fbpx

Drogi wszystkich prowadzą do barów

Drogi wszystkich prowadzą do barów
Corbis

Najciekawsze są te najstarsze. Te, w których pijali Hemingway, Scott Fitzgerald, Dorothy Parker, Frank Sinatra. Te, w których łamiąc prohibicyjne prawo, dorabiała się majątku rodzina Kennedych, gdzie balowali wspólnie mafiosi i szefowie policji, debiutował Bob Dylan, a Francis Ford Coppola pisał scenariusz „Ojca chrzestnego”. Bary Nowego Jorku

„Nie zrozumiesz amerykańskiej literatury, jeśli nie wypijesz kilku głębszych w nowojorskim barze” – twierdził Ernest Hemingway. Chcesz poznać to miasto? Zacznij od barów – potwierdzają nowojorczycy. Przy kuflu piwa spotykali się i spotykają politycy, artyści i zwykli śmiertelnicy. Bary to najważniejsze miejsce na ziemi, a bywanie w nich to styl życia, ba, jego filozofia. Zdarza się, że stali bywalcy, spisując ostatnią wolę, proszą o przekazanie urny ze swymi prochami do… ukochanego baru właśnie.

Onieal’s Grand Street Bar, we włoskiej dzielnicy Nowego Jorku, tłoczno. Podekscytowane dziewczyny w czarnych koszulkach z napisem „Seks w wielkim mieście” zamawiają różowe martini, takie jak w filmie. – Może zobaczymy Sarah Jessicę Parker! – podgrzewa atmosferę czarnoskóra przewodniczka. Zawodowa. Bo bar jest celem zorganizowanych wycieczek dla wielbicielek serialu. To tutaj bohaterowie „Seksu w wielkim mieście” umawiają się na drinka, stąd wyruszają na randki. Wycieczka wzdycha i popiskuje, a siedzący w rogu facet w średnim wieku wzrusza ramionami. Nie zwabiła go tu chęć zobaczenia na żywo Sarah Jessiki ani możliwość podrywu. Jak każdy szanujący się nowojorczyk za punkt honoru uznał wypicie piwa w miejscu, które przez dziesiątki lat widziało niejedną aferę z udziałem największych bossów tutejszej mafii i… policji.

Na początku Onieal’s Bar był knajpą, szulernią i burdelem dla okolicznego półświatka. Z czasem zagnieździła się w nim mafia. Ale złote lata to czas po 1909 roku, kiedy po przeciwnej stronie wąskiej uliczki wybudowano potężny gmach głównej kwatery policji. Właściciele Onieal’s Baru zwietrzyli od razu… złoty interes. Robotniczo-mafijna speluna zyskała elegancki sznyt, a pod uliczką z kocimi łbami wykopano tunel łączący siedzibę stróżów porządku z barem. W piwnicy urządzono dla nich tajny lokal!
– Gdyby ściany tego baru potrafiły mówić, byłyby koronnym świadkiem w procesie o korupcję władz Nowego Jorku i nowojorskiej policji – powiedział w 1933 roku nowo wybrany burmistrz miasta Fiorello LaGuardia, który wydał wojnę przestępczemu światu.

Kolejną grupę bywalców lokalu stanowili żurnaliści – przez wiele lat bar był świetnym punktem obserwacyjnym i kopalnią sensacyjnych tematów. W dziennikarskim światku zwano go nawet press roomem. Przyciągał nie tylko pospolitych łowców sensacji, ale też wielkich mistrzów pióra. Przesiadywali tu Ernest Hemingway, Arthur Miller i wielu innych. Tajemniczy tunel łączący prawo z przestępczością intrygował wszystkich, ale mało kto miał szczęście go zobaczyć. Oficjalnie istnienie podziemnego przejścia i podziemnej spelunki potwierdzono dopiero w 1973 roku, kiedy to budynek policji zamieniono na mieszkania dla milionerów. – Onieal’s Bar to najlepsze miejsce do pracy nad filmem o mafii – żartował Coppola, który spędzał tutaj całe dnie, pisząc scenariusz do „Ojca chrzestnego”.

Wczesne popołudnie w Pete’s Tavern przy 18. Ulicy. Pustawo tu o tej porze i spokojnie. Ale to XIX-wieczne, mroczne wnętrze nęci tajemnicą i skandalem. I to z najwyższych sfer. Na ścianach dziesiątki zdjęć. Wśród znanych artystów i mafiosów piękna Jackie Kennedy uśmiecha się do męża prezydenta. A z portretu spogląda założyciel rodu Kennedych – Joe.

Richard McDermott, historyk zafascynowany dziejami Nowego Jorku, przesiaduje często w Pete’s Tavern. – Lubię wypić piwo w miejscu, w którym bywał Mark Twain, to mój ulubiony pisarz – mówi. – I dlatego tu przychodzę. Owszem, widywałem Teda Kennedy’ego, Jackie, jej syna Johna. Do dziś rodzina Kennedych darzy bar szczególnym sentymentem. Bowiem tutaj w czasach prohibicji Joe Kennedy magazynował przemycany z Kanady alkohol rozprowadzany później po całym kraju. Liczni nowojorscy i waszyngtońscy politycy załatwiali natomiast w Pete’s Tavern swoje ciemne interesy. I tak tatuś późniejszego prezydenta dorobił się fortuny i politycznych wpływów.

A kiedy John Kennedy został prezydentem i wścibscy dziennikarze przypomnieli Amerykanom historię jego ojca, do baru ruszyły tłumy.

 

Dziś Pete’s Tavern uchodzi za największą filmową gwiazdę wśród nowojorskich barów. Coppola kręcił tutaj „Cotton Club”, Milosz Forman „Ragtime”, Woody Allen „Tajemnice morderstwa na Manhattanie”. Większość telewizyjnych reklam piwa Samuel Adams i Miller powstaje w tym wnętrzu. To ulubiony bar Ala Pacino i byłego burmistrza Nowego Jorku Rudiego Giulianiego.

Foto: Corbis

White Horse Tavern przy nabrzeżu rzeki Hudson w West Village to mekka burzycieli porządku publicznego, lewicujących artystów i amerykańskich egzystencjalistów.

Pod koniec lat 40. West Village odkryli artyści. Uboga, robotnicza dzielnica przyciągnęła ich malowniczością, tanimi mieszkaniami i tolerancją. Znaleźli tu dach nad głową żołnierze wracający z wojny, geje i wszelkiej maści outsiderzy. I nikt nie wie, dlaczego upodobali sobie właśnie White Horse.

W tej raczej ponurej knajpie tworzyli i pili (kolejność bywała odwrotna) Allen Ginsberg, Jack Kerouac, Neal Cassady, Dylan Thomas. Na „tajnych” spotkaniach autorskich Henry Miller rozdawał swoją zakazaną przez cenzurę powieść „Zwrotnik Raka”. Miller był guru bitników, a z czasem hippisów. „Zwrotnik Raka” był zaś biblią seksualnej rewolucji lat 60. Obrazoburczy charakter powieści i miejsce na czarnej liście sprawiły, że do baru ciągnęły pielgrzymki zwolenników nowej herezji. I wszyscy, jak pisał w 1956 roku dziennik „Daily News”, „mącili w głowach studentom, pili, ćpali, słuchali głośnej muzyki i burzyli amerykańskie wartości”. Śmierć Dylana Thomasa, młodego, utalentowanego poety, który zapił się w barze na śmierć, zaszokowała wszystkich i przebudziła na chwilę z alkoholowo-narkotycznego snu.

Do White Horse ciągnęły i ciągną pielgrzymki wielbicieli Thomasa. Chcą poznać atmosferę miejsca, w którym pisał i pił. Co roku w rocznicę jego śmierci, 9 listopada, przy okrągłym stole siadają tutaj w skupieniu nowojorscy artyści i studenci i wywołują jego ducha. – Podobno czasami przychodzi, ale trzeba mieć cierpliwość i mocną głowę – twierdzi John Czerkowicz, wykładowca z Montclair University, bywalec baru.

W Nowym Jorku mówi się, że gdyby nie White Horse, nie byłoby również innego Dylana. W 1961 roku młody Bob Zimmerman porzucił rodzinną Minnesotę, aby z gitarą śpiewać w nowojorskich parkach i barach. Ten buntownik z głębokiej prowincji pisał wiersze, grał i wielbił Dylana Thomasa. Kiedy trafił do White Horse, miał powiedzieć: „Dylan, twój duch tchnął we mnie nowe życie”. I od tej chwili nazywa się Bob Dylan. Sławny dziś bard zagląda tu często i zawsze siada przy stoliku, przy którym tworzył i pijał jego ulubiony poeta.

McSorley’s Old Ale House przy 7. Ulicy w East Village jest drugim domem barmana Pepe, syna ukraińskich emigrantów, który tak naprawdę nazywa się Steven Zwaryczuk. – Pamiętajcie o naszym motto: Be good or be gone (zachowuj się lub spadaj)! – ostrzega Pepe wchodzących, stawiając kolejne kufle z piwem. – To najstarszy bar w Nowym Jorku. Od ponad 150 lat nic się tu nie zmieniło. Nawet koty, które od zawsze znajdują u nas wikt i miłość, wabią się nieodmiennie Stinky i Minnie. Tylko trociny na podłodze są codziennie świeże.

 

Pepe lubi opowiadać o McSorley’s. O tym, że przy pokrzywionych ze starości stołach pijali tu piwo młody Abraham Lincoln, Scott Fitzgerald, Humphrey Bogart, Andy Warhol, Mick Jagger, Bill Clinton.

Kiedy stary McSorley umierał, syn przyrzekł mu, że niczego w barze nie zmieni i że nigdy babska noga w nim nie stanie. Tych zasad przestrzegali kolejni właściciele. Aż do 1970 roku nie wpuszczano tutaj kobiet!

– Łatwiej powiedzieć, kogo u nas nie było – mówi. – A zasada jest zawsze taka sama: nie mamy specjalnych stolików dla specjalnych gości. Wszyscy siedzą i piją razem.

Każdy, kto choć raz wypił tutaj kilka piw, zostawia coś po sobie. Policjanci – odznaki, strażacy – hełmy, dziennikarze – artykuły, pisarze – książki z autografami. Na ścianach nie ma wolnego miejsca, półki uginają się od pamiątek.

Tradycja i twarde reguły gry – taka była życiowa filozofia Johna McSorleya, Irlandczyka, który w 1854 roku otworzył ten lokal. Kiedy stary McSorley umierał, syn przyrzekł mu, że niczego w barze nie zmieni i że nigdy babska noga w nim nie stanie. Tych zasad przestrzegali kolejni właściciele. Aż do 1970 roku nie wpuszczano tutaj kobiet!

Zupełnie inaczej jest w barze Elaine’s przy skrzyżowaniu 2. Alei i 87. Ulicy. Właścicielka, ponad osiemdziesięcioletnia Elaine Kaufman, jest królową amerykańskiej bohemy, a jej lokal niemal świątynią sztuki.

– To niezwykłe miejsce, w którym sztuka przenika się ze skandalem – wspomina aktorka Elżbieta Czyżewska, która od lat przesiaduje w Elaine’s. – Bywali tutaj Federico Fellini, Leopold Stokowski, Frank Sinatra, Roman Polański, Jerzy Kosiński, John Lennon, Robert Altman, chyba wszyscy liczący się amerykańscy twórcy i politycy. W barze polski element – plakat filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie”, w którym grałam. Przyniosłam go kiedyś Elaine w prezencie i do dziś wisi na ścianie.

Zanim Elaine Kaufman została królową amerykańskiej bohemy, klepała biedę i walczyła o przetrwanie. Nędzny bar przy 87. Ulicy kupiła w 1963 roku w odruchu desperacji. Rzuciła wtedy ukochanego Alfreda i próbowała zacząć nowe życie. Bar z kilkoma stolikami nie wróżył sukcesu. Na szczęście do tej robotniczej dzielnicy zaczęli przeprowadzać się artyści. U Elaine za kilka dolarów mogli zjeść, wypić i pogadać o sztuce. Szybko rozeszła się wieść, że jest w Nowym Jorku bar, w którym spotykają się artyści, a właścicielka ich kocha.

Woody Allen, nowojorczyk stuprocentowy, neurotyczny i zagubiony, sączył w Elaine’s tanie chianti, pisząc scenariusz do „Manhattanu”. Kilka scen filmu rozgrywało się w tym barze. No i tu poznał dwie swoje długoletnie muzy – Diane Keaton i Mię Farrow.

Misza Barysznikow, sławny tancerz i aktor, wprowadził do baru rosyjski zwyczaj picia czystej wódki. Po kilku głębszych tańczył z krzesłami najsłynniejsze baletowe role.

Głodujących, ale utalentowanych ludzi pióra Elaine żywiła i poiła za darmo. Zanim Winston Groom napisał „Forresta Gumpa” i zdobył sławę, przychodził do Elaine na „kolacje na kredyt”. Kiedy na podstawie jego książki nakręcono film, a on stał się sławny i bogaty, wręczył właścicielce 100 róż. – Dzięki tobie nie umarłem z głodu – powiedział, dołączając do kwiatów czek na pokaźną sumę. Elaine podziękowała, dodając: – Od dzisiaj płacisz za wino podwójnie.

Elaine Kaufman jest nowojorskim fenomenem. Z prostej dziewczyny, która z trudem ukończyła średnią szkołę, stała się gwiazdą wśród gwiazd. U Elaine bywać należy.