1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

 Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.
Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.
Zobacz galerię 2 Zdjęć
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” osiągnęła pełnoletniość. Po raz 18-sty zapraszamy na licytację prac artystów, którzy hojnie obdarowali Fundację. Przed nami wyjątkowe, coroczne spotkanie ze sztuką. 

Obecny czas sprawia, że bardziej niż kiedykolwiek doceniamy wartość relacji międzyludzkich i rolę wzajemnej pomocy. Mając na uwadze dotkliwe ograniczenia i potrzeby osób chorych onkologicznie, liczymy na wsparcie tego wyjątkowego przedsięwzięcia.

Dzięki hojności darczyńców i licytujących możemy wspomagać podopiecznych Fundacji w radzeniu sobie z doświadczeniem choroby, docieraniu do źródeł wewnętrznej mocy, powrocie do zdrowia i poprawie jakości życia. To dla nas niezwykle cenny dar, będący wyrazem zarówno empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka, jak i uznania dla artystów ofiarowujących swoje dzieła z potrzeby serca. Kiedy łączymy się we wspólnej idei płynącej z ponadczasowych, ogólnoludzkich wartości, wnosimy bezcenny wkład do świata, stając się zmianą, jaką chcemy w nim widzieć i możemy ją razem współtworzyć - podsumowała Prezes Fundacji, Monika A. Popowicz.

Aukcje charytatywne „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” mają długą tradycję i są organizowane od 2007 roku. Do tej pory wydarzenie wsparło około trzystu znanych, jak również początkujących artystów, w gronie wspierających znaleźli się: Stanisław Baj, Wojciech Ćwiertniewicz, Ryszard Grzyb, Rafał Olbiński, Urszula Wilk, Olga Wolniak oraz wielu innych.

Tegoroczne wydarzenie zaplanowano na 22 kwietnia, o godz. 19.00. Z uwagi na panujące obostrzenia aukcja odbędzie się bez udziału publiczności. Środki zgromadzone podczas wydarzenia zostaną, jak co roku, przeznaczone na terapię osób zmagających się z chorobami nowotworowymi.

Prace można oglądać po wcześniejszym skontaktowaniu się pod numerem tel. 500 777 240. Bieżące informacje o aukcji, Kunstmatrix – wystawa wirtualna oraz katalog aukcyjny będą dostępne na Facebooku i stronie internetowej Fundacji Ogród Nadziei. W aukcji natomiast można wziąć udział telefonicznie (zlecenia przyjmowane są pod tel. 500 777 240), mailowo (zgloszenia.aukcja@wp.pl) lub za pomocą serwisu OneBid.pl.

Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację. Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Stowarzyszenie Traffic Design - murale i szyldy w Gdyni i innych miastach

 Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic )
Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic )
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Zamiast narzekać na wygląd przesyconych nieestetycznymi reklamami i pastelowymi elewacjami polskich miast, wzięli się do pracy. Neonami, malowanymi szyldami, metaloplastyką i muralami odmieniają oblicza naszych ulic i osiedli.

 

Głównym celem Stowarzyszenia „Traffic Design” było połączenie sztuki zamkniętej w pracowniach artystów z estetyzacją przestrzeni miejskiej. Właśnie mija dziesięć lat od momentu stworzenia przez nich pierwszych artystycznych murali na trasie Szybkiej Kolei Miejskiej w Trójmieście i można powiedzieć, że dopięli swego. Dziś przykłady ich prac znaleźć można nie tylko w Gdyni czy Gdańsku, lecz także w Warszawie, Elblągu, Wrocławiu, Gostyniu czy prowansalskim Saint-Étienne.

Szyld projektu Jacka Wielebskiego, przeniesiony na czas remontu stacji SKM na kładkę przy Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Szyld projektu Jacka Wielebskiego, przeniesiony na czas remontu stacji SKM na kładkę przy Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Ze sztuką na ulice

Traffic Design powstało w 2011 roku. Skupiło wokół siebie ludzi z różnym wykształceniem, ale przede wszystkim o spójnym spojrzeniu na sztukę i design oraz na to, jak można je wykorzystywać w przestrzeni publicznej. Jak przyznaje Monika Domańska, jedna z założycielek grupy, sama idea zrodziła się znacznie wcześniej.

Mural międzygatunkowy autorstwa Małgorzaty Gurowskiej (zawiera 12 budek dla ptaków), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Mural międzygatunkowy autorstwa Małgorzaty Gurowskiej (zawiera 12 budek dla ptaków), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Z Jackiem Wielebskim i Michałem Lechem, członkami zarządu, znamy się od 2000 roku. Jeszcze jako uczniowie interesowaliśmy się sztuką uliczną, bliższą ludziom niż ta dostępna w galeriach. Na czas studiów rozjechaliśmy się w różne strony świata. Gdy spotkaliśmy się ponownie w industrialnej przestrzeni gdyńskiego Dalmoru [najstarszego przedsiębiorstwa połowowego w Polsce – przyp. red.], okazało się, że mamy podobną wizję. Chcieliśmy, aby talenty artystów mogły wybrzmieć w przestrzeni miejskiej, aby ze swoimi pracami wyszli do zwykłych odbiorców. Ale chodziło też o poczucie sprawczości: woleliśmy działać niż narzekać – tłumaczy.

Ława w parku Kolibki autorstwa Filipa Kozarskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Ława w parku Kolibki autorstwa Filipa Kozarskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Wraz z Natalią Kaczor założyli więc w Gdyni multidyscyplinarny zespół, który zaczął upiększać swoje bliskie sąsiedztwo. A z upływem lat – ulice innych miast.

Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic ) Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic )

Zmieniać zastane

Początkowo działalność Traffic Designu obejmowała głównie murale. – W latach 2011-2014 w ramach Festiwalu Sztuki Miejskiej [od 2018 roku działa jako Biennale Dizajnu i Sztuki Miejskiej – przyp. red.] ozdabialiśmy trójmiejskie budynki rysunkami artystów najpierw lokalnych, potem krajowych i zagranicznych. Przekonaliśmy się wtedy, że krok po kroku naprawdę możemy zmieniać przestrzeń wokół siebie – mówi Monika. Energii dodał im pozytywny odbiór mieszkańców.

Instalacja artystyczna Mariana Misiaka i Oskara Zięty, zdanie prezentuje wszystkie znaki diakrytyczne w języku polskim, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Instalacja artystyczna Mariana Misiaka i Oskara Zięty, zdanie prezentuje wszystkie znaki diakrytyczne w języku polskim, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Postanowili działać z większym rozmachem, ale też z rozsądkiem. – Stwierdziliśmy, że jesteśmy już wystarczająco przebodźcowani nadmiarem reklam i innych komunikatów wizualnych: znaków drogowych, szyldów. Lepiej więc zmieniać elementy już zastane, a nie dokładać kolejne. Wszystko zostało już zaprojektowane, tylko często pod kątem wyłącznie funkcji. A przecież wiele przedmiotów może być zarówno użytecznych, jak i estetycznych – dodaje. Inspiracji szukali w polskiej szkole projektowania neonów i szyldów.

Szyld gdyńskiego baru mlecznego projektu Syfon Studio. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Szyld gdyńskiego baru mlecznego projektu Syfon Studio. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Tak rozpoczął się trwający do dziś projekt Re:design, w ramach którego przekształcane są takie niepozorne elementy miejskiej przestrzeni, jak: kratki wentylacyjne i ściekowe, płoty, kraty czy numeracje domów. Artystyczną metamorfozę przeszło też ponad 50 szyldów zakładów rzemieślniczych. Wielu z nich, jak lodziarni Kwaśniak z Gdyni czy szewcowi z gdańskiej Żabianki, zmiana i związany z nią rozgłos medialny pozwoliły na utrzymanie się na rynku.

Lampka autorstwa Macieja Połczyńskiego, Gdynia; Szyld serwisu rowerowego projektu Jakuba „Hakobo” Stępnia, ulica Kobielska 64 Warszawa; Artystyczna kratka wentylacyjna autorstwa Mikołaja Sałka i Very King. 6. Fragment neonu AK25 Jacka Wielebskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Lampka autorstwa Macieja Połczyńskiego, Gdynia; Szyld serwisu rowerowego projektu Jakuba „Hakobo” Stępnia, ulica Kobielska 64 Warszawa; Artystyczna kratka wentylacyjna autorstwa Mikołaja Sałka i Very King. 6. Fragment neonu AK25 Jacka Wielebskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Białe bloki są piękne

Inny projekt stowarzyszenia – Białe Bloki – przywraca estetykę budynkom mieszkalnym z wielkiej płyty. Zamiast pastelowych kolorów, tak popularnych na osiedlach w całej Polsce, projektanci wprowadzają na elewacje klasyczną biel. – PRL-owskie osiedla często wyglądają jak wielokolorowe konfetti – zauważa Monika. Bo nawet jeśli konkretne budynki powstały w podobnym okresie i stanowiły spójną zabudowę, to po termomodernizacji, czyli ich ociepleniu, są malowane na nowo i zazwyczaj każdy na inny kolor. Miało być wesoło, a jest chaotycznie.

Płaskorzeźba „Monumentalcity” twórców Chazme & Mozi (Daniel Kaliński, Ziemowit Liszek), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Płaskorzeźba „Monumentalcity” twórców Chazme & Mozi (Daniel Kaliński, Ziemowit Liszek), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Wierzymy, że dobry przykład, jak nasze Białe Bloki, ma szansę wywołać efekt kuli śniegowej. Już teraz wiemy, że kolejne dwa budynki przy ulicy Lelewela w Gdyni będą w przyszłości korzystać z naszego projektu – cieszy się Monika.

Metaloplastyka Oli Niepsuj na gdyńskim przedszkolu. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Metaloplastyka Oli Niepsuj na gdyńskim przedszkolu. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Nasze działania demokratyzują design. Wprowadzając do przestrzeni miejskiej wartościowe dzieła, upiększamy ją, ale też sprawiamy, że mieszkańcy o każdej porze mogą oglądać, fotografować czy kontemplować sztukę -  mówi Monika, I dodaje - Chcemy, aby design i wysoka wartość projektowa były łatwo dostępne i sprawiały, że wymagania ludzi co do wyglądu naszych ulic będą rosnąć. W końcu przestrzeń, w której żyjemy, wpływa na jakość naszego życia – na nasze samopoczucie, kreatywność czy to, jak radzimy sobie z emocjami. Oraz – co też ważne – na kształtowanie się naszego poczucia estetyki.

  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Erwin Sówka - poznaj obrazy, z których słynie malarz ze Śląska

 Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)
Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Kiedy w styczniu zmarł Erwin Sówka, media informowały, że żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich malarzy naiwnych. Wybitność śląskiego artysty nie podlega dyskusji. Z jego naiwnością sprawa jest bardziej problematyczna.

Nikiszowiec i Giszowiec – modelowe osiedla robotnicze z początku XX wieku, położone w dawnej podmiejskiej gminie Janów, która dziś jest częścią Katowic. To w te okolice trafi spragniony wizualnych wrażeń turysta, szukając na Górnym Śląsku obrazu tradycyjnego górniczego życia, jak z filmów Kazimierza Kutza. To właśnie w Giszowcu urodził się w 1936 roku Erwin Sówka. Syn i wnuk górników, w wieku 16 lat sam pracował już w kopalni. A ponieważ od małego ciągnęło go do malowania, po pracy zaczął uczęszczać do koła plastycznego działającego przy Domu Kultury KWK „Wieczorek”.

Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News) Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)

Realny socjalizm był wtedy w Polsce młody i, mimo reżimu stalinowskiego, nie wyzbył się jeszcze utopijnych ambicji, a już na pewno retoryki. W idealnym komunistycznym świecie człowiek pracy miał być nie tylko siłą roboczą, lecz także kreatorem nowej kultury. Władze popierały więc amatorską twórczość. Przyzakładowych robotniczych kółek artystycznych było w PRL wiele, jednak to, do którego trafił Sówka, okazało się pod wieloma względami wyjątkowe. Młody górnik spotkał w nim Teofila Ociepkę – jedną z najbardziej nieszablonowych postaci polskiej sztuki XX wieku i duchowego przywódcę malarzy amatorów, którzy w przyszłości mieli zdobyć rozgłos jako Grupa Janowska.

Element podejrzany

Ociepka (rocznik 1891) pochodził z kolei z Nikiszowca i jak wszyscy mieszkańcy osiedla pracował w kopalni Giesche, która w przyszłości miała stać się „Wieczorkiem”. Punktem zwrotnym w jego życiu była pierwsza wojna światowa, na którą trafił jako cesarski rekrut. To właśnie na jej frontach zetknął się z naukami tajemnymi. Z wojny wrócił z zasobem okultystycznych książek i siecią kontaktów. Jego mistrzem został niejaki Philip Hohmann, dość tajemnicza postać związana z tradycją różokrzyżowców. Za radą Hohmanna w latach międzywojennych Ociepka rozpoczął organizowanie w Nikiszowcu gminy okultystycznej, a także zajął się malarstwem. Mistrz zalecał mu bowiem, aby tajemne prawdy przedstawiać za pośrednictwem alegorii i symboli.

Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News)

Ociepka nie miał żadnego przygotowania plastycznego, ale okazało się, że oprócz ezoterycznej misji ma nieprzeciętny malarski talent. Po drugiej wojnie światowej znalazł się w działającym przy „Wieczorku” kole plastycznym, zarażając jego członków nie tylko wiarą w to, że prosty górnik może zostać wybitnym malarzem, lecz także przekonaniem, że malarstwo jest formą doskonalenia duchowego. O ile górnicy malujący obrazy wpisywali się w politykę kulturalną władzy, o tyle górnicy okultyści byli z ideologicznego punktu widzenia elementem, delikatnie mówiąc, podejrzanym. Nie wiadomo, czy malarze z Janowa nie napytaliby sobie biedy swoimi ezoterycznymi poszukiwaniami, gdyby w latach najgorszego stalinowskiego terroru nie rozpostarła nad nimi ochronnego parasola Izabela Czajka-Stachowicz.

Kapitan Czajka na tropie

Historia górników uprawiających okultystyczne malarstwo to temat na barwną legendę, ale i Czajka była postacią jakby żywcem wziętą z awanturniczego romansu. Zresztą na kartach takiej powieści naprawdę możemy ją spotkać. To ona jest pierwowzorem Belli Hertz, demonicznej żydowskiej femme fatale z „Pożegnania jesieni” Witkacego. Historyczka sztuki, pisarka i reporterka, w latach międzywojennych była muzą literatów i artystów, socjalistką, podróżniczką i sprawczynią obyczajowych skandali. W czasie okupacji znalazła się w getcie, z którego uciekła, i wstąpiła do komunistycznej partyzantki. A po wojnie w randze kapitana milicji szukała na Ziemiach Odzyskanych zrabowanych przez Niemców dzieł sztuki (to właśnie ona odnalazła zaginione obrazy Matejki, w tym „Rejtana” i „Unię lubelską”). Podczas tych peregrynacji kapitan Czajka trafiła na malarzy z Nikiszowca. Pomogła śląskim artystom podwójnie. Swoje kontakty w bezpiece wykorzystała, by nie oskarżono ich o propagowanie „antysocjalistycznych zabobonów”. Oficjalna wersja głosiła, że to przedstawienia ludowych, a więc ideologicznie słusznych śląskich tradycji i bajek. Znajomości w środowisku artystycznym i naukowym Czajka użyła z kolei do promocji śląskich twórców, zwłaszcza Ociepki, który po odwilży 1956 roku stał się prawdziwą gwiazdą tak zwanej sztuki nieprofesjonalnej.

Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News)

Do jednego worka

Wypada tu zapytać: kim właściwie jest artysta nieprofesjonalny? Na fali zainteresowania Ociepką „odkryta” została cała Grupa Janowska. Najpierw w kraju, potem również za granicą. Ociepka pod koniec życia wraz z nowo poślubioną żoną przeprowadził się do Bydgoszczy i bardzo skomercjalizował swoją twórczość. Rozsmakował się w zagranicznych podróżach, żył ze swojej sztuki. Mało tego, żyła z niej cała jego rodzina. W tym sensie – a także biorąc pod uwagę ilościową skalę i jakość dorobku – trudno upierać się przy nazywaniu go amatorem. Ta sama wątpliwość dotyczy Sówki. Ociepka widział w nim swojego duchowego następcę, cenił zarówno zaangażowanie młodego adepta w zagadnienia ezoteryczne, jak i jego malarski talent.

Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News)

A jednak w najświeższych wspomnieniach, które ukazały się po śmierci Sówki, artysta wciąż bywa określany jako „malarz prymitywista”. Czy był nim w istocie? Odkrycie Grupy Janowskiej zbiegło się w czasie z falą zainteresowania twórcami tak zwanej art brut. Pojęcie spopularyzowane przez charyzmatycznego francuskiego artystę Jeana Dubuffeta odnosiło się do sztuki „surowej”, powstającej poza zinstytucjonalizowanym systemem artystycznym. Dubuffet utożsamiał ową surowość z autentycznością, poszukiwał jej w twórczości amatorów, samouków, artystów ludowych, dzieci, osób chorych umysłowo. W krytyce anglosaskiej odpowiednikiem art brut jest termin outsider art, w Polsce używano długo określenia „sztuka naiwna”. Wszystkie te pojęcia są jak worek, do którego wrzuca się przypadki twórczości uznanej za nietypową, choć z bardzo różnych i często dyskusyjnych powodów. To także worek, z którego niełatwo się wydostać, kiedy raz zostanie się do niego wrzuconym.

Krytycy i akademicy automatycznie zakładali, że górnicy z Grupy Janowskiej, z których większość formalną edukację zakończyła na podstawówce, nie mogą być nikim innym, jak tylko artystami „naiwnymi”. Pokazywano ich chętnie, ale raczej w muzeach etnograficznych niż w galeriach, w których prezentuje się „normalnych” artystów. Czy jednak można „naiwnym” nazwać takiego malarza jak Erwin Sówka, który przez blisko 70 lat tworzył konsekwentnie i z pełną świadomością tego, co i dlaczego maluje? I podobnie jak Ociepka rozumiał malarstwo jako ścieżkę duchowych poszukiwań? Jego ulubionym motywem były przedstawienia ezoterycznych bogiń, w których widział uosobienie sił rządzących zarówno ciałem człowieka, jak i jego duszą oraz kosmosem. Wykorzystywał elementy zaczerpnięte z symboliki chrześcijańskiej, ezoterycznej, z alchemii, a także mitologii indyjskiej. Mistyczne spekulacje malarza mogą się wydać ekstrawaganckie, ale nie czynią Sówki ani innych członków Grupy Janowskiej outsiderami. Śląscy artyści dzielili przecież ezoteryczne inklinacje z wieloma ikonicznymi postaciami sztuki nowoczesnej. Twórcami tej miary co Piet Mondrian, Kazimierz Malewicz czy pionierka abstrakcji Hilma af Klint, nie mówiąc o surrealistach. Sam Marcel Duchamp, podobnie jak Ociepka, posługiwał się różokrzyżową symboliką.

Najprawdziwszy ­­

„Zupełnie nie identyfikuję się z malarzami naiwnymi, w których sztuce […] brakuje wzrastającego poziomu doświadczenia – mówił Erwin Sówka w wywiadzie, którego w 2007 roku udzielił kuratorce i krytyczce Marcie Lisok. – Świat jest pruderyjny, czasem odbiorcom trudno przeniknąć i zaakceptować stylistykę moich obrazów, ocierających się w jakiś sposób o obsceniczność. Nie poddaję się żadnym presjom, nie ulegam trendom. Istota kobiecości, uosabiająca boskość, energię kosmiczną, odpowiednik duszy, to główny temat w mojej twórczości, oprócz wątków górniczych i apokaliptycznych”.

Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News) Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News)

W 2000 roku Lech Majewski nakręcił poświęcony Grupie Janowskiej film „Angelus”. To fabularyzowana, niemal baśniowa wersja dziejów śląskich malarzy okultystów. Fakty ulegają w tej opowieści mitologizacji, ale paradoksalnie magiczny realizm „Angelusa” sprzyja zbliżeniu się do prawdy zaszyfrowanej w twórczości artystów z Janowa. Na wielu obrazach Erwina Sówki oglądamy miejskie pejzaże Nikiszowca. Artysta przedstawia je szczegółowo, a jednak żadnego z tych miejsc nie odnajdziemy w katowickiej dzielnicy. Nikiszowiec z prac malarza zbudowany jest z fragmentów rzeczywistości. To realizm, ale magiczny, obraz mitu. Zaś malarz, który go stworzył, w żadnym razie nie był artystą nieprofesjonalnym ani tym bardziej naiwnym. Był po prostu i aż artystą prawdziwym. Ba! Najprawdziwszym, jakiego można sobie wyobrazić, bo tylko taki twórca zdolny jest do wykreowania mitu. 

  1. Kultura

Mariusz Wilczyński: "Wolę stawiać pytania"

 Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Film jest właściwie czarno-biały. Na takim tle bardzo wyróżnia się różowa kokardka we włosach twojej mamy. Zrobiłeś ten film dla niej? Tak, ale i dla Tadeusza Nalepy, i paru innych osób, także dla siebie.

Czy ta kokardka jakoś mamę charakteryzuje? Była kolorowa, wyróżniała się, jak ten róż? Mama była bardzo kolorowa, ale także, niestety, niespełniona. Rodzina mamy to byli repatrianci z Wilna. Mój dziadek, ceniony w Łodzi adwokat, nie zrobił jednak kariery, bo nigdy nie zapisał się do PZPR. W młodości miał bardzo ciężkie życie. Jego ojciec zmarł tragicznie, dziadek miał wtedy 16 lat. Musiał odtąd pracować na utrzymanie swojej mamy i czterech młodszych sióstr. Nazywał się Józef Rodziewicz, podkreślam to, bo Maria Rodziewiczówna to nasza rodzina. Dziadek studiował polonistykę i prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i udzielał korepetycji z polskiego swoim kolegom z roku, Czesławowi Miłoszowi i późniejszemu aktorowi Igorowi Śmiałowskiemu. Przed wojną poślubił Irenę Czarnocką, której matka studiowała jako jedna z pierwszych kobiet na Sorbonie. Gdy wybuchła wojna, dziadek wywinął się z wojska, zapisując się do Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie, podobno komuniści nie brali do wojska artystów. Dziadkowie z dwoma córkami, moją mamą i jej siostrą, po wojnie osiedlili się w Łodzi. Mama zrobiła w jeden rok dwie albo trzy klasy, co skutkowało tym, że jak skończyła szkołę średnią, nie miała 18 lat. W tajemnicy przed dziadkiem zdawała do szkoły filmowej na aktorstwo. I dostała się na pierwszym miejscu. Była naprawdę dobra z recytacji. Do końca życia dziadka w jego domu wisiał dyplom mamy z konkursu recytatorskiego wierszy Mickiewicza, na którym było napisane: pierwsze miejsce – Barbara Rodziewicz, drugie – Jadwiga Barańska.

Utalentowana! Dlaczego nie poszła w tym kierunku? Nie miała skończonych 18 lat, w szkole aktorskiej powiedziano jej więc, że przyjmą ją za rok. Mama niestety wygadała się swoim rodzicom, i tu odezwał się konserwatyzm dziadka. Jego naciski były zapewne tak duże, że mama zrezygnowała z aktorstwa i zdała na chemię spożywczą. No a później wyszła za mojego ojca, potem ja się urodziłem, a kiedy miałem trzy latka, ojciec wyprowadził się z domu, wyjechał do innego miasta i mama musiała radzić sobie sama, bo to były takie czasy, że ojcowie nie płacili alimentów. Myślę, że mama miała ogromne poczucie niespełnienia, że nie została artystką.

Jak to niespełnienie mamy się przejawiało? Mieszkaliśmy w kawalerce, 16 metrów kwadratowych ze ślepą kuchnią, pokojem przedzielonym szafą. Obserwowałem często, jak mama śpiewa do słuchawki prysznicowej piosenki Ewy Demarczyk, Marii Koterbskiej. Narysowałem tę scenę w filmie – Małgorzata Kożuchowska śpiewa do tłuczka, którym potem zabija ryby. Mama na pewno żyła nie tak, jak chciała. Była laborantką w sanepidzie w Łodzi, mało zarabiała, pomagali nam dziadkowie.

Wygląda na to, że talent artystyczny odziedziczyłeś po niej. Od kiedy pamiętam, miałem zamiłowanie do rysowania. A czy mam to po mamie? Niedawno uknułem sobie, że być może artystą zostaje się łatwiej, jak się ma jakieś wady w urodzie. Mój profesor na ASP, Stanisław Fijałkowski, wybitny malarz drugiej połowy XX wieku, z którym bardzo się zaprzyjaźniliśmy w ostatnich latach jego życia, był malutki, podobny do szczurka, z drobną buźką i odstającymi uszami. Tak sobie siedzieliśmy, piliśmy naleweczkę i patrzyliśmy na siebie – on i ja, guliweryczny grubas. Jako dziecko nie wychodziłem z domu, mama dawała mi kredki albo włączała bajki, które zazwyczaj czytała Irena Kwiatkowska. Mama ubierała się bardzo awangardowo, zakładała często czerwone rajstopy, a wszyscy ubierali się wtedy na szaro, może poza Czesławem Niemenem i zespołem Breakout. I pamiętam, że kiedy wychodziliśmy na ulicę, ludzie krzyczeli za nami: „O, kurwa idzie”. Albo wyzywali od Żydów, bo nie chodziliśmy do kościoła. Mieszkaliśmy na parterze, pewnego dnia ukradli nam i oskórowali kota. Kiedyś związali mnie drutem i nakarmili psim gównem.

Hardcorowe dzieciństwo. Takie były czasy, taka była Łódź. Dostawałem wpierdol, sam dawałem wpierdol. Dotknąłem prawdziwego życia. Zamykałem się w swoim świecie, cały czas rysowałem, głównie bitwę pod Grunwaldem. Rysowałem po kawałku i doklejałem, robiły się z tego ciągi po pięć metrów. Nasi rycerze na tych rysunkach na różne sposoby zwyciężali Krzyżaków.

Mama cię w tym wspierała? Tak, bardzo. Zwłaszcza wtedy, gdy dostawałem w szkole dwóje z plastyki. Narysowałem kiedyś Zawiszę Czarnego na ogierze, a ogier miał dużego siusiaka, co zaobserwowałem, będąc na wsi. Innym razem zobaczyłem w telewizji, jak ciężarowiec, nazywał się chyba Baszanowski, dźwiga ciężary. Zauważyłem, że ma włosy pod pachami i duże przyrodzenie, co potem odwzorowałem na rysunku. Pamiętam, że chcieli mnie za to wyrzucić ze szkoły. Wezwali moją matkę, psychologa, przechodziłem jakieś testy psychologiczne. Do dzisiaj pamiętam, jak pokazywano mi na przykład żabę i pytano, czy to ryba. Sprawdzano, czy nie jestem aby szurnięty. Test zdałem, ale od tego momentu miałem w szkole kłopoty. W liceum zarywałem lekcje, bo chodziłem z kumplami na wagary rysować, chodziłem też na kółko plastyczne, to była moja pasja. Mama zawsze mnie wspierała, choć było jej trudno, bo dziadkowie wywierali presję, żebym wybrał porządny zawód.

A ojciec? Był wojskowym lekarzem, chciał, żebym wyrósł na prawdziwego mężczyznę. Miał wobec mnie takie oczekiwania, jakie zazwyczaj ojcowie mają wobec synów. Ja ich nie spełniałem, do dzisiaj nie umiem wbić gwoździa czy wkręcić śrubki, ojciec był tym zawiedziony. Mama mnie chroniła, i przed dziadkami, i przed ojcem. Potem znalazła partnera, jestem mu wdzięczny, bo opiekował się mamą i mną, ale oczekiwania wobec mnie miał trochę podobne jak mój ojciec. Dosyć szybko, bo w wieku 19 lat, wyprowadziłem się z domu. Mama, mimo pewnych obaw, była przeszczęśliwa, jak poznałem Nalepę, mojego przewodnika, takiego trochę ojca. On mnie nauczył, co to znaczy być artystą.

Mama doczekała twojego sukcesu? Umarła w 2000 roku, więc doczekała jedynie moich „Księgoklipów” pokazywanych w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Była bardzo z tego dumna.

Nie mogła cieszyć się twoim wielkim sukcesem, czyli retrospektywą w nowojorskim Museum of Modern Art. Od tej retrospektywy wszystko się zaczęło. Żałuję, bo mama nie dowiedziała się, że wspierając mnie, miała rację.

Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

W filmie jest niesamowicie poruszająca scena przy szpitalnym łóżku. Myślę, że wielu ludzi zobaczy w niej nieodbyte rozmowy ze swoimi rodzicami. Po projekcji na festiwalu w Berlinie podchodzili do mnie ludzie ze wszystkich kontynentów i to mówili. Potem, jak film krążył już w sieci, wiele osób pisało mi, że dzięki temu, że go obejrzeli, zaczęli dbać o rodziców. Nie spodziewałem się takiej reakcji, że oto mój film spowoduje, że dzieci okażą rodzicom trochę serca. Tu nie chodzi o heroiczne rzeczy, tylko o drobne gesty, które niewiele kosztują.

Ty tego nie dałeś mamie? Miałeś chyba z nią dobrą relację, byłeś jej ukochanym synkiem. Miałem dziwną relację. Ona o mnie bardzo walczyła, ale też przytłaczała w moim dorosłym życiu z kobietami. A ja potrafiłem zawalczyć o swoje. Kiedyś nawet wyprosiłem mamę z mojego domu, jak zaczęła otwierać szafę i mówić, co to za bałagan, a w podtekście były wyrzuty skierowane do mojej narzeczonej. Wtedy moja relacja z mamą się ochłodziła. I tak jakoś się stało, że nie zauważyłem tego, iż powinienem bardziej o nią dbać, częściej dzwonić, jeździć do niej. Rozmowa w filmie jest w sporej części rekonstrukcją mojej rozmowy z mamą w szpitalu. Miałem przyjechać w poniedziałek, ale już nie zdążyłem. Trudno pogodzić się z tym, że mama umierała w samotności, że jej nie przytuliłem, nie powiedziałem, że ją kocham, nie pożegnałem po prostu. Zacząłem rysować ten film, żeby wrócić do tego, co umknęło. I tak powoli rysowanie stało się dla mnie światem realnym, a ten realny świat – obcym, trwało to kilkanaście lat.

Dlaczego tak długo? To był mozół niedający się skończyć czy przeciwnie – radość, której celowo nie chciałeś przerywać? I to, i to. Z jednej strony to był oczywiście duży wysiłek podzielony na różne etapy. Miałem zwątpienia, a największe po zamkniętym pokazie, kiedy pewna krytyczka sztuki podeszła do mnie i powiedziała: „To już jest trochę lepsze od tych twoich kotków i piesków z TVP Kultura, ale zdecydowanie za długie”. Bardzo się przejąłem jej opinią, bo to najbardziej znana polska krytyczka sztuki. Ale zaraz potem powiedziałem sobie trochę bezczelnie: „Kurczę, to ja miałem wystawę w MoMie, a nie ty”. Te 14 lat pracy nad filmem to był najbardziej sensowny czas w moim życiu. Czułem, że robię coś ważnego. Świat się zmieniał, a ja rysowałem i doklejałem kolejne kartki. Trwało to tak długo dlatego, że na początku planowałem góra 15 minut. W pewnym momencie film wydłużył się do 130 minut, ostatecznie ma 88. To jest trochę tak, jakbyś zaczynała szyć chusteczkę do nosa, a potem okazuje się, że jednak chciałaś uszyć garnitur. Nie postrzegam swojej pracy w kategoriach znoju. Bo to coś najpiękniejszego, co mogło mi się przytrafić. Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony.

Zaprosiłeś do filmu wielkich artystów, na pewno nieprzypadkowo akurat tych. Chciałem przede wszystkim zaangażować tych, którzy kształtowali mój świat wyobraźni i moją wrażliwość. Jako dziecko słuchałem bajek czytanych przez Irenę Kwiatkowską. Podziwiałem Gustawa Holoubka, dla którego aktorstwo było posłannictwem. Potem przyjaźniłem się z Tadeuszem Nalepą, Tomaszem Stańką. Oni byli kapłanami wartości, które przejąłem. Kształtowali moją wiarę w sztukę jako coś najważniejszego. Jak nie miałem pieniędzy, to brałem kredyt, a odrzucałem propozycję udziału w reklamach, bo wydawało mi się, że nie wszystko jest na sprzedaż. Ci artyści wnieśli do mojego filmu swoje emploi, osobowość, wszystkie znaczenia kulturowe, jakie się z nimi wiążą. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć. Najpierw nagrałem panią Irenę, potem wymyśliłem pana Andrzeja Wajdę.

Nieodkryty, przynajmniej dla mnie, talent aktorski! Pan Andrzej nie zdążył dokończyć dzieła, zastąpił go, zresztą z polecenia pana Andrzeja, Marek Kondrat. Tak więc ostateczny efekt granej przez niego postaci to miks gry tych dwóch artystów. Marek Kondrat, jak już skończył grać Andrzeja Wajdę, zapytał, co może jeszcze zrobić dla filmu. Poprosiłem, żeby zagrał mojego ojca. To dla mnie ogromny zaszczyt, podobnie zresztą jak zaszczytem była współpraca z Krystyną Jandą, Anną Dymną, Barbarą Krafftówną…

Genialna Krafftówna w roli twojej mamy rozrywa serce. Pamiętam do dzisiaj ten dzień, wszyscy w studiu mieli łzy w oczach. Jak odprowadzałem potem panią Barbarę do taksówki, dowiedziałem się, że miesiąc wcześniej zmarł jej jedyny syn, a kilka dni przed nagraniem przyszła do Polski urna z jego prochami. Myślę, że tę scenę w szpitalu grała dla niego. Może dlatego jest tak poruszająca.

Film ma też momenty zabawne. Andrzej Chyra powiedział mi kilka razy, że to jego najlepsza rola komediowa.

Powiedz, proszę, co to jest TO w tytule filmu, które każesz zabić. Żeby na to pytanie odpowiedzieć, musiałbym być poetą haiku. Nie umiem tak operować słowami, jak wydaje mi się, że umiem rysować. Boję się, że mówiąc o tym, byłbym jak słoń w składzie porcelany. A poza tym nie lubię w filmach dawać odpowiedzi, wolę zadawać pytania, które widz może starać się rozwikłać.

Może tęsknota albo balast przeszłości? Łódź? W końcu porzuciłeś miasto i wyjechałeś na wieś. Nie zabijam w sobie Łodzi, to moje miasto, ono mnie ukształtowało. Może TO jest czymś takim, co nas zatrzymuje, co nie pozwala iść dalej? Przez lata pracy nad tym filmem moja pracownia była zapełniona duchami z filmu. W pewnym momencie chciałem już ten świat opuścić. Ale nie chcę brnąć dalej w tłumaczenia. Widzisz, że mówię nieudolnie.

Następny film będziesz robił przez kolejne 14 lat? Na pewno krócej, ponieważ zamierzam zrealizować film 80-minutowy, mam już treatment, więc już wiem, ile potrzeba materiału na ten garnitur. Wtedy tego nie wiedziałem.

To będzie też osobisty film? Z grubsza rzecz ujmując, to będzie film o starzejącym się artyście ruszającym w świat w poszukiwaniu kogoś, komu przekaże swój dorobek, który by uszczęśliwił obdarowanego, a jednocześnie nadał sens życia temu artyście. Lubię pracować na uczuciach, które znam, które przeżyłem, ponieważ wtedy – tak sądzę – mogę je prawdziwie przedstawić. W tym więc sensie to będzie film osobisty. Ale też taka trochę bajka. Bo ja lubię opowiadać bajki. Teraz jednak czeka mnie oscarowa promocja „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Znów wracam do MoMy, najważniejszego muzeum sztuki na świecie. Bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Mamo, to też dzięki Tobie.

Mariusz Wilczyński, reżyser filmów animowanych, malarz, performer, scenograf, wykładowca animacji w szkołach filmowych. Autor pierwszej oprawy TVP Kultura, twórca ponad 200 „Księgoklipów” w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Pierwszy Polak zaproszony na indywidualny przegląd twórczości w nowojorskim Museum of Modern Art. Laureat Złotych Lwów na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za animowany film „Zabij to i wyjedź z tego miasta” (dostępny na platformie Nowe Horyzonty VOD).

  1. Styl Życia

Dziwny czas, czyli rok w pandemii

 Ilustracja Agata Nowicka
Ilustracja Agata Nowicka
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Mija dokładnie rok od wybuchu globalnej pandemii. Zdarzenia, które w takiej skali i postaci nie miało jeszcze miejsca w historii. Czego nas pozbawiło, a co nam dało? Co w nas zmieniło, w czym utwierdziło? Do czego zainspirowało? Pytamy naszych rozmówców, ale i siebie…

Jest Pani gotowa?

Karolina Korwin Piotrowska, dziennikarka, krytyczka filmowa. W Antyradiu prowadzi program „Najgorsze państwo świata” (razem z Michałem Figurskim) i „Kino na podsłuchu”, a na antenie Canal+ –„Aktualności filmowe+”. Jej najnowsza książka, „Reset. Świat na nowo” to 16 rozmów na temat pandemii.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Dokładnie w środę, na dwa dni przed wprowadzeniem pierwszego lockdownu, moja terapeutka spytała: „I jak, pani Karolino? Jest pani gotowa?”. Uniosłam brwi, zdziwiona, o co mnie właściwie pyta. „Bo ja jestem o panią spokojna. Pani jest na wojnie przez całe życie, więc będzie to dla pani sytuacja absolutnie naturalna. Świetnie sobie pani poradzi” – usłyszałam. Rzeczywiście, sytuacja kryzysowa to u mnie, z różnych względów i na różnych poziomach, sytuacja stała, czym się zwykle nie chwalę. A że jestem chora na serce od dziecka, to też nie mam specjalnego problemu ze słuchaniem lekarzy. Ja dzięki nim żyję, więc jeśli mówią mi: „rób to i to”, to ja tego nie kwestionuję.

Lista zakupów

Już jakiś czas temu postanowiłam, że będę kupować mniej ciuchów, więc jedyne, w co się obkupiłam, to rośliny. Mój balkon przerodził się w ogród botaniczny. Zrobiłam to z myślą o tym, że będę miała o co dbać, ale też że będę miała naturę blisko siebie, jeśli nie będę mogła wychodzić. Postanowiłam, że ta moja nora czy jaskinia, jaką stał się dom, będzie od teraz jak najbardziej funkcjonalna. Kupiłam sobie wreszcie porządny laptop – w końcu to moje podstawowe narzędzie pracy – i solidny telewizor, żeby oglądać na nim dobre filmy. A parę filmów i książek bardzo mi w tym czasie pomogło. Plus praca. I kilka ważnych osób. No i psy. Pamiętam, jak po raz pierwszy nagrywaliśmy w reżimie sanitarnym „Aktualności filmowe+”, wszędzie unosił się zapach środków do dezynfekcji, a my, zamaskowani i zestresowani, po raz pierwszy stawialiśmy stopę na niepewnym gruncie. Ale i tego się nauczyłam. Podobnie jak robić wywiady przez Skype’a, który musiałam w tym celu na nowo aktywować. Gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że całą książkę tak napiszę, tobym się w głowę puknęła. Przed marcem nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak Zoom. Trochę gorzej było przy drugim lockdownie, bo praca weszła mi do domu. W tej chwili na moim stole jest konsola radiowa i mikrofon, bo nadaję z kuchni. Ostatni raz w radiu byłam, w sensie fizycznym, w październiku. Naszej porannej audycji słucha ponad milion ludzi, nie możemy sobie pozwolić na chorowanie, tym bardziej że i ja, i Michał Figurski jesteśmy w grupie ryzyka.

Ludzie i psy

Był moment kilkudniowej słabości, zaczęłam bardzo tęsknić za ludźmi, za tym, żeby się do nich przytulić. Ja nie jestem specjalnie dotykalska, ale okazało się, że lubiłam ścisnąć komuś dłoń, dotknąć, a nie strzelać „żółwika”. „Czy wszystko masz? Czy czegoś potrzebujesz?” – już pierwszego dnia dostałam kilka takich SMS-ów i kilka też sama wysłałam. Na szczęście zawsze w lutym robię duże zakupy do domu, miałam więc zapas papieru toaletowego i herbaty, no i trzy kilo kawy. Jedyne, co w tym czasie zamówiłam w ilościach hurtowych, o czym zresztą piszę w książce, to 30 kilo karmy. Musi być specjalistyczna – dla psa z chorą trzustką, a to nie jest artykuł podstawowej potrzeby. Kurier, który mi ją przyniósł, dziwił się: „Pani, co się tu dzieje? Wszyscy po 30 kilo karmy kupują!”. Zaskoczył mnie ogrom dobroci, empatii i wyczulenia na innych. Przekonałam się po raz kolejny, że ludzie, nawet w najbardziej haniebnych okolicznościach, potrafią być fajni, bezinteresowni. I dowcipni. Polska specyfika, czyli szukanie dowcipu nawet na dnie piekła, znów mnie rozczuliła, obyśmy tego nigdy nie zatracili. Kto by przypuszczał, że będę mojego Lolka wypożyczała na spacery, bo ktoś mi napisze na Facebooku: „Pani Karolino, jesteśmy sąsiadami, widuję panią pod blokiem. Dałaby mi pani jednego ze swoich psów, bardzo bym chciał iść do parku. Rodzina daleko, sam w domu siedzę”. Lolek wrócił zadowolony i wybiegany, pan – jak sądzę – też. Psy okazały się paszportem na wolność. W Hiszpanii założono stronę ułatwiającą wypożyczanie czworonogów, była tam nawet charakterystyka „kandydatów”: „Pedro, osiem kilo, lubi biegać”. W Nowym Jorku zabrakło zwierząt w schroniskach, bo się okazało, że ludzie mają wreszcie czas, przestrzeń i ogromną potrzebę, by się nimi zająć. Bardzo sobie ceniłam, że z „psią obstawą” mogłam chodzić po mojej dzielnicy bezkarnie. Wyrabiałam z nimi co najmniej 10 tysięcy kroków dziennie.

Wirtualne siostrzeństwo

Okazało się też, że mam ludzi, na których naprawdę mogę liczyć, jest ich może z pięciu, ale są. Nie chcę mówić, że kwestie bytowe są drugorzędne, ale nawet moi znajomi, którzy po 20 latach prowadzenia restauracji musieli zwinąć interes, przyznali, że w tym czasie najbardziej liczyło się to, kogo miałeś przy sobie. Twoja „ludzka baza”. Ja na przykład po raz pierwszy poznałam, co to siostrzeństwo. Jedna z moich koleżanek założyła babską grupę samopomocową na Fejsie, nie chcę mówić o niej zbyt dużo, bo jest fajna i tajna. Dziewczyny codziennie rano pisały w niej posty, robiły głupie zdjęcia i opowiadały, co się u nich w życiu dzieje. Zobaczyłam wtedy po raz pierwszy, jak bardzo można nie dawać sobie rady z odosobnieniem, lękiem czy tęsknotą. Zrozumiałam, że dla wielu osób to, co się dzieje, jest początkiem końca świata, i nie ma się z czego śmiać. Oni tak to przeżywają i trzeba im pomóc przez to przejść. Czasem dobrym słowem, a czasem głupim memem. To było miejsce, w którym każda z nas mogła napisać: „Jest mi fatalnie”, i wtedy inne się zbiegały, by jej wysłuchać, pocieszyć. Nie wiedziałam, że potrafię tak bardzo wyjść do ludzi. I że kiedy się na to zdobędę, zostanie to bardzo dobrze przyjęte. Grupa nadal działa.

Co dalej?

Mam dużo młodych fanów, którzy studiują w Azji. Dwoje z nich na początku lutego wysłało mi filmiki, one potem pojawiły się w dokumencie o Wuhan, który pokazała w TVN24 Ewa Ewart – mówię o filmikach ukazujących wymarłe miasto, ciała leżące na ulicy i ludzi siłą wciąganych do karetek. Inna fanka, która jest studentką medycyny we Włoszech, wysłała filmik, który zrobiła pielęgniarka na oddziale covidowym w Lombardii. To była jedna z najbardziej wstrząsających rzeczy, jakie widziałam w życiu. Po raz pierwszy zrozumiałam, co to jest za choroba. Nie wyobrażałam sobie, że tak może wyglądać OIOM. Wtedy zaczęłam sobie dawkować newsy ze świata, bo wiedziałam, że to mnie dobije. Szukałam jednak autorytetów: filozofów, socjologów, pisarzy czy specjalistów takich jak profesor Krzysztof Simon, którego uwielbiam za to, że nigdy nie ściemnia. Szukałam ludzi, którzy pomogliby nam to wszystko ogarnąć, bo miałam przeczucie, że kiedy nauczymy się już żyć w zamknięciu, to będziemy potrzebować odpowiedzi na pytania ogólne: Co dalej? Jak to teraz będzie wyglądało? Co to zmieni w moim życiu? My już weszliśmy w ten zakręt, przed którym ostrzegano nas od kilku dobrych lat, i za chwilę, za rogiem ukaże się nam nowa rzeczywistość. Trzeba mieć piękne wspomnienia o świecie, który był. Kolekcjonować zdjęcia, filmy i emocje. Bo on już nie wróci. Mam na myśli świat nadmiernej konsumpcji, kultu przyjemności, bezrefleksyjnych podróży. Nadeszło to wielkie zapowiadane bum. Musimy przestać mówić o zbliżającej się katastrofie ekologicznej, ona już trwa. Pomyślmy lepiej o tym, co zrobić, by pokolenie dzieci, które teraz znów poszło do szkoły, za kilkadziesiąt lat miało wodę w kranach. Wreszcie do mainstreamu przedostało się pojęcie „emigracja klimatyczna”, podczas gdy emigrujących „za wodą” są już tysiące. Idą trudne czasy, wymagające od nas solidarności, empatii, poświęceń i wysiłku. Bardzo bym chciała, by też przeformatowały nasze myślenie. Wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę i bez Ziemi sobie nie poradzimy, za to ona bez nas da sobie znakomicie radę.

ŻYCIE W KILKU SŁOWACH

Michał Rusinek, literaturoznawca (wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim), tłumacz (z języka angielskiego), pisarz (dla dzieci i dla dorosłych), prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. W ostatniej książce „Zero zahamowań” analizuje teksty piosenek disco polo.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Przede wszystkim zorientowałem się, że do tej pory prowadziłem bardzo podróżniczy tryb życia: spotkania autorskie, wywiady – nagle wszystko to przeniosło się do Internetu. Starałem się zawsze wykorzystywać każdy dłuższy weekend i kilka tygodni wakacji na wyjazdy – tym razem nic z tego. Początki były trudne, jak po odstawieniu jakiejś używki. Ale udało mi się zrobić porządek w szufladzie ze skarpetkami oraz – a to już niebagatelny sukces – w książkach. No i napisałem i przetłumaczyłem dzięki temu więcej niż zwykle. Lockdown to raj dla grafomanów. Jestem gadżeciarzem, więc z początku wirtualne spotkania bardzo mi się podobały (teraz mam już ich dość; człowiek, który za dużo czasu spędza na Zoomie, zmienia się w zoombie). Kupiłem sobie porządny mikrofon, lampę diodową, dodatkowy router, gdyby zerwało mi połączenie internetowe (bo Internet jest teraz na wagę prądu). Całą rodziną staraliśmy się (i staramy nadal) wspierać lokalne zaprzyjaźnione restauracje. Kłopot w tym, że jedzenie zamawiane do domu zwykle przyjeżdża chłodnawe, więc przez ten czas, by tak rzec, nie jemy potraw gorących (co jest ponoć zdrowsze). Nieszczególnie lubię fizyczny kontakt z innymi, ale brakuje mi zajęć ze studentami w trybie stacjonarnym. Okropnie brakuje mi też kawiarni i restauracji, bo rozmowy przy kawie czy lunchu zupełnie inaczej przebiegają niż na Zoomach czy Teamsach. Obawiam się, że kiedy minie pandemia, będziemy się obcałowywać i ściskać na ulicach bez opamiętania.

Widzimy się? Słyszymy się?

Pandemia zmieniła zupełnie nasz sposób codziennego funkcjonowania. Pracę i szkołę trzeba było przestawić na tryb zdalny. Funkcjonującą w języku „telekonferencję” zastąpiono krótszym i bardziej precyzyjnym słowem „online”, które nie doczekało się polskiej wersji. Ba, stało się nawet rzeczownikiem: „Oddzwonię za chwilę, mam online” – mówimy przecież. Zamiast prośby, byśmy się spotkali w rzeczywistości (choć teraz nie wiadomo, gdzie by to miało być, skoro kawiarnie zamknięte), nie mówimy już o „realu”, ale o „offlinie”, jakby to był stan odmienny od życia normalnego, czyli online’owego. Zresztą owe online’owe spotkania rozpoczynamy nie od „dzień dobry”, lecz od pytania: „Widzimy się? Słyszymy się?” – które pełni funkcję toposu otwierającego wypowiedź. Na pożegnanie machamy do siebie infantylnie rękami, nawet po obronach doktoratów (wiem, co mówię). Kilka tygodni temu miałem spotkanie autorskie – oczywiście online – z dziećmi. W pewnej chwili coś niebacznie nacisnąłem i jedno z dzieci wykrzyknęło: „Proszę pana! Jest pan zmutowany!”. Zamarłem, bo wprawdzie jestem tak zwanym ozdrowieńcem – to także jedno ze słów minionego roku – ale wizja zakażenia się ponownie mutacją wirusa lekko mnie niepokoi, podobnie jak wizja siebie jako mutanta. Tymczasem chodziło o to, że wcisnąłem klawisz „mute” i wyłączyłem sobie mikrofon.

Quarantini i covidiota

Zwykle wydarzenia historyczne, nawet jeśli są dookreślane przymiotnikiem „światowy”, mają ograniczony zasięg. Tymczasem pandemia dotknęła nieomal wszystkie kraje (oficjalnie tylko 12, między innymi: Korea Północna, Turkmenistan, Samoa czy Wyspy Salomona, nie odnotowało żadnych przypadków zakażenia koronawirusem, ze względu na ich izolację wynikającą z polityki czy położenia geograficznego). Zatem nie ma się co dziwić, że we wszystkich językach pojawiły się nowe wyrazy związane z pandemią, pozwalające nam wszystkim nazwać to, co się wokół nas (i z nami samymi) dzieje. Nazwanie jest zarazem oswojeniem, to znaczy sprowadzeniem nieznanego, nie do końca zrozumiałego zagrożenia do czegoś znanego. Ale z czym porównać pandemię, jakiej jeszcze nie było? Język pandemii podszyty jest metaforyką i leksyką militarną: z wirusem się „walczy”, służby medyczne są „na pierwszym froncie”, o szpitalach jednoimiennych mówiono „lazarety”, szczepionki nazywane są „jedyną skuteczną bronią” w tej walce, a obronę przed ekonomicznymi skutkami pandemii ma zapewnić „tarcza antykryzysowa”. „Przyłbice” są wprawdzie o wiele mniej skuteczne niż maseczki, ale brzmią – zwłaszcza w uszach Polaka wychowywanego w kulcie oręża – dumnie i militarnie. Przestaliśmy się dzielić na społeczeństwa czy narody, a zaczęliśmy być „stadami”, kiedy zaczęło się mówić o „odporności stadnej”. Do dyskursu publicznego weszło sporo terminologii medycznej. Oprócz wspomnianych – i brzmiących dość tajemniczo – szpitali jednoimiennych pojawiły się „wymazy” oraz dwuznaczny przymiotnik „wymazany”; dwuznaczny, bo „wymazani górnicy” mogli się poczuć nieswojo. Z języka matematyki (i statystyki) weszło – jakże przez nas pożądane – „wypłaszczanie”. Profesor Jerzy Bralczyk, usłyszawszy je, lekko się skrzywił i stwierdził, że on się na razie zaokrągla. To zresztą dotyczy wszystkich nas, bo znacznie mniej się ruszamy. Z językowego lamusa powróciła „kwarantanna”. Nie udało nam się spolszczyć słowa „lockdown”, bo w polskiej „izolacji” brakuje elementu zamknięcia. Paradoksal­nie stwierdzenie „jestem pozytywny” zaczęło oznaczać coś negatywnego, bo pozytywny wynik testu na COVID-19. Niefortunne pod względem językowym było, moim zdaniem, wzywanie do zachowania „dystansu społecznego”. W dobie pandemii powinniśmy zachowywać dystans fizyczny, natomiast pielęgnować relacje społeczne za pośrednictwem dostępnych nam mediów. Choćby po to, by – jak to wymyślili Anglicy – wypić razem (każdy przed swoim ekranem) „quarantini”, czyli aperitif w stanie kwarantanny, a jeśli ktoś wzbraniał się przed alkoholem, to mógł się poddać „kawantannie”, czyli wspólnemu piciu kawy. Pojawiło się też – i to w wielu językach – określenie „covidiota”. Z założenia wykluczające, okazało się jednak paradoksalnie jednoczące. „Covidiotami” nazywa się bowiem „koronasceptyków” i „antymaseczkowców”, czyli tych, którzy uważali, że pandemia jest faktem wyłącznie medialnym. Oni natomiast stosują to określenie wobec tych, którzy w pandemię wierzą i starają się przed nią zabezpieczyć. Innymi słowy, wszyscy w jakimś sensie jesteśmy „covidiotami”.

Memy i dziadersi

Na język w Polsce w ubiegłym roku wpłynęły też oczywiście protesty po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Dodajemy, że były to prawdopodobnie najliczniejsze protesty w całej historii Polski. Ich język był zupełnie inny niż język jakichkolwiek dotychczasowych manifestacji. Po pierwsze dlatego, że uczestniczki protestów, doprowadzone do furii, dały tej furii wyraz, przekraczając granice tego, co w patriarchalnym społeczeństwie kobiecie językowo uchodzi. Głównym hasłem było: „Wypierdalać”, a jeśli ktoś z oburzeniem pytał, czemu jest tak mocne (ja uważam, że mocniejsze było: „Obyś, chuju, wdepnął w lego”), to mógł przeczytać napis na innym transparencie: „Zaniepokojona to ja byłam w 2016”. Większość haseł miało charakter rewolucyjny, na przykład: „Kobiety zniosą wszystko. Najpierw was z piedestału” albo „Wody odeszły, rodzimy rewolucję”. Wiele zawierało odniesienia literackie, na przykład: „Annuszka już rozlała olej”, czy wręcz biblijne: „Zło bobrem zwyciężaj”. Po drugie, język tych protestów był inny dlatego, że ich uczestnicy byli głównie bardzo młodzi. To był ich pierwszy protest. Protest nie tylko przeciwko orzeczeniu TK, lecz także przeciwko meblującym im świat dziadersom („Jedyni starsi panowie, których mam ochotę słuchać, to Przybora i Wasowski”). Protest wyrażony ich językiem, zawierającym aluzje do ich świata: do memów, gier komputerowych, seriali, ale i do lektur szkolnych, nad którymi jeszcze niedawno przysypiali: „Słuchaj, dzieweczko! Ona NIE słucha” czy „Za dużo zdrowasiek szkodzi zdrowiu i życiu. Rozalka”. Zdarzały się też odwołania do tekstów piosenek – na przykład Maanamu (czyli zespołu słuchanego zapewne przez ich dziadków): „To jest ten wiatr, co rozgoni”. Kreatywność językowa tych protestów była niebywała (absolutnie fenomenalnym hasłem było: „Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”) i mam nadzieję, że hasła, które w czasie nich niesiono na zwykłych kartonach, doczekają się naukowych analiz. Ważniejsze jest jednak, że na tych transparentach doszło do swego rodzaju językowej rewolucji. A rewolucje – te niejęzykowe – zawsze zaczynają się od języka.

CO MAM W SPIŻARNI?

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie”.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Kiedy słyszę pytanie: „Czego nauczył mnie ten rok pandemii?”, pierwsze, co się we mnie pojawia, to opór. Przeciwko czemuś, co może przesadnie, ale jednak nazwałabym terrorem rozwojowym. Wciąż mamy poczucie, że trzeba się nieustannie uczyć, rozwijać, ulepszać. Czasem przybiera to wręcz postać kompulsji. Dlatego wydaje mi się ważne, by dać sobie także zgodę na to, żeby ten rok niczego nas nie nauczył. Już samo to, że mamy go za sobą, że przez niego przeszliśmy, jest wystarczające, by czuć coś w rodzaju zadowolenia, satysfakcji, a nawet dumy. I dać sobie też prawo do zmęczenia. Bo przecież pandemia nadal trwa, wciąż jest elementem naszego doświadczenia.

Za czym nie tęskniłam

Jak już pokonam w sobie ten pierwszy opór, to myślę, że, chcąc nie chcąc, rzeczywiście dużo się podczas tego roku nauczyłam. Pandemia dla wielu z nas miała spory rys inwentaryzacyjny. Na zasadzie: co mam w spiżarni? I nie mam tu na myśli tylko zapasów żywnościowych. Patrzysz, z czym zostajesz, kiedy nie masz zapełnionego kalendarza, perspektyw rozrywek, wyjść czy podróży. Ja przekonałam się, że mam bardzo dużo. Po pierwsze, mam właściwie napisaną, tylko jeszcze nie „wypisaną” książkę. Gdyby nie lockdown, przypuszczam, że nawet by to do mnie nie dotarło, bo byłabym zbyt zajęta bieżącymi zadaniami. Jak już siadłam, skończyłam ją w dwa miesiące. Po drugie, zobaczyłam, że parę rzeczy mam w życiu fajnie ustawionych. Mieszkam w domu, który lubię, mam fajny związek i dobrą relację z synem. Poczułam też jeszcze mocniej, jak bardzo kocham swoich rodziców. Zobaczyłam też, że im wokół jest ciężej, tym jest mi trudniej sięgnąć po to, co jest dla mnie zdrowe. Najchętniej siedziałabym tylko na Netflixie albo scrollowała Fejsa. Przełamuję się, żeby wyprowadzać się na spacer, w miarę zdrowo jeść i raz na jakiś czas wejść na matę do jogi. Zrozumiałam, czego już nie chcę robić. Jako osoba zajmująca się szkoleniami i warsztatami rozwojowymi ciągle byłam w drodze. Podczas pandemii przekonałam się, że w ogóle nie tęsknię za podróżami służbowymi. Zdecydowałam, że będę mniej jeździć i znacznie mniej latać, także ze względu na ślad węglowy. Za to bardzo tęskniłam za podróżami dla przyjemności, za zwykłym uściśnięciem rodziców – mam nadzieję, że dzięki szczepieniom wkrótce to się uda. No i bardzo mi brakowało twarzy innych ludzi: pani ze sklepu, taksówkarza czy pasażera w tramwaju. Nawet nie sądziłam, że to tak bardzo składa się na moją codzienność.

Życie jest życiem

Był taki moment, w którym poczułam, że jestem oto w środku tej sławetnej „czarnej godziny”, na którą tyle odkładałam pieniędzy, i… przekonałam się, że nie jest ona tak czarna, jak zwykłam o niej myśleć. Gdyby ktoś rok temu opisał w jednym okrutnym akapicie to, co się wydarzy w 2020 roku – że z powodu śmiercionośnego wirusa będziemy zamknięci w domach, nie będziemy mogli się spotykać z przyjaciółmi, odwiedzać starszych członków rodziny, a praca przeniesie się do Internetu, jeśli w ogóle będziemy mieli pracę – to pewnie pomyślałabym, że tego nie wytrzymamy. Tymczasem dałam radę. Przypomina mi to pewne badania z udziałem osób lękowych. Proszono ich, by opisali to, czego boją się najbardziej i jak się spodziewają, że sobie wtedy poradzą. Następnie prowadzono obserwację, która przyniosła dwa bardzo ciekawe wnioski. To, czego badani się spodziewali, urzeczywistniało się bardzo rzadko. A jeśli już się wydarzało, to się okazywało, że radzili sobie dużo lepiej, niż obstawiali. Ja też mam wrażenie, że poradziłam sobie lepiej, niż mogłabym się spodziewać. Nie lubię mówić: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, ale przyznaję, jest w tym zdaniu jakiś kawałek prawdy. To, co się zdarzyło, jakoś mnie zbudowało. Podczas tego roku często nachodziły mnie myśli o poprzednich pokoleniach i momentach kryzysowych, które były ich doświadczeniem. Zaczęłam sobie przypominać opowieści mojej ciotki i babci o wojnie. Pokazywały mi dróżkę i mówiły: „Tędy chodziłyśmy do szkoły, potem szkołę zamknęli, a potem znów otworzyli”. I naszła mnie refleksja, że życie jest zawsze życiem.

Lęk i przemoc

Z kolei buddyści mówią, że życie nie jest bezpieczne i nigdy nie było. W tym roku sobie o tym przypomnieliśmy. Jak zauważył mój przyjaciel, jest tak, jakby ludzie nagle się ocknęli i zaczęli biegać po swoich mieszkaniach, krzycząc: „Jestem śmiertelny”. Strach przed COVID-19 był i jest uzasadniony, ale mam poczucie, że równocześnie kanalizował inne lęki. Sprejując preparatem dezynfekującym kilka razy dziennie ręce czy klamki, w jakimś sensie daję sobie poczucie, że zapewniam sobie bezpieczeństwo w ogóle. A przecież jednocześnie codziennie wsiadam do samochodu czy wychodzę na ulicę, czyli robię rzeczy potencjalnie niebezpieczne. Inne zagrożenia nie zniknęły i nie znikną. Moim największym rozczarowaniem tego czasu są media newsowe. Straszenie stało się naczelną zasadą wielu serwisów informacyjnych, gazet i portali. Ktoś uznał, że ważniejsze jest, by ludzie klikali, niż by się mniej bali. Od marca robię zdjęcia najbardziej bulwersujących nagłówków, przygotowuję o tym duży tekst. To zaledwie fragment: „Profesor Flisiak: Epidemia wygaśnie latem. Delikatna stabilizacja w każdej chwili może się jednak załamać”. „Sanepid pyta o miejsca na zbiorowe pochówki na cmentarzach. Chce pilnej odpowiedzi”. „W epidemicznych prognozach trudno dziś szukać otuchy. Scenariusze są czarne”. Nie przypadkiem ludzie mówią o potrzebie odłączenia się od newsów, o detoksykacji, bo to jest toksyna. I przemoc psychiczna. Ludzi łatwo jest przestraszyć. Mamy złudzenie, że „banie się” jest czynnością zapobiegawczą. Tak ma działać to słynne: „Zadzwoń, jak dojedziesz”. A dopóki nie zadzwonisz, ja będę w czujności, która chroni ciebie na drodze. To nie logika, ale myślenie magiczne. W wersji łagodnej jest nim trzymanie kciuków za sportowca. Dziś coraz częściej pozwalamy sobie nie wiedzieć, jaka jest aktualna liczba zakażonych i zgonów, pomijamy ten nieodłączny refren naszej pandemicznej codzienności. I ta postawa, to odcięcie od informacji – staje się przestrzenią naszej osobistej wolności.

Tworzy się historia

Wielokrotnie podczas tego roku mówiłam sobie: „O tym będą kiedyś pisać w podręcznikach”. Niezwykłe jest w tym doświadczeniu, jak ono naraz separuje i łączy. Jest w nim też element triumfu ludzkiego umysłu: w ciągu roku do obiegu trafiła skuteczna szczepionka. Mam ogromny podziw dla ludzi, którym udało się tego dokonać: wszystkich, którzy dołożyli do tego choć jedną cegiełkę. Oczywiście jest to owoc pracy pokoleń naukowców i naukowczyń. Widziałam niedawno zdjęcia osób czekających na pierwszą dawkę i przyznam, że się wzruszyłam, bo była to dla mnie naprawdę doniosła chwila. Wiele było takich momentów: widok pustej bazyliki Świętego Piotra i papieża samotnie odprawiającego mszę wielkanocną, czysta woda w kanałach weneckich, ale też strajki kobiet w Polsce. Dla mnie to, co działo się u nas jesienią, było najbardziej poruszającym doświadczeniem społecznym od 1989 roku. Miałam poczucie, że poprzez nasze zbiorowe „grzeczne już byłyśmy” zmieniło się powietrze i nastąpiły nieodwracalne zmiany. Czuję, że po tym już nic nie będzie takie samo. Policzyłyśmy się. Przy naszym boku stanęli też mężczyźni. Rośniemy w siłę i nic tego nie zatrzyma. Jestem przywiązana do tego, co nazywa się niekiedy elementem energii kobiecej, czyli by patrzeć na świat w skali mikro. Uważam, że do tej pory żyliśmy – i nadal żyjemy – w przerośnięciu energii makro, czyli mówimy o zmieniającym się społeczeństwie, pytamy o nadchodzące trendy. Ja wolałabym takie dywagacje zamieniać na pytania osobiste. Czy ty coś zmienisz? Czy ja coś zmienię? Ale też niekoniecznie musimy coś zmieniać. Może lepiej: Co od teraz będzie inaczej? I to pytanie chciałabym skierować do każdej osoby, która nas teraz czyta.

Więcej przemyśleń na temat pandemii znajdziecie w książce Karoliny Korwin Piotrowskiej „Reset. Świat na nowo”, Wydawnictwo Mando.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe