1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie

Bielactwo – zaakceptować i leczyć

Bielactwo obniża jakość życia. I choć częstość występowania bielactwa u obu płci jest jednakowa, to u dermatologów pojawiają się raczej pacjentki niż pacjenci. (Fot. iStock)
Plamy odbarwionej skóry na przykład na policzkach, wokół ust, na dłoniach – to znak bielactwa. Jest ono jedynie defektem kosmetycznym? Czy chorobą, którą można leczyć? Jak żyć z bielactwem? Na te pytania odpowiada dr Monika Wasilewska, dermatolog z Centrum Medycznego Damiana.

Mówimy: bielactwo. A tak naprawdę to dwie choroby. Bielactwo wrodzone i nabyte. Czym się od siebie różnią?
Bielactwo wrodzone, często nazywane albinizmem, to obniżona pigmentacja skóry. Ma podłoże genetyczne – to zaburzenia funkcji enzymów biorących udział w syntezie melaniny. Liczba komórek barwnikowych jest prawidłowa, ale poziom melaniny zmniejszony. Albinizm występuje bardzo rzadko, na świecie to zaledwie 0,005 proc. osób.

A bielactwo nabyte?
Ono z kolei jest dość częste, dotyka nawet do 2 proc. populacji. Jest zaliczane do grupy chorób autoimmunologicznych. Tu, w odróżnieniu od albinizmu, jest zmniejszona liczba komórek barwnikowych, melanocytów. Przyczyny niszczenia melanocytów mogą być różne – autoimmunologiczne, za sprawą stresu oksydacyjnego, w mechanizmie uwalniania mediatorów zapalnych lub zahamowania ich podziału.

Co z leczeniem bielactwa wrodzonego? Jest jakaś szansa czy po prostu „taka uroda” i nie da się nic na to poradzić?
Osoby z albinizmem rzeczywiście urodę mają charakterystyczną. Skóra jasna, czasem wręcz różowawa ze względu na prześwitujące naczynia krwionośne, białe włosy, oczy czerwone. Choć mamy tu kilka typów. Choroba może dotyczyć tylko skóry i jej przydatków (włosy, paznokcie), tylko oczu albo i jednego, i drugiego. Mogą też być różne poziomy mutacji – zmniejszony poziom melaniny albo całkowity jej brak. Czy coś da się zrobić? Jeśli chodzi o terapię, to przyszłością może być zaawansowane leczenie genetyczne – czyli modyfikacja genów już na etapie rozwoju zarodkowego. Ale na razie nie ma takiej opcji. Jedyne, co możemy i co powinniśmy robić, to chronić. Stosować profilaktykę przed ryzykiem uszkodzenia skóry i oczu – od urodzenia praktycznie do końca życia. Preparaty z wysokimi filtrami, częste powtarzanie aplikacji (bez tego może dojść do ciężkich poparzeń, nawet drugiego stopnia!), odzież ochronna, i, co bardzo ważne, okulary z dobrym filtrem, żeby nie doszło do uszkodzenia oczu. Plus regularne kontrole skóry u dermatologa, bo ryzyko rozwoju nowotworów skóry jest tu znacznie większe – także czerniaka, ponieważ takie osoby mają melanocyty, z których wywodzi się ten typ nowotworu.

A co grozi oczom?
Może się rozwinąć fotofobia, czyli nadwrażliwość na światło. Mogą pojawić się oczopląs czy ciężkie zaburzenia widzenia. Związane to jest z ekspozycją na słońce, bo genetycznie te osoby nie mają w tęczówce barwnika, a barwnik reguluje ilość światła, które dociera do siatkówki. Tu nie ma takiej ochrony, więc jest ryzyko uszkodzenia wzroku.

Życie z bielactwem wrodzonym to ciągła ochrona skóry i oczu?
Tak. Oczywiście wiele zależy od klimatu. Większy problem mają chorzy żyjący choćby w Afryce. Więcej światła słonecznego to większe ryzyko uszkodzeń. W Polsce jest mniejsza ekspozycja, więc bezpieczniej, ale także trzeba pamiętać o dobrej fotoprotekcji.

Narzekamy, że mało u nas słońca, w przypadku bielactwa to może być plus.
Tak. Ja zresztą zawsze każdego namawiam do ostrożności. Często dopiero w starszym wieku zaczynają wychodzić różne zmiany, nowotwory skóry, takie jak rak podstawnokomórkowy, rak kolczystkokomórkowy czy czerniaki – to też pokłosie mody na korzystanie z solarium w wieku nastoletnim, dziś na szczęście jesteśmy już mądrzejsi. Zresztą obowiązuje zakaz prawny korzystania ze „sztucznego słońca” dla osób poniżej 18. roku życia.

Bielactwo nabyte to inna historia. Pojawia się w jakimś momencie życia – co wtedy?
Najczęściej ujawnia się po 20. roku życia. Na przykład długi, traumatyczny stres może wyzwolić pojawienie się zmian bielaczych, czyli odbarwionych plam na skórze. Ale tu też ma znaczenie podłoże genetyczne. Nie jest tak, że każdy, kto przeżył duży stres, będzie miał bielactwo. Ta osoba musi mieć genetyczne predyspozycje do chorób autoimmunologicznych. Wtedy pod wpływem stresu może się wyzwolić choroba. Oczywiście poziom stresu dla różnych ludzi może być różny. Dla jednego będzie to niezdany egzamin, dla innego śmierć bliskiej osoby.

Zaczyna się od jednego miejsca, gdzie skóra się odbarwia?
Tak, to często: twarz, dłonie, okolice naturalnych otworów ciała, czyli wokół ust, oczu czy strefy anogenitalnej. Jeśli plamy pojawiają się na twarzy czy rękach, czyli w miejscach widocznych, mogą stanowić dodatkowe źródło stresu.
Niestety. To ważna kwestia. Bielactwo obniża jakość życia, trzeba o tym pamiętać. I choć częstość występowania bielactwa u obu płci jest jednakowa, to u dermatologów pojawiają się raczej pacjentki niż pacjenci. Mężczyźni częściej akceptują tego typu defekty i nie podejmują leczenia. A to błąd. Ważne, by zgłosić się do dermatologa, bo to jest choroba, nie jedynie defekt estetyczny. Często bielactwu nabytemu towarzyszą inne choroby autoimmunologiczne czy zapalne. Kiedy pacjent pokazuje zmiany skórne, zalecamy diagnostykę w kierunku chorób autoimmunologicznych tarczycy, bo często bielactwo nabyte współistnieje z hashimoto. Pojawienie się odbarwień na skórze może być pierwszym sygnałem rozwijającej się choroby autoimmunologicznej czy zapalnej.

Co możemy z tym zrobić? Znowu „taka uroda” i tyle?
Tu już mamy narzędzia, by pomóc. Postępowanie zależy od tego, jaka powierzchnia ciała jest zajęta, jaki jest typ bielactwa, fototyp czy wiek pacjenta. Czy to bielactwo segmentalne, gdzie zmiany pojawiają się w obrębie jednego dermatomu – na przykład na rękach, wokół oczu. Czy niesegmentalne – które jest częstsze, bo aż u 90 proc. pacjentów z bielactwem nabytym – gdzie plamy bielacze rozsiane są chaotycznie na całym ciele; człowiek, przepraszam za porównanie, wygląda jak dalmatyńczyk, tyle że zamiast czarnych plamek ma plamy z odbarwionej skóry.
Jeśli zmiany zajmują mniej niż 20 proc. powierzchni ciała, stosujemy leczenie miejscowe. Trzeba je rozpocząć jak najszybciej. Jeśli ktoś ma plamy bielacze i przez pół roku nie pojawiają się nowe, uznajemy to za stabilną postać. Gdy nie otrzymamy po leczeniu satysfakcjonującej pacjenta repigmentacji, wtedy możemy myśleć na przykład o leczeniu chirurgicznym – choćby o wykonaniu naskórkowego autologicznego przeszczepu.

I sprawa jest załatwiona czy istnieje ryzyko, że, powiedzmy, za rok w innym miejscu pojawi się kolejna zmiana?
Ryzyko, niestety, jest. Bielactwo jak każda choroba autoimmunologiczna jest nieprzewidywalne. Może być tak, że przez lata nic nowego się na skórze nie dzieje, ale na przykład pojawiają się choroby dodatkowe, które stanowią stres dla organizmu, i bielactwo znowu się uruchamia. Albo jesteśmy poddani silnemu stresowi zewnętrznemu – to wszystko czynniki, które mogą uaktywnić chorobę. Leczenie służy do stabilizacji choroby, może dawać repigmentację, czyli powrót barwnika, ale nie wyleczy. Nie da się zlikwidować przyczyny choroby, a tym samym ryzyka nawrotów. Możemy jedynie leczyć objawy, łagodzić je i zapewniać lepszy efekt estetyczny, by pacjent miał większy komfort psychiczny.

A leczyć trzeba, bo jeśli się pojawi odbarwienie, to musimy się troszczyć o tę skórę tak samo jak przy bielactwie wrodzonym?
Tak, jest zwiększone ryzyko nowotworów. Ekspozycja odbarwionej skóry na słońce to wyższe ryzyko uszkodzeń niż u osoby z normalną pigmentacją. Zalecane są wysokie filtry. Można też sięgać po specjalne wyroby medyczne, które de facto są filtrami o faktorze SPF wyższym niż 50. Plus regularne wizyty u dermatologa na przegląd skóry pod kątem zmian nowotworowych. To podstawa.

Jakie poza przeszczepem mamy sposoby leczenia?
Jeśli bielactwo ograniczone jest do 20 proc. ciała, możemy stosować leczenie miejscowe. Złoty standard to glikokortykosteroidy pod postacią kremów czy maści. Dorosłym zalecamy najmocniejsze preparaty, używamy ich codziennie przez minimum trzy miesiące i oceniamy efekt. Jeśli powraca barwnik, mamy około 75 proc. repigmentacji, terapię kontynuujemy, ale już co kilka dni.
U dzieci stosujemy słabsze preparaty glikokortykosteroidów. Mamy jeszcze inne leki, takie jak inhibitory kalcyneuryny – substancje niebędące sterydami, ale też o działaniu przeciwzapalnym. Są bezpieczne, zalecamy używanie ich w okolicach wrażliwych na skutki uboczne terapii sterydowej, jak twarz czy okolice narządów płciowych.

A co, kiedy zmiany są bardziej rozległe?
Jeśli zajmują blisko 80 proc. powierzchni ciała, wskazana jest fototerapia – głównie wąskopasmowe UVB, które jest bezpieczne i skóra po repigmentacji wygląda naturalnie. To naświetlanie lampami o długości fali 311 nanometrów, ok. trzy razy w tygodniu. Lampy powodują wyciszenie procesu zapalnego, a przez to zahamowanie niszczenia melanocytów. Najczęściej zaczynamy od 20 naświetlań. Jeśli są efekty, można przedłużyć i do trzech miesięcy. Generalnie leczenie bielactwa jest trudne. Zależy od momentu, w którym pacjent się zgłasza, i od tego, czy występują jednocześnie choroby towarzyszące. Jeśli tak, dermatologiczne leczenie może być mniej efektywne.

I rzeczywiście koloryt skóry może się wyrównać?
Jeśli wcześnie zaczniemy terapię, mamy dużą szansę, że repigmentacja się pojawi. Na przykład połączenie lasera ekscymerowego o długości fali 308 nanometrów z inhibitorami kalcyneuryny daje bardzo dobre efekty – jest to terapia zatwierdzona przez amerykańską FDA (Food and Drug Administration). Na etapie badań klinicznych są nowe leki – inhibitory szlaku JAK-STAT, z którymi wiążemy duże nadzieje.
Możemy też na czas terapii zaproponować pacjentowi kamuflaż. Są tak zwane covery, medyczne kosmetyki do makijażu, także ciała, które maskują zmiany. Chory wygląda lepiej, więc lepiej się czuje, a to pomaga w leczeniu.

Natomiast jeśli zmiany są bardzo rozległe, powyżej 80 proc. powierzchni to, zwłaszcza u osób o ciemniejszym zabarwieniu skóry, jest opcja odwrotna – nie repigmentacja, ale odbarwienie normalnej skóry. Mamy leki, które tak działają, i w uzasadnionych przypadkach takie leczenie może dać lepszy efekt estetyczny.

Przy chorobach autoimmunologicznych, jak hashimoto, dużo mówi się o właściwym trybie życia. O zdrowej, przeciwzapalnej diecie, a także o redukcji stresu, dbaniu o dobrą formę fizyczną i psychiczną. Czy w przypadku bielactwa jest podobnie?
To ważny aspekt terapii. Bielactwo jest chorobą, którą widać, pacjent jest stygmatyzowany, to dodatkowy stres. Ponad połowa osób z bielactwem ma zaburzenia depresyjne. Kiedy widzimy, że chorzy wymagają wsparcia psychologicznego, kierujemy ich do specjalisty. Często włącza się leki przeciwlękowe czy antydepresyjne. To może ułatwić leczenie i zahamować postęp choroby. Na szczęście coraz więcej osób jest na to otwartych, traktuje to jako jeden z elementów terapii.

Dziś trudno ograniczyć stres…
Ale można nauczyć się, jak na ten stres reagować. O jeszcze jednej sprawie trzeba pamiętać: leczenie wymaga cierpliwości. Efekty nie pojawią się od razu i nie od razu będą spektakularne. Na ogół pacjenci to rozumieją, choć bywają i tacy, którzy po miesiącu zarzucają leczenie. Dziś wszystko ma być szybko. A tu się nie da.

A co, jeśli komuś zmieniony wygląd nie przeszkadza?
Niektórzy bielactwo akceptują. Są modelki, które pokazują się na okładkach magazynów z rozległymi plamami na skórze. I okej. Jedno zastrzeżenie: można nie walczyć o wyrównanie kolorytu skóry, ale nie wolno zaniedbywać profilaktyki przeciw nowotworom skóry i regularnych wizyt u lekarza.

Monika Wasilewska, dermatolożka i wenerolożka. Pracuje w Klinice Dermatologii i Wenerologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i w Centrum Medycznym Damiana.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze