fbpx

Rodzę! Przyjeżdżajcie

W nocy z 7 na 8 lutego 2008 roku trafiła na półki moja pierwsza solowa płyta – Pinnawela „Soulahili”, pierwsze dziecko naszej wytwórni Penguin Records. Jak się później okazało, tej samej magicznej nocy poczęliśmy z kolegą córeczkę.

Mała duszyczka latała nad stolicą i spośród milionów kochających się wówczas par wybrała nas. Chciałabym jej tu gorąco podziękować za zaufanie, jakim nas obdarzyła, oraz za postawienie mnie do pionu. Kiedy rodzi się dziecko, ty jakby znikasz, zamieniasz się w czujność. Nie zdążasz przejrzeć się w lustrze, siedzisz w obserwatorium. Zawsze chciałam jakoś tam trafić, chociaż na krótki odpoczynek od noszenia zbyt ciężkiej głowy. Próbowałam drogą wyrzeczeń, ćwicząc jogę o siódmej rano, kończąc związki, wykluczając nabiał, ścinając włosy. Ciągle szukałam drogi do poczucia świeżej lekkości. Okazało się, że pozorne obciążenie wielką odpowiedzialnością, jaką jest opieka nad bezbronnym, małym człowiekiem, zdejmuje z nas ciężar bycia sprecyzowanym, tkwiącym w systemie twardych poglądów bohaterem.

Kiedy byłam w ciąży, zastanawiałam się, co będzie sprawiało mi największą trudność w ogarnięciu się po narodzinach małej. Najbardziej bałam się proszenia o pomoc. Mieszkam sama, sama tworzę swoje piosenki, jestem samowystarczalna, a tu nagle mam zadzwonić i przyznać, że potrzebuję wsparcia? Wciąż nie dzwonię, ale moja rodzina i przyjaciele dobrze mnie już poznali i sami napierają z odwiedzinami, czego bardzo potrzebuję, acz nieoficjalnie. Powoli zaczynam śmiać się ze swojego martyrologicznego heroizmu.

Uważam, że terminy „ciąża” i „kobieta brzemienna” powinno wykluczyć się ze słownika. Pozostawmy tam tylko „stan błogosławiony”. Jak bardzo podniósłby się poziom energii generalnej, gdyby lekarze i pacjentki, i pan, pani – społeczeństwo zastąpiło te słowa. Dla niektórych stan ten – w nieślubnej scenerii, skomplikowanej jak w „Modzie na sukces” sytuacji sercowej, w zawodzie szansonistki (z brzuchem na scenie), na Pudelku i Kozaczku – wyglądał gorsząco.

Czytałam na forum, że zawsze byłam brzydka, a teraz jeszcze jestem gruba i że kobieta w ciąży powinna siedzieć w domu i co najciekawsze, acz mało związane ze sprawą, że jestem podobna do Marii Kaczyńskiej. Dla mnie jednak czas ten był totalnym rozgrzeszeniem z bezsensu i egoizmu egzystencji. Lekarze zalecają ciężarnym polegiwanie, coś, co w normalnym trybie przywodzi poczucie winy i bezproduktywności, a ja czułam, że sam fakt, że jem, śpię, oddycham, ma sens większy niż wszystkie dotychczasowe czynności, że mój spokój jest misją samą w sobie. Jako że zostałam ciężarną singielką, przyzwolenie na smutek i samotność były konieczne, ale bez niezdrowego buntu. Niedopuszczanie do stanu histerii wymaga skupienia i totalnej akceptacji swojej sytuacji. To było moim zadaniem.

Matylda urodziła się w dziewięćdziesiątą rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, spektakularnie. Darłam się jak na filmach, bo bez znieczulenia, ten ból poniekąd sprawiał mi frajdę, a ona, jak tylko wylądowała na moim brzuchu, od razu przyssała się i totalnie wiedziała, czego chce. Nie chciałabym jej kształtować, tylko wspierać i z fascynacją obserwować, co nowego wprowadzi do świata.

Moja siostra z narzeczonym twierdzą, że mała już uratowała im życie. W noc porodu spali w domku pod Warszawą, który powoli ulegał zaczadzeniu. Mój telefon o treści: „Rodzę! Przyjeżdżajcie!”, wybudził ich ze snu. Trzy dni po jej urodzeniu miała premierę wzbogacona reedycja mojej płyty. Bozia mocno synchronizuje moje życie… muszę chyba uważać przy premierze drugiej płyty. Albo znaleźć do tej pory męża.