Jak żyć ekologicznie i nie zwariować?

Ludzkość, by przeżyć, musi dobra materialne, ale też wygodne życie sprowadzić na drugi plan. (Ilustracja: Arobal)

Weganie, bezodpadkowcy, obrońcy zwierząt i drzew, minimaliści. Kto jest bardziej eko, kto mniej? Które zakazy i nakazy są ważne? Dlaczego jedne reguły wykluczają drugie? Pewne wydaje się to, że coraz trudniej dziś prowadzić zdrowy tryb życia i dbać o środowisko, zachowując przy tym zdrowe zmysły i pewność, że akurat to, co robimy, jest sensowne i dobre dla świata.

Na popularnym forum na temat ekologii internauci podzielili się na wrogie obozy. Dla jednych liczy się tylko dieta roślinna. Inni chcą jeść mięso, ale tylko ze sprawdzonych źródeł. Osobną grupę stanowią miłośnicy dziczyzny. Tych już kompletnie nikt nie lubi, bo przecież dziczyzna to myśliwi, a coraz więcej zwolenników zyskują ruchy antyłowieckie. Są tacy, którzy myślą wyłącznie o odpadkach, chcieliby, jak pionierka ruchu zero waste (zero śmieci) Bea Johnson, produkować jeden słoik odpadków rocznie. W Polsce nikomu się to jeszcze nie udało, ale dla tysięcy rodaków to dopiero początek przygody. Liczną grupę stanowią przeciwnicy transportu: nie jeżdżą samochodami, autobusami, nie latają. Jedyny środek przemieszczania się, jaki dopuszczają, to rower. Czasem pociąg, ale tylko w uzasadnionych przypadkach.

Są też minimaliści, w mieszkaniach nie mają już szaf ani meblościanek, wszystko zastąpiły im kartony i zdobycze ze śmietników. Zabawki dla dzieci z pudełek i grochu robią sami. Takie zosie samosie. Na szczęście nie brakuje też ludzi, dla których najważniejsze są zwierzęta. – Takich jak ja – zauważa Marta Woźniak, przedsiębiorczyni z Krakowa, matka trójki chłopców, partnerka Piotra, właściciela firmy z branży obuwniczej. W ubiegłym roku Marta protestowała przeciwko hodowlom norek. Pojechała też do Puszczy Białowieskiej w obronie drzew. Ale nie uważa się za wojowniczkę. Zdarza jej się stawać w obronie ludzi. Na przykład niedawno na jednym z forów poświęconych zero waste trafiła na nagonkę na Alę, która kupiła bilet w promocji i spędziła tydzień na Filipinach. Zdruzgotana przedstawiała Manilę jako koszmar na Ziemi, gdzie nie ma wysypisk, bo samo miasto jest wysypiskiem. „Manila to nasz wyrzut sumienia, góry zużytego plastiku, folii, metalowych gratów, a między tym wszystkim tysiące szczurów” – pisała Ala. Za to do Ali pisano, żeby szybko wyniosła się z forum, bo nikt tu nie chce ludzi, którzy lubią „rajanery”. Nie od dziś wiadomo, że maszyny w powietrzu to truciciele, sektor lotniczy jest odpowiedzialny za pięć procent globalnego ocieplenia. „Po co w ogóle jechałaś na te Filipiny? – dogryzali Alicji forumowicze. – Nie wystarczą ci Tatry, Mazury, Kotlina Kłodzka?”

– Nawet wegetarianie, bo piją mleko, jedzą sery i jajka, mają przechlapane. Okazuje się, że tylko weganie znaleźli dziś patent na uratowanie planety – zauważa Marta z przekąsem.

Weganie to rzeczywiście najbardziej rosnąca w siłę gwardia wśród polskich ekologów. Dość powiedzieć, że w Warszawie jest już więcej wegańskich knajpek niż w Berlinie.

– Dziś po prostu nie wypada nie być eko – zauważa Marta. Od dawna interesowała się ekologią, ale, jak sama przyznaje, przez wiele lat dość egoistycznie liczyła się dla niej wyłącznie certyfikowana żywność, ta z zielonym listkiem. – Podobnie jak wielu moich znajomych zaczęłam myśleć o nowym jadłospisie w momencie, gdy na świecie pojawiły się dzieci – przyznaje. To dla pierworodnego Jakuba zaczęła odwiedzać targi z ekologiczną marchewką, zapisała się też do kooperatywy spożywczej, dzięki której miała dostęp do żywności prosto od rolnika. Co wieczór blendowała dla całej rodziny jabłka ze starych odmian z wyhodowanymi na oknie kiełkami i jarmużem. Dzieci nosiła w chuście. Po drugim porodzie kupiła tetrowe pieluchy, prała je w mydle, a z czasem w myjących orzechach. Wyzbyła się kosmetyków na rzecz naturalnych olejów. Chemicznych środków czystości – na rzecz sody i octu. Stała się wierną czytelniczką blogów poświęconych codziennej ekologii. Szczególnie przypadł jej do gustu blog pani, która po wyprowadzce z miasta pozbyła się telefonu, suszarki do włosów i radia. – Piotr zgadzał się na wiele, zaprotestował dopiero wtedy, gdy zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy na pewno powinniśmy używać lodówki i żelazka, bo przyczyniają się do ocieplenia klimatu, a w końcu zmieniają się w elektrośmieci – przyznaje Marta.

Albo wtedy, gdy oświadczyła, że powinni natychmiast zmienić profil firmy, że nie chce już produkować skórzanych butów, bo stoi za nimi cierpienie zwierząt. „To z czego mam je robić? Z plastiku? Ze starych opon? A skąd mam wiedzieć, że tego świństwa nie wyrabiają wyzyskiwane chińskie dzieci?”, denerwował się Piotr. – Trudno dostrzec ten moment, kiedy coś, co naprawdę jest ważne dla ciebie, dla twoich bliskich, dla świata, nagle staje się obsesją, wpędza cię w ślepy zaułek – zauważa Marta.

Przyznaje, że najgorsi są neofici, ci, którzy jeszcze rok temu rozbijali się czterokołowcami po bezdrożach, ale zmieniła się moda, więc teraz jeżdżą wszędzie na hulajnogach. Ci, którzy pławili się dotąd w spa, a teraz susiają pod prysznicem, by zaoszczędzić na wodzie.

– Neofici są najgorsi. Sam, kiedy wiele lat temu przeszedłem na wegetarianizm, byłem dla otoczenia nieznośny, nie przyjmowałem do wiadomości, że można mieć odmienny punkt widzenia na odmianę świata niż ja – potwierdza Jacek Bożek, szef Klubu „Gaja”, jeden z najsłynniejszych polskich ekologów, wegetarianin. – Niedawno po warsztatach, na których omawiano sposoby hodowli zwierząt bez okrucieństwa, napisała do mnie oburzona młoda kobieta, której zdaniem tylko wegetarianie mogą na lepsze zmienić naszą ginącą planetę. Odpisałem jej, że znam wiele miejsc, gdzie z założenia ludzie nie jedzą mięsa, a mordują innych z równym okrucieństwem jak mięsożerni – dodaje ekolog.

Ważne, by nasze ekologiczne wybory nie wynikały z kaprysów, tylko z przemyśleń i ze zdrowego rozsądku. (Ilustracja: Arobal)

Zaznacza jednak, że ruchy, takie jak coraz popularniejszy zero waste czy minimalizm, których celem jest ograniczanie odpadów, ale też konsumpcji – nawet jeśli czasem ich postulaty brzmią groteskowo – są ważne. Wręcz dziś nieodzowne. Mamy inny świat niż 20 lat temu i musimy przyspieszyć. Wielu ludzi – zazwyczaj mądrych i uczonych, tych, którzy mówią, że świat, jaki znamy, się skończy, jeśli radykalnie nie zmienimy swojego myślenia na ekologiczne – ma rację. To ostatnia chwila, by przeformułować nasze podejście do zmian klimatycznych w najdrobniejszych nawet szczegółach. Naprawdę stać nas na wyrzeczenie się toreb foliówek, zamianę kąpieli w wannie na szybki prysznic, na postawienie na umywalce miedniczki, z której woda po myciu rąk i zębów posłuży do spłukania później toalety. To nie wymaga dużo czasu.

Kłopot w tym, że to, co dla jednych jest ekologiczne, dla innych często już nie. Ostatnio pewien niemiecki uczony doszedł do wniosku, że hodowla kurczaków ekologicznych jest trzykrotnie mniej ekologiczna niż tych żyjących w klatkach. Bo ekokurczaki dłużej żyją, a przez to dłużej produkują gazy cieplarniane. Może i profesor ma rację, tylko jak do tego ma się dobrostan zwierząt, fakt, że w klatkach żyją zaledwie przez
40 dni, ale w cierpieniu?

– Z żywnością, z jej wyborem pozornie sprawa wygląda najprościej – mówi doktor Wojciech Goszczyński, socjolog kultury z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Wszyscy przecież chcemy jeść zdrowo, stąd coraz większa popularność bazarów ekologicznych, od niedawna produkty „eko” i „bio” zawitały do najpopularniejszych supermarketów.

W badaniach nad tym, czego Polacy się obawiają w jedzeniu, najczęściej wychodzi nam strach przed groźną, podstępną chemią.

Według raportu NIK przeciętny Polak zjada rocznie ponad dwa kilogramy dodatków do żywności oznaczonych różnego rodzaju E. Co więcej, w Polsce brakuje właściwego nadzoru nad stosowaniem w żywności konserwantów, przeciwutleniaczy, emulgatorów czy wzmacniaczy smaku.

Ale, co ciekawe, przeprowadzono badania, z których wynika, że zaledwie kilka procent z nas odróżnia unijne certyfikaty ekologiczne od innych.

– Co świadczy o tym, że wiedza o sposobie produkcji i możliwości rozpoznania zdrowej żywności wciąż jest na słabym poziomie, że ekologami stają się przede wszystkich wykształceni ludzie z miast, tak zwani nowi mieszczanie. Dla nich żywność ekologiczna, podobnie jak ekologiczny styl życia są często wyznacznikami statusu – wyjaśnia doktor Wojciech Goszczyński.

Według niego wcale nie jest proste być na co dzień eko. – Żywność z certyfikatem bio czy fair trade jest droższa od zwykłej. Wielu ludzi zwyczajnie na nią nie stać. Tak jak nie stać ich na designerskie torby wielokrotnego użytku uszyte z bannerów – dodaje socjolog.

Do podobnych wniosków doszedł też zespół badawczy pod przewodnictwem doktor Anny Hełki z Uniwersytetu SWPS. Choć, jak wynika z badań, osoby najbogatsze wydają się mieć mniej proekologiczne postawy, są jednak w stanie przeznaczyć więcej środków na produkty eko niż ci ubożsi.

– Ten większy wydatek może wynikać z chęci pokazania się jako osoba proekologiczna. Stanowi inwestycję nie tyle w dobro planety, ile we własny pozytywny wizerunek – uważa doktor Hełka.

Według doktora Wojciecha Goszczyńskiego jest jeszcze jedna silna motywacja, która ludzi zamożniejszych prowadzi w stronę ekologii. Strach. – Przed tym, w jak skomplikowanym świecie żyjemy, w którym nie ma jasnych reguł gry, w którym nikomu i niczemu już nie można ufać. Ekologia to próba odzyskania kontroli nad swoim ciałem, nad otoczeniem, w którym żyjemy. Wielu ludzi chowa się w swoich ekobańkach, bo tak jest bezpieczniej. Tylko jak czuć się bezpiecznie, gdy słyszymy, że bez zmian systemowych nie da się na dłuższą metę utrzymać warunków, w których żyjemy? – mówi doktor Goszczyński.

– Jesteśmy w punkcie krytycznym, doprowadziliśmy świat do ekologicznej ruiny. Tylko całkowita zmiana mentalności może nas uratować – ostrzega profesor Piotr Skubała, biolog i ekolog z Uniwersytetu Śląskiego.

Co to oznacza? Że faktycznie tylko minimalizm, skromność, szacunek do przyrody, która nam jeszcze została, są w stanie opóźnić katastrofę. Bo że zatrzymać zupełnie – w to profesor wątpi.

Może więc właśnie weganie mają sto procent racji? W ubiegłym roku badacze z Uniwersytetu Oksfordzkiego opublikowali analizę, z której wynika, że z mięsa pozyskujemy zaledwie 18 proc. spożywanych na co dzień kalorii, tymczasem pod jego produkcję zużywa się 80 proc. wszystkich dostępnych na świecie gruntów rolniczych. Przemysłowe hodowle poza tym emitują potężne ilości gazów cieplarnianych, w tym trującego metanu. Zwierzęta hodowane przez człowieka to aż 86 proc. wszystkich istniejących obecnie na naszej planecie zwierząt lądowych.

Dzikich zwierząt już prawie nie ma. Zdaniem profesora Skubały prędzej czy później (raczej prędzej) musimy zacząć przyjmować do wiadomości, że ludzkość, by przeżyć, musi dobra materialne, ale też wygodne życie sprowadzić na drugi plan, ważniejsza niż stan posiadania stanie się znajomość języków obcych, rozumienie sztuki czy słuchanie śpiewu ptaków – wylicza naukowiec.

Tylko jak to zrobić, by nie popaść w skrajne maniactwo? Bo na forach ekologicznych nie brakuje nawoływań, by miejskie domy z ogrodami zamieniać już teraz na domki w lesie, z wychodkiem na zewnątrz.

– Szukać naprawdę skutecznych rozwiązań – doradza doktor Goszczyński. Czyli zamiast uciekać bez komórki do lasu, zasadzić coś zielonego w ogródku działkowym. Zamiast zastanawiać się nad zupą z obierków po ziemniakach i papryce (na forach zerowaste’owych hit sezonu), podzielić się dobrą kaszą bez mięsa lub z minimalną jego ilością z innymi – jadłodzielnie podobnie jak sklepy charytatywne funkcjonują już w wielu polskich miastach. Tak jak akcje wymiany książek i ubrań.

A co na to wszystko ekolodzy, którzy ekologami byli, zanim w Polsce na dobre zagościł ruch zero waste?

Każda proekologiczna decyzja ma znaczenie – nawet jeśli wynika z mody. W masie nawet drobne gesty mogą być skuteczne. (Ilustracja: Arobal)

Zdaniem Cecylii Malik, artystki i aktywistki z Krakowa, najważniejsze, by w ekologii odnaleźć coś swojego, prawdziwego. Jej pasją na początku były drzewa. Wychowała się w bliskim kontakcie z naturą, rodzice od dzieciństwa uczyli ją rozpoznać drzewa, uczyli nazw rzek i gór, każda lipa i kasztanowiec w jej okolicy miały swoje imię. Pierwszą akcją artystyczno-ekologiczną Malik był projekt „365 drzew”. Przez rok każdego dnia wchodziła na inne drzewo po to, by pokazać, jak drzewa są istotne. Później przepłynęła wszystkie zaniedbane rzeczki Krakowa, takie jak Dłubnia czy Wilga. W maleńkiej, skleconej ręcznie łódce przedzierała się przez stosy pralek i wanien, dzięki czemu krakowianie dowiedzieli się, jak ich rzeki są zaśmiecone. Ze skrzydłami na ramionach walczyła w asyście tysięcy mieszkańców miasta o krakowską Chorwację w mieście – Zakrzówek. I wywalczyła, bo wbrew wcześniejszym planom jezioro wśród skał nie będzie otoczone blokami. Jakiś czas temu Cecylia wraz z innymi aktywistkami, w ramach akcji „Matki Polki na wyrębie”, pojawiła się u papieża Franciszka, by przekazać mu raport o niszczeniu przyrody w Polsce. Podczas audiencji generalnej papież, co się nie zdarza, raport wziął do ręki i zabrał ze sobą.

– Jasne, że nie zawsze jesteśmy pewni, czy robimy dobrze – uważa artystka. – Można się załamać, kręcić w kółko, zadając sobie pytanie: co mam robić? Ratować konie z rzeźni? Protestować przeciwko hodowcom futer? Czasem wystarczy po prostu futer nie nosić, za to ubierać się w kolorowe ciuchy z second-handów. Bywa jednak, że trzeba głośno mówić o tym, co dzieje się obok nas – że ktoś na przykład bezmyślnie wycina, jak teraz w Krakowie, 300-letni dąb. Dla mnie jedno wycięte bez sensu drzewo ma wymiar globalny. Są za to rzeczy, które mają z mojej perspektywy mniejsze znaczenie. Mam siostry za granicą, więc czasem lecę samolotem. Ale po mieście poruszam się rowerem. Czasem zastanawiam się, czy słusznie, zważywszy na smog w śmiertelnych dawkach – dodaje Cecylia.

– Małe wybory są fajne. Ważne, żeby były konsekwentne, nie wynikały z kaprysów, tylko z przemyśleń i zdrowego rozsądku. Jak masz w domu torbę niebiodegradowalną, ale będziesz ją nosiła codziennie i będzie ci służyła przez lata, dokonujesz wyboru. Nie musisz szyć toreb z prześcieradeł, bo nie są ci potrzebne. A może na jakimś forum znajdziesz samotną matkę, która piękne rzeczy szyje za grosze. To też ekologia – dopowiada Kasia Pilitowska, właścicielka krakowskiej Hummusii Amamamusi. Od niedawna prowadzi z córką Zosią bar śniadaniowy Ranny Ptaszek, uważany za ekologiczny. – Świat naprawdę się zmienia, stereotypy się starzeją. Kiedy ponad 20 lat temu zostałam wegetarianką, ludzie wokół mnie mówili, że przez brak mięsa stanę się w końcu jakimś głuptaskiem. A ja właśnie napisałam z córką książkę. O jajku – mówi Kasia.

Sama wybiera tylko te najsmaczniejsze, z ekologicznego chowu. Dla swojego zdrowia, ale także dla zdrowia kur. Smucą ją ludzie, którzy jedzą jajka ekologiczne przy gościach, ale do ciast dodają już trójki, z chowu klatkowego, bo przecież „nie czuć w smaku”.

Pilitowska nie ukrywa, że sama ma dylematy (choć akurat w kwestii jajek żadnych), na przykład łapie się na tym, że podaje jedzenie na biodegradowalnych miseczkach z liści palmowych. A przecież, myśli sobie potem, te liście musiały przebyć tysiące kilometrów, by stać się eko. Ale nie ma dylematów, gdzie ma kupić oliwki, te ekologiczne z supermarketu, czy te przywiezione przez fascynata greckiej kuchni, pana Krzysia. – Ekologiczne nie musi znaczyć z certyfikatem, bo za prawdziwą ekologią stoją ludzie i ich małe biznesy, chcę, żeby przetrwali. To ludzie w końcu decydują, czy w tym całym szaleństwie jest jakaś metoda.

Cecylia Malik (razem z kolektywem Siostry Rzeki) ma w planach spływ latem Wisłą, który będzie protestem przeciwko rządowym projektom utworzenia nowej zapory w Siarzewie, koło Ciechocinka, przeciw niszczeniu rzeki i otaczających ją obszarów Natura 2000. – To ma być spływ polskich matek z dzieciakami, spływ kobiet. Pokażemy, że ekologia ma wymiar społeczny, kobiecy. Będziemy się wymieniać na kolejnych odcinkach. To będzie sztafeta normalnych babek, które nie muszą siebie nazywać ekolożkami, chcą za to spędzać wakacje w Polsce, do tego potrzebne są im: czyste powietrze, dzika rzeka, drzewa i ptaki. Mamy, broniąc przyrody, walczą przecież o przyszłość swoich dzieci – wyjaśnia Cecylia Malik.