1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Czy mężczyźni potrafią rozmawiać o seksie?

Czy mężczyźni potrafią rozmawiać o seksie?

Mężczyzna w tradycji bardziej działał, niż mówił, bardziej zdobywał, niż się dzielił; refleksja nad stanem duszy i ciała to nie jest jego specjalność. (Fot. iStock)
Mężczyzna w tradycji bardziej działał, niż mówił, bardziej zdobywał, niż się dzielił; refleksja nad stanem duszy i ciała to nie jest jego specjalność. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Szczera rozmowa o seksie zmuszałaby wielu mężczyzn do ujawnienia prawdy o sobie, więc posługując się umiejętnościami aktorskimi, zatajają prawdę albo szybko przechodzą na inny temat, bo nie czują się na siłach, by odgrywać rolę supersamca, przed kolegą, który jest też rywalem – mówi psycholog i seksuolog dr Marek Jasiński.

Poprzednio o seksie rozmawiałem z kobietą, co wydawało mi się jakoś naturalne. A teraz czuję się niezręcznie, trochę jak hipopotam. Nie przypadkiem będziemy rozważać, dlaczego mężczyźnie z innym mężczyzną o seksie rozmawiać tak niezręcznie? Nie jest naszym przywilejem czy cechą nas wyróżniającą dzielenie się wrażeniami, odczuciami, poruszeniami duszy. Mężczyzna w tradycji bardziej działał, niż mówił, bardziej zdobywał, niż się dzielił; refleksja nad stanem duszy i ciała to nie jest jego specjalność. Sięgając w przeszłość – człowiek pierwotny, oczywiście ten płci męskiej, musiał być skoncentrowany na działaniu, nie miał czasu na refleksje. To groziło utratą zdobyczy albo nawet własnego życia.

Konieczna była gruba skóra, by przetrwać, gdy macierzyństwo z natury musi być miękkie. Tu mieszka źródło każdej czułości. A do serdecznej rozmowy o intymnych sprawach potrzebna jest czułość. Dlatego kobiecie z kobietą jakby łatwiej... Miękkość, czułość, tkliwość – to cechy pożądane u mężczyzny, ale w sytuacji kiedy potrafi zaspokoić kobietę w zakresie „bycia mężczyzną”, a więc zapewnić rodzinie odpowiedni byt, poczucie bezpieczeństwa, zadbać o fundamenty domu. Wtedy może spokojnie ożywić w sobie drzemiące pokłady kobiecości. I może znaleźć czas na intymne rozmowy.

Rola domu rodziców w seksualnym wychowaniu chłopca? Kiedy prowadziłem badania, to rodzina była zawsze na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o informacje o seksie...

Teraz jest Internet, telewizja, poradniki bezwstydne. I wszystko tak szybko się zmienia. Też zmienia się nasza osobowość, płci się zbliżają. Dla mnie jest oczywiste, że dzisiaj kobiety są bardziej męskie, zaś mężczyźni kobiecy. I że to stała tendencja... Tak, zacierają się role i nie istnieje już ścisły podział na to, co męskie, a co kobiece. Ma to duży wpływ na funkcjonowanie par, gdyż wymaga adaptacji do nowych warunków obcowania ze sobą. I wcale nie ułatwia mężczyznom pełnej identyfikacji z rolą seksualną. Wielu mężczyzn ma tendencje do ucieczki, stosuje autokastrację jako sposób unikania niepowodzeń w spełnianiu coraz bardziej wygórowanych oczekiwań kobiet.

Autokastracja… Jezus Maria, na czym to polega? Mężczyzna rezygnuje bądź anuluje swoją potencję seksualną, by obronić się przed wymaganiami seksualnymi kobiety. Woli od razu ujawnić przed kobietą, że ma problemy z seksem, niż zostać negatywnie oceniony.

Zawsze było mi łatwiej o intymnych sprawach rozmawiać z kobietą niż z mężczyzną – nie mówię o partnerce, to co innego – ale ze znajomą lub nawet z nieznajomą. Ma to coś z flirtu i wydaje się naturalne. Czy ma pan podobne osobiste doświadczenia, oczywiście poza terapią? Rozmowa z mężczyzną o intymnościach często zahacza o preferencje seksualne. Oczywiście, nie musi tak być, ale gdzieś w tle w niejednym mężczyźnie mogą powstać takie obawy. Jeszcze rozmowa o parametrach, osiągach seksualnych przystoi, ale już elementy czułości czy tkliwości nie mieszczą się w repertuarze tzw. normalnego faceta.

Pytałem o pana osobiste doświadczenia, a pan mi ucieka… A przecież to intymność zupełnie anonimowa, gdy chodzi o innych. Pan zapewne teraz powie, że terapeuta nie powinien... Chcę decydować o tym, komu się będę zwierzał ze swojej intymności, i nie jest to związane z blokadą. Prawdą jest natomiast, że jako terapeuta psychoanalityk powinienem jak najmniej ujawniać siebie, a szczególnie nie epatować swoją seksualnością. I nie ma tu znaczenia płeć. Znam też kobiety, które w ogóle nie potrafią w sposób szczery i komunikatywny dzielić się swoimi odczuciami intymnymi.

Ale o ileż częściej i łatwiej one mówią niż faceci. Mężczyzna z mężczyzną o seksie pomilczy lub poświntuszy. Znamienne jest to męskie świntuszenie jako zastępcza forma rozmowy, grube dowcipasy, chamskie, wulgarne opowieści. Nieraz tak zachowują się nawet ci, dla których seks nie jest pozbawiony uczuć. Nie potrafią o tym mówić, brak im słów, nie ma tradycji... Kiedy zaczynałem pracować w Zakładzie Seksuologii i Patologii Więzi Międzyludzkich w Warszawie, większość moich męskich pacjentów nie była w stanie powiedzieć, na czym polega ich seksualny problem. A problem był. Opisywali jakieś szczegóły techniczne, nie jak się z tym czują, co przeżywają i co czują ich partnerki... Z mojej praktyki seksuologicznej pamiętam, że dla mężczyzn musieliśmy stwarzać szczególnie dobre warunki w zakresie poczucia bezpieczeństwa. Musieli mieć pewność, że nie zostaną skrytykowani, upokorzeni, że nie będzie z mojej strony drwin. Więc zawsze był potrzebny czas na oswojenie. Potem otwierali się, tylko często brakowało słów na wyrażenie złożoności odczuć seksualnych. Tu już wychodziły braki wychowawcze i nawet najlepsza atmosfera nic w tym zakresie nie zmieniała.

Ale nastał nam Internet, co ułatwia intymną rozmowę o wszystkim. Anonimowość jest tu ważna.

Jednak sprzyja też chamstwu i wulgarności. Ponieważ anonimowość to też bezkarność. Ale może być również szansą, by ujawnić, co w nas miękkie i subtelne. Mężczyźni i kobiety korzystają często z Internetu, by pokazać się z możliwe dobrej strony. Robią to najczęściej mężczyźni z poczuciem niższości. Udają kogoś, kim chcieliby być. Choć na chwilę mogą wcielić się w postać, za którą tęsknią, ale której nie zdołaliby ujawnić w życiu codziennym. Można jednak przy okazji pokazać to, co miękkie i ukryte, a w Internecie to bezpieczne. Mężczyzna tradycyjnie jest nastawiony na walkę i na konkurencję, często boi się, że ktoś wykorzysta jego słabość, szczególnie tam, gdzie walka ma źródło pierwotne, czyli właśnie w seksie. Nie przypadkiem w wieku dorastania chłopcy chwalą się sukcesami, zwłaszcza w seksie. Kto lepszy. A przynajmniej kto nie gorszy. To jest istotą ich rozmów, a nie dzielenie się słabościami, problemami. Sądzą, że byłoby to ryzykowne...

Wielki jest lęk przed wyśmianiem. Szczególnie w tak delikatnej materii jak choćby problemy z erekcją, co zdarza się czasami na początku... ze strachu. Dla młodych ważne, by mieć zaliczony ten pierwszy raz. Nikt tu nie chce być gorszy. I wiele nieszczęść wynika z tego gorączkowego pośpiechu. I z poczucia, że inni już tak, a ja nie. Ciągle jednak łatwiej mi sobie wyobrazić, że dziewczęta zwierzają się sobie: „jeszcze nie miałam chłopaka...”. W świecie chłopców taka rozmowa jest nie do pomyślenia. Bo jak nie miałem jeszcze dziewczyny, to jestem fujara, i już... To prawda, obserwujemy coraz większe zacieranie się różnic między płciami. Nie ma praktycznie czegoś takiego, co wypada chłopakowi, a nie wypada dziewczynie. Ale nadal chłopcom strasznie trudno przyznać się do porażki, niedomogi seksualnej, braku posiadania dziewczyny. W świecie męskim obowiązuje konkurencja, rywalizacja, a przyznanie się do słabości, roztkliwianie się nad sobą to oddawanie pola innym samcom. Powiedzmy jasno: mężczyźni w ogóle mają problemy, by mówić o emocjach. A o seksie najchętniej mówią w kategoriach technicznych. Myślenie o zbliżeniu plasuje się w kategorii sukcesu lub porażki. Dać orgazm kobiecie, nie myśląc nawet o swojej przyjemności, to jakby przejmować nad nią władzę, dowartościowywać się w roli męskiej. Mam pacjenta, który posiada wielkie wyobrażenie o swej potencji seksualnej, ale tego nie realizuje. Ze strachu, a nuż nie wyjdzie. Boi się weryfikacji, konfrontacji z własnym wyobrażeniem o swojej ogromnej potencji. Bezpieczniej gromadzić możliwości, sprawdzian to ryzyko ujawnienia, że nie jestem wcale taki dobry, jak o sobie myślę... Mężczyźni lubią budować dla siebie wizję supersamca o superpotencji, bez możliwości konfrontacji. Szczera rozmowa to też mogłaby być dekonspiracja.

To jasne, że im więcej fikcji w seksie, tym trudniejsza szczera, intymna rozmowa. Szczera rozmowa zmuszałaby wielu mężczyzn do ujawnienia prawdy o sobie, więc posługując się umiejętnościami aktorskimi, zatajają prawdę albo szybko przechodzą na inny temat, bo nie czują się na siłach, by odgrywać rolę supersamca przed kolegą, który jest też rywalem.

Nigdy nie ufałem tym, którzy o seksie dużo gadają i przechwalają się – ta rycząca krowa też nigdy za wiele mleka nie daje... O tak, często takie gadulstwo w seksie to pozorna łatwość w poruszaniu tych zagadnień. Dużo mówię, więc jestem swobodny i nie mam kompleksów. Oczywiście, to często fasada skrywająca nieśmiałość czy erotyczną niemoc. Nie bez powodu utarło się powiedzenie: erotoman gawędziarz, na określenie faceta, który jedynie przechwala się, a w konkretnym działaniu jest bardzo nieporadny i wycofany.

A byłoby naturalne i zdrowe, gdyby młodzi mężczyźni ze sobą rozmawiali o seksie, dzielili się doświadczeniami, obawami. O tym jednak nie ma mowy. Brak tu też tradycji. Ale widzę również inny problem – źle, jeśli mówi się za łatwo o seksie – jak o sporcie czy jedzeniu. Gdzie tu uczucia? One z kolei bywają zbyt intymne, by je ujawniać znajomemu, one umierają wyjęte z tajemnicy. Trudno więc o nich mówić, ale też niedobrze zupełnie milczeć... Czasami seks wyrażany w słowach i gestach przez mężczyzn jest strywializowany, pozbawiony otoczki emocjonalnej, bardzo powierzchowny. A oceniamy ludzi zwykle po tym, jak się wyrażają, w jaki sposób ujawniają i opisują uczucia – tu wielu mężczyzn nie zdaje egzaminu. Ale należy pamiętać, że nie jest to jednoznaczne z płytkością życia uczuciowego mężczyzn. To byłoby uproszczenie.

Marek Jasiński doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii. Posiada m.in. międzynarodowy certyfikat psychoanalityka wydany przez IPA (International Psychoanalytical Association) oraz certyfikat seksuologa klinicznego. Jego zainteresowania naukowe koncentrują się wokół zagadnień psychoanalizy i seksuologii, a w szczególności obejmują problematykę patologii więzi międzyludzkich, problemów tożsamości płciowej i psychoterapii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Inteligencja seksualna: na ile jesteśmy świadomi swoich potrzeb?

Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Wbrew pozorom nie po to, by bez zająknięcia wymienić nazwy stu łóżkowych pozycji czy świetnie się orientować w ofercie sex shopów. Raczej po to, by nasze życie erotyczne było udane i naprawdę zgodne z tym, co nam w duszy – a także w zmysłach – gra. 

Znajomość siebie, swoich potrzeb i zahamowań oraz warunków, w których możemy je przekraczać. Odwaga, żeby prosić o to, co nam naprawdę sprawia przyjemność, i gotowość, żeby dawać partnerowi to, czego potrzebuje. Wiedza o tym, co różni mężczyznę i kobietę. Umiejętność odmawiania i otwartej komunikacji w sprawach seksu, także rozumienia drugiej osoby, ale i własnych reakcji. Wszystko to właśnie zawiera w sobie inteligencja seksualna – termin, który robi ostatnio furorę.

– Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. To niezwykle ważne, bo poziom inteligencji seksualnej decyduje o tym, czy jesteśmy zadowoleni z życia erotycznego – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka z Centrum Psychoterapii MAGO w Warszawie. – Im więcej wiemy o seksualności, relacji, bliskości i człowieku, z którym tworzymy parę, tym więcej mamy frajdy w sypialni.

Dobra wiadomość: z inteligencją seksualną jest nieco inaczej niż z poziomem IQ. Ten ostatni jest wrodzony, pierwszy – można skutecznie podnosić. I co ważniejsze – da się go w prosty sposób określić. Poprzez stopień zadowolenia z tego, co robimy w łóżku.

Tylko ty!

Zwolennicy i zwolenniczki wielu przygód i podbojów nie ucieszą się zapewne, ale według fachowców osoby naprawdę inteligentne seksualnie stawiają na jednego partnera. Wierność jest afrodyzjakiem!

– Dla satysfakcji w łóżku ważniejsza od ilości jest jakość – podkreśla Zaryczna. – Chcemy, żeby nasze życie seksualne naprawdę było na wysokim poziomie? Inwestujmy w budowanie dialogu z jedną osobą.

Jednak pogłębianie więzi, dbałość o potrzeby drugiej strony i komunikowanie swoich odczuć, zbyt często przerastają zdolność, motywację i chęć przeciętnych polskich kochanków. Oto typowy obraz współczesnego życia seksualnego: kilka minut stosunku, w tej samej co zwykle pozycji, rozładowanie i… koniec. Nie celebrujemy bliskości.

– Mądrze jest traktować seks nie tylko jako akt fizyczny służący rozładowaniu napięcia czy podreperowaniu poczucia własnej wartości, lecz jako zbliżenie, najgłębszy rodzaj kontaktu pomiędzy dwojgiem ludzi – uważa Zaryczna. – Inteligencja seksualna pomaga nam zrozumieć, że nie możemy stworzyć dającej prawdziwe zadowolenie więzi erotycznej bez emocjonalnej. Potrzeba seksualna leży bowiem blisko potrzeby bezpieczeństwa. A tego nie da nam kontakt z przypadkową osobą.

Potwierdzają to dobitnie badania dr Sharon Hinchcliffe z University of Sheffield, która przeprowadziła 46 wywiadów z kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Okazało się, że tylko 10 proc. z nich odczuwało satysfakcję z przygodnego seksu.

Z kolei z badań dr. Michaela Milburna z University of Massachusetts w Bostonie, autora książki „Sexual Intelligence”, wynika, że najniższy poziom inteligencji seksualnej wykazują osoby często zmieniające partnerów. Mimo przemian obyczajowych dla większości ludzi wciąż najważniejsza jest stabilność i przywiązanie.

Jeśli wizja uprawiania seksu z jednym partnerem do końca życia przeraża nas, to dla sypialnianego dobra powinniśmy przynajmniej w kontaktach miłosnych stawiać na coś więcej niż wakacyjne, krótkotrwałe romanse.

Nie za daleko i nie za blisko

Kolejnym bardzo ważnym składnikiem erotycznej inteligencji jest umiejętne zarządzanie dystansem w związku, a właściwie wypośrodkowanie między wolnością a zażyłością. Powinniśmy się nauczyć dawać sobie przestrzeń bez oddalania się od siebie. Jeśli kontakt będzie zbyt intensywny, nasza erotyka tego nie zniesie: stłamsimy ją.

– Wiele osób chce być z partnerem tak blisko, by stanowić niemal jedno ciało – mówi Zaryczna. – To kiepski pomysł, bo przecież własne ciało raczej nas nie podnieca… Erotyka to obok bliskości także zaskakiwanie siebie nawzajem, nuta niedopowiedzenia, trochę odświeżającego dystansu.

Żeby między nami iskrzyło, nie możemy być ze sobą non stop. Kiedy kobieta idzie z mężczyzną na imprezę i obserwuje, jak on tańczy z innymi kobietami, i wie w dodatku, że one uważają go za atrakcyjnego – sama zaczyna go bardziej pragnąć. Podobnie mężczyzna, który zauważa, że jego partnerka się czymś żywo interesuje, że potrafi zatracić się w swojej pasji tak, że nawet o nim zapomina i trzeba ją „gonić” – widzi ją jako wartą starań, bardziej pociągającą.

Bądźmy inteligentni – nie traktujmy każdej niezależnej inicjatywy ukochanej osoby jako ataku na więź i bliskość. Pozwólmy jej zdobywać doświadczenia poza związkiem – żeby mogła je potem „przynieść” i w ten sposób wzbogacić to, co już mamy.

– Cała sztuka polega na tym, żeby być na tyle blisko, by tworzyć związek, lecz na tyle daleko, by nie wygasło napięcie seksualne – uważa seksuolożka. – Zmęczeni pracą, obowiązkami domowymi i dyskusjami o rachunkach, zapominamy, jak to było nosić podniecającą bieliznę i zawsze mieć ochotę na gorący seks. Warto kilka razy w tygodniu starać się odnaleźć w sobie echo tej kochanki czy kochanka, jakimi kiedyś byliśmy i nadal chcielibyśmy być.

Erotyczna mądrość to także rozmawianie o seksie, umiejętność komunikowania się, zadawania pytań, wsłuchania się w potrzeby partnera. My jednak mamy raczej tendencję do zabawy w jasnowidzenie: jeśli znamy partnera od lat, to uważamy, że nie musimy go o nic pytać, bo doskonale wiemy, co czuje i czego chce, a co mu się nie spodoba. W ten sposób zamykamy się w kręgu własnych wyobrażeń i okradamy z wymiany i możliwości wspólnego odkrywania nowych obszarów.

– Trudno się rozmawia o seksie, a chyba najtrudniej powiedzieć drugiej osobie, czego się chce – mówi Zaryczna. – Nie umiemy prosić o to, czego pragniemy, bo boimy się urazić partnera lub przed nim odsłonić. Poza tym wydaje nam się, że dobra komunikacja polega na tym, by skutecznie przekonać drugą stronę do tego, czego my chcemy. Nic z tych rzeczy! Chodzi raczej o przekazanie w nieofensywny sposób swoich pragnień – z gotowością i otwartością na czyjąś reakcję, nawet jeśli nie będzie po naszej myśli. Gdy ukochana osoba będzie robić dokładnie to, czego chcemy – szybko się tym znudzimy.

Tyle, ile trzeba

Mamy tendencję do myślenia, że udane życie erotyczne można zmierzyć częstotliwością uprawianego seksu. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli sprowadza się ono do kilku minut stosunku – to czy naprawdę warto przyznawać za to laury? Prędzej czy później odczujemy, że kochamy się wprawdzie często, ale dość mechanicznie…

– W wielu związkach przyjmuje to postać pościgu – uważa seksuolożka. – Jeśli nie mamy ochoty na seks, trudno odmówić partnerowi. Boimy się, że to postawi naszą relację nad przepaścią. Wysilamy się, by życie erotyczne nie zamarło, próbujemy nowych pozycji, eksperymentujemy. Tak jakby nasze życie miało stać się jakąś pustynią po tygodniu czy dwóch bez seksu!

A przecież „źródło” seksualności istnieje tak długo, jak długo tworzymy parę i chcemy ze sobą być. Nie staniemy się osobami aseksualnymi – no, chyba, że się znienawidzimy i nie będziemy chcieli mieć ze sobą kontaktu albo gdy tak się zbliżymy, że staniemy niemalże jednym ciałem i zdusimy erotykę. Jeśli nie wpadniemy w żadną z tych skrajności, seksualna pustynia nam nie grozi.

– Zmysłowe IQ to między innymi świadomość, że seksualność podlega naturalnym rytmom i wahaniom – podkreśla dr Zaryczna. – I na szczęście jest tak, że kochankowie, którzy są wrażliwi na potrzeby partnera, także te dotyczące częstotliwości uprawianego seksu, po jakimś czasie potrafią dopasować je do siebie nawzajem.

To, że jedna ze stron ma ochotę na zbliżenie, nie jest ani lepsze, ani gorsze od tego, że druga jej akurat nie ma. Tym bardziej, że brak chęci na seks nie jest jednoznaczny z brakiem miłości. Ważne, żeby szanować odmienne potrzeby seksualne. Interpretowanie ich braku jako ataku lub wycofania jest mało rozsądne. Równie dobrze moglibyśmy mieć do partnera pretensję, że jest głodny albo że nie chce mu się jeść. Niezrozumienie i zarzuty w tej kwestii budują czasem między ludźmi bardzo wysoki mur, bo to bardzo delikatna materia. Dlatego tak ważne jest, żeby je dobrze rozumieć. Odmawiając partnerowi, nie mówmy: „to źle, że mnie pragniesz, bo ja ciebie nie”. Powiedzmy raczej: „ja ciebie kocham, lecz w tej chwili naprawdę nie mam ochoty na seks”.

Inteligencja seksualna zawsze bowiem przyjmuje założenie dobrych intencji z drugiej strony.

  1. Psychologia

Pruderia – co to znaczy? Przykłady zachowań pruderyjnej osoby

Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. (Fot. iStock)
Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Pruderyjna osoba - co ją charakteryzuje? Co to za rodzaj zachowania? Jakie jest znaczenie słowa pruderia? Okazuje się, że niesłusznie mylimy ją z zahamowaniem czy wstydliwością. Czasem z prawem do intymności. Jak się jej pozbyć? Bo najwyższy czas spakować jej walizki!

Pruderyjna osoba - co ją charakteryzuje? Co to za rodzaj zachowania? Jakie jest znaczenie słowa pruderia? Okazuje się, że niesłusznie mylimy ją z zahamowaniem czy wstydliwością. Czasem z prawem do intymności. Jak się jej pozbyć? Bo najwyższy czas spakować jej walizki!

Pruderyjna, czyli jaka? - znaczenie

Słownikowa definicja mówi, że pruderia jest to udawana i przesadna wstydliwość, zwłaszcza gorszenie się sprawami seksu. Dla kontrastu, zahamowanie jest naszą osobistą granicą, której nie potrafimy swobodnie przekroczyć. Kiedy się do niej zbliżamy, czujemy lęk, wstyd, zażenowanie, poczucie winy, niewłaściwość swego zachowania, czasem obrzydzenie.

Pruderia to kłamstwo, że ta granica faktycznie jest. Pruderyjna osoba nie przekracza jej, dopóki jest poddana społecznej cenzurze. Powstrzymuje się przed działaniem w obawie: „co ludzie powiedzą”. Ale kiedy wie, że nikt jej nie obserwuje albo że jej czyny nigdy nie wyjdą na jaw, robi coś, co otwarcie potępiała. Bo pruderyjna osoba tylko usiłuje się „sprzedać” jako ktoś cnotliwy, ale naprawdę cnotliwa nie jest. Deklaruje, że seks jest zły, ale chętnie go uprawia, bywa, że nie stroniąc od udziwnień… Natomiast osoba zahamowana w obu obszarach czuje autentyczną trudność: zarówno w mówieniu o seksie, jak i w jego uprawianiu.

Pruderia jest kobietą. Pruderyjna osoba – co to znaczy dziś, a co oznaczało kiedyś?

Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. Nic dziwnego: od wieków żyły w społecznie generowanym przeświadczeniem, że pewne sprawy przystoją tylko mężczyźnie – tak zrodziła się pruderia. Przykłady pokazują, że jeszcze do niedawna nie do pomyślenia było, żeby kobieta inicjowała seks, mówiła, na co ma ochotę, miała własne łóżkowe potrzeby i pomysły czy domagała się zaspokojenia w sypialni. Przez wieki kobieca przyjemność nie była traktowana jako coś istotnego – ale dostarczanie jej mężowi było obowiązkiem. Co więcej, uważało się, że cnota polega na wstydliwości, zahamowaniach i właśnie braku przyjemności. Kobieta, która lubiła seks, uważana była za rozwiązłą. A ta, która otwarcie dążyła do stosunku lub miała wielu partnerów – wręcz za dziwkę. To mężczyzna dyktował, kiedy się kochać, w sposób bardziej lub mniej subtelny.

Teraz role się nieco odwróciły. Społeczna cenzura dopuszcza coraz więcej. Współczesne kobiety potrafią być bardziej odważne w swoich pomysłach, otwarcie inicjować seks i to nie tylko w ramach stałego związku. Co więcej, często decydują się na przygody na jedną noc, nastawione wyłącznie na przyjemność. Jednak pruderia ma się dobrzez. Wciąż rzesze kobiet zachowują się zupełnie inaczej i pozwalają sobie na więcej, kiedy czują, że nie są oceniane. W przeciwnym razie zaczynają taksować swoje zachowania pod kątem „przystoi – nie przystoi” i wybierają to pierwsze, choć mają wewnętrzną gotowość do diametralnie innego zachowania. Trudno się dziwić, skoro w wielu domach wciąż wobec dziewcząt i chłopców panują podwójne standardy: córka ma być w domu z powrotem o dwudziestej, bo zbyt późne eskapady zagrażają jej niewinności i bezpieczeństwu. Natomiast syn może wrócić po północy, bo przecież młody mężczyzna „musi się wyszaleć”.

Ptaszek i sikorka – jak wykształca się pruderia?

Dlaczego jesteśmy pruderyjni? Jak „rodzi się” pruderyjna osoba? Co to znaczy dla naszego dorosłego życia? Przede wszystkim warto wiedzieć, że wynosimy to z domu. Nie znam ani jednego, w którym rodzice mówią do dziecka: „Kochanie, masz już 18 lat i warto byłoby, żebyś zaczął już życie płciowe”. Takich domów nie ma. Dla rodziców zawsze jest za wcześnie, nawet jeśli potomek jest już po dwudziestce. Seks pojawia się w życiu naszych dzieci ciągle nie w porę, bo lepiej, by się uczyły. Każdy rodzic chce widzieć swoje dziecko jako „nieskażone seksem”. Już samo to sformułowanie wiele mówi o tym, co to pruderia – tak jakby seks był czymś, co może pokalać, uczynić nieczystym. Nic dziwnego, że nie potrafimy o nim swobodnie rozmawiać, jak o czymś naturalnym, czymś, co jest częścią naszego ludzkiego dziedzictwa, nieodłączną sferą życia. Skoro nie udaje się to nam nawet z partnerem, jak może się sprawdzić w przypadku naszych dzieci? A przecież kiedyś będziemy musieli z nimi o tym porozmawiać, już czteroletnie pociechy są ciekawe, czym się różni chłopczyk od dziewczynki. Z tego wprawdzie pruderyjna osoba może wybrnąć dość łatwo, tłumacząc urokliwie, że chłopczyk ma ptaszka, a dziewczynka sikorkę. Tylko że kolejne pytanie, które nas czeka, brzmi: „Skąd się biorą dzieci?”. I tu już nie będzie łatwo. Będziemy się jąkać, czerwienić. Dobrze, jeśli powiemy dziecku prawdę w sposób symboliczny, na przykład opowiadając historię o nasionku mamusi, które podlewa tatuś i które wtedy rośnie. Gorzej, jeśli wymyślamy bajki o bocianach i kapuście, bo dla dziecka, które szybko doda dwa do dwóch, jest to pierwszy sygnał, że zapytało o coś, o co lepiej nie pytać. Bo kiedy trzeba przejść do konkretów, zaczynamy czuć się niewygodnie. Do zawstydzenia osoby pruderyjnej dokłada się jeszcze ogromne poczucie odpowiedzialności: bezradnością napełnia nas własna niewiedza, co można powiedzieć dziecku, żeby zrozumiało, a czego nie mówić, żeby nie wzbudzić u niego obrzydzenia, nie przestraszyć, zniechęcić czy zablokować. Tym bardziej, że są to treści, które zapadają w pamięć.

Kulturowo wszystko, co wiąże się z płciowością, jest owiane tajemnicą, towarzyszy jej pruderia. Przykłady potwierdzają tę teorię: matki czują się skrępowane, uświadamiając dziewczynkę w sprawie jej fizjologii i mówiąc, że będzie kiedyś miała miesiączkę i z czym to się wiąże. A córka czując jej zakłopotanie, wyciąga wnioski, że to sprawy trudne i wstydliwe. Trzeba udawać, że ich nie ma. Pruderia działa zresztą w obie strony: dzieci niechętnie widzą swoich rodziców jako istoty seksualne. Przecież mama, która w dzieciństwie pieściła i dotykała całego ich ciała, jest od czułości, a nie od seksu. Już prędzej tata, ale też niekoniecznie. Autorytet w sprawach seksuologii, prof. Zbigniew Izdebski przeprowadził badania, z których wynika, że konieczne jest wprowadzenie rozsądnej edukacji seksualnej w szkołach, bo ani rodzice nie chcą rozmawiać o tym z dziećmi, ani dzieci z rodzicami.

 

Szyfrem w łóżku 

Całą sprawę utrudnia fakt, że kiedy już dochodzi do rozmowy o seksie, nasze słownictwo okazuje się niezwykle ubogie. Mamy do dyspozycji albo sformułowania medyczne, łacińskie i naukowe, albo wulgaryzmy czy infantylizmy. W granicach związku ludzie sobie z tym radzą, wymyślając związane z seksem własne miłosne szyfry, określenia dla genitaliów, typowe tylko dla danej pary. Swoją ochotę na poranny seks można np. zaanonsować stwierdzeniem: „Chciałabym, żeby rano obudził mnie nie kogut, a cietrzew” – i dla kochanków wszystko jasne. Jeśli posługujemy się swoim miłosnym tajnym językiem i przywołujemy obrazy dotyczące tylko naszej dwójki w obecności osób trzecich, dodatkowo czujemy siłę tego, co nas łączy.

Obecnie panuje moda na publiczne rozmowy o seksie – jej odbicie znajdujemy chociażby w popularnych serialach. Staramy się mówić o seksie otwarcie, czasem opowiadając nawet o technicznych detalach. To wymaga odwagi i jeśli jesteśmy na to gotowi – w porządku. Ale nie każdy, kto tego odmawia, musi być zaraz pruderyjną osobą. Są tacy, którzy nie rozmawiają o erotyzmie, ponieważ dla nich jest to strefa intymna. Starają się, żeby seksowi towarzyszyła odpowiednia sceneria i nastrój. A jeśli już zabierają głos, to raczej używając sformułowania „kochaliśmy się”, niż „uprawialiśmy seks”. Takie osoby będą unikać rozgłaszania szczegółów o swoim pożyciu. I trzeba to uszanować. Dla nich erotyka i wszystko, co się z nią wiąże, są zarezerwowane wyłącznie dla partnera – i to też w porządku. Jest wyrazem wierności wyznawanym zasadom, delikatności i skromności. Nie pruderii. Co to daje partnerom i czy warto rozmawiać o seksie w związku? Zdecydowanie warto – by ustalić, czy oboje mamy ochotę na to samo lub powiedzieć partnerowi, co lubimy, a czego nie. Chwaląc „dobre momenty”, zapewniamy sobie kolejną dawkę tego, co lubimy, a rozmawiając o problemach, korzystnie wpływamy na jakość naszego życia seksualnego – bo kiedy w łóżku jest dobrze, mniej nas irytują zostawione na środku pokoju skarpetki…

Nazywanie rzeczy po imieniu - coś, czego nie robi pruderyjna osoba

Do spraw seksu mamy dość krańcowe podejście: albo jesteśmy w nich bardzo „do tyłu”, albo bardzo „do przodu”. Albo zahamowani czy pruderyjni, albo przesadzamy z wyzwoleniem. Trudno nam traktować erotykę i seksualność jako coś naturalnego, jako jedną z podstawowych potrzeb. Cały czas przyjmujemy jakieś postawy, zamiast być zwyczajnie sobą. Dlaczego pruderyjna osoba napotyka tyle problemów w sferze intymnej?

Z jednej strony, trudno w tej dziedzinie mówić o jakiejś normie, z drugiej – rzadko się zdarza, żeby ludzie żyjący w związku spotkali się w tym samym miejscu, by ich granice seksualne były podobnie zakreślone. Zawsze jedno z nich jest bardziej wyzwolone. Jednak psychologowie uważają, że związkom partnerskim dobrze robi, gdy jedno z partnerów jest w czymś tylko odrobinę „do przodu”, bo za duży dystans jest niemożliwy do nadrobienia i zniechęca do „doganiania”. Bardziej wyzwolony partner nie powinien zatem zawstydzać, żeby druga osoba nie poczuła, że to świat, do którego ona nie ma wstępu.

Bycie pruderyjnym – co to znaczy dla komunikacji w związku? Pruderia i unikanie nazywania pewnych spraw po imieniu może też stać się źródłem nieporozumień. Nie chcąc przyznać, że ulegamy fascynacji erotycznej, która bywa silna, wręcz porywająca, nazywamy ją miłością.

W społeczeństwie, w którym nie daje się zielonego światła związkom opartym wyłącznie na pociągu fizycznym, ludzie wolą powiedzieć: „kocham cię”, zamiast: „fascynujesz mnie, bardzo pociągasz”. Wtedy sami ze sobą czują się lepiej. Bo łatwiej się rozgrzeszyć, że np. rozbiliśmy swoje małżeństwo z powodu uczucia niż pożądania. Nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć, że popęd może mieć tak wielką siłę. Gdybyśmy byli bardziej otwarci, mówili o seksie w sposób naturalny, przyznawali, że jest zwykłą potrzebą – nie wypieralibyśmy się tej sfery życia. I wszystkim wyszłoby to na zdrowie.

  1. Seks

Czy mężczyźni myślą tylko o seksie?

Ukuło się takie przekonanie, że mężczyźni myślą tylko o „tym”. A przecież myślą o pracy, o swojej partnerce, relacji, rodzinie, o swoim życiu… i o seksie. Ale wcale nie tak często. (Fot. iStock)
Ukuło się takie przekonanie, że mężczyźni myślą tylko o „tym”. A przecież myślą o pracy, o swojej partnerce, relacji, rodzinie, o swoim życiu… i o seksie. Ale wcale nie tak często. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy facetom zawsze chodzi o jedno? Czym różnią się od nas w postrzeganiu seksu? O czym fantazjują? Jak odnajdują się u boku dzisiejszych świadomych swoich potrzeb i wyzwolonych kobiet? Czy naprawdę nie przeszkadza im nasz cellulit? Portret współczesnego mężczyzny staramy się stworzyć wraz z psychoterapeutą Michałem Pozdałem.

Mówi się, że mężczyznom jedno w głowie. Czy to prawda, że myślą tylko o seksie? Nie! Myślą o pracy, o swojej partnerce, relacji, rodzinie, o swoim życiu… i o seksie. Ale wcale nie tak często. Ukuło się takie przekonanie, że myślimy tylko o „tym”. A wszystko, co jest odpowiednio długo powtarzane, wydaje się prawdziwe. Z badań przeprowadzonych w Ohio wynika, że mężczyzna myśli o seksie 19 razy dziennie, ale nie można tych wyników traktować poważnie. My chyba cały czas nie dopuszczamy do siebie prawdy, że mężczyzna to też człowiek, z własną emocjonalnością. Jako społeczeństwo redukujemy mężczyzn do automatu, oni zresztą sami też to robią. „Jestem facetem i wielu rzeczy nie muszę, bo jestem mało skomplikowany” – takie spojrzenie jest wygodniejsze. Poza tym w rodzinach działają transgeneracyjne przekazy, które też wdrukowują nam, że facet to automat.

Czym jest seks dla takich odciętych od własnej emocjonalności automatów? Dla większości mężczyzn to strefa zupełnie nieodkryta. To znaczy znają doskonale automatykę seksu, ale nie mają dostępu do jego przeżywania. Czyli nie wiedzą, czym jest seks. Sprowadzają go do erekcji – za przeproszeniem wsadzić do pochwy, ejakulować i wyjąć. Gdy przychodzi do mnie para z problemami z erekcją i pytam, jak wygląda ich życie seksualne, mężczyzna mówi: „Nie uprawiamy seksu”. Dopytuję: „W ogóle się nie dotykacie? Nie pieścicie?”. On odpowiada: „Dotykamy się, pieścimy, ale seksu nie mamy”. Bo seks to stosunek. A gdy pytam mężczyzn w wieku 40–50 lat, jakie miejsce w ich ciele jest najbardziej erogenne, najczęściej nie wiedzą. Zalecam więc w ramach ćwiczeń dla par całowanie po szyi, po uszach czy po sutkach i wtedy odkrywają, że ich to tak stymuluje, że widzą gwiazdy…

A jak to jest z młodszym pokoleniem mężczyzn – są bardziej świadomi siebie i swoich potrzeb? Jest spora grupa mężczyzn naszpikowanych pornografią, którzy traktują przez to seks instrumentalnie. Ale jest też wielu młodych mężczyzn, którzy zostali już inaczej wychowani, inaczej postrzegają siebie, a przez to inaczej patrzą na swoje relacje seksualne. Są bardziej otwarci na swoją cielesność. A na problemy z erekcją reagują – albo „miałem zły dzień, jestem przemęczony”, albo „nie kocham jej, nie mogę”. Natomiast mężczyźni 40-letni traktują erekcję jak automat. I mają przekonanie, że muszą. I to jest okropne i okrutne. W ten sposób redukują męskość i męską seksualność do penisa. Myślę, że to niesprawiedliwe, gdy media czy reklamy powtarzają, że mężczyzna musi, bo mamy wielu wspaniałych mężczyzn po urazach kręgosłupa, którzy nigdy nie będą mieli erekcji, a są cudownymi kochankami. I żywym dowodem na to, że seks to nie tylko penetracja.

Zubożona jest ta męska seksualność… Żeby się otworzyć na swoje przeżycia seksualne, musimy rozumieć, co się z nami dzieje, i umieć komunikować swój stan emocjonalny. A wielu mężczyzn nie ma takiej uważności na siebie i to się przekłada na problemy w seksie. Nie wiedzą, dlaczego mają ochotę lub dlaczego jej nie mają. I nadużywają pornografii, która wywołuje hiperstymulację mózgu – po pewnym czasie potrzebują więcej i więcej. Moi pacjenci często opowiadają, że podczas kontaktu seksualnego z partnerką odłączają się od tego, co się dzieje, i przypominają sobie sceny porno, żeby się dostymulować. Nie potrafią się skupić na tym, co jest tu i teraz. Partnerka to wyczuwa i seks zaczyna być co najmniej nieudany.

A jak dla odmiany swoją seksualność postrzegają kobiety? Dużo lepiej rozpoznają swoje potrzeby i pragnienia seksualne, lepiej też komunikują się w kontekście swojej seksualności. Media zrobiły tu dobrą robotę – wyedukowały was w kwestii rodzajów orgazmów, sposobów zaspokojenia, dbania o swoje potrzeby, upominania się o rozkosz. Nadal w niektórych związkach to mężczyzna warunkuje długość aktu seksualnego. Gdy on ejakuluje, oznacza to koniec seksu. Ale kobiety teraz mówią: „Postaraj się o moją przyjemność”. Kobietom jest łatwiej rozmawiać o seksie, bo dla nich to jest opowieść o emocjach i potrzebach. Chociażby przez sposób wychowania przychodzi im to łatwiej. Zwłaszcza że w seksie czasami trzeba poprosić, trzeba być bezradnym i trzeba się poddać. Mężczyznom przychodzi to z trudem…

Chcąc zgłębić męski punkt widzenia, muszę spytać o jedną rzecz, która spędza sen z powiek wielu kobietom – czy mężczyznom przeszkadza nasz cellulit? Mężczyźni nie wiedzą, co to jest, dopóki partnerka im tego nie pokaże. I są zaskoczeni, gdy dowiadują się, że kobiety to maskują. Ale wy, drogie panie, jesteście nauczone, żeby się pilnować – golić, depilować, podcinać, wysysać… Mężczyźni nie mają tego obciążenia. To, że mu urósł brzuch, w ogóle nie warunkuje jego wartości seksualnej. Za to często trudno im się skoncentrować na seksie, bo myślami są ciągle w pracy. I z tego powodu pojawia się często problem z erekcją. Jeżeli kobieta się obrazi albo przestraszy, że już go nie podnieca, problem urośnie. A jeżeli przytuli się i powie: „Jak się czujesz? Co się dzieje?”, to w tej atmosferze bliskości i zrozumienia może narodzić się wspaniały seks. On potem mówi, że ona go podnieciła. Ale to była bliskość. Bo żeby uprawiać seks, trzeba podejść do siebie blisko.

No dobrze, a kiedy już mężczyzna zostawi tę pracę, to na czym się skupia w seksie? Najlepiej, gdyby skupiał się na tym, co się właśnie dzieje. Niestety, mężczyźni, z którymi pracuję, często skupiają się na tym, żeby dobrze wypadli i zaspokoili partnerkę. Wtedy właśnie zaczynają się problemy z erekcją. Żeby uprawiać dobry seks, trzeba się otworzyć i poddać temu, co się dzieje. A jeżeli staramy się coś osiągnąć, pojawia się lęk: „nie dam rady”, i to blokuje wzwód. A kult erekcji jest ogromny…

Czy to jest największy problem współczesnego mężczyzny? Nie, ten problem był od zawsze. Dzisiaj po prostu mężczyźni zaczynają o tym mówić. Z pewnością na problemy w łóżku przekłada się wysoki poziom stresu. Szczególnie gdy mężczyzna, który ma dużo napięć, redukuje je przez masturbację. Jeśli przed wyjściem z biura masturbuje się w toalecie, oglądając film pornograficzny w telefonie – niwelując napięcie z całego dnia, ale też obniżając libido – to kiedy wraca do domu, nie ma już naturalnej potrzeby zabiegać o względy seksualne swojej partnerki. To jest współcześnie najpoważniejszy problem – uzależnienie od pornografii i masturbacji. Bo po kilku latach relacji, żeby mieć kontakt seksualny, trzeba podjąć pewien wysiłek – coś zorganizować, coś wybaczyć, coś zaproponować. Do seksu trzeba się rozebrać – dosłownie i w przenośni – i powiedzieć: „Potrzebuję cię do zaspokojenia mojej bardzo ważnej potrzeby”.

A o czym mężczyźni najczęściej fantazjują? Te fantazje są bardzo zubożone przez pornografię. Zamiast uczestniczyć w akcie, który się właśnie dzieje, przypominają sobie obrazy z filmów, którymi są naszpikowani. Oczywiście nie wszyscy. Mężczyźni są bardzo różnorodni, nie chciałbym spłycić męskich fantazji do tego, że wszyscy marzą o seksie ze starszą kobietą, z kobietą o wielkich piersiach czy z nastolatką. Jedno jest pewne – o seksie fantazjują. Ale fantazjują też o bliskości. Bo mężczyźni zaspokajają w łóżku nie tylko potrzebę redukcji napięcia seksualnego, ale również potrzebę miłości, bycia akceptowanym, pożądanym... Ale jak pytam: „Dlaczego pan jej o tym nie powie?”, to słyszę „Ja mam powiedzieć, że ona ma mnie przytulać?”.

W sumie cieszę się, że nie udało nam się tu stworzyć prostej instrukcji obsługi mężczyzny. Ale to by było niemożliwe i niesprawiedliwe! Nie da się stworzyć instrukcji obsługi mężczyzny, podobnie jak nie da się stworzyć instrukcji obsługi kobiety. To my przywykliśmy do myśli, że mężczyzna jest łatwy w obsłudze. Dziś mężczyźni już wiedzą, że nie muszą być napakowanymi twardzielami. Że mogą być „mięczakami”, mogą płakać, mieć różne uczucia, po prostu być różni. Na szczęście coraz lepiej odnajdują się w tej nowej rzeczywistości.

Dwie proste rady dla par:

  • Zacznijcie uprawiać seks bez penetracji. Poznaj, co w twoim ciele sprawia ci największą przyjemność. Potraktuj ciało partnera jak nieodkrytą wyspę i zacznij po nim podróżować! Takie podejście pozwala cieszyć się seksem przez całe lata, bo największym organem seksualnym człowieka jest skóra, a nie penis!
  • Przytulajcie się nago. Nie musicie każdych pieszczot kończyć seksem. Dzięki temu zaczniecie wydzielać neuroprzekaźniki odpowiedzialne za przyjemność i pojawi się poczucie dobrostanu. Poza tym oksytocyna przywiąże was do siebie, a to strasznie miłe uczucie.
Michał Pozdał psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Założyciel i kierujący pracą Instytutu Psychoterapii i Seksuologii. Absolwent studiów magisterskich w Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego. Stypendysta na Wydziale Dramy Stosowanej Uniwersytetu Exeter w Wielkiej Brytanii. Ukończył z wyróżnieniem podyplomowe studia Seksuologia Kliniczna na Uniwersytecie SWPS w Warszawie. Pracuje w podejściu psychodynamicznym oraz systemowym. Prowadzi psychoterapię indywidualną osób dorosłych oraz par i rodzin.

  1. Psychologia

Pogoń za sukcesem. Dlaczego mężczyźni czują się niespełnieni?

Sukces dla mężczyzny nie zawsze jest czymś określonym. (fot. iStock)
Sukces dla mężczyzny nie zawsze jest czymś określonym. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
„To nic wyjątkowego. Każdy by tak mógł. Nie ma o czym mówić”. Taka reakcja na odniesiony sukces może świadczyć o tym, że mężczyźnie brakuje wewnętrznego doświadczenia satysfakcji, iż coś się udało, coś osiągnął, a ważne dla niego osoby to doceniają, patrzą z podziwem. Być może pod maską kogoś, kto odnosi sukcesy, skrywa się samotny, zraniony chłopiec – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„To nic wyjątkowego. Każdy by tak mógł. Nie ma o czym mówić”. Taka reakcja na odniesiony sukces może świadczyć o tym, że mężczyźnie brakuje wewnętrznego doświadczenia satysfakcji, iż coś się udało, coś osiągnął, a ważne dla niego osoby to doceniają, patrzą z podziwem. Być może pod maską kogoś, kto odnosi sukcesy, skrywa się samotny, zraniony chłopiec – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Pięćdziesięciolatek, uznany twórca z branży filmowej, mówi mi o swoich niepokojach związanych z tym, jak niewiele w życiu osiągnął. Rozczarowany sobą, i to bardzo, jest również podróżnik o międzynarodowej sławie i znany pisarz, i właściciel kilku dobrze prosperujących restauracji. Ci mężczyźni mówią o gigantycznym wewnętrznym kryzysie, który dopada po czterdziestce: Co ja robię? Gdzie jestem? Czy aby nie w ciemnym lesie? Bilans połowy życia dla znacznej części mężczyzn wypada nieszczególnie. Zadziwiające, że niezadowoleni są mężczyźni, którzy odnieśli niekwestionowany sukces. Mnie to nie dziwi. Pierwsza połowa życia toczy się w sposób naturalny. Wszystkie drzwi są otwarte. Jest tak wiele do zrobienia, a świat stwarza mnóstwo możliwości. Mamy dostęp do wszelkiej informacji, możemy swobodnie podróżować, kształcić się, gdzie dusza zapragnie, w szkołach prywatnych i państwowych. Te możliwości motywują, żeby osiągać, zdobywać, realizować cele. Jesteśmy młodzi, mamy siłę, energię i ciekawość. Żyjemy intensywnie – pracujemy, uczymy się, bawimy, angażujemy towarzysko. Około czterdziestki przychodzi bardzo ciekawy moment – patrzymy na to, co się wydarzyło, i dochodzimy do wniosku, że nigdy nie osiągniemy wszystkiego, co jest do osiągnięcia. Producenci samochodów, gadżetów z pewnością zadbają o to, proponując coraz to nowe kuszące przedmioty, usługi i oferty.

I to budzi smutek, gorycz niespełnienia? Jesteśmy jak charty goniące za sztucznym lisem. Cały czas uczestniczymy w wyścigu. Wyścigi chartów świetnie pokazują, jak to wygląda. Maszyna przesuwa rudą kitkę w szybkim tempie. Charty biegną po torze, wydaje się, że cel jest bliski, więc biegną jeszcze szybciej. Jeden wyprzedza innych, już, już jest u celu. Ale nie, kitka się oddala. W tej zabawie chodzi o to, by charty biegły, a nie, by dopadły zdobycz. Można powiedzieć, że nasze życie jest tak skonstruowane; nie da się złapać wszystkich lisów, nie da się osiągnąć wszystkiego.

A jest w mężczyznach taka wola, ambicja, by osiągnąć wszystko? Uruchamia się działanie instynktowne, odruchowe. Pojawia się coś nowego – rzucamy się w pogoń. Ludzki mózg jest tak skonstruowany, uwarunkowany, że wychwytuje z otoczenia to, co wyłania się z tła i przykuwa uwagę. Naszym przodkom pomagało to przetrwać. Gdy pojawiały się nowe możliwości, uczyli się, jak je wykorzystać, aby przeżyć. Dzisiaj ten mechanizm nakręca konsumpcję. Specjaliści od neuromarketingu wykorzystują go do oferowania wciąż nowych produktów i usług. Ale nie da rady – życia w ten sposób nie skonsumujemy, nie nasycimy wewnętrznego głodu.

Tu nie chodzi tylko o dobra materialne. Ci mężczyźni nie czują satysfakcji ze swoich realnych i wymiernych osiągnięć – napisanych książek, nakręconych filmów, zdobytych górskich szczytów, rozkręconych biznesów. Działa tu podobny mechanizm – konsumujemy sukcesy, chcemy być lepsi, najlepsi, ale ideał, do którego dążymy, ciągle się oddala.

Przyczyny? Jest ich wiele. To, oczywiście, może dotyczyć mężczyzn, którzy nigdy w swoim życiu nie zostali w stu procentach docenieni, pochwaleni. Cokolwiek dobrego zrobili, rodzice mówili: „Ale Kazio zrobił lepiej. Musisz się jeszcze bardziej postarać”. Gdy chłopiec postarał się bardziej i dostał wreszcie szóstkę tak jak Kazio, rodzice nie chwalili, żeby mu się nie poprzewracało w głowie, żeby nie stracił motywacji do dalszej nauki i starań. Jeśli taka sytuacja powtarza się raz czy drugi, to niewiele znaczy. Ale jeśli trwa latami, jeśli to stała tendencja, wzorzec zachowania, który panuje w domu, wtedy chłopiec czuje się niespełniony, niedoceniony. To, oczywiście, powoduje w nim dużo napięcia, frustracje, smutek i agresję. Nie może jednak pozwolić sobie, aby je ujawnić, wyrazić, bo ryzykowałby utratę miłości rodziców albo ich smutek czy gniew. Nie okazuje więc uczuć, za to ciągle się stara. Biegnie jak chart goniący sztucznego lisa. Nigdy nie osiągnie celu, bo zawsze znajdą się tacy, którzy będą lepsi.

Jeden z mężczyzn powiedział mi: „Niby wszystko mam, żona mnie kocha, stara się, dzieci dobrze się uczą, firma jak na złość w tym kryzysie świetnie prosperuje, rozkwita. Ale ja się nie cieszę. Mam poczucie braku, dyskomfortu”.

Jakby te sukcesy, osiągnięcia dotyczyły kogoś innego? „To nic wyjątkowego. Każdy by tak mógł. Nie ma o czym mówić”.

Aha, więc ci mężczyźni musieliby stworzyć coś wyjątkowego, coś naprawdę na ich miarę. I to jest właśnie iluzja, miraż na pustyni. Tworzą pozorny obraz oazy, do której dążą. Im bardziej się zbliżają, tym bardziej się oddala. Za każdym razem cel ma charakter iluzoryczny. Coś, co ze swojej natury nie jest w pełni osiągalne. Mężczyzna mówi: „Gdybym znał języki obce…”. Ile języków? Zna biegle dwa, ale jest dużo więcej języków! Do ich poznania zabrakłoby życia. „Mam najlepszą firmę w swojej branży na polskim rynku, ale są inne rynki, światowe”. Ci mężczyźni oddzielają swoje ciało, uczucia od idealnego iluzorycznego obrazu siebie. Najkrótsza droga do nieszczęścia.

W wewnętrznym świecie nie ma odzwierciedlenia radości? I uznania. W swojej przeszłości nie rozwinęli takiej umiejętności. Otoczenie im w tym nie pomogło. Wręcz przeciwnie – nieustannie podnoszono poprzeczkę, pomniejszano, nie nagradzano. Opiekunowie opierali się na błędnych założeniach dotyczących wychowania dzieci. Może być też tak, że rodzice mówili: „Nam się nie udało, ty masz szansę. Musisz się postarać”. W podtekście jest oczekiwanie, aby dziecko było kimś wyjątkowym. W ten sposób powstaje narcystyczne zranienie: rozwijamy siłę, możliwości wywierania wpływu, kontroli, ale nie czujemy smaku życia. Pod maską mężczyzny odnoszącego sukcesy skrywa się samotny, zraniony chłopiec.

A widać kogoś, kto wydaje się pewny siebie, wybitnie uzdolniony, towarzyski, pozazdrościć. Co ciekawe jednak: nie reaguje na dobre słowa o sobie, o swoich talentach, możliwościach, nie słucha, nie słyszy. Tak, świat zewnętrzny odzwierciedla osiągnięcia. Przyjaciele, ale też eksperci z dziedziny, w której mężczyzna działa, wyrażają uznanie, podziwiają, nagradzają. Zewnętrzne potwierdzenia nie mogą się jednak przebić. Mężczyzna mówi wtedy: „Słyszę, co ludzie mówią, nawet im wierzę, ale czuję jedynie smutek”. Może być też tak, że mężczyzna nie ceni swoich osiągnięć, ponieważ przeżywa konflikt wewnętrzny. Zdaje sobie sprawę, że inni mu zazdroszczą, jednak w głębi serca wie, że nie zajmuje się tym, czym pragnąłby się zajmować. Dlatego to, co robi, w jego oczach nie ma wartości. Nie ceni tego. Jestem na przykład uznanym prawnikiem, mam pozycję, dom, samochód, rodzinę, jednak wiem, że nie ja wybrałem tę drogę. Uległem namowom, modzie, koniunkturze. To nie jest moja pasja. Zapewnia mi byt, pomnażam majątek, ale nie mam radości.

Gdy mamy 30 lat, wewnętrzna radość nie ma aż takiego znaczenia, bo działamy siłą rozpędu – ludzie nas podziwiają, rodzina jest zadowolona. Gdy mija 40 lat, 45, 50 i więcej, wtedy w sposób coraz bardziej dotkliwy dociera do nas, że nie idziemy swoją drogą, nie robimy tego, co by nas cieszyło.

No i przebija się świadomość, że nie ma już tak wiele czasu. Patrzę wstecz na swoje życie i zastanawiam się, po co to wszystko, skoro czuję głównie brak i żal. Osiągam, ale tracę intymny kontakt z życiem, ze światem, z bliskimi. Stąd frustracja, niezadowolenie. Kłopot w tym, że ci mężczyźni, którzy żyją nieświadomie, rzucają się w wir jeszcze większej aktywności. Jeden z nich powiedział mi: „Trzeba zakasać rękawy i do roboty, żeby głupoty nie lęgły się w głowie!”. Te głupoty to wątpliwości, pytania.

Trzeba by zakwestionować pół życia, uznać, że się błądziło. Skonfrontować się z frustracją. To trudne, więc racjonalizują: „Co prawda haruję, ale gdyby w moim związku było inaczej, gdyby dzieci były inne…”. Trzeba by zadać sobie pytanie, czym jest sukces. Na przykład młodym ludziom utalentowanym muzycznie na ogół wybija się z głowy kształcenie w tym kierunku. „Z gitary chcesz wyżyć, będziesz grał na weselach?”

Tymczasem znam szczęśliwego mężczyznę, który gra na weselach, przyjęciach, imieninach, zabawach. Gdy patrzę na niego, widzę, jak się tym cieszy. Pytanie, czy to jest człowiek sukcesu. Nie jest prezesem, menedżerem, nie piastuje stanowisk, nie kręci filmów. Ale świetnie się bawi. I sprawia, że ludzie się bawią. Pracuje tylko w weekendy, więc ma sporo wolnego czasu na inne zainteresowania. Jest rozluźniony, serdeczny.

Jest takie znane powiedzenie Emersona: „Zostawić świat nieco lepszym: lepszym o zdrowe dziecko, grządkę w ogrodzie lub lepsze warunki społeczne – to znaczy odnieść sukces”. To naprawdę dobry punkt odniesienia. Daje do myślenia.

Co zrobić z dziedzictwem braku docenienia siebie, uznania własnych osiągnięć? Jeśli mamy do czynienia ze zranieniami z przeszłości, potrzebna byłaby psychoterapia. W wielu mężczyznach budzi się opór: „Z moją pozycją na psychoterapię? To się w głowie nie mieści. Mężczyzna, który sam nie potrafi rozwiązać swoich problemów, to pierdoła. Po tylu latach wyrzeczeń, trudu mam uznać, że nie poradzę sobie sam?”.

Co ciekawe, kobiety nie mają takich oporów. Prezeski, menedżerki z reguły bez problemu proszą o pomoc, chcą się rozwijać, lepiej żyć. Chociaż wiele się zmienia. Ostatnio usłyszałem od pracownika znanej światowej firmy: „Chciałbym robić coś dla ludzi, coś naprawdę pożytecznego”. Jeśli wypowiadamy taką intencję, to wiele znaczy. To punkt zwrotny.

  1. Psychologia

Czego pragną mężczyźni?

Mężczyzna oczekuje od związku, że kobieta będzie jego żoną i partnerką. Kłopot w tym, że każdy z nas ma w głowie swój słownik, gdzie wprawdzie hasła są te same, ale wytłumaczenie nieco inne. (Fot. iStock)
Mężczyzna oczekuje od związku, że kobieta będzie jego żoną i partnerką. Kłopot w tym, że każdy z nas ma w głowie swój słownik, gdzie wprawdzie hasła są te same, ale wytłumaczenie nieco inne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Gdyby tak na chwilę, niczym bohater filmu „Czego pragną kobiety?”, posiąść moc słyszenia myśli płci przeciwnej… czego byśmy się dowiedziały? Coacha Miłosza Brzezińskiego pyta Joanna Olekszyk.

Po czym można poznać, że facet jest zakochany? Najczęściej po tym, że jest w stanie podzielić się dobrem zdobywanym z trudem. Nie bez kozery jest to też cecha bardzo pożądana przez kobiety. Zakochany facet jest bardzo zaangażowany w robienie (robienie, a nie mówienie o robieniu) czegoś wokół kobiety. Chętnie też robi rzeczy spektakularne. Powiada się, że „mężczyźni nie biją się i nie zakochują, jeśli nikt tego nie widzi”.

Ale jest i drugie dno w tym pytaniu. Po czym poznać, że zakochał się w nas facet, a nie chłopiec? Odróżnianie chłopców od mężczyzn może się stać ważną kobiecą umiejętnością w naszych czasach. Chłopiec w dużej mierze składa się z testosteronu, czyli jest agresywny bez kontroli, egocentryczny, na pokaz siłujący się ze wszystkim, łącznie z siłą grawitacji, losem i własną wątrobą. Niczym najemnik żyje dla siebie, walczy dla pieniędzy, zbuntowany żyje chwilą. Mężczyzna jest raczej wojownikiem. Walczy dla kogoś, jego życie nie jest tylko jego i nie próbuje za wszelką cenę przejmować kontroli nad końcowym efektem. Energię pożytkuje rozważnie, a w dużej mierze wartość jego życiu nadaje zaangażowanie w poprawę jakości życia innych.

Kiedyś zostać mężczyzną to był obowiązek. Nikt nie pytał młodzieńca, czy ma ochotę być dorosły, bo żadnej społeczności nie było stać na utrzymywanie darmozjadów. Niegdyś, przy średniej czasu życia wynoszącej 49 lat, chłopcy stawali się mężczyznami w wieku 14–20 lat. Teraz ocenia się, że chłopcy stają się mężczyznami (o ile w ogóle to następuje w przypadku konkretnych osób) w wieku około 35 lat, przy średniej czasu życia 82 lat. Dla urodzonych w roku 2007 średnia długość życia szacowana jest już na 103 lata, więc prawdopodobnie moment przekraczania przez chłopców progu ogrodu męskości jeszcze się będzie przesuwał.

Czego mężczyzna oczekuje od związku? I od partnerki? Że będzie jego żoną i partnerką. Kłopot w tym, że każdy z nas ma w głowie swój słownik, gdzie wprawdzie hasła są te same, ale wytłumaczenie nieco inne. I teraz trzeba znaleźć takiego faceta, który ma jak najwięcej zbieżnych opisów z naszymi. I stąd te randkowe rozmowy: „A jaki kolor lubisz?”, „A jakich ludzi?”, „A jakie mieszkania?”, „A dzieci chcesz?”. Z tym że psychologia dość ostrożnie podchodzi do tego, co ludzie deklarują, bo często albo deklarują to, co trzeba, albo co im się akurat przypomni, albo co fajne i krotochwilne. Kontakt ze światem emocji ma facet tak głęboki, że plasuje go to... w pobliżu zydla. Stąd też fajnie z nim pogadać, a właściwie wysłuchać, co ma do powiedzenia, bo nic tak w kobietach nie uwodzi, jak te wszystkie informacje, które się im o sobie przekazało. Faceta poznaje się jednak po tym, co robi, a nie, co mówi. Nie na darmo babcie mówiły wnuczkom: „Na chłopa musisz być głucha jak pień, ale oczy mieć sokoła”.

Czego mężczyźni nie lubią w kobietach? Na przykład tego, czego nie potrafią sobie wytłumaczyć. Żeby daleko nie szukać – nie lubią nie swoich wad. Swoich też nie lubią, ale te przynajmniej potrafią sobie wytłumaczyć, bo potrafią wytłumaczyć siebie.

Czym mężczyźni nudzą się w relacji? Nudzenie się ma tysiące korzeni. Facet, wychowywany w poczuciu, że nuda to nie stan umysłu, tylko otoczenia, i przekonany, że to otoczenie ma obowiązek coś z tym zrobić, nudzi się w związku, bo on się zawsze nudzi, żeby wymusić jakieś działanie na innych. Babka podobnie. Podczas wersji demonstracyjnej związku, czyli często do ślubu, on jej kupuje, zawozi ją, wywozi na wywczasy, w lodach pierścionki chowa, na śniegu napisy kreśli, billboardy z wyznaniami miłości wynajmuje – dzieje się. A potem zaczyna się normalne życie. I facet nie jest taki, jak obiecywał. I ona też się może zacząć nudzić.

Facet może się nudzić też dlatego, że genetycznie ma potrzebę, żeby wiatr mu za uszami gwizdał. No to jedzie na weekend polatać, pospadochronować, polongboardować, poskałkować i poparalotnić, ale ta adrenalina działa najlepiej na mężczyzn, którzy mają do kogo wracać. W ogóle facetowi dobrze się kocha wyobrażenie o domu i o żonie. Nie ma większych miłości niż te na dystans. On na wojnie, ona: „wróć, Jasieńku”. On jej zdjęcie za bluzką, na sercu. Ona co wieczór modli się pod krzyżem, „we łzach go czeka”. I potem on wraca z tej wojny, powitają się, do łóżka pójdą, kwartał minie, nacieszą się sobą i… jakoś głowy nie urywa ta codzienność. W tej sytuacji, oprócz wielu jej kuriozów, ważne jest, że facet, nawet taki uzależniony od adrenaliny, cieszy się bardziej, jeśli ma kobietę, którą kocha. Bez partnerki nie cieszy się do końca, bo chociaż wiatr świszczy, a śnieg się rozbryzguje, to z tyłu głowy kołacze się myśl, że coś ważnego w życiu zaniedbał.

Miłość i przyjaźń – czy to da się połączyć? Życie w związku ma wiele wspólnego z pracą zespołową. Dobry związek się wypracowuje. Dlatego też zakładamy, że da się to połączyć. Ba, niektórzy nawet wierzą, że każdy się może dogadać i wszystko da się zgrać. Kłopot polega na tym, że czasem wysiłek, który trzeba włożyć w owo połączenie, oznacza marnowanie połowy życia (i to często tej lepszej), przy czym nie mamy żadnych gwarancji, że zakończy się sukcesem, ponieważ budowanie czegoś wspólnie polega na… budowaniu czegoś wspólnie. Jeśli jedno próbuje się zmieniać, a drugie udaje, że próbuje się zmieniać, to naprawdę szkoda czasu.

Ale, ale! Małżeństwa wcale nie powstały po to, by się jakoś specjalnie kochać. Powstały, żeby pomnażać pieniądze teściów i zwielokrotniać skład osobowy rodów. Nasza wersja małżeństwa z miłości, pigułki antykoncepcyjne, kobieca wolność w podejmowaniu pracy – dają szansę wypracowania zupełnie nowych związków, w których nie musisz z kimś być, ale chcesz.

I z tego wynika trzeci aspekt sprawy, który trzeba brać pod uwagę, czyli pewne niebezpieczeństwo. Jeszcze przed 1900 rokiem w żadnej kulturze na świecie nie było modelu rodziny 2+1 czy 2+2. Mężczyźni wychodzili do pracy i przebywali z mężczyznami, a potem bawili się po pracy również w męskim otoczeniu. Kobiety zostawały w domu i zajmowały się obejściem – w kobiecym towarzystwie. Każdy w swoim gronie: mężczyźni sprośni i siermiężni, kobiety, jakie tam sobie chciały. I potem się widywali w domu, żeby kultywować związek.

W obecnym modelu wymagamy od siebie często zachowania, które w ogóle nie pasuje do płci i preferencji. Facet ma być koleżanką, powierniczką, przyjaciółką: „ładnie mi w tym?”, „opowiem ci, co mi Jadzia dziś powiedziała”, „co tak siedzisz, pogadajmy sobie”. A i odwrotnie też tak to działa: „walniemy browara?”, „chodź, mecz obejrzymy”, „a teraz nasza rodzina wejdzie na ten szczyt”. Umówmy się – mąż nie będzie koleżanką ani żona – kolegą. Tak jak rower nie będzie wiosłem. Znaczy będzie, ale wiadomo jakim. Jak ktoś potrzebuje kolegów, to niech ma kolegów. A przyjaźń w domu to przyjaźń w domu. I nie oczekujmy, że jak przy żonie pomarudzimy na żonę, to ona zareaguje tak jak koledzy. Bo koledzy czasem potrafią powiedzieć: „ale wiesz co, świnia jednak z ciebie” i zupełnie inaczej się na to patrzy, niż jak powie to samo żona.

Jest taki mit, że kiedy mężczyzna nagle robi się bardzo miły dla partnerki, ona powinna wzmóc czujność. Czy to prawda? Oczywiście! Dodajmy kolejną bzdurną, użyteczną życiowo myśl: „Jeśli cię leje i ciągnie za warkocz, to znaczy, że mu się podobasz i cię kocha”. Koncepcji na wykrzywienie komuś obrazu świata mamy aż nadto. Jak ktoś się staje miły, to bycie podejrzliwym skutecznie go tego oduczy. Pomocne to tak jak wiara, że agresja jest przejawem męskiego zainteresowania.

Czy należy być zazdrosną o przyjaciółkę swojego faceta? Dobre pytanie, które otwiera kolejne drzwi. Po pierwsze: Czy należy? Czy wypada? Czy trzeba? Czy muszę? Czy mogłabym ewentualnie być zazdrosna? Nie należy. Nikt tego nie ustanowił i nie ma takiego imperatywu. Po drugie: Czy facet może mieć przyjaciółki? Cóż – mężczyzna może, ponieważ ma wystarczająco dużo krwi, żeby zasilić dwa kluczowe organy jednocześnie. W odróżnieniu od chłopca, który zasila zwykle tylko jeden organ. Dorosły mężczyzna ma erotyczne strzały myśli w głowie, ale potrafi sobie z nimi radzić. Wie, że nie ma kontroli nad tym, co mu do głowy przychodzi, ale ma kontrolę nad tym, co mu w głowie zostaje. Z chłopcem ciężej. Po trzecie: czy da się być „wszystkimi kobietami” w głowie faceta? Może i się da, ale facet nie szuka na świecie wyłącznie innych kobiet. Szuka osób do porozmawiania, kolegowania się, z którymi lubi być. Mężczyzna może oddać kobiecie całe swoje ciało, ale umysłu nie odda. I tak wyjdzie gdzieś z domu, nawet jak się go w nim fizycznie zamknie.

Czy dla mężczyzny jest ujmą, że jest w czymś gorszy od kobiety? Na przykład mniej od niej zarabia? Mężczyzna zawsze jest w czymś gorszy od kobiety. A kobieta od mężczyzny. Jeden człowiek zawsze jest w czymś gorszy od drugiego. Czy facet ma więcej zarabiać? Cóż – statystycznie łatwiej mu więcej zarabiać. To pewne. Nie doszukując się przyczyn, bo to nie o tym rozmowa – facetom statystycznie łatwiej. Ale… w codziennym życiu statystyka ma niewielkie znaczenie. Bo nas, w odróżnieniu od na przykład marketingowców, mało interesują statystyki, tylko nasze konkretne życie i nasz konkretny partner. I jeśli on mniej zarabia, to nie jest rozsądnym mu to wypominać. Bo ujmą to może być wtedy ewentualnie wypominanie. W ogóle to dla mężczyzny ujmą są inne rzeczy, o których wiedzą sami zainteresowani. A chcieć zarabiać więcej tylko dlatego, że ktoś inny więcej zarabia, to nie męski obowiązek, tylko zwykła zazdrość i chciwość.

Jak mężczyźni znoszą zamianę ról: on w domu, ona w pracy? Mężczyzna nie jest zwierzęciem domowym. On jest znacznie dzikszy, nosi go, jest agresywniejszy. Mężczyzna nie zamienia się z kobietą rolami, bo tego się nie da zrobić. Nie da się z mężczyzny zrobić kobiety, a z kobiety – mężczyzny. Mężczyzna chce być uważany za niebezpiecznego faceta, często uprowadzanego przez własne namiętności. Kobieta w biznesie nie funkcjonuje jak mężczyzna (jeśli już grzebać tak głęboko), a mężczyzna w domu nie będzie kobietą. Sądzę, że w przypadku tego pytania zamianę ról każdy znosi źle, bo nikt nie lubi być wtłaczany w nie swoją rolę. Mężczyźni i kobiety dobrze znoszą dom i biznes, jeśli mogą je uprawiać po swojemu. Stąd też teraz definiujemy te role na nowo, bo nie ma kogo spytać, gdyż nikt tak wcześniej nie miał jak my.

Pracuję z kobietami w biznesie oraz z mężczyznami w domach i widzę, że obie te strategie wciąż są na etapie powstawania. Ani kobiety nie chcą biznesu uprawiać barbarzyńsko i do upadłego, ani facet nie chce być w domu kluchem.

Jaka jest podstawowa różnica, która najbardziej utrudnia porozumienie między mężczyzną a kobietą? Podejrzewam, że ta sama, która uniemożliwia porozumienie się dwóch osób w ogóle, bez względu na płeć. Pomimo najszczerszych chęci feministek i naszego leniwego poznawczo mózgu, kobiety i mężczyźni mają bardzo podobne mechanizmy myślenia. Ciężko by było przetrwać gatunkowi, którego płcie mają przesadny kłopot z dogadaniem się. I to trzeba zapamiętać: zwykle da się dogadać. Nie zmienia to faktu, że każde badanie wbijające chociaż mały klin między kobiety a mężczyzn rozdmuchiwane jest z nieskrępowaną radością przedszkolaka. Z tego też powodu nie będę wymyślał jakichś statystycznych cudów, tylko powiem, że trudności w dogadywaniu się w parach (hetero- czy homoseksualnych) wynikają najczęściej z tego, jak się obu osobom wydaje, że na świecie powinno być, a są to modele różne. Najczęściej po prostu wyniesione z domu, bo kiedy zaczynam zdanie od: „Bo w normalnej rodzinie…”, to i tak najczęściej po prostu opowiadam, jak było w mojej. Im bardziej człowiek chce wyjść z rodzinnego domu, tym bardziej go za sobą całe życie wlecze.

I tu jest problem, bo zdanie sobie sprawy z tego, co mój mózg myśli i z tego, że on myśli o jednej jedynej dobrej opcji po prostu z lenistwa, bo inne dobre musiałby wymyślić, przetestować i wyćwiczyć – to jest potwornie ciężka praca. A mózgowi się nie chce, więc próbuje przeforsować modele i strategie, które już zna i umie sobie w nich znaleźć miejsce. Najtaniej dla mózgu jest przyjąć moją wersję. Wersja partnera jest znacznie cięższa do przyjęcia. Najtrudniej jest ustalić jakąś trzecią opcję, której oboje partnerzy za dobrze nie znają, którą będą musieli ćwiczyć, może i modyfikować, doczytać coś. To jest cholernie dużo roboty. I wiele osób się na to nie decyduje, próbując doprowadzić do swojej wersji. A jak przepchnąć swoje? Na przykład powiedzieć: „fabrycznie taki jestem, bo jestem facetem, i tego nie zmienię”. Dlatego nie będę się tu rozwodził o różnicach między kobietami a mężczyznami, bo zaraz zostanie to użyte jako fikcyjny argument do: „ty musisz się zmienić, bo tu dotarliśmy do tego, kim jestem fabrycznie jako kobieta i mam na to papier w postaci ostatniego artykułu w gazecie”. Po moim trupie!