fbpx

Prokuratorskie chochliki

Recepta na pasjonujący thriller jest prosta: bohater zostaje wmieszany w kryminalną intrygę. Zbieg przypadków powoduje, że staje się głównym podejrzanym walczącym o udowodnienie niewinności.

Film „Ścigany” z Harrisonem Fordem to nie wymysł hollywoodzkich scenarzystów – inspiracją była historia dr. Shepparda oskarżonego o zabicie żony i skazanego na dożywocie. Odsiedział on dziesięć lat, zanim okazało się, że padł ofiarą pomyłki śledczych. Niewinny obywatel może się dostać w tryby wymiaru sprawiedliwości z powodu mylnych poszlak, ale także na skutek zwykłego urzędniczego błędu.

O poranku zadzwonił do mnie mężczyzna błagający o jak najszybsze spotkanie. Pojawił się blady, ręce mu się trzęsły, a głos załamywał. Uznałem, że sprawa musi być poważna, jedną z moich hipotez było zabójstwo w afekcie. Roztrzęsiony gość wyjął wymięty skrawek papieru, twierdząc, że jako podejrzany ma się następnego dnia zgłosić w prokuraturze. Próbowałem ustalić, co przeskrobał.

– Nie mam pojęcia – tłumaczył. – Całą noc nie spałem, dzień po dniu analizując swoje życie, i nie przypominam sobie niczego, o co mógłby się do mnie przyczepić prokurator. I co teraz będzie, panie mecenasie?

Mężczyzna był monterem i z jego relacji wynikało, że wiedzie żywot tak pobożny, że mógłby z niego brać przykład Franciszek z Asyżu. Poprosiłem go o pokazanie wezwania. Numer paragrafu wskazywał, że jest podejrzany o łapówkarstwo. Coś mi się nie zgadzało. Monter nie sprawuje funkcji publicznej, a zatem nie mógł popełnić takiego przestępstwa. Podejrzewając, co się mogło stać, wykonałem telefon do prokuratury. Trop okazał się właściwy. Najzwyczajniej pomylono formularze i mężczyznę wezwano jako podejrzanego zamiast jako świadka. Usłyszawszy, że jest niewinny, niedoszły skazaniec nie mógł powstrzymać łez szczęścia.

Innym razem do mojego gabinetu wpadł z obłędem w oczach inny klient. „Zabiłem ją, zabiłem” – powtarzał. Broniłem go w sprawie o nieumyślne spowodowanie wypadku, w wyniku którego kobieta złamała rękę. Nijak się to miało do morderstwa, o którym mówił. Gość twierdził, że ofiara tego wypadku w konsekwencji odniesionych ran zmarła. Zdziwiłem się, bo rzadko się zdarza, by ktoś umierał po nieskomplikowanym złamaniu ręki. Postanowiłem zweryfikować informacje mojego klienta.

– O, tu wszystko jest napisane – pokazał mi akt oskarżenia. Istotnie, widniało tam czarno na białym, że ofiara wypadku zeszła. Jednak opis zdarzenia nie odpowiadał sprawie, którą prowadziłem. Zagadkę wyjaśnił jeden telefon. Otóż przygotowujący dokumenty prokurator przez nieuwagę uśmiercił pokrzywdzoną na papierze. Klient skakał ze szczęścia, dowiedziawszy się, że ta śmierć to po prostu urzędnicza pomyłka.
 
Niecodzienne przygody z prokuraturą przeżył również mój kolega. Do mieszkania jego rodziców o świcie wtargnęli policjanci z nakazem jego zatrzymania. Niestety go nie zastali, mieszkał już pod innym adresem. Funkcjonariusze wyruszyli na dalsze poszukiwania, ale w obcym mieście pogubili drogę i nie dotarli do celu. W tym czasie ścigany, poinformowany przez rodziców, co się dzieje, sam pojechał do prokuratury wyjaśnić sprawę. Na wstępie pani prokurator zbeształa go, że ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości, a następnie odczytała mu litanię zarzutów, za które miał zostać zatrzymany. Chłopak zbaraniał, bo w żadnym z opisanych zdarzeń nie uczestniczył. Zagadkę udało się rozwiązać bardzo szybko – prokurator pomyliła osoby. Ustaliwszy dane i zawód domniemanego przestępcy, odszukała jego adres w informacji i nakazała zatrzymanie. Nie przyszło jej do głowy, że może być kilka osób o tym samym nazwisku i profesji. Po wyjaśnieniu sprawy kolega nie doczekał się przeprosin.

Każdemu z nas mogą się przytrafić wpadki, jednak te, które przydarzają się w prokuraturze, są wyjątkowo dotkliwe w skutkach. Wkrótce po wspomnianych wypadkach pani prokurator awansowała. Grunt to się nie peszyć.