ma najwyższą jakość i głębię. A po seksie całkowicie pozbawionym uczuć i więzi pozostaje kac, niesmak, poczucie samotności i straty. To nasze serce – nadużyte, pozbawione głosu i prawa decyzji w sprawie tak ważnej jak seksualna bliskość – nie daje nam spokoju.

Do niedawna kobiety ograniczały wyniesioną z czasów uganiania się po dżunglach i sawannach męską skłonność do rozsiewania nasienia gdzie się da. Stały na straży wejścia do świątyni Afrodyty, w której serca, ciała i dusze partnerów w seksualnym akcie łączyły się w jedność. Żaden mężczyzna nie mógł tam wkroczyć z zamkniętym sercem i nieobecnym duchem. Chyba że prosił o ratunek gotów za to zapłacić. Ale dziś już kobiety same są skłonne rozsiewać swoje jajeczka, wysyłać je do ich banków.

Dzwoni do mnie 26-letni znajomy i mówi, że pierwszy raz w życiu nie miał wzwodu, bo się zakochał.
Powodem bywa nieświadomy lęk przed zaangażowaniem serca w relację seksualną z kobietą. To objaw psychicznego rozszczepienia. Powtórzmy: by móc podłączyć genitalia do serca, trzeba najpierw mieć te genitalia uświadomione i zasymilowane, uznać je za pełnowartościową część siebie. Wielu mężczyzn zmaga się z tym latami. Dlatego realizują swoją seksualność na seksportalach lub w seksklubach, będąc jednocześnie w białych miłosnych związkach, w których kiedyś poczęli dzieci, a potem zaprzestali aktywności seksualnej. Ich pojmowanie miłości jest takie, że tam, gdzie są dobre uczucia, nie może być seksu. Ale może być też więcej ukrytych powodów takiego stanu rzeczy. Np. kompleks Edypa nakazujący wierność mamie. Narcyzm nakazuje ciągłe potwierdzanie się w nowych, niezobowiązujących związkach. A przeniesiona z relacji z mamą bierna agresja kierowana jest na kobietę, która pokocha. Umysł, serce i seks to skomplikowana, wielowymiarowa rzeczywistość.

W jaki sposób kompleks Edypa powoduje rozszczepienia?
Chłopcy miewają fazy erotycznego zainteresowania matką: w wieku czterech, pięciu lat i pokwitania. Mama chłopca powinna łagodnie, ale stanowczo wyznaczać granice uwodzicielskim zachowaniom synka: nie cieszyć się jego adoracją ani jej nie prowokować. Nawet gdy synek jest malutki, nie całować go w usta, nie pozwalać całować się w usta, w szyję, a nawet we włosy. Nie mówiąc już o innych strefach erogennych. Dawać synkowi do zrozumienia, że są to obszary jej ciała zastrzeżone dla partnera. Inaczej synek sam będzie musiał stawić czoła tabu kazirodztwa i może podjąć nieświadomą decyzję: tam, gdzie miłość, nie ma miejsca na seks.

Ma teraz 40 lat, mama nie stawiała granic, co ma zrobić?
Podjąć terapię i sięgnąć do wczesnych relacji z mamą, przypomnieć sobie uczucia, jakie wówczas przeżywał, co wtedy nie mogło zostać uświadomione, bo było zbyt groźne. Czyli uświadomić i wybaczyć sobie dziecięce pragnienia i fantazje seksualne związane z matką. Zrozumieć, że to było jego naturalne prawo, że nie ma w tym żadnej jego winy. Zdać sobie sprawę, że to po stronie matki – a także ojca – leżała odpowiedzialność za to, by nie stwarzać sytuacji, która obiecywałaby jakiekolwiek spełnienie.

Nie karać i nie upokarzać. W końcu powinien pojąć, że to matka jako osoba dorosła zawiodła jego zaufanie i to ona zasługuje na jego gniew, a nie partnerka.

Ale jak się gniewać na matkę?
Żeby podłączyć genitalia do serca, trzeba umieć odbrązowić matkę i wyzłościć się na nią. Dopiero wtedy serce przestanie być zarezerwowane dla mamy i bezcielesnej miłości partnerki, a genitalia – dla pokątnie uprawianego grzesznego seksu.

Znakiem naszych czasów stał się oral, wielkie wejście fallusa w popkulturę odbywa się przez usta. Dlaczego?
Oralność uważa się za nie w pełni dojrzałą formę seksualności. Ta dojrzała zakłada zdolności i potrzeby rozrodcze i dążenie do penetracji. A ponieważ seksualność w naszej popkulturze stała się towarem, który ma dostarczać łatwej i szybkiej przyjemności, więc oralny seks pasuje jak ulał. Popularność seksu oralnego wiąże się z promocją hedonizmu, seksu konsumpcyjnego, łatwego i dostępnego – stąd zwrot „robić loda”. Ale seks oralny ma też dodatkowe, niebagatelne zalety dla mężczyzn. Zwalnia ich z odpowiedzialności za  doprowadzanie kobiety do orgazmu. To mężczyzna może poczuć się zaopiekowany i zadbany. Może oralne pieszczoty uznać za niby-seks, więc jeśli nawet mu się przydarzy gdzieś na boku, to nie podpada pod kategorię zdrady. Oczywiście, w seksie oralnym nie ma nic złego. Nawet wzmacnia więź, wzajemną cielesną akceptację. Pod warunkiem że gwarantuje wzajemność. Ale żal ograniczać seksualność wyłącznie do tego wymiaru.

Czy kształt członka mówi o psyche właściciela? Jak mężczyzna ma małego, to musi się postarać, by zaimponować kobietom, więc dużo osiąga? A ten z dużym bywa leniwy?
Nie znam wiarygodnej typologii. Dla dzieci jest „Wielka księga siusiaków”, która oswaja z tematem. Znam tylko ludową typologię: „balonik” i „kiełbasa”. Chodzi o to, że są mężczyźni, którzy bez erekcji mają narząd malutki, a w erekcji imponujący. To balonik. Są też takie penisy, które już w stanie spoczynku imponują długością, ale w erekcji na długości im nie przybywa. Pocieszające dla zakompleksionych dane mówią, jaka wielkość pozwala zaspokoić kobietę, i jest ona zaskakująco mała. Większe znaczenie ma obwód.

Mężczyźni myślą, że kobieca pochwa jest nieskończona. Tymczasem zbyt duży fallus bywa powodem bólu, nie ekstazy.
Są mężczyźni – i chyba jest ich więcej – którzy zawsze będą uważać, że mają za małego penisa. Niskie poczucie wartości sprawia, że nic im się w sobie nie podoba i autoagresywnie dewaluują siebie. Penisowi dostaje się najbardziej. Ale jeśli mężczyzna ma dobrą, realistyczną samoocenę, to się zwykle nie czepia rozmiarów genitaliów. Natomiast ciosem w samoocenę męską jest bezpłodność.

Wbrew pozorom więc mężczyzna nosi między nogami ogromny kłopot. W naszej kulturze Bóg i szatan od tysiącleci targują się o jego penisa. Walczy też o niego Kościół z państwem. Targ i konflikt trwa też między matką a żoną, między żoną a kochanką itd.

  1. Seks

Seksualność powinna cię wzmacniać! Do jej odkrywania wcale nie potrzebujesz partnera

Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks to silna energia. Twórcza, żywa, wiecznie młoda. Mimo to większość z nas nie ma do niej dostępu, wciąż jesteśmy pod wpływem kastrujących mitów na jej temat. Czy są aktualne? Czy seksualność to to samo, co seks i co sprawia, że mężczyźni boją się rozbudzonych kobiet – tłumaczy seksuolog dr Alicja Długołęcka.

Temat seksualności nie jest łatwy. Z jednej strony, mamy oczekiwania i parcie na sukces, czyli posiadanie tak zwanego udanego życia seksualnego, które się określa w liczbach odbytych stosunków i osiągniętych orgazmów…
…a z drugiej – rzeczywistość, którą widać m.in. na warsztatach o seksualności i w indywidualnych rozmowach, gdzie okazuje się, że do sukcesu daleko, a jeszcze dalej do prawdziwej satysfakcji w tej dziedzinie.

Ja to widzę w osobistym wymiarze. Symbolicznie chciałabym przeciąć połączenie z interpretacją mitu o stworzeniu świata, do której szerzenia Kościół się przyczynił: kobieta jest winna grzechu, ciało to siedlisko żądz, a seksualność jest złem. Uważałam, że mnie to już nie dotyczy, bo mam inne poglądy. Jednak kilka wydarzeń uświadomiło mi, że emocjonalnie reaguję według starego wzoru.
Często w dzieciństwie dostajemy przekaz, że cielesność i seks to coś wstydliwego, o czym się nie rozmawia, trzeba się z tym chować. Seksualność łączy się wtedy w jedno z lękiem, wstydem, poczuciem winy i silną ambiwalencją. Z tą mieszanką mamy potem prowadzić owo „udane życie”, do którego zachęcają media, dla odmiany epatujące sterylnym i wysnobowanym seksem. W związku z tym sporo dorosłych ludzi się w tym gubi i w efekcie traktuje seks płytko, jak siłownię lub teatr, albo instrumentalnie, bo coś im tam załatwia. Taki seks może oczywiście spełniać ważne funkcje, ale nieseksualne, np. rozładowywać emocjonalne napięcie lub podnosić poczucie własnej wartości.

Jak sprawić, że seksualność stanie się naszym zasobem, a nie czymś, co nas dodatkowo obciąża?
Próbować żyć z tym bardziej świadomie. Zdobyć się na odwagę i porzucić grę pozorów. I skoncentrować się na ciele. Zwykle, kiedy się zabieramy do jakiegoś tematu, zaczynamy od pracy intelektualnej, by to jakoś ogarnąć poznawczo. Zmieniamy postawy, postawy wpływają na emocje, a my liczymy, że nas to jakoś wyprostuje. A tu okazuje się, że to nie wystarcza. O tym pani właśnie mówiła, że myślenie sobie, a ciało sobie – ono reaguje po staremu. Napina się, zamyka i cierpi albo emituje ciepło, miłość i pożądanie w niekontrolowany sposób, tak że nic z tego nie rozumiemy, więc boimy się tego i to odrzucamy. Dlatego na warsztatach z seksualności, które prowadzę, koncentruję się zwykle na czterech obszarach: cielesności, stereotypach kulturowych, duchowości i relacjach. Ciekawe, choć właśnie uwarunkowane kulturowo, że kobiety rozmowy o stereotypach uważają za najmniej interesujące.

Dlaczego?
Bo koncentrują się na relacjach.

Seksualność kojarzy się im niemal wyłącznie z byciem z drugą osobą. Mityczny „on” włada całą tą sferą.
Celowo takie rozmowy ucinam. Bo tak naprawdę pozostałe obszary są istotniejsze, jeśli patrzymy na seksualność jako zasób. Kobiety czują niechęć, może lęk, by rozmawiać o seksualności w kontekście kulturowym, bo musiałyby wówczas się zmierzyć z własnymi ograniczającymi przekonaniami na ten temat. W obszarze duchowym kojarzy im się to z sekciarstwem. Czują przecież, że to jest jakaś siła, której się poddają w sposób nieświadomy, więc pojawia się w nich lęk. Gdy nie ma się kontaktu z własną seksualnością, ta sfera może się wydawać przerażająca.

Bo bywa, że wymyka się nam spod kontroli.
Poza tym jeszcze niedawno nie wolno nam było czuć pożądania. Podział na „święte” i „dziwki” bardzo nam miesza obraz. Więc wygodniej jest myśleć, że możemy być seksualnie otwarte tylko wtedy, kiedy coś nas otworzy, niemal wbrew naszej woli, na przykład: alkohol, wyjazd służbowy albo tajemniczy brunet. Jesteśmy nauczone, że to jest jakaś rzecz od nas samych niezależna. A najlepiej, żeby przyszedł facet – Pigmalion, który nas stworzy od początku. Jeśli coś nie zadziała, można zwalić na niego winę. To bardzo silny wzór, który zwalnia od odpowiedzialności za siebie. Pora w pewnym momencie dojrzeć i tę odpowiedzialność przejąć. Jeśli chcemy oswoić tę energię, musimy ją chcieć poznać.

Nie mamy do tego dostępu?
Nam się wydaje, że mamy. Przecież seks jest w naszym życiu jakoś tam obecny. Ale na warsztatach widać, że nie znamy swoich ciał, nawet anatomicznie, swoich reakcji, sposobów sprawiania sobie przyjemności, osiągania orgazmu, nie mamy pozytywnych nazw na antyczną waginę lub zinfantylizowaną cipkę. To o czym my tu mówimy? Deklaracje jedno, a rzeczywistość drugie. Interesujące jest to, że w miarę upływu lat zaczynamy zauważać fakt, że z tym seksem to chyba chodzi o coś więcej. Bo uprawianie seksu nie musi mieć wiele wspólnego z dostępem do własnej seksualności. Mam na myśli stan seksualnego otwarcia. To się często wcale nie dzieje w relacji. Po prostu otwiera się w nas przestrzeń pożądania, energii, z którą chcemy płynąć. Co ciekawe, takie doświadczenie przytrafia się częściej kobietom dojrzałym, które uwolniły się od swoich Pigmalionów z wyobraźni.

Chodzi o sytuację, kiedy spotykamy mężczyznę i on nagle na nas tak silnie działa, że mamy ochotę się totalnie w tym zatracić?
To nie on działa, tym razem my się świadomie otwieramy na kogoś. Ważne rozróżnienie: to nie jest zakochanie, w którym koncentrujemy się na marzeniach o tej osobie i na wizji przyszłości, tylko głębokie doświadczenie seksualne. Ponieważ, jak mówiłam, nie wolno nam było czuć pożądania, więc nadal mylimy ten stan z zakochaniem.

Przytrafiło mi się takie otwarcie i wszystko we mnie chciało zaklasyfikować je jak coś więcej niż tylko pożądanie.
No właśnie: tylko czy aż? Wciąż deprecjonujemy tę naszą seksualność. Miłość – coś wielkiego, a pożądanie – zwierzęca żądza, marna fizyczność. Szkoda, bo zarówno próby klasyfikowania tego doznania, jak i to, że natychmiast próbujemy jakoś je uciszyć, zaspokoić, sprawiają, że odbieramy sobie szansę na odkrywanie prawdziwej natury tego, co czujemy. Nie mam nic przeciwko zaspokajaniu pożądania. Ale często spieszymy się za bardzo i nie dajemy sobie szansy, by nieco przedłużyć samo odkrywanie. Rozsmakować się, rozgościć w tym, co czujemy: że nam się gotuje w dole brzucha, mamy poruszony obszar serca. Jeżeli nie kombinujemy, co z tym uczuciem zrobić, nie projektujemy go na żadnego „mężczyznę przyszłości” – wtedy mamy dostęp do czystej energii.

Usłyszałam to na warsztacie tantrycznym: żeby uwolnić seksualność, nie potrzeba drugiej osoby, wręcz przeciwnie. Prowadząca opowiedziała, że sama kiedyś świadomie postanowiła żyć w celibacie tak długo, aż poczuje, że już na tyle zna siebie  i umie się opiekować swoją energią seksualną, że może się nią dzielić z mężczyzną. A do tego czasu – zero seksu.
Brak stosunków seksualnych absolutnie nie oznacza, że w naszym życiu nie istnieje seks. A tym bardziej energia seksualna. Myślę, że aby naprawdę nauczyć się siebie w tej dziedzinie, potrzeba dłuższego czasu – nawet paru lat. To może być ten czas, kiedy akurat nie mamy partnera. Jednak trzeba się tym zająć, mówiąc krótko, poświęcić czas swojej seksualności, by nie usnęła, tylko wzrastała. A my marnujemy szansę, uważając, że jak jesteśmy bez partnera, to nic z tego. To właśnie dowód na splątanie, o którym mówiłam, że seksualność równa się relacja. Pewnego rodzaju osobność – zarówno w związku, jak i bez niego – to świetny moment, żeby się rozbudzić i poznać swoje reakcje. Nie szukać przypadkowych partnerów, byle się zaspokoić. Wprowadzę proste rozróżnienie, można – za przeproszeniem – rżnąć się, mieć seks i być w relacji. To zupełnie inne poziomy. Przypadkowe zaspokajanie seksualnego głodu to jest to pierwsze, czyli obniżanie poziomu lęku i zagłuszanie emocji w poczuciu bezsensu i desperacji. Zamiast tego warto uczyć się autoerotyzmu: przyjrzeć się sobie, swoim fantazjom, złapać jakiś kontakt z ciałem i mieć seks, czyli kontakt ze sobą. Żeby potem być w relacji. Wie pani, co jest sprawdzonym, świetnym wyzwalaczem energii seksualnej? Ćwiczenia fizyczne i kontakt z naturą. Ale również wszelkie warsztaty odkrywania swojej wewnętrznej mocy, warsztaty bębniarskie...

W moim przypadku to był taniec. Tańcząc, odkryłam, że nie musi być przy mnie nikogo, a moja seksualność aż kipi. Poczułam, że to mój zasób. I że mam do niej dostęp, jeśli chcę.
Dopiero w konsekwencji tego odkrycia przychodzą kolejne. Na przykład jak bardzo to obciąża mężczyzn, kiedy w ich ręce składamy odpowiedzialność za pobudzenie naszej energii seksualnej. Zrzucamy na nich odpowiedzialność za to, jak się czujemy i co czujemy. Bo najpierw jego zadaniem jest nas otworzyć, a następnie zaspokoić. Być mężczyzną w tej kulturze też nie jest łatwo. Nie jest to może poprawne politycznie, ale na pewnym poziomie świadomości seksualność jest po prostu darem. Możemy się nią cieszyć i nią kogoś obdarować. Każdy, kto miał choć przez chwilę dostęp do tej energii w jej czystej formie, czuje intuicyjnie jej potęgę i piękno. Dlatego sfera seksualności łączy się z sacrum. Bo to coś, czego nie ogarniamy, ale czujemy, że jest pełne i doskonałe.

To jest też niezwykły dar dla nas samych. Energia seksualna jest czymś więcej niż napędem do seksu. To napęd do życia.
Dlatego też orgazm tak nas przyciąga. Bo nie jest jedynie doznaniem fizycznym. Bywa przecież tak intensywny, że aż nieprzyjemny, trudny do zniesienia. Orgazm to przede wszystkim doznanie psychiczne, kontakt z czystą energią życiową, graniczne doświadczenie. Jest chwilą, w której nasz logiczny umysł traci kontrolę i doświadczamy życia bez poczucia tożsamości. Dlatego też jest kojarzony ze sferą duchową. W praktykach medytacyjnych chodzi przecież o osiągnięcie tego stanu – bez ego, rozpuszczenia się w czymś większym. Rzadko się o tym mówi, a przecież mamy to zawsze pod ręką. Możliwe, że jest to dostęp do miejsca, z którego przychodzimy jako noworodki i odchodzimy, umierając. W tym sensie obszar seksualności jest ekumeniczny. To samo duchowe doświadczenie niezależnie od wyznania, rasy czy kultury. Absolutnie uwalniające.

Na warsztacie tantry uczyliśmy się, jak samemu rozbudzać swoją energię seksualną. Ciekawe, że wcale nie było to związane z podnieceniem. Raczej z poczuciem ożywienia, otwarcia, ciepła. Robiliśmy ćwiczenia oddechowe, na przykład krążenie energią, podnoszenie jej do góry oddechem...
To ważne, bo często energia nie krąży w ogóle, tak jesteśmy spięte, sztywne ze zmęczenia. Cielesna zbroja nie jest najlepszym strojem do seksu. Trzeba się najpierw rozluźnić, pozwolić energii krążyć. Dopiero wtedy, jeśli zechcemy, eksperymentować ze światem erotyki. Cieszy mnie, że zaczęły się pojawiać sklepy z gadżetami dla kobiet. Wibrator to nie surogat męskiego członka, to narzędzie do poznawania swojego ciała i jego reakcji. Dodam, że penis to zupełnie coś innego, bo nie jest narzędziem do masturbacji, tylko ciałem osoby, z którą pragniemy być w relacji. Boleję nad tym, że wszystko, co się wiąże z autoerotyzmem, jest wciąż tak napiętnowane. Zwłaszcza w przypadku kobiet prawda wygląda tak, że ciało nie jest naszą własnością. Ciągle ktoś określa, co nam wolno czuć, co nie, gdzie się można dotykać i jak. Nasze ciało jest tylko nasze. Jakże ważne jest takie odkrycie dla kobiety! Spotkanie świadomych osób, które chcą razem być w relacji seksualnej, to wymiana darów kobiecości i męskości. Ale to rzadkość. Bo nie ma czegoś takiego jak seks tantryczny czy nawet dojrzały w weekend. Nie oszukujmy się.

Może więc nie warto się starać? Nie dam się wkręcić w odpowiedzi typu: warto, bo seksualność jest piękną dziedziną i ucząc się jej, odkryjemy swoją esencję, a nawet może zbliżymy się w ten sposób do Boga. Chociaż to wszystko może być prawdą. Ale ma swoją cenę. Każda zmiana jest ryzykiem. Może się zdarzyć, że gdy my zaczniemy się rozwijać seksualnie, partner się przestraszy i odejdzie. Albo nie będziemy mogły znaleźć partnera. Mężczyzna, który nie ma kontaktu z własną energią, nie będzie wiedział, co z taką kobietą robić. Dlatego kobiety, u których energia seksualna jest silna, często w naszej kulturze budzą lęk i bywają odrzucane. Porównuję te momenty, w których mamy lepszy dostęp do własnej seksualności, do rozpinania ciasnej koszuli z guzikami. To zapięcie nie zawsze jest złe – daje poczucie granic, trzymania się w ryzach, bezpieczeństwa. Kiedy jednak powoli rozpinamy tę koszulę, czujemy, że zaczynamy wreszcie oddychać pełną piersią. Ale to jest zawsze kwestia decyzji, czy możemy i chcemy sobie na to w danym momencie życia pozwolić.

dr Alicja Długołęcka:
edukatorka psychoseksualna, doradca  partnerski, propagatorka zdrowia seksualnego. Jest autorką i współautorką wielu książek z zakresu edukacji seksualnej dla młodzieży i dorosłych, m.in. „Jak się kochać?” (razem ze Zbigniewem Lwem-Starowiczem).