1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Siusiak i cała reszta

Siusiak i cała reszta

Pewność siebie. Dobra kondycja. Seks. Mięśnie. Męskość. Wyliczać można długo. A można też powiedzieć: testosteron. Hormon, który tłumaczy męską skłonność do bijatyk, skakanie po telewizyjnych kanałach, zdradę, zamiłowanie do szybkiej jazdy samochodem, puszenie się i rywalizację. Czym jest naprawdę?

Jeżeli z całego bogactwa rozmaitych związków chemicznych krążących po naszym organizmie mielibyśmy wskazać ten, który z człowieka czyni mężczyznę, testosteron wygrałby w przedbiegach. To on pompuje bicepsy, wysiewa szczecinę zarostu, obniża głos, skłania do ryzyka i sprawia, że facetowi tak trudno stwierdzić, że przegina i że jego dziewczyna zaraz się rozpłacze („czemu ta kobieta znowu płacze?!”).
 
Cała ta historia zaczyna się bardzo wcześnie, dużo wcześniej, niż przypuszczacie – bo już w piątym tygodniu życia płodowego. Jeszcze nie za bardzo widać rączki i nóżki, jeszcze niezbyt to przypomina człowieka, ale oto: pstryk! Włącza się funkcja „mężczyzna”. O ile oczywiście na wyposażeniu tego zbiorowiska komórek mających stać się człowiekiem znajduje się chromosom Y. A na tym chromosomie jeden Bardzo Ważny Gen o niezbyt wdzięcznej nazwie: SRY.

Ale uwaga, bo właśnie zaczął działać. W maleńkim embrionie coś się dzieje. Oto wyodrębniają się jądra. Zaczynają produkować hormon, który na poważnie weźmie się do rzeźbienia męskiego ciała i umysłu – testosteron. Pod jego wpływem powstaną nasieniowody, pęcherzyk nasienny, siusiak i cała reszta. Chłopiec zacznie pomału wyglądać jak chłopiec. Hormon jednak nie ogranicza się tylko do rzeźbienia ciała. Działa także na umysł.

MĘSKI UMYSŁ

Mózgi męskie i żeńskie nieco różnią się od siebie anatomią. Kobiety mają gęściej upakowane komórki nerwowe w obszarach odpowiedzialnych za mowę, więcej też w ich głowach substancji szarej, a żeby było jeszcze ciekawiej – ta istota szara w męskich mózgach rozłożona jest asymetrycznie, przeważa w lewej półkuli.

Okazuje się także, że półkule mózgowe mężczyzn są nieco niesymetryczne w porównaniu do kobiet i że gorzej ze sobą współpracują. Trochę inaczej zbudowana jest struktura łącząca obie męskie półkule mózgowe, jednak znaczenie tego faktu jest dla naukowców niejasne. Niewielkie różnice w budowie u obu płci zauważa się też w częściach mózgu odpowiedzialnych za zachowania seksualne.

Tak testosteron rzeźbi męski umysł. Skutek? Skłonność do agresji i dominacji, lepsze wyniki w testach wzrokowo-przestrzennych. Gdy jednak z pewnych przyczyn na mózg żeńskiego płodu działa więcej testosteronu, to później kobieta ta przejawia typowo męskie zachowania. Co więcej – kiedy testosteron w naszych głowach zbytnio się rozhula (a przyczyną tego może być rozregulowanie jakichś czułych fizjologicznych mechanizmów), mózg w niekontrolowany sposób robi się coraz bardziej męski – a skrajna postać męskiego umysłu – twierdzą naukowcy – to mózg autystyczny.

Zwolennikiem takiego podejścia do roli testosteronu jest między innymi słynny brytyjski badacz autyzmu profesor Simon Baron-Cohen. Powołuje się tu na swoje badania, które pokazują, że jeżeli dziecko było w okresie prenatalnym wystawione na działanie wysokich dawek testosteronu, to w wieku czterech lat wyraźnie różni się od tych, u których – przed narodzeniem – testosteron był w normie. Chodzi głównie o komunikację niewerbalną, otwartość, chęć wchodzenia w kontakty społeczne. Testosteron wpłynął na nadmierną „maskulinizację mózgu”. Co oczywiście nie znaczy, że pomiar poziomu testosteronu w życiu płodowym pozwala na prognozowanie autyzmu, ale może wyjaśniać, dlaczego przypadłość ta znacznie częściej dotyka chłopców niż dziewczynki.

 

ELIKSIR MŁODOŚCI

Obecność testosteronu towarzyszy mężczyźnie od urodzenia. Wraz z ukształtowaniem się jąder, które przez całe życie mężczyzny są jego główną fabryką, nie pozwala o sobie zapomnieć. Jednak po pierwszym wielkim entrée w życiu płodowym przez lata trwa sobie w mniej więcej stałej ilości. Dzieje się tak aż do wieku dojrzewania, kiedy jego poziom zaczyna gwałtownie wzbierać, zmieniając chłopięcy alt w męski bas, powiększając penis i jądra. Powodując, że u chłopca intensywnie rozwija się masa mięśniowa, pojawia owłosienie na ciele i... wzmożone zainteresowanie seksem. To drugie wielkie wejście męskiego hormonu na scenę. Szczyt wydzielania testosteronu przypada u mężczyzn między 20. a 30. rokiem życia. Czy jednak jego działanie ogranicza się tylko do napędzania libido?

Okazuje się, że nie. W ostatnich latach testosteron zaczął budzić coraz większe zainteresowanie lekarzy. Odkryto bowiem, że dla wielu mężczyzn może być swoistym „eliksirem młodości”. Jednak cudowne źródełko tego hormonu nie bije wiecznie z taką samą siłą.

Zaczyna wysychać mniej więcej po 30. urodzinach. Dzieje się to pomału i prawie niezauważalnie. Podstępnie z dnia na dzień mężczyzna traci moc. Pierwsze objawy tego stanu rzeczy można zaobserwować, gdy minispódniczki zamiast dawnej ekscytacji zaczynają wywoływać lęk: czy i tym razem się sprawdzę?

Wraz z wiekiem stężenie testosteronu zaczyna spadać – ok. 1 proc. na rok. Z tym spadkiem związanych jest wiele męskich problemów: większa podatność na depresję, ryzyko rozwoju otyłości brzusznej oraz tzw. zespołu metabolicznego, czyli grupy objawów, które grożą chorobami układu krążenia i cukrzycą. Panowie zaczynają cierpieć na zaburzenia pamięci, pogarsza się ich zdolność kojarzenia, skarżą się na zaburzenia snu, pocenie nocne. Obniżają się ich siły i ilość masy mięśniowej, na brzuchu powstają tłuszczowe oponki, pojawiają się także bóle kości i stawów. Ocenia się, że blisko 20 proc. mężczyzn w średnim wieku ma niedobór testosteronu, który lekarze określają mianem andropauzy. Tymczasem medycyna potrafi mu zaradzić. Wystarczy – pod opieką specjalisty androloga czy endokrynologa – poddać się hormonalnej terapii zastępczej. Suplementacja testosteronem może pomóc odzyskać wigor.

PALCE PRAWDY

I na koniec jeszcze jedna osobliwa cecha męskiego hormonu – ponieważ powszechnie kojarzy się on wyłącznie z facetami, mało kto wie, że kobiece organizmy także go produkują. U pań zajmują się tym głównie jajniki. I choć u kobiet jest go znacznie mniej niż u mężczyzn, odgrywa w ich organizmach niebagatelną rolę. Podwyższony poziom testosteronu wiąże się według naukowców z wyższym poziomem agresji – zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn.

Jeśli zatem mężczyznom zależy na wsparciu psychicznym i emocjonalnym ze strony silnej żony, powinni wybrać sobie taką kobietę, która będzie mieć więcej tego hormonu  od przeciętnej. Jeśli jednak mężczyzna z niskim poziomem testosteronu chce być dominujący w związku – powinien związać się z kobietą, której organizm wytwarza mniej tej substancji.
 
W tak dobranych parach małżonkowie nie tylko chętniej udzielają sobie wsparcia, ale też wykazują więcej dobrej woli i cierpliwości w razie rodzinnego konfliktu. Jak jednak rozpoznać kobiety „nasączone testosteronem”? Wystarczy poprosić je o... rękę. Jeden rzut oka na kobiece palce powie prawdę. Należą one bowiem do tych części ciała, które kształtują się pod wpływem męskich hormonów płciowych w życiu płodowym. Ci z nas, którzy w brzuchu mamy byli obficiej podlewani testosteronem, mają palec serdeczny dominujący nad wskazującym. Bać się takich? Eee tam. Nawet testosteron daje się z czasem ucywilizować. Zaobserwowano na przykład, że jego poziom obniża małżeństwo i rodzicielstwo. Taki to już z niego niezwykły hormon...

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Zamieszanie wokół orgazmu – jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji?

Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Syzyfowa praca – takie odnosi się wrażenie, śledząc tytuły artykułów o orgazmach. Mężczyźni zagrzewani są do boju: „Podaruj jej wielki finał w 15 minut!”, a kobiety utwierdzane w nieustannym niespełnieniu: „Osiem powodów, dla których nie możesz mieć orgazmu”. I tak będzie już do końca świata?

Niedawno portal I Fucking Love Science przeanalizował tytuły czasopism w gazetach męskich i kobiecych. W tych pierwszych natknął się na: „Dziesięć lekcji o kobiecym orgazmie”; „Jak dać jej Wielki Koniec, na który zasługuje”; „Cztery zmysłowe sposoby na przyspieszenie jej orgazmu”; „Jak ją zadowolić, ale nie stracić całej nocy?”. – Tytuły tekstów do gazet dla mężczyzn są czysto zadaniowe: damy ci instrukcję, a ty podwijaj rękawy i bierz się do roboty. Z podobnym zadaniowym nastawieniem przychodzą do mnie mężczyźni. Mówią: „Proszę pana, mam 40 lat, jestem w stałym związku. Od kilku miesięcy (może kilku lat) mam zaburzenia erekcji. Tyle o mnie. Teraz zamieniam się w słuch, a pan doktor da mi instruktaż, jak mieć stalowy wzwód na zawołanie i jak doprowadzić partnerkę do zniewalających orgazmów. Proszę mówić” – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta z gabinetu CBTseksuolog.

Gazety kobiece mówią o orgazmie w zgoła innym tonie: „Osiem powodów, dla których nie jesteś w stanie osiągnąć orgazmu”; „Dziesięć faktów, których faceci nie rozumieją o orgazmie kobiecym”; „Sposoby na to, żeby osiągnąć orgazm razem”. – Tytuły dla kobiet są bardziej realne, nastawione na wsparcie. Opisują ogromne skomplikowanie kobiecej seksualności, dodają otuchy. Zachęcają do niezmuszania się, do dania sobie na spokojnie przestrzeni na seks, poznawania swoich stref erogennych. Motywują do niezniechęcania się w przypadku nikłych efektów – mówi Andrzej Gryżewski. Ale wnioski z analizy tych tytułów są jeszcze bardziej przewrotne:

Ona udaje – on myśli, że umie

Pod koniec 2017 r. roku zespół psychologów z Oakland University podał 63 (tak! tak!) przyczyny, dla których kobiety udają orgazm. Przypomnijmy, że David M. Buss, amerykański psycholog ewolucyjny, opisał 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. I tylko jeden z nich mówił o orgazmie. Naukowcy z Oakland posegregowali przyczyny fałszowania orgazmu na trzy grupy:

  1. Brak zainteresowania seksem (czyli „im szybciej mam orgazm, tym szybciej skończymy”);
  2. Wsparcie partnera („nie wychodzi mu, ale przynajmniej się stara”, również: „udaję orgazm, żeby utrzymać związek”),
  3. Manipulacja i oszustwo („świetnie udany orgazm za świetne futro” albo „czuję się niepewna, a udawanie orgazmu sprawia, że jest mi lepiej”).

286 kobiet, które naukowcy poprosili o pomoc, opowiedziało, jak często w życiu stosowały (stosują) określone strategie. Psychologowie nie mają, niestety, dobrych wiadomości. Udawanych orgazmów może być coraz więcej. Dlaczego? Z powodu coraz bardziej skomplikowanych relacji i kruchości związku. Niebagatelny jest także fakt, że coraz więcej par bezskutecznie stara się o dziecko: ich seks dawno temu przestał być spontaniczny i wypełniony orgazmami. Szacuje się, że połowa kobiet na pewnym etapie życia przez dłuższy czas udaje orgazmy. Co z mężczyzną, który myśli, że potrafi dać partnerce wielki finał, a w rzeczywistości tego nie umie? Najlepiej nie mówić mu o tym po dziesięciu latach związku. Dobrze jest zacząć od pierwszej randki. – Wygląda na to, że nijak nie możemy się dogadać. Kompletnie nie interesuje nas druga strona, tak jesteśmy skupieni na własnej perspektywie. Co z tego, że mężczyzna dowie się o technikach z poradnika, a kobieta ponarzeka, że jej partner nie potrafi jej doprowadzić do orgazmu. Co z tego, jeśli oni nawzajem sobie tego nie mówią? – pyta Anna Moderska, edukatorka seksualna, ekspert Tulipan.pl.

Co z męskim orgazmem?

Wyobraź sobie, że role się odwracają i czytasz w gazecie kobiecej: „Jak dać mu gigantyczny wzwód”? A w męskiej: „Dlaczego ona nie umie spowodować u ciebie orgazmu”. Czy ze wstrętem odłożysz instrukcje o gigantycznym wzwodzie? Z jakich przyczyn? Ponieważ orgazm męski jest w przekonaniu wielu kobiet prosty, łatwy, a seksualność facetów zwierzęca i niskich lotów. Anna Moderska: – Nasza wiedza o kobiecej seksualności i przyjemności (choćby czysto fizycznym jej aspekcie) jest mocno do tyłu. U mężczyzn z penisem na wierzchu wydaje się to oczywiste i łatwe od setek lat: dotykanie go powoduje wzwód i wytrysk z orgazmem. Z kobietami i ich schowaną łechtaczką sprawa wydaje się bardziej zawiła – odkrycia naukowe w tej dziedzinie to nowość – przez to sądzimy, że jest to kwestia skomplikowana. Poza tym postrzeganie męskiej przyjemności jest bardziej sprymitywizowane, choć zupełnie niesłusznie. Mężczyźni mogą mieć niesamowicie rozbudowane i zróżnicowane orgazmy. Tak jak kobiety, wszystko w rękach kochanki, warunków, w jakich uprawiają seks, i tego, co między nimi seksualnie się odbywa, a więc także komunikacji. Jakie są tego konsekwencje? – Statystyczne 34 procent mężczyzn w stałych związkach nie chce uprawiać seksu. Dlaczego? Bo czują, że muszą obsługiwać kobietę w seksie. Słyszę często całą sekslitanię zażaleń mężczyzn do ich partnerek. Mówią to z mieszanką wstydu i złości, bo nie za bardzo wiedzą, czy mają do tych uczuć prawo w sferze seksualnej. Bo podobno facet w seksie bierze wszystko jak leci. Nic bardziej mylnego – mówi Andrzej Gryżewski. Kobiety z kolei łapią się w pułapkę: „Nie mogę być ekspertem od męskiej seksualności, bo to by oznaczało, że jestem puszczalska”. – Kobiety przyuczane kilkusetletnią tradycją sądzą, że mają być skromne, czekać, aż je książę na białym koniu wybudzi pocałunkiem ze snu i wprowadzi w świat piękna i cudownej zmysłowej relacji – pokpiwa Anna Moderska.

Przyjemność jako straszak

Seksuologowie obserwują w gabinecie mężczyzn zalęknionych faktem, że nie dają partnerce orgazmu, że to oni są za niego w 101 proc. odpowiedzialni. – Mają przekonanie, że niedoprowadzenie kobiety do orgazmu skutkuje „byciem nikim” również i w innych sferach. Mówią: „Odkąd mam zaburzenia erekcji, zauważyłem, że coraz gorzej jeżdżę samochodem, gdy występuję na scenie, to już nie daję z siebie tyle energii, ile przed impotencją. To mi rujnuje życie” – opowiada Andrzej Gryżewski. – Kobiety są zniechęcone do seksu z partnerem, bo on się spina, jest sztuczny. Wiele kobiet dalej ma przekonanie, że mężczyzna jest „gospodarzem balu”, a ona jest księżniczką. Mężczyźni mają szereg zarzutów do kobiet: ona leży i pachnie, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, nie ruszy nawet powieką. Nie dzielą się z mężczyznami swoimi fantazjami seksualnymi, ciągle zwodzą, że powiedzą później, jutro, za miesiąc, jak nabiorą większego poczucia bezpieczeństwa...

Pokutuje stereotyp, że oni mają nie zawieść, mają obowiązek znać się na „tych sprawach” i wprowadzać kobietę w świat seksualności. Bo oni są bardziej doświadczeni. Czy tak jest? – Niekoniecznie, ale tego się oczekuje. Oczekują tego zarówno kobiety, jak i sami mężczyźni. Mężczyzna niewiedzący, jak postąpić, jest w powszechnym rozumieniu ostatnią fajtłapą, niedojdą. Przyznanie się do niewiedzy czy niekompetencji jest tragedią, do której ten za wszelką cenę nie chce dopuścić – mówi Anna Moderska. – Prawda jest taka, że mężczyźni powinni uczyć się, jak rozmawiać z partnerką o seksie i jak się od niej dowiedzieć, co jej sprawia największą przyjemność, a nie zakładać, że wiedzą, co jest dla niej najważniejsze. Kobiety lepiej wychodzą na uczeniu się własnej seksualności, mówieniu o niej bez wstydu i niezakładaniu, że mężczyzna, jak ten bohater romansu, doprowadzi ją do szaleństwa.

Ale zanim tak się stanie, wciąż nie ma jasności w temacie orgazmu.

Droga do rozkoszy okiem ekspertki

Jak podkreśla Anna Golan, seksuolożka: Mam wrażenie, że cytowane media odwołują się do naszych kompleksów i stereotypów na temat płci. Przekaz dla mężczyzny brzmi: kobiety oceniają twoją sprawność (oraz wielkość członka). Dla kobiet: powinnaś sprawić mu przyjemność swoim orgazmem. Można by tu dorzucić jeszcze wciąż, niestety, popularny pogląd, że orgazm osiągany w wyniku stosunku jest bardziej wartościowy niż ten osiągany poprzez stymulację łechtaczki. I tak obie płcie zamiast cieszyć się ze spotkania dręczą się myślami: „Jak wypadam?”. Jakie ma to skutki? Ludzie są nieszczęśliwi, nieautentyczni w swoich relacjach. Oczekujemy od mężczyzn bliskości, umiejętności wyrażania emocji i reagowania na nasze, jednocześnie bezlitośnie oceniamy ich w tej sferze życia, gdzie wszyscy jesteśmy najbardziej bezbronni. Z kolei młode kobiety, które dopiero zaczynają życie seksualne, już zaczynają się czuć mniej wartościowe, ponieważ nie osiągają orgazmu. Wymagają od siebie zbyt wiele. Z moich rozmów z kobietami jasno wynika, że seks oceniamy, biorąc pod uwagę jakość relacji, uwagę, jaką poświęca nam partner. To, że inspirujemy, ekscytujemy siebie nawzajem, jest ważniejsze w ocenie kobiet niż najbardziej wyszukane techniki oferowane przez mężczyznę, który nie wzbudza emocji. Kobietom doradzałabym samodzielne poznawanie swoich ciał, tak jak to robią mężczyźni! Dzielcie się tą wiedzą w sypialni, pokazujcie, kiedy kochanek rzeczywiście dostarcza wam rozkoszy. Często przeszkodą w osiągnięciu orgazmu jest presja na to, żeby go przeżyć.

  1. Seks

Czy mężczyźni potrafią rozmawiać o seksie?

Mężczyzna w tradycji bardziej działał, niż mówił, bardziej zdobywał, niż się dzielił; refleksja nad stanem duszy i ciała to nie jest jego specjalność. (Fot. iStock)
Mężczyzna w tradycji bardziej działał, niż mówił, bardziej zdobywał, niż się dzielił; refleksja nad stanem duszy i ciała to nie jest jego specjalność. (Fot. iStock)
Szczera rozmowa o seksie zmuszałaby wielu mężczyzn do ujawnienia prawdy o sobie, więc posługując się umiejętnościami aktorskimi, zatajają prawdę albo szybko przechodzą na inny temat, bo nie czują się na siłach, by odgrywać rolę supersamca, przed kolegą, który jest też rywalem – mówi psycholog i seksuolog dr Marek Jasiński.

Poprzednio o seksie rozmawiałem z kobietą, co wydawało mi się jakoś naturalne. A teraz czuję się niezręcznie, trochę jak hipopotam. Nie przypadkiem będziemy rozważać, dlaczego mężczyźnie z innym mężczyzną o seksie rozmawiać tak niezręcznie?
Nie jest naszym przywilejem czy cechą nas wyróżniającą dzielenie się wrażeniami, odczuciami, poruszeniami duszy. Mężczyzna w tradycji bardziej działał, niż mówił, bardziej zdobywał, niż się dzielił; refleksja nad stanem duszy i ciała to nie jest jego specjalność. Sięgając w przeszłość – człowiek pierwotny, oczywiście ten płci męskiej, musiał być skoncentrowany na działaniu, nie miał czasu na refleksje. To groziło utratą zdobyczy albo nawet własnego życia.

Konieczna była gruba skóra, by przetrwać, gdy macierzyństwo z natury musi być miękkie. Tu mieszka źródło każdej czułości. A do serdecznej rozmowy o intymnych sprawach potrzebna jest czułość. Dlatego kobiecie z kobietą jakby łatwiej...
Miękkość, czułość, tkliwość – to cechy pożądane u mężczyzny, ale w sytuacji kiedy potrafi zaspokoić kobietę w zakresie „bycia mężczyzną”, a więc zapewnić rodzinie odpowiedni byt, poczucie bezpieczeństwa, zadbać o fundamenty domu. Wtedy może spokojnie ożywić w sobie drzemiące pokłady kobiecości. I może znaleźć czas na intymne rozmowy.

Rola domu rodziców w seksualnym wychowaniu chłopca?
Kiedy prowadziłem badania, to rodzina była zawsze na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o informacje o seksie...

Teraz jest Internet, telewizja, poradniki bezwstydne. I wszystko tak szybko się zmienia. Też zmienia się nasza osobowość, płci się zbliżają. Dla mnie jest oczywiste, że dzisiaj kobiety są bardziej męskie, zaś mężczyźni kobiecy. I że to stała tendencja...
Tak, zacierają się role i nie istnieje już ścisły podział na to, co męskie, a co kobiece. Ma to duży wpływ na funkcjonowanie par, gdyż wymaga adaptacji do nowych warunków obcowania ze sobą. I wcale nie ułatwia mężczyznom pełnej identyfikacji z rolą seksualną. Wielu mężczyzn ma tendencje do ucieczki, stosuje autokastrację jako sposób unikania niepowodzeń w spełnianiu coraz bardziej wygórowanych oczekiwań kobiet.

Autokastracja… Jezus Maria, na czym to polega?
Mężczyzna rezygnuje bądź anuluje swoją potencję seksualną, by obronić się przed wymaganiami seksualnymi kobiety. Woli od razu ujawnić przed kobietą, że ma problemy z seksem, niż zostać negatywnie oceniony.

Zawsze było mi łatwiej o intymnych sprawach rozmawiać z kobietą niż z mężczyzną – nie mówię o partnerce, to co innego – ale ze znajomą lub nawet z nieznajomą. Ma to coś z flirtu i wydaje się naturalne. Czy ma pan podobne osobiste doświadczenia, oczywiście poza terapią?
Rozmowa z mężczyzną o intymnościach często zahacza o preferencje seksualne. Oczywiście, nie musi tak być, ale gdzieś w tle w niejednym mężczyźnie mogą powstać takie obawy. Jeszcze rozmowa o parametrach, osiągach seksualnych przystoi, ale już elementy czułości czy tkliwości nie mieszczą się w repertuarze tzw. normalnego faceta.

Pytałem o pana osobiste doświadczenia, a pan mi ucieka… A przecież to intymność zupełnie anonimowa, gdy chodzi o innych. Pan zapewne teraz powie, że terapeuta nie powinien...
Chcę decydować o tym, komu się będę zwierzał ze swojej intymności, i nie jest to związane z blokadą. Prawdą jest natomiast, że jako terapeuta psychoanalityk powinienem jak najmniej ujawniać siebie, a szczególnie nie epatować swoją seksualnością. I nie ma tu znaczenia płeć. Znam też kobiety, które w ogóle nie potrafią w sposób szczery i komunikatywny dzielić się swoimi odczuciami intymnymi.

Ale o ileż częściej i łatwiej one mówią niż faceci. Mężczyzna z mężczyzną o seksie pomilczy lub poświntuszy. Znamienne jest to męskie świntuszenie jako zastępcza forma rozmowy, grube dowcipasy, chamskie, wulgarne opowieści. Nieraz tak zachowują się nawet ci, dla których seks nie jest pozbawiony uczuć. Nie potrafią o tym mówić, brak im słów, nie ma tradycji...
Kiedy zaczynałem pracować w Zakładzie Seksuologii i Patologii Więzi Międzyludzkich w Warszawie, większość moich męskich pacjentów nie była w stanie powiedzieć, na czym polega ich seksualny problem. A problem był. Opisywali jakieś szczegóły techniczne, nie jak się z tym czują, co przeżywają i co czują ich partnerki... Z mojej praktyki seksuologicznej pamiętam, że dla mężczyzn musieliśmy stwarzać szczególnie dobre warunki w zakresie poczucia bezpieczeństwa. Musieli mieć pewność, że nie zostaną skrytykowani, upokorzeni, że nie będzie z mojej strony drwin. Więc zawsze był potrzebny czas na oswojenie. Potem otwierali się, tylko często brakowało słów na wyrażenie złożoności odczuć seksualnych. Tu już wychodziły braki wychowawcze i nawet najlepsza atmosfera nic w tym zakresie nie zmieniała.

Ale nastał nam Internet, co ułatwia intymną rozmowę o wszystkim.
Anonimowość jest tu ważna.

Jednak sprzyja też chamstwu i wulgarności.
Ponieważ anonimowość to też bezkarność. Ale może być również szansą, by ujawnić, co w nas miękkie i subtelne. Mężczyźni i kobiety korzystają często z Internetu, by pokazać się z możliwe dobrej strony. Robią to najczęściej mężczyźni z poczuciem niższości. Udają kogoś, kim chcieliby być. Choć na chwilę mogą wcielić się w postać, za którą tęsknią, ale której nie zdołaliby ujawnić w życiu codziennym. Można jednak przy okazji pokazać to, co miękkie i ukryte, a w Internecie to bezpieczne. Mężczyzna tradycyjnie jest nastawiony na walkę i na konkurencję, często boi się, że ktoś wykorzysta jego słabość, szczególnie tam, gdzie walka ma źródło pierwotne, czyli właśnie w seksie. Nie przypadkiem w wieku dorastania chłopcy chwalą się sukcesami, zwłaszcza w seksie. Kto lepszy. A przynajmniej kto nie gorszy. To jest istotą ich rozmów, a nie dzielenie się słabościami, problemami. Sądzą, że byłoby to ryzykowne...

Wielki jest lęk przed wyśmianiem. Szczególnie w tak delikatnej materii jak choćby problemy z erekcją, co zdarza się czasami na początku... ze strachu. Dla młodych ważne, by mieć zaliczony ten pierwszy raz. Nikt tu nie chce być gorszy. I wiele nieszczęść wynika z tego gorączkowego pośpiechu. I z poczucia, że inni już tak, a ja nie. Ciągle jednak łatwiej mi sobie wyobrazić, że dziewczęta zwierzają się sobie: „jeszcze nie miałam chłopaka...”. W świecie chłopców taka rozmowa jest nie do pomyślenia. Bo jak nie miałem jeszcze dziewczyny, to jestem fujara, i już...
To prawda, obserwujemy coraz większe zacieranie się różnic między płciami. Nie ma praktycznie czegoś takiego, co wypada chłopakowi, a nie wypada dziewczynie. Ale nadal chłopcom strasznie trudno przyznać się do porażki, niedomogi seksualnej, braku posiadania dziewczyny. W świecie męskim obowiązuje konkurencja, rywalizacja, a przyznanie się do słabości, roztkliwianie się nad sobą to oddawanie pola innym samcom. Powiedzmy jasno: mężczyźni w ogóle mają problemy, by mówić o emocjach. A o seksie najchętniej mówią w kategoriach technicznych. Myślenie o zbliżeniu plasuje się w kategorii sukcesu lub porażki. Dać orgazm kobiecie, nie myśląc nawet o swojej przyjemności, to jakby przejmować nad nią władzę, dowartościowywać się w roli męskiej. Mam pacjenta, który posiada wielkie wyobrażenie o swej potencji seksualnej, ale tego nie realizuje. Ze strachu, a nuż nie wyjdzie. Boi się weryfikacji, konfrontacji z własnym wyobrażeniem o swojej ogromnej potencji. Bezpieczniej gromadzić możliwości, sprawdzian to ryzyko ujawnienia, że nie jestem wcale taki dobry, jak o sobie myślę... Mężczyźni lubią budować dla siebie wizję supersamca o superpotencji, bez możliwości konfrontacji. Szczera rozmowa to też mogłaby być dekonspiracja.

To jasne, że im więcej fikcji w seksie, tym trudniejsza szczera, intymna rozmowa.
Szczera rozmowa zmuszałaby wielu mężczyzn do ujawnienia prawdy o sobie, więc posługując się umiejętnościami aktorskimi, zatajają prawdę albo szybko przechodzą na inny temat, bo nie czują się na siłach, by odgrywać rolę supersamca przed kolegą, który jest też rywalem.

Nigdy nie ufałem tym, którzy o seksie dużo gadają i przechwalają się – ta rycząca krowa też nigdy za wiele mleka nie daje...
O tak, często takie gadulstwo w seksie to pozorna łatwość w poruszaniu tych zagadnień. Dużo mówię, więc jestem swobodny i nie mam kompleksów. Oczywiście, to często fasada skrywająca nieśmiałość czy erotyczną niemoc. Nie bez powodu utarło się powiedzenie: erotoman gawędziarz, na określenie faceta, który jedynie przechwala się, a w konkretnym działaniu jest bardzo nieporadny i wycofany.

A byłoby naturalne i zdrowe, gdyby młodzi mężczyźni ze sobą rozmawiali o seksie, dzielili się doświadczeniami, obawami. O tym jednak nie ma mowy. Brak tu też tradycji. Ale widzę również inny problem – źle, jeśli mówi się za łatwo o seksie – jak o sporcie czy jedzeniu. Gdzie tu uczucia? One z kolei bywają zbyt intymne, by je ujawniać znajomemu, one umierają wyjęte z tajemnicy. Trudno więc o nich mówić, ale też niedobrze zupełnie milczeć...
Czasami seks wyrażany w słowach i gestach przez mężczyzn jest strywializowany, pozbawiony otoczki emocjonalnej, bardzo powierzchowny. A oceniamy ludzi zwykle po tym, jak się wyrażają, w jaki sposób ujawniają i opisują uczucia – tu wielu mężczyzn nie zdaje egzaminu. Ale należy pamiętać, że nie jest to jednoznaczne z płytkością życia uczuciowego mężczyzn. To byłoby uproszczenie.

Marek Jasiński doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii. Posiada m.in. międzynarodowy certyfikat psychoanalityka wydany przez IPA (International Psychoanalytical Association) oraz certyfikat seksuologa klinicznego. Jego zainteresowania naukowe koncentrują się wokół zagadnień psychoanalizy i seksuologii, a w szczególności obejmują problematykę patologii więzi międzyludzkich, problemów tożsamości płciowej i psychoterapii.

  1. Psychologia

Co to znaczy być dziś feministą - pytamy psychoterapeutę Piotra Pietuchę

"Ja czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androgeniczny. W pewnym sensie ponadpłciowy" - mówi psychoterapeuta Piotr Pietucha. (Fot. archiwum prywatne)
Jeśli podchodziłbym do mojego związku rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. A ja powinienem być sfrustrowanym dupkiem – mówi Piotr Pietucha, psychoterapeuta, partner Manueli Gretkowskiej.

Co to znaczy być dzisiaj feministą?
Już w samej deklaracji, że mężczyzna jest feministą, jest coś żenującego. Dla mnie to oczywistość, tak jakbym afiszował się z tym, że jestem normalnym człowiekiem, a nie półgłówkiem czy rasistą. Myślę, że w polskim świecie feminista oznacza nie tylko, że jesteś za równością i przeciw dyskryminacji, ale też, że nie jesteś seksistą, mizoginem ani patriarchalnym debilem. Natomiast w świecie normalnym, liberalnym i obyczajowo cywilizowanym, np. w Szwecji, gdzie żyją moi synowie, feminista oznacza rozgarniętego, wrażliwego faceta, który nie potrzebuje w żaden sposób tego podkreślać ani deklarować.

W Polsce mężczyźni też się z tym nie afiszują. Pytani o to, czy są feministami, odpowiadają zdziwieni: kim?!
Nie wiem, co oznacza feminizm dla przeciętnego Polaka, jak on to sobie definiuje, odczuwa i jak sobie z tym radzi. Podejrzewam, że ma z tym kłopot. Dla mnie feminizm jest jednoznaczny z humanizmem. Jest wyrazem współcześnie pojmowanego człowieczeństwa. Być może wielu facetów rozumie to kompletnie inaczej. Feminista to dla nich symbol ,,miękkiszona’’, który poddaje się lub ulega kobietom, godzi się na tę fałszywą interpretację patriarchatu – że to mężczyźni zniszczyli świat, a teraz powinni się kajać. Część mężczyzn reaguje na feminizm wściekle alergicznie jako na przejaw kobiecej niezrozumiałej agresji, ataku na męskość.

To w jaki sposób rozpoznać w sobie, że jest się feministą?
Już sam fakt, że ktoś ma potrzebę takiego rozpoznania, jest bardzo cenny. Świadczy o pewnym poziomie autorefleksji, mentalnym nadążaniu za współczesnością. Fajnie jest chyba mieć jakiś klarowny pogląd na tak ważny temat, nie być durniem, ślepym na połowę ludzkości.

Czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androginiczny. W pewnym sensie ponadpłciowy. A moja kobiecość, cokolwiek się pod tym słowem kryje, nie przeraża mnie, nie neguję jej. Nie zagraża mojej męskości, nie muszę być dzielny ani dumny ze swojego pawiego ogona. Maczyzm – czyli taka stereotypowa, przesadna męskość – to karykatura człowieka.

A może być tak, że facet z przekonaniem mówi: „jestem feministą”, a nieświadomie gotuje się w sobie, jeśli kobieta jest krok przed, a nie za nim?
Świadoma nieświadomość, czyli nasza kultura, jest przesiąknięta mizoginią. Z jakiegoś powodu mężczyźni od zawsze czuli wrogość i niechęć do kobiet, bali się ich. Kobieca seksualność im zagrażała, dlatego chcieli ją zawłaszczyć, zdominować i kontrolować. To siedzi do dzisiaj w mężczyznach na nieświadomym poziomie. Kultura patriarchalna jest mocno przesiąknięta przekonaniem o naturalnej wyższości męskiej płci. Kobiety są gorsze – słabsze, grzeszniejsze, mniej rozumne. Zasługują więc na gorsze warunki i traktowanie. Tysiące lat takiej dominacji odcisnęły w umysłach obu płci ogromne piętno. Niestety, to siedzi także w kobietach, nawet w sposobie, w jaki wychowują chłopców. Widziałem sztandarowe feministki, które miały kompletnego fioła na punkcie swoich synków. W ich narcystycznej nadopiekuńczości było mnóstwo nieświadomego ubóstwienia męskiej płci, gruntującego w tych chłopczykach poczucie nie tylko wyjątkowości, ale lepszości. Jakie to może mieć skutki dla równouprawnienia i partnerstwa? Jak będzie funkcjonował ten niuniuś – prywatny ideał nowoczesnej mamusi – w przyszłości?

My z Manuelą, wychowując Polę, raczej nie programowaliśmy jej na jakieś mocne poczucie tożsamości płciowej, nie podkreślaliśmy jej kobiecości. A ona jednak, już jako malutka dziewczynka, odrzucała ze wzgardliwą niechęcią niektóre zabawki, książeczki, kolory jako ,,za bardzo chłopaczywe”. Ciekawe, gdzie tym nasiąkała?

'Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej' - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne) "Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej" - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne)

To jest chyba w powietrzu, w mentalnej atmosferze naszego świata.
Wystarczy się rozejrzeć. Moja przyjaciółka obserwowała ostatnio grupę jedenastolatków na basenie. Wszystkie dziewczynki samodzielnie suszyły i czesały swoje długie włosy, a babcie były skoncentrowane jedynie na wnukach. Z suszarkami i grzebyczkami robiły cyrk wokół tych chłopców, jakby byli bezradnymi idiotami. Właśnie takie, często nieświadome zachowania, podkreślające ważność i uprzywilejowanie męskiej płci, spychają kobiety do podrzędności i uległości. Skazują od początku na zaradną, wymuszoną samodzielność. To jest bardzo mocny podprogowy przekaz. Uważam, że kobiety w Polsce dostają często podwójny, niemożliwy do spełnienia komunikat: „Musisz w siebie wierzyć i jednocześnie nie wierzyć. Masz być silna i niezależna, ale też uległa i słuchać swojego pana. Masz liczyć na siebie, umieć o siebie zadbać, ale nie wyobrażaj sobie szczęśliwego życia bez mężczyzny, wokół którego będziesz tańczyć”.

Komu udaje się wyjść z tego gadziego mózgu? Mężczyznom, którzy zdają sobie sprawę z nieuświadomionych stereotypów w sobie?
Jestem wielkim fanem świadomości. Ona potrafi przenosić góry – nawet jeśli to góry stereotypowych śmieci. Wydobywa z bagna uprzedzeń. Daje kopa w dupę kompleksom, fałszywym przekonaniom. Pokazuje środkowy palec głupiemu, automatycznemu osądzaniu.

Weźmy mnie samego. Jeżeli podchodziłbym do mojego związku nieświadomie rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. Jest utalentowana, bogata, sławna i lepiej sobie radzi w życiu. I teraz jako mężczyzna, który żyje w jej cieniu, powinienem być sfrustrowanym dupkiem, który tylko udaje, że jest feministą i chce ją wspierać. Tak naprawdę siedzi w kącie, chlipie nad sobą i marzy o kobiecie, przy której będzie mógł brylować, ponapawać się własną męską zajefajnością. Dziękuję, ale nie mam takich potrzeb. Realizuję się po swojemu i jestem w tym spełniony. Uszczęśliwia i fascynuje mnie to, że potrafimy być szanującymi siebie nawzajem partnerami.

Jednak nieczęsto mężczyzna czuje się dobrze u boku silnej partnerki. Jak ci się to udało?
Nikt nie jest do końca silny ani słaby. Co do Manueli, to pozytywnego kopa daje mi to, że zdobyłem jej wzajemność i jestem jej wart. Podziwiam ją i uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Mimo życiowych niepowodzeń, związkowych porażek czy osobistej niepewności, nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej. Bo życiowy partner mówi o nas wszystko. Pokaż mi, z kim jesteś, to powiem ci, kim jesteś.

Czyli podstawą udanego, partnerskiego związku jest to, jak się czujesz sam ze sobą?
Moim zdaniem tak. Partnerstwo, czyli dojrzała miłość, jest nagrodą za pracę nad sobą. Najpierw trzeba jednak uwierzyć w siebie, nie podkopywać własnej męskości i człowieczeństwa, tego poczucia, że jesteś okej. Później najważniejsza jest otwarta komunikacja. Taka nawet wulkaniczna jak w filmie „Malcolm i Marie”, dostępnym teraz na Netfliksie. Oglądamy w nim dwoje ludzi, którzy mają w sobie mnóstwo gniewu, niewdzięczności i niezrozumienia dla siebie nawzajem. Mają też siłę, żeby w otwarty sposób to z siebie wyrzucić. Jakie to piękne, oczyszczające! Lepsze niż fochy, zamykanie się czy zamiatanie bolesnych spraw pod dywan. Taka odważna, uczciwa walka o siebie jest też walką o związek. Nie prowadzi do rozstania, tylko do większej bliskości. Powoduje, że nie boisz się ani nie wstydzisz powiedzieć partnerowi, co cię boli. W końcu chodzi o to, żeby zrozumieć się nawzajem. Nie bać się prawdy, nawet kiedy jest nie do zniesienia.

Kobiety stały się też bardziej świadome, wymagające. Wiedzą, czego chcą, co im się słusznie należy. Jak do tych większych wymagań odnosi się feminista? Męska duma cierpi?
Jest taki seksistowski dowcip, kiedy po kochaniu on ją pyta: „Miałaś orgazm?”. Ona odpowiada: „Nie”. On na to: „I co się mówi?”. Ona: „Przepraszam”. Ohydny sarkazm – bo niby on się interesuje tym, co ona przeżyła, a kiedyś faceci mieli to gdzieś. Ale nadal dbałość o kobiece spełnienie bywa dla wielu mało kręcąca. Teraz to się nieco zmieniło, oczekiwania i presja kobiet wzrosły, a mężczyźni są w defensywie. A one atakują: „Nie zrobiłeś tego, nie byłeś taki!”. Wyrzuty, pretensje, domaganie się. Jest w tym dużo agresji wobec mężczyzn. Nic dziwnego, nawarstwiała się wiekami. Mężczyźni źle się z tym czują, nie wiedzą, jak reagować. Co z tym zrobić? A jeśli odrobinę myślą, to wiedzą, że jest w tych wybuchach dużo słusznego gniewu. Głupio wtedy bystrej, świadomej kobiecie zaprzeczać. Udawać niefrasobliwego, zadowolonego z siebie idiotę, który nic nie kuma. Tak czy owak, faceci mają trochę przekichane.

Myślę, że łatwiej jest być feministą wobec koleżanki z pracy niż wobec partnerki. „Niech kobiety się realizują, ale jeśli moja kobieta za wiele energii wkłada w świat zewnętrzny, to czuję się niekochany”.
To tylko świadczy o mężczyźnie. Powinien się zastanowić, skąd ta jego niepewność, ciągła potrzeba uwagi, troski i dominacji. Siła patriarchatu jest monstrualna, między innymi dlatego, że bywa wygodna i użyteczna dla mężczyzn. Oczywiście tylko pozornie, bo za te zacofane schematy też płacą ogromną cenę: nałogów czy przymusu bycia męskim, czyli często bezwzględnym i niewrażliwym, wypierającym uczucia emocjonalnym zakalcem.

Często myślimy, że po partnersku znaczy po równo. Ty zmywarkę, to ja pranie, a nie da się tak. Zawsze ktoś czuje się wyrolowany.
To jest problem każdego, kto ma określoną ilość snu i energii. My z Manuelą również mieliśmy z tym kłopot, dopóki w pewnym momencie kategorycznie nie podzieliliśmy się obowiązkami. Teraz włączam  trzy zmywarki dziennie, wynoszę śmieci, piorę. Ale zakupy i sprzątanie, czyli coś, czego nienawidzę, mam w nosie. Gotujemy sobie sami, jemy o różnych porach. Nie prasujemy. I od kilku lat nie mamy poczucia, że ktoś kogoś wykorzystuje, kradnie mu czas czy energię lub jest bardziej uprzywilejowany. To typowo relacyjna rozkminka, obowiązki, ani lepsze, ani gorsze, ani męskie, ani kobiece, po prostu codzienne.

A jakich kobiet szuka feminista? Czy nie jest tak, że podobają mu się silne i niezależne, a później okazuje się, że tak naprawdę oczekuje od partnerki rozwiązania wszystkich swoich problemów?
Jeśli trzymamy się mojej definicji feministy, czyli człowieka, który nie racjonalizuje swojego lęku przed kobietą, tyko jest w harmonii ze swoją animą, animusem i cieniem – to taki mężczyzna nie będzie szukał sobie partnerki matki, on już dorósł. Myślę, że wrażliwy, rozgarnięty człowiek szuka drugiego wrażliwego, rozgarniętego człowieka. I choć mam się za taoistę, to nie ortodoksyjnego – wcale nie uważam, że męskość jest aktywna i dominująca, a kobiecość bierna czy oddająca się. Widzę to jako anachronizm, który może czasem odnosi się tylko do naszej biologii, ekonomii hormonów, seksualności. W aspekcie humanistycznym, czyli ludzkim, już tak tego nie pojmuję. Bo nie ma silnych kobiet lub słabych mężczyzn. Wszyscy jesteśmy trochę silni i trochę słabi.

A jak definiujesz męskość?
Nie miałem realnego wzorca mężczyzny, nie był nim mój ojciec. Miałem literackich i filmowych bohaterów, fantazje, wizje, tęsknoty, ideały. Męskie aspekty we mnie kultywowały sport, harcerstwo, zabawy w Indian. Byłem szczęściarzem, bo nigdy w swoją męskość nie wątpiłem. Mimo że byłem nieśmiały i delikatny, na swój sposób kobiecy, to podobałem się dziewczynom. Zaakceptowałem takiego siebie – swoją androginiczność uznałem za pełnię. Uważam, że stereotyp kobiecości i męskości bardziej nam dzisiaj przeszkadza niż służy. Na moim seminarium zapyta­łem kiedyś studentów, co jest najbardziej kobiecą, a co męską cechą. Uznali, że jest to – w obu wypadkach – opiekuńczość. To wymowne i symboliczne. W końcu opiekuńczość, czyli mądre dbanie o siebie i innych, to istota człowieczeństwa.

Piotr Pietucha, psychoterapeuta, autor książek "Stróż obłąkanych", "Dożywotni kochankowie", "Miłość klasy średniej". 

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku?
Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna?
W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia?
Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób?
Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”.
Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie?
No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu.
Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste.
Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog?
Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia?
Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić?
Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych?
Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S?
Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres.
Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji?
Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz?
Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Psychologia

Droga do męskości. Gdzie jest granica między światem chłopca a mężczyzny?

Oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca, a jego wyrazem może być męska wyprawa i świadome wprowadzenie syna w męski, dorosły świat. (Fot. iStock)
Oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca, a jego wyrazem może być męska wyprawa i świadome wprowadzenie syna w męski, dorosły świat. (Fot. iStock)
Kiedyś ojciec przeprowadzał przez nią syna, a przejście uświęcał rytuał inicjacji, ważny dla obydwu z nich. Jak jest dzisiaj? 

Artykuł archiwalny.

Wojciech Eichelberger, w książce „Zdradzony przez ojca”, zwraca uwagę na fakt, że dziewczynki przechodzą inicjację w sposób naturalny. Zaczynają miesiączkować, pojawia się krew, ból menstruacyjny – i towarzyszące mu przekonanie: „Jestem kobietą”. Niepodważalne. „Mężczyznom nic tak dramatycznego i potężnego samo z siebie się nie przydarza” – zauważa psychoterapeuta i przytacza opis inicjacji odbywającej się w prymitywnych plemionach po dziś dzień.

Od dzieciństwa chłopcom powtarza się historię, jakoby gdzieś w lesie ukrywał się okrutny potwór, który czyha tylko na okazję, by ich porwać z rodzinnego domu i zabić. I pewnego dnia rzeczywiście: nastoletni chłopcy są uprowadzani przez grupę odzianych w straszne maski, wymalowanych postaci. Nie wiedzą, że to dorośli mężczyźni z plemienia, przebrani, odgrywający tylko rolę potworów. Przez kilka dni naprawdę się boją. Ten strach, samotność, konieczność współpracy w grupie rówieśników przeciwko wspólnemu wrogowi – sprawiają, że wracają do wioski odmienieni. To już nie dzieci pod opieką matki, ale młodzi mężczyźni.

Taka inicjacja z chłopca w mężczyznę wymaga, by opiekun – np. ojciec – pozwolił synowi oderwać się od ciepłego domu, objęć mamy, by dał mu szansę spróbowania swoich sił. Czy w dzisiejszych czasach można tego dokonać? I czym zastąpić dawny rytuał inicjacji? Może dobrym pomysłem jest...

…męska wyprawa

Nordkapp. Przylądek Północny, kilkaset kilometrów za kołem podbiegunowym. Stromy klif wcinający się w wody Morza Norweskiego. Skały, wiatr, przeraźliwe zimno... I metalowy glob – kula ziemska, do której pielgrzymują turyści z całego świata. Bo Nordkapp to miejsce szczególne – koniec międzynarodowej trasy E69 i symboliczny kraniec Europy.

Połowa sierpnia, nocą temperatura spadała do minus siedmiu stopni Celsjusza. W powietrzu wirowały ogromne płatki śniegu, a oni, we trzech, trzęśli się w land roverze. Wichura biła w samochód, momentami mieli wrażenie, że po prostu przesuwa go po płycie parkingu jak drewnianą zabaweczkę.

To była prawdziwie męska wyprawa… Jarosława Kawczyńskiego, jego syna Bartka (15 lat) i przyjaciela Bartka – Michała. Pojechali na Daleką Północ, na Nordkapp. Dlaczego? Bo czasem trzeba pojechać bardzo daleko, żeby odnaleźć… bliskość.

Gdy między ojcem i synem iskrzy

Kawczyńscy mieszkają pod Warszawą – Jarek z żoną Agatą prowadzi kancelarię notarialną. Mają czwórkę dzieci, psa, dwa warany i dwa węże. Lubią wycieczki – zjeździli całą Turcję, kawał Chorwacji, włóczą się też czasami po Polsce. Starają się spędzać czas aktywnie. Pływają na canoe, jeżdżą konno, chodzą po górach.

– Mam świetny kontakt z dzieciakami. Zawsze mi się wydawało, że dobry ojciec to fajny kumpel, który proponuje synom ciekawe zajęcia – tłumaczy Jarek.

Więc proponował latanie na motolotni, ale najstarszy syn, Bartek, wolał pilotowanie małej awionetki. Tata wymyślił Aikido – Bartek wolał boksować. W rodzinie zapanowała więc konsternacja. Gdzie tu boksować? W salonie stoi pianino, a boks to sport brutalny. I tak dalej…

– Jarek chciał spełnić chłopięce marzenie. Gdyby jego ojciec dawniej zaproponował mu coś takiego, to góry przenosiłby ze szczęścia – mówi Agata i dodaje, że pomysł wyprawy dojrzał, kiedy zaczęły się napięcia między Jarkiem a Bartkiem. Kłócili się o wszystko. Wtedy Agata pomyślała, że trzeba ich wysłać na jakaś wyprawa, podczas której sami musieliby zadbać o jedzenie, nocleg..., żadne tam łóżka z czystą pościelą. Chodziło o prawdziwą przygodę, zew natury. I o to, żeby pobyli razem. Zdani tylko na swoje towarzystwo.

Wybór padł na Laponię. Jarek mieszkał tam dwa lata po zakończeniu studiów. Zapamiętał ją jako dzikie miejsce: bezkresne przestrzenie, puste drogi, które przecinają stada reniferów, lokalne knajpki z piwem i rybami, prowadzone przez rosłych właścicieli o wyglądzie Wikingów. I przyroda. Nieujarzmiona, niedostępna, piękna. Zapragnął pokazać ten świat Bartkowi.

– To miał być rodzaj sprawdzianu. Chciałem, żeby Jarek kupił bilety na prom, zrobił zakupy… coś sam załatwił. W dodatku sam by się przekonał, na ile jest odpowiedzialny, samodzielny – przyznaje Jarek.

W niedzielę zapadła decyzja, w poniedziałek siedzieli już w samochodzie, w drodze w kierunku wschodniej granicy. We trzech, z przyjacielem i rówieśnikiem Bartka, Michałem Macutkiewiczem.

Inicjacja to nie jest łatwa sprawa

Jarek nie ingerował w żadną decyzję syna. Powstrzymał się, choć język go świerzbił, gdy zobaczył, że Bartek wrzuca do plecaka… jedynie bawełniane bluzy. To prawda – w Warszawie było ponad trzydzieści stopni, ale tam daleko… Nic nie powiedział. Oczywiście, znając tereny, na które się wybierali, wiedział, że kupienie ciepłych ubrań nie będzie stanowiło problemu. Nie chciał, żeby syn drżał z zimna – chciał natomiast, żeby zrozumiał… że czas pakowania walizek przez rodziców się skończył.

Pierwszego dnia przejechali Litwę. Na nocleg chcieli zatrzymać się w Tallinie. Ale złapała ich potworna nawałnica. Droga wiodła nad samym Bałtykiem. Czasami, spomiędzy kurtyn deszczu, błyskała im jego powierzchnia: spienione fale, czarna kipiel… Woda lała się strugami po przedniej szybie. Jarek zdecydował, że będzie lepiej, gdy zatrzymają się na nocleg na pierwszym dogodnym parkingu, i prześpią w aucie.

– Ten parking był około stu metrów od morza. Fale podchodziły czasami prawie pod sam asfalt! A jaki był łoskot! W środku nocy gdzieś blisko uderzył piorun. Rankiem dopiero okazało się, że uderzył ledwie kilkadziesiąt metrów od nas – opowiada Bartek.

Chłopcy mieli niespecjalne miny, szykując się do snu – do pierwszej nocy bez prysznica i wygodnego łóżka. Dopiero wtedy zrozumieli, że to nie przelewki, a naprawdę poważna wyprawa. Może – przełomowa w ich życiu?

Jarek jeden jedyny raz pożałował tego, że tak zaufał synowi. Zatrzymali się w Finlandii – jeszcze przed kołem podbiegunowym – bo Jarek chciał pokazać chłopakom, jak wygląda przejście lasu liściastego, mieszanego w tundrę. Stanęli na poboczu, a Bartek z Michałem pobiegli w głąb lasu. I… przepadli.

– Odchodziłem od zmysłów. Plułem sobie w brodę za to bajanie o odpowiedzialności, i w ogóle. Jak ja ich znajdę? Jak spojrzę w oczy Agacie? – opowiada.

Miotał się przy aucie przez godzinę. Planował dzwonić na policję, do Polski… A tymczasem chłopcy znaleźli się sami. Przez cały ten czas doskonale wiedzieli, gdzie są – bawili się z dala od szosy, skacząc z kilkumetrowych głazów w gruby, sprężysty mech. Tak jak poprzednio podczas pakowania, Jarek znowu zagryzł zęby. Obyło się bez awantury.

Podróż po szacunek

Nocowali na Nordkapp.

– Rano chłopcy postanowili wykąpać się w Morzu Norweskim, u podnóża klifu. Temperatura oscylowała w okolicach zera… Kąpiel trwała trzydzieści dwie sekundy. Rozebrali się, wbiegli do morza i jeszcze szybciej z niego wybiegli – śmieje się Jarek.

Zwiedzili jeszcze Helsinki i Wilno, z którego przywieźli cały bagażnik chlebów (pół piekarni wzruszyło się, patrząc, jak Polacy ładują samochód po dach chlebem wileńskim).

Cała podróż trwała sześć dni, ale to wystarczyło, żeby wrócili odmienieni.

Opowiada Bartek: – Lepiej się z tatą poznałem. Spędziliśmy razem tyle dni i nocy na malutkiej przestrzeni… Czuję, że on mnie teraz traktuje inaczej niż wcześniej. Chyba ma mnie za doroślejszego. Z  jednej strony jestem szczęśliwy, z drugiej – wiem, że teraz tata oczekuje ode mnie większej odpowiedzialności. Czuję na sobie ten ciężar.

Dzięki tej podróży Jarek uzmysłowił sobie kilka spraw: – Dotarło do mnie przede wszystkim, że Bartek to zupełnie nowe pokolenie. Jak kiedyś jeździłem za granicę, zawsze miałem kompleksy: że nie znam dobrze języka kraju, w którym przebywałem, mało wiem o świecie… A to nie zawsze była prawda. Takie typowe dla Polaka poczucie niższości. Tymczasem młodzi są inni: nawiązują kontakt na równorzędnym poziomie – z Niemcem, Duńczykiem, Finem… O każdej porze dnia, nawet o północy, zalogują się do internetu, poprzełączają się między tymi serwerami i wszystko wiedzą: o której prom, ile kosztuje bilet. W tym sensie radzą sobie lepiej ode mnie – dodaje.

Dotarło do niego coś jeszcze. – W te wakacje zrozumiałem, że Bartek to już nie dziecko. Widziałem, jak patrzyły na niego dziewczyny na promie, słuchałem rozmów chłopaków… To są młodzi, jeszcze niedojrzali, ale już… mężczyźni. Dla ojca to powód do dumy!

Jarek przyznaje też, że dopiero podczas wspólnej wyprawy zrozumiał, że jego syn jest zupełnie odrębnym bytem. Że może chcieć, marzyć inaczej niż on. I że ma prawo do tej odrębności. Dla wielu to oczywistość, dla niego to było olśnienie.

Zdaniem Roberta Bly, amerykańskiego poety i autora książki „Żelazny Jan” – wielu mężczyzn żyje w przekonaniu, że nie sprawdzili się jako ludzie – a dzieje się tak dlatego, że nie czują się szanowani przez tych, których kochali, którzy byli im bliscy. W tym sensie oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca – po który warto jechać setki kilometrów. Nawet na kraniec Europy.

Ojciec i syn jak alpiniści

Bardzo podoba mi się historia tej wyprawy. Pewnie też dlatego, że coraz rzadziej słyszy się o ojcach, którzy świadomie wprowadzają synów w męski, dorosły świat. A szkoda – bo to piękne opowieści. Jako terapeuta zastanawiam się: jakie korzyści może mieć młody chłopak z takiej podróży?

Na pewno cenne jest modelowanie zachowań w trakcie wspólnej wyprawy. Ojciec i syn konfrontują się z sytuacjami trudnymi, niezwykłymi, a czasem nawet nieco niebezpiecznymi, jak noclegi na parkingach czy na samym Nordkapp, w bardzo niskiej temperaturze. To jest okazja, żeby młody chłopak mógł się sprawdzić. I wygrać – świadomość, że sobie poradził, choć nie było łatwo. Ważne jest to, że podróż dzieje się jednak w warunkach kontrolowanych. Na przykład ojciec pozwala synowi popełnić błąd podczas pakowania plecaka. Bartek nie bierze ciepłych ubrań, ale Jarek wie, że te ubrania kupi się po drodze. Nie naraża syna na ryzyko, jednocześnie – pozwala mu się pomylić, nie przewidzieć czegoś. Nie wypomina mu tego, nie wytyka. To bardzo ważne, idzie za tym komunikat: „Masz prawo do błędu, ale nie przejmuj się, jestem obok”. Ja mógłbym dodać tu tylko tyle: warto następnym razem wspólnie przygotowywać listę rzeczy do zabrania, to buduje partnerstwo, poczucie wspólnoty.

Ojciec i syn – to obraz dwóch alpinistów wspinających się w górę grani. Są połączeni liną, jeden zależny od drugiego. W takim układzie trzeba ufać temu drugiemu – ale jednocześnie mieć świadomość, że i ja nie mogę się potknąć, a w razie czego muszę poświęcić zdrowie, nieraz życie, by partnera ratować. W dobrej relacji ojciec i syn też tak powinno być. Ta podróż na Daleką Północ zbudowała poczucie: międzypokoleniowej wspólnoty, wzajemnego zaufania. Z takich chłopaków jak Bartek – dzięki ojcom jak Jarek – wyrastają silni i fajni mężczyźni. Nie boją się wziąć odpowiedzialności za innych, potrafią dać bliskim poczucie bezpieczeństwa. Ale potrafią się też świetnie bawić… skacząc w tundrze z głazów w miękki mech. 

Wojciech Tomaszewski psycholog, terapeuta.