1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak ozdrowić relacje?

Jak ozdrowić relacje?

fot. iStock
fot. iStock
Długoletnie związki to skarb w dzisiejszych czasach. Często jednak po wielu latach zdarza się, że uczucie wygasło bądź kwestia dogadywania się jest burzliwa. Co zrobić, by relacja była zdrowa, a uczucie nadal płomienne?

 Rachunek sumienia

Jeśli jesteś w długoletnim związku i czujesz, że „ogień wygasł”, zadaj sobie kilka ważnych pytań:Czego brakuje w twoim związku? Na przykład: miłości, czułości, przytulania, pożądania, dobrej komunikacji, wspólnego spędzania czasu, zaufania, planów na przyszłość.

Czy zrobiłaś wszystko, co możliwe z twojej strony, aby to, czego ci brakuje, wnieść do związku? Na przykład jeśli brakuje ci czułych gestów, czy zainicjowałaś czuły dotyk? Jeśli pożądanie osłabło, czy rozmawiałaś z partnerem, czy spytałaś, czego on potrzebuje i czy wyraziłaś, czego ty potrzebujesz, aby znów zapłonął między wami ogień?

Czy czujesz, że ten związek ma nadal potencjał? Jakie są jego słabe i mocne strony?

Czego nauczyłaś się o sobie dzięki obecnej relacji?

Czy w ciągu ostatniego roku przeważały między wami spokój i porozumienie, czy raczej kłótnie albo obojętność?

Czy w tym związku ty jesteś bardziej dawcą, czy to partner daje więcej?

Czy czujesz się kochana przez swojego partnera? Czy potrafi wyrazić swoje uczucia miłości słowem, gestem? A czy ty potrafisz to zrobić? Kiedy ostatni raz usłyszałaś: „kocham cię” i kiedy ostatni raz sama to powiedziałaś?

Pory roku w związku

Każda relacja przechodzi przez różne fazy. Sprawdź, w której fazie możesz się obecnie znajdować ze swoim partnerem.

Wiosna – czas zakochania

Czas, kiedy dwie osoby odczuwają silne przyciąganie do siebie. Zakochują się w sobie i pragną spędzać jak najwięcej czasu ze sobą. Na tym etapie doświadczają burzy hormonów, czyli typowych symptomów zakochania: uczucia miłości, ekscytacji, radości, ale również trudności ze snem i koncentracją uwagi (myślą o sobie nieustannie). Nowy partner jest teraz centrum życia i cała uwaga jest skierowana na związek.

Lato – głębsze poznawanie się

Partnerzy poznają się bardziej, na poziomie fizycznym, emocjonalnym, mentalnym i duchowym. Zaczynają tworzyć wspólny świat. Na tym etapie mogą zacząć mieszkać, podróżować. Oboje czują przypływ pozytywnej energii, mają motywację do wspólnego działania.

Jesień – czas transformacji w związku

Poziom fascynacji drugą osobą słabnie. Przestajemy patrzeć na partnera przez różowe okulary, widzimy go takim, jakim jest naprawdę. Doświadczamy pierwszych rozczarowań, kłótni, zranień emocjonalnych, nieporozumień. Poznajemy cień partnera, a także pokazujemy mu te aspekty siebie, które wcześniej były ukryte. Ten etap może się zakończyć burzliwą kłótnią i zerwaniem.

Zima – oddalenie od siebie

To etap dojrzalszego uczucia. Jesteśmy pewne uczuć partnera, stopnia jego zaangażowania oraz naszego. Dobry czas, by powrócić do własnego świata, zająć się swoimi sprawami, spotkać z dawno niewidzianymi znajomymi. Czas dystansu, potrzebnego do tego, by podsumować ten związek i poczuć kontakt z samą sobą. Dzięki oddaleniu możemy zbliżyć się do partnera w czasie związkowej wiosny. Na tym etapie niektóre pary oddalają się jednak tak bardzo, że relacja się kończy.

Jak przywołać wiosnę?

Praktyka pozytywnych słów

Zamiast krytykować się nawzajem, umówcie się, że od tej chwili będziecie praktykować wdzięczność do siebie i zwracać uwagę na pozytywne aspekty osobowości, wyglądu, zachowania. Krytyka podcina skrzydła i zmniejsza poziom zadowolenia z bycia w związku, warto zatem obdarzać się częściej komplementami.

Dobre wspomnienia

Jednym ze sposobów wskrzeszenia ognia w związku jest powrót do przyjemnych wspomnień z początku relacji, Wtedy, kiedy doświadczaliście wybuchu namiętności, ognia miłości w sercach, kiedy było wam po prostu dobrze razem. Warto pooglądać razem zdjęcia z wyjazdów, spotkań oraz przypomnieć sobie dokładnie początki waszej relacji. Możecie również wybrać się wspólnie do jednego z ulubionych „waszych” miejsc i sprawdzić, co poczujecie do siebie, będąc tam.

Wyjazd na weekend

To okazja do zbliżenia się do siebie, porozmawiania, wzięcia za ręce, zbudowania ponownie więzi, intymności, zaufania. Czas, jaki spędzicie tylko ze sobą, może pomóc wyrazić skrywane uczucia i potrzeby. To ważne, aby podczas rozmowy nie obwiniać partnera, ale stosować asertywną komunikację. Mów o tym, jak się czujesz, w związku z jego zachowaniem czy słowami, jakich użył. Warto też zaznaczyć na początku wyjazdu, że waszą intencją jest pozytywne porozumienie między wami i dobrze spędzony czas razem.

Warsztaty, autoterapia lub terapia dla par

Tantra, komunikacja, warsztaty dla rodziców – na rynku jest wiele propozycji rozwojowych dla par (znajdziesz je w Informatorze pod koniec numeru), które pomogą nie tylko przywołać atmosferę pierwszych miesięcy po poznaniu, ale też przepracować bariery komunikacyjne czy rozwiązać problemy budujące między wami mur. Scenariusz pracy terapeutycznej – dla par w kryzysie – znajdziesz na następnej stronie. Z kolei terapia jest możliwa tylko wtedy, kiedy oboje partnerzy są do niej przekonani i zgadzają się na tę formę pracy nad związkiem. Nie gwarantuje utrzymania związku, ale może pomóc rozjaśnić nieporozumienia, skontaktować się ze swoimi potrzebami i uczuciami, a przede wszystkim podjąć decyzję dotyczącą przyszłości związku.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak podświadomość reaguje na nasze słowa?

Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Nasza podświadomość nie zawsze rozumie wypowiadane przez nas słowa dokładnie tak samo jak my. Tłumaczy je po swojemu, wyłapuje ukryte znaczenia. Nie wszystkie nam sprzyjają. O słowach programujących naszą podświadomość z Alicją Bednarską, trenerką rozwoju osobistego, rozmawia Jolanta Berent.

Pamiętam, że pierwszym słowem, na które zwróciłaś mi uwagę, odkąd zaczęłyśmy się spotykać, było „powinnam”. A co niesie ze sobą „powinnam”? Tak się składa, że – abstrahując od etymologii, od jakichkolwiek językoznawczych rozważań – w samym słowie zawarte jest pojęcie winy. Jeżeli „powinnam”, to jestem winna, bo jeszcze tego nie zrobiłam, być może ociągam się, zaniedbuję coś. Idąc dalej: skoro coś powinnam zrobić, a tego nie robię, to muszę się w jakiś sposób ukarać – choćby nie najlepszym samopoczuciem.

Samo słowo „wina” wciąż odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Postrzegamy świat w kategoriach winy – wystarczy, że jakaś drobna rzecz ułoży się nie po naszej myśli, szukamy winowajcy. Nawet jeśli ktoś mówi „to nie twoja wina”, w podtekście jest przeświadczenie, że kogoś trzeba tą winą obarczyć, ukarać. To zawdzięczamy w dużej mierze praktykom kościelnym – publicznemu wyznawaniu winy, biciu się w piersi. W naszej kulturze winę wysysamy z mlekiem matki, niesie ją ze sobą grzech pierworodny. Rodzimy się winni, po czym wciąż pielęgnujemy w sobie to poczucie winy. Ten program bardzo trudno jest zmienić.

A jak jest z „muszę”? Jeżeli musisz, to zastanów się, kto cię zmusza, kto lub co powoduje ten przymus. Słowo „muszę” ściąga w dół, niesie w sobie wyjątkowo ciężką energię...

Funkcjonujemy w świecie, w którym mamy pewne obowiązki i często powodują one, że coś rzeczywiście musimy. Na szczęście zawsze można zmienić to świadomie na „chcę” i zrzucić z siebie brzemię tego przymusu – wówczas zadanie, które nam powierzono lub które sobie wyznaczyliśmy, będzie mieć inną jakość. Nie chodzi o to, żeby stosować cenzurę, wykreślać pełnoprawne słowa z języka, tylko o świadomość tego, co mówię, jak mówię i w jaki sposób może to wpłynąć na moją energię, moje samopoczucie, moją rzeczywistość. Czasem rzeczywiście coś muszę, ale jeśli przestawię sobie w głowie, że chcę to zrobić, nie będę przeżywać z tego powodu katuszy, zrobię to szybciej, łatwiej. Ja stosuję od lat mantrę „robię bez robienia i jest zrobione”. Działa.

Zmiana „muszę” na „chcę” może być jednak dla niektórych zbyt radykalna, wywoływać opór. Co powiesz na „mam do zrobienia”? Tak, „mam do zrobienia” jest neutralne. Oczywiście wszystko zależy od sytuacji, bo łatwiej prawdopodobnie przyjdzie nam powiedzieć „chcę kupić kwiaty do wazonu” niż „chcę skopać ogród”.

 
Kwestia upodobań. Czasem stwierdzenie „muszę pójść na imieniny szefa” jest jedyną, niepodważalną prawdą o danej sytuacji. I nie ma powodu, żeby tego tak nie wyrazić, ważne, byśmy w pełni zdawali sobie sprawę z ciężaru wypowiadanych przez nas słów. Na przykład „chcę”, „pragnę” to tak zwane słowa mocy i warto odwoływać się do nich, kiedy dążymy do realizacji naszych celów. „Chciałbym zdać egzamin”, „chciałabym mieć dziecko” nigdy nie będzie miało takiej mocy jak „chcę...”. Jeśli naprawdę czegoś chcemy, nie ma się co tak asekurować.

Skoro już o asekuracji i planowaniu, przypomniało mi się, że nie lubisz słowa „spróbować”. Tu znowu oczywiście wiele zależyod sytuacji. Jeśli ktoś nigdy nie robił żadnych wypieków i mówi „spróbuję upiec ciasto”, to znaczy, że podejmuje wyzwanie i przyjmuje, że rezultat może być mało zadowalający – wyjdzie albo i nie. Ale jeśli ktoś przyjdzie do mnie na sesję oddechową czy warsztaty, poczym stwierdza, że spróbuje coś zmienić w życiu, to jest bardzo wysokieprawdopodobieństwo, że tego nie zrobi. „Zrobię to” ma moc, „spróbuję” jest bardzo zachowawcze, nie popycha spraw do przodu. „Spróbuję się nauczyć”, „spróbuję się obudzić”, „spróbuję być na czas” – mówiąc w ten sposób, daję sobie automatycznie przyzwolenie, że tego nie zrobię, że mi się nie uda.

„Powinienem, powinnam” niesie w sobie poczucie winy. W naszej kulturze wysysamy tę winę z mlekiem matki. Mówiąc „muszę”, wrzucamy sobie na barki ogromny ciężar, odbieramy sobie prawo wyboru

Czasem mówimy tak, żeby nie składać obietnic bez pokrycia, nie rozczarować innych, zostawić sobie margines bezpieczeństwa. Gorzej, kiedy takie niezobowiązujące obietnice składamy sami sobie. Kiedy słyszę od kogoś deklarację w rodzaju „spróbuję”, mówię: „To teraz spróbuj wstać. Ale nie wstawaj, tylko spróbuj”. Słowo „spróbować” obwarowuje daną sytuację warunkami: zrobię to, ale... A „ale” – wiadomo – kwestionuje pierwszy człon wypowiedzi. To takie słowa znoszące. Kiedy podczas warsztatów dochodzimy z uczestnikami do pewnych odkryć, „ale” oznacza zwykle krok do tyłu, tworzenie przeszkód i koncentrowanie się na tych przeszkodach.

A jak jest z „problemem”? To też słowo, którego używamy z lubością. Najdrobniejsza przeszkoda, niedogodność, uciążliwość wystarczy, by powiedzieć „mam problem”. On jest przy tym taki uniwersalny, obecny we wszystkich językach...

Lubię mówić: problemem nie są nasze problemy tylko to, jak sobie z nimi radzimy. W mojej pracy widzę, w jak różny sposób ludzie reagują na te same sytuacje. Niedawno przyszła do mnie osoba, której spiętrzyło się dużo trudnych spraw, ale w ogóle nie mówiła o nich „problemy”, ktoś inny ma „poważny problem”, bo zepsuł mu się pilot od telewizora. Tak naprawdę wszystko to są sprawy do załatwienia, do rozwiązania. Na szczęście coraz więcej osób traktuje je jako sposobność, żeby zmienić coś w życiu, poprawić jego jakość. W tym sensie nie ma problemów. Tak jak nie ma błędów, tylko lekcje.

Tak jak nie ma negatywnych emocji? Owszem, nie ma. Nazywając lęk czy złość negatywnymiemocjami odrzucamy je, nie chcemy im się przyjrzeć. A to są takie same emocje jak wszystkie inne, chcą nas o czymś poinformować, zwracają nam na coś uwagę, domagają się jakiejś reakcji. Co wcale nie znaczy, że – jeśli odczuwamy złość – musimy podnieść nakogoś głos czy rękę. Zawsze mamy wybór.

Kiedy dokonujemy ważnych wyborów życiowych, często mówimy, że coś poświęciliśmy. Czy to nie jest tak, że w ten sposób robimy z siebie automatycznie cierpiętnika? O, my uwielbiamy cierpieć. To nasza narodowa specjalność.

 
„Za miliony kocham i cierpię katusze”, „cierpienie uszlachetnia”... No właśnie: z jednej strony tradycja narodowa, a z drugiej znów – katolicka. Stąd też kultywowany przez pokolenia wizerunek matki Polki. Moja mama całe życie poświęcała się dla dobra dzieci – to był jeden wielki obowiązek, ja też to potem robiłam przez wiele lat.

Potem zrozumiałam, że życie składa się z wyborów: wybieram to, co dla mnie w danym momencie najlepsze, a z innych rzeczy po prostu rezygnuję. I nie rozprawiam o poświęceniu, bo to ogromnie obciąża dziecko. Do tego te konotacje ze świętością... Tymczasem dla wielu osób „poświęcenie” jest znakomitym alibi, usprawiedliwieniem: nie robię tego, bo się poświęciłam. Ale chyba najbardziej podstępnym słowem, jakiego często używamy, jest „zasługiwać”.

Na czym polega podstęp? To słowo wprowadziła w książce „Zasługuję na miłość” Sondra Ray, zresztą u Louise Hay w afirmacjach też to się pojawia. One pisały swoje poradniki wiele lat temu, do tego nie wiadomo, w jakim stopniu można zaufać tłumaczom, w każdym razie to „zasługuję” mocno zakorzeniło się w naszej kulturze – przekonanie, że muszę zasłużyć na to, żeby mnie kochano. „Pan Bóg nie będzie cię kochał, jeśli będziesz niegrzeczna”, „Mamusia nie będzie cię kochała, jak zabrudzisz sukienkę, nie zjesz, nie posprzątasz zabawek”.

Najskuteczniejsze afirmacje to te formułowane w czasie teraźniejszym, z najwyższą dbałością o szczegóły zamówienia. Uważaj, o co prosisz – naprawdę możesz to dostać.

I powstaje program: na wszystko, co dobre, trzeba zasłużyć, nie ma nic za darmo. To, co dobre, jest nam po prostu dane, a my przyczepiliśmy się – między innymi z powodu naszego poczucia winy – by postrzegać świat w kategoriach nagrody i kary. Warto uświadomić sobie, czym tak naprawdę jest zasługiwanie. „Zasługuję na miłość, obfitość...”, ale jak, jakie są warunki? Co muszę zrobić, kim muszę się stać, żeby zasłużyć? Przyjmujemy, że bez zasług pewne rzeczy nam się nie należą, odrzucamy więc bezwarunkową miłość, prawo do odpoczynku, dobrego samopoczucia...

Często chcąc kogoś wesprzeć, mówimy „zasługujesz na coś lepszego” i wydaje nam się, że to jest OK, że pomagamy mu podnieść poczucie wartości. Jeśli mówimy „zasługujesz na lepsze stanowisko” komuś, kto wykazał się premiowanymi w danym miejscu pracy rezultatami, to rzeczywiście jest to OK. Natomiast jeśli chodzi o tożsamość, bycie, uczucia, na nic nie trzeba zasługiwać: przychodzisz na ten świat i z samego faktu, że tu jesteś, warta jesteś miłości.

Z tego, co mówisz, można wywnioskować, że tworzenie afirmacji to wyższa szkoła jazdy. Wiadomo, że nie mogą zawieraćnegacji, bo nasza podświadomość nie zna słowa „nie”. Odpadają więc zdania w rodzaju „żebym nie była chora”, czy „nic mi nie grozi”, ale również takie jak „jestem wolna od lęków” czy „rezygnuję z wszystkichtrosk”, bo programują naszą podświadomość na lęk i troski właśnie. Najlepsze są moim zdaniem takie afirmacje, w których formułujemyprostymi słowami – koniecznie w czasie teraźniejszym– to, czego chcemy, precyzując w szczegółach zamówienie. Na przykład: „Mój dochód rośnie z każdym dniem o co najmniej 10 złotych”. To „co najmniej” jest bardzo ważne, żeby nie wprowadzać sobie ograniczeń. Zawsze mówię ludziom, z którymi pracuję: „Uważaj, o co prosisz, bo możesz to dostać”. Może się zdarzyć na przykład, że ktośprosi o „dużą kasę” i dostaje wielką, opancerzoną kasę pancerną. Do tego pustą.

  1. Psychologia

Jak reagować, gdy dziecko używa wulgarnych słów?

Przekleństwa wypowiadane przez dziecko mogą śmieszyć, oburzać, irytować. Niezależnie od tego, jakie wywołują uczucia, warto wypracować metodę reagowania w takich sytuacjach. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Przekleństwa wypowiadane przez dziecko mogą śmieszyć, oburzać, irytować. Niezależnie od tego, jakie wywołują uczucia, warto wypracować metodę reagowania w takich sytuacjach. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zdarza się, że w najmniej sprzyjających okolicznościach dziecko nagle użyje wulgarnego słowa, którego na pewno nie usłyszało w domu. Co robić? Zawsze tylko jedno – zachować stoicki spokój.

1. Gdy dziecko przeklnie w złości, nie odbieraj mu prawa do wyrażania silnych emocji.
Powiedz: „Jesteś bardzo zły. Tylko że to bardzo brzydkie słowo, lepiej jest mówić…” – i tu zaproponuj ciekawe zamienniki w rodzaju: „do licha, o, mamuniu”.

2. Gdy w normalnej rozmowie dziecko użyje wulgaryzmu, zapytaj spokojnie
: „Co to znaczy?” Udaj, że nie wiesz. Odpowiedź będzie wymagać od dziecka wysiłku (tłumaczenia), więc je speszy. Gdy nie będzie ci chciało powiedzieć albo zacznie coś nieporadnie tłumaczyć, powiedz jakby cię nagle olśniło: „Aha, tobie chodzi o kupę, waginę, członka, uprawianie miłości, bo chodzi ci o to, żeby ktoś wyszedł?”. Zastąp słowo niewłaściwe właściwym i na tym zakończ temat.

3. Czasem dzieci przeklinają z premedytacją.
Gdy dziecko przeklina przy dziadkach lub na ulicy przy obcych, to sygnał, że walczy z tobą.Ono już wie jak wielką moc mają brzydkie słowa i że za ich pomocą, jak za pomocą czarodziejskiego zaklęcia wywołuje się twoją frustrację. Odbierz mu władzę nad sobą – przestań słyszeć przekleństwa. Nie reaguj. Ignoruj. Zmieniaj temat, udawaj, że byłaś tak zamyślona, że nie usłyszałaś.

4. Nie popadaj w skrajności, nie przywiązuj do tego aż takiej wielkiej wagi.
To, że dziecko użyje czasem wulgaryzmu, nie świadczy o matce. Przestań tak myśleć. Z drugiej strony, w żadnym razie nie wybuchaj śmiechem, nie powtarzaj reszcie domowników, co mały dziś powiedział. Nie zachęcaj go do przeklinania.

5. Gdy na ulicy ktoś usłyszy przekleństwo i zareaguje, pozwól mu zwrócić swojemu dziecku uwagę.
Niech ono zobaczy, jaki jest oddźwięk społeczny na takie zachowanie. Raczej zrób minę, że się zgadzasz z tymi uwagami. To, że ktoś zwróci twojemu dziecku uwagę, nie jest dla dziecka traumą, nie odbieraj tak tego.

6. Jeśli twoje dziecko interesuje się wulgaryzmami, to znaczy, że interesuje się językiem i ma niezaspokojoną potrzebę imponowania.
Czas zatem, żebyś nauczyła go trudnych logopedycznie wierszyków, słów, którymi może zaimponować dorosłym. Rozszerz słownictwo dziecka o niebanalne słowa, a będzie miało coś pozytywnego do popisywania się.

7. Jeśli dziecko często wplata wulgaryzmy, na przykład w samotnej zabawie czy podczas rozmowy, przyjrzyj się jak w domu mówicie.
Czasem zupełnie nieświadomie używa się wulgaryzmów lub śmieje z żartów z brzydkim słowem.

8. Nie przejmuj się, gdy drugi rodzic przeklina przy dziecku, pęka ze śmiechu, słysząc w jego ustach wulgaryzmy.
Jeśli nie możesz się w tej sprawie porozumieć – zachowaj swoje priorytety. Nie martw się, że dziecko poczuje się zagubione. Nic podobnego. Dziecko ma naturalny dar wyczuwania, co przy kim mu wolno. Mama nigdy nie przeklina i nie lubi przekleństw – niech dziecko wyrasta, widząc, że żyjesz według tej zasady.

9. Jeśli twoje dziecko ma kolegę, który przeklina, to jeszcze nie powód, żeby z nim zrywać znajomość.
To raczej dobra okazja na akcję wychowawczą. Zaproś kolegę do domu i zwyczajnie, jak z własnym dzieckiem, zastąp, zamień, wytłumacz. Nie obrzydzaj tego kolegi i nie osądzaj go, nie podawaj jako przykład najgorszego zachowania, tylko potraktuj jak swoje dziecko. Wychowaj go. Przecież w końcu wszystkie dzieci są nasze!

 

  1. Psychologia

Naprawiona miłość bywa prawdziwsza od tej, przez którą czujemy motyle w brzuchu

O miłość zawsze warto walczyć, tym bardziej że naprawiona często bywa prawdziwsza od tej prosto ze sklepu. (Fot. Getty Images)
O miłość zawsze warto walczyć, tym bardziej że naprawiona często bywa prawdziwsza od tej prosto ze sklepu. (Fot. Getty Images)
Czy można naprawić miłość tak jak naprawia się zepsute zapięcie w torebce? Czy potrzebny jest do tego specjalista kaletnik? Może wystarczy intuicja? I czy warto? – Zawsze warto próbować, tym bardziej że naprawiona miłość bywa prawdziwsza od tej prosto ze sklepu – twierdzi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Zasada kultury konsumpcyjnej to kupić nowe, a nie naprawiać stare. I pewnie dlatego jesteśmy przekonani, że jeśli miłość zaczyna zgrzytać, nic już nie da się zrobić. Reperowanie pary butów podobnie jak reperowanie pary ludzi wydaje się niewłaściwe. Często nawet nie zastanawiamy się, czy jest to możliwe.
Znanych jest wiele naprawczych strategii, które możemy zastosować sami bez pomocy specjalisty albo tylko pod jego dyskretnym nadzorem. Czasem wystarczy samodzielna, intuicyjna praca. Jeśli okaże się skuteczna, to znaczy, że z tym dwojgiem ludzi, z ich więzią, nie było aż tak źle, jak na początku się wydawało. Często wykorzystywanym intuicyjnym, ale też zalecanym przez specjalistów pomysłem jest odosobnienie. Wymaga odcięcia od dzieci, rodziców, teściów, a nawet od przyjaciół, którzy biegną z dobrą radą albo bezkrytycznie słuchają narzekań na partnera. Kontakty z ludźmi w pierwszej fazie kryzysu nie sprzyjają rozwiązaniu problemu, jeszcze bardziej oddalają od siebie skłóconą parę. W tej fazie partnerzy nie szukają rozwiązania, ale sojuszników dla swoich jednostronnych wersji wydarzeń. Lepiej więc wyjechać na kilka dni i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać tylko ze sobą. Odosobnienie ma szansę przynieść skutek, gdy wybierzemy ciche miejsce, gdzie można tylko chodzić tam i z powrotem po plaży, po polach, po lesie. Przyroda bywa źródłem pojednawczych inspiracji. Jeśli jednak rozmawianie nie wychodzi, trzeba umówić się na dzień, dwa ciszy i komunikować się wyłącznie gestami i notkami.

Leczyć relacje milczeniem? Przecież my wciąż namawiamy do tego, by rozmawiać.
Do ciszy trzeba i warto się odwołać, kiedy nie da się rozmawiać. Jakże łatwo w tzw. spontanicznej rozmowie używamy zużytych kalek myśli, słów i narracji. Bezrefleksyjnie wchodzimy w jakąś nawykową rolę i sklejamy się z nią. Milczenie pomaga wymknąć się dyktatowi nawyku, poczuć głębiej, odważniej otworzyć się na intuicję, zobaczyć swój udział w kryzysie, znaleźć właściwe słowa, a przynajmniej uniknąć wypowiadania głupot, których potem nie sposób cofnąć. Zaplanowane i uzgodnione dni milczenia to okazja do ćwiczenia się w uważności i wrażliwości na sygnały niewerbalne i na mowę ciała partnera, a także na to, co mówi nasze ciało. Cisza uczy wrażliwości na potrzeby i granice zarówno partnera, jak i swoje. Wszystko to może być głęboko uzdrawiające dla związku. To nie oznacza, że w czasie odosobnienia powinniśmy być ciągle razem – siedzieć partnerowi na głowie, gdy czujemy, że on tego nie chce. Okresy samotności też dobrze robią. Najważniejsze, byśmy tam byli tylko we dwoje i nie komunikowali się przez ten czas ze światem zewnętrznym – byśmy poczuli się jak dwoje rozbitków na bezludnej wyspie.

Niełatwo zdobyć się na takie odosobnienie, mieć odwagę wyłączyć telefon i nie odbierać mejli.
Jeśli mamy determinację, żeby ratować związek, chcemy zrozumieć, co się stało, to zdołamy przez kilka dni istnieć bez kontaktu ze światem. Taki krótki odwyk od gadżetów przyda się nam i nauczy zwracać więcej uwagi na tych, którzy są blisko, bezpośrednio i zmysłowo obecni. Inna skuteczna metoda, która nie wymaga wyjazdu, lecz tylko nieco dyscypliny i dobrej woli, to karteczki. Mówiliśmy już o niej w rozmowie o zmianie. Więc teraz krótko przypomnę: każdego dnia, najlepiej przed snem, przekazujemy partnerowi trzy napisane na kartce zdania, jedno zaczyna się od słowa „przepraszam”, drugie – od „dziękuję”, trzecie – od „proszę”. Zdania mają dotyczyć konkretnych wydarzeń dnia, który minął. Na przykład: „Dziękuje ci, że pomogłeś mi znaleźć kluczyki”. „Przepraszam, że nie odbierałem telefonu”. „Proszę, nie poprawiaj mnie, gdy mówię włanczać, zamiast włączać”. Karteczki kładziemy w umówionym miejscu (np. wkładamy pod poduszki) i nie rozmawiamy o nich. Nie wolno czytać karteczki partnera przed napisaniem własnej. Jeśli potraktujemy sprawę poważnie, to kapitalnie poprawimy komunikację w związku i wydobędziemy go z piekła wzajemnych oskarżeń. Bo „przepraszam” świadczy o tym, że umiemy dostrzec własne zaniedbania. „Proszę” sygnalizuje to, z czym nam trudno w zachowaniu partnera. A „dziękuję” mówi o wdzięczności, a to uczucie, które ma największą moc leczenia zranionych i zagubionych serc.

Możemy być za bardzo skłóceni, by odosobnienie czy karteczki nam pomogły?
Możemy. Choć pamiętajmy, że wszystkie te propozycje sprawdzają zasoby dobrej woli partnerów oraz ich motywację do naprawiania związku. Jeśli ich brakuje, to najlepsza metoda nie pomoże. Kolejna polega na tym, że każdy z partnerów ma wcielić się w adwokata swojej drugiej połowy i napisać dla niej rzetelną mowę obrończą. A więc mąż wyobraża sobie, że jest adwokatem niewiernej żony, i stara się przekonać sąd, że ona nie ponosi całej winy za kryzys małżeństwa. To samo robi żona. Pisze mowę obrończą dla męża, wyjaśniając i dowodząc, że on również nie ponosi całej odpowiedzialności za tę trudną sytuację. Aby móc sprostać temu zadaniu, oboje muszą wykazać się empatią, zrozumieniem motywów postępowania, potrzeb i emocji drugiej osoby, a co najważniejsze, krytycznie spojrzeć na siebie. Obowiązuje absolutny zakaz ironizowania i wszelkich form zakamuflowanej obrony samego siebie. Gdy mowy są gotowe, partnerzy wymieniają się nimi. Po lekturze przekazują swoje uwagi i mowy idą do poprawki. Ważne, by byli wymagający wobec swoich adwokatów, a adwokaci wykazywali się profesjonalizmem i rzetelnością.

To mało prawdopodobne, aby na przykład żona zdradzona przez męża pisała mowę w jego obronie. Będzie trzymać się wersji: „To twoja wina!”.
Po to jest ta procedura, by obie strony wyrzekły się zgubnej tendencji do koncentrowania się na winach i wadach partnera, by spróbowały empatycznie zrozumieć położenie, motywy i emocje drugiej strony i przyznały się do własnych zaniedbań i niegodziwości. Wymaga to zdystansowania się do swoich przekonań, wyobrażeń i emocji. Zmusza do wyjścia ze swojej ulubionej, nawykowo odgrywanej roli, np. ofiary, surowego sędziego, obrażonego majestatu, przesłuchiwacza-sadysty, świętego, wesołego głupka lub samopotępiającego się grzesznika. Najbardziej niebezpieczną w sytuacji kryzysu jest rola ofiary. Daje bowiem tak zwaną przewagę moralną: „To ty zniszczyłeś naszą miłość, to ty mnie zdradziłeś, oszukałeś itd.”. Z drugiej strony – słychać wtedy: „To twoja wina, to ty mnie do tego sprowokowałaś, bo odmawiałaś seksu, nie dawałaś wsparcia ani uznania”. Dwie ofiary nigdy się nie dogadają. Podobnie jak dwóch sędziów czy sędzia i grzesznik. Szczególnie dla osoby wpadającej nawykowo w rolę ofiary lub bezwzględnego sędziego rola adwokata jest bezcenna, bo zmusza do obrony tego, kogo uważamy za swojego kata lub niepoprawnego grzesznika. To ćwiczenie naprawia związek przez to, że zmusza partnerów do skierowania uwagi na swój udział w kryzysie i empatycznego zrozumienia sytuacji partnera.

Bez terapeuty, czyli tego bezstronnego oka i ucha, naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, że oboje z mężem piszemy mowy adwokackie...
Istotnie, terapeuta pilnuje, by poważnie potraktować rolę adwokata. Mowy skłóceni partnerzy piszą w trakcie sesji, a gdy już są gotowe, to w obecności terapeuty je wygłaszają. Grający adwokata staje wówczas za fotelem klienta, symbolicznie pokazując, po czyjej jest stronie, i czyta swoją mowę. Terapeuta jest jakby sędzią, do którego mowa jest adresowana. Potem następuje zamiana ról i ten z partnerów, który był adwokatem, staje się klientem. Dalsza praca, czyli poprawianie mów, może odbyć się w domu. Ogłaszanie wyroku nie jest potrzebne. Mowy obrończe stają się materiałem do dalszej pracy nad związkiem i pomostem wstępnego porozumienia.

Bywa, że ktoś nie potrafi czy nie chce brać udziału w takich ćwiczeniach, wycofuje się w połowie pracy. O czym to świadczy?
Może to znaczyć, że nie ma prawdziwej woli, by reperować związek, albo że jest kompletnie zatrzaśnięty w swoich resentymentach, w swojej wizji tego, co się wydarzyło, i boi się zmiany tego oglądu i oceny. Może też przeczuwać, że sam ma wiele zamiecione pod dywan, że sytuacja w aktualnym związku uruchomiła problem z przeszłości, przed którym za wszelką cenę chce uciec. W takim wypadku może terapia indywidualna. Trzeba zmierzyć się ze swoim nieuświadomionym problemem samemu, nim zaczniemy zabiegać o szczęście we dwoje.

A jeśli oboje grzecznie milczymy, piszemy, mówimy itd., ale i tak nic z tego?
Jest radykalna i kosztowna metoda. Wymaga dwóch mieszkań i trzech terapeutów. To tak zwana kontrolowana separacja. Partnerzy zgadzają się na bezwzględne przestrzeganie następujących zasad: separacji od wspólnego dachu, od wspólnego łoża i stołu. Tak więc wszystkie trzy obszary wspólnotowe i intymne zostają na ten czas wyłączone. Zakaz kontaktowania się ze sobą w sprawach rozliczeniowo-emocjonalnych (nie ma rozmów o pretensjach, tęsknotach, pisania długich mejli czy rozmów telefonicznych po nocach). Rozmawiają tylko o sprawach techniczno-logistycznych (np. opieka nad dziećmi). Nie wchodzą w tym czasie w żadne seksualne ani bliskie relacje z innymi. Czas separacji pozwala im poznać i zrozumieć siebie, własne motywacje i uczucia, a także to, co dzieje się w związku, dlatego w czasie separacji zobowiązują się chodzić na własne sesje terapeutyczne. Tam przynoszą wszelkie uczucia i myśli związane z separacją. Na ogół jest tego dużo. Dochodzą do głosu emocje przykryte codzienną bieganiną, te najbardziej skrywane – zarówno negatywne, jak i pozytywne. Mogą odczuwać wielką tęsknotę albo ulgę czy gniew. Ważne, do którego z tych uczuć najtrudniej się im przyznać. Długość trwania separacji jest ustalona w umowie spisanej i podpisanej w obecności terapeuty. Obie strony zobowiązują się po upływie terminu umowy wrócić do terapeuty pary i zadecydować wspólnie co dalej.

Czyli nie zawsze dalej jest happy end?
Na kończącym separację spotykaniu para ustala, czy chce przedłużyć separację, czy już spróbować żyć razem, czy też podążyć w stronę rozstania. Jeśli tęsknią za sobą – i mają dobrych terapeutów – to pracując nad tym, co negatywnego sami wnieśli do związku, porzucą pozę ofiary i poczują się współodpowiedzialni za kryzys. Wtedy staje się możliwa konstruktywna rozmowa o tym, co każde z nich powinno zrobić ze sobą i co zmienić, by razem dożyli pogodnej starości. Niejednokrotnie dzięki tej procedurze ludzie, którzy na początku kryzysu gotowi byli się pozagryzać, dochodzili do porozumienia.

Pytanie najważniejsze: czy każdą miłość można uratować?
Nie, bo nie każda jest dojrzała. Wiele z naszych związków zaspokaja tylko nasze neurotyczne niedojrzałe potrzeby: „Jestem z nią, bo przypomina mi mamę”; „Jestem z nim, bo potrzebuje opieki”; „Jestem z nią, bo chcę się kimś opiekować”; „Jestem z nim, bo potrzebuję silnych emocji, a on mi ich dostarcza”. Pierwsze nasze miłości to raczej zauroczenia. Od nich do miłości przez duże M wiedzie długa droga i nie każdej parze uda się ją przebyć. Znałem małżeństwo w strasznym konflikcie, które zaczęło się mądrze kochać dopiero po rozstaniu. Wtedy zaczęli się naprawdę przyjaźnić, przesyłać sobie życzenia, informować o tym, co ciekawego im się przydarzyło, jaką interesującą książkę przeczytali, spotykali się na obiedzie lub na kawie. Mieli świetną relację. Czasami nasze neurotyczne potrzeby tak silnie aktywizują się w bliskim związku, że nikt nie może unieść naszych nieadekwatnych oczekiwań, a my nie możemy wytrzymać narastającej frustracji z powodu ich niezaspokajania. Dlatego bywa, że jest nam łatwiej kochać na odległość. Łatwiej, niestety, rzadko znaczy lepiej. Grozi nam to, że będziemy w samotności konserwować nasz problem. Własna praca nad sobą jest w takich sytuacjach bardzo wskazana. W wypadku kryzysów polega ona na tym, by zadawać sobie trudne pytania, na przykład: „Dlaczego z nią/z nim jestem?”. Kiedy pojawi się odpowiedź np. „Bo wziąłem z nią ślub”, doklejamy do niej słowo: „dlaczego” i mamy następne pytanie: „Dlaczego wziąłem z nią ślub?”. „Bo ją kochałem!”. „Dlaczego ją pokochałem?” itd., aż odkryjemy jakąś prawdę czy zasadę, jaka kieruje naszym zachowaniem. Takie pytania trzeba sobie zadawać, by nasze związki zyskały świadome, realne, a więc solidne podstawy.

  1. Psychologia

To, że nie kupuje kwiatów bez okazji nie oznacza, że mu nie zależy. O kobiecym i męskim podejściu do związku

Proces osłabiania wagi związku dla mężczyzny, a nasilania dla kobiety związany jest z naturalną odmiennością ról, którą wyznaczają różnice biologiczne. (Fot. iStock)
Proces osłabiania wagi związku dla mężczyzny, a nasilania dla kobiety związany jest z naturalną odmiennością ról, którą wyznaczają różnice biologiczne. (Fot. iStock)
To, że on nie kupuje bez okazji róż i nie wyznaje spontanicznie miłości, nie oznacza, że mu nie zależy. W podejściu do związku jesteśmy różni, ale najważniejsze, by zmierzać w tym samym kierunku.

W powszechnym mniemaniu, które ugruntowała w nas ewolucja, mężczyznom zależy na tym, by mieć relacje liczne, ale powierzchowne, co przydaje się bardzo w biznesie czy polityce. Kobietom z kolei zależy na tym, by relacje były pogłębione i trwałe – siłą rzeczy mają ich mniej, bo budowanie i pielęgnowanie relacji wymaga czasu. – Proces osłabiania wagi związku dla mężczyzny, a nasilania dla kobiety związany jest z naturalną odmiennością ról, którą wyznaczają różnice biologiczne – potwierdza psycholog prof. Bogdan Wojciszke. – Kobieta rodzi dziecko, karmi je, a mężczyzna w tym czasie zdobywa dobra. Taka jest jego rola. Nie będzie siedział, trzymał żony za rękę i rozważał siły ich relacji. To jest trochę niezależne od preferencji, po prostu kobieta i mężczyzna pełnią w związku odmienne role.

Ale znakiem naszych czasów jest totalna niezgoda na dotychczasowy podział ról. Współczesne kobiety wymagają od partnerów coraz więcej: mają być męscy, odnosić sukcesy w pracy i zarabiać, a jednocześnie być wrażliwi, wspierać i wyręczać partnerki w niektórych obowiązkach domowych. Współcześni mężczyźni woleliby, by wszystko pozostało jak dawniej, a jednocześnie starają się sprostać nowym wymaganiom. I jak tu pozostać sobą w związku?

Szkodliwe mity

W podobnym rozumieniu czy przeżywaniu miłości może także przeszkadzać wiara w odmienne mitologie. Dla wielu z nas miłość jest możliwa tylko wtedy, gdy odnajdziemy tę jedyną czy tego jedynego, czyli drugą połówkę jabłka. Ale co, jeśli jej nie znajdziemy? Albo gdy partner, z którym jesteśmy, nie spełnia naszych oczekiwań? – Zrobiono badania, które ukazują, że ta metafora rzeczywiście utrudnia ludziom funkcjonowanie w bliskim związku – uważa prof. Bogdan Wojciszke. – Szczególnie w sytuacji konfliktów. Bo każda kłótnia, każde nieporozumienie oznaczają, że druga osoba nie jest jednak naszą drugą połówką. To skazywanie się na pewną klęskę. Co ciekawe, w Polsce prawie w ogóle nie jest znana inna metafora miłości – jako wspólnej podróży – bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych.

Kiedy tak będziemy patrzeć na związek, to nawet spore kłopoty potraktujemy jako przeszkodę w drodze do celu, a nie zapowiedź końca związku. I, co najlepsze, zaczniemy szanować to, co nas różni, bo dzięki temu nasze życie nie będzie przypominać mdłego romansidła, ale pełnokrwistą powieść przygodową. Ale najpierw razem z prof. Wojciszke przyjrzyjmy się tym różnicom.

Kobiety są emocjonalne, a mężczyźni kierują się rozumem. My podchodzimy do życia wielozadaniowo, oni koncentrują się na jednej rzeczy. Prawda?
Prawda. I są na to naukowe dowody. Najpoważniejszym argumentem jest fakt, że spoidło wielkie w mózgu kobiet jest większe niż u mężczyzn, w związku z tym ich półkule są znacznie silniej powiązane. Wniosek z tego taki, że mężczyzna może coś robić zupełnie bez emocji albo… bez rozumu. Kobieta tak całkiem rozumu jednak nie porzuca, ani emocji. W miłości zresztą bardzo wyraźnie to widać.

Rzadziej nam odejmuje rozum?
Tak. Nie chciałbym powiedzieć, że kobiety na chłodno kalkulują, ale są jednak bardziej wyrachowane od mężczyzn.

No bo też ponoszą większy koszt w razie złego wyboru.
To prawda. Ryzyko jest większe.

Może dlatego my tak lubimy analizować i dzielić włos na czworo. Co jednak nie służy związkom na dłuższą metę. Coś tam nam ten mąż przytaknie, coś zrobi dla świętego spokoju, ale bywa i tak, że się wycofa.
Rzeczywiście tutaj kobiety i mężczyźni ogromnie się różnią. Przy czym to roztrząsanie można podzielić na dwa rodzaje – bo jedna rzecz to omawianie stanu związku z partnerem, a druga – omawianie stanu związku z kimś innym, na przykład z przyjaciółką. Kobiety to potrafią rozprawiać! Cztery razy dłużej omawiają randkę niż ona trwała. To wynika z generalnego zainteresowania kobiet relacjami. Myślę, że dobrze robią, rozmawiając o swoim związku z przyjaciółką czy inną kobietą. Bo rozmawianie o związku z mężczyzną jest trochę bezcelowe.

Bo?
Bo jego to aż tak nie interesuje. Wiele lat temu uczyłem się windsurfingu i wykupiłem lekcje u instruktorki. Gdy mówiła mi, co mam gdzie wypiąć, dopiero dowiedziałem się od niej, że ja w ogóle mam te części ciała i że one się jakoś nazywają! Myślę, że rozmowa z mężczyzną o stanie związku jest trochę podobna. On też niby zna te wszystkie pojęcia, ale nie przyszło mu do głowy, żeby się nimi posługiwać, obracać nimi na tyle różnych sposobów.

W stosunku kobiet do bliskich związków jest też coś takiego, że jak czegoś się nie omówi, to właściwie w ogóle nie warto tego przeżyć. Samo mówienie jest równie ważne jak przeżywanie. Poza tym kobiety i mężczyźni rozmawiają z nieco innych powodów. Obserwacje wskazują, że mężczyźni najczęściej rozmawiają po to, aby zrealizować jakiś konkretny cel albo pokazać, że są lepsi od innego mężczyzny, natomiast kobiety rozmawiają głównie po to, aby zorientować się w stanie uczuć (cudzych i własnych) lub podtrzymać więzi.

Myślę, że gdyby mężczyźni wiedzieli, jak niewiele potrzeba, żeby było miło w domu… Na przykład wydając od czasu do czasu pięć złotych na bukiet konwalii.
Mężczyźni mają skłonność do zaniechań w bliskich związkach. Oni się nimi w sumie mało zajmują. Odzwierciedlają to także wyniki badań, w których widać, że odpowiedzi na różne pytania w różnych kwestionariuszach zwykle są znacznie bardziej spójne u kobiet niż u mężczyzn. Jakby mężczyźni, odpowiadając na pytania o miłość, w ogóle o niej nie myśleli, jakby tylko w połowie rozumieli, co czytają, co wypełniają, co wpisują.

Czyli nie angażują się w tę ankietę, tak jak nie angażują się w związek?
Tak. I to nieangażowanie się jest przejawem właściwie nawet czegoś więcej niż zaniechania. Jest takie angielskie słowo neglect, oznaczające zaniechanie z negatywnymi skutkami. Mężczyźni ignorują, odpuszczają bliskie związki.

A z czego to wynika?
Słabiej się starają, żeby zrozumieć kobiety. Kobiety chyba lepiej rozumieją mężczyzn. Często się mówi, że żona jest najlepszym przyjacielem mężczyzny. Kobieta się bardziej stara zrozumieć innego człowieka. A mężczyźni...

Poza psychologami.
Też nie wszystkimi. Tylko mężczyzna może wpaść na to, że okaże swojej kobiecie miłość, myjąc jej samochód. Zamiast porozmawiać o tym, co się jej dzisiaj śniło, prawda?

Więcej w książce „Alfabet miłości” , wydawnictwo GWP.

  1. Psychologia

W pułapce bycia sexy

Monica Bellucci w filmie
Monica Bellucci w filmie "Malena", 2000, reż. Giuseppe Tornatore. (Fot. BEW PHOTO/Archives du 7e Art/DR)
Seksizm to pogląd, który głosi, że kobiety i mężczyźni nie są równi. Co więcej, że to mężczyźni są lepsi od kobiet. I w związku z tym mogą je dyskryminować i kontrolować. Nie tylko w łóżku. Czym jest seksizm w praktyce i czy działa w obie strony, pytamy psychoterapeutę Michała Pozdała.

Mamy za sobą setki lat seksizmu w relacjach seksualnych – przez cały ten czas kobiety nie miały możliwości mówienia o swojej seksualności. Typowym przejawem seksizmu w łóżku było traktowanie partnerki tak, jakby nie miała własnych potrzeb i była narzędziem do zaspokajania mężczyzny. Skala problemu jest tak duża, że wiele kobiet nadal uważa, że ich satysfakcja w łóżku nie jest ważna. Popularna sytuacja intymna w parach wygląda tak, że orgazm mężczyzny oznacza koniec seksu. Same kobiety na pytanie mężczyzny: „Kochanie, a co z tobą?”, często odpowiadają: „Ważne, że byliśmy blisko”. Oczywiście orgazm nie zawsze musi być zwieńczeniem aktu seksualnego, ale warto się o niego postarać. Kobieta nie musi zostać doprowadzona do orgazmu na drodze penetracji, są inne możliwości.

Żeby być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że w sypialni mężczyźni bywają też traktowani opresyjnie. Przykład – partner z zaburzeniem erekcji lub przedwczesnym wytryskiem słyszy od partnerki, że jest niewartościowy i nie spełnia jej oczekiwań, bo ona potrzebuje kogoś, kto będzie ją zaspokajał. W ten sposób może wykształcić się w nim przekonanie, że nie ma kobietom nic do zaoferowania. A przecież seks jest tak różnorodny i można robić różne rzeczy, które obojgu kochankom sprawiają przyjemność. Nie można traktować drugiej osoby jako narzędzia do zaspokojenia. Z drugiej strony każdy ma swoje uczucia i potrzeby i jeżeli nie są one brane pod uwagę przez bliską osobę, to trzeba o nich przypominać.

Wybawca i służka

Seksizm może się przejawiać we wszystkich aspektach życia pary, a najszybciej można zaobserwować go w podziale obowiązków domowych. Jeśli kobieta ma przydzieloną funkcję porządkową, czyli na jej barki spada sprzątanie, pranie, gotowanie, bo mężczyzna uważa, że tego typu zadania są poniżej jego godności, to jest to podejście seksistowskie. Wiele osób decyduje się na taki model rodziny, choć rzadko jest on świadomym wyborem. To, co się zmieniło, to fakt, że rodzinę z dziećmi raczej nie stać na to, żeby utrzymywał ją sam mężczyzna, coraz częściej więc oboje partnerzy mają pracę. Ale gdy ona wraca do domu, to czekają na nią dalsze obowiązki, a on odpoczywa przed telewizorem.

Wielu osobom to odpowiada. Traktują to jako odzwierciedlenie „boskiego” porządku – mężczyzna stworzył ten świat, mężczyzna zbawił ten świat i tak ma być traktowany. Chociaż czarne marsze pokazały, że kobiety coraz częściej mówią „nie”. Dowodem na to, że sytuacja się zmienia, jest chociażby urlop tacierzyński. Wielu mężczyzn decyduje się na pozostanie z dzieckiem w domu i uważa to za najpiękniejszy czas w swoim życiu. A jeszcze 15 lat temu było to nie do pomyślenia. Kobiety występowały w roli służebnej w stosunku do mężczyzny, co dobitnie pokazywały reklamy. Obecnie warunki gospodarcze wymogły aktywność zawodową kobiet, a małżeństwo przestało być świętą instytucją i jak nie działa, ludzie je kończą.

I znów, jeśli odwrócimy tę sytuację – mężczyzna też może spotykać się z przejawami seksizmu w domu. Powiedzmy, że właśnie rzucił pracę, rzuca lub chce ją rzucić, ale boi się, bo jest jedynym żywicielem rodziny. I myśli, że jak mu się coś stanie, to bliscy sobie nie poradzą. To jest ogromny ciężar. I łatwo można z niego zrobić pułapkę na mężczyznę. Bo przecież nie jest tak, że tylko on musi utrzymywać wszystkich. Podobnie jak nie tylko on musi zmieniać żarówki czy opony i odprowadzać auto do warsztatu.

Seksizm pojawia się wraz z przekonaniem, że dana osoba redukowana jest do pewnej roli czy czynności, które ma wykonać. Jesteś kobietą lub jesteś mężczyzną i dlatego musisz to robić. Aby z relacji wyeliminować to podejście, trzeba długo rozmawiać o wzajemnych potrzebach i oczekiwaniach. Na przykład tak: „Słuchaj, do tej pory to robiłem/robiłam, ale już mi nie pasuje, może byśmy coś zmienili? Jak to widzisz?”.

Ken i Barbie

Seksizm przejawia się też w różnych sytuacjach społecznych. Zacznijmy od hostess, atrakcyjnych dziewczyn, które mają za zadanie swoją seksualnością promować produkt – herbatę, gazetę, felgi samochodowe. Branża nie gra roli, liczą się ich kobiece atrybuty. Na podobnej zasadzie często zatrudnia się kelnerki czy sekretarki. To redukuje je do bycia obiektem seksualnym i jest seksizmem.

Ale w drugą stronę seksizm znów działa. Feminizm zrobił dużo dobrego dla kobiet, dał im siłę do walki o swoją godność. Podczas gdy kobiety mówią o tym głośno, mężczyźni milczą. Jednocześnie w mediach promowane są niezdrowe wzorce męskości. Nikt już nie zaprasza kobiet chorych na anoreksję do telewizji, żeby porozmawiać z nimi o zdrowej diecie, ale bigorektycy, czyli mężczyźni ze sztucznie przerośniętą masą mięśniową, stają się ekspertami od fitnessu. Podobnie na okładkach męskich magazynów jako wzorzec idealnej sylwetki często prezentowani są panowie, którzy utrzymują taką formę za pomocą sterydów, niszcząc przy tym swoje zdrowie. Wielu z nich umiera. I o ile od dawna mówi się o tym, że kobieta nie może wyglądać jak lalka Barbie, to w przypadku mężczyzn takiego tematu nie ma. A nikogo nie powinno się traktować przez pryzmat ciała, tylko przez pryzmat tego, jakim jest człowiekiem.

Bo "okres jej się zbliża"

W pracy głównym przejawem seksizmu są nierówne zarobki – często mężczyźni na tym samym stanowisku zarabiają więcej niż kobiety. Ale seksistowskie jest również mówienie: „Ona jest nie w humorze, bo ma napięcie przedmiesiączkowe” albo odwoływanie się do wyglądu czy cielesności. Kobiety spotykają się z tym bardzo często. Przykład – mężczyźni, którzy zwracając się do nich, nie tytułują ich odpowiednim stopniem naukowym czy stanowiskiem (jak to robią w stosunku do siebie nawzajem), lecz używają zwrotu typu „ładniutka”, „milutka”, „kochaniutka”. Oczywiście panowie też bywają tak traktowani: robią to klientki w restauracji, komentując wygląd kelnerów, czy studentki, oceniając pośladki swoich wykładowców. Jeśli moje kwalifikacje są oceniane przez sposób, w jaki wyglądam czy się prezentuję, to jest to nie fair. I należy wtedy głośno reagować. Bo jeżeli występuję w roli zawodowej i wszystko jedno, czy to jest prezentacja jakiegoś produktu, czy wykład naukowy, a ktoś się do mnie zwraca per „kochaniutki” lub „przystojniaczku”, to nie powinienem na coś takiego pozwalać. Reagujmy na to wszyscy!

Seksizm to nie jest podziwianie urody, to dyskryminacja. Przecież „ładna kobieta” to nie to samo co „niezła laska”. Bo „laska” sprowadza kobietę do obiektu seksualnego. Dlatego w pewnych miejscach czy sytuacjach nie mają racji bytu nawet komplementy. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby stwarzać wysokie standardy funkcjonowania w społeczeństwie.

Przykład idzie z domu

Już w przedszkolu chłopcy i dziewczynki powinni widzieć, że są traktowani równo, choć różnią się między sobą. I potem powinno to być kontynuowane na kolejnych etapach szkolnej edukacji. Potrzebne są działania systemowe, ale sami rodzice też powinni wykonać pewną pracę. Muszą mieć większą świadomość swoich decyzji, bo nawet lalka, którą wybierają, kreuje świat dziecka. Ważne jest też, jak ubieramy nasze dzieci. Dziś dziewczynki w podstawówkach wyglądają jak małe lolitki, a dziewczyny w gimnazjum jak dorosłe kobiety. Bajki, filmy, gry komputerowe i teledyski wpychają je w rolę obiektu seksualnego. A chłopcy trafnie odczytują ten komunikat. Dlatego ważne, co oglądają nasze dzieci.

Warto również zwrócić uwagę na to, jak się do siebie odnosimy i jak komentujemy rzeczywistość. Jeśli w domu jest włączony telewizor i pojawia się w nim puszysta prezenterka w obcisłej sukni, a tata lub mama mówią: „No, ona to chyba nie ma w domu lustra”, niech nie oczekują, że ich dziecko będzie zachowywało się inaczej. Każdą zmianę trzeba zacząć od siebie. Jeżeli będziemy mieli przekonanie, że zarówno nam, jak i innym szacunek się należy, to tego nauczy się nasze dziecko. A jeśli będziemy przyzwalać na niewybredne uwagi w stosunku do siebie i innych, to zaprogramujemy je na seksistę.