1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Męski kryzys seksualny - jak odbija się na związku?

Męski kryzys seksualny - jak odbija się na związku?

Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Gdy seks w miłosnej relacji staje się obszarem władzy, dominacji czy karania, związek przeżywa ciężką próbę – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On nie ma ochoty na seks – donoszą już nie tylko 40-latki zaniepokojone jego kryzysem połowy życia, ale także 30-latki. Seks przestał był atrakcyjny dla młodych mężczyzn? Kobietom z pewnością chodzi o seks partnerski, intymny, związany z czułością, otwartością…

Właśnie o taki.
Coraz częściej nawet młodzi, dwudziestokilkuletni, zdrowi, przepełnieni hormonami mężczyźni czują niepokój na myśl o doświadczeniu seksualnej otwartości. Co innego seks sportowy, fizjologiczny, szybki numerek – każdy mężczyzna to potrafi. Wbrew pozorom ekstaza miłosna dla wielu mężczyzn może być – i jest – źródłem niepokoju, a czasami wręcz przerażenia.

Przerażenia?
Czasy, w których żyjemy, nie sprzyjają kontaktowaniu się ze swoją wrażliwością. Intymny związek, intymny seks wiążą się z głębokim kontaktem ze sobą, z odsłanianiem się, z czułością, i to nie przez chwilę, ale na stałe. To wciąż dla wielu mężczyzn nieznany ląd.

Stąd lęk?
Związany także z utratą kontroli. Rozmawiam z młodym mężczyzną, który skarży się, że nie może spać. Pytam, co złego by się stało, gdyby jednak zasnął. Jest zdenerwowany na samą myśl o tym, ponieważ wtedy nie wiedziałby, co się dookoła dzieje. Dlatego najchętniej w ogóle by nie spał. Wyobraźmy sobie takiego mężczyznę w objęciach z ukochaną, oddającego się ekstazie miłosnej… Nie do wyobrażenia, prawda? To, oczywiście, skrajny przypadek, jednak wielu mężczyzn w jakimś stopniu odnajdzie w nim siebie. Boimy się utraty kontroli, ponieważ nie wiemy, co się wydarzy, jakiego siebie wówczas spotkamy. Co innego płatny seks. Tu wszystko jest proste. Nie trzeba czułości, otwartości, jest transakcja – to do mężczyzn przemawia. Znają świat transakcji. Zwierzają się: „Jaka ulga! Wiem, na co się decyduję, usługa wykonana, kładę pieniądze na stół, wychodzę”. Pełna kontrola.

To dopiero skrajny przypadek.
Nierzadki. Zwracam uwagę na to, jak trudno współczesnym mężczyznom otworzyć się na miłość, na seks, który nie jest usługowy, produktywny. Ostatnio jeden z mężczyzn podzielił się ze mną niezwykłym dla siebie odkryciem: „Nie ma lepszego lekarstwa na stres niż seks! Są na to badania!”. Znalazł racjonalny powód, zredukował napięcie. Jednak w głębokim miłosnym związku seks nie służy żadnym pobocznym celom, choć, oczywiście, efekty poboczne mogą być. Służy jedynie doświadczeniu jedności, całości, wspólnej ekstazy. To właśnie tego wymiaru siebie mężczyźni tak bardzo się boją. Nie wiedzą, w jaki sposób to nieprzewidywalne, nieracjonalne, trudne do zdefiniowania przeżycie moglibyśmy dopasować do swojej tożsamości. Paradoksalnie boją się tego, za czym najbardziej tęsknią. I przed czym uciekają. Czasem przez całe życie.

A my, kobiety, staramy się, najczęściej neurotycznie, nadmiarowo. Czegóż nie próbujemy! Nie ma ochoty na seks? Schudnę, zrobię wystrzałowy makijaż, spódniczka mini, seksowna bielizna, kolacja przy świecach…
Tak, to są częste skargi kobiet: „O co chodzi? Co się stało? To ja mam teraz o niego zabiegać? Prosić o seks?”. Dobre, przyjacielskie związki przeżywają kryzys, ponieważ kobieta nie czuje zaangażowania, namiętności. Im bardziej ona wymaga, tym bardziej on się wycofuje. Ona goni, on ucieka. W końcu idzie jak na ścięcie. To mogłoby być zabawne, gdyby nie rodziło tak wiele cierpienia. Mężczyzna zaczyna więc traktować intymny kontakt jako zadanie do wykonania, obowiązek. Boi się, że nie sprosta; boi się impotencji, wczesnego wytrysku. Nie chce zawieść, rozczarować, popsuć tego, co jest, więc woli unikać, nie narażać się.

To rozwściecza kobietę.
Tak, zaczynają się napięcia, spory nie wiadomo o co. Jeśli sytuacja się przeciąga, kobieta zaczyna się interesować innymi mężczyznami i mówi o tym. To z kolei budzi furię zazdrości w nim. Kłopot w tym, że lęki, które mężczyźni odczuwają, nie są przez nich uświadomione. Kobieta wysłuchuje coraz to nowych racjonalizacji. On nie może, bo bierze leki i właśnie doczytał, że takie mogą być skutki uboczne. A poza tym przeciągająca się choroba osłabiła organizm energetycznie. Jest przemęczony. Przeżywa trudny okres w pracy. Kończy duży projekt. Ale gdy już go skończy… Na początku te racjonalizacje brzmią logicznie i rokują na przyszłość – no, bo w końcu kiedyś przestanie brać te leki i skończy projekt. Niestety, najczęściej jest tak, że choroba ustępuje, projekt się kończy, ale problem pozostaje. Jednak mężczyzna się nie poddaje, ma w zanadrzu kolejne racjonalizacje i uniki: teraz po tej wyczerpującej chorobie, po ciężkim okresie w pracy musi doładować akumulatory, wzmocnić się. To kobietę przygnębia, bo ileż można słuchać tego samego. Związek coraz bardziej słabnie. Rozstanie wydaje się nieuniknione.

Wiele kobiet mówiło mi, że mąż, partner „odciął” je od seksu, gdy zaczęły robić karierę, zarabiać więcej od niego…
To jest rodzaj biernej agresji, która – niestety, także nieuświadomiona – rządzi psychiką wielu mężczyzn. Taka jesteś we wszystkim świetna, takie masz sukcesy, ale TEGO ode mnie nie dostaniesz. Wielu partnerów znanych artystek, wziętych biznesmenek mówiło mi, jak fatalnie czują się, gdy w towarzystwie, na spotkaniu rodzinnym to one są na piedestale, je się docenia, chwali, podziwia.

A ona potrzebuje jego zachwytu i adoracji.
Nie dostaje tego, ponieważ mężczyzna nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. Nie zna siebie. Nie rozumie swoich wewnętrznych napięć i konfliktów. Nie wie, co go blokuje, czego się obawia. Nie wie, co czuje i czego potrzebuje. Jest rozdrażniony, zirytowany, obrażony. Zaczyna więc karać i manipulować seksem. Tu ma władzę. Fatalne. Dla związku równia pochyła. Seks to sfera miłosnego spełnienia; spełniony seks jest przejawem spełniającej się relacji. W żadnym razie intymność nie może być obszarem władzy, dominacji, karania czy szantażu. Oczywiście, w świecie to się zdarza. W związkach miłosnych też. Jednak nie o to chodzi. Niczego w ten sposób nie wygrywamy. Osłabiamy siebie i więź z najbliższą osobą.

Na zewnątrz to wygląda jak niechęć do seksu. Co jest pod spodem, w psychice?
Niewyrażone frustracje. Żal do losu, do świata, do siebie, przekierowany na partnerkę. Niskie poczucie własnej wartości. Bardzo często niewyrażony ból i smutek wewnętrznego chłopca. Nie sposób namiętnie się kochać, kiedy odczuwa się smutek. Warto poświęcić trochę czasu, aby zająć się wewnętrznym chłopcem, który potrzebuje zaopiekowania, wsparcia. Chłopcy w dzisiejszym świecie nie przechodzą męskiej inicjacji w dorosłość. Mężczyźni nadrabiają edukacją, jednak rzadko zajmują się nierozbrojonymi lękami, obawami, poczuciem winy, wstydu, bezradności. Nie mają okazji zintegrować – jak to się fachowo mówi – serca z miednicą. Oddzielają seks od miłości romantycznej. Bardzo często seks skojarzony jest z poczuciem winy.

Od czego zacząć?
Najważniejsza jest świadomość. Jakie cele sobie stawiam? Czego chcę? Na czym naprawdę mi zależy? Bardzo często wygląda to tak, że mężczyzna niby godzi się z tym, że partnerka zarabia dwa, trzy razy więcej od niego. Że odnosi sukcesy. Że nie ma jej w domu, bo wyjeżdża na tournée czy w delegację. Że to on zajmuje się sprawami rodziny, robi zakupy, dba o dzieci. No więc niby się godzi, a jednak ze smutkiem, żalem i wstydem mówi: „Wiesz, jestem taką kurą domową”. A przecież mógłby powiedzieć: „Jestem dobrze zorganizowanym, koordynującym wszystko gospodarzem, troskliwym ojcem”. Gdy nazywa siebie kurą domową, to jaki obraz wyłania się z nieświadomości? Kogoś zaniedbanego, kto prowadzi życie o małej wartości. Czy doceniam siebie? Czy wybieram to, czym się teraz zajmuję? To są ważne pytania.

Czasem odpowiedź brzmi: „I tak, i nie”.
Te wewnętrzne konflikty także trzeba dogłębnie zbadać. Pamiętam mężczyzn, którzy na terapii małżeńskiej mówili, że źle się czują w domu. Kobiety deklarowały wówczas, że w takim razie nie przyjmą kolejnego awansu, żeby być więcej z rodziną, zatrudnią pomoc do dzieci, a mężczyzna znajdzie lepiej płatną pracę. Na to mężczyźni: „No nie, przecież dzieci potrzebują ojca, a nie opiekunki!”. Kobiety nie dawały za wygraną: „Zrezygnujmy więc z dużego domu, z drogiego samochodu, żyjmy skromniej, oboje będziemy mieli więcej czasu dla siebie i dla dzieci”. Za każdym razem, gdy ona coś proponowała, on się krzywił, wymyślał kontrargumenty; tak źle i tak niedobrze.

W jakimś sensie mężczyznom jest więc wygodnie tak, jak jest.
Nie przyznają się do tego; narzekają, ale nie chcą niczego zmieniać. To najlepszy przykład niepanowania nad sobą, nieświadomości, w jakiej żyjemy; tracę ochotę na seks, ponieważ widzę kobietę jako źródło własnego niespełnienia, frustracji i żalu. Ale to nie kobieta jest tym źródłem. Ja nim jestem. Warto pamiętać, że kryzysy otwierają przestrzeń do rozwijania samoświadomości, uczciwego badania siebie. Przydałoby się lustro, żeby spojrzeć sobie w oczy i szczerze odpowiedzieć na kilka pytań. Czy sposób, w jaki żyję, mnie satysfakcjonuje? Czego w sobie nie akceptuję? Co mogę zmienić? Co chcę zmienić? W jaki sposób zmiana, której dokonam, wpłynie na mnie i na najbliższe mi osoby?

Zaczęliśmy tę rozmowę od frustracji kobiet…
Tu nie chodzi tylko o zaspokojenie kobiety. Nam, mężczyznom, przydałaby się świadomość, że satysfakcja seksualna pozwala przekroczyć problemy rodzinne i zawodowe. Można być ze sobą blisko w różnych obszarach życia, jednak gdy brakuje tej szczególnej bliskości, brakuje doznań szczytowych, mistycznego domknięcia, dopełnienia. Brakuje czegoś, co wykracza poza dobrą organizację, prosperity; poza wszystko, co da się uporządkować, zaplanować, skalkulować i skontrolować. Poza wszystko, co znane. Po co nam mistyka w świecie, który wymaga przede wszystkim operatywności i sprawności?! Okazuje się jednak, że ten brak sprawia, iż to, co tak świetnie zorganizowane i uporządkowane, zaczyna się rozsypywać albo wygasa, wyczerpuje się. Kobiety to intuicyjnie czują. I podnoszą alarm. To dla nas wyzwanie i szansa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Kochasz tak, jak oddychasz

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kiedy podczas seksu oddychamy głęboko, w naturalnym rytmie, doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała przekazują sobie uczucia, skóra staje się bardziej wrażliwa – mówi Grzegorz Pawłowski, autor książki „Oddech. Oddychaj świadomie, żyj pełniej”.

Ciało. Są na nim miejsca, których pieszczenie daje nam szczególnie wiele przyjemności. Ale bywa, że przyjemności towarzyszą zaskakujące uczucia zażenowania lub nawet dreszcze niechęci czy bólu. Pupa na przykład jest szczególnie wrażliwa na dotyk. Jednak też w pupę dostawaliśmy jako dzieci zawstydzające klapsy, bolesne uderzenia paskiem czy zastrzyki. Kiedy mężczyzna głaszcze, pieści, całuje pośladki kobiety – jest jej cudownie. Bywa jednak, że zmysłowej przyjemności towarzyszy cień zawstydzenia, niechęci, a nawet bólu. Skąd? Łatwo pomyśleć, że ona po prostu nie chce, by ją dotykał, że go nie kocha. Wcale nie. Jej odczucia mogą wypływać z przeszłości, z tego, co przeżyła jako dziecko, o czym wydawało się, że nie pamięta. Nie pamięta, ale jej ciało te bolesne odczucia jakby zapisało. A teraz dzięki poruszeniu, jakie wzbudził seks, to, co wtedy czuła, „wyszło z ciała na powierzchnię świadomości”. Jeśli zabraknie jej ciekawości, skąd ta niechęć, może uznać, że nie lubi pieszczot albo nawet w ogóle seksu. Może urazić bliskiego sobie człowieka, odrzucając go.

– Szkoda by było, bo ciało można oczyścić z bolesnych przeżyć i otworzyć na naturalne odczuwanie przyjemności – mówi Grzegorz Pawłowski, trener i life coach pracy z oddechem. – Transformujący oddech nam w tym pomoże.

To technika polegająca na uwolnieniu się od bolesnych przeżyć poprzez pracę właśnie z oddechem. Psychiatra Wilhelm Reich i psycholog Alexander Lowen to prekursorzy psychoterapii poprzez ciało i oddech. Ich drogę kontynuuje Grzegorz Pawłowski, twórca praktyki transformującego oddechu.

– Zastosowanie transformującego oddechu nie wymaga stu lat praktyki ani szczególnych umiejętności – wyjaśnia life coach. – Na początek wystarczy skupić się na oddechu, wyobrażając sobie, że dociera on właśnie w to miejsce, które odczuwa zawstydzenie czy ból. Zwizualizować sobie, że tym miejscem w ciele oddychamy. Wówczas razem z każdym wydechem ciało się oczyszcza, a my odzyskujemy naturalny sposób odczuwania.

Oczywiście, nie dzieje się to od razu, czasem koniecznych jest kilka sesji, ale zawsze, niezależnie od tego, jaka była przyczyna „zaburzenia”, oddech pomaga.

– Seks jest przestrzenią okołoterapeutyczną, bo może obudzić zaskakujące doznania. Uruchamia uczucia, od których dawno się odcięliśmy – mówi Grzegorz Pawłowski. – Dlatego czasem w łóżku kobieta płacze, a mężczyzna czuje złość lub odwrotnie – mężczyzna czuje się małym chłopcem, a kobieta jest rozczarowana. Nieważne, jakie uczucie się pojawiło, razem z nim pojawia się ten, kto go doświadczył, czyli zazwyczaj my z czasu, kiedy byliśmy dziećmi.

Oddech transformujący może pomóc płaczącej dziewczynce i złoszczącemu się chłopcu. Energia skrzywdzonej dziewczynki blokowała w dorosłej kobiecie seksualność. Tak jak energia skrzywdzonego chłopca blokowała w mężczyźnie kontakt z męskością.

Teraz ich życie seksualne może zostać uzdrowione. Ważne więc, by gdy pojawiają się np. łzy czy frustracja, nie uciekać. A jeśli już, to wrócić i podzielić się tym, co się przemyślało: „Chcę, żebyś wiedział, że poczułam w seksie coś, czego się przestraszyłam”. Warto nie uciekać od takich doświadczeń, bo dzięki oddechowi możemy odnaleźć przyczynę swojego lęku i oczyścić z niej ciało, uczucia i umysł. Kochać, przeżywać więcej dobrych uczuć i móc doświadczać pełniej pieszczot.

Blokujące przekonania

– Są kobiety i mężczyźni, którzy twierdzą, że seksu nie lubią. Są też tacy, którzy mówią, że palą, bo lubią – śmieje się trener. – Niechęć do seksu bywa rezultatem nieświadomego zakazu, bo seks jest czymś naturalnym i żeby go nie chcieć lub nie lubić, trzeba mieć jakieś przykre, blokujące doświadczenia. Na ich podstawie podejmujemy wówczas decyzję, że seks jest nie dla mnie. I ta decyzja małego dziecka, które przeżyło szok zawstydzenia czy lęku, zakłóca dorosłą miłość.

Przekonania, które kontrolują nas i naszą seksualność, powstają z myśli, którym towarzyszyły silne emocje. Patrząc np. na zawstydzoną, upokorzoną nagością mamę, córka uczy się, że ciało i seksualność są złe. Silne emocje powodują reakcje ciała: skulenie, rumieńce itp., ciało je zapamiętuje jako reakcję na nagość czy bliskość fizyczną. W życiu zawstydzonej dziewczynki nagie ciało nie będzie przyjmowane naturalnie. Przekonania zakłócają i zubożają nasze reakcje i odczucia także dlatego, że zakłócają oddech: spłycając go i wydłużając przerwy między wdechem a wydechem. Kiedy się rodzimy, kiedy śpimy głębokim snem, nasz oddech jest płynny: wdech przechodzi w wydech. Nie ma między nimi przerw. Kiedy przeżywamy silne emocje – a do nich należy lęk przed bólem czy poniżeniem – odruchowo wstrzymujemy powietrze. Robimy to automatycznie tak jak wtedy, gdy kulimy się, kiedy chcemy ochronić się przed ciosem. Wstrzymanie oddechu pomaga nam odciąć się od ciała, od tego, co ono czuje, i od tego, co czuje nasze serce.

Jeśli mocno i długo doświadczaliśmy lęku czy wstydu, zapewne został zakłócony na stałe nasz naturalny rytm oddechu – interwały między wdechem a wydechem są znaczne. Trudniej nam też powiedzieć, co czujemy. Wstrzymując oddech, odcinamy się nie tylko od bólu czy trwogi, ale też od rozkoszy.

Kobiecość jako zagrożenie

Oddech wody – tak nazywa się jedna z technik oddechowych, która oczyszcza energię kobiecości. Polega m.in. na delikatnym wysuwaniu miednicy do przodu, a następnie cofaniu, przy czym ruch do przodu wykonujemy na wydechu, a do tyłu na wdechu. Elementem oddechu wody jest także ruch kolisty bioder przy właściwej sekwencji wdechu i wydechu. Jeśli tym, wydawać by się mogło, prostym ćwiczeniom towarzyszy świadomy oddech, w ciele mogą się pojawić zaskakujące odczucia i myśli, np. niechęć do własnej kobiecości: „Tak tyłkiem ruszają tylko puszczalskie!”.

– Podczas sesji transformującego oddechu kobiety podobnie jak mężczyźni często odkrywają w sobie nieuświadomione, wyniesione z kultury, blokujące oddech przekonania. Radość życia i miłości zakłócają im często nieświadome przekonania dotyczące kobiecości (np. że jest „brudna i grzeszna”) albo męskości („On chce tylko jednego, wykorzysta i odejdzie”). Wówczas praca z transformującym oddechem może pomóc, by ciało stało się w umyśle kobiety „piękne i niosące rozkosz”, a mężczyzna „opiekuńczy i silny”.

– Zazwyczaj u kobiet te przekonania wyrażają się w formie oporu przed odczuwaniem przyjemności zmysłowej – tłumaczy Grzegorz Pawłowski. – W ich ciele zapisana bywa pamięć babć czy matek, a nawet całych pokoleń kobiet, które cierpiały z powodu przyjemności seksualnej. Bo przecież kobieta otwarta na zmysły, atrakcyjna nazywana bywa łatwą. Ten motyw obecny jest choćby w filmie „Malèna”. Z tego lęku stanowiącego dziedzictwo kulturowe kobiet można się oczyścić, a dzięki transformującemu oddechowi odzyskać kontakt ze swoją kobiecością.

Po co terapia oddechem?

– Kobiety często przychodzą na sesje oddechowe, by pomóc sobie w depresji czy w poczuciu życiowego zagubienia. Powodem może być kryzys w związku, rozstanie czy problemy w pracy, nie bywa nim natomiast brak ochoty na seks, kłopoty z orgazmem czy wstyd – mówi Grzegorz Pawłowski.

Ale podczas sesji transformującego oddechu razem z energią życiową można – nawet nie myśląc o seksualności – odzyskać libido. Przykład uzdrawiającego działania oddechu to np. doświadczenie 35-letniej kobiety, od której odszedł mąż, zostawiając ją samą z trojgiem małych dzieci. Nie chciała żyć, a co dopiero się kochać. Po kilku sesjach oddechowych odzyskała radość życia mimo odczuwanej ciągle straty. Zaczęła też promieniować erotyzmem, który każdy w niej wyczuwał. Szybko pojawił się zainteresowany nią mężczyzna i mogła dokonać wyboru, czy chce nowego związku.

– Kiedy ktoś mówi: „Czuję się zablokowany seksualnie”, to zaczynamy pracę nad tym zablokowaniem – tłumaczy trener. – Jeśli stwierdzi: „Chcę sobie pozwolić czuć więcej przyjemności”, to mamy punkt wyjścia. Może się okazać, że podczas pracy nad oddechem pojawi się w ciele jakieś odczucie, a wraz z nim myśl, np. że dotyk jest „brudny”. Wtedy zaczynamy nad tym pracować i uwalniamy potencjał erotyczny.

Dwa rodzaje seksu

Warto zainteresować się tym, jak oddychamy, kochając się, bo ze względu na oddech możemy mówić o dwóch rodzajach seksu i o tym, czy on buduje emocjonalną więź między kochankami.

Pierwszy rodzaj: kiedy wstrzymujemy oddech. Wtedy zazwyczaj nasza seksualność nastawiona jest na szybkie rozładowanie napięcia, czyli na sam orgazm. To stereotypowo męska postawa. Taki seks nie buduje bliskości.

Drugi rodzaj seksu i oddychania oparty jest na naturalnym rytmie wdechu i wydechu: głębokim, z małymi interwałami. Dwoje tak oddychających ludzi nastawionych jest na czułość, delikatność – na współodczuwanie. Na bliskość. Tradycyjnie taki rodzaj seksu jest bardziej kobiecy.

Kiedy więc podczas miłości oddychamy świadomie – czego można się nauczyć – doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała komunikują się, przekazują sobie uczucia.

– Gdy wyobrazimy sobie, że „oddychamy” miejscem, które dotykamy u partnera, jego i nasza skóra stają się bardziej wrażliwe. Bardziej też jesteśmy obecni, bardziej tu i teraz. Intymniej ze sobą – mówi Pawłowski.

– Ludzie nie przychodzą do mnie po to, aby mieć lepszy seks. Ale dzięki zmianie, jaka dokonuje się w ich życiu za sprawą siły transformującego oddechu, ich życie seksualne staje się dużo bardziej żywe. Esencją mojej pracy z oddechem nie jest sam oddech, ale to, żeby czuć radość bycia sobą w każdej chwili, i kiedy jesteś sama, i kiedy jesteś z bliską osobą, i kiedy jesteś w grupie. To nie stan wieczny i ekstatyczny, ale może się pojawiać coraz częściej. To podstawa udanego życia i udanego związku. Odrzucam mit dwóch połówek, które muszą się ze sobą skleić, by tak się poczuć.

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. Oddech pomaga jej odkryć pełnię doznań ciała. Poczuć, jak przepływa energia seksualna. Energia ta nie musi być od razu rozładowana w sypialni. Po prostu można się nią cieszyć, czuć, jak płynie przez ciało. Kobieta cała emanuje taką seksualnością, co sprawia, że staje się wyjątkowo atrakcyjna. Kiedy poznaje mężczyznę świadomego swojej seksualności, otwartego, to jej życie diametralnie się zmienia. Seks? Nie on jest najważniejszy, najważniejsze jest spotkanie z samą sobą poprzez spotkanie z drugim człowiekiem. Oddanie siebie i bycie zaakceptowaną.

– Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma wszystkie narzędzia, by być szczęśliwymi. – mówi Grzegorz Pawłowski. – Warto znaleźć te, które okażą się pomocne nam samym. Może będzie to właśnie transformujący oddech?

Dzięki praktycznym poradom i ćwiczeniom nauczysz się w prosty sposób wykorzystywać oddech do poprawienia jakości swojego życia. Poznasz wartościowe narzędzia i przyswoisz cenne umiejętności. I co najważniejsze – szybko zaczniesz widzieć i czuć efekty w codziennym życiu.

  1. Seks

Niskie libido – o co należy siebie zapytać?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Zmniejszone potrzeby seksualne mogą się pojawiać tymczasowo w różnych okresach życia. Zdarzają się momenty, w których jedna sfera staje się najważniejsza i podporządkowuje się jej inne.

Tymczasowa koncentracja na pracy, nauce czy dziecku w sposób oczywisty może wpływać na potrzeby seksualne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego (jeżeli zawsze spędzasz długie godziny w pracy, nie oszukuj się – z jakiegoś powodu nie masz ochoty wracać do domu). Co jednak zrobić, kiedy pozostaje się w satysfakcjonującym związku i teoretycznie chce się uprawiać seks, ale w praktyce okazuje się to niemożliwe i prowadzi nie tylko do obniżenia nastroju, lecz także do pogorszenia relacji między partnerami/partnerkami?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. Jeżeli znajdziemy się takiej sytuacji, to nie powód do paniki i zadręczania się. Warto wtedy spokojnie zastanowić się nad całą naszą sferą seksualną i emocjonalną oraz dokonać swoistego bilansu. Jeżeli wnioski sprawią, że coś w sobie zmienimy albo przekształcimy relację z partnerem, doświadczenie to okaże się zbawienne.

Dobra relacja i możliwość komunikowania swoich potrzeb dają podstawę do satysfakcjonującego seksu. Jeżeli w związku jest przemoc, jedna ze stron zmusza drugą do niechcianych zachowań seksualnych albo nie potrafimy pokazać, że coś nam nie odpowiada, potrzeby seksualne w sposób naturalny będą minimalne.

W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • czy od początku uważałam partnera/partnerkę za atrakcyjnego/atrakcyjną fizycznie i seksualnie? Czy w naszej relacji dominowała raczej czułość i przyjaźń?
  • czy byłam zadowolona podczas naszych pierwszych kontaktów fizycznych? Jakim kochankiem okazał się mój partner? Czy mojej partnerce zależy głównie na swojej przyjemności?
  • czy wspólnie dbaliśmy o siebie podczas seksu? Czy także poza sypialnią partner okazuje mi szacunek i przywiązanie? Czy przedyskutowaliśmy sprawę antykoncepcji i czuję w pełni bezpieczna?
  • czy możemy otwarcie rozmawiać i wyrażać swoje potrzeby? Czy jestem przekonana, że kobieta ma prawo domagać się satysfakcjonującego seksu i to robię? Czy mówienie o seksualności wywołuje u mnie wstyd i wolę nic nie mówić? Czy komunikowałam to, czego chcę i czy było to brane pod uwagę?
  • czy mój partner zmienił się? Czy jest w nim coś, co mnie szczególnie niepokoi? Czy pojawia się coraz więcej napięć i konfliktów? Czy moja partnerka robi coś, co mnie denerwuje i nie możemy dojść do porozumienia?
  • czy zmieniłam się fizycznie? Czy chętnie oglądam się nago i akceptuję swoje ciało? Czy podczas seksu koncentruję się na tym, jak wyglądam i czy widać moje fałdki, cellulit i rozstępy zamiast skupić się na przyjemności?

Odpowiedzi na te pytania mogą boleśnie nas zaskoczyć. Warto badać swoje reakcje, szczególnie wtedy, kiedy czujemy jakiś dyskomfort. Nie próbujmy same przed sobą tłumaczyć partnera lub partnerkę: „ale ja go kocham”, „nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją zostawić”. Nierozwiązane problemy seksualne same się nie rozwiążą. Konfrontacja z nimi to podstawa poradzenia sobie.

Zbyt łatwo wpada się w pułapkę najłatwiejszego rozwiązania. Wydaje się nim medycyna – kobiety szukają cudownego leku, który przywróci libido i energię. Na forach internetowych można znaleźć wiele pytań o dostępne na rynku suplementy. Jak sama nazwa wskazuje nie mają one statusu leków, czyli udowodnionego działania, więc ewentualnie można je potraktować jako placebo i przyjmować przez krótki czas. Nawet jeżeli naukowcy wymyśliliby cudowną pigułkę (a jeszcze do tego nie doszło), to i tak jej przyjmowanie jest rozwiązaniem tymczasowym.

  1. Seks

W seksie trzeba dać sobie przestrzeń

Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Uniemożliwiają to ukryte urazy, pod którymi są zranienie lub strach. (Fot. iStock)
Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Uniemożliwiają to ukryte urazy, pod którymi są zranienie lub strach. (Fot. iStock)
Partnerzy znacznie częściej zaczynają romansować z innymi nie wtedy, kiedy się od siebie oddalają, ale kiedy są zbyt blisko – twierdzi szwedzka seksuolog dr Dagmar O’Connor.

Nawiązując do tytułu pani najsłynniejszej książki: naprawdę można kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić?
Jak najbardziej. Choć trzeba przyznać, że obecnie żyjemy o wiele dłużej niż nasi przodkowie – oni dożywali ledwie 30 lat, wcześnie zakładali rodziny, mieli dzieci i wcześnie umierali. Dziś zdarza się, że wiążemy się z kimś, mając powiedzmy dwadzieścia kilka lat, i stajemy przed perspektywą co najmniej kilkudziesięciu lat wspólnego życia. To prawdziwe wyzwanie dla związku. Bo jak tu fascynować się sobą i seksem przez tak długi czas? Z mojego doświadczenia, a zajmuję się terapią par od 40 lat, wynika, że małżonkowie znacznie częściej zaczynają romansować z innymi nie wtedy, kiedy się od siebie oddalają, ale kiedy są zbyt blisko.

O, to ciekawe!
Jest oczywiście różnica między jednym romansem w życiu a notorycznymi zdradami. Jeśli zawsze wikłasz się w trójkąty, to znaczy, że wiecznie jesteś niezadowolona z tego, co masz.

Najważniejszą rzeczą w związku jest przestrzeń. Jeżeli jedna osoba zbytnio zbliża się do drugiej, tamta odsuwa się od niej, i na odwrót. Są osoby, które nie potrafią inaczej wywalczyć dla siebie przestrzeni niż poprzez sprowokowanie konfliktu. Uczę ich tego, by komunikowali się ze sobą na temat swoich potrzeb, żeby mogli rozpoznawać, kiedy zaczynają się dusić w parze, i wtedy na przykład szli na samotny spacer, poczytali sobie książkę, pobyli choć przez chwilę „poza związkiem”.

Ludzie, którzy nie są w kontakcie ze swoim Wewnętrznym Dzieckiem, czyli nie zdają sobie sprawy ze swoich uczuć, mówią zwykle: „Kłótnia wybuchła nagle, po prostu się zdarzyła”. Mówię im wtedy: „Nie, to nieprawda, to się nie dzieje ot, tak. Co się wydarzyło przed kłótnią?”. I wtedy słyszę: „To był taki piękny dzień, byliśmy sobie tacy bliscy, trzymaliśmy się za ręce”. I już wiem, że byli ze sobą za blisko, więc żeby się od siebie odseparować, musieli doprowadzić do kłótni.

Znam jedną parę, która za każdym razem, gdy miała bardzo bliski, zmysłowy seks, rozkręcała kłótnię. W końcu umówili się, że kiedy zrobi się między nimi naprawdę błogo i intymnie, jedno z nich pójdzie na przechadzkę wokół bloku.

Inna kobieta kończyła każdy związek, gdy czuła, że wchodzi w zaawansowaną fazę. Wspólnie odbyłyśmy podróż do jej przeszłości. Okazało się, że kiedy była dorastającą dziewczynką, lubiła siadać ojcu na kolanach – nie było w tym nic zdrożnego – czysta miłość córki do ojca. Jednak wtrąciła się matka. Zaczęła krzyczeć na ojca: „Koniec z tym, ona już dojrzewa!”. I zepchnęła ją z kolan taty. Wytworzył się w niej taki schemat: kiedy będziesz z kimś za blisko, on cię odepchnie. Dlatego porzucała mężczyzn, żeby nie być porzuconą.

Czy każdy ma problem ze zbyt dużą bliskością w związku?
Tak, jeśli nie zna siebie dobrze. Intymność z drugą osobą można nawiązać dopiero wtedy, gdy nawiąże się ją ze sobą samym. Nie wiem, czy uda się to przetłumaczyć na polski, ale słowo „intimacy” (z ang. „intymność”) dla mnie znaczy tak naprawdę „into me see” (z ang. „zajrzeć w głąb siebie”). To prawdziwe znaczenie tego słowa.

W niektórych związkach mąż kupuje żonie podpaski, a ona chodzi po domu w maseczce upiększającej. Czy takie zachowania nie zabijają namiętności?
Wszystko zależy od tego, co kogo podnieca. Niektórych mężczyzn podnieca na przykład, kiedy kobieta paraduje w maseczce albo załatwia przy nich czynności fizjologiczne, inni przerażeni wykrzykną: „nie, nie, błagam o więcej prywatności”.

Granice intymności to indywidualna sprawa. Może ona wyrastała w rodzinie, gdzie drzwi były zawsze otwarte, a on musi mieć swoją strefę intymną, swoją prywatność nawet podczas porannego golenia. Trzeba się nawzajem poznać. Wiele osób nie robi tego przed ślubem. Nie pyta swojego partnera o jego upodobania. Bo najważniejsze, że jest porządnym człowiekiem. Ale co to w ogóle znaczy „porządny człowiek”? Może ona wcale nie chce „porządnego człowieka”, tylko „człowieka, który przejmie kontrolę”.

Inni po latach wspólnego życia nie czują się już jak mąż i żona, ale bardziej jak brat i siostra lub matka i ojciec. Pisze pani o tym także w swojej książce…
Myślę, że jeśli małżeństwo czuje się niczym brat i siostra, to musiało być to w ich związku już od początku. Badania pokazały, że wieloletni partnerzy nie widzą siebie nawzajem takimi, jacy są obecnie, ale mają przed oczami obraz drugiej osoby z czasów, kiedy się w niej zakochały. Ta pamięć tkwi w ich głowach. Seksualna atrakcyjność nie jest bowiem związana z wiekiem.

Pracowałam z parami, u których zanikła namiętność. Zaczynałam od informacji o tym, że sam fakt, że ona kiedyś była, oznacza, że może powrócić. Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Zwykle uniemożliwiają to ukryte urazy, a pod złością i agresją bardzo często kryje się zranienie lub strach, a te z kolei w większym stopniu wiążą się z tym, co wydarzyło się w dzieciństwie, niż z tym, co stało się w związku. Jeśli człowiek je zrozumie, zaakceptuje i wybaczy, złość i agresja znikną i namiętność będzie mogła powrócić.

A co z parami, którym sen z oczu spędza strach przed niewiernością partnera?
Mówiłyśmy wiele o potrzebie przestrzeni. Niektóre osoby realizują ją poprzez odsuwanie od siebie partnera na zasadzie: „on mnie już nie kocha, na pewno mnie zdradzi”. Trafiła do mnie kiedyś kobieta, która była przekonana, że mąż jej nie kocha. Tak naprawdę to on wręcz zaciągnął ją na terapię. Kochał ją bowiem ponad życie. I robił wszystko, żeby jej to okazać. A ona go wiecznie odsuwała.

Większość par, które do mnie przychodzą, ma taki problem: on obawia się, że jej nie zaspokoi, ona, że on ją zawiedzie. Co zrobić z takim połączeniem? On musi przyjrzeć się jej problemowi, ona – jego. Jeden trop jest taki: on lub ona w ten sposób budują dystans, drugi: on lub ona nie jest tą właściwą osobą. Ale skoro żyjesz z kimś przez 20 lat, naprawdę sądzisz, że to nie jest dla ciebie właściwa osoba? A może problem tkwi w tobie? Czy to samo myślisz o swoich dzieciach: „to nie jest odpowiednie dziecko dla mnie”? Po prostu je akceptujesz takim, jakie jest.

Wiele par przychodzi do mnie, bo staje przed decyzją: rozwieść się czy nie? Mówię im wtedy: „Tak naprawdę nie interesuje mnie, czy się rozwiedziecie, czy nie. Chcę tylko, żebyście zrozumieli, dlaczego kiedyś wybraliście tego mężczyznę i tę kobietę. A potem możecie podjąć dowolną decyzję”. Zaznaczam, że mam dość wysoki wskaźnik osób, które jednak pozostają razem.

W książce radzi pani, by małżeństwa, które ze sobą prawie nie sypiają, zaczęły od sesji wzajemnego dotykania. Sam dotyk i długo, długo nic więcej.
Tak…, jak się potem okazuje, wiele z nich podczas takich sesji płacze, bo dawno ich nikt tak nie dotykał, trudno też im skupić się na własnych odczuciach, boją się, że w ten sposób okazują się egoistami. A przecież żeby czerpać satysfakcję z seksu, trzeba być egoistą! Jeśli nie wiesz, co sprawia ci przyjemność, jak możesz dać ją drugiej osobie?!

Podobno bardziej obawiamy się bycia dotykanym niż dotykania innych?
To, co najczęściej obserwuję, to jednak strach przed dotykaniem samych siebie. A dotyk potrafi być bardzo relaksujący, dawać spokój, poczucie bezpieczeństwa, pocieszenie. Nie musisz czekać, aż ktoś ciebie dotknie, możesz objąć sama siebie. Jeśli nie znasz mocy swojego dotyku, co wniesiesz do związku?

Dagmar O’Connor, szwedzka seksuolog z tytułem doktora, członkini Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego. Szkoliła się u Mastersa i Johnson, pionierów badań nad naturą ludzkiej reakcji seksualnej. Zajmuje się psychoterapią indywidualną i terapią małżeństw. Jej książka „Jak się kochać z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić” ukazała się po raz pierwszy w 1985 roku i stała się światowym bestsellerem.

  1. Seks

Jak czerpać przyjemność z seksu? Zacznij od nawiązania kontaktu z własną cielesnością

Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią - mówi sex coach Marta Niedźwiecka. (Fot. iStock)
Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią - mówi sex coach Marta Niedźwiecka. (Fot. iStock)
Przyjemność z seksu bierze się tak naprawdę nie z doświadczenia czy odpowiedniej techniki, ale z dobrego kontaktu z własną cielesnością. I od tego swoją pracę najczęściej zaczyna sex coach Marta Niedźwiecka.

Z jakimi problemami zgłaszają się do ciebie pary?
Na przykład odchowały dzieci i nie sypiają ze sobą albo robią to bardzo rzadko. On źle się z tym czuje i ona też. Winią o wszystko dzieci, a tak naprawdę nie radzą sobie z tą zmianą, bo nikt nas nie uczy, jak zrekonstruować więź intymną i emocjonalną po przełomie, jakim są narodziny dziecka. Przy mojej pomocy kobieta i mężczyzna poszukują odpowiedzi na pytanie, co każde z nich z tego związku może wziąć dla siebie.

Narodziny dziecka to katastrofa?
Tak, bo kobieta staje przed gigantycznym wyzwaniem, przeżywa różne silne stany emocjonalne, wypływają też problemy z jej dzieciństwa. Z reguły poświęca się dziecku i zapomina o mężu, a on czuje się odsunięty, więc się nie angażuje. W konsekwencji ona czuje się opuszczona, a opuszczenie to koniec każdej więzi. On jest sfrustrowany, ona też i to narasta, narasta… aż w końcu zaczynają starać się o drugie dziecko, żeby zapełnić tę otchłań. Opieka nad dziećmi to ciężka orka, która odwraca ich uwagę od związku. Po sześciu latach nadchodzi tzw. kryzys szóstego roku, bo dzieci idą do przedszkola i nagle oni stają naprzeciwko siebie jako kompletnie obcy ludzie. Moja praca polega na tym, żeby tę umęczoną kobietę i tego odtrąconego mężczyznę ze sobą spotkać. Podczas coachingu budują na nowo podstawy, które mogliby wynieść ze zdrowej rodziny – dobre przekonania, kontakt z ciałem, umiejętność wnikania w swoje emocje i wreszcie otwartość na sferę seksualności.

Z czym mamy największy problem w sferze seksu?
Dużo kobiet, które do mnie przychodzą, mówi o obowiązku małżeńskim. Zamykają oczy i robią to, bo mąż tego oczekuje… Większość boi się zająć swoją seksualnością, boi się ostracyzmu społecznego. Mamy walczyć z cellulitem, mieć duże piersi i długie rzęsy. Ciało ma służyć do tego, żeby się podobać… komuś. Dlatego potrzebna jest zmiana w świadomości kobiet, dotycząca ich ciała, która przekłada się na ich świadomość życiową. Gdy zyskują kontakt ze swoim ciałem, zyskują też kontakt z emocjami, a wtedy już wiedzą, co się z nimi dzieje, i są świadome, że mają wybór. Zaczynają z tego korzystać i na początku mogą się potykać, ale z czasem zaczynają chcieć takiej relacji z mężczyzną, w której obojgu im będzie chodziło o to samo – o trwałą więź, bezpieczeństwo, miłość, namiętność, poczucie akceptacji i zrozumienia. Zresztą patriarchat jest też niezdrowy dla facetów, bo muszą mieć 40-minutowe erekcje, 30-centymetrowe penisy, jeździć wielką furą i przynosić worki pieniędzy, no i wiecznie udawać macho, bo inaczej są beznadziejni.

Wszyscy siedzimy w jakichś kostiumach, które nas uwierają. Ale jest proste wyjście – zobaczyć, że na poziomie ciała jesteśmy tym samym. My chcemy seksu i oni chcą seksu, my chcemy bliskości i oni chcą bliskości. To nie są maszyny, mężczyźni są tylko tak wytrenowani, żeby nie płakać. Każda kobieta może przestać grać księżniczkę i zmuszać partnera do bycia księciem, każda może zdobyć świadomość. Można na czymś innym budować związek niż na graniu ról. Trzeba tylko dojrzeć emocjonalnie, bo jeśli jedno jest bezbronne i bez księcia sobie nie poradzi, a drugie jest bezbronne i bez królewny jest rozbitkiem, to nie jest to dojrzały związek, tylko wzajemne wykorzystywanie się.

Klucz tkwi w akceptacji swojego ciała?
Można to spuentować tak: kochaj ciało swoje, bo to jesteś ty. Wszystko, co robię w pracy z kobietami, mężczyznami i parami, opieram na kontakcie z ciałem. To jest podstawowe doświadczenie każdego człowieka. Najpierw jesteśmy my z naszymi zmysłami, reszta to intelektualne konstrukty.

Sama przeszłam długą drogę. Doznałam w dzieciństwie złamania kręgosłupa. Ze względu na ból, rehabilitację, gorsety „wyprowadziłam się” ze swojego ciała. Zrozumiałam to wiele lat później, gdy zaczęłam się rozwijać i zadawać sobie pytania. Dlaczego z takim trudem wychodzą mi różne aktywności sportowe? Dlaczego seks nie jest taki przyjemny? Doszłam w końcu do tego, że muszę odzyskać swoje ciało. Ale zdarzyło się to dopiero po trzydziestce. Pierwszy moment zwrotny to było macierzyństwo – nagle, ja intelektualistka, stałam się czystą biologią, pojemnikiem na jedzenie i kontenerem na emocje swoje i dziecka. Drugi – nurkowanie. Gdy mój syn miał dwa i pół roku, pojechałam na kurs nurkowy do Egiptu i stało się to pasją mojego życia. Nurkowanie to nieprawdopodobne doświadczenie egzystencjalne – nigdzie indziej, nawet w seksie, nie masz tak głębokiego kontaktu ze swoim ciałem. Jesteś w stanie nieważkości, więc całe ciało działa inaczej, każdy oddech i ruch jest świadomy. Nie ma listy zakupów, dzieci, męża, kochanka, szefa, kredytów… Istniejesz tylko ty, tu i teraz, w pełnym kontakcie ze swoim ciałem i psychiką. Te dwa przeżycia – macierzyństwo i nurkowanie, pokazały mi, jak ciało jest genialne i jak bardzo jest mną. Wcześniej myślałam, że powinnam reagować na pewne rzeczy w jakiś sposób, a zaczęłam widzieć, że moje ciało mówi mi zupełnie co innego. Więc jako sex coach staram się wtłaczać ludzi do ciała – bo tam jest jedyna prawda o tym, kim jesteśmy.

To pewnie podstawowa rzecz, jakiej się uczą kobiety u ciebie…
Tak, ale też zgody na to, żeby mogło im być dobrze. Tabu przyjemności ma się u nas świetnie: matka jest aseksualna, singielka tak naprawdę pragnie rodziny, seks jest brudny, a kobiety nie mogą być aktywne i nie mogą odczuwać przyjemności. Faceci zresztą też. Potrafią się zaharować do zawału, bo są tak wychowani. Kobiety w sex coachingu mogą w pierwszej kolejności zmienić te przekonania i dojść do kontaktu z ciałem, w dalszej kolejności do przyjemności i wreszcie nauczyć się dobrej komunikacji. Jak już wiem, co czuję, mam świadomość, czym jest moje ciało, czuję, że jest dobre i pragnę rozwoju, to wychodzę na zewnątrz do drugiego człowieka, z którym żyję i mówię: to jestem ja, mam to i to, chcę ci to dać, ale też chcę w zamian tego i tego.

Przychodzą do ciebie mężczyźni?
Przychodzą. Przestali myśleć, że wibrator im zagraża, i chcą się dowiedzieć czegoś o kobiecie. Okazują się bezbronni – są sformatowani porno, nie radzą sobie ze swoim ciałem i różnymi normami, często czują, że spoczywa na nich cała odpowiedzialność za kochankę. Tłumaczę im, że ona odpowiada za swój seks, ty za swój, a za wasz wspólny seks odpowiadacie razem. I pojawia się wielka ulga – bo to niczyja wina, a poza tym można to zmienić. Jeśli ona nie będzie tak bierna, to on nie będzie musiał być nadaktywny. Mężczyźni nie chcą już uczestniczyć w konkursie na Najsprawniejszego Samca Regionu. Chcą, żeby związek wypełniał coś w ich życiu. To jest idealne miejsce do zmiany, czyli wyjścia z zadaniowej funkcji w seksie i wejścia w sferę przyjemności odczuwania, poddawania się, otwierania... I wyrażania swoich emocjonalnych potrzeb. Mam głęboki szacunek do tych, którzy potrafią zobaczyć w sobie deficyt miłości, delikatność, empatię. Tacy mężczyźni stają się silniejsi. Podobnie kobiety. Podczas sex coachingu odkrywają, że przez 10 czy 15 lat spełniały czyjeś oczekiwania. Mogą mieć dom, rodzinę, pracę i pytać: Po co to wszystko?

Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią.

Marta Niedźwiecka, pierwsza w Polsce sex coach specjalizująca się w coachingu relacji intymnych, seksualności i związków. Prowadzi Pussy Project - projekt edukacji i rozwoju seksualności dorosłych oraz warsztaty obejmujące tematykę kobiecości, związków i seksualności.

  1. Seks

Seksualne pragnienia i zabawy – jakie są granice?

Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Gdy w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do przyjrzenia się swoim najgłębszym pragnieniom i potrzebom – mówi terapeutka Olga Haller.

Co to jest norma w seksie? To chyba zależy od czasu, miejsca na ziemi, w końcu od naszej osobowości. Co kiedyś było uznawane za zboczenie, np. seks oralny, pozycje inne niż klasyczna, dzisiaj stało się powszechne, jest więc normą.
Mówi się, że w seksie dopuszczalne jest wszystko, na co zgadzają się odpowiedzialni partnerzy. Nie musimy na szczęście wyznaczać norm i zasad. Popatrzmy na seks z indywidualnej perspektywy właśnie pod kątem rozwiązywania dylematu komfort – ryzyko. Zgadzam się, że to, jak zapatrujemy się na nowe doświadczenia w sferze erotyki, zależy od dotychczasowych doświadczeń i od naszych potrzeb. Literatura, kino i zwyczajne życie pełne są przykładów, jak ludzie zagospodarowują ten teren. Dla jednego nowym doświadczeniem, budzącym obawy i wymagającym dyscypliny, będzie budowanie jednej relacji z deklaracją wierności. Dla innej osoby nowe będzie wypowiedzenie w łóżku swoich pragnień lub niezgoda na coś, co stało się rutyną. Znam pary, które świadomie uczą się wstrzemięźliwości, dawkują sobie intymność seksualną, starają się szanować swoje granice. A to dla nich nowe doświadczenie. I pary, które podejmując zabawy seksualne z inną parą w celu urozmaicenia życia, prowokują ostry kryzys. Znam też sytuacje, kiedy dla jednego z partnerów seks poza związkiem jest wyzwalającym doświadczeniem, prowadzącym do dojrzałości, a także – paradoksalnie – katalizującym przemianę i rozwój związku.

Mimo zwiększenia swobody seksualnej zdrada nadal jest eksperymentem i ryzykiem?
Jest ryzykownym eksperymentem dla wszystkich zaangażowanych pośrednio i bezpośrednio. Jeśli jednak w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, tęsknota za odmiennością, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do skontaktowania się ze swoimi najgłębszymi pragnieniami i potrzebami oraz podjęcia świadomych, odpowiedzialnych decyzji. Wtedy łatwiej nam znaleźć odwagę, by zrobić coś inaczej, albo powstrzymać się i docenić to, co jest. Łatwiej oszacować sytuację, w tym ewentualne ryzyko.

Zanika pojęcie grzechu, ale na szczęście nie zanika pojęcie smaku. Moralność była kiedyś pilnowana przez religie, teraz dla wielu zostają tylko wolna wola i sumienie, jak się okazuje – dosyć słabe. I są potrzeby seksualne, a w tej sferze kultura nie zawsze harmonijnie łączy się z naszą naturą, na którą składają się też demony, marzenia, czasami fantastyczne i perwersyjne...
Zakazy, restrykcje i strach przed karą na dłuższą metę nie uregulują skutecznie ludzkiego życia, a tym bardziej nie okiełznają seksualności. Mądra pomoc rodziców, wychowawców, autorytetów moralnych, duchowych itd. jest potrzebna, abyśmy mogli wziąć odpowiedzialność za swoje działania w tej sferze. Kiedy pomocy nie ma, a popędowość napiera, wielu z nas spycha do podziemi seksualne uczucia, potrzeby i zaczyna żyć podwójnym życiem. Na pokaz jedno, a w ukryciu drugie. Kiedy strażnik moralności jest na zewnątrz, jesteśmy w stanie zrobić wiele, by go oszukać.

Na ile powinniśmy realizować marzenia seksualne? Czy mówią prawdę o nas, o naszych potrzebach?
Głównym celem fantazji erotycznych nie jest przeniesienie ich do życia. One pozwalają nam ominąć lęki, zahamowania i przeżyć „zakazane” uczucia. Np. częsta fantazja kobiet o gwałcie pozwala doświadczyć rozkoszy bez winy, a o seksie z nieznajomym – rozkoszy bez zobowiązań. Mapa erotycznego reagowania tworzy się w nas od początku życia, odbijając się w treści i fabułach fantazji, choć oczywiście nie wprost. Często oddajemy się im na pograniczu świadomości, co pozwala uniknąć poczucia winy, ale też refleksji.

Współczesny świat zachęca i kusi: spróbuj, zanim będzie za późno.
No właśnie, popkultura i komercja zrobiły z seksu towar eksploatowany bez umiaru. Seksualny wizerunek i zachowania stają się sposobem na dobre samopoczucie, na atrakcyjność, zabicie nudy, oderwanie od problemów, popularność. Na dodatek dostęp do tego wspaniałego środka ma teoretycznie każdy. Wystarczy trochę wydatków i zabiegów – wyzywające ciuchy, fryzura, makijaż, kolczyk, tatuaż tu i tam, gadżety i używki. Z tym wszystkim w odpowiednim miejscu – na dyskotece, w pubie, klubie, na skwerze czy imprezie integracyjnej albo w galerii handlowej – można poczuć się gwiazdą, aktorem w blasku świateł, kimś pożądanym, jeśli nie dziś, to jutro. W tym czy innym łóżku. Świat seksualnych kontaktów wygląda ekscytująco, obiecuje szybką nagrodę i co więcej, na poziomie fizjologicznym na ogół ją daje. Działa to w prosty sposób – narastanie podniecenia, rozładowanie i ulga. Trudno się dziwić, że młodzi, dorastający ludzie rzucają się na seks jak na łatwo dostępny, upragniony deser. Nie tylko oni. W życiu człowieka są dwa krytyczne okresy, kiedy jest bardziej prawdopodobne, że bez opamiętania odda się on seksualnym ekscesom. Pierwszy to czas dorastania i wczesnej młodości, kiedy nagle dostajemy „nowe zabawki”. A potem jest ten okres przejściowy, kiedy się starzejemy i zaczynamy czuć, że zabawki zaraz nam odbiorą.

U niektórych ten krytyczny okres trwa przez cały czas. Ale jest też w życiu przypadek, nagłe okazje, impulsy i pokusy...
Bywają okoliczności życiowe, w których możemy rzucać się na seksualne eksperymenty, jakby były ostatnią deską ratunku. Powodem jest dojmujący niedobór w jakiejś dziedzinie życia w związkach, który dotyczy poczucia własnej wartości, ale też kontaktu ze sobą. Uprawiamy wtedy seks z wielu powodów, czasami zupełnie nieseksualnych. Używamy siebie i innych jak przedmiotów dla swoich celów, nieświadomi prawdziwych uczuć i potrzeb, dorabiając do tego jakąś ideologię: poświęcenia, wolnej miłości, nowoczesności, nihilizmu itd. Zarówno świętoszkowatość, jak i rozwiązłość to dwie strony tego samego problemu – braku kontaktu ze swoją seksualnością.

Jakoś nie żałuję swoich szaleństw, no, może czasami. Częściej zmarnowanych okazji, przeoczeń, zagapień...
Ja też nie żałuję niczego, nawet traumatycznych doświadczeń, bo wszystko to mnie budowało. Przez lata dzięki pracy przetransformowałam doświadczenia na zasoby, choć jasne, że poniosłam też koszty. Ożywczą moc miało odkrycie na nowo sytuacji z przeszłości, którym przypięłam etykietki „ekscesów”. Zrobiłam z nimi, co mogłam – zrozumiałam mechanizmy, odżałowałam i spisałam na straty. Aż nagle po latach pod tym wszystkim znalazłam, naprawdę jak diament w popiele, moją żywą kobiecą seksualność! I wyrastające z niej uczucia, potrzeby w samej swojej istocie niewinne i uprawnione!

Na ile więc powinniśmy realizować swoje seksualne fantazje? Seks grupowy, uwiedzenie listonosza, seks w windzie. Ach, można sobie pohulać...
Znane mi są przypadki, kiedy zrealizowane fantazje nie przyniosły niczego dobrego, tylko niesmak i poczucie winy. Fantazje mogą nam pokazać drogę do rozkoszy, pomóc poznać meandry naszych upodobań, zahamowań, lęków. To intymna sfera, więc jeśli mamy ją z kimś dzielić, odkrywać nasze tajemnice, odważyć się wyrazić pragnienia, to tylko wtedy, kiedy naprawdę chcemy podjąć to ryzyko. I znowu – dzielenie się tą intymnością może budować relacje, przekraczanie granic może służyć miłosnemu związkowi. Z drugiej strony to paradoks – w bliskiej relacji partnerskiej z kochaną osobą na ogół trudniej wyjść z roli. Często fascynacja seksualna inną osobą czy podniecające marzenia o seksie z nowym partnerem tak naprawdę wyrażają nasze pragnienie bycia kimś innym w łóżku. Marzymy o uwolnieniu się ze zbyt ciasnych ram – o puszczeniu, rozluźnieniu, lataniu i lekkości w łóżku. Brzmi to kusząco, ale i groźnie. Nie przypadkiem określenia „puszczać się”, „rozwiązłość”, „osoba lekkich obyczajów”, „latawica” nadają pejoratywne znaczenie swobod-nym zachowaniom seksualnym, szczególnie w odniesieniu do kobiet.

Na razie skupiliśmy się bardziej na niebezpieczeństwach eksperymentowania w seksie, na zagrożeniach i przestrogach. A bywa, że nowość to jest coś!
Czasami jest to sięganie po nowe możliwości. W związku tworzenie relacji seksualnej to jak wyprawa w świat i poznawanie nowych lądów, oswajanie przestrzeni. Opanowujemy terytorium, poznajemy je, eksploatujemy, a kiedy się już nim nacieszymy albo gdy czegoś nie wystarcza, pojawia się impuls, by szukać dalej. Częsty kłopot to rozbieżność – jedno chce zmiany i nowości, a drugie nie.

Bo w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało naraz. Unikać więc ekscesów seksualnych czy nie?
Na szczęście nie wszystko da się w życiu zaplanować, skontrolować, przewidzieć. Takie ekscesy, które nam się przydarzają i które nas zaskakują, mogą nam uświadomić, czego chcemy, a czego nie. Eksperymentować, poszukiwać nowego czy zadowolić się tym, co jest? Zmiana jest częścią życia, a więc balansowanie pomiędzy jednym a drugim to rozwój. Na jednym krańcu stałość, pewność i bezpieczeństwo, wszystko wiadome, przewidywalne i ze mną, i z partnerem. Na drugim – zmienność, nowe możliwości, nowi partnerzy, nowe doznania, ekscytująca niepewność, podniecające niebezpieczeństwo. A pomiędzy tyle możliwości. Jeśli odważymy się je zobaczyć!

I oto my, ludzie liberalni, niechętni konserwatyzmowi, zamieniamy się nagle w moralizatorów. Problem w tym, że bez norm i zasad rozpadnie się nasza cywilizacja.
Z jednej strony jako humanistce „nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Wszystko może się zdarzyć w naszym ludzkim doświadczeniu. Mamy prawo przeżywać, odczuwać, eksperymentować i błądzić, mieć potrzeby, pragnienia, fantazje. I różne doświadczenia, nawet związane z ekscesami. Ważne, co z tym zrobimy, jak skorzystamy z tego majątku. Nic nie zwolni nas z konsekwencji naszych wyborów. Warto więc wziąć odpowiedzialność za własny seks. I zacząć go „uprawiać” jak prawdziwy, własny, cenny ogród, z miłością.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się