1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Ślady miłości!

Ślady miłości!

123rf.com
123rf.com
Ślady – pozostałości po kimś albo po czymś. Fizyczne lub psychiczne. Wspomnienie krępujące lub przyjemne.

W połączeniu z seksem nazywam je „śladami miłości”. Szczęśliwie nie są groźne, a wręcz przeciwnie – przypominają sytuacje intymne, w których czuliśmy się... wspaniale!

Oto kilka przykładów, jak zdemaskować osobę, która ma za sobą upojne pościelowe chwile:

  1. Zadrapania. Najczęściej na placach i rękach. Zazwyczaj kończy się na przyjemnym smyraniu, choć niektórzy uwielbiają być drapani mocniej. Ślady na plecach są niezauważalne, te na dłoniach czy przedramieniu mogą budzić podejrzenia oraz serię pytań zatytułowanych „co się stało?”. Żeby uniknąć niepotrzebnych tłumaczeń, warto zakrywać miejsca „kontuzjowane” i nie przesadzać z pozostawianiem tropów.
  2. Malinki. Okropieństwo! Dojrzali ludzie nie powinni praktykować tego typu zabaw, bo to ani miłe, ani ładne. Wsysanie się w czyjąś szyję pozostawmy nastolatkom. Tylko i wyłącznie. Co prawda maliny to przepyszne owoce, ale w tej kwestii mówię im stanowcze NIE. I tej wersji będę się trzymać!
  3. Trudności z chodzeniem. Uff… Po upojnej nocy kobiety miewają problemy z poruszaniem się. A wszystko dzięki ukochanemu, który stanął na wysokości zadania. Jest jednak pocieszenie: niewygoda szybko mija, a przyjemność pozostaje na dłuuugo!
  4. Nieustający uśmiech. Widać, gdy wszystko się układa. Od szczęśliwej osoby bije niesamowita energia, która aż zaraża wszystkich dookoła. W czasach, kiedy tak rzadko się do siebie uśmiechamy, osoba z „bananem” na twarzy od razu budzi podejrzenia.
  5. Siniaki. Na ogół po ugryzieniach. Najczęściej pojawiają się na udach, pośladkach czy piersiach. I nie są znakiem brutalności, ale... rozkoszy!
Istnieje wiele technik na ukrycie śladów. Można zakładać długie koszule albo przypudrować to,co widać. ALE po co? Przecież te „ślady miłości” kierują nasze myśli ku czemuś B-A-J-E-C-Z-N-E-M-U!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Empatia - ważny element skutecznej komunikacji

Jeżeli chcemy czegoś od naszego rozmówcy, ale nie bardzo wierzymy, że jest on skłonny spełnić naszą prośbę, najczęściej stosujemy manipulację. Zamiast tego, warto postawić na empatię. (Fot. iStock)
Jeżeli chcemy czegoś od naszego rozmówcy, ale nie bardzo wierzymy, że jest on skłonny spełnić naszą prośbę, najczęściej stosujemy manipulację. Zamiast tego, warto postawić na empatię. (Fot. iStock)
Dąsy i obrażanie się to w istocie dziecinne sposoby radzenia sobie z problemami. Empatia zamiast wymuszania na rozmówcy tego, na czym ci zależy, to ważny element skutecznej komunikacji.

Lena czuła znajomy ścisk w gardle. Znowu ma być tak, jak jemu pasuje. – Oczywiście, że możemy nie jechać na te tratwy. Bo mamusia nie przeżyje jednego tygodnia bez obiadu z syneczkiem. Tylko mi nie mów potem, że jesteś przemęczony i nigdy nie możesz odpocząć – powiedziała. Wspólny wyjazd ze znajomymi, który zapowiadał się interesująco, przegrał w konkurencji z proszonym obiadem u teściowej. Lena nie miała ochoty na dalszą dyskusję, bo nie bardzo wierzyła, że jest w stanie wpłynąć na postawę męża. Nie miała też ochoty być miła i udawać, że wszystko jest w porządku. Wyglądało na to, że w ich domu zaczynają się kolejne „ciche dni”. Chyba, że Piotr zmieni swoją decyzję...

Komunikaty manipulacyjne

Jeżeli chcemy czegoś od naszego rozmówcy, ale w głębi ducha nie bardzo wierzymy, że jest on skłonny spełnić naszą prośbę, najczęściej stosujemy komunikaty manipulacyjne: żądamy, formułując komunikat oparty na schemacie: „albo to zrobisz, albo będzie źle” (motywujemy strachem), albo uwodzimy w ten czy inny sposób rozmówcę poprzez stosowanie komunikatów opartych na mglistych obietnicach – wtedy schemat komunikatu sprowadza się do formy: „jeśli to zrobisz, będzie ci dobrze”.

Takich wypowiedzi Lena używa zazwyczaj wtedy, kiedy czuje, że Piotr jest w dobrym humorze i pozytywnie zareaguje na jej przymilenie się. Dziś też próbowała od tego zacząć. – Piotrusiu – powiedziała, kiedy wrócił z pracy – ostatnio mówiłeś, że przydałby się nam wyjazd na łono natury, a Kasia z Bartkiem wybierają się na spływ tratwami i byłoby też dla nas miejsce. Odpoczęlibyśmy sobie i na pewno byłoby miło… I wtedy Piotr wyskoczył z rodzinnym obiadem, że obiecał mamie i nie chce wszystkiego odkręcać, bo rodzicom będzie przykro. Rodzicom oczywiście nie powinno być przykro, a jej może? I wtedy właśnie poczuła ten znajomy ścisk w gardle i nie mogła się już powstrzymać, żeby mu nie wygarnąć „z grubej rury”.

Manipulacyjne wypowiedzi grożące lub oparte na przymilaniu się niosą ze sobą informację, że ten, kto je wypowiada, nie czuje w danym momencie zaufania do losu, świata i innych ludzi. Raczej połączony jest ze swoją frustracją, która każe mu skupiać się przede wszystkim na własnych problemach i nie daje przestrzeni na zadbanie także o komfort rozmówcy. Jednym z rodzajów komunikatów opartych na niejawnej groźbie jest „strzelanie focha”. Obrażamy się na rozmówcę, przestajemy z nim rozmawiać, „wypisujemy się” ze wspólnoty, do której obydwoje należymy. Dajemy wtedy do zrozumienia, że jeśli nie zrobi tego, czego sobie życzymy, to zerwiemy z nim kontakt. Niewiele osób jest w stanie ze spokojem znosić taką groźbę, bo dotyka ona najgłębszych, nieuświadamianych zazwyczaj ludzkich potrzeb – niosąc groźbę wykluczenia, zaburza poczucie bezpieczeństwa, oparte na przynależności do grupy.

Pokonać focha

Dąsy i obrażanie się, kiedy jest się niezadowolonym albo gdy coś pokrzyżuje nasze plany, to w istocie dziecinne sposoby radzenia sobie z problemami. Jest to forma zemsty, mająca dać do zrozumienia że odbieramy komuś naszą miłość i akceptację na tak długo, aż się opamięta, zmieni swoje zachowanie i tym samym uzna naszą rację. Za taką postawą kryje się brak pewności siebie, poczucia własnej wartości i poczucia bezpieczeństwa. Stosując taki manipulacyjny rodzaj komunikacji, zapraszamy rozmówcę do rzeczywistości, w której sposobem na życie jest walka, a partner staje się sparring partnerem. W ostatecznym rozrachunku zwycięzca może być tylko jeden. Dlatego trzeba nauczyć się rozpoznawać, jakie reakcje wzmacniają toksyczny model komunikacji, a jakie go „rozbrajają”.  Tym, co powoduje, że swoim zachowaniem wzmacniamy „fochowy” sposób komunikowania się partnera, jest: ignorowanie rozmówcy, próby udobruchania go, wszczynanie kłótni w nadziei na jakąkolwiek formę komunikacji, tłumaczenie się i przepraszanie, że nie spełniło się oczekiwań rozmówcy, odpłacanie pięknym za nadobne czy też obrażanie się. W przypadku Leny i Piotra jest bardzo prawdopodobne, że kiedy stosują swoje nawykowe zachowania w problemowych sytuacjach, zapędzają się w kozi róg wzajemnego obrażania się na siebie. Dlatego „ciche dni” w ich domu zdarzają się coraz częściej i nie przynoszą rozwiązania problemów, które tylko się nawarstwiają.

Co robić?

Nina Brown w swojej książce „Kocham narcyza” radzi, by w sytuacjach, kiedy nasz partner dąsa się i obraża, zastosować strategie, które powstrzymają rozwój toksycznej komunikacji
  • Zaprzestać wypytywania partnera o przyczynę jego dąsów (bo drążąc temat, dowiesz się najprawdopodobniej, że źródłem niezadowolenia partnera jest jakieś twoje niedopatrzenie lub zachowanie i tym samym zgłosisz się na ochotnika do roli chłopca do bicia);
  • Powstrzymać swoją ciekawość na temat źródła niezadowolenia rozmówcy, kiedy bowiem czujemy się źle, nie wiedząc, o co partner się dąsa, jest bardzo prawdopodobne, że poczujemy się znacznie gorzej, gdy wyjawi nam prawdę o naszym własnym udziale w powstaniu tego niezadowolenia;
  • Sztuką jest zachowywać się tak, jakby rozmówca nie był nadąsany czy obrażony; postępować tak, jakby miało się do czynienia z osobą, która zachowuje się w sposób dojrzały: ignorować dąsy, ale nie traktować partnera jak powietrza.
Takie strategie pomagają wprowadzić styl rozmowy oparty na wzajemnym szacunku i poszukiwaniu rozwiązań, które służą wszystkim. Pomagają zatrzymać się i wykroczyć poza zaklęty krąg wzajemnego obwiniania się i walki o to, kto ma rację. A wtedy łatwiej odzyskać zaufanie do tego, że jesteśmy akceptowani i cały świat nie sprzymierzył się przeciwko nam.

Gdyby udało się cofnąć sytuację do momentu, gdy Lena czuje ścisk w gardle, dać jej czas na zatrzymanie się, wzięcie kilku oddechów i rozluźnienie gardła, zanim wygłosi swoją kwestię na temat mamusi i syneczka, a Piotrowi pozwolić dostrzec troskę w tym, co Lena robi – może okazałaby się możliwa rozmowa z poziomu empatii, np. taka:

- Nie wiedziałam, że umówiłeś się z rodzicami. Chciałbyś dotrzymać słowa, żeby rodzice czuli, że się z nimi liczysz? Może zadzwonię do mamy i porozmawiam o planie porwania ciebie na przymusowy wypoczynek i o tym, że przyszlibyśmy do nich na przykład we wtorek?

- Normalnie nie lubię, jak się robi za mnie to, co mogę zrobić sam, ale takie bycie w roli faceta rozrywanego przez najważniejsze kobiety mego życia jest całkiem pociągające... To zadzwoń, jeśli możesz, i będziemy myśleć, jak się dalej organizować.

  1. Seks

Inteligencja seksualna: na ile jesteśmy świadomi swoich potrzeb?

Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Wbrew pozorom nie po to, by bez zająknięcia wymienić nazwy stu łóżkowych pozycji czy świetnie się orientować w ofercie sex shopów. Raczej po to, by nasze życie erotyczne było udane i naprawdę zgodne z tym, co nam w duszy – a także w zmysłach – gra. 

Znajomość siebie, swoich potrzeb i zahamowań oraz warunków, w których możemy je przekraczać. Odwaga, żeby prosić o to, co nam naprawdę sprawia przyjemność, i gotowość, żeby dawać partnerowi to, czego potrzebuje. Wiedza o tym, co różni mężczyznę i kobietę. Umiejętność odmawiania i otwartej komunikacji w sprawach seksu, także rozumienia drugiej osoby, ale i własnych reakcji. Wszystko to właśnie zawiera w sobie inteligencja seksualna – termin, który robi ostatnio furorę.

– Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. To niezwykle ważne, bo poziom inteligencji seksualnej decyduje o tym, czy jesteśmy zadowoleni z życia erotycznego – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka z Centrum Psychoterapii MAGO w Warszawie. – Im więcej wiemy o seksualności, relacji, bliskości i człowieku, z którym tworzymy parę, tym więcej mamy frajdy w sypialni.

Dobra wiadomość: z inteligencją seksualną jest nieco inaczej niż z poziomem IQ. Ten ostatni jest wrodzony, pierwszy – można skutecznie podnosić. I co ważniejsze – da się go w prosty sposób określić. Poprzez stopień zadowolenia z tego, co robimy w łóżku.

Tylko ty!

Zwolennicy i zwolenniczki wielu przygód i podbojów nie ucieszą się zapewne, ale według fachowców osoby naprawdę inteligentne seksualnie stawiają na jednego partnera. Wierność jest afrodyzjakiem!

– Dla satysfakcji w łóżku ważniejsza od ilości jest jakość – podkreśla Zaryczna. – Chcemy, żeby nasze życie seksualne naprawdę było na wysokim poziomie? Inwestujmy w budowanie dialogu z jedną osobą.

Jednak pogłębianie więzi, dbałość o potrzeby drugiej strony i komunikowanie swoich odczuć, zbyt często przerastają zdolność, motywację i chęć przeciętnych polskich kochanków. Oto typowy obraz współczesnego życia seksualnego: kilka minut stosunku, w tej samej co zwykle pozycji, rozładowanie i… koniec. Nie celebrujemy bliskości.

– Mądrze jest traktować seks nie tylko jako akt fizyczny służący rozładowaniu napięcia czy podreperowaniu poczucia własnej wartości, lecz jako zbliżenie, najgłębszy rodzaj kontaktu pomiędzy dwojgiem ludzi – uważa Zaryczna. – Inteligencja seksualna pomaga nam zrozumieć, że nie możemy stworzyć dającej prawdziwe zadowolenie więzi erotycznej bez emocjonalnej. Potrzeba seksualna leży bowiem blisko potrzeby bezpieczeństwa. A tego nie da nam kontakt z przypadkową osobą.

Potwierdzają to dobitnie badania dr Sharon Hinchcliffe z University of Sheffield, która przeprowadziła 46 wywiadów z kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Okazało się, że tylko 10 proc. z nich odczuwało satysfakcję z przygodnego seksu.

Z kolei z badań dr. Michaela Milburna z University of Massachusetts w Bostonie, autora książki „Sexual Intelligence”, wynika, że najniższy poziom inteligencji seksualnej wykazują osoby często zmieniające partnerów. Mimo przemian obyczajowych dla większości ludzi wciąż najważniejsza jest stabilność i przywiązanie.

Jeśli wizja uprawiania seksu z jednym partnerem do końca życia przeraża nas, to dla sypialnianego dobra powinniśmy przynajmniej w kontaktach miłosnych stawiać na coś więcej niż wakacyjne, krótkotrwałe romanse.

Nie za daleko i nie za blisko

Kolejnym bardzo ważnym składnikiem erotycznej inteligencji jest umiejętne zarządzanie dystansem w związku, a właściwie wypośrodkowanie między wolnością a zażyłością. Powinniśmy się nauczyć dawać sobie przestrzeń bez oddalania się od siebie. Jeśli kontakt będzie zbyt intensywny, nasza erotyka tego nie zniesie: stłamsimy ją.

– Wiele osób chce być z partnerem tak blisko, by stanowić niemal jedno ciało – mówi Zaryczna. – To kiepski pomysł, bo przecież własne ciało raczej nas nie podnieca… Erotyka to obok bliskości także zaskakiwanie siebie nawzajem, nuta niedopowiedzenia, trochę odświeżającego dystansu.

Żeby między nami iskrzyło, nie możemy być ze sobą non stop. Kiedy kobieta idzie z mężczyzną na imprezę i obserwuje, jak on tańczy z innymi kobietami, i wie w dodatku, że one uważają go za atrakcyjnego – sama zaczyna go bardziej pragnąć. Podobnie mężczyzna, który zauważa, że jego partnerka się czymś żywo interesuje, że potrafi zatracić się w swojej pasji tak, że nawet o nim zapomina i trzeba ją „gonić” – widzi ją jako wartą starań, bardziej pociągającą.

Bądźmy inteligentni – nie traktujmy każdej niezależnej inicjatywy ukochanej osoby jako ataku na więź i bliskość. Pozwólmy jej zdobywać doświadczenia poza związkiem – żeby mogła je potem „przynieść” i w ten sposób wzbogacić to, co już mamy.

– Cała sztuka polega na tym, żeby być na tyle blisko, by tworzyć związek, lecz na tyle daleko, by nie wygasło napięcie seksualne – uważa seksuolożka. – Zmęczeni pracą, obowiązkami domowymi i dyskusjami o rachunkach, zapominamy, jak to było nosić podniecającą bieliznę i zawsze mieć ochotę na gorący seks. Warto kilka razy w tygodniu starać się odnaleźć w sobie echo tej kochanki czy kochanka, jakimi kiedyś byliśmy i nadal chcielibyśmy być.

Erotyczna mądrość to także rozmawianie o seksie, umiejętność komunikowania się, zadawania pytań, wsłuchania się w potrzeby partnera. My jednak mamy raczej tendencję do zabawy w jasnowidzenie: jeśli znamy partnera od lat, to uważamy, że nie musimy go o nic pytać, bo doskonale wiemy, co czuje i czego chce, a co mu się nie spodoba. W ten sposób zamykamy się w kręgu własnych wyobrażeń i okradamy z wymiany i możliwości wspólnego odkrywania nowych obszarów.

– Trudno się rozmawia o seksie, a chyba najtrudniej powiedzieć drugiej osobie, czego się chce – mówi Zaryczna. – Nie umiemy prosić o to, czego pragniemy, bo boimy się urazić partnera lub przed nim odsłonić. Poza tym wydaje nam się, że dobra komunikacja polega na tym, by skutecznie przekonać drugą stronę do tego, czego my chcemy. Nic z tych rzeczy! Chodzi raczej o przekazanie w nieofensywny sposób swoich pragnień – z gotowością i otwartością na czyjąś reakcję, nawet jeśli nie będzie po naszej myśli. Gdy ukochana osoba będzie robić dokładnie to, czego chcemy – szybko się tym znudzimy.

Tyle, ile trzeba

Mamy tendencję do myślenia, że udane życie erotyczne można zmierzyć częstotliwością uprawianego seksu. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli sprowadza się ono do kilku minut stosunku – to czy naprawdę warto przyznawać za to laury? Prędzej czy później odczujemy, że kochamy się wprawdzie często, ale dość mechanicznie…

– W wielu związkach przyjmuje to postać pościgu – uważa seksuolożka. – Jeśli nie mamy ochoty na seks, trudno odmówić partnerowi. Boimy się, że to postawi naszą relację nad przepaścią. Wysilamy się, by życie erotyczne nie zamarło, próbujemy nowych pozycji, eksperymentujemy. Tak jakby nasze życie miało stać się jakąś pustynią po tygodniu czy dwóch bez seksu!

A przecież „źródło” seksualności istnieje tak długo, jak długo tworzymy parę i chcemy ze sobą być. Nie staniemy się osobami aseksualnymi – no, chyba, że się znienawidzimy i nie będziemy chcieli mieć ze sobą kontaktu albo gdy tak się zbliżymy, że staniemy niemalże jednym ciałem i zdusimy erotykę. Jeśli nie wpadniemy w żadną z tych skrajności, seksualna pustynia nam nie grozi.

– Zmysłowe IQ to między innymi świadomość, że seksualność podlega naturalnym rytmom i wahaniom – podkreśla dr Zaryczna. – I na szczęście jest tak, że kochankowie, którzy są wrażliwi na potrzeby partnera, także te dotyczące częstotliwości uprawianego seksu, po jakimś czasie potrafią dopasować je do siebie nawzajem.

To, że jedna ze stron ma ochotę na zbliżenie, nie jest ani lepsze, ani gorsze od tego, że druga jej akurat nie ma. Tym bardziej, że brak chęci na seks nie jest jednoznaczny z brakiem miłości. Ważne, żeby szanować odmienne potrzeby seksualne. Interpretowanie ich braku jako ataku lub wycofania jest mało rozsądne. Równie dobrze moglibyśmy mieć do partnera pretensję, że jest głodny albo że nie chce mu się jeść. Niezrozumienie i zarzuty w tej kwestii budują czasem między ludźmi bardzo wysoki mur, bo to bardzo delikatna materia. Dlatego tak ważne jest, żeby je dobrze rozumieć. Odmawiając partnerowi, nie mówmy: „to źle, że mnie pragniesz, bo ja ciebie nie”. Powiedzmy raczej: „ja ciebie kocham, lecz w tej chwili naprawdę nie mam ochoty na seks”.

Inteligencja seksualna zawsze bowiem przyjmuje założenie dobrych intencji z drugiej strony.

  1. Psychologia

Kiedy boimy się bliskości i zaangażowania?

Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy wspólna codzienność może przerażać? Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Na ile zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, a na ile to oznaka wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Decydująca jest tak naprawdę motywacja, dla której wybieramy życie w pojedynkę. Można żyć samemu z miejsca wyboru, ale można również dlatego, że nie potrafi się inaczej.

Co dzieje się w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, które wpisują się w taką charakterystykę, doświadczają wewnętrznego zapętlenia, konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie obawiają się tego. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z czymś niezwykle groźnym: z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. I nie jest to jedyne zagrożenie. Lękiem napawa również możliwość odtrącenia, odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i którą zaproszę do swojego świata powie – nie chcę cię, nie chcę cię takiego, jakim jesteś. - Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi on z przeszłości.

Gdy zabrakło akceptacji

Ci, którzy lękiem reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyli zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika. Najczęściej chodzi o relację z rodzicem, opartą przykładowo na dominacji i nadmiernej symbiozie. W takim układzie autonomia dziecka nie jest szanowana, natomiast funkcjonuje wzorzec niezdrowej zależności, kiedy rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Wówczas niezbędny etap oddzielania się córki czy syna traktuje jako zagrożenie względem siebie, nie zauważa odrębności małego człowieka. Czym to skutkuje dla dziecka? - Ktoś taki, jako dorosły, może bać się tego, żeby zbliżyć do partnera. Będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem.

Równie trudne są konsekwencje wybiórczej akceptacji, doświadczonej w dzieciństwie. To tak naprawdę manipulacja emocjonalna, kiedy rodzic daje siebie w ramach nagrody za spełnienie czegoś, co uważa za słuszne. Jeśli dziecko nie spełnia jego oczekiwań, wycofuje się – emocjonalnie, mentalnie czy fizycznie – w ramach kary. Nie ma tu miejsca na akceptację dziecka takiego, jakie ono jest. Później skutkuje to lękiem przed odrzuceniem, który na nowo przeżywamy w relacjach, gdzie dwie strony co jakiś czas się wycofują.

Działania „zamiast”

Jak wyglądają relacje osób, które boją się bliskości? To spotkania przelotne, okazyjne, dotyczące tylko życia zawodowego czy hobby. Zwykle oparte są na jakiejś zależności, na przykład tylko na seksie, przynależności do grupy, wspólnym biznesie. Właśnie takie pozwalają utrzymywać relację na pewnym poziomie powierzchowności, na zaangażowaniu ograniczonym jedynie do wybranej sfery, wycinka życia. Ktoś, kto funkcjonuje w taki sposób, porusza się w obrębie konwecji, dającej bezpieczne ramy. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające nie schodzić na taki poziom relacji, który jest zagrażający, a jednocześnie pozwalają ukryć trudność, usprawiedliwić przed samym sobą wycofanie.

Ten sposób radzenia sobie, kompensowania rzeczywistości ma bardzo wiele twarzy. Wspinamy się na skałki, podróżujemy, działamy w fundacjach, pracujemy zbyt ciężko, wchodzimy w wiele relacji i znikamy z nich. Jesteśmy osobami niosącymi pomoc, realizującymi wspólne pasje, buntującymi się, odgrywamy role, wypełniamy czas. Po co to wszystko? Po to, aby ochronić się przed pełnym napięcia stanem emocjonalnym, kiedy obawa przed zatraceniem tożsamości miesza się lękiem przed brakiem akceptacji, byciem odrzuconym.

Znikający punkt

Czy wycofywanie się z relacji jest złe? Na pewno jest to mocno rozbudowany mechanizm obronny i zastępczy, czasami jednak nie należy go zwalczać czy omijać. Człowiek może mieć potrzebę doświadczania go i stosowania, po to, aby zbudować w sobie podwaliny poczucia bycia niezależną, integralną jednostką. Zasadnicza jest tutaj świadomość własnych motywacji, samowiedza na temat: co mną kieruje.

Można nie wchodzić w relację z powodu strachu. Można również dlatego, że wszystkie znane sposoby radzenia sobie z problemami, które w nich zwykle występują, zawodzą i potrzeba tak radykalnego rozwiązania jak odejście, aby się obronić. Ten drugi przypadek to rozwój, budowanie siebie. Tego typu niedostępność, bycie świadomym „znikającym punktem” prowadzi do klarowania się wewnętrznego przekonania, że w pokonywaniu problemów nie jest się kimś bezsilnym, bezwolnym, zdanym jedynie na zewnętrzny wpływ. To wzrastające przekonanie pozwoli w przyszłości nie sięgać do ostatecznych rozwiązań polegających na unikaniu.

Paradoksalnie, zrozumienie i świadoma zgoda na to, co jest (czyli w tym momencie zgoda na dysfunkcję) pozwala na pójście dalej, transformuje, umożliwia funkcjonowanie w bardziej zaawansowanych formach współzależności. Podążanie w takim kierunku stopniowo przewartościowuje stan bliskości z zagrożenia w doświadczenie wzbogacające. Relacja coraz bardziej staje się okazją do zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, odbierania go w rzeczywistym wymiarze, czucia się z kimś dobrze, dzielenia chwilą, codziennym życiem, byciem obok, wzajemnej wymiany. Kolejne dni kojarzą się z więzią, a nie z uwięzieniem.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe. 

  1. Zdrowie

Wizyta u seksuologa - kiedy zwrócić się po pomoc?

Do seksuologa warto zapisać się wtedy, kiedy mamy poczucie, że we własnym zakresie zrobiliśmy już wszystko, aby rozwikłać dręczący nas problem. (Fot. iStock)
Do seksuologa warto zapisać się wtedy, kiedy mamy poczucie, że we własnym zakresie zrobiliśmy już wszystko, aby rozwikłać dręczący nas problem. (Fot. iStock)
Na początku możesz czuć się niezręcznie. Wprawdzie przedmiot rozmów bywa wstydliwy, ale ich efekt może odmienić twoje życie. Nie tylko seksualne. O tym, że nie warto bać się „lekarza od seksu”, mówi psychoseksuolog Bianca-Beata Kotoro.

Kiedy warto zwrócić się o pomoc do seksuologa? Daleka jestem od tego, by radzić komukolwiek, by szedł do specjalisty natychmiast, kiedy stwierdzi, że dzieje się coś niepokojącego w obrębie jego seksualności. Ale kiedy mamy poczucie, że we własnym zakresie zrobiłyśmy już wszystko, aby rozwikłać dręczący nas problem: porozmawiałyśmy z partnerem, skorzystałyśmy z fachowej literatury, a jednak nie pomogło, to zamiast odcinać się od problemu czy przenosić frustrację na inne obszary życia – warto skorzystać z pomocy fachowca.

Do jakiego specjalisty najlepiej się wybrać? Jeśli mamy problem związany z fizjologicznym wymiarem seksu, najlepiej udać się do lekarza seksuologa. Zbada nas i ewentualnie przepisze leki. Jeżeli natomiast potrzebujemy pomocy terapeutycznej, możemy wybrać się do seksuologa klinicznego, psychoseksuologa, terapeuty lub coacha seksuologicznego oraz edukatora seksualnego. Wszyscy oni są przygotowani do edukacji seksualnej, ale do prowadzenia terapii potrzebują dodatkowej specjalizacji. Nie stosują leczenia farmakologicznego, ale muszą być też uwrażliwieni na kwestie fizjologiczne.

Przeciętna osoba nie rozróżnia tych wszystkich niuansów… Tak, to prawda. Pacjenci są bardzo zdziwieni, kiedy dzwonią z prośbą o umówienie wizyty i słyszą pytanie: „Czy potrzebuje pan/pani konsultacji lekarza, czy chce się zapisać do terapeuty?”. Często pacjent sam tego nie wie, więc umawiamy go wtedy na konsultację-wywiad.

Czego możemy się spodziewać u seksuologa? Na początku pacjent zostanie zapytany, z jakim problemem przyszedł, jak długo dany problem trwa i jak sobie z nim radził do tej pory. Pojawi się też pytanie o podejście do spraw intymnych oraz o to, jakie wyobrażenie na ich temat wyniosła z domu rodzinnego. Czy miała w nim miejsce szeroko pojęta edukacja seksualna? A jeśli tak, to jaka? Czy adekwatna do wieku? Czy oparta o aktualną wiedzę medyczną, czy ideologię? Dzięki temu terapeuta może ocenić, czy problem nie zaczął się już dawno temu. Padną też pytania o kwestie medyczne, a także o to, co się dzieje w obecnym życiu pacjenta pod kątem stresu, satysfakcji z pracy, relacji z otoczeniem… Informacje te pokazują, jaką ktoś ma aktywność psychiczną i fizyczną. Pozwalają poznać pacjenta, jego nastawienie do innych ludzi, do problemów, do siebie, jego sposoby radzenia sobie i reagowania. Dzięki temu można podjąć decyzję dotyczącą konieczności i rodzaju terapii.

Czy jeśli partner ma jakiś problem seksuologiczny, ale kategorycznie odmawia pójścia do specjalisty, jest sens wybierać się bez niego? Oczywiście, warto wtedy przyjść na konsultację. Często osoba mająca problem słyszy od partnera nieprzyjemny i oceniający komunikat: „Coś jest z tobą nie w porządku! Musisz się leczyć! To, że nam się nie układa, to twoja wina!”. Nic dziwnego, że stawia wtedy opór. Zdarza się, że kobiety przychodzą do seksuologa i mówią: „Przyszłam sama, bo on nie chce”. Można poradzić im wtedy, żeby powiedziały partnerowi: „Proszę, chodź ze mną, żeby mi było łatwiej uporać się z tym, co dla mnie jest problemem”. Takie postawienie sprawy na ogół pomaga i partner godzi się na wizytę. Jedna z naczelnych zasad terapii dotyczy tego, że musi ona być podjęta dobrowolnie, inaczej nie zadziała. Mówimy tu o partnerach, ale trzeba dodać, że kobiety też odczuwają opór przed wizytą.

Chyba nawet przed sobą ciężko się przyznać do problemów w obrębie tej sfery? Może zabrzmi to jak paradoks, ale łatwiej nam przyznać się do problemów w zakresie seksualności niż w innych obszarach życia. Jako psychoseksuolog obserwuję, że pacjenci, a w szczególności mężczyźni, nie mają problemów, żeby powiedzieć, co sprawia im techniczne kłopoty – ale oczekują skutecznej, szybkiej pomocy, po prostu recepty, do zastosowania od zaraz. Trudniej przychodzi im analizowanie swoich stanów emocjonalnych, zwłaszcza związanych z przygnębieniem, frustracją czy stresem.

Wizyta u seksuologa wiąże się z pokonaniem bariery wstydu. Czy płeć ma znaczenie przy wyborze specjalisty? Może lepiej, żeby kobieta wybrała się do kobiety, a mężczyzna do mężczyzny? Każdy z nas ma inne bariery związane ze skrępowaniem czy wstydem. Z założenia płeć ginekologa czy seksuologa powinna być obojętna. Nie idziemy do kobiety czy mężczyzny, ale do osoby kompetentnej w danej dziedzinie. Jeśli jednak mamy silne uprzedzenia w tym względzie, nie ma co ich zwalczać. Trzeba iść tam, gdzie najmniej czujemy się spięci. Im bardziej będziemy w zgodzie ze sobą, tym większe szanse na powodzenie terapii.

Jak długo trwa zazwyczaj taka terapia? Czasami to jedno czy dwa spotkania, bo okazuje się, że wystarczyło się „odczarować” z jakichś przekonań, dalekich od realnego życia. Przykładem może być wyobrażenie wielu kobiet dotyczące tego, że mężczyzna codziennie potrzebuje seksu, inaczej zdradza. Nie jest to prawda, a na dodatek wielu mężczyzn cierpi, bo przypisuje im się takie wymagania, którym bezskutecznie próbują sprostać. Długość terapii zależy też od tego, w jakim nurcie i jakimi sposobami pracuje dany terapeuta. Przy głębszych problemach związanych z intymnością, fizyczną bliskością na tle nadużyć seksualnych trzeba się liczyć z tym, że może potrwać dłużej. Znaczącą rolę odgrywają tu też możliwości finansowe pacjenta, wizyty kosztują przeciętnie od 130 do 250 zł.

Jak przebiega badanie seksuologiczne? Zacznę od seksuologów zajmujących się terapią – absolutnie nie mają prawa dotykać pacjenta! Ani prosić go o rozebranie się czy pokazanie ciała, narządów. Nawet jeśli ma miejsce instrukcja czy szkolenie pod kątem technik seksualnych, zawsze odbywa się ono na fantomach, modelach, ilustracjach. W przypadku lekarzy seksuologów sprawa wygląda inaczej, ponieważ są oni uprawnieni do badania ciała, dotykania go i oglądania. Ale zawsze powinni poinformować, co zamierzają zrobić i jak przebiega badanie. I pamiętajmy, wybierając seksuologa – dobrze jest skorzystać z porad takiego, który poddaje się ciągłej superwizji. Co oznacza, że spotyka się z certyfikowanym superwizorem, aby omówić swoją pracę z pacjentami. To da nam gwarancję, że dany specjalista dba o jak najwyższy standard pracy, a jego umiejętności oprócz szkoleń, sympozjów, konferencji są pod nadzorem.

Bianca-Beata Kotoro psycholog, psychoseksuolog, terapeuta, psychoonkolog.

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.