1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Skąd biorą się problemy seksualne?

Skąd biorą się problemy seksualne?

Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
W Internecie znajdziemy taki obrazek: mężczyzna pyta zgromadzony tłum: "Kto chce zmiany?" Wszyscy podnoszą ręce. "A kto chce się zmienić?” Nikt nie podnosi. Podobnie jest z życiem seksualnym. Wszyscy chcemy lepszego seksu, ale nikt nie chce zmienić siebie. Liczymy na to, że na wszystkie problemy pomoże nam tabletka – mówi Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta.

Mężczyzna, lat 36. Trzy stosunki w życiu. Nigdy nie był w związku. Seks za każdym razem kończył się zaburzeniami erekcji. – Nie ma w tym nic dziwnego, bo jeśli kochasz się kilka razy w życiu i zawsze z nowymi partnerkami, to nie masz doświadczenia jako kochanek i twój poziom lęku jest bardzo duży – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta. – Mężczyzna zastanawia się wówczas: „Co ona o mnie pomyśli? Może mam za małego? Może za dużego?”. Podobnie, kiedy nie buduje z kobietą bliskości. Wówczas wyobraża sobie, że jak gwiazdor porno musi się wykazać. No, a jeśli wgra sobie to przeświadczenie, płynie do jego ciała lęk, strach, przerażenie, a to nie są zbyt podniecające uczucia. Naturalną koleją rzeczy są w tej sytuacji zaburzenia erekcji. A kolejnym statystycznym krokiem jest zamówienie leków na potencję w Internecie, jednak one niewiele pomogą.

Bo czymś, co wyeliminuje obawy takiego mężczyzny, a więc i problem ze wzwodem, jest zbudowanie ciepłych relacji z kobietą. Ale najczęściej pacjent nie chce o tym słuchać, on chce dostać tabletkę, która załatwi sprawę. Podczas rozmowy z terapeutą przyznaje, że ma poczucie, że żadna kobieta się nim nie zainteresuje, bo jest brzydki, ma nieciekawe życie. Andrzej Gryżewski: – Mężczyzna przychodzi ze zrujnowaną samooceną. I wierzy, że farmakologia pomoże mu poczuć się pewnym siebie, umieć prowadzić dialog z kobietą, poderwać ją, a potem w łóżku się wykazać. Ale żeby tak się stało, w takiej tabletce musiałyby być geny z umiejętnościami społecznymi, które zmieniałyby osobowość. Jak go przekonać, że potrzebna jest mu psychoterapia?

– Zapytałem pacjenta, który przyznał się do niskiej samooceny, jak długo ktoś mu tę samoocenę dezawuował – opowiada Andrzej Gryżewski. – Babcia mnie wychowywała i przez lata ośmieszała w zemście za dziadka, który ją opuścił. Rodzice? Robili karierę i w ogóle się mną nie zajmowali. Nie, nie miałem żadnej dobrej relacji.

– A gdyby chciał się pan nauczyć chińskiego, to ile by to trwało?

– Ze 400 roboczogodzin.

– No właśnie. A jeśli chodzi o budowanie relacji, bycie dobrym kochankiem, to ile czasu na to trzeba?

– To co innego!

– A gdyby chciał pan popracować nad sylwetką, poszedłby pan na siłownię. Ile czasu trzeba, żeby były efekty?

– No, kilka miesięcy...

– A czy nie może być podobnie z seksem?

– No, nie...

Specjalista szuka kolejnej metafory, by wreszcie trafić do wyobraźni pacjenta i spowodować, by pomyślał, że jest inne rozwiązanie niż pigułka. Że zamiast łykać medykamenty, lepiej wzmocnić poczucie wartości, nauczyć się budowania relacji i nabyć rzetelną wiedzę dotyczącą seksualności człowieka.

– Tak właśnie pracujemy w gabinecie, w dużej mierze w najbardziej skutecznym nurcie, psychoterapii poznawczo-behawioralnej – mówi psychoterapeuta.

Złudzenie czy pomoc?

Zalewają nas reklamy cudownych środków na potencję dla mężczyzn, ale trafiają się też leki dla kobiet. Rynek konsumencki jest ogromny – aż 42 proc. mężczyzn i 46 proc. kobiet ma zaburzenia seksualne. Tylko 10 proc. z nich się leczy. A reszta?

– Suplementy reklamowane w prasie i w telewizji jako leki są dostępne w Internecie – mówi Andrzej Gryżewski. – Są popularne, gdyż co czwarty mężczyzna ma zaburzenia erekcji. Do 25. roku życia 60 proc. cierpi na przedwczesny wytrysk, a po 25. roku – 30 proc.

Tabletki na potencję reklamowane w mediach wydają się znakiem końca pruderii. Czy to znaczy, że psychoterapia seksuologiczna jest w odwrocie?

Andrzej Gryżewski: – Doświadczenie pokazuje, że tam, gdzie przyczyna zaburzeń tkwi w psychice, skuteczną pomoc znajdziemy, zmieniając myślenie, pracując ze zniekształceniami poznawczymi i ucząc się, czym jest seksualność. Wiara we wszechmoc tabletek bierze się m.in. stąd, że do niedawna wszyscy, którzy zajmowali się seksuologią, to byli lekarze: Michalina Wisłocka, Kazimierz Imieliński, Zbigniew Lew-Starowicz, Andrzej Depko. A co za tym idzie, stosowali pomoc medyczną, leki. Dziś nadal wielu seksuologów to medycy. Jeśli więc przychodzi klient do seksuologa, który ma wykształcenie medyczne, to może liczyć na leki. Te zapisują też lekarze interniści, rzadko będący seksuologami.

– Gdy chodzi o zaburzenia wzwodu, które nie mają fizjologicznej przyczyny, leki mogą pomóc na chwilę, ale problem wróci, jeśli jego źródło tkwi w emocjach, mitach seksualnych, zniekształconych procesach myślowych – dodaje Gryżewski.

Ale mężczyźni upierają się przy tabletkach, bo mają poczucie, że jeśli wezmą niebieską pastylkę, to będą szaleć w łóżku przez wiele godzin. – To jeden z mitów, jakie ciągną się za lekami na potencję. Mitów, bo jak ktoś nie jest aktorem porno, a jego łóżko to nie scena, na której liczą się tylko wygibasy, nic z tego nie będzie. Dopasowanie się, uważność na to, jak dana kobieta układa się w rękach danego mężczyzny, decydują o erotycznym szaleństwie zmysłów – mówi Andrzej Gryżewski. Natomiast mężczyźni mają poczucie, że jedna pigułka rozwiąże wszystkie problemy i w seksie, i w związkach.

Czas żałoby

Matka umarła, kiedy miał 12 lat. Ojciec się psychicznie rozpadł. I on, dziecko jeszcze, musiał się zająć organizacją pogrzebu, załamanym ojcem i młodszą siostrą. Kiedy dorósł, poznał kobietę z depresją i się zakochał. A potem pojawiła się dwójka dzieci. Nie miał więc nigdy czasu na to, by przeżyć żałobę po matce. Dziś ma lat 43. Kiedy stoi na poczcie w kolejce i widzi kobietę podobną do mamy, zaczyna płakać. W radiu leci piosenka, którą ona lubiła – płacze. A w seksie... Właśnie dlatego przyszedł do seksuologa. Od wielu lat ma zaburzenia erekcji. – W czym nie ma nic dziwnego, bo jego organizm całą energię kieruje na nieprzeżywanie żałoby, odcięcie się od niej – mówi Gryżewski. – Na zwyczajne życiowe czynności zostaje mu 10 procent dziennej energii. By to zmienić, musiałby puścić te emocje, zmoknąć łzami do suchej nitki. Inaczej się nie da. Ale on tego się boi. Zaburzenia erekcji to czubek góry lodowej.

Ten mężczyzna myślał, że pomogą mu pigułki. Na szczęście dał się przekonać do pracy nad emocjami i po roku psychoterapii zaburzenia erekcji pojawiają się już tylko podczas jednej czwartej stosunków. Wcześniej zdarzały się za każdym razem.

Terapia polega na tym, że pacjent opowiada o matce, mówi, z czym ona mu się kojarzy. Odreagowuje swoje emocje. Ja mu pomagam je przeżyć w bezpieczny sposób.

Inny przypadek. 38-letni syn prawicowego polityka. W jego domu o ciele za wiele się nie mówi. To, co powyżej pasa, jest w porządku, co poniżej – zostaje przemilczane. Więc nikt z nim nie rozmawiał na temat seksu. Miał wgrane, że genitalia są nieczyste, że seks to choroby weneryczne, więc lepiej nie zajmować się tą sferą życia. Oczywiste więc było, że będzie miał problemy z erekcją. By się ratować, kupował tabletki w necie.

– Wszystkie, jakie można tam nabyć, są podobne do niebieskich tabletek, z tym że substancja czynna to koło 10 proc. składu, reszta (skrobia, cement) nie wpływa na wzwód – mówi Gryżewski.

Pacjent uzależnił się od tych leków psychicznie. Był przekonany, że tylko jak weźmie tabletkę, będzie dobrze funkcjonować w seksie i w ogóle w życiu. A jeśli nie weźmie... No właśnie! Nie dopilnował i skończył się zapas. Był pewny, że partnerka go odrzuci, a nawet jeśli nie, to seks na pewno się nie uda. To nie tylko cały dzień będzie do niczego, ale i życie. Żadnej innej kobiety już nie pozna.

– Mężczyźni, którzy mają niską samoocenę, już po dwóch razach mogą się uzależnić psychicznie od środków na potencję – mówi Andrzej Gryżewski. – Całą swoją samoocenę wyrzucają na zewnątrz i lokują w tabletce. A ten pacjent był marzeniem każdej kobiety: wysportowany, wysoki, trzy języki, a do tego miły. Przyszedł do mnie, bo przeczytał, że tabletki z netu nie są najlepsze i mają prawo nie zadziałać. A ostatnio właśnie przestały. Dlaczego? Jego przedostatnia partnerka stała się jego stalkerem. Po dwóch miesiącach bycia razem zauważył, że bierze narkotyki, i chciał się z nią rozstać. Powiedziała, że się zabije, i zaczęła wysyłać zdjęcia z inscenizacją samobójstwa: lina, tabletki, ostre narzędzia itp. Więc jednak nie zrywał z nią ostatecznie, a ona w tym czasie zaczęła wydzwaniać do jego matki. Matka interesowała się ogrodem i książkami Jane Austen. Dziewczyna zaznajomiła się więc i z ogrodnictwem, i z powieściami, by mieć o czym z nią rozmawiać. Dzwoniła do niej codziennie. Gdy więc matka się dowiedziała, że jej syn chce się z tą kobietą rozstać, zagroziła, że go wydziedziczy.

Nie poddał się, zaczął się spotykać z inną. Ale wtedy nasiliły się problemy z seksem. A tabletki przestały pomagać.

Andrzej Gryżewski: – Pacjenci często przychodzą i mówią: „To jest superskuteczne, czytałem w ulotce. Ja to brałem, ale nie pomogło, czyli to moja wina”. Mają tak zaniżoną samoocenę, że nie przyjdzie im do głowy, że ten lek może być do niczego. Przypisują więc winę wyłącznie sobie i ich poczucie wartości jeszcze dostaje dodatkowe baty. Załamują się.

Leki pomagają mężczyznom, którzy mają z seksem problemy z powodów organicznych. Na przykład cierpią na choroby kardiologiczne, w ich żyłach osadził się cholesterol, substancje smoliste itd. Viagra była początkowo podawana dzieciom chorym na serce, gdyż poprawiała jego ukrwienie. Gdy zobaczono, jak jest skuteczna, zaczęto podać ją dorosłym, a wtedy okazało się, że skutkiem ubocznym jest wzwód. Ale jeśli źródłem zaburzeń jest psychika, trzeba leczyć psychikę, leki działające na ciało nie rozwiążą problemu duszy, nie zmienią procesów myślowych. Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną.

Kobieta, która nie ma orgazmu

– Nigdy się nie masturbowała. Nie ma pozytywnych doświadczeń z mężczyznami. Dodatkowo jej rodzina nigdy pozytywnie nie mówiła o seksie. No, to ona ma prawo nie mieć orgazmów. Ale kiedy przychodzi do gabinetu, mówi: „Wie pan, słyszałam, że jak weźmie się niebieską tabletkę, to trzy noce można szaleć. Słyszałam, jak przez całą noc jęczała sąsiadka, kiedy ją zażyła. Pomyślałam więc, że jeśli ja, która mam problem z seksem, wezmę tę cudowną pastylkę, to i mnie pomoże. Wejdę wtedy w jakąś dobrą relację z mężczyzną, bo on będzie inaczej mnie traktować, jak mi lepiej pójdzie w łóżku” – relacjonuje Gryżewski. – Ale, niestety, nie tędy droga do szczęśliwego związku. Tabletka nie odmieni całego jej życia. A więc mówię do niej: – To ciekawe, ale warto zobaczyć, co też pani czuje. Zebraliśmy jej wszystkie problemy i policzyliśmy, ile czasu trzeba, by je rozwiązać. Razem wyszedł nam rok pracy. Zaleciłem jej trening masturbacyjny i lekturę książki „Monologi waginy”, która pomoże jej polubić własne genitalia.

To niezwykle ważne, bo jak kobieta chce uprawiać seks z sukcesem, to musi siebie tam też polubić. Jeśli nie ma świadomości, czym seks jest, jeśli nie ma wiedzy, jak się kochać i czemu to może nie wyjść, nie będzie miała udanego seksu.

Homoseksualni kochankowie

– W świecie homoseksualnej miłości jest większy nacisk na to, aby się wykazywać sprawnością – mówi Andrzej Gryżewski. – Gdy przychodzą do mnie geje z problemami seksualnymi, stosujemy model psychoterapii poznawczo-behawioralnej, tzw. ABC, gdzie A to sytuacja aktywizująca, B – przekonania, C – konsekwencje. Sytuacja: chcę mieć z kimś seks. Przekonanie: muszę się wykazać, bo od tego zależy, czy zbuduję relację; wszystko stawiam na jedną kartę. Konsekwencje: czuję duży lęk, niepokój.

Z takimi uczuciami obciążającymi nie zbudują niczego dobrego, bo to tak jakby nie tylko nieśli na plecach 50-kilogramowy worek, ale chcieli z nim przebiec maraton.

Psychoterapia polega na zdjęciu z nich tego obciążenia. Jak? Potrzebna jest analiza. Pytam: – Jak pan myśli, czego partner od pana oczekuje?

– Żebym przez cztery godziny miał sztywność członka.

– O! Ciekawe – odpowiadam. Myśli pan, że to realne?

– Tak!

– Owszem, coś takiego zdarza się w naturze, ale to jest choroba i nazywa się priapizm. Mówimy o niej, gdy sztywność członka utrzymuje się powyżej dwóch godzin. Wówczas trzeba jechać do szpitala, bo to grozi stałym uszkodzeniem prącia.

Mity, które rujnują życie seksualne oraz emocjonalne i hetero-, i homoseksualistów, biorą się głównie z filmów porno.

50 minut superharcowania? Ale to nagranie trwało cały dzień, było wiele przerw i stop-klatek. Osoba, która nie ma partnera na stałe, może ulec złudzeniu, że w łóżku wszystko polega na wytrzymałości i sprawności. A to idealne podłoże myślowe do poszukiwania superleku na potencję. Wówczas nie jest dostrzegane to, co ktoś inny czuje, myśli, czego pragnie. Liczy się sprawność. Jak w takiej sytuacji zbudować intymną, ciepłą i szczerą relację? No, nie da się, a gdy jej brak, problemy z seksem się nasilają, więc znów zaczynają się poszukiwania silniejszego leku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Zaburzenia erekcji i przedwczesny wytrysk - skąd się biorą męskie problemy seksualne?

W Polsce problem zaburzenia erekcji dotyczy około 3 mln mężczyzn, w USA – aż 30 mln, a przewiduje się, że będzie się to pogłębiać. (Fot. iStock)
W Polsce problem zaburzenia erekcji dotyczy około 3 mln mężczyzn, w USA – aż 30 mln, a przewiduje się, że będzie się to pogłębiać. (Fot. iStock)
Podobno nawet porsche ma prawo się zepsuć. Nic dziwnego, że mężczyzna — choćby najbardziej męski model — też może ulec awarii. I nic nie szkodzi, bo przecież nie jesteśmy maszynami!

Zaburzenia erekcji – już samo brzmienie tych słów przyprawia płeć męską o gęsią skórę. Każdy mężczyzna ma nadzieję, że jego to nigdy nie spotka. Niestety, co dziesiąty przekona się na własnej skórze, co to znaczy nie stanąć na wysokości zadania. – Zaburzenia erekcji to prawdziwa plaga współczesności. To utrzymująca się niezdolność do osiągnięcia lub utrzymania wzwodu koniecznego do satysfakcjonującego współżycia – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolog, psycholog i terapeutka. – W Polsce zjawisko to dotyczy około 3 mln mężczyzn, w USA – aż 30 mln, a przewiduje się, że problem będzie się pogłębiać.

Niebezpieczne piwo

Co powoduje te zaburzenia? Mnóstwo rzeczy. Wcale niekoniecznie fakt, że mężczyzna znudził się swoją partnerką lub że już nie jest dla niego atrakcyjna. Ani że jest impotentem. Na liście winowajców znajdują się: wiek (w umiarkowanej skali problem dotyczy aż 52 proc. panów między 40. a 70. rokiem życia), choroby, zwłaszcza przewlekłe (miażdżyca, cukrzyca, choroby układu sercowo-naczyniowego, niewydolność nerek czy wątroby, choroba Alzheimera, depresja). Przyjmuje się, że dwóch na trzech pacjentów z nadciśnieniem tętniczym może mieć problemy ze wzwodem – a w Polsce aż 4 mln mężczyzn cierpi na nadciśnienie. Trudności może mieć też co drugi pacjent z cukrzycą – a na tę chorobę cierpi ponad pół miliona Polaków. To samo dotyczy 8 na 10 pacjentów z depresją czy łagodnym rozrostem prostaty, powszechnym po 50.

Inne przyczyny to zaburzenia hormonalne (nad- i niedoczynność tarczycy, hiperprolaktynemia, niski poziom testosteronu), urazy, zabiegi, radioterapia oraz przyjmowane leki (uspokajające, przeciwdepresyjne, obniżające ciśnienie krwi, hormonalne, cholinolityczne).

– Nawet nie podejrzewamy, jak wiele czynników może osłabić erekcję, na przykład tak powszechnie stosowane preparaty, jak leki z grupy NLPZ – podkreśla seksuolog. – Suplementów diety nie uważamy za leki, a przedawkowanie tych zawierających taurynę czy kofeinę może – przez wzrost ciśnienia – doprowadzić do zawrotów głowy, kiepskiego samopoczucia i niewydolności organizmu oraz właśnie osłabić erekcję i wytrysk.

Do tego dochodzą używki. Weźmy nikotynę – działa na układ oddechowy, który funkcjonuje w ścisłym powiązaniu z układem krążenia. Poza tym powoduje zwężenie naczyń krwionośnych, zwłaszcza tych obwodowych, położonych dalej od układu centralnego – a więc także w penisie. Albo alkohol. Wiadomo, że pod jego wpływem słabną hamulce i rośnie apetyt na seks. Tylko że w większych dawkach zmniejsza zdolność do jego zaspokojenia.

Co jest najgorsze dla męskiej sprawności? – Wcale nie szalone prywatki do rana – jeśli mają miejsce raz na jakiś czas – ale codziennie pite piwo – ostrzega Zaryczna. – O tym się nie mówi, bo przecież piwo jest reklamowane jako męski napój. A tymczasem zawiera fitohormony – substancje pochodzenia roślinnego, naśladujące hormony żeńskie i osłabiające erekcję. Oczywiście raz na jakiś czas kufel złocistego napoju nie zaszkodzi, jeśli jednak mężczyzna pije je często i długotrwale (np. jedną butelkę, ale codziennie), szybko odczuje negatywne skutki.

 

Zalęknieni i zestresowani

Absolutnymi zabójcami erekcji, w dodatku kompletnie lekceważonymi, są stres, zmęczenie i niewyspanie. Psychogenne przyczyny dotyczą aż 10–30 proc. problemów ze wzwodem (70–90 proc. to przyczyny organiczne, a 50 proc. ma podłoże mieszane). Skąd ta zależność?

– Kiedy człowiek czuje lęk czy spore napięcie, mózg uwalnia do organizmu hormony stresu: kortyzol i adrenalinę – tłumaczy Zaryczna. – Mają przygotować ciało do ucieczki albo walki. Krew szybciej krąży, napinają się mięśnie, podnosi ciśnienie. A jednocześnie mózg wysyła do organizmu informację: „chroń narządy rodne!”. Dlatego przez jakiś czas nie będą zasilane krwią, skurczą się i staną maksymalnie wiotkie, żeby być mniej podatnymi na uszkodzenia.

Wśród psychogennych powodów zaburzeń erekcji można wyliczyć także: poczucie niskiej wartości, lęk przed kobietami, kiepskie doświadczenia erotyczne, w tym niewłaściwą inicjację seksualną, lęk przed negatywną oceną ze strony partnerki, nieporozumienia pomiędzy kochankami, niewyrażone urazy lub żale, poczucie winy, niewłaściwe zachowanie kobiety, długotrwałe pokonywanie jej oporów przed współżyciem, lęk kastracyjny, lęk przed ciążą lub chorobą przenoszoną drogą płciową, nudę, impotencję poporodową (dotyczy panów, którzy negatywnie przeżyli obecność przy porodzie) czy lęk, że już raz doświadczona trudność ze wzwodem może się powtórzyć.

Powodem zaburzeń erekcji może być też nieustabilizowana więź seksualna. – Przychodzą do mnie mężczyźni, którzy się skarżą, że choć często współżyją, to mają problem z erekcją – mówi Zaryczna. – W trakcie rozmowy okazuje się, że przyczyną jest to, że większość aktywności seksualnej to przygody na jedną noc. A tu zawsze jest szczypta stresu: jak się wypadnie przed kobietą, jak się ona zachowa, jak mnie potraktuje, czy uda się ją zadowolić… Panowie nie czują się wtedy bezpiecznie, swobodnie, a co najważniejsze – nie czują akceptacji. Jest trudno. Podlegają tak silnemu lękowi, że organizm nie jest w stanie prawidłowo reagować.

Istotna jest także atrakcyjność kobiety. Nie chodzi o to, że mężczyzna musi kochać partnerkę – to akurat prawda, że panowie potrafią oddzielić seks od miłości (choć miłość ułatwia i wspomaga erekcję). Ale o to, że kobieta musi go podniecać. Jeśli tak się nie dzieje, może się ratować fantazjami seksualnymi, ale to już wymaga pewnego wysiłku ze strony wyobraźni.

– Stereotyp, że mężczyzna „zawsze może”, jest niezwykle niszczący dla męskości – ostrzega seksuolog. – No bo co to za facet, który nie ma ochoty na seks albo ma jakąś trudność z erekcją?! Gdyby nie ta wiara w obiegowe „prawdy”, sporadyczne zaburzenia wzwodu łatwo by sobie wytłumaczył, przeszedł nad nimi do porządku dziennego, a następnym razem cieszył ze zbliżenia. Ale panowie koncentrują się na problemie, co wytwarza tak wielką presję, że kolejne niepowodzenie murowane.

Za szybko, kochanie

Kolejna zmora mężczyzn to przedwczesny wytrysk. Według statystyk, 2 proc. mężczyzn zdarza się jeszcze przed grą miłosną, 7 proc. – na jej początku, a 30 proc. – już po kilku ruchach. Ale to, co sami mężczyźni uważają za przedwczesny wytrysk, w rzeczywistości bywa jednak normą.

– Gdy stosunek trwa przynajmniej 3 minuty, wytrysk nie jest przedwczesny – tłumaczy Zaryczna. – Przyjmuje się bowiem, że przeciętny seks trwa 5 do 7 minut, nie licząc pieszczot i gry wstępnej. Ale czasem mężczyźni, wierząc że „dobry” seks powinien zająć im całą noc, skarżą się na ten problem, chociaż mieści się w przeciętnych „widełkach”. Wbrew powszechnej opinii, przedwczesny wytrysk nie zawsze jest wynikiem zbytniego podniecenia. Czasem mężczyźni reagują nim na napięcie spowodowane innymi przyczynami: stresem w pracy, silnym wstydem, długą przerwą we współżyciu, problemami w relacji, lękiem, że się nie sprawdzą i nie zaspokoją partnerki… Rozwiązanie problemu? Najlepiej pozbyć się przyczyn lęku. Z przedwczesnym wytryskiem można też walczyć za pomocą ćwiczeń.

– Szkoła Masters i Johnson zaleca np. technikę stop–start. Polega ona na tym, że w czasie pieszczot z partnerką mężczyzna ujmuje penisa u nasady i kiedy czuje zbliżający się wytrysk, który jeszcze może powstrzymać, przerywają stymulację. W tym czasie on zdecydowanie uciska członek, powtarza to trzy razy i dopiero za czwartym pozwala sobie na wytrysk – radzi seksuolog.

 
Można tę metodę sprawdzić samotnie, ale lepiej robić to z partnerką. Z kilku powodów. To pozwala obojgu oswoić problem i zdejmuje z niego tabu. Gdy mężczyzna ćwiczy podczas masturbacji, może się obawiać, że w trakcie stosunku sobie nie poradzi – przecież wtedy działają inne, o wiele silniejsze bodźce. Trenując z partnerką, przyzwyczaja się do jej nagości i seksualności. Najważniejsze jednak, by nauczył się skupiać na doznaniach ciała, a nie obawach o swoją wydolność.

– Zachęca się pary, żeby umawiały się na zbliżenia bez penetracji, a jedynie z pieszczotami, masażem, wzajemnym sprawianiem sobie przyjemności – mówi Zaryczna. – Jeśli mężczyzna zostanie ośmielony przez kobietę i zobaczy, jak ona szczytuje, łatwiej mu będzie pokonać lęk przed porażką. W ten sposób oboje uczą się, że seks nie jest stresujący, lecz przyjemny.

Można też zaplanować, że pierwszy wytrysk nastąpi jeszcze przed zbliżeniem, co rozładuje napięcie. Za drugim razem zawsze dochodzi się dłużej do finału – nawet jeśli mężczyzna jest tak samo podniecony.

Nie zawsze chodzi o orgazm

Co, zdaniem Małgorzaty Zarycznej, można poradzić mężczyznom? Żeby nie ukrywali przed partnerkami problemów seksualnych. Kiedy coś się nie udaje, nie wystarczy zapewnić ukochaną, że wszystko jest w porządku. W końcu zacznie się zastanawiać:

„Co się dzieje? On już mnie nie kocha? Przestałam być dla niego atrakcyjna?”. I poczuje się odrzucona. Jej złe samopoczucie tylko pogorszy sytuację: nie dość, że mąż ma problem, z którym boryka się sam, to jeszcze lęk i niepewność żony sprawią, że w łóżku będzie spięta i mniej aktywna. A to go dodatkowo zestresuje. I powstanie zaklęty krąg, z którego obojgu będzie trudno uciec.

Kobiety wiedzą, że kiedy mężczyzna się nie spisze, trzeba powiedzieć: „kochanie, to nie ma znaczenia”. Małgorzata Zaryczna radzi, że mogą dodać: „to nawet fajnie, dziś się tylko poprzytulamy”. Jeśli jednak „wpadki” zdarzają się częściej, warto zmienić taktykę i zaproponować inną możliwość sprawiania sobie przyjemności. I pokazać mężczyźnie, że dla kobiety orgazm jest jeden, niezależnie od tego, w jaki sposób go osiągnie.

A jeśli problem się powtarza? – Trzeba powiedzieć wprost: „kochanie, niepokoi mnie ta sytuacja, ale jeszcze bardziej to, że nic nie mówisz. Czy masz jakąś trudność, czy coś się stało? Porozmawiajmy!” – proponuje seksuolog. Często mężczyzna unika tematu, bo obawia się wizyty u specjalisty: jest dla niego przyznaniem się do porażki. I boi się, że może usłyszeć diagnozę, która zabrzmi jak wyrok. Warto jednak z nim o tym porozmawiać, uciekając się przy tym do dwóch argumentów. Po pierwsze, przeciągający się, długotrwały stan zapalny może prowadzić do zwłóknień czy zrostów, a nawet do niepłodności. Po drugie, im szybciej się tym zajmie, tym szybciej będzie znowu w formie, bo to najprawdopodobniej problem czysto medyczny, który można wyleczyć łatwo i bez śladu.

I najważniejsze – nie przesadzajmy z oczekiwaniami. Seksuolodzy uważają życie intymne za udane, jeśli połowa zbliżeń pomiędzy partnerami jest satysfakcjonująca. Wszystkie na pewno nie będą, ponieważ nie jesteśmy robotami. Na szczęście.

  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach.
Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka?
Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać?
Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to...
To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości...
Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość?
Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia?
Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata.
„Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów?
Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów.
Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne?
Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami?
Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce?
Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?

  1. Psychologia

Zazdrość o sukces partnerki

Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
O męską zazdrość rozbił się niejeden związek. Co ciekawe, coraz częściej jej obiektem nie jest inny mężczyzna, a praca. Czy to tylko chore ego, czy może wołanie o przywrócenie porządku natury?

Obraz ojca zmęczonego po pracy towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Najedzony, nakarmiony przez żonę (obiad zawsze musiał być, choć mama także pracowała) – odpoczywał na kanapie, a my z bratem chodziliśmy na paluszkach, uciszani przez mamę krzątającą się w kuchni. Dziś coraz częściej bywa, że to kobieta wraca po kilkunastu godzinach spędzonych w firmie albo kilku w samolocie, tuż przed kolejnym wyjazdem, z terminarzem pełnym spotkań, pikającym telefonem przypominającym o tysiącach spraw do załatwienia, podczas gdy jej mężczyzna… skrycie jej tego zazdrości.

Trzy historie

– Nie rozumiem, po co było jej to drugie dziecko, skoro w ogóle nim się nie zajmuje – mówi Marek. – Nawet, kiedy wieczorem zdarzy jej się być w domu, a nie w pracy, siedzi przed komputerem, chociaż mała prosi, żeby się z nią pobawiła. Firma, projekty, bankiety służbowe, wyjazdy – wszystko jest ważniejsze od domu, dzieci, rodziny.

– I od ciebie? – pytam.

Marek milczy, a ja widzę, że ten siedzący przede mną młody, silny mężczyzna czuje się zraniony do żywego, porzucony, zdradzony, i to podwójnie. Dla kobiety, którą wybrał „na życie”, przestał być najważniejszy. Już go nie podziwia, bo trudno podziwiać faceta, który przynosi mniej pieniędzy albo w ogóle nie zarabia. Zamiast tego zajmuje się domem, dziećmi; sprząta, gotuje, robi zakupy albo narzeka, że w tym kraju nie ma pracy odpowiedniej dla niego. A ona? Awansuje, nie rozstaje się z telefonem i notebookiem, ciągle gdzieś się spieszy, a wieczorami wychodzi na służbowe kolacje. Nawet seks im ostatnio nie wychodzi, bo mężczyzna w fartuszku czy z zakupami nie przypomina samca alfa. To ona – słabsza płeć – wspina się po szczeblach kariery, a przecież sukces zawodowy to męska domena, tak to wymyśliła natura, prawda?

Elżbieta i Marcjan – obydwoje prawnicy. Poznali się na studiach, potem aplikacja, staż w znanej kancelarii, pierwsza praca w tej samej firmie. W międzyczasie ślub, podróż poślubna odłożona na później, bo akurat on prowadził prestiżową sprawę. A kiedy to wreszcie ona dostała ważnego klienta, Marcjan nagle zapragnął dziecka, twierdząc, że w końcu dojrzał do ojcostwa. Elżbieta urodziła córeczkę, rok później drugą.

– On mi to zrobił specjalnie, z zazdrości – mówi Ela. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o dzieciach, ale kiedy zaczęłam być lepsza od niego, po prostu wrobił mnie w ciążę.

I jeszcze Agata i Dominik. On, naukowiec, odnosi sukcesy, ale – jak wiadomo – w naszym kraju trudno wyżyć z uczelnianej pensji. Ona zaczynała od jednoosobowej działalności, dziś zatrudnia 20 osób. Wreszcie stać ich na duże mieszkanie, dwa samochody, wakacje za granicą i prywatną edukację dziewczynek. Dominik ma pensum pracownika naukowego, Agata pracuje od rana do wieczora, a po powrocie czeka ją drugi etat: w domu, przy dzieciach. Kiedy któraś z córeczek jest chora, to ona załatwia lekarza, chodzi na zebrania do szkoły, od czasu do czasu organizuje szybkie przyjęcia dla jego kolegów z uczelni, bo on rzuca od niechcenia: „Kochanie, dziś wieczorem wpadnie do mnie kilka osób. Co? Nie mówiłem ci o tym? Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie”.

– Mój mąż pracuje twórczo, a twórcza praca bywa męcząca – opowiada Agata. – Wieczorami zamyka się w swoim gabinecie, bywa, że wyjeżdża na weekendy, żeby odpocząć od zgiełku rodziny. Ja jestem zwykłym wyrobnikiem, pracuję jedynie dla pieniędzy, bo przecież ktoś musi utrzymać rodzinę. O mojej pracy nie mówi się przy stole, bo przecież to zwykła agencja reklamowa.

On mówi: chyba przewróciło jej się w głowie

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie bywa zazdrosny o sukces partnerki, przynajmniej za nic na świecie się do tego nie przyzna. Cierpi w milczeniu, bywa, że szuka sojuszników.

– Moja żona to szczęściara – mówi Marek. – Koleżanki zazdroszczą jej tego, że w domu posprzątane, dzieci zadbane, obiad ugotowany. Szkoda, że ona tego nie docenia.

Bywa, że mąż kobiety sukcesu z wdziękiem wchodzi w rolę ofiary, biednego, porzuconego Misia, który nie może znaleźć pracy, choć przecież jej szuka, lub nie szuka, bo nie ma czasu, zajęty dziećmi, domem, albo nie rozumie, po co tak się uganiać za pieniędzmi, skoro to rodzina jest najważniejsza.

Kiedy pytam Marka, co z jego pracą, tłumaczy, że on niewiele potrzebuje, to żona ma nienasycony apetyt finansowy. Być może, ale on nie ma problemu z tym, by się przy niej najeść do syta: narty – koniecznie w Alpach, samochód – najlepiej terenowy, ubrania – markowe. – Nasz związek jest udany – dodaje. – Gdyby tylko ona na każdym kroku nie wypominała mi, że wszystko, co mamy, to jej zasługa. Ja się o to nie prosiłem, skoro chce żyć na takim poziomie, nie mogę jej tego zabronić.

Ona mówi: chciałabym, by mnie docenił

Żona Marka twierdzi, że kiedy mąż stracił pracę i pogrążył się w depresji, nie miała innego wyjścia. Ktoś musiał przejąć obowiązek zarobienia na rodzinę. Nie mogła załamać się tak jak on, chciała pokazać, że razem dadzą radę. Liczyła, że to go zmotywuje do szukania pracy. Wierzy, że mąż znajdzie jakieś zajęcie, a wtedy ona zwolni tempo i zajmie się domem.

Agata, żona naukowca, docenia jego pracę; podobnie jak on, boleje nad tym, że z pensji pracownika naukowego trudno wyżyć, ale dzieci wołają jeść. Gdyby tylko on ją choć trochę docenił albo chociaż zauważył. Od miesięcy ze sobą nie sypiają.

Elżbieta, prawniczka, wierzy, że kiedy odchowa dzieci, wróci do zawodu i jeszcze mu pokaże.

Kobiecy sukces w pewnym sensie pełni w małżeństwie rolę kochanki, a zdrada męża z pracą ma potrząsnąć rzeczywistością związku: bezlitośnie obnażyć wszystkie słabe punkty, wzbudzić zazdrość partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy.

O co im tak naprawdę chodzi?

W dobrym związku partnerzy się wspierają i płynnie wymieniają rolami: czasami ona gotuje obiad, a on zmywa, innym razem ona zarabia więcej, podczas gdy on inwestuje energię w dokształcanie się lub zajmowanie domem i opracowywanie pomysłu na własną karierę. W związkach, w których sukces żony staje się powodem do zazdrości, brakuje zrozumienia, wsparcia i współpracy, a przede wszystkim systemowego porządku. Porządku, który ustanowiła natura w sprawie podziału obowiązków ze względu na płeć. To mężczyzna powinien być tym, który poluje – zabezpiecza rodzinę finansowo. Kobiecie natura przypisała rolę strażniczki domowego ogniska. Żeby wymieniać się rolami, najpierw te role muszą funkcjonować „po bożemu”: mężczyzna – zarabia, kobieta – troszczy się o dom, a kiedy zachodzi taka potrzeba, na krócej lub na dłużej zamieniają się obowiązkami. Może być również tak, że od początku związku umówili się inaczej, bo na przykład ona wykonuje zawód, w którym ma szansę zarobić więcej, a on może w większym stopniu poświęcić się sprawom domowym. W takiej sytuacji nie ma powodu do zazdrości. Kobieta, dla której sukces zawodowy jest formą szantażu, manipulacji, właśnie w ten sposób woła o przywrócenie porządku. Ale kiedy ona, zupełnie nieświadomie, wchodzi w „męską” rolę, partner buntuje się albo degraduje ją do roli strażniczki domowego ogniska, chcąc w ten sposób ukryć swoją zazdrość. Tak czy siak, intencje obydwojga nie są czyste. Ona woła: „Zauważ mnie”, on się obraża, zapada w bierność, szantażuje, wzbudza poczucie winy. W tej grze nie ma wygranych, prędzej czy później skapitulują obydwie strony.

  1. Seks

Powody, dla których ze sobą sypiamy? - Nie zawsze chodzi o seks...

Seks nie musi kojarzyć się z bliskością i przyjemnymi doznaniami. Często w związkach partnerzy używają go do prowadzenia gier (fot. iStock)
Seks nie musi kojarzyć się z bliskością i przyjemnymi doznaniami. Często w związkach partnerzy używają go do prowadzenia gier (fot. iStock)
Kiedy nasze życie seksualne zaczyna „szwankować”, większość z nas sięga po podręcznik ars amandi. Inni udają się po poradę do seksuologa, który stara się pomóc rozwiązać problemy. Jednak w przypadku wielu par ani podręczniki sztuki kochania, ani porady najlepszych fachowców od spraw seksu niewiele pomagają. Dlaczego? Ponieważ ich problem ma tak naprawdę zupełnie nieseksualną naturę.

– Miłość fizyczna powinna przede wszystkim zaspokajać potrzeby seksualne, ale nie tylko – mówi Tatiana Ostaszewska-Mosak, psycholożka i terapeutka. – Jeśli zbliżeniu przypisujemy inne znaczenia, zaczyna ono tracić atrakcyjność i coraz mniej nas cieszy.

Często idziemy do łóżka z powodów, które z pożądaniem nie mają nic wspólnego. W efekcie po zbliżeniu – nawet, jeśli oboje mieliśmy orgazm i seks był pozornie udany – czujemy, że czegoś zabrakło, coś nie zostało osiągnięte. Ogarnia nas rozczarowanie, zawód, mamy poczucie pustki i osamotnienia. Winimy wtedy partnera, nastrój, sytuację, zmęczenie czy brak doświadczenia w miłosnej grze. Ale powód braku zaspokojenia jest inny: uprawialiśmy seks z niewłaściwych pobudek. Poszliśmy do łóżka, choć tak naprawdę potrzebowaliśmy czegoś zupełnie innego.

Dlaczego tak się dzieje? Miłość fizyczna została obciążona potrzebami, z którymi nie ma wiele wspólnego. Potrzeba czułości i miłości, poczucia się atrakcyjną czy utwierdzenia się w atrakcyjności, pragnienie towarzystwa i uniknięcia samotności, chęć uzyskania czegoś, czego pragniemy, zapewnienie sobie wierności partnera, ucieczka przed intymnością, próba uniknięcia poczucia winy, a nawet potrzeba zemsty czy okazania naszej dominacji – to wszystko „upchnęliśmy” w seksie. I spodziewamy się, że seks, który został przez matkę naturę stworzony, by dawać nam przyjemność, te potrzeby zaspokoi. Nic z tego…

Nieadekwatne oczekiwania w odniesieniu do seksu są nie tylko niemądre, ale też szkodliwe. Są bowiem niebezpieczne dla naszej zdolności czerpania zeń satysfakcji i przyjemności.

– Jeśli uprawianie seksu z nieseksualnych pobudek się powtarza, zaczynamy tracić radość z fizycznej miłości – ostrzega psycholożka. – Opuszcza nas entuzjazm do seksu, maleje atrakcyjność partnera, a sam seks zaczyna się nam wydawać nieadekwatny, niesatysfakcjonujący. Nie tylko nie zaspokoimy naszych potrzeb, ale jeszcze stracimy okazję czerpania z niego wspaniałej radości.

Byle nie za blisko

Jednym z powodów uprawiania seksu może być… unikanie emocjonalnej bliskości. Trudno w to uwierzyć? Choć seks kojarzy nam się z intymnością i jej pogłębianiem, wiele osób za pomocą seksu właśnie od intymności ucieka.

– W naszym społeczeństwie przyjęło się, że jeśli dwoje ludzi idzie do łóżka, to są sobie bliscy – mówi Tatiana Ostaszewska- Mosak. – Tymczasem seks gwarantuje tylko bliskość fizyczną. Z bliskością emocjonalną potrafi nie mieć nic wspólnego. Ludzie mogą zrealizować wszelkie sposoby bliskości fizycznej, w ogóle nie zbliżając się do siebie emocjonalnie. Co więcej, choć z reguły nie zdają sobie z tego sprawy, o to właśnie im chodzi.

Niemożliwe? Owszem, możliwe! Można tu wykorzystać seks nawet na kilka sposobów. Można „wskakiwać” do łóżka za każdym razem, gdy pojawia się jakiś problem, prowadzący do konfliktu. Seks na przeprosiny – brzmi pięknie. Ale jeśli przed seksem nie udało się problemu rozwiązać, jeśli partnerzy nie stawili mu wspólnie czoła, a po wszystkim zamiast o emocjach rozmawiają, jak dobrze im razem w łóżku – seks staje się emocjonalną „zapchajdziurą”. A jak długo można się cieszyć „zapchajdziurą”, czy to w sypialni, czy poza nią?

– Bliskość buduje się poprzez wzajemne poznawanie się, któremu służy między innymi wspólne rozwiązywanie problemów. Jeśli ludzie z uporem omijają konflikty  „łóżkową obwodnicą” i wszystkie kłótnie kończą w ten sam sposób, gdy czują się sobie bliscy tylko podczas uprawiania seksu, prawdopodobnie nigdy się nie poznają naprawdę i nie nauczą wzajemnie rozumieć – podkreśla psycholożka. – Takie pary z reguły latami prowadzą te same kłótnie i niewiele z tego wynika. W dodatku każde z partnerów ma wrażenie, że sypia z kimś obcym. Nic więc dziwnego, że satysfakcja z seksu z czasem maleje.

Seks można z powodzeniem potraktować także jako temat zastępczy: kiedy wszystkie kłótnie i nieporozumienia krążą wokół seksu; tego, kto komu czego daje za mało i czyją winą jest brak satysfakcji jednego lub obojga partnerów – wtedy nie trzeba już zagłębiać się w subtelniejsze i bardziej zagrażające problemy, które mogą nas zmusić do odsłonięcia prawdziwego kawałka duszy.

– Gdy ten temat wraca jak bumerang w różnych sytuacjach, gdy skupiamy się wyłącznie na seksie, może się okazać, że jesteśmy zupełnie obcymi sobie ludźmi, którzy dzielą ze sobą łóżko – ostrzega Tatiana Ostaszewska-Mosak. – W ten sposób zamiast się do siebie zbliżać, oddalamy się. I nie powinno dziwić, że wraz ze wzrostem emocjonalnego dystansu także seks przestaje nas interesować.

 

Ja ci pokażę!

Kiedy słyszymy „seks dla zemsty”, na myśl przychodzi nam z reguły następujący scenariusz: „on zdradził ją, więc teraz ona zdradza jego” – lub odwrotnie. Albo inaczej: on nie zrobił tego, czego ona chciała, więc w odwecie seksu w ogóle nie będzie. Ale seksu dla zemsty można używać w bardziej zagmatwany sposób: choć jesteśmy w związku, który określamy jako dobry, ni z tego, ni z owego dopada nas gwałtowna potrzeba uprawiania seksu z kimś innym, niż partner. Poddajemy się takiemu impulsowi, ale… po fakcie żałujemy tego, co zrobiliśmy. Zastanawiamy się, dlaczego do tego doszło, skoro kochamy osobę, z którą jesteśmy. I dlaczego nie było nam dobrze, skoro ten impuls był taki silny…

– Zdarza się, że dopuszczamy się zdrady, ponieważ czujemy się rozżaleni, źli i pełni gniewu na partnera za sposób, w jaki nas traktuje lub kiedyś potraktował – twierdzi Tatiana Ostaszewska-Mosak. – Kieruje nami wewnętrzne pragnienie zranienia go, wyrównania z nim rachunków w ten pokrętny sposób. Zwłaszcza, jeśli partner jest zazdrosny: wiemy, że właśnie zdrada zabolałaby go najbardziej. Niestety, choć myśl o tym, że go srodze karzemy, może wydawać się satysfakcjonująca, sam seks prawie nigdy taki nie jest. Z reguły po takim stosunku czujemy się gorzej niż przed. Co więcej, tego typu zemsta rodzi tylko kolejne problemy – kłamstwa itp. Poczucie winy może wręcz sprawić, że nawet „praworządny” seks z partnerem przestanie nas cieszyć: nie zasługujemy na przyjemność, skoro jesteśmy takim złym człowiekiem.

Za pomocą seksu można się zemścić nawet bez uciekania do zdrady, podczas stosunku z własnym partnerem. Jak? Domagając się takich zachowań, których partner nie akceptuje; robiąc to, czego nie lubi lub odwrotnie, odmawiając tego, co sprawia mu największą przyjemność. Nasz partner cierpi i traci ochotę na miłość z nami, a my – zamiast przyjemności z seksu – mamy wątpliwą satysfakcję, że odegraliśmy się za nasze krzywdy.

– Jeśli ten proces jest świadomy, mamy możliwość pracy z problemem, który nas pcha do krzywdzenia partnera i pozbawia nas przyjemności z seksu. Gorzej, że często w ogóle nie potrafimy powiedzieć, dlaczego robimy to, co robimy. Odpieramy jakiekolwiek sugestie, że coś robimy źle, bo wydaje nam się na przykład, że my jedynie eksperymentujemy w łóżku albo oskarżamy drugą stronę o brak fantazji i otwartości. Takie zachowanie nie tylko ograbia obie strony z przyjemności, może nawet rozbić związek – uważa psycholożka.

Zemszczę się

Jeśli chcesz zrobić krzywdę swemu życiu seksualnemu, idź do łóżka zła. Nawet niekoniecznie na partnera.

– Złość często bywa „przenoszona”: nie okazujemy jej wtedy, kiedy ją przeżywamy i nie możemy jej wyładować na osobie, która ją spowodowała – tłumaczy Tatiana Ostaszewska-Mosak. – Ale uczucie nie mija, musi znaleźć jakieś ujście. I nierzadko znajduje je w seksie, ponieważ niektóre jego formy doskonale nadają się do maskowania emocji.

Złość może zmienić nas w łóżkowych brutali. Brutalny kochanek może uchodzić za „ognistego ogiera”, namiętnego i pełnego pasji. Ale czasem ten „ogier” nie podnieca drugiej strony: partner może być zwyczajnie niedelikatny i nie liczyć się z uczuciami kochanka. Wtedy z przyjemności rabuje dwie osoby: sam, odreagowując w łóżku złość, nie znajduje satysfakcji i odbiera ją drugiej stronie, umęczonej jego brutalnością i mającej poczucie, że została do czegoś wykorzystana.

Nagromadzona złość może powodować nie tylko fizyczną brutalność, ale także brutalność w sferze emocji: nieliczenie się z uczuciami partnera. Tymczasem nie licząc się z uczuciami partnera, upokarzamy go. Żądając pozycji czy technik, na które nie chce się zgodzić, doprowadzając do stosunku, kiedy nie jest gotowy, wyrażając się z pogardą o jego ciele czy możliwościach seksualnych, a nawet pobudzając partnera i wycofując się w ostatniej chwili – przy pomocy tych wszystkich sposobów sprawiamy, że partner cierpi. I seks nie sprawi przyjemności żadnej ze stron. – Przenikanie złości do sypialni grozi zwłaszcza tym, którzy nie potrafią jej okazać we właściwym momencie – mówi psycholożka.

Wielu terapeutów uważa, że nagromadzona złość bywa przyczyną oziębłości i impotencji. Nie można się bowiem cieszyć seksem, gdy w głębi duszy odczuwa się złość i rozżalenie. Nie można też szczerze pieścić partnera, dawać mu przyjemności. I apetyt na seks zaczyna zanikać.