fbpx

Doskonały aparat sprawiedliwości

Wizytę u dentysty przeszedłem jak spacerek. Choć na początku było trochę ciężko. Zwłaszcza gdy w poczekalni przypomniałem sobie cioteczną prababcię, która przed laty dbała o moje zęby. W szczękę wtykała mi okrutne wiertło, które wprawiała w ruch napędzanym nogą kołem zamachowym.

Na znieczulenie przy tak drobnych zabiegach nie było wtedy szans. Po tych traumatycznych wspomnieniach chciałem dać nogę. Skończyło się dobrze. Pani doktor z pomocą dwóch pielęgniarek i szatniarza wciągnęła mnie do gabinetu. Po znieczuleniu było już jak w raju. Po wizycie byłem gotów zmówić modlitwę dziękczynną za wszystkich wynalazców. Ale przyszła refleksja: czy wszystkie wynalazki należy przyjmować z równym zachwytem jak nowoczesny fotel dentystyczny? Co się stanie, gdy w urzędzie patentowym zostanie zarejestrowany elektroniczny deszyfrator myśli?

Oczywiście można uznać, że to wydumane obawy rodem z filmów science fiction. Deszyfratora nie sposób przecież skonstruować – zaprotestujemy. W istocie niebezpieczeństwo jest bardzo realne. Od prawie stu lat istnieje urządzenie, które pozwala kontrolować naszą pamięć. To poligraf potocznie nazywany wykrywaczem kłamstw. Monitoruje reakcje organizmu: ciśnienie krwi, częstotliwość oddechu, potliwość skóry, i na tej podstawie ustala, czy w pamięci danej osoby istnieje zapis konkretnych zdarzeń. Nieważne, czy badany kłamie, czy mówi prawdę. Nieważne są wypowiadane słowa, ale reakcje organizmu. Jaka jest skuteczność urządzenia? Przeciwnicy przywołują rosyjskiego szpiega Aldricha Amesa, któremu przed laty dwa razy udało się zmylić poligraf. Opanowanie jogi może umożliwiać kontrolę nad ciśnieniem czy oddechem, ale zdaniem fachowców nie da się zapanować nad wilgotnością skóry. W ich opinii przy dzisiejszej technice urządzenia nie da się oszukać. Zatem najintymniejsze sekrety pamięci mogą przestać być tajemnicą. Teoretycznie poligraf powinien wyeliminować zbrodnię doskonałą. Powinien także spowodować zmierzch klasycznej powieści detektywistycznej. Na nic nie przyda się perfekcyjnie przygotowane alibi. Może je zweryfikować maszyna, analizując reakcje organizmu.
 
Co ciekawe, dysponując takim skarbem, sąd nie chce z niego korzystać. Spotykam się z setkami spraw, gdzie oskarżeni błagają o badanie poligrafem. Odmowę sąd uzasadnia niedoskonałością metody, powołując się na literaturę sprzed kilkudziesięciu lat. Rzeczywisty powód odmów wydaje się odmienny. To chęć obrony człowieka przed dominacją maszyny. Człowiek chciałby być nieomylny i niezastąpiony. W klasycznym procesie sąd analizuje dowody i na ich podstawie czyni sprawiedliwość. Istnieje zagrożenie, że dużo skuteczniejsza i sprawiedliwsza może okazać się maszyna.

O ludzkim losie nie powinny decydować śrubki, tryby i kable, ale aż głupio nie korzystać z pomocy tak kompetentnego współpracownika. Stoimy przed etyczną dyskusją, na ile można pozwolić, by urządzenia wdzierały się w naszą pamięć czy myśli. Obecnie prawo dopuszcza takie badanie za zgodą zainteresowanego, ale czy to nie za mało? Czy każdy, kto czuje się zagrożony przez aparat sprawiedliwości, nie powinien mieć gwarancji przeprowadzenia badania?
 
Gdy sądy starają się ignorować poligraf, wzbudza on zainteresowanie osób prywatnych. Na badania coraz częściej stawiają się panowie zaciągnięci przez swoje małżonki żądające, by dowiedli swojej wierności. Zapewne pojawią się pomysły wyborców, by kandydaci do publicznych funkcji badaniem potwierdzali prawdziwość swoich deklaracji. Pokus jest wiele. Prawo może ograniczyć przeprowadzanie badań w życiu publicznym. Gorzej ze sferą prywatną. Jak odmówić małżonce żądającej takiego dowodu uczuć. Tu nie uchronią nas konstytucyjne gwarancje wolności. Może się okazać, że skleroza stanie się jedynym wybawieniem.