1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Beata Sadowska - Chcę niezbyt wiele

Beata Sadowska - Chcę niezbyt wiele

Kiedyś zachłanna na nowe wyzwania. Wszystkiego chciała posmakować, wszędzie się sprawdzić. Dzisiaj starannie wybiera propozycje, wykreśla z kalendarza imprezy, na których być wypada. Celebruje codzienność – picie kawy z narzeczonym na tarasie pachnącym lawendą, spacer z psem Momo, obiad u rodziców. – Dojrzałam do tego, że mniej naprawdę znaczy więcej – mówi dziennikarka Beata Sadowska

– Siedzisz po innej stronie mikrofonu niż zwykle. Co jest trudniejsze – pytać czy odpowiadać?

– Odpowiadać. Nie jest łatwo mówić, nie popadając w banał, szczerze, na zadany temat. W takich sytuacjach odzywa się moja chorobliwa nieśmiałość. Cierpiałam na nią od dziecka, mimo że byłam wzorową uczennicą, na wszystkich szkolnych uroczystościach recytowałam wiersze i śpiewałam piosenki. W liceum, kiedy na lekcjach padało pytanie, nawet jeśli znałam na nie odpowiedź, coś mnie paraliżowało i nie podnosiłam ręki. Pracowałam i nadal nad tym pracuję, jednak nieśmiałość ciągle daje o sobie znać. Zwłaszcza jak wchodzę do pomieszczenia, gdzie jest duża grupa nieznajomych. Wtedy widzę w sobie tę dziewczynkę sprzed lat, która wycofuje się, staje pod ścianą i myśli: uciekać.

– Dziennikarstwo było taką autoterapią?

– Było, ale nie od razu. Najpierw zdawałam na iberystykę. Chciałam zostać tłumaczką, siedzieć cichutko w domu, przy komputerze, bez konieczności konfrontowania się z dużą grupą ludzi. I pierwszy raz dostałam po nosie, bo nie zostałam przyjęta. Mimo że w Batorym miałam średnią 5,9 z polskiego, włoskiego i angielskiego. Dziwne, że mnie, w końcu prymuski przyzwyczajonej do sukcesów, jakoś to nie dotknęło. Miałam przyjaciółkę, która namawiała mnie do studiowania w Warsaw Journalism Center. Nie chciałam o tym słyszeć. W tym czasie w Radiu Eska szukali ludzi do czytania newsów. Chciałam spróbować, ale znowu ten strach. Biły się we mnie na pięści dwie Beaty. Pamiętam, że na głos powiedziałam do siebie: Jak znowu się wycofasz, będziesz tak robiła przez całe życie. To nie było tak, że rezygnowałam i już. Potem wyrzucałam sobie, że znowu stchórzyłam. W końcu postanowiłam: okej, spróbuję. To była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu.

– Ale wybór okazał się trafny.

– Nie do końca, bo do Eski mnie nie przyjęto. Wkrótce zaczęłam jednak pracę w Radiu Kolor. Natomiast zanim dostałam się na dziennikarstwo, przeszłam jeszcze jedną próbę. Dyrektor szkoły oświadczył, że lista jest już zamknięta, ale też zapytał, którą sekcję chciałabym wybrać. Ja, że oczywiście prasową, jest najbezpieczniejsza, bo nie słychać, nie widać. Popatrzył na mnie i powiedział: „Przyjmę panią, ale pod dwoma warunkami: będzie pani zdawała do sekcji telewizyjnej i zda lepiej od wszystkich”. Pamiętam, że wyszłam wściekła: Co on sobie wyobraża, więcej tam nie pójdę. Ale zaraz pojawiła się myśl: przecież dał mi szansę. I jeszcze tego samego wieczoru postanowiłam, że spróbuję. Nieźle się ze sobą mocowałam.

– Może ty po prostu lubisz tak się ze sobą mocować?

– Lubię, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Teraz wiem, że to pomaga się rozwijać, zyskiwać większą świadomość, stawać się fajniejszym, uważniejszym człowiekiem. Wcześniej byłam po prostu przyzwyczajona do tego, że w szkole jestem najlepsza – mam najlepsze stopnie, najszybciej biegam na 60 metrów.

– Skąd ta potrzeba bycia najlepszą, jak myślisz?

– Moi rodzice nigdy nie podsycali rywalizacji, nie brakowało mi czułości i miłości. Może wynikała z mojej nieśmiałości? Może stopniami i biegami musiałam sobie udowadniać, że jestem fajna i dobra?

– Spróbowałaś wszystkich rodzajów dziennikarstwa, a wybrałaś telewizyjne. Dlaczego?

– Zaczęłam od radia i, prawdę mówiąc, tęsknię za radiem. Ale cieszę się, że pracuję w telewizji. To kolejny etap w moim rozwoju. Chciałam posmakować różnych rzeczy, sprawdzić się na różnych polach. Kocham telewizję na żywo. Jest prawdziwa do bólu, jak się człowiek pomyli, to nie tylko słychać, ale i widać. Trzeba sobie poradzić w każdej sytuacji.

– A mnie się wydaje, że telewizja ciebie nie kocha. Nie masz kontraktu gwiazdorskiego i, jak ci się zarzuca w środowisku, „nie przechodzisz przez szkło”.

– Odmówiłam kiedyś kontraktu gwiazdorskiego, bo lubię o sobie decydować. A kontrakt polega na tym, że z jednej strony dostaje się co miesiąc superpieniądze, można brać kredyty i spokojnie funkcjonować, a z drugiej – jest się bardzo mocno uzależnionym od swojego pracodawcy. Istnieje niebezpieczeństwo, że jednego dnia relacjonujesz festiwal kiełbasy, a drugiego sztukę wysoką. Nie byłabym wiarygodna, gdybym codziennie robiła co innego. Wcale nie uważam, że więcej znaczy lepiej. Naprawdę wierzę, że mniej znaczy więcej. Nie muszę pojawiać się na antenie dzień w dzień, bratać się ze wszystkimi na imprezach, choć wiem, że to oznacza mniejszą popularność. I nie chodzi o to, że zadzieram nosa, tylko chcę robić to, co jest mi bliskie. Nie mizdrzę się do widza, na antenie jestem taka, jaka jestem. Mogę pracować nad warsztatem, ale nie zmienię swojej osobowości pod publiczkę, bo nie byłabym uczciwa w stosunku do siebie.

– Żadnego ze swoich wyborów nie żałujesz? Wiesz chyba, do czego piję?

– Nie.

– Chodzi mi o program „Gwiazdy tańczą na lodzie”.

– Niczego nie żałuję. Wszystko czegoś mnie nauczyło. Zobaczyłam, jak taki program funkcjonuje od środka. Dla mnie to było sportowe zadanie. I wyzwanie. Byłam szczęśliwa, że codziennie mam po sześć godzin treningu. Jaka to adrenalina!

 
– Ale mogłaś przecież sama trenować.

– W życiu bym się tak nie zmobilizowała. Obiecuję sobie, że będę ćwiczyła w domu jogę, a nigdy mi się to nie zdarzyło. Muszę zapisać się na kurs, pojechać na warsztaty, mieć regularne zajęcia. Wiem, co mnie w tym programie kręciło najbardziej – że nagle niemożliwe staje się możliwe, przekracza się bariery. Te fizyczne, jak lęk przed wykonaniem salta przez ramię partnera, i te psychiczne, jak brak zaufania do drugiego człowieka.

– Zaczynałaś od dziennikarstwa politycznego, współtworzyłaś „Fakty” w TVN. Nagle zrobiłaś woltę i przeszłaś do show-biznesu. A mogłaś być drugą Justyną Pochanke.

– Dziennikarstwem politycznym zajmowałam się już w Radiu Kolor za Manna i Materny. Potem w Telewizji Wisła, gdzie Mariusz Walter wysłał mnie, żebym przygotowywała się do „Faktów”. I naprawdę mogłam przebywać w Sejmie cały dzień i pół nocy. Byłam zachwycona, że wieczorem wiem to, o czym następnego dnia napiszą gazety. Rodziły się wtedy media prywatne, miałam poczucie, że uczestniczę w czymś nowym, ale też ważnym. I byłam w tym na 100 procent. Na szczęście jestem ze sobą na tyle dogadana, że gdy coś mi nie odpowiada, to mogę odejść nawet na przekór temu, co mówią inni.

– Dlaczego przestały ci odpowiadać „Fakty”?

– Z dwóch powodów: po pierwsze, dlatego że „Fakty” najeżone były mężczyznami, bardzo ambitnymi, którzy też zaczynali i chcieli być najlepsi. I dobrze, ale był tam swego rodzaju kult mężczyzny, a ja widocznie byłam za słaba, żeby stawić im czoła. Ale drugi powód był dużo ważniejszy – zdałam sobie sprawę, że życie przecieka mi między palcami. Nie miałam przekonania i wiary Moniki Olejnik, że to właśnie to, z czego chcę żyć, w czym jestem najlepsza. Postanowiłam spróbować czegoś innego, choć to oznaczało, że zaczynam od początku.

– Nie masz poczucia, że się marnujesz? Praktykowałaś w światowych agencjach, a wylądowałaś w telewizji śniadaniowej, która oczywiście też jest potrzebna, ale to przecież zupełnie inna liga.

– Dużo ludzi mówiło mi podobnie: „możesz być numerem jeden, jak mogłaś zaprzepaścić taką szansę”. Gdybym jednak została, byłabym nieszczęśliwa. Miałam 21 lat, a nie mogłam pójść do kina, bo 24 godziny na dobę byłam pod telefonem. Zawsze mogło coś się wydarzyć, na przykład zebranie koalicji, bo wtedy koalicjanci spotykali się o 22.00, uciekając przed dziennikarzami, a my za nimi pędziliśmy. Wszyscy mówili: „co ty robisz?!”, a ja szukałam swojego szczęścia. Naprawdę nie mam problemu z tym, że nie jestem Moniką Olejnik, Justyną Pochanke, chociaż obydwie uwielbiam i cenię.

– Co przez swoją decyzję zyskałaś?

– Prawdziwe życie. Mniej eksponowane, ciche. Wcześniej nie mogłam pobiegać z psem o 8 rano, bo o 9 musiałam mieć przeczytane wszystkie gazety. I nie chodzi o to, że jestem leniwa, bo nadal ciężko pracuję, ale teraz mogę celebrować codzienność, zwyczajność. Mogę rano wypić spokojnie kawę, w weekend wyłączyć komórkę. To jest mój komfort i nie zrekompensują mi tego pozycja, sława ani pieniądze.

– Czy jednak nie uciekłaś z deszczu pod rynnę? Jako gwiazda telewizyjna jesteś nieustannie oceniana. Musisz bywać, wyglądać.

– Kiedy zaczynałam zajmować się tym rodzajem dziennikarstwa, nie było paparazzich, „Faktu”, plotkarskich serwisów internetowych. To były trochę inne czasy. Oczywiście, że jestem oceniana i jak mi odpadnie kawałek lakieru z paznokcia, natychmiast ktoś to zauważy i zrobi zdjęcie. Oczywiście, że sfrustrowani ludzie wypisują w Internecie niestworzone rzeczy: przyjechała z Azji, Mongoł, nienawidzę jej. Nauczyłam się tym nie przejmować. A że muszę bywać? Nie muszę. Jak nie mam ochoty się stroić, to nie idę na imprezę. Po 18 nie odbieram zawodowych telefonów, chyba że od wydawcy, z którym następnego dnia mam program.

– Gdy czytasz te wszystkie obraźliwe teksty, nie myślisz sobie: mam tego dość?

– Nie, bo to byłaby ucieczka przed agresją. Krytyka jest nieodłącznym elementem tego, co robię, ale Internet rządzi się swoimi prawami. Mam też teorię, że gdy ktoś nie chce, żeby za nim biegali paparazzi, to nie biegają. Jak się nie wystawia i żyje po swojemu, nie jest atrakcją. Ja nie jestem. Nauczyłam się wybierać z wielu propozycji to, co jest moje. Interesuję się modą, więc chodzę na pokazy, ale nie pojawię się na imprezie tylko po to, żeby dostać perfumy czy za darmo napić się alkoholu.

– Niektórzy odbierają cię jako kobietę wyniosłą i zadufaną w sobie.

– Włodek Szaranowicz śmiał się ostatnio: „Już wiem, jaka jesteś”. Jeden z jego kolegów, gdy dowiedział się, że Włodek prowadzi ze mną program, powiedział: „Piękna kobieta, ale musi być straszna dla mężczyzn. Ona ma to w oczach!”. Niestety Włodek nie zdradził mi, kto to był! (śmiech) Z czego wynika takie myślenie? Może z tego, że jestem wysoka, a w dodatku chodzę na szpilkach, więc ludziom wydaje się, że patrzę na wszystkich z góry? Może potęguje to typ mojej urody, która nie jest urodą słodkiej blondynki? No i na pewno nie pomaga mi, że jak się pojawiam w grupie osób, których nie znam, to się wycofuję, bo się wstydzę.

– Miał rację kolega Włodzimierza Szaranowicza? Jesteś straszna dla mężczyzn?

– Mój narzeczony mówi, że to święta prawda. Jesteśmy razem sześć lat, choć Paweł twierdzi, że dwa, bo więcej by ze mną nie wytrzymał (śmiech). Uwielbiam mężczyzn. Śmieszy mnie tylko tani podryw: fajna fura i komóra. Dla mnie facet nie musi być superprzystojny czy mieć supersamochód. Często ten, który siedzi w kącie i wszystkim się przygląda, jest dużo ciekawszy.

– Skąd u ciebie azjatycka uroda?

– Mama pochodzi ze wschodu Polski, gdzie kiedyś mieszkało dużo Tatarów. Może kilka pokoleń wstecz jakąś praprababkę wzięli w jasyr? Faktów brak, nikt w rodzinie się do nich nie dokopał. Ale jak pojechałam do Mongolii, to byłam trochę ich.

– Podróże to jedna z twoich pasji. Gdzie odnalazłaś swoje klimaty?

– Kilka lat temu postanowiłam, że raz do roku pojadę w miejsce, w którym jeszcze nie byłam, niekoniecznie daleko, mogą to być Kaszuby czy Suwalszczyzna. Wszystko po to, żeby otwierać w głowie i w duszy nowe przestrzenie. Była więc Afryka, Ameryka Południowa, Australia, Nowa Zelandia, Europa i Ameryka Północna. Azję zostawiłam sobie na deser. I okazało się, że jest najbardziej moja. Wszystko mnie tam czaruje: ludzie, kuchnia, atmosfera, to, jak płynie czas. Jak tam pięknie potrafi grać cisza. Najpiękniej! Moje klimaty, moja estetyka. Lubię minimalizm, prostotę. Męczy mnie hulające bogactwo. Wolę schować się w naturze. Tam chcę wracać.

– Podróżujesz, wspinasz się, choć masz lęk wysokości, biegasz, ćwiczysz jogę. Czy nie za dużo tego?

– Mam bardzo intensywną pracę, którą kocham, ale gdybym tkwiła tylko w niej, pewnie bym zwariowała. Dla równowagi potrzebuję ciszy. Dlatego biegam, medytuję, podróżuję z plecakiem niezatłoczonymi szlakami. To mój odpoczynek. W zgiełku i hałasie nie usłyszy się siebie. Wcześniej chciałam wszystkiego spróbować, byłam ciekawa świata. Teraz uczę się wybierać. I już na przykład się nie wspinam. Ciągle mam pełny notes, spotkanie za spotkaniem. Ale już umiem dostrzec: Boże, Sadzia, zwariowałaś. I z pięciu spotkań zostaje jedno. Żeby jednak to zauważyć, potrzebny jest spokój.

– Każdy z nas odwołuje się w dorosłym życiu do swojego rodzinnego domu – odwzorowuje go albo się z nim zmaga. A ty?

– Jedno i drugie. Co niedzielę jeździmy z bratem, jego żoną i dzieciakami do rodziców. Po obiedzie wszyscy, razem z psami, idziemy do lasu. Mimo że czasem wściekam się na brata, wiem, że zawsze będę na każde jego wezwanie, a on będzie na moje. Tak samo z rodzicami. Z domu rodzinnego chciałabym skopiować właśnie ten bagaż zaufania, miłości, ciepła. Z drugiej strony są historie, których nie chciałabym powtórzyć w relacjach z moimi dziećmi. Gdy byłam nastolatką, mama nie potrafiła ze mną rozmawiać na trudne tematy. Sama miała ciężkie życie, musiała szybko dorosnąć. Gdy babcia poważnie zachorowała, mama zrezygnowała ze studiów, żeby zapracować na leki i utrzymanie. Mój ojciec z kolei miał dziesięcioro rodzeństwa i wojskowy reżim. Nie było czasu na sentymenty. Dziś wiem, że rodzice starali się najlepiej, jak potrafili. Dali mi to, co mieli najlepszego. Teraz role się odwróciły. To ja uczę mamę mówienia o trudnych sprawach, zabieram na obóz jogi, warsztaty psychologiczne. Postanowiłam, że raz w roku będę fundować rodzicom wyjazd w świat. Wcześniej nie mieli takich możliwości.

– Masz w planach bycie mamą?

– Mam i na pewno będę. Ale cieszę się, że do tej pory to się nie wydarzyło. Jak patrzę na siebie z dystansu, to wiem, że dziś byłabym tysiąc razy lepszą mamą niż rok temu. Spokojniejszą, dojrzalszą, mądrzejszą. Śmieję się, że nawet panią dla mojego psa jestem fajniejszą niż kiedyś. Młodość jest piękna, ale strasznie głupia. Takie jej prawo. Kiedyś porównywałam się, ścigałam, chciałam być taka jak inni. Teraz chcę być sobą. Wolę spokój niż brylowanie. Już nie muszę być prymuską. Uwielbiam przykazania Kołakowskiego, zaczynają się od bardzo pięknego: „Po pierwsze przyjaciele. A poza tym: chcieć niezbyt wiele”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).