1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Skąd biorą się problemy seksualne?

Skąd biorą się problemy seksualne?

Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
W Internecie znajdziemy taki obrazek: mężczyzna pyta zgromadzony tłum: "Kto chce zmiany?" Wszyscy podnoszą ręce. "A kto chce się zmienić?” Nikt nie podnosi. Podobnie jest z życiem seksualnym. Wszyscy chcemy lepszego seksu, ale nikt nie chce zmienić siebie. Liczymy na to, że na wszystkie problemy pomoże nam tabletka – mówi Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta.

Mężczyzna, lat 36. Trzy stosunki w życiu. Nigdy nie był w związku. Seks za każdym razem kończył się zaburzeniami erekcji. – Nie ma w tym nic dziwnego, bo jeśli kochasz się kilka razy w życiu i zawsze z nowymi partnerkami, to nie masz doświadczenia jako kochanek i twój poziom lęku jest bardzo duży – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta. – Mężczyzna zastanawia się wówczas: „Co ona o mnie pomyśli? Może mam za małego? Może za dużego?”. Podobnie, kiedy nie buduje z kobietą bliskości. Wówczas wyobraża sobie, że jak gwiazdor porno musi się wykazać. No, a jeśli wgra sobie to przeświadczenie, płynie do jego ciała lęk, strach, przerażenie, a to nie są zbyt podniecające uczucia. Naturalną koleją rzeczy są w tej sytuacji zaburzenia erekcji. A kolejnym statystycznym krokiem jest zamówienie leków na potencję w Internecie, jednak one niewiele pomogą.

Bo czymś, co wyeliminuje obawy takiego mężczyzny, a więc i problem ze wzwodem, jest zbudowanie ciepłych relacji z kobietą. Ale najczęściej pacjent nie chce o tym słuchać, on chce dostać tabletkę, która załatwi sprawę. Podczas rozmowy z terapeutą przyznaje, że ma poczucie, że żadna kobieta się nim nie zainteresuje, bo jest brzydki, ma nieciekawe życie. Andrzej Gryżewski: – Mężczyzna przychodzi ze zrujnowaną samooceną. I wierzy, że farmakologia pomoże mu poczuć się pewnym siebie, umieć prowadzić dialog z kobietą, poderwać ją, a potem w łóżku się wykazać. Ale żeby tak się stało, w takiej tabletce musiałyby być geny z umiejętnościami społecznymi, które zmieniałyby osobowość. Jak go przekonać, że potrzebna jest mu psychoterapia?

– Zapytałem pacjenta, który przyznał się do niskiej samooceny, jak długo ktoś mu tę samoocenę dezawuował – opowiada Andrzej Gryżewski. – Babcia mnie wychowywała i przez lata ośmieszała w zemście za dziadka, który ją opuścił. Rodzice? Robili karierę i w ogóle się mną nie zajmowali. Nie, nie miałem żadnej dobrej relacji.

– A gdyby chciał się pan nauczyć chińskiego, to ile by to trwało?

– Ze 400 roboczogodzin.

– No właśnie. A jeśli chodzi o budowanie relacji, bycie dobrym kochankiem, to ile czasu na to trzeba?

– To co innego!

– A gdyby chciał pan popracować nad sylwetką, poszedłby pan na siłownię. Ile czasu trzeba, żeby były efekty?

– No, kilka miesięcy...

– A czy nie może być podobnie z seksem?

– No, nie...

Specjalista szuka kolejnej metafory, by wreszcie trafić do wyobraźni pacjenta i spowodować, by pomyślał, że jest inne rozwiązanie niż pigułka. Że zamiast łykać medykamenty, lepiej wzmocnić poczucie wartości, nauczyć się budowania relacji i nabyć rzetelną wiedzę dotyczącą seksualności człowieka.

– Tak właśnie pracujemy w gabinecie, w dużej mierze w najbardziej skutecznym nurcie, psychoterapii poznawczo-behawioralnej – mówi psychoterapeuta.

Złudzenie czy pomoc?

Zalewają nas reklamy cudownych środków na potencję dla mężczyzn, ale trafiają się też leki dla kobiet. Rynek konsumencki jest ogromny – aż 42 proc. mężczyzn i 46 proc. kobiet ma zaburzenia seksualne. Tylko 10 proc. z nich się leczy. A reszta?

– Suplementy reklamowane w prasie i w telewizji jako leki są dostępne w Internecie – mówi Andrzej Gryżewski. – Są popularne, gdyż co czwarty mężczyzna ma zaburzenia erekcji. Do 25. roku życia 60 proc. cierpi na przedwczesny wytrysk, a po 25. roku – 30 proc.

Tabletki na potencję reklamowane w mediach wydają się znakiem końca pruderii. Czy to znaczy, że psychoterapia seksuologiczna jest w odwrocie?

Andrzej Gryżewski: – Doświadczenie pokazuje, że tam, gdzie przyczyna zaburzeń tkwi w psychice, skuteczną pomoc znajdziemy, zmieniając myślenie, pracując ze zniekształceniami poznawczymi i ucząc się, czym jest seksualność. Wiara we wszechmoc tabletek bierze się m.in. stąd, że do niedawna wszyscy, którzy zajmowali się seksuologią, to byli lekarze: Michalina Wisłocka, Kazimierz Imieliński, Zbigniew Lew-Starowicz, Andrzej Depko. A co za tym idzie, stosowali pomoc medyczną, leki. Dziś nadal wielu seksuologów to medycy. Jeśli więc przychodzi klient do seksuologa, który ma wykształcenie medyczne, to może liczyć na leki. Te zapisują też lekarze interniści, rzadko będący seksuologami.

– Gdy chodzi o zaburzenia wzwodu, które nie mają fizjologicznej przyczyny, leki mogą pomóc na chwilę, ale problem wróci, jeśli jego źródło tkwi w emocjach, mitach seksualnych, zniekształconych procesach myślowych – dodaje Gryżewski.

Ale mężczyźni upierają się przy tabletkach, bo mają poczucie, że jeśli wezmą niebieską pastylkę, to będą szaleć w łóżku przez wiele godzin. – To jeden z mitów, jakie ciągną się za lekami na potencję. Mitów, bo jak ktoś nie jest aktorem porno, a jego łóżko to nie scena, na której liczą się tylko wygibasy, nic z tego nie będzie. Dopasowanie się, uważność na to, jak dana kobieta układa się w rękach danego mężczyzny, decydują o erotycznym szaleństwie zmysłów – mówi Andrzej Gryżewski. Natomiast mężczyźni mają poczucie, że jedna pigułka rozwiąże wszystkie problemy i w seksie, i w związkach.

Czas żałoby

Matka umarła, kiedy miał 12 lat. Ojciec się psychicznie rozpadł. I on, dziecko jeszcze, musiał się zająć organizacją pogrzebu, załamanym ojcem i młodszą siostrą. Kiedy dorósł, poznał kobietę z depresją i się zakochał. A potem pojawiła się dwójka dzieci. Nie miał więc nigdy czasu na to, by przeżyć żałobę po matce. Dziś ma lat 43. Kiedy stoi na poczcie w kolejce i widzi kobietę podobną do mamy, zaczyna płakać. W radiu leci piosenka, którą ona lubiła – płacze. A w seksie... Właśnie dlatego przyszedł do seksuologa. Od wielu lat ma zaburzenia erekcji. – W czym nie ma nic dziwnego, bo jego organizm całą energię kieruje na nieprzeżywanie żałoby, odcięcie się od niej – mówi Gryżewski. – Na zwyczajne życiowe czynności zostaje mu 10 procent dziennej energii. By to zmienić, musiałby puścić te emocje, zmoknąć łzami do suchej nitki. Inaczej się nie da. Ale on tego się boi. Zaburzenia erekcji to czubek góry lodowej.

Ten mężczyzna myślał, że pomogą mu pigułki. Na szczęście dał się przekonać do pracy nad emocjami i po roku psychoterapii zaburzenia erekcji pojawiają się już tylko podczas jednej czwartej stosunków. Wcześniej zdarzały się za każdym razem.

Terapia polega na tym, że pacjent opowiada o matce, mówi, z czym ona mu się kojarzy. Odreagowuje swoje emocje. Ja mu pomagam je przeżyć w bezpieczny sposób.

Inny przypadek. 38-letni syn prawicowego polityka. W jego domu o ciele za wiele się nie mówi. To, co powyżej pasa, jest w porządku, co poniżej – zostaje przemilczane. Więc nikt z nim nie rozmawiał na temat seksu. Miał wgrane, że genitalia są nieczyste, że seks to choroby weneryczne, więc lepiej nie zajmować się tą sferą życia. Oczywiste więc było, że będzie miał problemy z erekcją. By się ratować, kupował tabletki w necie.

– Wszystkie, jakie można tam nabyć, są podobne do niebieskich tabletek, z tym że substancja czynna to koło 10 proc. składu, reszta (skrobia, cement) nie wpływa na wzwód – mówi Gryżewski.

Pacjent uzależnił się od tych leków psychicznie. Był przekonany, że tylko jak weźmie tabletkę, będzie dobrze funkcjonować w seksie i w ogóle w życiu. A jeśli nie weźmie... No właśnie! Nie dopilnował i skończył się zapas. Był pewny, że partnerka go odrzuci, a nawet jeśli nie, to seks na pewno się nie uda. To nie tylko cały dzień będzie do niczego, ale i życie. Żadnej innej kobiety już nie pozna.

– Mężczyźni, którzy mają niską samoocenę, już po dwóch razach mogą się uzależnić psychicznie od środków na potencję – mówi Andrzej Gryżewski. – Całą swoją samoocenę wyrzucają na zewnątrz i lokują w tabletce. A ten pacjent był marzeniem każdej kobiety: wysportowany, wysoki, trzy języki, a do tego miły. Przyszedł do mnie, bo przeczytał, że tabletki z netu nie są najlepsze i mają prawo nie zadziałać. A ostatnio właśnie przestały. Dlaczego? Jego przedostatnia partnerka stała się jego stalkerem. Po dwóch miesiącach bycia razem zauważył, że bierze narkotyki, i chciał się z nią rozstać. Powiedziała, że się zabije, i zaczęła wysyłać zdjęcia z inscenizacją samobójstwa: lina, tabletki, ostre narzędzia itp. Więc jednak nie zrywał z nią ostatecznie, a ona w tym czasie zaczęła wydzwaniać do jego matki. Matka interesowała się ogrodem i książkami Jane Austen. Dziewczyna zaznajomiła się więc i z ogrodnictwem, i z powieściami, by mieć o czym z nią rozmawiać. Dzwoniła do niej codziennie. Gdy więc matka się dowiedziała, że jej syn chce się z tą kobietą rozstać, zagroziła, że go wydziedziczy.

Nie poddał się, zaczął się spotykać z inną. Ale wtedy nasiliły się problemy z seksem. A tabletki przestały pomagać.

Andrzej Gryżewski: – Pacjenci często przychodzą i mówią: „To jest superskuteczne, czytałem w ulotce. Ja to brałem, ale nie pomogło, czyli to moja wina”. Mają tak zaniżoną samoocenę, że nie przyjdzie im do głowy, że ten lek może być do niczego. Przypisują więc winę wyłącznie sobie i ich poczucie wartości jeszcze dostaje dodatkowe baty. Załamują się.

Leki pomagają mężczyznom, którzy mają z seksem problemy z powodów organicznych. Na przykład cierpią na choroby kardiologiczne, w ich żyłach osadził się cholesterol, substancje smoliste itd. Viagra była początkowo podawana dzieciom chorym na serce, gdyż poprawiała jego ukrwienie. Gdy zobaczono, jak jest skuteczna, zaczęto podać ją dorosłym, a wtedy okazało się, że skutkiem ubocznym jest wzwód. Ale jeśli źródłem zaburzeń jest psychika, trzeba leczyć psychikę, leki działające na ciało nie rozwiążą problemu duszy, nie zmienią procesów myślowych. Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną.

Kobieta, która nie ma orgazmu

– Nigdy się nie masturbowała. Nie ma pozytywnych doświadczeń z mężczyznami. Dodatkowo jej rodzina nigdy pozytywnie nie mówiła o seksie. No, to ona ma prawo nie mieć orgazmów. Ale kiedy przychodzi do gabinetu, mówi: „Wie pan, słyszałam, że jak weźmie się niebieską tabletkę, to trzy noce można szaleć. Słyszałam, jak przez całą noc jęczała sąsiadka, kiedy ją zażyła. Pomyślałam więc, że jeśli ja, która mam problem z seksem, wezmę tę cudowną pastylkę, to i mnie pomoże. Wejdę wtedy w jakąś dobrą relację z mężczyzną, bo on będzie inaczej mnie traktować, jak mi lepiej pójdzie w łóżku” – relacjonuje Gryżewski. – Ale, niestety, nie tędy droga do szczęśliwego związku. Tabletka nie odmieni całego jej życia. A więc mówię do niej: – To ciekawe, ale warto zobaczyć, co też pani czuje. Zebraliśmy jej wszystkie problemy i policzyliśmy, ile czasu trzeba, by je rozwiązać. Razem wyszedł nam rok pracy. Zaleciłem jej trening masturbacyjny i lekturę książki „Monologi waginy”, która pomoże jej polubić własne genitalia.

To niezwykle ważne, bo jak kobieta chce uprawiać seks z sukcesem, to musi siebie tam też polubić. Jeśli nie ma świadomości, czym seks jest, jeśli nie ma wiedzy, jak się kochać i czemu to może nie wyjść, nie będzie miała udanego seksu.

Homoseksualni kochankowie

– W świecie homoseksualnej miłości jest większy nacisk na to, aby się wykazywać sprawnością – mówi Andrzej Gryżewski. – Gdy przychodzą do mnie geje z problemami seksualnymi, stosujemy model psychoterapii poznawczo-behawioralnej, tzw. ABC, gdzie A to sytuacja aktywizująca, B – przekonania, C – konsekwencje. Sytuacja: chcę mieć z kimś seks. Przekonanie: muszę się wykazać, bo od tego zależy, czy zbuduję relację; wszystko stawiam na jedną kartę. Konsekwencje: czuję duży lęk, niepokój.

Z takimi uczuciami obciążającymi nie zbudują niczego dobrego, bo to tak jakby nie tylko nieśli na plecach 50-kilogramowy worek, ale chcieli z nim przebiec maraton.

Psychoterapia polega na zdjęciu z nich tego obciążenia. Jak? Potrzebna jest analiza. Pytam: – Jak pan myśli, czego partner od pana oczekuje?

– Żebym przez cztery godziny miał sztywność członka.

– O! Ciekawe – odpowiadam. Myśli pan, że to realne?

– Tak!

– Owszem, coś takiego zdarza się w naturze, ale to jest choroba i nazywa się priapizm. Mówimy o niej, gdy sztywność członka utrzymuje się powyżej dwóch godzin. Wówczas trzeba jechać do szpitala, bo to grozi stałym uszkodzeniem prącia.

Mity, które rujnują życie seksualne oraz emocjonalne i hetero-, i homoseksualistów, biorą się głównie z filmów porno.

50 minut superharcowania? Ale to nagranie trwało cały dzień, było wiele przerw i stop-klatek. Osoba, która nie ma partnera na stałe, może ulec złudzeniu, że w łóżku wszystko polega na wytrzymałości i sprawności. A to idealne podłoże myślowe do poszukiwania superleku na potencję. Wówczas nie jest dostrzegane to, co ktoś inny czuje, myśli, czego pragnie. Liczy się sprawność. Jak w takiej sytuacji zbudować intymną, ciepłą i szczerą relację? No, nie da się, a gdy jej brak, problemy z seksem się nasilają, więc znów zaczynają się poszukiwania silniejszego leku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przemoc słowna w związku - co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem

Przemoc słowna jest jak trucizna – powoli wyciągnie z ciebie całe życie i pozbawi radości. (Fot. iStock)
Przemoc słowna jest jak trucizna – powoli wyciągnie z ciebie całe życie i pozbawi radości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jeżeli jest coś, bez czego związek na pewno nie przetrwa, jest to szacunek. Szacunek pozwoli przetrwać wiele burz, wiele przeszkód w życiu i nieszczęść, a jeśli istnieje coś, co zawsze prowadzi do rozpadu, jest to pogarda i przemoc. Nigdy nie pozwalaj na to, żeby facet cię źle traktował i brzydko do ciebie mówił.

Przykre jest to, że często dochodzi do takiego momentu - gorzej, że na tym jednym się nie kończy. Niektórzy mężczyźni oswojeni ze zdobytą już kobietą zaczynają pozwalać sobie na agresję. Tak im się to "wymyka". I jeśli ona nie zaprotestuje skutecznie, eskalują to zachowanie. Może być też tak, że chłopa zezłości JEJ bycie ofiarą, bycie zawłaszczającą, roszczeniową lub zupełnie bezmyślną. Nie jest to jednak ŻADEN powód ani pretekst usprawiedliwiający okazywanie przemocy i chamstwa.

Facet ma prawo powiedzieć o swoim niezadowoleniu. Można się z nim nie zgodzić, dyskutować. Na pewno warto posłuchać i zastanowić się. Warto być na tyle otwartą wobec siebie, żeby nauczyć się rozróżniać, czy agresja jest właściwością tego mężczyzny, jego zwyczajem, czy jest związana z tym, czego on u ciebie nie znosi. I wtedy trzeba poprosić, żeby formułował to inaczej. Można powiedzieć: "Słuchaj, mogę cię pewnym moim zachowaniem zawodzić - powiedz mi o tym, ale inaczej - bo przed chamstwem będę się bronić i na nie NIE POZWALAM".

Oto kilka konkretnych uwag jak się zachować w sytuacji agresji słownej. 

  • Zaczekaj z reakcją, zdaj sobie sprawę z tego, co czujesz; może ci być smutno, możesz się bać, bo to bardzo przykre, możesz być wściekła, rozczarowana albo wszystko razem.
  • Jeżeli poczujesz to, co czujesz - nazwij sobie te uczucia.
  • Ponieważ zdarzyło się to pierwszy raz - naprawdę szczerze się zdziw.
  • Zapytaj: "Kochanie, co ci się stało?".
  • Powiedz: "Jakiś nowy ton słyszę, nie znałam cię od tej strony".
  • Nie bierz tego absolutnie do siebie.
  • Nie odwzajemniaj agresji.
  • Jeśli już wpadłaś w emocje, smutno ci, powiedz: "Jest mi przykro".
  • Jeśli jest to złość, powiedz: "Nie podoba mi się to, jak się do mnie odezwałeś".
  • Nie bądź ksobna, czyli nie podkładaj się - to nie jest o tobie (jego zachowanie świadczy o nim).
  • Obejrzyj sytuację z jego punktu widzenia, może jest czymś podenerwowany, rozzłoszczony, a ciebie to nie dotyczy.
  • Wtedy możesz powiedzieć: "Rozumiem, dlaczego masz zły humor i że jest ci źle, ale nie wylewaj tego na mnie".
  • W końcu powiedz: "Bardzo potrzebuję, żebyś mnie przeprosił, gdy już poczujesz się lepiej" lub "Nie wątpię, że jak poczujesz się lepiej, to mnie przeprosisz".
  • Pamiętaj! Przemoc słowna wobec kobiet jest bardzo częsta - nie można pozwolić na to, żeby stała się stałym punktem waszego związku.
  • Przemoc słowna jest jak trucizna - powoli wyciągnie z ciebie całe życie i pozbawi radości.
Więcej w książce " Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Seks

W seksie również należy się szkolić

Lubimy porównywać seks do jedzenia: obie dziedziny odwołują się przecież do zmysłów. Skoro więc kupujemy książki kucharskie z daniami kuchni całego świata, próbując wprowadzać nowe smaki, czemu nie poszukać inspiracji w sferze erotyki? (Fot. iStock)
Lubimy porównywać seks do jedzenia: obie dziedziny odwołują się przecież do zmysłów. Skoro więc kupujemy książki kucharskie z daniami kuchni całego świata, próbując wprowadzać nowe smaki, czemu nie poszukać inspiracji w sferze erotyki? (Fot. iStock)
Lubimy porównywać seks do kuchni. Dobrze! Życie erotyczne powinno być jak nieustająca uczta. Czemu nie jest? Może do sypialni zakradł się jakiś błąd w sztuce?

Kto sięga po poradniki seksualne? Badania przeprowadzone wśród sprzedawców w amerykańskich księgarniach pokazują, że ponad 80 procent czytelników stanowią kobiety. Czyżby wiedziały o seksie mniej niż mężczyźni? Niekoniecznie. Za to częściej uważają, że w tej sferze można – a nawet trzeba – się doskonalić.

– Panowie stawiają wyjątkowy opór w kwestii dokształcania seksualnego. Jakąkolwiek sugestię, że mogliby się czegoś douczyć, uważają bowiem za ujmę na honorze – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. Tymczasem, zdaniem seksuologów, poradniki seksualne powinna czytać każda para kochanków. Bo choć różni ich być może wiedza na temat seksu, własne doświadczenia, oczekiwania i potrzeby, to jednak z pewnością oboje mogliby się czegoś nowego nauczyć. I to wspólnie.

Lubimy porównywać seks do jedzenia: obie dziedziny odwołują się przecież do zmysłów. Skoro więc kupujemy książki kucharskie z daniami kuchni całego świata, próbując wprowadzać nowe smaki, czemu nie poszukać inspiracji w sferze erotyki? Przecież seks jest kuchnią pożądania...

Lekcja pierwsza: wiedza o partnerze

– Czy na pewno wiemy, co lubi nasz partner, czy tylko tak nam się wydaje? – pyta Małgorzata Zaryczna. – Często bywa tak, że upodobania kochanka lub kochanki wnioskujemy z wyglądu, min, gestów, westchnień… Zgadujemy. I raczej rzadko mamy odwagę weryfikować tę wiedzę, bo a nuż okaże się, że coś jest jednak nie tak albo że do tej pory wszystko robiliśmy źle.

Takie ryzyko powstrzymuje przed pytaniami i zmianami. Schematycznie to wprawdzie bez fajerwerków, ale za to bezpiecznie. Tylko że wyjście poza rutynę nie musi być od razu skokiem na głęboką wodę. Zacznijmy od dodatkowej szczypty uwagi wobec kochanka i uruchomienia wyobraźni.

Kobiety narzekają nieraz, że mężczyźni traktują je jak roboty: znają tylko trzy przyciski: dwa na górze i jeden na dole. Podotykają je trochę i... ot, cała gra wstępna. A współcześni mężczyźni, przytłoczeni wiedzą o sposobach dostarczania kobiecie rozkoszy, przerażeni, czy podołają, wolą w gąszczu niepewności swoje sprawdzone trzy przyciski. Dość częsty błąd kochanków to tendencja do dawania drugiej osobie tego, co sami chcielibyśmy dostać. Dlatego kobiety pieszczą mężczyzn subtelnie, muskając ich skórę, podczas gdy oni woleliby mocniejsze pieszczoty, bo ich skóra jest słabiej unerwiona. Dokładnie odwrotnie postępują panowie – ich dotyk bywa dla kobiet zbyt mocny i gwałtowny.

Podobnie dzieje się z łóżkowymi rozmowami: mężczyźni, którzy sami chcieliby usłyszeć, że są świetnymi kochankami i że ich partnerkom z nikim dotąd nie było tak dobrze, jak z nimi – właśnie to dają im do zrozumienia. Tymczasem kobieta wolałaby usłyszeć „jesteś piękna” lub „kocham cię”.

Kolejny błąd: wygodnictwo. Z czasem nie chce nam się już szukać, sprawdzać, starać się. Skoro coś do tej pory działało, będzie działało zawsze – myślimy.

– Często próbujemy stosować triki sprawdzone w poprzednich związkach – w kolejnych relacjach. To nie jest dobry pomysł. Każdy jest przecież inny, każdy ma swoje potrzeby i upodobania. Nie ma sensu porównywać obecnego partnera z poprzednim – twierdzi Małgorzata Zaryczna. – A w stałych związkach nie ulegajmy przyzwyczajeniom. Na drugą osobę trzeba być uważnym przez cały czas. To, co sprawiało nam przyjemność dziesięć lat temu, dziś może być irytujące. I odwrotnie: coś, czego nie lubiliśmy i kiedyś nas odstraszało, dziś możemy postrzegać jako nęcące.

 

Lekcja druga: geografia mężczyzny

Jest taki dowcip: Ile stref erogennych ma mężczyzna? I do wyboru trzy odpowiedzi: a) jedną, b) jedną, c) jedną. Śmieszne? Przede wszystkim bardzo nieprawdziwe.

– Uważa się, że aż 60 procent ciała kobiety to strefy erogenne – mówi Zaryczna. – W porównaniu z tym 12 procent ciała mężczyzny to niewiele. Ale to wciąż dużo więcej niż tylko penis i jądra.

Manuela Gretkowska powiedziała kiedyś, że mężczyzna jest łatwy w obsłudze, bo ma tylko jedną dźwignię. Niektóre kobiety obrały to zdanie za drogowskaz, jak sprawiać przyjemność swojemu partnerowi. Niestety, ten sposób grozi skazaniem się na nudę w sypialni. Prawda jest taka, że każdy centymetr kwadratowy ludzkiej – zarówno męskiej, jak i kobiecej – skóry jest bogaty w receptory nerwowe wrażliwe na stymulację. – A strefy erogenne mężczyzny pokrywają się mniej więcej ze strefami erogennymi kobiety – dodaje seksuolog. – Należą do nich nie tylko genitalia, ale także wewnętrzna część ud, brzuch, podbrzusze, sutki, pośladki, uszy czy kark.

Jeśli oczekujemy od partnera indywidualnego podejścia do naszego ciała, to nie ma powodu, by nie zrewanżować mu się tym samym. – Kiedy znamy już jego „podręcznikowe” strefy erogenne, poznajmy pozostałe, te „prywatne”. Ich odkrycie może okazać się niespodzianką, a dla partnera – źródłem głębszych rozkoszy – mówi seksuolog.

Lekcja trzecia: sztuka odmawiania

Nie masz ochoty na seks – to zdarza się każdemu. Pytanie: czy potrafisz o tym zakomunikować swojemu partnerowi lub partnerce? Czy umiesz odmawiać?

A cóż to za trudność?! Chyba jednak duża, skoro z takim problemem zmaga się coraz więcej małżeństw. Zwykle mechanizm wygląda następująco: ten kto odmawia ma poczucie winy, bo myśli, że partner czuje się odrzucony, zraniony. Żeby się lepiej poczuć – świadomie lub podświadomie – zarzuca mu, że to on jest winny, bo chce seksu. Gdyby nie chciał, nie byłoby odmowy, a więc i poczucia odrzucenia. Z kolei druga osoba zaczyna oskarżać partnera lub partnerkę o brak uczuć i oziębłość, zwłaszcza gdy odmowa zdarzyła się kilka razy…

– A przecież tu nie ma miejsca na ocenę czy oskarżenia – uważa seksuolog. – To, że mamy potrzebę seksualną, nie jest ani gorsze, ani lepsze od tego, że jej nie mamy. Oba stany są jednakowo w porządku. Gdy kobieta swoje poczucie winy za to, że odmawia seksu, umieszcza w mężu, on czuje się potępiony za swe naturalne potrzeby. To błędne koło, które zatruwa życie wielu parom.

– Byłoby idealnie, gdybyśmy umieli powiedzieć „nie” w taki sposób, by nie karać drugiej strony za jej potrzeby – radzi Zaryczna. – Zamiast dwóch mielibyśmy jeden problem. A być może i żadnego, bo jak się mówi „nie” bez oskarżania, to druga strona ma znacznie mniejsze powody do niezadowolenia. Zamiast zmuszać się do seksu „dla dobra sprawy”, można przecież powiedzieć: „nie mam ochoty, ale postaram się w inny sposób zaspokoić twoje potrzeby” i zaproponować na przykład pieszczoty. Pamiętajmy przy tym, że seksualność kobiety jest tak skonstruowana, że pożądanie może pojawić się dopiero podczas pieszczot, na które wcześniej nie miała ochoty. To kolejny argument za uczciwością wobec swoich potrzeb.

Druga strona nie może też nalegać zbyt mocno. Trzeba się spotkać w pół drogi. Zaopiekować nawzajem swoimi potrzebami. Kiedy oddzieli się odmowę od oceny, nie ma presji. Ta jest zawsze zabójcza dla udanego życia erotycznego.

Zajęcia praktyczne: kuszenie i uwodzenie

Co najczęściej powtarzają mężczyźni? „Jesteśmy wzrokowcami”. Co robią kobiety? Słyszą to i… niewiele z tego wynika. Kiedy on proponuje ukochanej, by włożyła seksowną bieliznę, pończochy czy koronkową koszulkę, ona uważa to za co najmniej niestosowne, ma poczucie, że mąż traktuje ją jak dziwkę lub w najlepszym przypadku bezosobowy obiekt seksualny!

– Nie ma nic złego w tym, że w kawałku koronki wyglądasz seksownie, a twój partner ma na ciebie większą ochotę – uważa Zaryczna. – Przecież w sypialni ma być seksownie! To, że działasz na niego w wyuzdanej bieliźnie, wcale nie znaczy, że nie będzie cię kochał w dżinsach na wycieczce.

Przebieranki i eksperymenty od czasu do czasu mogą ożywić, a wręcz uzdrowić życie seksualne w stałych związkach. Bo gdy jesteśmy razem wystarczająco długo, by być pewnymi swoich uczuć, przestajemy się nawzajem kusić, uwodzić, zabiegać o siebie. Traktujemy partnera, jakby nosił nalepkę „zaklepany”. A to kolejny, dość powszechny błąd!

Na początku znajomości kobiety bawi noszenie atrakcyjnej bielizny czy właśnie jej nienoszenie. Mężczyźni kupują swoim dziewczynom kwiaty i czekoladki, zabierają je na randki w romantyczne miejsca, prawią komplementy… Dlaczego to nie trwa wiecznie? Nie tylko z powodu lenistwa. Wieloletnie pary często mają niszczące poczucie, że już nie będzie tak, jak na początku. Porównują stan obecny z okresem, kiedy pomiędzy nimi iskrzyło od rana do… rana. A skoro „to se ne vrati”, to po co się trudzić?

– W dodatku kobiety nie chcą eksperymentować, bo się boją, że jeśli raz założą koronkowe body, partner będzie tego oczekiwał już zawsze – a może ona nie będzie mieć akurat na to ochoty? – dodaje Zaryczna. – Mężczyzna podobnie: przechodząc koło kwiaciarni, nawet wpadnie na pomysł, by kupić żonie kwiaty, ale na myśl, że zamiast „dziękuję”, usłyszy zarzut: „czemu tak rzadko?” – woli wrócić z pustymi rękoma.

A bynajmniej nie o to chodzi, kto, ile i jak często. Naprawdę liczy się, że partner pamięta, myśli, pragnie właśnie mnie, że nadal chce się dla mnie starać. Że celebruje spędzony wspólnie czas.

  1. Psychologia

Czy miłość wszystko wybaczy?

To, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie. (Fot. iStock)
To, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie. (Fot. iStock)
Ktoś bliski zawiódł, zdradził… Czy miłość wszystko wybaczy? – pyta Agata Domańska. Tak, jeśli zaczniemy od miłości do siebie – mówi psychoterapeutka Teresa Raczkowska.

Co to właściwie jest zranienie?
To jest rodzaj wyjątkowej sytuacji, której doświadczamy nagle – choć bywa, że często – i która odbiera nam poczucie tożsamości, bezpieczeństwa, gruntu pod nogami. Zranienie jest poczuciem utraty łączności i jedności z drugą osobą, zachwianiem takiego podstawowego „mostu”, który nas łączy.

Czyli cierpimy podwójnie: z powodu zranienia, jak i oddzielenia.
Tak, przy czym poczucie oddzielenia dotyczy relacji, ale także oddzielenia od nas samych, co jest mniej uświadamianym, głębszym aspektem. Zazwyczaj reakcją na zranienie jest nawykowe obwinianie: ktoś mnie zranił, to jego wina. Tymczasem druga osoba jest wprawdzie nadawcą bodźca, ale żeby raniła, musi trafić w nasze dawne zranienie. Każdy ma w sobie takie obszary – im ich więcej, tym łatwiej i częściej będzie się czuł raniony.

I dlatego reakcja bywa nieadekwatna do bodźca?
Właśnie! Oczywiście z punktu widzenia osoby doświadczającej zranienia, reakcja jest adekwatna. Więc odpowiada złością, smutkiem, izolacją, wściekłością, obniżeniem nastroju, lękiem przed bliskością. Kiedy poczucie zranienia jest bardzo głębokie i zupełnie nieprzepracowane, często wycofuje się z relacji.

Trzeba mieć świadomość, że to moja reakcja i przyglądać się jej?
Tak, zobaczyć, co się we mnie obudziło. Za pierwszym razem to się raczej nie udaje, ale kiedy napięcie opada, może pojawić się ślad w pamięci, myśli: „Już kiedyś to przeżyłem, tylko bardzo skrzętnie wyparłem. Teraz ktoś utorował temu bolesnemu wydarzeniu drogę na powierzchnię. I właściwie powinienem być mu wdzięczny, bo pokazuje mi mnie samego”.

Ale złość, obraza czy opór są chyba normalne?
Jasne! Problem polega na tym, że my najczęściej od razu wpadamy w mechanizm obrony i ataku, który jest automatyczny, nieświadomy i niczego nie wnosi. Kolejność powinna być taka, że najpierw załatwiam sprawę ze sobą – i można to zrobić względnie szybko – a dopiero potem się konfrontuję z sytuacją. Nie ma nic gorszego, niż zamknięcie się w bólu – „jestem zraniona i teraz sobie cierpię”.

Powinniśmy drugiej osobie pokazać, co nam robi?
Raczej pokazać, co czujemy. Powiedzieć z pozycji „ja”, co „mnie” dotyka. Nie przerzucać poczucia winy, nie oskarżać, nie osądzać, nie ferować wyroków. Ograniczyć się do własnego wnętrza.

Ale są przecież niepotrzebne zranienia, takie ewidentne krzywdy?
Tak, są takie sytuacje. Z reguły mamy poczucie krzywdy, kiedy inni nami manipulują, bo chcą mieć rację, przeforsować swoje zdanie. Ale i wtedy – w pełni świadomi – możemy zobaczyć, że gdybyśmy naprawdę siebie zaakceptowali, nie doszłoby do zranienia. Manipulator nieświadomie zahacza o tę część, której w sobie nie lubimy, a to powoduje, że nie odpowiadamy mu z właściwej pozycji.

Wszystko można wybaczyć? Zdradę również?
Zdrada to ogromne nadszarpnięcie zaufania. Oczywiście, że można wybaczyć, ale takiego obowiązku nie mamy, nawet gdy partner bardzo prosi o wybaczenie.

Czasem się wybacza, ale się nie zapomina, tylko np. wypiera coś ze świadomości. To nie jest zdrowe. W ogóle to, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie.

Ja nie namawiam nikogo do wybaczania, bo żeby wybaczyć, trzeba najpierw ranę zabliźnić w sobie, ponownie przeżyć tę sytuację. O wybaczeniu można myśleć, kiedy poczujemy, że uraza, zranienie i ból zostały rozpuszczone – troską o siebie albo zabiegami tego, który skrzywdził.

A jeśli pozostajemy w relacji, w której ktoś nas krzywdzi i wcale nie wybaczamy…
To znaczy, że jest to relacja oparta na uzależnieniu, a my nie akceptujemy samych siebie. Jeśli nie odnajdziemy się w swoich uczuciach i będziemy nosić urazę, nie będzie zgodności z tym, co czujemy i robimy – wtedy będziemy postępować wbrew sobie.

Czy to równoznaczne z przyjęciem postawy ofiary?
Ofiara to ktoś, kto się godzi na to, co go w życiu spotyka i nic z tym nie robi. Pogrąża się w poczuciu bezradności. Może mieć też korzyści z tego, że jest ofiarą: jak jestem biedny i raniony, to ktoś się wreszcie nade mną zlituje i pocieszy.

Klasyczny przykład żony alkoholika: on wprawdzie pił i bił, ale ona poświęcała się „dla dzieci” i ciągnęła ten niewdzięczny wózek. To zwalnia od poczucia odpowiedzialności za swoje życie.

A przemoc fizyczna?
To jest przestępstwo. Z tym się nie dyskutuje i nie wybacza, tylko składa doniesienie do prokuratury i broni swego bezpieczeństwa. Tu nie potrzeba żadnej psychologii.

Teresa Raczkowska psycholog, psychoterapeutka prowadząca terapię humanistyczną metodą Gestlat. 

  1. Seks

Niekoniecznie jak wszyscy i jak zawsze

To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. (Fot. iStock)
To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. (Fot. iStock)
Czy to, co w łóżku uważamy za normalne, takie jest, czy tylko takim się nam wydaje, bo do tego przywykliśmy? A co, jeśli to nie sprawia nam radości? O tym, jak rozumiemy w łóżku normalność, opowiada psychoterapeuta Piotr Sarnowski.

Co jest w łóżku normalne? I czy takie ma być, żeby było nam razem dobrze w stałym związku? Zapytała o to Chrisanna Northrup, współautorka książki „Czy to normalne? Seks, związki i statystyka”, kiedy po dziesięciu latach małżeństwa zaczęła się zastanawiać, czy nie mogłoby im być z mężem lepiej, kiedy się kochają.
Kluczowa dla szczęścia jest realizacja własnych potrzeb, odnalezienie harmonii wewnętrznej i harmonii w relacji. Czasem bywa to jednak możliwe dopiero wtedy, kiedy przekroczymy to, co uważaliśmy do tej pory za normalne. Jako przykład podam historię powstania związku: dwóch kobiet i mężczyzny. Powstał on, bo pragnęła tego młodsza z kobiet, a nie – jak moglibyśmy się spodziewać – mężczyzna. To ona zgłosiła się do mnie na terapię, bo choć była w udanej relacji z tym właśnie mężczyzną, a i w życiu zawodowym odniosła wiele sukcesów, to odczuwała głęboki psychiczny i tożsamościowy dyskomfort. Miała stany depresyjne, mówiła, że nie wie, kim jest. W taki sposób manifestowała się jej niezaspokojona głęboka potrzeba. Jaka? Czuła się już całkowicie zagubiona od czasu, kiedy zaczęła prowadzić podwójne życie, czyli spotykać się ze starszą kobietą. Kiedy się do tego przyznała, zadałem jej oczywiste w tej sytuacji pytanie, które dla niej jednak było jak uwalniająca z chaosu emocji eureka: „Może pani jest biseksualna?”. Po chwili z ulgą przyznała, że tak. Ponieważ relacja z kobietą i mężczyzną wydawała się zgodna z jej wewnętrzną prawdą, przygotowałem ją do rozmowy z partnerem o jej podwójnym związku.

Chciała od niego odejść czy przekonać go do życia w trójkącie?
Rozstawać się z nim nie chciała, ale nie wiedziała, jak on zareaguje. Partner okazał się jednak na tyle otwarty, że chciał poznać tę drugą kobietę. Tak też się stało i między nimi powstała nić sympatii, a wkrótce potem zamieszkali razem. Spotkałem ich już we trójkę kilka lat później, przypadkiem, na imprezie sylwestrowej. Wydawali się szczęśliwi, żyjący w zgodzie.

Czy to jest odpowiedź na pytanie, czy to, co uważamy za normalne, jest drogą do szczęścia w sypialni?
To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. A więc kiedy to, kim jesteśmy, co czujemy, myślimy i mówimy, pokrywa się z tym, jak żyjemy. Tracimy radość życia i seksu, kiedy czego innego potrzebujemy, a co innego robimy i mówimy. Normalność to nie jest to, co powszechne albo to, co się nam takim wydaje na skutek wychowania czy nawyków. Normalność to wewnętrzna harmonia i poszanowanie godności człowieka, z którym jesteśmy.

Twoja klientka dopiero w trójkącie uzyskała harmonię i godność. Brzmi niedorzecznie…
Bo tak w tym przypadku było, tych troje ludzi życie w ten sposób ukształtowało. Inicjatorka tego trójkąta wyniosła z rodzinnego domu lęk przed mężczyznami, ponieważ miała przemocowego ojca alkoholika. To matka dawała jej poczucie bezpieczeństwa. No i być może ten doświadczony w dzieciństwie trójkąt stał się w dorosłym życiu źródłem jej potrzeby, by do relacji z mężczyzną dołączyć kobietę. Dopiero ta druga kobieta dała jej poczucie bezpieczeństwa. No a jak bez niego mówić o harmonii w związku?

I to jest normalne?
Każdy z nas jest inny i ma prawo do niepowtarzalnej ekspresji seksualnej i emocjonalnej, o ile nikogo nie krzywdzi. Każdy z nas ma swój cień. Psychoterapia oczywiście może pomóc – na przykład kobiecie pokonać lęk przed mężczyzną (mimo złych doświadczeń z ojcem) czy mężczyźnie lęk przed kobietą (wyniesiony z relacji z matką). Ale nie zawsze człowiek jest do takiej pracy gotowy, nie zawsze byłby w stanie znieść bolesną retrospekcję i reperację. Dlatego wybór drogi i celu psychoterapii zawsze należy do pacjenta. A moje zadanie jako psychoterapeuty polega na tym, aby pomóc pacjentowi dotrzeć do jego prawdy o nim samym. Idę więc za jego potrzebami, a nie za moimi przekonaniami moralnymi.

Miałeś wielu pacjentów, którzy zrobili coś nienormalnego po to, aby osiągnąć normalność?
Tak, bo za nienormalne często uważamy to, co po prostu jest inne lub nietypowe. Jerzy, 44 lata, trafił do mnie ze stanami depresyjnymi, wyraźnie wycofany z życia. Ponieważ często zaczynam diagnozowanie od spraw seksualnych, i tym razem zapytałem o jego potrzeby. Okazało się, że ukrywa je w cieniu, nikomu o nich nie mówi. Tymczasem już Zygmunt Freud pisał, że niezaspokojone potrzeby seksualne powodują nie tylko w emocjach, lecz także w ciele, różnego rodzaju napięcia i prowadzą do emocjonalnych i fizycznych zaburzeń, a nawet chorób. I w tym przypadku ta teoria się potwierdzała, bo Jerzy miał stany depresyjne i coraz bardziej wycofywał się z życia. Ale kiedy w końcu ujawnił mi swoją fantazję, mogłem go uspokoić, że podobnie ma 80–90 proc. kobiet i mężczyzn i że dobrze by było, żeby o tym swoim pragnieniu porozmawiał z żoną. Przyznał wtedy, że właśnie tego najbardziej się obawia. Zacząłem więc przygotowywać go do tej rozmowy. Odgrywaliśmy scenki, podczas których mówił o nich do pustego krzesła, na którym w jego wyobraźni siedziała żona. Szło mu słabo, bo był pewien, że to nie ma sensu, przecież ona się nigdy na to, czego on pragnie, nie zgodzi. Ale kiedy wreszcie się na to zdobył, powiedziała: „dobrze”. Być może dlatego, że fantazją Jerzego był trójkąt, ale tym trzecim miał być mężczyzna.

Miał homoseksualne skłonności?
Bynajmniej, miał to, co nazywamy kompleksem rogacza, chciał, aby jego partnerka doświadczyła rozkoszy z innym, bo jemu największą rozkosz dawało patrzenie na to, jak jego żona ją przeżywa. Nie zależało mu za to na tym, by to on sam jej tej rozkoszy dostarczył. No i podczas pewnego wyjazdu za miasto, z dala od domu, ta jego fantazja została zrealizowana. I – jak się spodziewałem – ten jeden raz zupełnie wystarczył. Ustąpiły objawy somatyczne i emocjonalne, a także chęć, by seks w trójkącie powtarzać. To jednak nie znaczy, że wszystkie fantazje seksualne trzeba „dla zdrowia” zrealizować. W tym przypadku to było możliwe i dopuszczalne, bo zaakceptowane przez żonę. A tylko wtedy, kiedy oboje się na to zgadzamy, można się zastanowić nad przekroczeniem tego, co uważaliśmy do tej pory za normę.

I dlatego jako psychoterapeuta czasem pomagasz przy zdradzie?
Jeśli dwoje ludzi się na coś zgadza, a to, czego chcą, nie jest ekspresją przemocy czy braku szacunku i nie narusza ich prawdy o tym, kim są – to gdzie tu widzisz zdradę? Powiedziałbym, że przy tych zastrzeżeniach to właśnie realizacja pragnień jest wyrazem wierności sobie i swojej prawdzie. Oczywiście podczas psychoterapii trzeba uważnie przeanalizować każdy przypadek, aby wiedzieć, czy pomoc ma polegać na wsparciu w realizacji pragnień, czy właśnie na tym, o czym mówisz, czyli na zrozumieniu, skąd one się biorą, i dotarciu do tego, co pod nimi ukryte. Zwłaszcza dziś, kiedy seks, jaki uprawia pacjent, może zaskoczyć nawet doświadczonego terapeutę, nie wolno nam trzymać się jednego rozwiązania. No i powiem ci, że normę przekroczył w mojej ocenie inny pacjent, Robert. Ten mężczyzna przez cztery lata był w związku z kobietą, z którą uprawiał codziennie seks; jadł posiłki czy ćwiczył na siłowni, ale tylko dzięki kamerce w telefonie czy komputerze. Bo choć uważali się za parę, nie spotykali się face to face.

Zanim zapytam cię, dlaczego akurat jego uznałeś za nienormalsa, powiedz, proszę, jak się uprawia seks w kamerce przez cztery lata i wciąż ma się na to ochotę!
Para, o której mówię, była dobrze zaopatrzona w sprzęt, oboje mieli specjalne trójwymiarowe okulary, które podłącza się do komputera i które dają wrażenie, że ta druga osoba obejmuje, jest razem z nami. Mieli także seksualne gadżety, on między innymi masturbator w kształcie waginy, a ona wibratory, nie tylko w kształcie penisa. Kochali się więc tak, że każde masturbowało się, opowiadając drugiemu o tym, co odczuwa. Realizując jego polecenia i wydając własne.

A dlaczego uznałeś, że akurat cyberkochankowie są poza normą?
Nie dlatego, że kochali się przez Internet. Mieszkali w miastach oddalonych o 400 kilometrów. Poznali się na Tinderze i nie tylko chcieli seksu, ale też budowali relację. Super! Mój niepokój wzbudzało co innego, a mianowicie to, że nie spotykali się face to face. Podstawą ludzkich relacji jest właśnie takie spotkanie, które umożliwia bycie blisko za sprawą wszystkich zmysłów, nie tylko wzroku, ale też dotyku, możliwości poczucia swojego zapachu. No i Robert przyszedł do mnie po dwóch latach, bo chciał i jednocześnie nie chciał takiego spotkania. Bał się rozczarowania. Bał się, że ona go nie zaakceptuje, kiedy nadzy staną naprzeciw siebie. No i tego, że może sobie z seksem nie poradzić. Bo czy jej będzie tak świetnie z nim realnym, jak ze sobą samą doprowadzającą się do ekstazy? Ten lęk był tak duży, że pracowaliśmy prawie dwa lata, nim wreszcie odważył się na spotkanie. Aby nie zakończyło się ono klapą, wyznaczyłem mu zadania: miał zrobić im wspólne zdjęcia i przekonać ją, żeby zaczęli pisać do siebie listy. No i nie miał iść z nią do łóżka! Dzięki temu były kolejne randki w realu i po kilku miesiącach zamieszkali razem. A to nie było proste też dlatego, że Robert musiał wyprowadzić się od mamy.

Zabierasz synów matkom i dajesz kobietom z wibratorami?
Właśnie tak dążę do normalności. Bo w tym przypadku podstawowym problemem była relacja z matką, a nie kamerki i wibrator. Powiedziałbym nawet, że to dzięki mediom Robertowi udało się stworzyć związek z kobietą. Tak więc i tym razem coś, co mogło wydawać się poza normą, posłużyło zbudowaniu harmonii wewnętrznej tego mężczyzny, a miał wówczas już 38 lat, jak i zbudowaniu dobrej relacji z drugim człowiekiem.

W książce „Czy to normalne?” zaskoczyła mnie informacja, że palcami doprowadza do orgazmu partnerkę czy partnera ponad 70 proc. badanych. I to nie dlatego, że tak muszą, ale że chcą.
Każda para dopasowuje seks do swoich potrzeb, a orgazm „zrobiony” palcami może obojgu sprawiać przyjemność. Pogłębiać związek, dawać szczęście. To normalne. A dlaczego tak wiele ludzi kocha się palcami? Moim zdaniem powodem jest to, że jesteśmy wygodni. No i przyzwyczajeni do doświadczania świata dłońmi – bo klawiatura, bo dżojstik.

Pisząc o seksie i rozmawiając z ludźmi, mam wrażenie, że normalne, czytaj „typowe”, są w związku różnice w seksualnych temperamentach.
Mężczyzna, który ma inne potrzeby niż jego partnerka, to bardzo częsty klient psychoterapeuty. Inne i niezaspokojone potrzeby seksualne destabilizują relację. Ale nie jest to sytuacja beznadziejna, jak możemy myśleć, zakładając, że libido czy temperament to coś danego nam raz na zawsze i niezmiennego. Autorzy „Czy to normalne?” piszą o metodzie tak zwanej ewolucji potrzeb seksualnych, która pozwala na zgranie się dwojga ludzi mających inne potrzeby i temperament. Okazuje się, że dzięki pracy nad wzmocnieniem intymności, a także poczuciem wartości i pewności siebie u tego z partnerów, który wydaje się mieć słabsze libido, dochodzi często do wyrównania tych dysproporcji. Moim klientom zalecam podobną metodę. Mają, każde osobno, napisać listę swoich potrzeb seksualnych. Potem na terapii zamieniają się kartkami i zakreślają na liście partnera to, co jest do przyjęcia. I zaczynają powoli wcielać to w życie. Miałem niedawno klienta, który był wysoko funkcjonującym właścicielem firmy, ale w sypialni sobie nie radził. Mówił, że żona ma większe potrzeby. Kiedy zaczęliśmy pracę nad tym jego „nieradzeniem sobie”, szybko okazało się, że powodem jest tak naprawdę to, że mężczyzna nie radzi sobie ze stresem. W pracy jest tak zestresowany, że po powrocie do domu nie umie przełączyć się na tryb erotyczny.

Uczyłeś go metod relaksacji, bo miał mniejsze libido niż jego żona? A może trzeba było ją nauczyć, żeby powściągnęła swoje żądze?
Nauczyłem go odpoczywać, bo tego nie potrafił. Wiele osób po powrocie do domu nie umie wyłączyć emocji przyniesionych z pracy. W takiej sytuacji, zanim wejdziemy do łóżka, musimy się zrelaksować,a seks warto zaczynać od masażu. Z tym klientem pracowaliśmy także nad tym, jakim mężczyzną chciałby być. Pewnym siebie, z większym libido? Poradziłem mu też, żeby kupił bransoletkę i przez cały dzień nosił ją na prawej ręce, ale przed seksem przekładał na lewą. To miało być dla niego symboliczne przełączenie się z trybu pracy na tryb seksu. No i po kilku miesiącach pracy miał zdecydowanie więcej pewności siebie, a w rezultacie więcej ochoty na seks.

I ładną bransoletkę.
Właśnie. 

Piotr Sarnowski, psychoterapeuta, specjalista psychoterapii uzależnień, wykładowca na UKSW.

  1. Zdrowie

Zaburzenia erekcji i przedwczesny wytrysk - skąd się biorą męskie problemy seksualne?

W Polsce problem zaburzenia erekcji dotyczy około 3 mln mężczyzn, w USA – aż 30 mln, a przewiduje się, że będzie się to pogłębiać. (Fot. iStock)
W Polsce problem zaburzenia erekcji dotyczy około 3 mln mężczyzn, w USA – aż 30 mln, a przewiduje się, że będzie się to pogłębiać. (Fot. iStock)
Podobno nawet porsche ma prawo się zepsuć. Nic dziwnego, że mężczyzna — choćby najbardziej męski model — też może ulec awarii. I nic nie szkodzi, bo przecież nie jesteśmy maszynami!

Zaburzenia erekcji – już samo brzmienie tych słów przyprawia płeć męską o gęsią skórę. Każdy mężczyzna ma nadzieję, że jego to nigdy nie spotka. Niestety, co dziesiąty przekona się na własnej skórze, co to znaczy nie stanąć na wysokości zadania. – Zaburzenia erekcji to prawdziwa plaga współczesności. To utrzymująca się niezdolność do osiągnięcia lub utrzymania wzwodu koniecznego do satysfakcjonującego współżycia – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolog, psycholog i terapeutka. – W Polsce zjawisko to dotyczy około 3 mln mężczyzn, w USA – aż 30 mln, a przewiduje się, że problem będzie się pogłębiać.

Niebezpieczne piwo

Co powoduje te zaburzenia? Mnóstwo rzeczy. Wcale niekoniecznie fakt, że mężczyzna znudził się swoją partnerką lub że już nie jest dla niego atrakcyjna. Ani że jest impotentem. Na liście winowajców znajdują się: wiek (w umiarkowanej skali problem dotyczy aż 52 proc. panów między 40. a 70. rokiem życia), choroby, zwłaszcza przewlekłe (miażdżyca, cukrzyca, choroby układu sercowo-naczyniowego, niewydolność nerek czy wątroby, choroba Alzheimera, depresja). Przyjmuje się, że dwóch na trzech pacjentów z nadciśnieniem tętniczym może mieć problemy ze wzwodem – a w Polsce aż 4 mln mężczyzn cierpi na nadciśnienie. Trudności może mieć też co drugi pacjent z cukrzycą – a na tę chorobę cierpi ponad pół miliona Polaków. To samo dotyczy 8 na 10 pacjentów z depresją czy łagodnym rozrostem prostaty, powszechnym po 50.

Inne przyczyny to zaburzenia hormonalne (nad- i niedoczynność tarczycy, hiperprolaktynemia, niski poziom testosteronu), urazy, zabiegi, radioterapia oraz przyjmowane leki (uspokajające, przeciwdepresyjne, obniżające ciśnienie krwi, hormonalne, cholinolityczne).

– Nawet nie podejrzewamy, jak wiele czynników może osłabić erekcję, na przykład tak powszechnie stosowane preparaty, jak leki z grupy NLPZ – podkreśla seksuolog. – Suplementów diety nie uważamy za leki, a przedawkowanie tych zawierających taurynę czy kofeinę może – przez wzrost ciśnienia – doprowadzić do zawrotów głowy, kiepskiego samopoczucia i niewydolności organizmu oraz właśnie osłabić erekcję i wytrysk.

Do tego dochodzą używki. Weźmy nikotynę – działa na układ oddechowy, który funkcjonuje w ścisłym powiązaniu z układem krążenia. Poza tym powoduje zwężenie naczyń krwionośnych, zwłaszcza tych obwodowych, położonych dalej od układu centralnego – a więc także w penisie. Albo alkohol. Wiadomo, że pod jego wpływem słabną hamulce i rośnie apetyt na seks. Tylko że w większych dawkach zmniejsza zdolność do jego zaspokojenia.

Co jest najgorsze dla męskiej sprawności? – Wcale nie szalone prywatki do rana – jeśli mają miejsce raz na jakiś czas – ale codziennie pite piwo – ostrzega Zaryczna. – O tym się nie mówi, bo przecież piwo jest reklamowane jako męski napój. A tymczasem zawiera fitohormony – substancje pochodzenia roślinnego, naśladujące hormony żeńskie i osłabiające erekcję. Oczywiście raz na jakiś czas kufel złocistego napoju nie zaszkodzi, jeśli jednak mężczyzna pije je często i długotrwale (np. jedną butelkę, ale codziennie), szybko odczuje negatywne skutki.

 

Zalęknieni i zestresowani

Absolutnymi zabójcami erekcji, w dodatku kompletnie lekceważonymi, są stres, zmęczenie i niewyspanie. Psychogenne przyczyny dotyczą aż 10–30 proc. problemów ze wzwodem (70–90 proc. to przyczyny organiczne, a 50 proc. ma podłoże mieszane). Skąd ta zależność?

– Kiedy człowiek czuje lęk czy spore napięcie, mózg uwalnia do organizmu hormony stresu: kortyzol i adrenalinę – tłumaczy Zaryczna. – Mają przygotować ciało do ucieczki albo walki. Krew szybciej krąży, napinają się mięśnie, podnosi ciśnienie. A jednocześnie mózg wysyła do organizmu informację: „chroń narządy rodne!”. Dlatego przez jakiś czas nie będą zasilane krwią, skurczą się i staną maksymalnie wiotkie, żeby być mniej podatnymi na uszkodzenia.

Wśród psychogennych powodów zaburzeń erekcji można wyliczyć także: poczucie niskiej wartości, lęk przed kobietami, kiepskie doświadczenia erotyczne, w tym niewłaściwą inicjację seksualną, lęk przed negatywną oceną ze strony partnerki, nieporozumienia pomiędzy kochankami, niewyrażone urazy lub żale, poczucie winy, niewłaściwe zachowanie kobiety, długotrwałe pokonywanie jej oporów przed współżyciem, lęk kastracyjny, lęk przed ciążą lub chorobą przenoszoną drogą płciową, nudę, impotencję poporodową (dotyczy panów, którzy negatywnie przeżyli obecność przy porodzie) czy lęk, że już raz doświadczona trudność ze wzwodem może się powtórzyć.

Powodem zaburzeń erekcji może być też nieustabilizowana więź seksualna. – Przychodzą do mnie mężczyźni, którzy się skarżą, że choć często współżyją, to mają problem z erekcją – mówi Zaryczna. – W trakcie rozmowy okazuje się, że przyczyną jest to, że większość aktywności seksualnej to przygody na jedną noc. A tu zawsze jest szczypta stresu: jak się wypadnie przed kobietą, jak się ona zachowa, jak mnie potraktuje, czy uda się ją zadowolić… Panowie nie czują się wtedy bezpiecznie, swobodnie, a co najważniejsze – nie czują akceptacji. Jest trudno. Podlegają tak silnemu lękowi, że organizm nie jest w stanie prawidłowo reagować.

Istotna jest także atrakcyjność kobiety. Nie chodzi o to, że mężczyzna musi kochać partnerkę – to akurat prawda, że panowie potrafią oddzielić seks od miłości (choć miłość ułatwia i wspomaga erekcję). Ale o to, że kobieta musi go podniecać. Jeśli tak się nie dzieje, może się ratować fantazjami seksualnymi, ale to już wymaga pewnego wysiłku ze strony wyobraźni.

– Stereotyp, że mężczyzna „zawsze może”, jest niezwykle niszczący dla męskości – ostrzega seksuolog. – No bo co to za facet, który nie ma ochoty na seks albo ma jakąś trudność z erekcją?! Gdyby nie ta wiara w obiegowe „prawdy”, sporadyczne zaburzenia wzwodu łatwo by sobie wytłumaczył, przeszedł nad nimi do porządku dziennego, a następnym razem cieszył ze zbliżenia. Ale panowie koncentrują się na problemie, co wytwarza tak wielką presję, że kolejne niepowodzenie murowane.

Za szybko, kochanie

Kolejna zmora mężczyzn to przedwczesny wytrysk. Według statystyk, 2 proc. mężczyzn zdarza się jeszcze przed grą miłosną, 7 proc. – na jej początku, a 30 proc. – już po kilku ruchach. Ale to, co sami mężczyźni uważają za przedwczesny wytrysk, w rzeczywistości bywa jednak normą.

– Gdy stosunek trwa przynajmniej 3 minuty, wytrysk nie jest przedwczesny – tłumaczy Zaryczna. – Przyjmuje się bowiem, że przeciętny seks trwa 5 do 7 minut, nie licząc pieszczot i gry wstępnej. Ale czasem mężczyźni, wierząc że „dobry” seks powinien zająć im całą noc, skarżą się na ten problem, chociaż mieści się w przeciętnych „widełkach”. Wbrew powszechnej opinii, przedwczesny wytrysk nie zawsze jest wynikiem zbytniego podniecenia. Czasem mężczyźni reagują nim na napięcie spowodowane innymi przyczynami: stresem w pracy, silnym wstydem, długą przerwą we współżyciu, problemami w relacji, lękiem, że się nie sprawdzą i nie zaspokoją partnerki… Rozwiązanie problemu? Najlepiej pozbyć się przyczyn lęku. Z przedwczesnym wytryskiem można też walczyć za pomocą ćwiczeń.

– Szkoła Masters i Johnson zaleca np. technikę stop–start. Polega ona na tym, że w czasie pieszczot z partnerką mężczyzna ujmuje penisa u nasady i kiedy czuje zbliżający się wytrysk, który jeszcze może powstrzymać, przerywają stymulację. W tym czasie on zdecydowanie uciska członek, powtarza to trzy razy i dopiero za czwartym pozwala sobie na wytrysk – radzi seksuolog.

 
Można tę metodę sprawdzić samotnie, ale lepiej robić to z partnerką. Z kilku powodów. To pozwala obojgu oswoić problem i zdejmuje z niego tabu. Gdy mężczyzna ćwiczy podczas masturbacji, może się obawiać, że w trakcie stosunku sobie nie poradzi – przecież wtedy działają inne, o wiele silniejsze bodźce. Trenując z partnerką, przyzwyczaja się do jej nagości i seksualności. Najważniejsze jednak, by nauczył się skupiać na doznaniach ciała, a nie obawach o swoją wydolność.

– Zachęca się pary, żeby umawiały się na zbliżenia bez penetracji, a jedynie z pieszczotami, masażem, wzajemnym sprawianiem sobie przyjemności – mówi Zaryczna. – Jeśli mężczyzna zostanie ośmielony przez kobietę i zobaczy, jak ona szczytuje, łatwiej mu będzie pokonać lęk przed porażką. W ten sposób oboje uczą się, że seks nie jest stresujący, lecz przyjemny.

Można też zaplanować, że pierwszy wytrysk nastąpi jeszcze przed zbliżeniem, co rozładuje napięcie. Za drugim razem zawsze dochodzi się dłużej do finału – nawet jeśli mężczyzna jest tak samo podniecony.

Nie zawsze chodzi o orgazm

Co, zdaniem Małgorzaty Zarycznej, można poradzić mężczyznom? Żeby nie ukrywali przed partnerkami problemów seksualnych. Kiedy coś się nie udaje, nie wystarczy zapewnić ukochaną, że wszystko jest w porządku. W końcu zacznie się zastanawiać:

„Co się dzieje? On już mnie nie kocha? Przestałam być dla niego atrakcyjna?”. I poczuje się odrzucona. Jej złe samopoczucie tylko pogorszy sytuację: nie dość, że mąż ma problem, z którym boryka się sam, to jeszcze lęk i niepewność żony sprawią, że w łóżku będzie spięta i mniej aktywna. A to go dodatkowo zestresuje. I powstanie zaklęty krąg, z którego obojgu będzie trudno uciec.

Kobiety wiedzą, że kiedy mężczyzna się nie spisze, trzeba powiedzieć: „kochanie, to nie ma znaczenia”. Małgorzata Zaryczna radzi, że mogą dodać: „to nawet fajnie, dziś się tylko poprzytulamy”. Jeśli jednak „wpadki” zdarzają się częściej, warto zmienić taktykę i zaproponować inną możliwość sprawiania sobie przyjemności. I pokazać mężczyźnie, że dla kobiety orgazm jest jeden, niezależnie od tego, w jaki sposób go osiągnie.

A jeśli problem się powtarza? – Trzeba powiedzieć wprost: „kochanie, niepokoi mnie ta sytuacja, ale jeszcze bardziej to, że nic nie mówisz. Czy masz jakąś trudność, czy coś się stało? Porozmawiajmy!” – proponuje seksuolog. Często mężczyzna unika tematu, bo obawia się wizyty u specjalisty: jest dla niego przyznaniem się do porażki. I boi się, że może usłyszeć diagnozę, która zabrzmi jak wyrok. Warto jednak z nim o tym porozmawiać, uciekając się przy tym do dwóch argumentów. Po pierwsze, przeciągający się, długotrwały stan zapalny może prowadzić do zwłóknień czy zrostów, a nawet do niepłodności. Po drugie, im szybciej się tym zajmie, tym szybciej będzie znowu w formie, bo to najprawdopodobniej problem czysto medyczny, który można wyleczyć łatwo i bez śladu.

I najważniejsze – nie przesadzajmy z oczekiwaniami. Seksuolodzy uważają życie intymne za udane, jeśli połowa zbliżeń pomiędzy partnerami jest satysfakcjonująca. Wszystkie na pewno nie będą, ponieważ nie jesteśmy robotami. Na szczęście.